Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Centrum Badań nad Uprzedzeniami. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Centrum Badań nad Uprzedzeniami. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 czerwca 2018

Inżynieria antysemityzmu

Rzeczywistą intencją prof. Bilewicza nie jest badanie czegokolwiek, lecz przyprawienie Polakom antysemickiej gęby - by następnie nas z tego urojonego schorzenia „leczyć”.

I. Prof. Bilewicz jako podróba

Na wstępie muszę przyznać się Państwu do pewnej naiwności – otóż w swej prostoduszności sądziłem, iż słynny wynalazek „wtórnego antysemityzmu”, propagowany na krajowym gruncie przez prof. Michała Bilewicza, jest jego autorskim konceptem. Tymczasem, nic z tych rzeczy – jest to ordynarna kalka z socjologii niemieckiej przeflancowana metodą „kopiuj-wklej” na nasze poletko. Jak być może Czytelnicy kojarzą, co jakiś czas pozwalam sobie zaprzątać ich uwagę postacią prof. Bilewicza oraz aktywnością kierowanego przezeń Centrum Badań nad Uprzedzeniami, która to placówka pod pozorem działalności naukowo-badawczej stanowi w istocie jaczejkę dość agresywnej, lewackiej inżynierii społecznej – na dodatek afiliowaną przy Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego, co przydaje jej poczynaniom propagandowym, powielanym następnie przez media, akademickiego splendoru.

Swojego czasu określiłem prof. Bilewicza nieco ironicznym mianem „cudownego dziecka polskiej nauki” - bowiem ów urodzony w 1980 r. psycholog społeczny habilitował się w arcymłodym jak na polskie warunki wieku 33 lat. I znów, byłem przekonany, że to ze względu na pożyteczne dla uniwersyteckiego lewactwa i możnych sponsorów „odkrycia” w rodzaju badań nad polskimi „uprzedzeniami”, tudzież wspomnianej kategoryzacji rozmaitych odmian „antysemityzmu” pozwalającej przypisać ową wstydliwą przypadłość niemal każdemu - co stanowi wymarzoną pałkę w rękach rozmaitych kapo „pedagogiki wstydu”, o „przemyśle holokaust” nie wspominając. A tu zaskoczenie – okazuje się, że do habilitowania się wkrótce po trzydziestce potrzeba jedynie odrobiny sprytu i refleksu. Wystarczy przeczytać co tam „w temacie” urodziło się w niemieckich uczelnianych kazamatach i w charakterze posłańca dobrej nowiny przenieść to do Polski. I już - „co Francuz wymyśli, Niemiec zrobi, a Polak polubi”. Aż nie chce mi się w tym miejscu wyzłośliwiać na temat rozpaczliwej wtórności polskich nauk społecznych, bo to wszystko jest zbyt przygnębiające. Nawet takie kompletne dyrdymały, jak „rodzaje antysemityzmu”, które można siedząc za biurkiem na poczekaniu wyssać z palucha, musimy wśród ochów i achów importować z Zachodu, by udowodnić przed samymi sobą, że oto nadążamy za przodującą nauką neomarksistowskiej Europy. Mentalne niewolnictwo w czystej postaci.


II. Inżynieria socjologiczna

Należy przy tym podkreślić wręcz żenujący poziom „badawczego” naśladownictwa, sprowadzonego aż do najdrobniejszych szczegółów. Snop światła mimowolnie demaskujący „osiągnięcia” prof. Bilewicza rzuca tutaj artykuł poświęcony niemieckiemu antysemityzmowi opublikowany na stronach... „Krytyki politycznej” (takie są pożytki ze śledzenia tego, co się wykluwa po lewackiej stromie Mocy). Otóż w tekście „Pole minowe, czyli Niemcy o antysemityzmie” pada odwołanie do raportu przygotowanego na zlecenie Bundestagu pt. „Antysemityzm w Niemczech – aktualny rozwój”. Przytoczone są tam m.in. pytania zadawane respondentom, mające zmierzyć poziom „antysemityzmu wtórnego”. I tak obywateli Niemiec konfrontowano ze zdaniami typu: „wielu Żydów próbuje wyciągnąć korzyści z przeszłości Trzeciej Rzeszy” czy „irytuje mnie, że dzisiaj wciąż wypomina się Niemcom przestępstwa na Żydach z czasów wojny”. A teraz sięgnijmy do rodzimego raportu Centrum Badań nad Uprzedzeniami pt. „Powrót zabobonu: antysemityzm w Polsce na podstawie Polskiego Sondażu Uprzedzeń”. Tam z kolei w sekcji poświęconej „wtórnemu antysemityzmowi” autorzy każą polskim respondentom ustosunkować się m.in. do stwierdzeń: Żydzi chcą zdobyć od Polaków odszkodowania za coś, co w rzeczywistości uczynili im Niemcy” oraz Denerwuje mnie, gdy dziś wciąż mówi się o zbrodniach popełnionych przez Polaków na Żydach”. A więc w obu „wersjach językowych” pytania sformułowane są według identycznej sztancy, różnią się jedynie dostosowaniem do lokalnego kolorytu. Bingo.

Zanim jednak nasi badacze zaczną się napawać, że mamy socjologię „jak w Niemczech” - na podobieństwo Chińczyka, któremu udało się wyprodukować wierną podróbkę Adidasa – zwrócę nieśmiało uwagę na bezsens takich zabiegów. Mianowicie, socjologia bada konkretne społeczeństwo – a co za tym idzie, również i poruszane w badaniach kwestie muszą być dostosowane do miejscowej specyfiki, o zadawanych pytaniach nie wspominając. Natomiast prof. Bilewicz wraz ze swym zespołem nie dość, że „jedzie” na najbardziej prymitywnych stereotypach dotyczących „polskiego antysemityzmu”, to jeszcze w sposób całkowicie wtórny i odtwórczy kopiuje zagadnienia będące przedmiotem zainteresowania niemieckich uczonych. Innymi słowy, usiłuje na siłę wpasować Polaków w niemiecki „model” antysemityzmu. I to już jest kompletnie od czapy, albowiem o ile taka „socjologiczna nadwrażliwość” każąca badać pozostałości antysemityzmu hitlerowskiego jest w przypadku Niemców jakoś tam uzasadniona choćby ze względu na wiadome uwarunkowania historyczne, o tyle mechaniczne przenoszenie jej na polskie realia jest czystą aberracją, kompletnie abstrahującą od społeczno-historycznego punktu odniesienia, zbiorowych doświadczeń i wszystkiego, co kształtuje ludzką mentalność na przestrzeni pokoleń. Za pomocą tej poronionej pseudo-metodologii wpiera się nam dziecko „antysemityzmu” w brzuch - i to z kąpielą, że nawiążę do frazeologii „błyskotliwej inaczej” posłanki Scheuring-Wielgus. Wszak w oczywisty sposób czym innym jest chociażby narzekanie na żydowską pazerność w ustach potomków katów, a czym innym w ustach potomków współofiar, na których usiłuje się zrzucić „odpowiedzialność zastępczą”. Tymczasem Bilewicz stawia między nimi znak równości.

Mamy więc tu specyficzny rodzaj „socjologicznej inżynierii”, w której „inżynierowie” nie biorą pod uwagę, że nauczywszy się kopiować silnik od Mercedesa, żadną miarą nie zdołają go wsadzić do „syrenki”. A coś w tym guście próbują właśnie zrobić, bowiem patrząc historycznie, taka jest mniej więcej różnica skali między zjawiskiem antysemityzmu w Niemczech i w Polsce. Czy prof. Bilewicz nie zdaje sobie z tego sprawy? Myślę, że doskonale to wie – ale jego rzeczywistą intencją nie jest badanie czegokolwiek, lecz przyprawienie Polakom za wszelką cenę odrażającej, antysemickiej gęby, po to by następnie nas z tego urojonego schorzenia „leczyć” i urabiać społeczeństwo na modłę jedynie słusznego, liberalnego wzorca kulturowego – znów, przyniesionego „w pakiecie” z „multikulturowej”, tolerancjonistycznej Europy. Jest to więc kolejny wykwit „modernizacji przez kserokopiarkę” - objaw postkolonialnych kompleksów wobec białych „bwana”. Takie podejście jako żywo przypomina „ludowe” murzyńskie rzeźby wiernie odtwarzające... parasol – obiekt pożądania afrykańskich kacyków, symbolizujący upragniony status: przynależność do cywilizacji białego człowieka.


III. Narcyzm narodowy

Tenże prof. Bilewicz od pewnego czasu zadaje szyku kolejnym pojęciem-wytrychem, którym uporczywie molestuje Polaków. Jest nim „narcyzm narodowy” (alias „narcystyczna tożsamość”, „narcyzm kolektywny” - oczywiście, również kopiuj-wklej z zachodniej psychologii społecznej). Ów „narcyzm” oznaczać ma patologiczne przewrażliwienie na własnym punkcie i kompulsywną koncentrację na tym, co mówi o nas międzynarodowe otoczenie – rzecz jasna, ze szczególnym uwzględnieniem opinii negatywnych. Wedle Bilewicza to niezdrowe przywiązanie do własnej wspólnoty ma być immanentną cechą Polaków, przejawiającą się chociażby w nieadekwatnych reakcjach na „wrzutki” o „polskich obozach śmierci”, zaś wyjątkowo niezdrowym wykwitem powyższego jest nowelizacja ustawy o IPN penalizująca przypisywanie nam zbrodni III Rzeszy. Wyraz temu przekonaniu nasz „maleńki uczony” (© S. Michalkiewicz) dał całkiem niedawno podczas sabatu zorganizowanego w Muzeum Polin przy okazji rocznicy Marca '68.

Jest to, ma się rozumieć, kolejny element inżynieryjnej układanki, mającej przebudować świadomość Polaków – już nie tylko mamy się wystrzegać „antysemityzmu” - choćby „wtórnego” i „urojonego” - lecz także nie reagować na szkalowanie, bowiem obnażamy wówczas zbiorową, narcystyczną psychozę na punkcie naszego dobrego imienia. Jak widać, obróbka postępuje – i nie jest to, niestety, jedynie bredzenie oderwanego od rzeczywistości akademika, bo to, co Bilewicz podaje w „naukowej” szacie, obudowane odpowiednim, fachowym żargonem, jest podchwytywane przez medialne ośrodki masowego rażenia i podawane ludziom w lekkostrawnej formie do bezrefleksyjnego wchłonięcia.

Na zakończenie, z tym dorabianiem Polakom kolektywnego „narcyzmu”, prof. Bilewicz niechcący dokonał klasycznej projekcji, przypisując negatywne cechy własnego narodu innej, nielubianej przez siebie zbiorowości. Trudno bowiem o bardziej drażliwą na własnym punkcie nację, niż Żydzi, wszędzie węszący antysemityzm – i idę o zakład, że gdyby nasz bohater rzucił okiem na niniejsze zdanie, to całkiem „narcystycznie” nie zawahałby się przed zdiagnozowaniem piszącego te słowa, jako żydożercy. Niechby nawet i „wtórnego”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Antysemityzm urojony

Kasa na inżynierię społeczną


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 12 (20.06-03.07.2018)

niedziela, 25 marca 2018

Kasa na inżynierię społeczną

Antypolska propaganda finansowana jest z publicznych pieniędzy przez NCN - instytucję podległą Ministrowi Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

I. Lewacka jaczejka

Niemal 2 miliony (dokładnie 1 939 410 zł.) otrzymał prof. Michał Bilewicz w formie grantu z Narodowego Centrum Nauki (NCN) na projekt o wdzięcznej nazwie „Mowa pogardy. Psychologiczne mechanizmy rozprzestrzeniania się agresji werbalnej wobec grup mniejszościowych. Tu kilka podstawowych informacji: Michał Bilewicz jest szefem afiliowanego przy Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego „Centrum Badań nad Uprzedzeniami”. Podstawowym polem działania tej placówki jest tropienie różnorakich odstępstw od politycznej poprawności, takich jak „mowa nienawiści”, „homofobia”, „islamofobia”, „ksenofobia” oraz ma się rozumieć - „antysemityzm”. Innymi słowy, jest to motywowana ideologicznie lewacka jaczejka, mająca dostarczać ubranego w szaty „badań naukowych” uzasadnienia dla narracji o szalejącej w Polsce nietolerancji i szowinizmie - którym rzecz jasna należy dawać stosowny odpór. Celowi temu służą kolejne sondaże i raporty, skonstruowane pod z góry założoną tezę – począwszy od manipulacji w warstwie pojęciowej, a skończywszy na skrajnie tendencyjnych pytaniach – pułapkach.

Przykładem powyższego może być chociażby stosowana przez Bilewicza i jego podopiecznych definicja antysemityzmu – zastosowano w niej trik polegający na takim rozbudowaniu pojęcia, by objąć nim wszelkie negatywne opinie na temat Żydów oraz ich działalności. Szczególnie użyteczne jest tu określenie „antysemityzm wtórny” - oznacza ono, że antysemitą jest ten, kto... wypiera się „antyżydowskich uprzedzeń”. A „antyżydowskim uprzedzeniem” może być dosłownie wszystko – np. oczywista konstatacja, że środowiska żydowskie rozpowszechniają wizerunek „Polaka-antysemity” albo stwierdzenie, że holokaust jest wykorzystywany instrumentalnie przez organizacje żydowskie do osiągania korzyści majątkowych. Tego typu manipulacje omówiłem niedawno szerzej na łamach siostrzanej „Polski Niepodległej” przy okazji analizowania raportu pod znamiennym tytułem Powrót zabobonu: antysemityzm w Polsce na podstawie Polskiego Sondażu Uprzedzeń 3”, więc tu tylko dodam, że gdyby zaprezentowane w nim wyniki brać serio, to wyszłoby, że polskie społeczeństwo wręcz dyszy jaskiniowym żydożerstwem – szczególnie tym „wtórnym”.


II. Projekt Bilewicza

Sam „guru” Michał Bilewicz to istne cudowne dziecko nauki – ten urodzony w 1980 r. psycholog społeczny habilitował się w wieku 33 lat, co pokazuje na czym można obecnie zrobić ekspresową karierę akademicką. Swój dorobek prezentuje przy okazji licznych wystąpień, wywiadów i publikacji – m.in. w zaprzyjaźnionych ideologicznie „Krytyce Politycznej” czy „Gazecie Wyborczej”. Można rzec, że w ostatnich latach stał się dyżurnym ekspertem od demaskowania „polskich demonów” – i nie inaczej było podczas niedawnego sabatu w Muzeum Historii Żydów Polskich „Polin” urządzonego przy okazji 50. rocznicy Marca 1968. W wykładzie pt. „Epidemie mowy nienawiści. Jak blisko Marca ’68 jesteśmy?” otrzymaliśmy standardowy zestaw „szefa kuchni” ze wspomnianym „wtórnym antysemityzmem” na czele, wzbogacony o wystawę złożoną z internetowych komentarzy mających ilustrować tytułową tezę o „epidemii”.

I w tym miejscu dochodzimy do wspomnianego na początku dwumilionowego grantu od NCN. Otóż projekt przedstawiony przez prof. Bilewicza sprowadza się do kontynuacji tez wygłoszonych w „Polin”, a wcześniej w raportach „Centrum...”. Z opisu autorskiego dowiadujemy się, że fundusze spożytkowane zostaną m.in. na analizę forów internetowych pod kątem „mowy pogardy” wobec imigrantów, mniejszości etnicznych i religijnych – co prowadzić ma do zmniejszenia wrażliwości na tego typu język. Cytując: „podobnie jak wtedy, gdy ludzie wielokrotnie stykają się z agresją w brutalnych filmach i grach komputerowych. To pozwala mowie pogardy rozprzestrzeniać się w społeczeństwie niczym epidemia”. Warto na marginesie zwrócić uwagę na pewną ciekawostkę – jeszcze niedawno każdy, kto podnosił destrukcyjny wpływ przemocy w grach czy filmach na psychikę odbiorcy (szczególnie dzieci), był wyśmiewany jako bigot i oszołom. Obecnie nadal w podobny sposób traktowane są ostrzeżenia przed pornografią lub „edukacją seksualną” w szkołach. A tu proszę – okazuje się jednak, że ciągła ekspozycja na niekorzystne bodźce może być niebezpieczna... kto by pomyślał...

Ale dalej jest jeszcze ciekawiej: „Sprawdzimy jak ekspozycja na mowę pogardy wpływa na funkcjonowanie na poziomie mózgu – wykorzystamy pomiar EEG aby sprawdzić zmiany w reakcjach mózgu na obraźliwe stwierdzenia, a także w reakcjach na twarze mniejszości etnicznych. Po ekspozycji na mowę pogardy, spodziewamy się słabszych reakcji mózgu na podobne stwierdzenia oraz słabszych wzorców aktywności mózgu powiązanych z postrzeganiem ludzkich twarzy”. I puenta:Rezultatem tego projektu będzie epidemiczny model mowy pogardy. Pozwoli on opisać i zrozumieć gwałtowne rozprzestrzenianie się mowy pogardy w rzeczywistości sieciowej. Ten model podstawowy może okazać się niezwykle użyteczny dla organizacji zajmujących się ograniczaniem skali mowy nienawiści i innych niebezpiecznych zjawisk związanych z korzystaniem z Internetu”.


III. Inżynieria społeczna

Zwracam uwagę zwłaszcza na ostatni fragment. Oznacza on bowiem ni mniej ni więcej, tylko stworzenie podkładki do cenzurowania internetu pod pozorem walki z „mową nienawiści”, a także ma podać na tacy „naukowe” argumenty zawodowym tropicielom różnych „x-fobii” składającym masowo zawiadomienia do organów ścigania. W dalszej kolejności – ponieważ będziemy mieli do czynienia z „epidemią” - „mowa nienawiści” może zostać potraktowana jako zagrożenie bezpieczeństwa publicznego. W minionych latach policjanci i prokuratorzy byli „szkoleni” na podobne okoliczności przez lewackich aktywistów z organizacji typu „Nigdy Więcej” czy „Otwarta Rzeczpospolita” (ta ostatnia założyła nawet specjalny portal dla donosicieli), więc precedens już jest. W efekcie „piękne wyroki” mogą się posypać już nie tylko za spalenie „kukły Żyda”, lecz za komentarz w internecie. A stąd tylko krok do wprowadzenia cenzorskich algorytmów mających wyeliminować niebezpieczeństwo narażenia odbiorców na niepożądane bodźce.

Osobną sprawą jest, co począć z osobami, które już zostały zainfekowane „epidemią” i wykazują „nieprawidłowe” odczyty EEG? Obozy reedukacyjne? A może przymusowe wstrzykiwanie substancji chemicznych mających przywrócić „pożądane” funkcjonowanie mózgu? Pierwszy krok (podobnie jak w przypadku drakońskiej ustawy o „fake news”) poczyniła przodująca nauka niemiecka – naukowcy z Bonn przeprowadzili eksperyment w którym zastosowano połączenie indoktrynacji z kuracją hormonalną. Ochotnikom nie dość „empatycznym” wobec „uchodźców” odczytywano łzawe historyjki o ciężkiej doli migrantów, a następnie aplikowano oksytocynę („hormon miłości”) - w efekcie skokowo wzrastał u nich poziom altruizmu, przejawiający się m.in. chęcią do dzielenia się pieniędzmi. Jak widać, jeszcze wiele przed nami...

Mamy zatem do czynienia tak naprawdę z niebezpiecznym projektem z zakresu inżynierii społecznej, mającym dać narzędzia do modelowania zbiorowych zachowań. Świadczy o tym chociażby z góry założony efekt badań – autor w ogóle nie bierze pod uwagę uzyskania wyników innych niż zaplanowane. Mamy „epidemię” i już, a jedyną kwestią do ustalenia jest jej konkretny „model”. Dodajmy, że na komplementarny projekt pt. „Źródła negatywnych stereotypów grup spostrzeganych jako nieprzyjazne – porównanie uprzedzeń anty-romskich i antysemickich w Polsce i Niemczech” otrzymał grant w wysokości ponad miliona złotych (1 153 138 zł) podwładny prof. Bilewicza – dr Mikołaj Wiśniewski.

A tak na koniec – z czym Państwu kojarzy się wizerunek Polaków roznoszących „epidemię”? Czy aby nie z hitlerowską propagandą na temat pewnej grupy etnicznej mającej roznosić tyfus?

I taka propaganda finansowana jest z publicznych pieniędzy przez NCN - instytucję podległą Ministrowi Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Udał się nam ten Gowin, nie ma co...


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Antysemityzm urojony


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 12 (23-29.03.2018)

sobota, 3 marca 2018

Antysemityzm urojony

Centrum Badań nad Uprzedzeniami UW jest lewacką jaczejką realizującą swą agendę pod pozorem badań naukowych.

I. I Ty zostaniesz „wtórnym antysemitą”

Na marginesie spazmów i drgawek towarzyszących ostatnim napięciom polsko-żydowskim, co przełożyło się m.in. na jęki o recydywie „moczarowszczyzny” i „tradycyjnego polskiego antysemityzmu”, warto pokusić się o analizę ciekawego raportu wyprodukowanego przez Centrum Badań nad Uprzedzeniami przy Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Jak czytelnicy „Polski Niepodległej” może pamiętają, co jakiś czas poświęcam nieco uwagi działalności tej specyficznej instytucji, stanowi ona bowiem typowy przykład ideologizacji nauk społecznych. Najprościej rzecz ujmując, Centrum Badań nad Uprzedzeniami jest lewacką jaczejką realizującą swą agendę pod pozorem badań naukowych – tropi takie zjawiska jak „islamonegatywność” (poważnie, jest takie pojęcie), „mowa nienawiści”, „ksenofobia”, „prawicowy autorytaryzm” oraz, ma się rozumieć, „antysemityzm”. A że z założenia wszystkie wymienione grzechy trzeba w społeczeństwie odnaleźć, bo inaczej całe to Centrum straciłoby rację bytu, toteż badacze odnajdują – za pomocą sondaży najeżonych odpowiednio tendencyjnymi pytaniami. Nie inaczej jest z „antysemityzmem”, którego dotyczy pochodzący z 2017 r. raport pod uroczym tytułem: „Powrót zabobonu: antysemityzm w Polsce na podstawie Polskiego Sondażu Uprzedzeń 3” pod redakcją Dominiki Bulskiej i Michała Winiewskiego. Dokument, jak nadmieniłem, jest interesujący – ale nie dlatego, że mówi nam coś o polskim społeczeństwie. Prawdziwą jego wartością jest możliwość wglądu w stan ducha i umysłu naukowców szyjących swe badania pod z góry ustaloną tezę.

Manipulacja zaczyna się już na poziomie podstawowej terminologii i definicji. Otóż na wstępie badacze zabezpieczają się przed potencjalnie krępującą sytuacją, jeśli okazałoby się, że zjawisko antysemityzmu jest wśród Polaków marginalne. Czynią to za pomocą prostego zabiegu – rozszerzając maksymalnie zasięg pojęcia. Dzielą mianowicie uprzedzenia wobec Żydów na trzy podkategorie: antysemityzm tradycyjny, antysemityzm spiskowy oraz antysemityzm wtórny. „Antysemityzm tradycyjny” wg autorów, to np. wiara w porywanie dzieci na macę, czy obarczanie Żydów odpowiedzialnością za ukrzyżowanie Chrystusa. Z kolei „antysemityzm spiskowy”, jak sama nazwa wskazuje, polegać ma na wierze w żydowski spisek mający na celu osiągnięcie władzy nad poszczególnymi państwami i światem – przy czym Żydzi postrzegani są tu jako jednorodna grupa działająca w porozumieniu.

Ale prawdziwym cymesem jest „antysemityzm wtórny” - ma się on charakteryzować „tendencją do zaprzeczania własnym uprzedzeniom antyżydowskim”, negowaniem wyjątkowości holokaustu, poglądem, że winni antysemityzmowi są często sami Żydzi oraz opinią, że holokaust jest narzędziem wykorzystywanym przez Żydów do osiągania korzyści majątkowych (odszkodowania) i zyskiwania przewagi nad innymi narodami. Innymi słowy – im bardziej wypierasz się „antyżydowskich uprzedzeń”, tym bardziej jesteś antysemitą. A jeżeli jeszcze negujesz jedynie słuszną wizję Zagłady (zwróćmy uwagę – nie chodzi o zaprzeczanie holokaustowi lecz o zadekretowaną, „oficjalną” interpretację tegoż) forsowaną w doktrynie izraelskiego państwa i środowisk żydowskich – wówczas jesteś „wtórnym antysemitą” do kwadratu.


II. Wszyscy jesteśmy żydożercami

Jak łatwo zauważyć, z takim zapleczem pojęciowym wytropienie antysemityzmu to już bułka z masłem. Wystarczy jedynie w sondażu zadać odpowiednio ukierunkowane pytania i gotowe – żaden żydożerca (ani „tradycyjny”, ani „spiskowy”, ani nawet „wtórny”) się nie wywinie. Spójrzmy, jak to wygląda w szczegółach.

W badaniu zadano respondentom szereg pytań w postaci stwierdzeń do których mieli się ustosunkować w skali 1-5, gdzie „1” oznaczało „zdecydowanie się nie zgadzam”, a „5” - „zdecydowanie się zgadzam”. Dodajmy, że swej odpowiedzi nie można było zniuansować, albo uzasadnić – można było co najwyżej odmówić jej udzielenia. Od razu powiem, że jeśli chodzi o mnie, to w takich warunkach odmówiłbym odpowiedzi na wszystkie pytania – bowiem niemal każde z nich implikowało określoną tezę.

I tak, przy badaniu „antysemityzmu tradycyjnego”, pytanie brzmiało:W przeszłości zarzucano Żydom porywanie chrześcijańskich dzieci. Czy uważa Pani/Pan, że takie porwania miały miejsce?”. I cóż tu odpowiedzieć? Jedyną uczciwą reakcją byłoby proste „nie wiem”. Natomiast kolejne pytanie: „Czy na współczesnych Żydach ciąży odpowiedzialność za ukrzyżowanie Chrystusa?” - jest dość perfidne. Z Ewangelii wg Św. Mateusza dowiadujemy się bowiem, iż Żydzi żądając wydania Barabasza i ukrzyżowania Chrystusa, zawołali „Krew Jego na nas i na dzieci nasze!” (Mt. 27:25) – czyli dobrowolnie zaciągnęli na siebie coś w rodzaju międzypokoleniowej klątwy. Do ustalenia pozostaje jedynie, jak długo owo „przekleństwo” ma obowiązywać – czy wygasa po kilku pokoleniach, czy też trwa np. do momentu nawrócenia Żydów, o co przez stulecia modlono się w Wielki Piątek? Ale, jak sądzę, samo wdawanie się w takie dywagacje, świadczy o czarnosecinnym żydożerstwie...

Weźmy teraz „antysemityzm spiskowy”. Tu z kolei mamy takie stwierdzenia/pytania, jak: „Żydzi osiągają cele grupowe dzięki tajnym porozumieniom”; „Żydzi chcą mieć decydujący głos w międzynarodowych instytucjach finansowych”; „Żydzi dążą do panowania nad światem”; „Żydzi czasami po cichu spotykają się, żeby omówić ważne dla nich sprawy”; „Żydzi działają często w sposób niejawny, zakulisowy”; „Żydzi dążą do rozszerzenia swojego wpływu na gospodarkę światową”. I co z tym zrobić, Czytelniku? Zgodzisz się – jesteś „spiskowym antysemitą” i oszołomem. Zaprzeczysz – wystawiasz sobie świadectwo impregnowanego na rzeczywistość idioty lub tchórza. Zauważmy, że co pytanie, to pułapka. Przykładowo, Żydzi nie tyle „chcą mieć” decydujący głos w świecie finansjery, ile po prostu go mają. Zapewne jednak dla autorów badania samo wymienienie takich nazwisk, jak Rothschild, Rockefeller, Soros czy Sachs byłoby świadectwem nieuleczalnej „judeofobii”. Przytoczmy jeszcze bardzo „antysemicką” anegdotę z czasów Konferencji Wersalskiej, opisaną w pamiętnikach Hipolita Korwin-Milewskiego. Otóż do polskiego dyplomaty, hr. Ksawerego Orłowskiego podszedł baron Maurycy Rothschild i powiedział (streszczam sens dłuższej wypowiedzi), iż nieprawdą jest jakoby Żydzi byli jednomyślni, ponieważ on, Rothschild, w wielu sprawach nie zgadza się np. z Lejbą Trockim, jednak w podstawowym punkcie zawsze są zgodni – gdy rzecz idzie o „honor Izraela” (czyli narodu żydowskiego). W związku z tym, dopóki na czele polskiej delegacji stał będzie „ten człowiek” (mowa o Romanie Dmowskim), „to Izrael zastąpi jej drogę ku wszystkim jej celom”. Kliniczny przejaw „spiskowego antysemityzmu”, któremu daje świadectwo... baron Rothschild.

No i wreszcie, mój ulubiony „wtórny antysemityzm”. Oto kolejny zestaw „pytań-pułapek”: „Żydzi rozpowszechniają pogląd, że Polacy są antysemitami”; „Żydzi chcą zdobyć od Polaków odszkodowania za coś, co w rzeczywistości uczynili im Niemcy”; „Denerwuje mnie, gdy dziś wciąż mówi się o zbrodniach popełnionych przez Polaków na Żydach”; „Odnoszę wrażenie, że Żydzi wykorzystują nasze wyrzuty sumienia”. Przecież jest to zestaw niezaprzeczalnych faktów! Szczególnie dziś, w dobie antypolskiej nagonki i nasilenia roszczeń majątkowych widać to z pełną wyrazistością. Tak, w żydowskiej propagandzie jesteśmy antysemitami, przypisuje się nam niemieckie winy i na tej podstawie żąda się od nas odszkodowań; polski rzekomy „współudział” w holokauście jest częścią żydowskiej narracji historycznej – i owszem, w ten sposób usiłuje się nas obezwładnić wyrzutami sumienia. Lecz nie – jeśli zauważysz te oczywistości, jesteś skończony jako „wtórny antysemita”.


III. Antysemityzm urojony

Na zakończenie - proszę darować, że nie przytaczam tu „wyników”. Kto ciekaw, może cały raport znaleźć w internecie. Rzecz w tym, że na podstawie tak zmanipulowanego już w sferze definicji, pytań i założeń „badania” poczynienie jakichkolwiek merytorycznych ustaleń jest zwyczajnie niemożliwe - a w konsekwencji to, co prezentuje się nam jako „wnioski” nadaje się wyłącznie do kosza. Aby uniknąć zaklasyfikowania jako „antysemita” należałoby po prostu kłamać – nie ma innego sposobu na wyjście obronną ręką w konfrontacji z tak spreparowanymi pytaniami. Jednak, jak zauważyłem na wstępie, omawiany sondaż wiele nam mówi o jego autorach – kompletnie zaczadzonych, lewackich fanatykach, dla których antysemityzmem jest dokładnie wszystko, co choćby potencjalnie może postawić Żydów w niekorzystnym świetle. Od wstydliwego piętna antysemityzmu (co z tego, że urojonego) zwalnia jedynie bezkrytyczne uwielbienie dla „narodu wybranego” połączone z rytualnym samobiczowaniem za polskie „winy”.

Wygląda to na pozór groteskowo – ale warto zdawać sobie sprawę, że na takim ideologicznym podglebiu kwitła przez niemal 30 lat „pedagogika wstydu”. I, jak widać, ów proceder jest kontynuowany – przy udziale placówki naukowej czołowego polskiego (!) uniwersytetu...


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

„Polska bastionem... zdrowego rozsądku”

„Miastko, czyli prawica pod lupą”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 05 (28.02-13.03.2018)

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Portret KOD-owca

W miarę liczny udział w manifestacjach jest reakcją obronną KOD-owców na uczucie pogłębiającego się dyskomfortu.

I. Na tropie KOD-owca

Kiedy przeglądam sobie w internecie relacje z dwóch kolejnych antyrządowych „sobotnic” („sobótek”? „subotników”?), zastanawia mnie jedno – kim jest większość uczestników? Nie sądzę bowiem, by te kilka-kilkanaście tysięcy osób składało się wyłącznie z partyjnych działaczy, opłacanych najemników, rodzin prominentów, resortowych dzieci, dyszących nienawiścią sierot po Palikocie i generalnie – kasty „nachapanych” broniących stanu posiadania. To znaczy, oni wszyscy oczywiście w jakimś stopniu są tam obecni, moderują przekaz, wykorzystują sobotnie „eventy” dla swoich celów – niemniej jednak „na oko” większość demonstrantów stanowią zwykli ludzie i to, patrząc choćby po ubiorze, często tacy, którzy symboliczne „ośmiorniczki” jadają jedynie ustami swych przedstawicieli. A jednak coś powoduje, że przychodzą, przynoszą te własnoręcznie wykonane transparenty, utożsamiają się z KOD-em i gotowi są robić za darmowe, demonstracyjne mięso armatnie.

Kim zatem jest przeciętny uczestnik demonstracji – taki, który wychodzi na ulicę, bądź zapisuje się do KOD-u powodowany wewnętrzną potrzebą, a nie ze względów polityczno-organizacyjnych? Myślę, że próba wyjaśnienia tej kwestii jest o tyle istotna, że pomoże nam zrozumieć co tak naprawdę dzieje się w sferze społecznej w Polsce przełomu 2015 i 2016 roku.

Sądzę, że znam odpowiedź na to pytanie – a przynajmniej jej dość istotną część.

Na trop naprowadził mnie wywiad, jakiego „Gazecie Wyborczej” udzielił w połowie października Michał Bilewicz, kierownik działającego na Uniwersytecie Warszawskim Centrum Badań nad Uprzedzeniami. Tu mała dygresja naświetlająca kontekst: owo Centrum Badań nad Uprzedzeniami, jak sama nazwa wskazuje, jest silnie lewicowo zorientowanym projektem, prowadzącym dość wytężoną pracę ideologiczną ubraną w szaty socjologicznych badań z zakresu „stereotypów, uprzedzeń, rasizmu, dyskryminacji i innych zagadnień z obszaru stosunków międzygrupowych”. Poczytuję sobie od czasu do czasu produkowane tam raporty w rodzaju „Postawy wobec mniejszości muzułmańskiej w Polsce”, „Postawy antyizraelskie, a antysemityzm w Polsce”, na podobnej zasadzie, jak zaglądam na strony „Krytyki Politycznej” czy „Wyborczej” - bo zawsze lepiej choć w przybliżeniu wiedzieć, co lęgnie się po tamtej stronie. Tym bardziej, że oni również nie próżnują jeśli chodzi o prześwietlanie prawicy, o czym świadczy chociażby raport „Podłoże prawicowych preferencji wyborczych młodych Polaków”, w którym rozłożono wyborców PiS, Kukiz'15, KORWIN-a i narodowców z przedziału wiekowego 18-29 lat na czynniki pierwsze.

II. „Negatywny autostereotyp”

W każdym razie, wspomniany Michał Bilewicz, młody, 35-letni profesor (co, swoją drogą, pokazuje na czym obecnie warto robić karierę akademicką), przynajmniej na użytek zewnętrzny potrafi wznieść się od czasu do czasu ponad obowiązujące w mainstreamie schematy i w całkiem ciekawy sposób zdiagnozować społeczne podziały, co czyni m.in. w przywołanym wywiadzie dla „GW” - momentami całkiem nie po linii „michnikowszczyzny”. Gros rozmowy dotyczy wprawdzie prawicowej i antyimigranckiej „mowy nienawiści”, lecz na jej marginesie pojawiają się również bardziej interesujące wątki.

Spójrzmy na kilka cytatów. Oto, odnosząc się do zaostrzenia języka publicznej debaty w Polsce, Bilewicz wskazuje jako źródło problemu „podział smoleński”, podkreślając, że początkowo grupa wierząca w zamach była o wiele mniej uprzedzona do grupy wierzącej w wypadek lotniczy, niż na odwrót. Za wzrost agresji odpowiadają głównie zwolennicy hipotezy „wypadkowej” - grupa ta „izolowała się, a często też ustami różnych naukowców, w tym psychologów, używała pogardliwego języka. To wtedy zaczęto mówić o »sekcie smoleńskiej«, o tym, że niektórych trzeba wysłać do psychiatry”. Nałożył się na to podział społeczny: „z jednej strony mamy zamożną »Warszawę«, z drugiej »mohery«, »kiboli«, »prowincję«, z którymi »Warszawa« nie chce mieć wiele do czynienia, bo to świat ludzi zwykle biedniejszych, który uważamy za trochę kompromitujący, a my chcemy być tacy jak Europa”. I dalej: „mamy tendencję do zamykania się w takich bąblach, gdzie już każdy, kto nawet je inaczej: schabowy z ziemniakami zamiast eko, jest postrzegany jako ten gorszy”. (…) „Myślę, że stąd ich reakcja na wypowiedź Tokarczuk - oni czuli, że pisarka nie bije się we własne piersi”.

No i wreszcie clou: „przeprowadzałem badania wśród młodych mieszkańców dużych miast i pojawiło się w nich coś dziwnego, co nie pojawiło się w żadnych innych znanych mi badaniach tego typu w Europie czy w Stanach Zjednoczonych. (…) Negatywny autostereotyp. Kiedy zapytaliśmy ich o to, kim są Polacy, usłyszeliśmy, że to złodzieje, narzekacze, lenie i pijacy. Badania robione na próbach reprezentatywnych na wsi i w małych miastach zupełnie nie pokazywały takiego negatywnego autostereotypu” (...) Wygląda na to, że Polacy w dużych miastach zapytani o to, kim są Polacy, nie myślą o sobie. Oni są »warszawiakami«, »ruchami miejskimi«, »liberalnymi pracownikami korporacji«, »pracownikami mediów«, »naukowcami«. A Polacy to dla nich, z grubsza mówiąc, elektorat PiS-u.

III. „Orientacja na dominację”

I tu chyba właśnie mamy odpowiedź na postawione we wstępie pytanie. W kontekście zacytowanych powyżej diagnoz, dotyczących zarówno genezy podziałów jak i wyższościowych aspiracji przepajających, nazwijmy to umownie, wielkomiejską klasę średnią, wychodzi na to, że ludzie ci między innymi zaspokajają emocjonalną potrzebę dowartościowania się. Chcą poczuć się znów przez moment członkami „lepszego towarzystwa”. Przywykli do tego, że „ich” (czy może – podsunięte im) poglądy są jedynie słuszne, że „mohery” z prowincji są wprawdzie straszno-śmieszne, lecz w gruncie rzeczy skazane na wymarcie, że „wszyscy ludzie na poziomie” sądzą... i tu wpisz dowolne, co akurat sądzić wypada. Słowem – że należą do lepszej kasty „już-prawie-europejczyków”, że sprawy muszą iść w dobrym kierunku, skoro chwali nas Berlin i Bruksela, Tuska zaś zrobiono „królem Europy”. A Polacy? Polacy to banda ciemnych nieudaczników, którzy nadają się co najwyżej do klęczenia w kruchcie, lub w najlepszym razie do roboty na zmywaku w Londynie.

Wygrana PiS im to wszystko odebrała.

To musiał być dla nich szok. „Pisowcy” dorwali się do władzy i będą „ten kraj” urządzać teraz po swojemu? Te wąsate Janusze konsumujące schabowe i browary z „Biedronki” mają rządzić? A co z nami? No i, mówiąc Telimeną – „co świat powie na to”? Taki wstyd... W miarę liczny udział w manifestacjach jest reakcją obronną na uczucie pogłębiającego się dyskomfortu. Ta cała obrona demokracji, konstytucji i czego tam jeszcze jest jedynie wtórnym racjonalizowaniem opisywanych tu emocji. Dlatego tak rzucili się na zmanipulowaną wypowiedź Kaczyńskiego o „gorszym sorcie Polaków”. To przekorne określanie się w ten sposób (tak jak prawica na własny użytek obezwładniła inwektywy typu „ciemnogród”) jest formą oporu przeciw uzurpacji prowincjonalnych chamów – nawet jeśli owa „prowincja” zaczyna się nie za rogatkami Warszawy, lecz w blokowiskach Bródna czy innego Bemowa. Chronią w ten sposób poczucie własnej wartości związane z symboliczną przynależnością do lepszego świata. Rolę kastowych totemów może pełnić cokolwiek, co odróżnia „nas” od „onych” - opornik, konstytucja, Trybunał... I dlatego teraz gotowi są dać się pokroić za establishment III RP walczący desperacko o ochronę swych habitatów i żerowisk – bo ów mainstream, ci sędziowie, politycy, też stali się swoistymi totemami. Jakkolwiek absurdalnie by to nie zabrzmiało, ci tzw. „zwykli ludzie” demonstrujący pod Sejmem i Trybunałem, utożsamili się z elitami właścicieli III RP. Bo to ich we własnych oczach wyróżnia spośród roszczeniowego motłochu, który zagłosował na obietnicę 500 zł „na dziecko” i chroni przed deklasacją. Logika plemiennego podziału idealnie wpasowała się w suflowaną im atmosferę zagrożenia. Smutne to, lecz prawdziwe.

Na zakończenie – w uczonych raportach Centrum Badań nad Uprzedzeniami, dość istotną kategorią – przypisywaną, rzecz jasna, prawicy – jest „orientacja na dominację społeczną” („Social Dominance Orientation”, SDO). Oznacza ona „przekonanie, że hierarchia grup ludzkich jest naturalna i potrzebna oraz, że dominacja jednych grup nad innymi jest pożądana; osoby o wysokim poziomie SDO na ogół przeciwstawiają się wszelkim próbom ograniczania nierówności społecznych, a także cechują się wyższym poziomem uprzedzeń”. Wypisz-wymaluj, postawa opisywanych tu „oporników”. Przewrót na politycznej scenie dowartościowujący pogardzaną prowincję jest uderzeniem w ich poczucie społecznej hierarchii. A to powoduje z kolei, że będą bronić swego – niechby i wyimaginowanego – statusu. Ta zimna wojna, niestety, prędko się nie skończy.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3118-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 50-52 (23.12.2015-12.01.2016)