Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 100-lecie odzyskania niepodległości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 100-lecie odzyskania niepodległości. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 listopada 2018

Bitwa o Marsz Niepodległości

Z perspektywy PiS Marsz Niepodległości należy czym prędzej przejąć i spacyfikować – po pierwsze, by utrwalić swój „monopol na patriotyzm”, po drugie – by obezwładnić możliwe zarzewie ulicznego buntu po prawej stronie.

I. Niewygodny Marsz

Po ostatnim Marszu Niepodległości jedno jest pewne: czeka nas ostra batalia w jego obronie przed zakusami rządu pragnącego dokonać „wrogiego przejęcia” tego wydarzenia. Pisząc „nas” mam na myśli nie tylko bezpośrednich organizatorów, czyli środowiska narodowe zrzeszone w Stowarzyszeniu Marsz Niepodległości, lecz również wszystkich uczestników i sympatyków – całą, zbudowaną przez lata społeczność, której leży na sercu zachowanie Marszu w jego dotychczasowej, oddolnej i niezależnej formule. A trzeba przyznać, że kąsek jest apetyczny – Marsz Niepodległości stał się bezsprzecznie największą patriotyczną imprezą w Polsce, ewenementem na europejską, a może i światową skalę. To dlatego właśnie jest tak szkalowany przez światowe i tutejsze ośrodki lewicowo-liberalne – a z drugiej strony stał się obiektem podziwu i zazdrości dla „tożsamościowo” nastawionych zagranicznych komentatorów (casus Tommy Robinsona). Sukces tegorocznej edycji, kiedy to z Ronda Dmowskiego pod Stadion Narodowy przeszło wg ostrożnych policyjnych szacunków ćwierć miliona ludzi, stanowi tego dobitne potwierdzenie.

Nic więc dziwnego, że w latach 2010-2014 dla lansującej kosmopolityczny i wyprany z treści „nowoczesny patriotyzm” Platformy Obywatelskiej Marsz stał się ogromnym zagrożeniem i nie przebierano w środkach, by go zniszczyć, a w ostateczności – zohydzić w społecznym odbiorze. Fiasko groteskowych inicjatyw w rodzaju „urzędniczego” pochodu Bronisława Komorowskiego Krakowskim Przedmieściem czy niesławnej akcji „Orzeł Może” z czekoladowym pterodaktylem jedynie uwypuklało różnicę między autentycznym, społecznym i masowym ruchem, a drętwą bądź pseudo-luzacką rządowo-eliciarską celebrą.

Ale, co warto zauważyć, Marsz był niewygodny również dla PiS-u – i to jeszcze w opozycyjnych czasach, kiedy to teoretycznie wszystkie środowiska patriotyczne powinny były zwierać szyki. Nic z tego. PiS i zbliżone do niego ośrodki medialne zaczęły upatrywać w Marszu zagrożenie dla swojego monopolu na rząd dusz, czego widomym znakiem była rejterada czołowych polityków i Klubów „Gazety Polskiej” w Święto Niepodległości do Krakowa pod pretekstem, że nie chcą być kojarzeni z „ekstremą” i zadymami. Próżny trud. Z jednej strony w medialnym przekazie Marsz oraz uliczne bitwy i tak były PiS-owi przyszywane, z drugiej – w Warszawie 11 listopada maszerowali nie tylko narodowcy, lecz generalnie wszyscy poczuwający się do „opcji patriotyczno-niepodległościowej”, w tym również wyborcy PiS. Więcej – niektórzy uczestnicy wręcz średnio kojarzyli, że organizatorami są narodowcy, a medialne wrzutki o „faszystach” odbierali bardzo personalnie, co tylko „nakręcało” buntowniczy potencjał MN. W tym kontekście, „wyprowadzka” PiS do Krakowa jawiła się wielu jako co najmniej niezrozumiała.


II. Buntowniczy potencjał

No właśnie, wspomniałem o buntowniczym potencjale Marszu Niepodległości. Pisałem już o tym, ale warto powtórzyć: masowość imprezy wzięła się z gruntownej niezgody na rzeczywistość III RP, a hasła w rodzaju „obalić republikę okrągłego stołu”, czy (w wersji bardziej radykalnej) „obalmy k...a ten system” trafiały na podatny grunt. Dla tej rebelianckiej atmosfery wyrażanej hasłami, petardami czy blaskiem rac, warto było przyjeżdżać i ryzykować nałykanie się gazu, oberwanie pałą, czy sądowe procesy i inne szykany. To tu rodziło się podglebie dla sukcesu wyborczego PiS i Kukiz'15 w 2015 r.

Jednak ten sam buntowniczy Marsz, słabo poddający się odgórnej kontroli i w znacznej mierze żyjący własnym życiem, jest najwyraźniej traktowany przez partyjno-rządowy ośrodek władzy jako potencjalne zagrożenie. Idę o zakład, że myśli pisowskich macherów idą mniej więcej tym torem: „no dobrze, Marsz był przydatny, gdy byliśmy w opozycji, ale co za dużo to niezdrowo. Choroba wie, czy za rok-dwa ci sami ludzie nie wyjdą na ulice, żeby protestować przeciwko nam”. Zagrożenie z punktu widzenia obecnej władzy staje się realne tym bardziej, im większa frustracja będzie narastać w patriotycznym elektoracie. A przyczyn znalazłoby się wiele: ustępliwość wobec Ukrainy i Litwy połączona z lekceważeniem Polaków na Wschodzie, brak repolonizacji mediów, wycofywanie się pod naporem USA i Izraela z ważnej symbolicznie nowelizacji ustawy o IPN, chowanie głowy w piasek wobec amerykańskiej „ustawy 447”, buksująca w miejscu sprawa reparacji wojennych od Niemiec, brak rozliczeń afer z czasów PO, ustępowanie przed Brukselą w sprawie reformy sądownictwa... Tego nie daje się już zagłuszyć narracją o mądrym Naczelniku Kaczyńskim, który wie wszystko najlepiej i skoro robi tak a nie inaczej, to najwyraźniej tak trzeba, czy w wersji bardziej ordynarnej – wrzaskami o „ruskiej agenturze”. A doroczny Marsz Niepodległości jest idealną okazją, by w pewnym momencie, gdy cierpliwość radykalnych wyborców zostanie wyczerpana, dać upust rozgoryczeniu. Warto też nadmienić, że powyższe błędy i zaniechania PiS mogą się stać w naturalny sposób wodą na młyn narodowców – po prostu, po prawej stronie, po raz pierwszy od bardzo dawna, zaczyna się robić miejsce do zagospodarowania.

Toteż z perspektywy PiS Marsz Niepodległości należy czym prędzej przejąć i spacyfikować – po pierwsze, by utrwalić swój „monopol na patriotyzm”, po drugie – by obezwładnić możliwe zarzewie ulicznego buntu po prawej stronie.


III. Duch sanacyjnego myślenia

Do powyższego dochodzą jeszcze czynniki, nazwijmy to, historyczno-ideowe. Zarówno sam Jarosław Kaczyński, jak i najbliższy mu „zakon PC” bardzo poważnie traktuje swą piłsudczykowską spuściznę – i to „sanacyjne” myślenie jest odczuwalne na wielu polach. Oczywiście wpisana jest w nie permanentna nieufność (łagodnie rzecz ujmując) do środowisk narodowych, w których upatruje się zakamuflowanej opcji rosyjskiej. Ale jest również coś jeszcze – wiara w omnipotencję państwa, jako organizatora życia społecznego. Dobrze wyraża to art. 4 Konstytucji Kwietniowej z 1935 r.: „W ramach Państwa i w oparciu o nie kształtuje się życie społeczeństwa” - i w kolejnym punkcie mamy doprecyzowanie: „Państwo zapewnia mu swobodny rozwój, a gdy tego dobro powszechne wymaga, nadaje mu kierunek lub normuje jego warunki”. To z tego sanacyjnego ducha wypływa wypowiedź min. Glińskiego: „Jest oczywiste, że 11 listopada tego typu marsze powinny być organizowane przez polskie państwo”. Natomiast dotychczasowi organizatorzy Mają prawo czuć się gospodarzem, ale państwo polskie jest ważniejsze”. Rozumiemy już? Był „swobodny rozwój” lecz teraz „dobro powszechne” wymaga, by to państwo nadało Marszowi „kierunek” i „unormowało jego warunki”, gdyż to w oparciu o państwo „kształtuje się życie społeczeństwa”.

Krótko mówiąc, intencją PiS-u jest „znacjonalizowanie” Marszu. Może łaskawie dopuszczą do udziału narodowców – ale na własnych warunkach. Z przedsmakiem mieliśmy do czynienia już w tym roku, kiedy to usiłowano zabronić organizacyjnych flag i transparentów, tak by powstało wrażenie „jedności polityczno-moralnej narodu” zwołanego pod biało-czerwone sztandary przez przedstawicieli partii i rządu. Dobrze obrazuje to tweet min. Brudzińskiego, jakoby „Polacy odpowiedzieli na apel Prezydenta RP Andrzeja Dudy i Premiera Mateusza Morawieckiego (...)”. Celnie zripostował to dziennikarz KAI Dawid Gospodarek: „To szczyt bezczelności i cynizmu przywłaszczać sobie w ten sposób całą imprezę mimo trudnych negocjacji do ostatniej chwili (...)”. Sięgnięto jednak i po twardsze metody – by nie dopuścić do obecności na Marszu różnych „elementów niepożądanych”, wrócono do zastraszania, rozmów ostrzegawczych i rewizji, co sprawiło że, jak ujął to Robert Winnicki, po trzech latach spokoju „wrócił duch Bartłomieja Sienkiewicza”, w innym miejscu stwierdzając: „Poprzednia władza walczyła z Marszem Niepodległości, obecna chciałaby zawłaszczyć jego sukces”. W powyższe wpisuje się propaganda rządowej TVP Kurskiego, skrupulatnie „wygumkowując” z marszowej relacji narodowców, ale też represyjne działania cudownie uzdrowionej policji ścigającej demonstrantów za odpalanie rac czy spalenie unijnej „szmaty”.

Wiele wskazuje na to, że rząd będzie działał metodą faktów dokonanych – tak jak w tym roku, gdy po uprzednich dąsach „wprosił się” na MN wykorzystując chwilę zamieszania po bezprawnej decyzji HG-W, nie czekając na wyrok sądu. Na 100-lecie odzyskania niepodległości udało się jeszcze wypracować formułę „dwa w jednym”, ale za rok władza już takich skrupułów mieć nie będzie i zapewne zechce ustanowić własne, ugrzecznione „święto” w duchu poprawnej „akademii ku czci”. „Albo nasz marsz, albo żaden” - zdają się mówić przedstawiciele władzy, w czym swoją rolę zapewne odgrywa uczucie upokorzenia, że z 200-milionowym budżetem nie byli w stanie zorganizować niczego o porównywalnej skali i musieli podeprzeć się inicjatywą narodowców. To bardzo niebezpieczna droga – i dlatego już teraz wszyscy wspomniani na wstępie „ludzie dobrej woli” powinni PiS-owi wysyłać głośne i czytelne sygnały, że ten numer nie przejdzie.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Przed marszem miliona

Marsz przeszedł, ale...

Czy Roman Dmowski był w Wersalu?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr (21.11-04.12.2018)

poniedziałek, 19 listopada 2018

Marsz przeszedł, ale...

Jeżeli władza chce swojego, „grzecznego” i niekontrowersyjnego pochodu – niech go sobie zorganizuje, zamiast sięgać po cudze.

I. Próba wrogiego przejęcia

Marsz przeszedł, ale niesmak pozostał – tak można by skomentować tegoroczny, wyjątkowy Marsz Niepodległości zapowiadany przez organizatorów hasłem „marsz miliona na stulecie”. Dodajmy od razu, że niesmak ten nie dotyczy środowisk narodowych zrzeszonych w Stowarzyszeniu Marsz Niepodległości lecz strony rządowo-prezydenckiej i jej zakusów na przejęcie wydarzenia. Zacznijmy jednak od początku. Preludium zapowiadającym nastawienie z jakim PiS przystąpił do organizowania 100-lecia odzyskania niepodległości było tchórzliwe zbojkotowanie przez Kancelarię Prezydenta narodowców, którzy nie zostali zaproszeni do powołanego przy prezydencie komitetu organizującego obchody. Krok ten ewidentnie był podyktowany względami wizerunkowymi – by Andrzeja Dudy nie skojarzono, broń Boże, z „faszystami”. Znalazło się za to miejsce dla Hanny Gronkiewicz-Waltz, co samo w sobie jest wymowne. Do tego momentu można było jeszcze od biedy powiedzieć – w porządku, nie to nie, rząd zorganizuje swoje „oficjałki”, a ludzie po staremu przejdą w społecznym, oddolnym pochodzie. Jednak im bliżej było granicznej daty 11 listopada, tym bardziej atmosfera zaczęła gęstnieć. Rząd zorientował się, że gigantyczny budżet (200 mln. zł.) gdzieś się rozpłynął – nie zorganizowano żadnego centralnego wydarzenia, ani tym bardziej nie pozostawiono żadnego materialnego świadectwa (typu pomnik czy muzeum), które pozostałoby w pamięci. Okazało się, że jak zwykle największą imprezą święta pozostanie marsz organizowany przez narodowców.

I wtedy, za pięć dwunasta, zaczęły się dziwne podchody. Organizatorzy Marszu jak zwykle zaprosili głowę państwa, w odpowiedzi jednak spotkali się ze stawianiem zadziwiających warunków i groteskowym hamletyzowaniem ze strony przedstawicieli prezydenta i rządu. Podczas siedmiu (!) spotkań „negocjacyjnych” usłyszeli, że na Marszu obowiązywać mają wyłącznie biało-czerwone flagi (czego przy tej liczbie uczestników zwyczajnie nie sposób zagwarantować), a poza tym najlepiej, gdyby formalnym organizatorem został prezydencki komitet – ten sam, do którego nie raczono ich zaprosić. Na kilometr pachniało to próbą „wrogiego przejęcia” i nic dziwnego, że przedstawiciele Stowarzyszenia Marsz Niepodległości nie mogli zgodzić się na tak zaporowy warunek – bo niby z jakiej racji? Od lat to oni tworzyli wydarzenie (finansowane ze społecznych zbiórek, bez wsparcia publicznego), angażowali swój czas i siły, ryzykowali policyjnymi szykanami – rząd nie kiwnął tu palcem i nie wyrażał zainteresowania włączeniem się w inicjatywę aż do ostatniego momentu, kiedy stało się jasne, że po oficjalnych obchodach zostanie co najwyżej kilka przemówień i okolicznościowych wieńców. W efekcie powyższego, doszło do kuriozalnej sytuacji – prezydent najpierw zapraszał publicznie na Marsz, by po kilku dniach samemu się z niego „wyprosić” ze względu na „napięty kalendarz”.


II. Dwa w jednym

I wtedy, niespodziewanie, wspólnotowy charakter wydarzenia uratowała... Hanna Gronkiewicz-Waltz swym bezprawnym zakazem. Narodowcy oczywiście zaskarżyli decyzję, jednak strona rządowa wyczuła okazję i nie czekając na rozstrzygnięcie sądu, bez porozumienia ze stroną społeczną, ogłosiła, że w tym samym miejscu i czasie odbędzie się marsz „państwowy”. Trudno opisać, jakie to wszystko było małostkowe i krętackie. Na szczęście, władze Stowarzyszenia Marsz Niepodległości zachowały się nad wyraz odpowiedzialnie i dojrzale – nie poszli na konfrontację, lecz wynegocjowali formułę „dwa w jednym”. Ostatecznie, jak wiemy, najpierw ruszył marsz „prezydencko-rządowy” „Dla Ciebie Polsko”, po nim zaś, oddzielony „buforem bezpieczeństwa”, właściwy Marsz Niepodległości pod hasłem „Bóg, Honor, Ojczyzna”.

Tegoroczny Marsz zanotował niewątpliwie największy sukces frekwencyjny – wg policyjnych szacunków wzięło w nim udział 250 tys. ludzi. Można się było zresztą tego spodziewać – zarówno ze względu na wyjątkową okazję, jak i zakaz HG-W dodatkowo podgrzewający nastroje (wiadomo, zakazać czegoś Polakowi, to jakby trzy razy go namówić). Było hucznie, szumnie, a biało-czerwone flagi i tak stanowiły dominującą część symbolicznej oprawy, bez dodatkowych zakazów i nakazów, mających sztucznie „ugrzecznić” imprezę. Nie znaczy to jednak, że obyło się bez zgrzytów. Przedstawiciele narodowców jeszcze przed wydarzeniem alarmowali, że organizatorzy wyjazdów zbiorowych do Warszawy byli nagabywani przez służby państwowe m.in. „rozmowami ostrzegawczymi” mającymi zniechęcić do udziału. Generalnie zresztą, policja i ABW dostały ewidentny rozkaz, by wyeliminować różne „elementy niepożądane” - czasem zasadnie, a czasem nie – co sprawiło, że powrócił duch Bartłomieja „idziemy po was” Sienkiewicza. Charakterystyczne, że po dojściu rządowej kolumny do Ronda Waszyngtona, VIP-y czym prędzej zapakowały się do limuzyn, nie czekając aż Marsz dobiegnie końca – zapewne dał o sobie znać ów słynny „napięty kalendarz”... A mówiąc poważnie – widać było, że strona rządowa jak ognia chce uniknąć skojarzenia z idącymi z tyłu „ekstremistami”. Próżny trud, bo zarówno krajowe, jak i zagraniczne przekaziory zgodnie ze sztancą napisały, że prezydent z premierem poszli na czele „skrajnej prawicy”. Równie dobrze można było się tak demonstracyjnie nie odcinać.


III. W oparach propagandy

Z prawdziwym popisem obłudy mieliśmy jednak do czynienia przy okazji różnych zabiegów wizerunkowo-medialnych. Do tego, że media lewackie w swych relacjach łżą na potęgę, zdążyliśmy się przyzwyczaić – tu nie było niczego nowego. Jednak niestety, po raz kolejny dała o sobie znać toporna propaganda wylewająca się z ekranów TVP Jacka Kurskiego. Gdyby wierzyć przekazowi rządowej telewizji, Marsz był wyłączną inicjatywą władz państwowych, a ćwierć miliona ludzi posłuchało wezwania Andrzeja Dudy. Pokazywano i mówiono wyłącznie o części partyjno-rządowej, narodowców zaś starannie „wygumkowano”. W tendencję tę wpisali się przedstawiciele rządu i prezydenta - do tej pory, przy okazji składanych podziękowań żadnemu z nich nie przeszło przez gardło, by wspomnieć o rzeczywistych organizatorach ze Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, bez których cała impreza skończyłaby się niczym niesławne ustawki Komorowskiego - w najlepszym razie przeszłoby może parę tysięcy urzędników, partyjnych działaczy i najbardziej zagorzałych zwolenników nagonionych przez medialne przybudówki obozu władzy. Widać wyraźnie, że skoro nie udało się przejąć marszu formalnie, to postanowiono go zawłaszczyć w publicznym przekazie. Nie wróży to dobrze na przyszłość.

Dlatego, na zakończenie trzeba powiedzieć jasno: Marsz Niepodległości zawsze był wydarzeniem społecznym i oddolnym, dalece wykraczającym swym zasięgiem poza środowiska narodowe. Jego uczestnicy latami ryzykowali spałowanie, postrzał z broni gładkolufowej, potraktowanie gazem łzawiącym, represje, prowokacje i areszty. W tę oddolną tożsamość inicjatywy nieodłącznie wpisana jest rebeliancka atmosfera – w najlepszym rozumieniu tego słowa. Marsz bowiem wziął się z radykalnego sprzeciwu wobec „republiki okrągłego stołu” - i dopóki ta przegniła republika nie sczeźnie, taki właśnie winien pozostać. Mają być radykalne transparenty, emblematy wszystkich biorących w nim udział środowisk, niepoprawne hasła i okrzyki, wreszcie – race. Tak właśnie – ma być racowisko, jako symbol oporu przeciw systemowi i fantastyczna wizualna oprawa wydarzenia, a zakaz ich używania (wprowadzony na fali antykibicowskiej histerii) winien być czym prędzej zniesiony. Również spalenie unijnej szmaty podczas demonstracji jest jak najbardziej na swoim miejscu. Próby karania za tego typu ekspresję poglądów pod pretekstem naruszenia przepisów porządkowych są niczym więcej jak tępą szykaną – słyszał pan, panie ministrze Brudziński? Jeżeli natomiast władza chce swojego, „grzecznego” i niekontrowersyjnego pochodu – niech go sobie zorganizuje, zamiast sięgać po cudze. Tylko wpierw niech dobrze policzy i zastanowi się, czy warto.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Przed marszem miliona

Czy Roman Dmowski był w Wersalu?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 46 (16-22.11.2018)

niedziela, 24 września 2017

Czy Roman Dmowski był w Wersalu?

Najwyraźniej Marsz Niepodległości i jego organizatorzy postrzegani są w otoczeniu prezydenta jako rodzaj kłopotliwego wizerunkowo balastu.

I. 100-lecie niepodległości bez narodowców

Ktoś na postawione w tytule pytanie mógłby się popukać w głowę – przecież wiadomo, że to właśnie Roman Dmowski był w 1919 r. Delegatem Pełnomocnym Polski na konferencję paryską kończącą I wojnę światową. To jego pięciogodzinne przemówienie na tejże konferencji (tłumaczone przez niego samego symultanicznie na angielski i francuski) walnie przyczyniło się do poważnego potraktowania przez zwycięskie mocarstwa polskich postulatów. Wreszcie, to jego podpis (oraz Ignacego Paderewskiego) widnieje pod Traktatem Wersalskim przywracającym Polskę na mapę Europy. Zresztą, wielowymiarowych zasług narodowej demokracji dla szeroko rozumianej „sprawy polskiej” (obejmujących nie tylko działalność stricte polityczną, ale też społeczną, kulturalną, oświatową) nikt przy zdrowych zmysłach dziś nie kwestionuje, zaś endecka spuścizna odzyskuje po latach rugowania z narodowej świadomości należne jej miejsce. Niby zatem wszystko jest jasne... ale najwyraźniej nie dla wszystkich.

Oto niedawno, na podstawie okolicznościowej ustawy, powołano przy prezydencie Andrzeju Dudzie specjalny Komitet Narodowych Obchodów Setnej Rocznicy Odzyskania Niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej, mający na celu „upamiętnienie i uroczyste uczczenie wydarzeń oraz osób związanych z odzyskaniem i utrwaleniem przez Rzeczpospolitą Polską niepodległości” (cyt. za oficjalnym komunikatem ze strony prezydent.pl). Cel szczytny i słuszny, a pierwsze posiedzenie gremium odbyło się w poniedziałek 11 września. Sęk w tym, że gdy patrzymy na listę zaproszonych osób, zieje w niej wyraźna luka. Nie znajdziemy na niej bowiem ani jednego przedstawiciela współczesnych środowisk narodowych, nawiązujących do dziedzictwa Romana Dmowskiego. Nie wiem, kto personalnie jest odpowiedzialny za taki, a nie inny dobór członków Komitetu – domyślam się, że prezydent nie układał listy osobiście, zdając się na swoich współpracowników. Jednak na koniec chyba Andrzej Duda otrzymał zestaw nazwisk do wglądu i finalnej akceptacji – i nic nie rzuciło mu się w oczy?


II. Niewygodny Marsz Niepodległości

Podkreślmy to jeszcze raz – urzędnicy Kancelarii Prezydenta nie uznali za stosowne zwrócić się ani do Ruchu Narodowego, ani Młodzieży Wszechpolskiej, ani Obozu Narodowo-Radykalnego. Nade wszystko jednak nie zaproszono przedstawicieli Stowarzyszenia Marsz Niepodległości w skład którego wchodzą przedstawiciele organizacji narodowych.

Przypomnijmy, że Marsz Niepodległości organizowany co roku 11 listopada jest największą cykliczną manifestacją patriotyczną w Polsce, gromadzącą dziesiątki, a później nawet setki tysięcy uczestników. Przez lata rządów PO i medialnej dominacji salonowszczyzny był opluwany przez lewactwo jako demonstracja „faszystów”, stosowano wobec niego prowokacje w rodzaju słynnego spalenia „ruskiej budki” przez podwładnych ministra Sienkiewicza, wywoływano sztuczne zadymy mające skompromitować jego uczestników w oczach społeczeństwa (najlepszy dowód na prawdziwość tej tezy – w 2016 r. po oddaniu władzy przez PO, marsz odbył się bez żadnych ekscesów, nie sponiewierano nawet wypastowanego na czarno Jacka Hugo-Badera z „Gazety Wyborczej”). Wobec uczestników demonstracji stosowano policyjne represje i szykany polegające m.in. na wyłapywaniu „na sztukę” przypadkowych demonstrantów, po to, by media mogły alarmować o setkach zatrzymanych „chuliganów”. Zatrzymanych potem cichcem zwalniano (o czym media już nie donosiły), a wobec opornych, którzy nie chcieli podpisać się pod wyssanymi z palca protokołami stosowano często kilkumiesięczne areszty tymczasowe. Służby prawne Marszu miały pełne ręce roboty broniąc później ofiary reżimu Tuska i Kopacz przed sądami – na ogół z powodzeniem, choć znamy też przypadek sędzi Iwony Konopki, która skazała przechodnia skopanego po głowie przez policyjnego tajniaka w 2011 r.

Wszystko to nie odstraszało ludzi rok po roku coraz tłumniej biorących udział w kolejnych edycjach Marszu Niepodległości. Co więcej, mimo że wydarzenie jest organizowane przez środowiska narodowe, sam Marsz ma wyjątkowo „ekumeniczny” charakter. Demonstrować może każdy poczuwający się do polskości i patriotyzmu, niezależnie od sympatii historyczno-ideowych, politycznych, czy społecznej pozycji. Miejsce jest i dla „endeka” i dla „piłsudczyka”, dla zwolennika PiS i dla „kukizowca”, dla kibica z blokowiska i dla profesora.

Nie sposób przecenić roli i zasług Marszu Niepodległości dla budzenia patriotycznego ducha, dumy i woli oporu wobec antynarodowej ofensywy lewactwa. Ponadto, jest fantastycznym przykładem oddolnej samoorganizacji, która Świętu Niepodległości nadała należny, ogólnospołeczny wymiar. Czy PiS i prezydent Duda osobiście uważają, że nie mają tym tysiącom patriotów niczego do zawdzięczenia? Że ci ludzie nie głosowali w wyborach prezydenckich i parlamentarnych na „dobrą zmianę”? Czy brak zaproszenia dla przedstawicieli Marszu nie pachnie podejściem „murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść”? Jeszcze w 2016 r. przedstawiciel prezydenta odczytywał specjalny list skierowany do uczestników. Jak będzie 11 listopada 2018? Wrócimy do groteskowej „tradycji” Komorowskiego – z jednej strony Marsz Niepodległości, a z drugiej pochód prezydencki ze starannie wyselekcjonowanymi urzędnikami i gośćmi dobranymi „z klucza”?

To, co również boli, gdy patrzy się na skład prezydenckiego komitetu, to niemal całkowite pominięcie kombatantów. Owszem, znalazło się miejsce dla prof. Leszka Żukowskiego ze Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej (mimo, że prof. Żukowski nie szczędził obozowi rządzącemu słów krytyki – ostatnio podczas obchodów 73 rocznicy Powstania Warszawskiego) – ale nie zaproszono nikogo ze Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych – drugiej po AK sile polskiego podziemia. Zdumiewające, tym bardziej, że prezydent Duda objął w tym roku swym patronatem obchody 75-lecia powstania NSZ. Ale ktoś z Kancelarii zadbał o to, by i ten aspekt narodowej historii starannie „wygumkować”.


III. Race kontra kotyliony

Kogo zatem zaproszono? Oto kilka „kwiatków”. Z ramienia PO – Hannę Gronkiewicz-Waltz, doszczętnie skompromitowaną „carycę Warszawy”. Jest Rafał Bartek reprezentujący mniejszość niemiecką na Śląsku Opolskim (!). Z ramienia samorządowców znajdziemy prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza słynącego z czołobitności względem Niemców. Jest nawet Władysław Kosiniak-Kamysz jako reprezentant „Ludowych Zespołów Sportowych” i Waldemar Pawlak wydelegowany przez Związek Ochotniczych Straży Pożarnych. Mamy przedstawicieli (niczego nie ujmując) Związku Głuchych, Związku Niewidomych, artystów fotografików, pisarzy, architektów, muzealników, Henrykę Bochniarz z Konfederacji Lewiatan... Słowem, znalazło się miejsce dla niemal wszystkich organizacji, związków zawodowych i twórczych – tylko nie dla narodowców. Wśród ponad osiemdziesięciu członków Komitetu dla nich miejsca nie przewidziano. Oni nie mieli i nie mają zasług tak dla historycznej, jak i obecnej Rzeczypospolitej. Stąd moje tytułowe pytanie – czy Roman Dmowski był w Wersalu? Czy w ogóle ktoś taki istniał? Jak Pan sądzi, panie Prezydencie?

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że zadziałała tu swoista poprawność polityczna, a urzędnicy Kancelarii Prezydenta zwyczajnie się przestraszyli, że „Wyborcza” z przyległościami i generalnie lewactwo rozpęta awanturę z powodu zaproszenia „faszystów”. Najwyraźniej Marsz Niepodległości i jego organizatorzy postrzegani są w otoczeniu prezydenta jako rodzaj kłopotliwego wizerunkowo balastu. 11 listopada 2018 szykuje się więc następująco: z jednej strony urzędowe „oficjałki” i akademie „ku czci” - z drugiej spontaniczna, masowa demonstracja. Z jednej - „plebejskie” race i okrzyki, z drugiej – napuszone mowy i eleganckie kotyliony w klapach i na sukniach lepszego towarzystwa. Tu salony, tam – ulica. I w tym wszystkim zastanawia mnie na koniec jedno: czy prezydent i jego otoczenie nie widzą, jak gładko weszli w buty poprzednika?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 38 (22-28.09.2017)