Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jerzy Urban. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jerzy Urban. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 października 2018

„Kler”, czyli antykościelny „Żyd Süss”

Film „Kler” to urbanowe „NIE” w wersji kinowej, skonstruowany według tych samych, goebbelsowskich wzorców.

I. Smarzowszczyzna

Na początek uwaga – to nie będzie recenzja filmu „Kler”, tylko raczej przegląd wątków okołofilmowych, bowiem te w moim odczuciu są od samego „dzieła” znacznie ciekawsze. Mianowicie, filmem „Kler” reżyser „Wojtek” (co to za infantylna mania z tym zdrabnianiem imion?) Smarzowski wrócił do swojego naturalnego, artystyczno-środowiskowego habitatu. Co zadecydowało, że reżyser tym razem postanowił wziąć na warsztat akurat Kościół Katolicki i duchowieństwo? Otóż jego poprzedni film, czyli „Wołyń”, został przez środowisko filmowe i znaczną część krytyki odebrany jako film „prawicowy” czy wręcz „pisowski” - zapewne wbrew intencjom samego autora, który chciał nakręcić uniwersalny obraz skierowany przeciw ogólnie rozumianemu „nacjonalizmowi”. Nic z tego – artystyczny półświatek słynący z daleko posuniętej homogenizacji poglądów (lewactwo, antyklerykalizm, ojkofobia itd.) uznał, że Smarzowski wpisał się „Wołyniem” w „pisowską” politykę historyczną. A zatem – zdrada! Sam twórca dość boleśnie przekonał się o tym podczas Festiwalu Filmowego w Gdyni w 2016 r., kiedy to jego film ostentacyjnie pominięto w najbardziej prestiżowych kategoriach, przyznając jedynie drugorzędne wyróżnienia za charakteryzację, zdjęcia i debiut Michaliny Łabacz, a przewodniczący jury Filip Bajon bredził coś o tym, że film jest „niedokończony” i „za długi”. Nawiasem mówiąc, sytuacja ta była groteskowa o tyle, że w PiS i okolicach wciąż świetnie się ma giedroyciowskie ukąszenie i środowisko naszych prawicowych ukrainofilów głośno wyrażało obawy, że „Wołyń” przyczyni się do pogorszenia stosunków z Kijowem.

Niemniej, Smarzowskiemu wysłano czytelny sygnał – albo zawróci z drogi odstępstwa, albo czeka go ostracyzm. Reżyser aluzju poniał i postanowił się w oczach filmowej ferajny „wypucować” - jak widać, skutecznie. Festiwal zachwytów wystartował jeszcze przed premierą, równo z upublicznieniem w internecie trailera, a Gdynia tym razem była łaskawa (nagroda specjalna jury, nagroda dziennikarzy i nagroda publiczności). Słowem, pan „Wojtek” znów jest „koszerny”.

Równolegle ruszyła machina promocyjna, zapewniając „Klerowi” rekordowy weekend otwarcia – 935 tys. widzów. Nic dziwnego, bowiem film idealnie wpisuje się w antyklerykalne fobie lewicowo-liberalnego mainstreamu, wg których Kościół instytucjonalny jest siedliskiem zepsucia, zaś „klechy” to banda pazernych i chorych na władzę alkoholików, dziwkarzy i zboczeńców. Już samo słowo „kler” jest żywcem wyjęte z antykościelnej, komunistycznej propagandy w stylu paszkwili Jerzego Urbana wymierzonych w ks. Jerzego Popiełuszkę, a slogan „nic co ludzkie nie jest IM obce” rysuje wyraźny podział - „my” (czyli widzowie, wierni) i „oni” (czyli zdeprawowany, pasożytniczy „kler”). W efekcie widzowie otrzymali kawał typowej „smarzowszczyzny” – obraz złożony z rozmaitych zwyrodnień podanych w stuprocentowym stężeniu, do tego ostro podlanych wódą. Tak jak w przypadku wcześniejszego „Wesela” pokazującego polską prowincję jako wylęgarnię degrengolady, Smarzowski znów wylał miód na skołatane serca samozwańczych elit III RP, które całą swą samoidentyfikację i poczucie wyższości ufundowały na pogardzie dla ciemnego, klerykalnego motłochu oraz zwierzęcej nienawiści do „zacofanego” Kościoła.


II. Protestancka propaganda

Trzeba tu koniecznie wspomnieć o współscenarzyście Wojciechu Rzehaku – poloniście i wicedyrektorze protestanckiego VII Liceum im. Mikołaja Reja w Krakowie. Ewangelickie wyznanie autora ma w tym przypadku znaczenie, bowiem „Kler” to również przegląd typowych dla protestantyzmu antykatolickich uprzedzeń znanych od czasów Marcina Lutra. Tak więc, kler jest perfidny, dwulicowy, obłudny, żyje w zakłamaniu, uprawianą w cichości rozpustę pokrywa hipokryzją, zaś ciągoty homoseksualne, pedofilskie czy wreszcie pospolite pijaństwo są winą „nienaturalnego” celibatu. Na to wszystko nakłada się pogoń za dobrami doczesnymi, splendorem, wystawnym trybem życia, kupczenie sakramentami i żerowanie na biednych owieczkach („co łaska, ale nie mniej niż tysiąc...”). A jeszcze „wtrącanie się do polityki” czy podszyte pychą stawianie wypasionych świątyń „na bogato”, kapiące od złota przybory i stroje liturgiczne, przepych biskupich pałaców... Mamy tu cały katalog sięgającej XVI stulecia protestanckiej propagandy, rozwiniętej później w antyklerykalizmie doby Oświecenia, następnie w bolszewizmie, a dziś – w postępackiej, antychrześcijańskiej ideologii „europeizmu”. W tym kontekście można wręcz powiedzieć, że „Kler” to swoiste ukoronowanie ubiegłorocznych obchodów 500-lecia Reformacji, w które Kościół (również polski) włączył się w przypływie jakiegoś niepojętego „ekumenicznego” masochizmu. A teraz zadeklarowany antyklerykał do spółki z heretykiem nakręcili antykościelny paszkwil, stawiając mocną kropkę nad „i”.

Jaki zatem ma być Kościół? Z wypowiedzi „Wojtka” Smarzowskiego, biadającego nad tym, jak jest „osaczony” przez religię – kalendarze z papieżem, przydrożne kapliczki i krzyże, kościoły – a zarazem rozpływającego się w zachwytach nad Czechami, gdzie kręcono sceny w kościelnych wnętrzach, wynika jasno: Kościoła ma po prostu nie być. Polska natomiast powinna pójść drogą Czech – gruntownie przeoranych przez husytyzm, traktujących katolicyzm jako religię niemiecko-austriackich zaborców i w końcu ostatecznie spacyfikowanych duchowo komunizmem. To tyle, jeśli chodzi o głosy obrońców filmu „Kler” - jakoby miał jedynie pokazywać kościelne „błędy i wypaczenia”. Nie, ten film to uderzenie w religię katolicką jako taką, przeprowadzone w myśl ewangelicznej przestrogi „Uderzą w pasterza, a rozproszą się owce stada”. Temu służyć ma odmalowany grubą krechą obraz Kościoła jako instytucji nieodwracalnie zdegenerowanej, z której można jedynie albo odejść, albo się powiesić.


III. Antyklerykalny „Żyd Süss”

Owszem, każda z pokazanych w filmie patologii w jakiejś mierze jest w Kościele obecna, ale „Kler” nie ma na celu uzdrowienia przez terapię wstrząsową – on ma Kościół do reszty zohydzić w społecznym odbiorze i dlatego właśnie jest tak fetowany. Wszelkie większe i mniejsze grzechy przedstawicieli duchowieństwa są wykorzystywane czysto instrumentalnie - z problemem pedofilii na czele. Chodzi o to, by Kościół podmywany dziś z jednej strony przez afery obyczajowe, z drugiej zaś poddawany przez „lawendową mafię” homoseksualnej infiltracji i pełzającej protestantyzacji ostatecznie się zawalił i już nigdy nie odrodził. To przyświecało jego wrogom od najdawniejszych czasów – a nie żadne „szlachetne motywacje”. Równie dobrze można by twierdzić, że Goebbels nakazując nakręcenie filmu „Żyd Süss” miał intencję uleczenia patologii pleniących się wśród niemieckich Żydów. Oba filmy powstały wedle tej samej metody – tak zwanego „kłamania prawdą”. Polega ona na wybiórczym zestawieniu autentycznych osób i wydarzeń („Żyd Süss” również nawiązywał do faktów historycznych), odmalowaniu ich jednolicie czarną farbą i zaprezentowaniu jako normy: wszyscy Żydzi to kanalie, wszyscy księża i biskupi to pazerni degeneraci.

Ta metoda, acz prostacka, bywa nad podziw skuteczna – trafia bowiem w najniższe ludzkie instynkty, odwołując się do tego, co w człowieku najgorsze. W przypadku filmu Smarzowskiego jest to tzw. ludowy antyklerykalizm, bazujący na zawiści – że ksiądz ma dobry samochód, że zbiera na tacę, że trzeba mu dać kopertę gdy chodzi po kolędzie, zapłacić za chrzest, ślub, pogrzeb - a mówią, że ma kochankę na boku, gra w karty, albo jeszcze co gorszego... Na tym wszak zasadzał się sukces „NIE” Jerzego Urbana, święcącego triumfy w dobie transformacyjnej zawieruchy (również moralnej). Nie dziwi więc, że stary wampir wylazł na chwilę z trumny, by zawitać na premierę „Kleru” i podziwiać dzieło swego duchowego wychowanka. „Kler” to bowiem „NIE” w wersji kinowej, skonstruowany wg tych samych, goebbelsowskich wzorców. I podobnie jak Goebbels nie musiał siłą zaganiać Niemców na „Żyda Süssa” by zrobić frekwencję, jak Urban w latach '90 wyprzedawał nakłady swojego szmatławca, tak i dziś publika wali na „Kler” drzwiami i oknami – dokładnie z tych samych przyczyn: napaść oczy kloacznym zepsuciem „innych” - Żydów, klechów... I do łba jednemu z drugim nie przyjdzie, że patrzą na siebie samych – że filmowi Mordowicz, Kukuła, Trybus, Lisowski nie spadli z Marsa ani nie nasłał tu ich Watykan lecz stanowią krew z krwi i kość z kości społeczeństwa które ich wydało, wraz ze wszystkimi jego grzechami. Innymi słowy, Smarzowski mówi swoim odbiorcom: tak was właśnie widzę, a teraz to zeżryjcie!

I żrą. Póki co, „Kler” zalicza w atmosferze sensacji triumfalny pochód przez kina. Pytanie, czy to uderzenie okaże się trwałe w skutkach (na co liczą medialni klakierzy w nadziei, że Polska powtórzy irlandzki model galopującej sekularyzacji), czy też nastąpi naturalny przesyt. A może sam Kościół zdobędzie się wreszcie na odwagę, by wyplenić „lawendową mafię” rozpalonym żelazem? To byłaby najlepsza odpowiedź.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 19 (10-23.10.2018)

piątek, 26 listopada 2010

Pod-Grzybki


Kuczyński o Jaruzelskim: „(...)Ale i On miał ją także, bo ...” Od tej pory o Generale piszemy wyłącznie z Wielkiej Litery.

Niniejszym inauguruję co-jakiś-czasową rubrykę „Pod-Grzybki”. Będę w niej zamieszczał komentarzyki zbyt „chude” na osobne notki, a które w jakiś tam sposób warto uwiecznić. Komentarzyki będą utrzymane w konwencji pół-żartem, pół-serio, a sporadycznie zupełnie serio. Czasem też będzie jazda „po bandzie”. Na początek porcja dubeltowa „Pod-Grzybków” (promocja taka). No to lu:

Dziwnie cicho w sprawie Ryszarda C. W ramach blogerskiego śledztwa ustaliłem, iż nie udało się wydusić zeznań, że pistolet dostał od Jarosława Kaczyńskiego. Pomyślmy - jakże pięknie byłoby, gdyby okazało się, że to ten sam „mały pistolecik”, którym onegdaj Srogi Jarosław miał straszyć w windzie Umiłowanego Donalda... (Poszlaka: „...tylko za małą broń miałem”) Moja rada, partacze – przekażcie gościa prawdziwym fachowcom, tym z zaprzyjaźnionej Łubianki. Putin przed wizytą gospodina Miedwiediewa nie odmówi drobnej, kumpelskiej przysługi. W zamian sprzeda się Rosnieftowi Lotos i będzie git.

***

Jak wygląda blogerskie śledztwo w moim wykonaniu? Siadam przed komputerem, zaglądam w bezdenną otchłań swojego umysłu... i atakuję klawiaturę. Przypuszczam, że nie różni się to zbytnio od większości „śledztw dziennikarskich”, szczególnie tych prowadzonych według schematu: „jak dowiedzieliśmy się od anonimowego informatora...”. Tyle, że otchłanie ich umysłów są jakby bardziej bezdenne. W końcu to zawodowcy.

***

Ryśkowi C. można by podrzucić do celi Szalonego Stefana „eliminatora” Niesiołowskiego. Niech sobie pogadają na kwadracie. Porównując opętańcze monologi pana wicemarszałka z bełkotem pakowanego do suki mordercy, można śmiało stwierdzić, że chłopaki znaleźliby wspólny język. Dzielą wszak wspólne, eliminatorskie zainteresowania.

***

Jak wiadomo, Szalony Entomolog ogłosił onegdaj, że jego misją jest wyeliminowanie braci Kaczyńskich z polityki. Proponuję, by na drzwiach biura poselskiego umieścił wywieszkę dla następców Ryszarda C. „Eliminator udziela profesjonalnych porad w godzinach...” Jakby co, można będzie wyjaśnić, że chodzi o metodykę przyszpilania różnych żuczków i motylków do korkowej tablicy. Na żywca.

***

W ramach kolejnego blogerskiego śledztwa ustaliłem, że zdePiSizowana TVP ma zatrudnić Agnieszkę Kublik na stanowisku ober-kadrowej. Jak powiedział anonimowy rozmówca w mojej głowie: „Co ma kobieta harować za frajer i to na dodatek, dla niepoznaki, w innej redakcji.”

***

Z tego Michnika to jednak kawał perfidnego parcha. Mówiąc, że dla Pawła Lisickiego znalazłoby się miejsce w „Wyborczej”, podarował mu klasyczny „pocałunek śmierci”. Musiał wiedzieć, że po czymś takim wiarygodność naczelnego „Rzepy” spadnie w oczach prawicowych czytelników do zera. Taki chwyt poniżej pasa wobec konkurencyjnej gazety... A fe, wstyd, panie Adamie.

***

Tymczasem „Rzepa” pozostaje wierna swojemu kursowi – tak, jak sympatyzowała z pisowskimi „liberałami”, tak teraz dzielnie wspiera ich w secesjonistycznych poczynaniach. To, że rozłam nastąpił na wzór najgorszych koszmarów z lat 90-tych, z czasów operacyjnej dezintegracji prawicy, umyka jakoś uwadze opiniotwórczej gazety. Momentami można wręcz odnieść wrażenie, że czołowi publicyści bardzo uważają, by owych podobieństw nie dostrzec. Kto obecnie odgrywa rolę płk. Lesiaka dowiemy się pewnie jak zwykle – o wiele za późno, tzn. wtedy, gdy z tej wiedzy nie będzie już nic w praktyce wynikało.

***

Na łamach tejże „Rzepy” Waldemar Kuczyński pod troskliwym okiem Pawła Lisickiego pielęgnuje swe szaleństwo, oznajmiając, że boi się przebudzenia narodu. Ja jestem ciekaw jakby wyglądało przebudzenie Waldemara Kuczyńskiego z dręczącej go maligny.

***

Znów z „Rzepy”: Kuczyński kontynuuje eksplorację bezmiarów własnego obłędu obwieszczając, że w sprawie stanu wojennego Jaruzelski miał swoje racje i w ogóle to odpieprzcie się od Generała. To akurat nic nowego, tyle że takie okołorocznicowe „cósie” ukazywały się do tej pory raczej w „Wyborczej”. Kuczyński jednak postanowił pójść dalej. Spójrzmy i nacieszmy oczy: „(...)Ale i On (to o Jaruzelskim – G.G.) miał ją także, bo ...” Pamiętajmy zatem: od tej pory o Generale piszemy wyłącznie z Wielkiej Litery. Panie Lisicki, ta „Wyborcza” chyba coraz bliżej, prawda?

***

„Rzeczpospolitej” zrobiło się na tyle łyso, że pod tekstem umieściła „na alibi” żenujący komentarzyk: „Pisownię wyrazów dużą literą pozostawiliśmy zgodnie z oryginałem Waldemara Kuczyńskiego”. Ale i tak, jak ustaliłem (w ramach blogerskiego śledztwa, oczywiście) rozanielony redaktor Lisicki krążył po newsroomie śpiewając w uniesieniu: „Generał Wojciech miał rację!...” i namawiając przy okazji każdego kto się nawinął do stworzenia okolicznościowego chóru. Podobno szarpał gorączkowo przedstawicieli grona redakcyjnego za mankiety, kręcił guziki u marynarek i, ogólnie, zachowywał się obrzydliwie. Ofiar śmiertelnych nie stwierdzono, niemniej warto odnotować kolejne potwierdzenie tezy, że szaleństwo bywa zaraźliwe.

***

Tekst Obłąkanego Waldemara traktował m.in. o głębokiej zasadności zaproszenia Generała na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego. W sumie, czemu nie? Jakie państwo, taki prezydent a jaki prezydent, tacy doradcy. Przed wyborami prezydenckimi były podwładny Jaruzelskiego, generał Dukaczewski wyznał, że chłodzi szampana w oczekiwaniu na zwycięstwo Komorowskiego. Powiem tak: w normalnym kraju nie powinno być żadnego liczącego się kandydata na którego ktoś taki jak Dukaczewski mógłby czekać z szampanem.

***

No, a skoro doszło już do wizyty Generała u prezydenta, to grzeczność nakazuje rewizytę. Sądząc po tekście Kuczyńskiego, 13 grudnia będzie jak znalazł. Jeśli śnieg dopisze, prezydencka para zajedzie z kuligiem: zwyczajnie, jak to do pana brata. Niech zgromadzona pod willą swołocz ze swymi zniczami i transparentami zobaczy jak bawi się szlachta. Michnik z Urbanem będą robili za chałaciarskich arendarzy i polewali panom braciom wódki. Ku chwale demokracji. Szlacheckiej.

***

Że co? Że urągam pamięci I RP? Fakt, Jaruzelski niepijący. Cóż, jakie czasy, taka szlachta. Nic to – tacy arendarze jak Urban i Michnik sami mogą obalić wiadro pejsachówki. A i „hrabia” Komorowski starozakonnym towarzystwem nie pogardzi. Cóż, jakie czasy... a tak, już to mówiłem.

***

Może zgromadzonemu pod oknami generalskiej willi „bydłu” będzie dane zajrzeć choć na chwilę do środka. Zobaczą wtedy scenę niczym z finału „Folwarku Zwierzęcego”: nie odróżnisz czerwonej świni od człowieka.

Gadający Grzyb

Pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl