Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hołd berliński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hołd berliński. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 marca 2015

Euro-bundeswehra, a niemiecka hegemonia w Europie

Powołanie europejskiej armii jawi się jako naturalne dopełnienie niemieckiej supremacji.

I. Dialog pacynek

Pewne rzeczy się nie zmieniają – w ten sposób można odczytywać propozycję szefa Komisji Europejskiej Jean-Claude'a Junckera, by stworzyć europejskie siły zbrojne. Jak widać, wypychanie USA z Europy wciąż pozostaje priorytetem niemieckiej polityki zagranicznej i zarazem niezbędnym warunkiem utrwalenia dominacji Berlina na kontynencie. Nikt przecież chyba nie sądzi, że prominentny eurokrata i były premier kieszonkowego Luksemburga wyskoczył z postulatem euro-armii sam z siebie, pod wpływem nagłego ataku geopolitycznego natchnienia. Juncker pełnił tu wyłącznie rolę ust Angeli Merkel, komunikując to, czego samym Niemcom nie do końca wypadało powiedzieć. Jest to zresztą charakterystyczne dla stylu w jakim Berlin sprawuje w Europie swą „miękką hegemonię” - przedstawiać własne polityczne zamierzenia jako inicjatywy europejskie, wypływające rzekomo z unijnych instytucji, bądź od któregoś ze zwasalizowanych krajów członkowskich. Na analogicznej zasadzie kilka lat temu Radosław Sikorski sformułował pamiętny „hołd berliński”, wzywając Niemcy, by te w większym stopniu wzięły odpowiedzialność za Europę.

Tak oto Niemcy „dialogują” sami ze sobą za pomocą różnych pacynek wychylających się co jakiś czas zza kurtyny. W ten sam sposób ustala się również unijne priorytety, które należy realizować w ramach słynnej „europejskiej solidarności”, przy czym tak się składa, że treść owej „solidarności” każdorazowo zbieżna jest z aktualnym interesem Niemiec. Jeszcze nie tak dawno priorytetem była współpraca z Rosją i przyciąganie jej do Europy, więc posłusznie dywagowano o wspólnym obszarze od Lizbony po Władywostok, teraz natomiast, gdy cesarzowa Angela chwilowo pokłóciła się z carem Włodzimierzem o rozgraniczenie stref wpływów, obowiązuje ton pryncypialnego potępiania Moskwy, oraz wyłamujących się z nowego trendu jednostek. Oczywiście nie wszystkich, lecz tylko tych uzurpujących sobie prawo do prowadzenia podmiotowej polityki, w rodzaju Victora Orbana, bo jeśli ktoś jest generalnie grzeczny, jak Czechy, Włochy, czy Austria, to może sobie na boku kręcić z Putinem lody bez większych przeszkód.

II. Hegemon Europy

Dominacja niemiecka w Europie opierała się do tej pory na sile gospodarczej, wzmocnionej kolonizacją ekonomiczną nowych krajów Unii i powołaniem strefy euro, która wywindowała niemiecką gospodarkę na nowy poziom. Jak silną pozycję zyskał Berlin można było przekonać się w 2011 roku, kiedy to zaczęło funkcjonować nieformalne gremium zwane „Grupą Frankfurcką”. Pierwsze skrzypce grała Angela Merkel, prócz tego w skład grupy weszli – Nicolas Sarkozy, Jean-Claude Juncker (ówczesny szef eurogrupy), Christine Lagarde (dyrektor zarządzająca MFW), José Manuel Barroso (wówczas przewodniczący Komisji Europejskiej), Herman Van Rompuy (przewodniczący Rady Europejskiej, poprzednik Tuska), Mario Draghi (prezes Europejskiego Banku Centralnego) i Olli Rehn (komisarz UE ds. gospodarczych i walutowych). Podkreślmy, iż było to ciało nie umocowane w żadnych umowach międzynarodowych, powołane ad hoc 19 października 2011 roku podczas pożegnalnego spotkania byłego szefa EBC Jean-Claude'a Tricheta w gmachu opery we Frankfurcie. Wracam do tamtych wydarzeń, gdyż wtedy dominacja gospodarcza przełożyła się z całą mocą na hegemonię polityczną Niemiec. Właśnie owa „Grupa Frankfurcka” stała za odwołaniem greckiego premiera Jeorjosa Papandréu oraz utrąceniem i odesłaniem w polityczny niebyt „niezatapialnego” do tej pory Silvio Berlusconiego. Innymi słowy, Niemcy zyskały wówczas zakulisową władzę obalania i powoływania rządów w innych krajach Unii rękoma lokalnych parlamentów. Jeżeli dodamy, że właśnie na ten okres - jesień 2011 - przypada również wspomniany wyżej „hołd berliński” Sikorskiego, to sytuacja staje się jasna.

Do pełni szczęścia brakuje Niemcom obecnie jedynie ostatecznego wyzwolenia się spod kurateli Stanów Zjednoczonych, co zresztą znacząco ułatwił Barack Obama wycofując się z czynnej polityki w Europie. Dopiero w obliczu ukraińskiego kryzysu USA próbują jakoś powrócić do gry, ale – jak to u Obamy – za późno, niekonsekwentnie i na ćwierć gwizdka. Póki co, Angeli Merkel udało się doprowadzić wspólnie z Francją do przekształcenia NATO w klub dyskusyjny, zaś blamaż porozumienia w Mińsku pokazuje, że gotowa jest znieść wiele, nawet upokorzenie przez Putina, byle by tylko odsunąć Waszyngton od stolika.

Na marginesie - na ile fasadowe są obecne przepychanki między Berlinem a Moskwą uskuteczniane rękoma Ukraińców i „zielonych ludzików”, obrazują niedawne informacje o włoskich i niemieckich inwestycjach w Rosji. Włoskie podmioty wraz z Rosyjskim Funduszem Inwestycji Bezpośrednich powołają nowy fundusz o kapitale 1 mld USD, państwowy koncern zbrojeniowy Finmeccanica wraz z Rosnieftem i Rostiechem tworzą joint venture prowadzący podmoskiewską montownię włoskich śmigłowców Agusta Westland. Z drugiej strony, Rosnieft wykupuje 13,1% akcji koncernu Pirelli i będzie największym indywidualnym inwestorem zarządzającym firmą wspólnie z włoskimi bankami Intesa Sanpaolo i UniCredit, które to banki w ostatnich miesiącach udzieliły Gazpromowi kredytów na łączną sumę 740 mln euro. Z kolei niemiecki Daimler, właściciel Mercedesa, zawiązuje z rosyjskim Kamazem spółkę produkującą ciężarówki. Czyli – tutaj, panie, wojna, sankcje, embargo i bógwico, a poważne interesy ubija się po staremu.

III. Euro-bundeswehra

Biorąc pod uwagę powyższe, powołanie europejskiej armii jawi się jako naturalne dopełnienie niemieckiej supremacji. Rzecz jasna, nie stanie się to dziś ani jutro, lecz kierunek został wytyczony, tym bardziej, że temat sił zbrojnych UE nie jest nowy – powraca co jakiś czas, szczególnie w kontekście „zacieśniania integracji”, czytaj – pogłębienia wpływów Berlina za pośrednictwem euro-struktur, wypranych z politycznej podmiotowości i własnej inicjatywy, za to będących doskonałym narzędziem realizacji polityki kanclerz Merkel. Niemiecko-rosyjska wojenka na ukraińskim terytorium mimo swej fasadowości stanowi doskonały pretekst, by przestraszonej widmem „eskalacji konfliktu” Europie zafundować projekt euro-armii w charakterze pigułki na uspokojenie. Pacyfistycznej „starej Europie” robi się niedobrze na samą myśl o wojnie, a wojnie z Rosją w szczególności, stąd też NATO i sojusznicze zobowiązania postrzega się coraz częściej jako potencjalnie niebezpieczny ciężar, zaś Stany Zjednoczone traktowane są wręcz wrogo. Dlatego marginalizacja Sojuszu połączona z odseparowaniem militarnym USA od starego kontynentu jawi się jako atrakcyjna perspektywa w ramach polityki „niedrażnienia” potencjalnych agresorów. W miejsce Paktu stworzony zostanie propagandowy twór pod nazwą „armii europejskiej” pozwalający zachować twarz, lecz nie zobowiązujący do podejmowania jakichkolwiek działań zbrojnych – no, chyba, że Niemcy zdecydują inaczej.

Zwróćmy uwagę, że Juncker zakomunikował „swój” pomysł w wywiadzie dla niemieckiej gazety „Welt am Sonntag” i z miejsca został on podchwycony w entuzjastycznym tonie przez tamtejszych polityków. Szef komisji spraw zagranicznych Bundestagu, Norbert Roettgen stwierdził, iż „wspólna armia to wizja jak najbardziej na czasie”, dodając, że „armia jako atrybut państwa narodowego” jest przeżytkiem. Natomiast polityk SPD Hans-Peter Bartels dopowiedział, że nie należy czekać na decyzję wszystkich 28 krajów UE, lecz rozpocząć integrację sił zbrojnych między poszczególnymi państwami. Myśl tę pociągnął generał Bruno Kasdorf, inspektor wojsk lądowych Bundeswehry, wskazując, że wymiana batalionów pomiędzy brygadami wojsk Niemiec i Polski może stanowić zaczątek przyszłej armii europejskiej. Kroi się zatem coś na kształt „euro-bundeswehry”. Zapewne niezbędne okaże się utworzenie czegoś w rodzaju europejskiego MON – instytucji równie fikcyjnej jak obecne „przedstawicielstwo Unii do spraw zagranicznych” – stanowiącej za to dla Niemiec doskonały parawan dla dalszego podporządkowywania sobie Europy i dyscyplinowania malkontentów. Taka euro-bundeswehra może bowiem być całkiem niezłym pacyfikatorem na wewnętrznej arenie Unii.

Z polskiego punktu widzenia warto przywołać ustawę o „bratniej pomocy” na mocy której warszawska administracja zarządzająca może wezwać do tłumienia różnych niepokojów zagraniczne siły porządkowe. No, a jeśli siły nie będą nawet formalnie „zagraniczne”, tylko tak jakby „nasze”, bo przez nas w jakiejś części współtworzone, to nawet nie będzie absmaku spowodowanego obcą interwencją. Przywoływany już Sikorski, w swym hołdzie, postulując europejską federację pod niemieckim przywództwem, stwierdził m.in. „z racji rozmiarów i historii Waszego kraju, ponosicie specjalną odpowiedzialność, aby chronić pokój i demokrację na naszym kontynencie”. Jak widać, Niemcy są gotowe, by za pomocą euro-bundeswehry stanąć na straży „pokoju i demokracji”. Oczywiście, pod warunkiem, że to one każdorazowo będą definiowały co owym „europejskim wartościom” służy...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 10 (16-22.03.2015)

czwartek, 29 grudnia 2011

Obrotowa „bliska zagranica”


Po 10.IV.2010 polityczne elity kraju zupełnie jawnie zaczęły się zachowywać tak jakby suwerenność była dla nich nieznośnym, gniotącym ciężarem.


I. Degrengolada

Koniec polskiej europrezydencji to niezły moment aby przyjrzeć się zmianom, które w ostatnim czasie dokonały się w naszej polityce zagranicznej. Zresztą, co tu się bawić w eufemizmy – trzeba wziąć pod lupę wszechstronną degrengoladę, jaka dotknęła naszą międzynarodową pozycję w ramach szeroko rozumianej „katastrofy po-smoleńskiej”. Przypuszczam, że przyszli historycy, gdy przyjdzie im analizować okres po 10.IV.2010, jako jedną z cech wyróżniających przyjmą dalece posuniętą abdykację Polski z podmiotowości na arenie międzynarodowej.

O ile do czasu smoleńskiej hekatomby Polska aspirowała jeszcze do odgrywania znaczącej roli w regionie, próbując z lepszym lub gorszym skutkiem prowadzić samodzielną politykę – taką, która nie byłaby prostą wypadkową układu sił między Rosją a Niemcami (choć w schyłkowej fazie owa podmiotowość stała się domeną wyłącznie ośrodka prezydenckiego, sabotowanego na wszystkich polach przez rząd RP), o tyle po cezurze 10.IV.2010 polityczne elity kraju zupełnie jawnie zaczęły się zachowywać tak, jakby suwerenność i związane z nią obowiązki były dla nich nieznośnym, gniotącym ciężarem, który najchętniej scedowałyby z nieskrywaną ulgą na jakieś zewnętrzne struktury.

Tę cesję suwerenności należało tylko ładnie opakować i nazwać, tak by była do przełknięcia dla niezorientowanych nadwiślańskich aborygenów – postanowiono więc nadać jej nazwę „polityki piastowskiej” w kontrze do „polityki jagiellońskiej” uprawianej przez – hasłowo rzecz ujmując - „obóz IV RP”. W propagandowym przekazie miało to oznaczać rezygnację z „potrząsania szabelką” - nieprzynoszącego wymiernych korzyści i konfliktującego nas z wielkimi sąsiadami - na rzecz skrzętnego dbania o swoje, czemu miało dotąd stać na przeszkodzie zbyt altruistyczne zaangażowanie w sprawy regionu kosztem własnych interesów.

II. Między „polityką jagiellońską” a „ polityką piastowską”

Jak to wygląda w praktyce?

Otóż, sprawująca obecnie swe nie-rządy dyktatura matołów, świadomie bądź nie, odrzuciła podstawową zasadę: pozycja Polski w kontaktach ze światem jest pochodną naszej pozycji w regionie. Innymi słowy, zależy ona od naszych kontaktów z innymi krajami Europy środkowo-wschodniej i polityka ta była realizowana jeszcze w czasach „przedkaczyńskich”, że wspomnę chociażby nasze zaangażowanie w „pomarańczową rewolucję” na Ukrainie. Dopiero na tej bazie możemy myśleć o układaniu sobie stosunków z „wielkimi” - Rosją, Niemcami, czy USA. To jest treść „polityki jagiellońskiej”, którą ekipa Platformy wyrzuciła do kosza, odwracając wektory o 180 stopni. Tusk z Sikorskim i Komorowskim umyślili sobie bowiem, że będą budować pozycję Polski na sojuszu z „wielkimi braćmi” przy jednoczesnym ignorowaniu mniejszych regionalnych partnerów.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Ostentacyjne podważanie jeszcze za życia ś.p. Lecha Kaczyńskiego roli głowy państwa w polityce międzynarodowej doprowadziło do dyplomatycznych porażek jak ta, tuż przed Katastrofą Smoleńską, podczas wizyty Prezydenta na Litwie. Litwini odczytali bowiem sygnały płynące z Warszawy, że z Kaczyńskim nie trzeba się już liczyć. Szkopuł w tym, że po śmierci Lecha Kaczyńskiego nie liczą się z nami tym bardziej. Na dodatek, w imię rzekomej „polityki piastowskiej” zaczęliśmy zachowywać się tak, by nie przysparzać kłopotów Niemcom i Rosji, do czego od dawna nas usilnie namawiano. Hardość Łukaszenki, dyskryminacja Polaków na Litwie i postawa Ukrainy dla której przestaliśmy być adwokatem europejskich aspiracji i która woli rozmawiać bezpośrednio z Berlinem, nie wzięły się znikąd.

Do tego, niczym grzeczni uczniowie, wiemy również z kim przyjaźnić się nie należy, gdyż byłoby to niemile widziane. Kontakty z orbanowskimi Węgrami leżą odłogiem, podobnie jak z lekko eurosceptycznymi Czechami, czego żenującym przykładem było zlekceważenie przez najwyższe władze państwowe pogrzebu Vaclava Havla. To symboliczny despekt i policzek, który nad Wełtawą nie zostanie szybko zapomniany. Grupa Wyszehradzka przestała w praktyce funkcjonować.

Co zyskaliśmy w zamian? Nic. Brak zakotwiczenia w systemie regionalnych sojuszy przypłaciliśmy bowiem klienckim statusem wobec „wielkich braci” z lekka tylko maskowanym okazjonalnym poklepywaniem po plecach i jakimiś zdawkowymi pochwałami. Nasza pozycja tak w UE, jak i w relacjach z Rosją sprowadzona została do roli potakiwacza i klakiera na koncercie mocarstw.

III. Od hołdu smoleńskiego...

Wyraźnie było to widoczne podczas negocjacji w sprawie przedłużenia kontraktu gazowego. Negocjatorzy z Waldemarem Pawlakiem na czele gotowi byli przystać na wszelkie warunki Rosji – z absurdalnie długim terminem obowiązywania umowy i oddaniem Gazpromowi kontroli nad polskim odcinkiem Gazociągu Jamalskiego włącznie. Dopiero na samym finiszu do rozmów wmieszała się Komisja Europejska (czytaj – Niemcy), która uznała, że Rosja wzięła sobie za duży kawałek tortu i wbrew polskiemu rządowi doprowadziła do względnego złagodzenia warunków kontraktu.

Zresztą, sięgnijmy do dokumentu „Budowa zintegrowanego systemu bezpieczeństwa narodowego Polski”, opracowanego na zlecenie Belwederu i omówionego jakiś czas temu przez Aleksandra Ściosa. Znajdujemy w nim na stronie 45 następującą rekomendację:

„Aby przezwyciężyć nieufność, która utrudnia percepcję Rosji przez polskich polityków i media należałoby podjąć zorientowaną na przyszłość politykę normalizacji stosunków wzajemnych i pojednania polsko-rosyjskiego. Warunki ku temu powstały już jesienią 2009 r., po udziale premiera FR Władymira Putina w obchodach 70-tej rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte, a zostały wzmocnione zbliżeniem polsko-rosyjskim po katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r. Jednak czołowa partia opozycyjna w Polsce – Prawo i Sprawiedliwość podjęła kilka miesięcy później działania na rzecz ponownego konfliktowania z Rosją, sugerując odpowiedzialność tego państwa za katastrofę. W tej sytuacji rząd Polski powinien szybko podjąć działania na rzecz ratowania szansy jaka szybko może zniknąć.” (wytł. moje - GG)

Teraz pytanie: czy władze szanującego się państwa mogłyby traktować bezprecedensową katastrofę, do której doszło w nader niejasnych okolicznościach i w której zginęła elita kraju z prezydentem na czele, jako okazję do poprawy stosunków z wrogim mocarstwem na terenie którego wydarzyła się tragedia? Potwierdzeniem stanu rzeczy wyłaniającego się z powyższego cytatu jest zachowanie polskich władz w sprawie smoleńskiego śledztwa. Od początku dbano przede wszystkim o to, by nie narazić się Rosjanom, zaś wszelkie dowody i opinie mogące wskazywać na winę strony rosyjskiej utrącano na szczeblu ministerialnym, czego świadectwo otrzymaliśmy niedawno w taśmach Edmunda Klicha. Wzmocniło to naszą pozycję wobec Rosji? Retoryczne pytanie. W przytoczonym dokumencie jest takich kwiatków znacznie więcej – zachęcam do lektury.

Trudno określić słynny uścisk Tuska i Putina inaczej, niż hołdem smoleńskim – jego długofalowe konsekwencje, niezależnie od intencji, były bowiem właśnie takie – hołdownicze.

IV. ...do hołdu berlińskiego

Nie lepiej wygląda nasza sytuacja w relacjach z Niemcami i szerzej – z Unią Europejską, czego jednym z wielu przykładów było zachowanie Niemiec w sprawie przyblokowania zespołu portów Szczecin–Świnoujście przez Gazociąg Północny. Warto nadmienić, że w międzyczasie Nord Stream zyskał status inwestycji unijnej, czemu Polska się nie przeciwstawiła. Ogłaszając „za darmo”, że celem samym w sobie jest „pozostawanie w głównym nurcie europejskiej polityki” Tusk z Sikorskim założyli Polsce na szyję dyplomatyczną pętlę – od tej pory każda próba twardszego zaakcentowania naszego stanowiska spotykać się musiała nieodmiennie z pomrukami, iż z owego „głównego nurtu” wypadniemy, a Europa nabierze „dwóch prędkości”. Nie mówiąc już o wizerunkowym blamażu na krajowej arenie politycznej.

W efekcie, jedynym rozwiązaniem było wejście w buty euro-prymusików i tu z pomocą pospieszył światowy kryzys gospodarczy, który w kontynentalnym wymiarze ma zostać zażegnany „pogłębioną integracją” w ramach „nowego europejskiego porządku” wykuwanego przez Grupę Frankfurcką. Dał temu wyraz Radosław Sikorski w słynnym „hołdzie berlińskim”. Sikorski, znany z tego że powie absolutnie wszystko co w jego mniemaniu pomoże mu w karierze, wprost wezwał do niemieckiego przywództwa w Europie, odsyłając tym samym wszelkie narodowe aspiracje Polski do lamusa historii. Klasyczna ucieczka do przodu – Sikorski, antycypując przyszłe wydarzenia, wyprzedził na moment „główny nurt europejskiej polityki”, werbalizując te cele Niemiec, których samym Niemcom ogłaszać tak otwartym tekstem nie wypadało.

Wszystko to oczywiście a propos groźby rozpadu strefy euro, co zagrażałoby utrwaleniu niemieckiej dominacji polityczno-gospodarczej w Europie. (Więcej na ten temat pisałem m.in. TU, TU i TU). Grupa Frankfurcka szykuje nowego pan-europejskiego Lewiatana, utrącając po drodze niewygodnych przywódców – jak w Grecji i we Włoszech, my zaś, w ramach „polityki piastowskiej” zapewne, zgłosiliśmy zawczasu do tegoż Lewiatana swój akces, dołączając do tzw. paktu „Euro-Plus”, który niepostrzeżenie stał się pasem transmisyjnym rozszerzającym zobowiązania i problemy krajów strefy euro na państwa, które zostają póki co przy walutach narodowych.

Na razie zapłacimy za przynależność do tego „elitarnego klubu” nadwyrężeniem naszej rezerwy rewaluacyjnej. Przypomnę tylko, że nieboszczyk Lepper również chciał swojego czasu część owej rezerwy spieniężyć - rzucenie tej dodrukowanej gotówki na rynek krajowy miało na celu pobudzenia popytu wewnętrznego. Ot, szkoła ekonomiczna rodem z Instytutu Schillera, ale Lepperowi przynajmniej o coś chodziło. Nie postulował, by oddać kasę MFW za bezdurno.

V. Obrotowa „bliska zagranica”, czyli zmęczenie niepodległością

Powyższe omówienie siłą rzeczy jest niepełne, bo na wymienienie wszystkich porażek międzynarodowych wołowej skóry by nie starczyło, skupiłem się więc na najbardziej charakterystycznych jak Smoleńsk, Nord Stream, konsekwencje „prymusowania” w Europie, czy zabagnienie stosunków z naszymi naturalnymi partnerami w regionie. Proszę również docenić fakt, iż starałem się ważyć słowa i programowo unikałem sformułowań o zdradzie stanu, agenturalności, jurgielcie i innych takich. Skupiłem się na interpretacji „życzliwej” - takiej mianowicie, że wszystko to jest efektem błędnej kalkulacji i niewłaściwych założeń wstępnych. Że to naiwność i głupota dyktatury matołów. Nawet tego wystarczy, by ta banda obwiesi trafiła przed Trybunał Stanu. Kiedyś. Może.

Kiedy prześledzimy bowiem zachowanie naszych mainstreamowych elit, możemy dojść do wniosku, że nastąpiło jakieś „zmęczenie suwerennością” - po co się szarpać, walczyć o swoje, czy to w Unii, czy poza nią – scedujmy jak najwięcej kompetencji, zwłaszcza strategicznych, na ponadnarodowe gremia i niech one się martwią, nawet jeśli za tymi gremiami stać będą Niemcy dogadujący kluczowe sprawy z Rosjanami. Zostawmy sobie kompetencje nadzorców autonomicznej prowincji i stosownie do tego zmniejszoną odpowiedzialność przed wyborcami.

Cóż, przed laty Antoni Słonimski we właściwym sobie stylu zakpił, że Polska jest „obrotowym przedmurzem”. Dziś należy powiedzieć dobitniej – stoczyliśmy się do roli obrotowej „bliskiej zagranicy”, której status wyznaczają ościenne potęgi, traktujące przestrzeń między Odrą a Bugiem jako strefę buforową i dzielące się w niej wpływami. Jak to w kondominium.

Gadający Grzyb