Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grupa Frankfurcka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grupa Frankfurcka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 lipca 2018

Angela Merkel: pycha i upadek

Niedawna „żelazna kanclerz” dziś jest już mocno zardzewiała – po niegdysiejszym upojeniu potęgą nie został ślad, a na horyzoncie majaczy widmo upadku.

I. Cesarzowa Europy

Znane powiedzenie głosi, że pycha kroczy przed upadkiem – i w ostatnim czasie pasuje ono jak rzadko do politycznych losów Angeli Merkel. Jeszcze niedawno jawiła się niczym wszechwładna „cesarzowa Europy”, bezceremonialnie dyktująca swą wolę unijnym instytucjom i poszczególnym państwom – dziś jest cieniem samej siebie. Skalę upadku dobrze obrazuje porównanie jej dokonań sprzed lat z obecną, rozpaczliwą szarpaniną. Przypomnijmy, że to właśnie niemiecka kanclerz była spiritus movens powstania w 2011 r. tzw. „Grupy Frankfurckiej” - nieformalnego gremium w skład którego prócz niej wchodził ówczesny prezydent Francji Nicolas Sarkozy, najwyżsi unijni dygnitarze (w tym przewodniczący KE Jose Barroso i szef Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi) plus szefowa MFW Christine Lagarde. To właśnie za ich sprawą doprowadzono do przeczołgania, a następnie obalenia szefów rządów w dwóch krajach członkowskich – najpierw do odstrzału poszedł grecki premier Jorgos Papandreu, następnie zaś „niezatapialny” Silvio Berlusconi. Pierwszego zmuszono do dymisji groźbą wstrzymania transzy pomocowych, drugiego – nagłym wzrostem oprocentowania włoskich obligacji. W ich miejsce przyszli wskazani przez „Grupę Frankfurcką” (czyli przez Angelę Merkel) Lukas Papademos (były wiceprezes EBC) oraz Mario Monti (umocowanie – m.in. Komisja Trójstronna i Grupa Bilderberg). Niecałe dwa tygodnie po dymisji Berlusconiego, 28 listopada 2011 r., swój słynny „hołd berliński” złożył cesarzowej Angeli szef polskiego MSZ Radosław Sikorski, wzywając Niemcy do wzięcia na siebie odpowiedzialności za Europę.

Tak wówczas wyglądała sytuacja: Merkel władna była odwoływać europejskie rządy, a przedstawiciel największego kraju Europy Środkowej śpieszył do stolicy Niemiec z wiernopoddańczymi deklaracjami. Ta hegemonia znajdowała potwierdzenie również w następnych latach, gdy Niemcy narzucały „plany pomocowe” kolejnym pogrążonym w kryzysie gospodarkom strefy euro, ze szczególnym uwzględnieniem Grecji (nota bene, niemiecki budżet na greckich obligacjach zarobił od 2010 r. 2,9 mld. euro). Brukselscy mandaryni byli bezwolnymi marionetkami, zaś Angela Merkel mogła wystrugać na „eurokratę” nawet takie kompletne zero, jak Donald Tusk. Mówiąc krótko – totalna dominacja gospodarcza i polityczna, połączona z kolonialnym drenażem wschodnich i południowych rubieży UE. Na powyższe nakładały się zapowiedzi „przyśpieszenia” i „zacieśniania integracji” w czym brylował szef Parlamentu Europejskiego Martin Schulz – przedstawiciel koalicyjnej SPD. Wydawało się, że urzeczywistnienie IV Rzeszy jest o krok.


II. Zaślepienie pychą

Na szczęście, gdy Pan Bóg chce kogoś ukarać, to wpierw odbiera mu rozum. I takim przejawem braku rozsądku, zaślepienia pychą i własną wszechmocą, stała się fatalna w skutkach decyzja o otwarciu granic przed hordami muzułmańskich nachodźców. Decyzja, dodajmy, z której kanclerz Merkel nie wytłumaczyła się do tej pory. Otwierając granice przed barbarzyńcami, berlińska cesarzowa nie raczyła się skonsultować z europejskimi „partnerami”, ignorując jednocześnie przepisy międzynarodowe (np. konwencję dublińską), a nawet prawo własnego kraju. W 2017 r., tuż przed ostatnimi wyborami, Służba Naukowa Bundestagu jednoznacznie stwierdziła, że wpuszczenie migrantów dokonało się „na gębę”, bez dochowania żadnych procedur i drogi służbowej. Ot, pani kanclerz wydała rozkaz „wpuszczać” - i wpuszczono, ze wszystkimi znanymi nam aż za dobrze konsekwencjami.

Islamska inwazja z 2015 r. odbyła się w atmosferze kreowanego przez Niemcy szantażu moralno-politycznego wobec opornych. „Czarnym ludem” stał się chroniący swój kraj Victor Orban, wkrótce zaś potem – rząd Prawa i Sprawiedliwości. Niemcy, oraz ich przedstawiciele w Brukseli napawali się rzekomą cywilizacyjną wyższością nad „ksenofobiczną” Europą Środkową epatując terminem „Willkommenskultur” („kultura powitania”), mającym obrazować ideał „europejskości”, który winny naśladować inne, „zacofane” kraje „nowej Europy”. Próżno dziś dociekać, co tak naprawdę Angelą Merkel powodowało – czy jakiś idealistyczny obłęd, czy miraż pozyskania taniej siły roboczej dla niemieckiej gospodarki. Faktem jednak jest, że niekontrolowany napływ nachodźców w krótkim czasie zdestabilizował społeczną sytuację w Niemczech, co Angela Merkel wraz z posłusznymi jej mediami (w Niemczech coś takiego jak media opozycyjne nie istnieje) usiłowały zakrzyczeć sloganem „Wir schaffen das!” („damy radę!”) i plotąc o dobrotliwej, przepojonej humanitaryzmem „mutter Angeli”. Szybko okazało się, że „mutter Angela” jednak „nie daje rady” - nastąpił wzrost przestępczości (w tym na tle seksualnym), ataki terrorystyczne, zanieczyszczanie przestrzeni publicznej (co dla miłujących porządek Niemców jest również nie do zniesienia), wreszcie – skokowy wzrost antysemityzmu i napaści na Żydów oraz synagogi. Słowem – multi-kulti pełną gębą.


III. Zardzewiała kanclerz

W efekcie, niemiecki naród, dotąd oczadziały od wszechobecnych oparów lewactwa, zaczął w ekspresowym tempie trzeźwieć. Wyrazem tego były ubiegłoroczne wybory do Bundestagu w których partie „wielkiej koalicji” zanotowały najgorsze od dziesięcioleci wyniki wyborcze, zaś trzecią siłą w parlamencie stała się „populistyczna” Alternatywa dla Niemiec (AfD) z 12,6 proc. głosów. Gdy opisywałem te polityczne spazmy w październiku ub.r. w tekście „Zmierzch cesarzowej Europy” odnotowałem, że Angela Merkel wyszła z wyborczej konfrontacji mocno poobijana i osłabiona, co musi się przełożyć na jej pozycję polityczną. Dziś widać wyraźnie, że dotychczasowa dominatorka znajduje się na równi pochyłej i wkrótce może podzielić los Martina Schulza. Niedawny butny „dyktator” europarlamentu, pohukujący na Polskę i Węgry, poprowadził SPD do wyborczej klęski (20,5 proc., najgorszy powojenny wynik tej partii), w efekcie czego został zmuszony do ustąpienia z fotela szefa socjaldemokratów i kompletnie znikł z politycznego horyzontu. Obecnie Angela Merkel ma podobne problemy. Jej przywództwo w CDU jest coraz częściej kwestionowane, a na krytykę pozwalają sobie nawet niemieckie media - rzecz dotąd niespotykana.

Na dodatek otwarcie buntuje się „siostrzana” bawarska CSU pod rządami ministra spraw wewnętrznych Horsta Seehofera. CSU czuje na karku gorący oddech AfD, na rzecz której straciła aż 10,5 proc. głosów i Seehofer wałczy o przetrwanie, przejmując część antyimigranckiej agendy AfD (Bawaria jest landem szczególnie mocno dotkniętym nachodźczą inwazją). Szef CSU postuluje zaostrzenie polityki azylowej i odsyłanie migrantów zarejestrowanych w innych państwach UE, a także bardziej rygorystyczne egzekwowanie przepisów. Przy tym wszystkim od dłuższego już czasu ostentacyjnie flirtuje z Viktorem Orbanem, chwaląc jego politykę i podejmując węgierskiego przywódcę na partyjnych zjazdach. Jest to jawne zanegowanie linii Angeli Merkel, która nie jest w stanie przyznać się do błędu i uparcie forsuje „systemowe” rozwiązania na forum Unii Europejskiej – czyli kontynuuje bezowocne usiłowania podzielenia się z Europą niemieckimi problemami. Doszło do tego, że Seehofer otwarcie stwierdził, iż „nie może dłużej współpracować z tą kobietą”. Oznacza to, że koalicja (a co za tym idzie - rząd Angeli Merkel) wisi na włosku. Byłoby ponurym rechotem historii, gdyby spuścizną Merkel stało się zniszczenie fundamentalnej dla niemieckiej polityki instytucjonalnej koalicji CDU-CSU. Gdyby tak się stało, otworzyłyby się nader ciekawe możliwości – choćby przemiana CSU z partii regionalnej w ogólnoniemiecką, a w przyszłości może nawet sojusz z AfD. Dziś wprawdzie oba ugrupowania walczą o zbliżony, „tożsamościowy” elektorat, ale za kilka lat, gdy podział społecznych wpływów się utrze – czemu nie?

Nie lepiej jest na arenie międzynarodowej. Widomą oznaką malejących wpływów Niemiec było fiasko utrącenia włoskiego rządu Giuseppe Conte firmowanego przez „populistyczną” koalicję Ligi i Ruchu 5 Gwiazd – o co zabiegał chociażby niemiecki eurokomisarz Guenther Oettinger. Wymowny kontrast w porównaniu z czasami, gdy jednym ruchem ręki Merkel strącała Berlusconiego. Kolejny policzek, to ostentacyjny bojkot mini-szczytu migracyjnego (24 czerwca) przez kraje Grupy Wyszehradzkiej z cichym poparciem kanclerza Austrii Sebastiana Kurtza (kolejnego sojusznika CSU). Nawet niemiecka prasa zmuszona była zauważyć, że czasy, gdy Merkel leciała do Brukseli narzucać swą wolę bezpowrotnie minęły i dziś raczej musi udawać się tam po prośbie, godząc się po drodze na różne kompromisy, np. popierając postulat Macrona stworzenia wspólnego budżetu strefy euro, czemu do niedawna była zdecydowanie przeciwna.

W USA takiego „schyłkowego” polityka określa się mianem „kulawej kaczki” - i widać wyraźnie, że Angela Merkel coraz bardziej staje się „kulawą kaczką” europejskiej polityki. Niedawna „żelazna kanclerz” dziś jest już mocno zardzewiała – po niegdysiejszym upojeniu potęgą nie został ślad, a na horyzoncie majaczy widmo upadku.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Zmierzch cesarzowej Europy


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 13 (04-17.07.2018)

piątek, 22 stycznia 2016

A więc wojna!

Polska padła ofiarą wojny hybrydowej. Z całego arsenału właściwego dla tego rodzaju konfliktu nie ma u nas jedynie „zielonych ludzików”.

I. Wojna hybrydowa

„A więc wojna!” - tylko tym historycznym cytatem z komunikatu Polskiego Radia z 1 września 1939 roku można skomentować kroki wszczęte ostatnio wobec Polski. O ile dotychczasowe pohukiwania zachodnich mediów i polityków, szczególnie niemieckich, można było traktować jako rozłożone w czasie ultimatum, o tyle zarówno zainicjowanie przez Komisję Europejską procedury kontroli praworządności, jak i obniżenie ratingu Polski przez agencję „Standard & Poor's” należy uznać za akt otwartej wojny z obecnym rządem, a de facto – z usiłującą wybić się na podmiotowość Polską. Proszę zwrócić uwagę, że mamy tu do czynienia ze skoordynowaną akcją wywołania kryzysu tak na arenie wewnętrznej, jak i międzynarodowej. Demonstracje KOD-u, same w sobie niegroźne, zyskały nieproporcjonalne do ich wagi wsparcie propagandowe z zagranicy. Zbiegło się to z jawnym oczekiwaniem wyrażanym przez dotychczasowy establishment III RP, również medialny, na jakąś formę obcej interwencji, czego jaskrawym przykładem było założenie donosicielskich blogów przez trzech dziennikarzy „Gazety Wyborczej” (Michał Kokot, Paweł Wroński i Roman Imielski) na portalu niemieckiego tygodnika „Die Zeit”, czy apel innego dziennikarza tejże gazety, Bartosza Wielińskiego, do Niemiec, by „nie milczały”. Z kolei Wojciech Czuchnowski otwartym tekstem wezwał polską armię, by ta wypowiedziała posłuszeństwo szefowi MON, Antoniemu Macierewiczowi – a wszystko to w cieniu rokoszu konstytucyjnego firmowanego przez prezesa TK Andrzeja Rzeplińskiego, tudzież postulatów formułowanych przez prawnicze autorytety aby prezesi sądów sabotowali wytyczne resortu sprawiedliwości, jeżeli uznają je za „sprzeczne z prawem”, a nawet posunęli się do „strajku sędziowskiego”.

Nie ma się co oszukiwać – Polska w chwili obecnej padła ofiarą „wojny hybrydowej”. Z całego arsenału właściwego dla tego rodzaju konfliktu nie ma u nas jedynie „zielonych ludzików”, wszystko inne się zgadza. Spójrzmy: wojna propagandowa – jest, próby wewnętrznej destabilizacji i sparaliżowania państwa – jak najbardziej, naciski polityczne z zagranicy – a i owszem, wojna ekonomiczna obliczona na rozchwianie gospodarki – również. Zresztą, także pojawienie się „zielonych ludzików” pod pozorem „bratniej pomocy” i „ratowania demokracji” może być jedynie kwestią czasu, zważywszy, że wciąż żyjemy pod rządami słynnej „ustawy 1066”, z niezrozumiałych dla mnie względów nie uchylonej jeszcze przez parlament. Wszystko zależy od rozwoju wydarzeń. W każdym razie, rodzime Targowiczątka nie posiadają się ze szczęścia, głośno wyrażając swoją schadenfreude.

II. Bitwa o złotówkę

Posunięcia rządu PiS godzą w potężne interesy gospodarcze i polityczne. Z jednej strony, Niemcy nie mogą sobie pozwolić na utratę kolonizowanej politycznie i ekonomicznie Mitteleuropy. O ile były w stanie jeszcze zdzierżyć bunt niewielkich Węgier Victora Orbana, o tyle wybicie się na samodzielność dużego kraju, jakim jest Polska, szczególnie w warunkach rysującego się sojuszu państw Europy Środkowej, jest dla nich nie do zaakceptowania – stąd uruchomienie Brukseli i Komisji Europejskiej. Z kolei wprowadzany podatek bankowy, oraz podatek od sieci handlowych w połączeniu z projektem uregulowania kwestii łże-kredytów frankowych, a także rozprawienia się z procederem „cen transferowych” i wyprowadzania z Polski miliardów dolarów rocznie, uderza w interesy międzynarodowych koncernów. Stąd obecna, wielopłaszczyznowa akcja mająca na celu upadek rządu PiS i dojście do władzy „grzeczniejszych” następców – choćby spod znaku „.Nowoczesnej” Ryszarda Petru.

Jak donosi „Gazeta Finansowa”, od listopada 2015 roku prowadzony jest atak spekulacyjny na złotówkę w obronie której Bank Gospodarstwa Krajowego wydał już kilka miliardów euro. Oznacza to, że lobby bankstersko-spekulacyjne poczuło się poważnie zagrożone dojściem do władzy PiS. Analogiczny atak przeprowadzono w 2010 roku na węgierskiego forinta, zaraz po zwycięstwie Victora Orbana, który również nie taił zamiaru zerwania z gospodarczą kolonizacją Węgier. Czyli, mamy walkę na wyczerpanie – albo pieniądze skończą się spekulantom, albo polskiemu rządowi. I w tym właśnie kontekście należy rozpatrywać obniżenie długoterminowego ratingu Polski przez „Standard & Poor's” z A- do BBB+. Jest to dywersja na rzecz globalnych spekulantów obliczona na zachwianie złotówką. Pocieszające, że Polska jest obecnie w lepszej kondycji gospodarczej niż Węgry w 2010. Skoro Budapeszt wyszedł z konfrontacji obronną ręką, to jest szansa, że obroni się i Warszawa. Ponadto o stabilnych podstawach gospodarki świadczy fakt, iż żadna z pozostałych agencji „wielkiej trójki” („Fitch” i „Moody's”) nie obniżyła swych prognoz.

Dodajmy, iż „S&P” jest agencją dość specyficzną. Jej konto nie tylko obciążają „pomyłki” ratingowe (jak w przypadku oceny „Lehman Brothers”) współwinne wybuchu globalnego kryzysu finansowego w 2008, lecz również wątpliwe motywacje działania. Np. w 2011 r. „S&P” obniżyła rating USA z AAA do AA+ - rzecz bez precedensu – co skutkowało potężnym tąpnięciem na Wall Street. Przy czym szef „S&P” John Chambers bez żenady przyznał, że za obniżką nie stały żadne obiektywne dane ekonomiczne – chciał mianowicie... „ukarać polityków”. Jak widać, „S&P” zamiast oceniać wskaźniki woli od czasu do czasu zabawić się w giełdowego Pana Boga i poharcować na styku gospodarki i polityki. Tak jest i tym razem – agencja oświadczyła bowiem, że obniżenie ratingu Polski jest efektem „zamachu” na Trybunał Konstytucyjny i „zawłaszczenia” mediów publicznych. Na marginesie operacji „S&P” warto jeszcze wspomnieć, że gdy poprzedni Trybunał Konstytucyjny uchylał Bankowy Tytuł Egzekucyjny jako naruszający zasadę równości, jedynym sędzią, który złożył zdanie odrębne idąc po linii lobby bankowego, był Andrzej Rzepliński. Tak, finansowa międzynarodówka niewątpliwie ma kogo bronić...

III. Pełzający zamach stanu

Czy decyzja „S&P” może mieć dla Polski realne negatywne konsekwencje? Może. Osłabienie złotego będzie skutkować choćby wzrostem rentowności polskich papierów dłużnych i zwiększeniem kosztów obsługi naszego zadłużenia zagranicznego. A to w skrajnych przypadkach prowadziło już w niedawnej przeszłości do upadku rządów – szczególnie, gdy zbiegło się z polityczną wolą różnych europejskich „wielkich braci”. Przypomnę tu historię funkcjonowania niesławnej „Grupy Frankfurckiej” - nieformalnego gremium w skład którego wchodzili: Angela Merkel, Nicolas Sarkozy, Jean-Claude Juncker (ówczesny szef eurogrupy), Christine Lagarde (dyrektor zarządzająca MFW), José Manuel Barroso (wówczas przewodniczący Komisji Europejskiej), Herman Van Rompuy (przewodniczący Rady Europejskiej, poprzednik Tuska), Mario Draghi (prezes EBC) i Olli Rehn (komisarz UE ds. gospodarczych i walutowych). Grupa ta podczas szczytu G-20 w listopadzie 2011 otwarcie deklarowała zamiar obalenia rządu Silvio Berlusconiego. Najpierw doprowadzono serią alarmistycznych komunikatów do zwiększenia przez „rynki” oprocentowania włoskich obligacji aż do 7%, zaś ciosem ostatecznym stała się groźba Europejskiego Banku Centralnego wstrzymania wykupu włoskich papierów – czyli zaniechanie finansowania włoskiego długu publicznego. W efekcie, ten sam parlament, który wcześniej popierał Berlusconiego, szybciutko go odwołał, przerażony widmem bankructwa. Następcą został Mario Monti – m.in. europejski prezes Komisji Trójstronnej i członek komitetu sterującego Grupy Bilderberg... Chwilę wcześniej podobny los spotkał greckiego premiera Jeorjosa Papandreu – skutecznie „zgrillowanego” przez duet „Merkozy” i „rynki” po tym jak zapowiedział referendum w sprawie warunków pomocy finansowej dla Grecji. Zastąpił go Lukas Papadimos – były wiceprezes Europejskiego Banku Centralnego.

Tak się przeprowadza dziś zamachy stanu – bez masowej rewolty, bez wojska na ulicach, w białych rękawiczkach. Polska na szczęście nie należy do strefy euro, ma więc większe pole manewru, nie istnieje już także „Grupa Frankfurcka”, jednak mechanizm działania pozostał niezmieniony i jest na naszych oczach realizowany wobec Polski: serią nacisków polityczno-gospodarczych doprowadzić do upadku niewygodnego rządu, czemu sprzyja nakręcony przez osiem lat władzy PO gigantyczny dług publiczny Polski, w tym 350 mld USD zadłużenia zagranicznego, co czyni nas niestety podatnymi na ataki spekulacyjne w rodzaju tego, który trwa od ponad dwóch miesięcy. Kolejny krok, to desygnowanie na stanowisko premiera „niezależnego fachowca”, dziwnym trafem każdorazowo wywodzącego się z kręgów banksterskich (na takowego najwyraźniej szykowany jest dla Polski Ryszard Petru), który następnie posłusznie spełni oczekiwania swych prawdziwych mocodawców. I o to właśnie toczy się gra - a to dopiero początek wojny.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3163-pod-grzybki

Na podobny temat:

„Ojro, ojro uber alles”

Nowa podmiotowość Lewiatana

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 3 (124) (20-26.01.2016)

poniedziałek, 27 lipca 2015

Ojro, ojro uber alles

...czyli IV Rzesza u bram.

I. Niemcy rządzą

Nigdy nie podejrzewałem, że ktoś taki jak Donald Tusk, obecnie paradujący w glorii operetkowego „króla Europy” może stać się dla mnie inspiracją do czegokolwiek, ale warto zwrócić uwagę na wywiad, którego Tusk udzielił po zakończonym niedawno „greckim” szczycie korespondentom kilku europejskich gazet (w tym „Rzepie”). Otóż jeśli poszperać między wierszami, spojrzeć na to, czego Tusk nam NIE MÓWI, oraz zerknąć na różne nie zaakcentowane wprost konteksty, to nagle zaczyna się robić całkiem interesująco. Najbardziej znamienne jest to, że Tusk relacjonując przebieg szczytu eurogrupy, przedstawia go w zasadzie jako dwustronne negocjacje na linii Tsipras – Merkel, z cieniem Wolfganga Schaublego w tle. Reszta uczestników to w zasadzie statyści.

Proszę zwrócić uwagę, że takie postawienie sprawy w zasadzie nikogo nie dziwi, wszyscy przyjmują je za naturalne, zupełnie jakby Niemcy dzierżyły jakiś mandat na reprezentowanie Europy i wypowiadanie się w jej imieniu. W całym opisie rozmów nie ma w ogóle miejsca na osławioną „Trójkę”, która teoretycznie „zarządza” greckim kryzysem – Europejski Bank Centralny, Komisję Europejską i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Poszczególni państwowi wierzyciele Grecji również nie mają zbyt wiele do gadania. Charakterystyczny jest tu przytoczony przez Tuska obrazek: oto powstać ma specjalny fundusz zawiadujący greckim majątkiem o wartości 50 mld euro i dokonujący jego prywatyzacji. W jego skład ma wchodzić praktycznie wszystko, co jest cokolwiek warte – państwowe przedsiębiorstwa, w tym kolej, lotniska, poczta, porty, wyspy, rafinerie... Mamy więc do czynienia z typową „egzekucją komorniczą” za długi, tylko na międzynarodową skalę. Część z owego majątku ma pójść bezpośrednio na zaspokojenie wierzycieli – czyli krajów, które przejęły wierzytelności swych banków, część zaś na inwestycje w grecką gospodarkę. Premier Tsipras chce, by było to 15 mld euro, kanclerz Merkel zaś obstaje przy 10 mld. I w tym momencie Tusk odbiera esemesa od premiera Holandii, że „inni zgadzają się na 12,5 mld”. Propozycja zostaje ostatecznie przyjęta, ale nie w tym rzecz. Chodzi o to, że pozostałe kraje członkowskie strefy euro jedynie asystują przy kluczowych rozmowach i ślą esemesy, które może zostaną rozpatrzone, a może nie. Natomiast europejskie instytucje chyba jak nigdy wcześniej ujawniły swą fasadowość – okazało się, że służą jedynie za parawan i kamuflaż dla niemieckiej polityki, tak by ostateczne decyzje zostały na potrzeby wizerunkowe ubrane dla niepoznaki w „unijne” szaty.

II. „Król Europy”

Spójrzmy, jak groteskowo wygląda na tym tle pozycja samego Tuska. Oto pozornie jeden z najważniejszych unijnych urzędników, przewodniczący Rady Europejskiej, zwany potocznie „prezydentem Europy” - słowem, brukselski mandaryn pełną gębą – siedzi niby jakiś uczniak i podaje wodę mineralną i paluszki... to jest chciałem rzec, przekazuje układającym się stronom esemes od premiera holenderskiego rządu. Tak na marginesie – w pewnym momencie Tusk pozwolił sobie na przedni dowcip. Powiedział mianowicie, iż „zdobywa teraz zwolenników ideologia ekonomicznej iluzji, że jesteśmy w stanie zbudować system alternatywny dla obowiązującego obecnie w Europie. To jest ryzykowne. Szczególnie ta zmasowana krytyka fiskalnej surowości i oszczędności. Przecież na oszczędnościach zbudowana jest zamożność Europy.

Paradne: o fiskalnej surowości i zaletach oszczędzania mówi facet, który niemal podwoił polski dług publiczny, przyzwolił na wyprowadzanie z Polski nieopodatkowanego kapitału i doprowadził aparat skarbowy państwa do skokowego spadku ściągalności podatków! Polska obecnie jest zadłużona na niemal tyle samo co Grecja – i jest to w znacznej mierze rachunek za tuskową „ciepłą wodę w kranie”. Innymi słowy – w rolę finansowego rygorysty wciela się osoba, która będąc polskim premierem wprowadziła nas na drogę u której kresu majaczy scenariusz przerabiany obecnie przez Greków. Sądzę zresztą, że między innymi właśnie za to został wynagrodzony brukselską synekurą, bo zadłużając Polskę, wydał nas na żer międzynarodowej banksterki, co ma również swoje dalekosiężne polityczne konsekwencje. Jak bowiem widzimy na greckim przykładzie, gdy przychodzi co do czego, to kapitał nagle odzyskuje narodowość... Na szczęście, nie udało mu się wcisnąć Polski do strefy euro, bo wtedy podzielenie przez nas losu Grecji, a może „tylko” Hiszpanii bądź Portugalii również obecnie w znacznej mierze ubezwłasnowolnionych gospodarczo, byłoby praktycznie przesądzone.

III. IV Rzesza

To, czego jesteśmy świadkami, pokazuje nam, że Unia Europejska pod względem politycznym w zastraszającym tempie przekształca się we współczesny odpowiednik „cesarstwa rzymskiego narodu niemieckiego”, z unią walutową jako „twardym jądrem” rządzonym żelazną ręką przez Niemcy i zewnętrznymi peryferiami. Nie bez powodu prezydent Hollande postulował wprost powołanie „europejskiego rządu”, czyli sprowadzenie w praktyce krajów członkowskich do statusu poszczególnych prowincji IV Rzeszy. Takie rozwiązanie w zasadzie jedynie zalegalizowałoby istniejący już teraz stan faktyczny. Od kilku lat bowiem Niemcy zyskały niepisane prawo obalania niewygodnych rządów w Europie. Żeby opisać ten mechanizm trzeba cofnąć się do 2011 roku, kiedy to powołano do życia nieformalne gremium zwane Grupą Frankfurcką. Miało to miejsce w gmachu opery we Frankfurcie (stąd nazwa), podczas pożegnalnego spotkania byłego szefa EBC Jean-Claude'a Tricheta, a pierwotnie w jej skład weszli: Angela Merkel, Nicolas Sarkozy, Jean-Claude Juncker (ówczesny szef eurogrupy), Christine Lagarde (dyrektor zarządzająca MFW), José Manuel Barroso (wówczas przewodniczący Komisji Europejskiej), Herman Van Rompuy (przewodniczący Rady Europejskiej, poprzednik Tuska), Mario Draghi (prezes EBC) i Olli Rehn (komisarz UE ds. gospodarczych i walutowych). Jeśli spojrzymy na realne procesy decyzyjne w Unii, to zobaczymy, że w różnych konfiguracjach owa „grupa trzymająca władzę” funkcjonuje do tej pory. Niezmienne jest jedno: wiodąca rola Niemiec w tej dyplomatycznej układance. W każdym razie, „Grupa Frankfurcka” już kilka lat temu była na tyle wpływowa, by rękoma krajowych parlamentów doprowadzić do dymisji greckiego premiera Jeorjosa Papandreu oraz niezniszczalnego, jak mogłoby się wydawać, Silvio Berlusconiego.

Co znamienne, wspomniane kolegium mimo braku jakiegokolwiek prawnomiędzynarodowego umocowania działało jawnie: podczas szczytu G-20 w Cannes (listopad 2011) osoby związane z Grupą paradowały nawet z plakietkami „GdF” („Groupe de Francfort”) i otwarcie mówiły, że zamierzają „odwołać Berlusconiego”. W praktyce wyglądało to tak, że Papandreu został wezwany na rozmowę dyscyplinującą, gdy odgrażał się, że rozpisze referendum w sprawie warunków pomocy dla Grecji, po której to rozmowie odwołał referendum i podał się do dymisji, a Berlusconiego zmuszono do ustąpienia, gdy EBC odmówił kupna włoskich obligacji – czyli wstrzymał finansowanie włoskiego długu. Nic więc dziwnego, że Grupę Frankfurcką nazywano „ósemką trzymającą władzę” i „politbiurem”. Dziś wprawdzie Tsiprasowi pozwolono urządzić referendalną szopkę, ale jak widzimy, nic z niej nie wynikło, bo grecki premier koniec końców musiał zaakceptować niemiecki dyktat, mający wszelkie cechy poskramiania przez metropolię zbuntowanej guberni. Dodajmy jeszcze, że powołanie Grupy było efektem zniecierpliwienia Angeli Merkel ślamazarnością unijnych procedur – należało stworzyć gremium mogące niejako „wyręczać” oficjalne struktury, które następnie jedynie nadają powziętym zakulisowo decyzjom pozór praworządności.

Tyle, jeśli chodzi o kwestie stricte polityczne, natomiast od strony gospodarczej „zjednoczona Europa” zamienia się w imperium kolonialne Niemiec. Imperium o tyle wygodniejsze do kontrolowania i dyscyplinowania, że kolonie nie znajdują się na drugim końcu świata, lecz leżą tuż pod bokiem. Narzędziem dominacji jest tu oczywiście waluta euro napędzająca niemiecką produkcję i eksport, oraz zarzynająca jednocześnie konkurencyjność gospodarek słabiej rozwiniętych – zwłaszcza południa Europy. W efekcie stają się one rynkiem zbytu dla niemieckich towarów, które kupują – jak Grecja – na kredyt. Gdy zaś kredytów nie są już w stanie spłacać, następuje przejęcie składników majątku narodowego. Kraje pozostające poza strefą euro są eksploatowane w inny sposób – inwazja banków, wielkich koncernów połączona z transferowaniem zysków za granicę, czy eksploatacją miejscowej siły roboczej, to tylko część metod. Oczywiście, jak w każdym imperium pojawiają się czynniki destabilizujące, odśrodkowe, niemniej patologiczne uzależnienie Europy od stanu niemieckiej gospodarki (co obserwujemy również w Polsce), pozwala stwierdzić, że narodziny IV Rzeszy stały się faktem i twór ten – w pesymistycznym wariancie – będzie istniał tak długo, dopóki nie wyssie wszystkich sił witalnych z reszty kontynentu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2135-pod-grzybki-13

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 28 (22-28.07.2015)

poniedziałek, 23 marca 2015

Euro-bundeswehra, a niemiecka hegemonia w Europie

Powołanie europejskiej armii jawi się jako naturalne dopełnienie niemieckiej supremacji.

I. Dialog pacynek

Pewne rzeczy się nie zmieniają – w ten sposób można odczytywać propozycję szefa Komisji Europejskiej Jean-Claude'a Junckera, by stworzyć europejskie siły zbrojne. Jak widać, wypychanie USA z Europy wciąż pozostaje priorytetem niemieckiej polityki zagranicznej i zarazem niezbędnym warunkiem utrwalenia dominacji Berlina na kontynencie. Nikt przecież chyba nie sądzi, że prominentny eurokrata i były premier kieszonkowego Luksemburga wyskoczył z postulatem euro-armii sam z siebie, pod wpływem nagłego ataku geopolitycznego natchnienia. Juncker pełnił tu wyłącznie rolę ust Angeli Merkel, komunikując to, czego samym Niemcom nie do końca wypadało powiedzieć. Jest to zresztą charakterystyczne dla stylu w jakim Berlin sprawuje w Europie swą „miękką hegemonię” - przedstawiać własne polityczne zamierzenia jako inicjatywy europejskie, wypływające rzekomo z unijnych instytucji, bądź od któregoś ze zwasalizowanych krajów członkowskich. Na analogicznej zasadzie kilka lat temu Radosław Sikorski sformułował pamiętny „hołd berliński”, wzywając Niemcy, by te w większym stopniu wzięły odpowiedzialność za Europę.

Tak oto Niemcy „dialogują” sami ze sobą za pomocą różnych pacynek wychylających się co jakiś czas zza kurtyny. W ten sam sposób ustala się również unijne priorytety, które należy realizować w ramach słynnej „europejskiej solidarności”, przy czym tak się składa, że treść owej „solidarności” każdorazowo zbieżna jest z aktualnym interesem Niemiec. Jeszcze nie tak dawno priorytetem była współpraca z Rosją i przyciąganie jej do Europy, więc posłusznie dywagowano o wspólnym obszarze od Lizbony po Władywostok, teraz natomiast, gdy cesarzowa Angela chwilowo pokłóciła się z carem Włodzimierzem o rozgraniczenie stref wpływów, obowiązuje ton pryncypialnego potępiania Moskwy, oraz wyłamujących się z nowego trendu jednostek. Oczywiście nie wszystkich, lecz tylko tych uzurpujących sobie prawo do prowadzenia podmiotowej polityki, w rodzaju Victora Orbana, bo jeśli ktoś jest generalnie grzeczny, jak Czechy, Włochy, czy Austria, to może sobie na boku kręcić z Putinem lody bez większych przeszkód.

II. Hegemon Europy

Dominacja niemiecka w Europie opierała się do tej pory na sile gospodarczej, wzmocnionej kolonizacją ekonomiczną nowych krajów Unii i powołaniem strefy euro, która wywindowała niemiecką gospodarkę na nowy poziom. Jak silną pozycję zyskał Berlin można było przekonać się w 2011 roku, kiedy to zaczęło funkcjonować nieformalne gremium zwane „Grupą Frankfurcką”. Pierwsze skrzypce grała Angela Merkel, prócz tego w skład grupy weszli – Nicolas Sarkozy, Jean-Claude Juncker (ówczesny szef eurogrupy), Christine Lagarde (dyrektor zarządzająca MFW), José Manuel Barroso (wówczas przewodniczący Komisji Europejskiej), Herman Van Rompuy (przewodniczący Rady Europejskiej, poprzednik Tuska), Mario Draghi (prezes Europejskiego Banku Centralnego) i Olli Rehn (komisarz UE ds. gospodarczych i walutowych). Podkreślmy, iż było to ciało nie umocowane w żadnych umowach międzynarodowych, powołane ad hoc 19 października 2011 roku podczas pożegnalnego spotkania byłego szefa EBC Jean-Claude'a Tricheta w gmachu opery we Frankfurcie. Wracam do tamtych wydarzeń, gdyż wtedy dominacja gospodarcza przełożyła się z całą mocą na hegemonię polityczną Niemiec. Właśnie owa „Grupa Frankfurcka” stała za odwołaniem greckiego premiera Jeorjosa Papandréu oraz utrąceniem i odesłaniem w polityczny niebyt „niezatapialnego” do tej pory Silvio Berlusconiego. Innymi słowy, Niemcy zyskały wówczas zakulisową władzę obalania i powoływania rządów w innych krajach Unii rękoma lokalnych parlamentów. Jeżeli dodamy, że właśnie na ten okres - jesień 2011 - przypada również wspomniany wyżej „hołd berliński” Sikorskiego, to sytuacja staje się jasna.

Do pełni szczęścia brakuje Niemcom obecnie jedynie ostatecznego wyzwolenia się spod kurateli Stanów Zjednoczonych, co zresztą znacząco ułatwił Barack Obama wycofując się z czynnej polityki w Europie. Dopiero w obliczu ukraińskiego kryzysu USA próbują jakoś powrócić do gry, ale – jak to u Obamy – za późno, niekonsekwentnie i na ćwierć gwizdka. Póki co, Angeli Merkel udało się doprowadzić wspólnie z Francją do przekształcenia NATO w klub dyskusyjny, zaś blamaż porozumienia w Mińsku pokazuje, że gotowa jest znieść wiele, nawet upokorzenie przez Putina, byle by tylko odsunąć Waszyngton od stolika.

Na marginesie - na ile fasadowe są obecne przepychanki między Berlinem a Moskwą uskuteczniane rękoma Ukraińców i „zielonych ludzików”, obrazują niedawne informacje o włoskich i niemieckich inwestycjach w Rosji. Włoskie podmioty wraz z Rosyjskim Funduszem Inwestycji Bezpośrednich powołają nowy fundusz o kapitale 1 mld USD, państwowy koncern zbrojeniowy Finmeccanica wraz z Rosnieftem i Rostiechem tworzą joint venture prowadzący podmoskiewską montownię włoskich śmigłowców Agusta Westland. Z drugiej strony, Rosnieft wykupuje 13,1% akcji koncernu Pirelli i będzie największym indywidualnym inwestorem zarządzającym firmą wspólnie z włoskimi bankami Intesa Sanpaolo i UniCredit, które to banki w ostatnich miesiącach udzieliły Gazpromowi kredytów na łączną sumę 740 mln euro. Z kolei niemiecki Daimler, właściciel Mercedesa, zawiązuje z rosyjskim Kamazem spółkę produkującą ciężarówki. Czyli – tutaj, panie, wojna, sankcje, embargo i bógwico, a poważne interesy ubija się po staremu.

III. Euro-bundeswehra

Biorąc pod uwagę powyższe, powołanie europejskiej armii jawi się jako naturalne dopełnienie niemieckiej supremacji. Rzecz jasna, nie stanie się to dziś ani jutro, lecz kierunek został wytyczony, tym bardziej, że temat sił zbrojnych UE nie jest nowy – powraca co jakiś czas, szczególnie w kontekście „zacieśniania integracji”, czytaj – pogłębienia wpływów Berlina za pośrednictwem euro-struktur, wypranych z politycznej podmiotowości i własnej inicjatywy, za to będących doskonałym narzędziem realizacji polityki kanclerz Merkel. Niemiecko-rosyjska wojenka na ukraińskim terytorium mimo swej fasadowości stanowi doskonały pretekst, by przestraszonej widmem „eskalacji konfliktu” Europie zafundować projekt euro-armii w charakterze pigułki na uspokojenie. Pacyfistycznej „starej Europie” robi się niedobrze na samą myśl o wojnie, a wojnie z Rosją w szczególności, stąd też NATO i sojusznicze zobowiązania postrzega się coraz częściej jako potencjalnie niebezpieczny ciężar, zaś Stany Zjednoczone traktowane są wręcz wrogo. Dlatego marginalizacja Sojuszu połączona z odseparowaniem militarnym USA od starego kontynentu jawi się jako atrakcyjna perspektywa w ramach polityki „niedrażnienia” potencjalnych agresorów. W miejsce Paktu stworzony zostanie propagandowy twór pod nazwą „armii europejskiej” pozwalający zachować twarz, lecz nie zobowiązujący do podejmowania jakichkolwiek działań zbrojnych – no, chyba, że Niemcy zdecydują inaczej.

Zwróćmy uwagę, że Juncker zakomunikował „swój” pomysł w wywiadzie dla niemieckiej gazety „Welt am Sonntag” i z miejsca został on podchwycony w entuzjastycznym tonie przez tamtejszych polityków. Szef komisji spraw zagranicznych Bundestagu, Norbert Roettgen stwierdził, iż „wspólna armia to wizja jak najbardziej na czasie”, dodając, że „armia jako atrybut państwa narodowego” jest przeżytkiem. Natomiast polityk SPD Hans-Peter Bartels dopowiedział, że nie należy czekać na decyzję wszystkich 28 krajów UE, lecz rozpocząć integrację sił zbrojnych między poszczególnymi państwami. Myśl tę pociągnął generał Bruno Kasdorf, inspektor wojsk lądowych Bundeswehry, wskazując, że wymiana batalionów pomiędzy brygadami wojsk Niemiec i Polski może stanowić zaczątek przyszłej armii europejskiej. Kroi się zatem coś na kształt „euro-bundeswehry”. Zapewne niezbędne okaże się utworzenie czegoś w rodzaju europejskiego MON – instytucji równie fikcyjnej jak obecne „przedstawicielstwo Unii do spraw zagranicznych” – stanowiącej za to dla Niemiec doskonały parawan dla dalszego podporządkowywania sobie Europy i dyscyplinowania malkontentów. Taka euro-bundeswehra może bowiem być całkiem niezłym pacyfikatorem na wewnętrznej arenie Unii.

Z polskiego punktu widzenia warto przywołać ustawę o „bratniej pomocy” na mocy której warszawska administracja zarządzająca może wezwać do tłumienia różnych niepokojów zagraniczne siły porządkowe. No, a jeśli siły nie będą nawet formalnie „zagraniczne”, tylko tak jakby „nasze”, bo przez nas w jakiejś części współtworzone, to nawet nie będzie absmaku spowodowanego obcą interwencją. Przywoływany już Sikorski, w swym hołdzie, postulując europejską federację pod niemieckim przywództwem, stwierdził m.in. „z racji rozmiarów i historii Waszego kraju, ponosicie specjalną odpowiedzialność, aby chronić pokój i demokrację na naszym kontynencie”. Jak widać, Niemcy są gotowe, by za pomocą euro-bundeswehry stanąć na straży „pokoju i demokracji”. Oczywiście, pod warunkiem, że to one każdorazowo będą definiowały co owym „europejskim wartościom” służy...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 10 (16-22.03.2015)

wtorek, 6 grudnia 2011

Nowa podmiotowość Lewiatana


Nasze elity nader skwapliwie zrzucają dziś ze swych barków gniotący ciężar suwerenności, cedując ją na rzecz „nowego porządku w Europie”.


I. Od podmiotowości...

Swojego czasu jednym z nielicznych powodów dla których warto było włączyć TVP Kultura był program „Trzeci punkt widzenia” prowadzony przez zespół „Teologii Politycznej” w składzie Marek Cichocki, Dariusz Gawin i Dariusz Karłowicz. Panowie dywagowali na tematy międzynarodowe, cywilizacyjne, filozoficzne - w duchu z gruntu odmiennym od tego, do czego przyzwyczaili widzów stale dyżurujący w reżimowych mediodajniach salonowi „eksperci”. Jednym z wątków, który przewijał się podczas tych spotkań była kwestia podmiotowości rozumianej, nieco upraszczając, jako wewnątrzsterowność, co w kwestiach publicznych przekładać się winno na prowadzenie suwerennej polityki – tak wewnętrznej, jak i zagranicznej – takiej, w której państwo jest podmiotem, a nie bezwolnym przedmiotem reagującym jedynie na posunięcia głównych rozgrywających.

Oczywiście, w ramach czyszczenia TVP z „pisowców”, programu od dawna nie ma już na antenie, bo też było – przyznajmy – niewyobrażalnym skandalem, by raz w tygodniu w niszowym kanale pojawiała się trójka facetów analizujących rzeczywistość z pozycji odmiennych od intelektualno-politycznego mainstreamu III RP.

Przypominam to ze względu na słynny już artykuł Marka Cichockiego w „Rzeczpospolitej” („Nowy porządek w Europie”), którym to tekstem autor z ideą podmiotowości państwa polskiego się żegna. W telegraficznym skrócie: wychodząc od hobbesowskiego Lewiatana, Cichocki przychyla się do formuły nowego europejskiego porządku, w którym nośnikiem podmiotowości w miejsce państw stałby się jakiś twór wyłoniony z obecnego kryzysu. Jak bowiem inaczej rozumieć zdanie: „Jedyną odpowiedzią jest dzisiaj, jak się zdaje, autorytatywnie, choć praworządnie zarządzany obszar rozwoju i stabilności, którego projekt już kreśli le Groupe de Francfort.”

Innymi słowy, należy pożegnać się z podstawowymi atrybutami suwerenności na rzecz jakiejś formuły „praworządnego autorytaryzmu” – w imię stabilizacji i zażegnania widma ogólnoeuropejskiego chaosu.

II. ...do Grupy Frankfurckiej

Kilka słów o „Grupie Frankfurckiej”, która ma nam ten „nowy porządek” urodzić. Otóż, jest to nieformalne ciało nieoczekiwanie powołane do istnienia 19 października, podczas spotkania eurodecydentów w gmachu frankfurckiej Starej Opery. W jego skład wchodzą:

- Angela Merkel (kanclerz Niemiec),

- Nicolas Sarkozy (prezydent Francji),

- Jean-Claude Juncker (szef eurogrupy – państw strefy euro),

- Christine Lagarde (dyrektor zarządzający Międzynarodowego Funduszu Walutowego),

- José Manuel Barroso (przewodniczący Komisji Europejskiej),

- Herman Van Rompuy (przewodniczący Rady Europejskiej),

- Mario Draghi (prezes Europejskiego Banku Centralnego),

- Olli Rehn (komisarz UE ds. gospodarczych i walutowych).

Podczas listopadowego szczytu G-20 w Cannes członkowie tejże grupy nazywanej „ósemką trzymającą władzę”, bądź wręcz „politbiurem” chodzili już z plakietkami „GdF” („Groupe de Francfort”). Pierwszymi zauważalnymi posunięciami były: utrącenie wierzgającego i grożącego referendum premiera Grecji Jeorjosa Papandreou, oraz – dotąd niezatapialnego – premiera Włoch, Silvio Berlusconiego. W ich miejsce powołano „swoich ludzi” - technokratów: Lukasa Papademosa (były członek zarządu EBC) i byłego eurokomisarza Mario Montiego.

Cechą charakterystyczną nowego „politbiura” jest jego niedemokratyczny charakter: tylko Merkel i Sarkozy pochodzą z wyboru, reszta to przedstawiciele europejskiej kasty dygnitarsko-urzędniczej, co stanowi swoiste usankcjonowanie kierunku w którym od dawna podąża Unia Europejska. Kolejna rzecz warta odnotowania, to fakt, iż owe „politbiuro” funkcjonuje obok jakichkolwiek formalnych przepisów czy umów międzynarodowych, z Traktatem Lizbońskim włącznie. Liczą się wyłącznie „dogadane” uzgodnienia, którym następnie nadaje się prawny pozór – wszak zmiany rządów Włoch i Grecji dokonały się de lege artis – rekami tamtejszych parlamentów!

Ciało to skupia potężną władzę, zdolną obalać niewygodnych przywódców i kreować nowych, posłuszniejszych. Jest ono zarazem formą przypieczętowania niemieckiej dominacji w Europie - to przemówienie kanclerz Merkel skarżącej się, że „wszystko dzieje się zbyt wolno” stało się impulsem do powołania Grupy i to Merkel (z koncesjami na rzecz Sarkozy'ego, żeby sprawy szły gładko) wyznacza polityczne cele dla „frankfurckiego” gremium. W ten oto sposób struktury międzynarodowe (unijne plus MFW) stają się machiną wzmacniającą niemiecką „miękką hegemonię” polityczno-gospodarczą w Europie.

III. Podmiotowość Lewiatana

Marek Cichocki zauważając w swym tekście, że kraje południa Europy nie mają wyboru, troska się zarazem czy Wielka Brytania i kraje skandynawskie zaakceptują „nowy stan rzeczy”. Stwierdza ponadto, że „Trudno także obecnie precyzyjnie powiedzieć, co nowy stan będzie oznaczał dla takich krajów jak Polska, a szerzej dla całej Europy Środkowej.” Doceniam żart, bo nie wierzę, by tak wytrawny znawca stosunków międzynarodowych mając przed oczyma przytoczone wyżej przykłady z odwołaniem premierów formalnie suwerennych krajów nie orientował się co do istoty nowego ładu, któremu będziemy z woli Grupy Frankfurckiej podlegali. I formuła prawna, którą ów „praworządny autorytaryzm” przybierze będzie doprawdy bez znaczenia.

W tym kontekście groteskowo brzmią nerwowe połajanki zawarte w jego odpowiedzi na oświadczenie Jarosława Kaczyńskiego o „nieumiejętności odróżniania bieżącej polityki partyjnej od refleksji intelektualnej”, a także zaklinanie, że nie opowiada się „za koniecznością podporządkowania Polski Niemcom”. Wiele tu po obu stronach goryczy narastającej od czasu niepotrzebnego „wywrócenia” przez Jarosława Kaczyńskiego linii przedlizbońskich negocjacji, które jako „szerpa” prowadził w imieniu polskiego rządu Cichocki (szło o system pierwiastkowy), a która wylała się ostatecznie przy okazji późniejszego rozłamu w PiS i powstania popartego przez „Teologię Polityczną” m.in. ze względów środowiskowych PJN-u.

Niemniej, abstrahując od tych animozji, nie sposób nie zauważyć, iż owa „polityczno-filozoficzna refleksja”, którą uraczył nas na łamach „Rzepy” redaktor „Teologii Politycznej”, przełożona na wymiar praktyczny oznaczać musi scedowanie podmiotowości państw członkowskich (w tym Polski) na rzecz pan-europejskiego Lewiatana. Lewiatana, który obecnie ma oblicze Grupy Frankfurckiej, a którym politycznie kręcić będą właśnie Niemcy, nikt inny – i to niezależnie od spisanych na papierze traktatowych reguł.

IV. Sikorski mówi Grupą Frankfurcką

W kontekście opisywanych tu europejskich „tryndów” trzeba jeszcze wspomnieć o zwieńczającym symbolicznie polską europrezydencję berlińskim wystąpieniu Radosława Sikorskiego. Otóż nie było to żadne „ponaglenie Angeli Merkel” do niezbędnych reform, jak chce „Wyborcza”, która przekraczając wszelkie granice błazenady obwieściła, iż „Europa mówi Sikorskim”. Nie. To Sikorski mówi Grupą Frankfurcką. Mówi to, kultywując linię „pozostawania w głównym nurcie europejskiej polityki”, która sprowadza się w praktyce do wyczuwania wiatrów i przyswajania kolejnych „mądrości etapu”.

Sikorski w Berlinie zgłosił akces swojego środowiska politycznego do „nowego ładu” - złożył gwarancję, że jego opcja polityczna będzie gorliwie i lojalnie ów wykuwający się porządek wspierać – w zamian za życzliwy patronat i może jakieś euro-konfitury dla wiernego Donalda i Radosława. Tak należy to czytać. Jest to gorliwość w pełni zrozumiała. Wszak obecna dyktatura matołów zadłużyła kraj w stopniu umożliwiającym „ósemce trzymającej władzę” zdmuchnięcie każdej ekipy w trybie natychmiastowym, co nawiasem mówiąc, marnie wróży wszelkiej patriotyczno-niepodległościowej opozycji, nawet jeśli jakimś cudem uda się jej przejąć rządy w naszym kraju. Kraju, którego elity tak skwapliwie zrzucają dziś ze swych barków gniotący je ciężar suwerenności.

Gadający Grzyb

Na podobny temat: „W uścisku Merkozy'ego”