Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rolnictwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rolnictwo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 czerwca 2016

Polska jak Meksyk?

Meksyk przynależność do NAFTA przypłacił ruiną rolnictwa, zubożeniem ludności, pozycją rynku zbytu i rezerwuaru siły roboczej. Czy naprawdę tego chcemy?

Ponieważ umowa TTIP (Transatlantic Trade and Investment Partnership - Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji) nieodmiennie pozostaje na marginesie publicznej debaty w Polsce – i to pomimo tego, że negocjacje mają się zakończyć planowo do końca bieżącego roku – pozwolę sobie poruszyć po raz kolejny ten temat, ze szczególnym uwzględnieniem potencjalnych konsekwencji układu dla Polski. Jak nadmieniłem w niedawnym felietonie dla „Gazety Finansowej” („TTIP – nikt nie chce, wszyscy przyjmą?”) Europa nie stanowi jednolitej, zbalansowanej przestrzeni gospodarczej. Obok państw wysoko rozwiniętych, takich jak Niemcy, Wlk. Brytania czy Francja, mamy również zbankrutowaną Grecję, oraz konglomerat krajów postkomunistycznych takich jak Polska, których gospodarki zostały w znacznej mierze skolonizowane przez silniejszych graczy, ze szczególnym uwzględnieniem Niemiec, pełniąc w europejskim obiegu rolę rynków zbytu, dostarczycieli taniej siły roboczej i podwykonawców dla zachodnich koncernów. Jak łatwo zatem zauważyć, to co dla wielkich może być korzystne, dla małych stanie się zabójcze. O ile więc nie dziwi poparcie dla TTIP ze strony Berlina (kanclerz Angela Merkel jest bodaj najbardziej zagorzałym zwolennikiem umowy, a niemieckie koncerny motoryzacyjne liczą na wejście szerokim frontem na rynek amerykański), o tyle podobny entuzjazm ze strony polskiego rządu, którego najgłośniejszym wyrazicielem jest minister Morawiecki, ociera się o jakieś perwersyjne skłonności samobójcze. Innymi słowy, do przemocy ekonomicznej ze strony podmiotów unijnych dołożymy sobie podobną przemoc ze strony gigantów amerykańskich.

Warto powyższe zilustrować przykładem Meksyku i konsekwencji obecności tego kraju w NAFTA. Po pierwsze dlatego, że NAFTA (North American Free Trade Agreement - Północnoamerykańska Strefa Wolnego Handlu) stała się protoplastą kolejnych tego typu umów; po drugie natomiast dlatego, że uczciwszy proporcje, Meksyk w stosunku do USA jest ubogim krewnym, krajem wciąż w znacznej mierze rolniczym – podobnie jak Polska. Otóż, umowę NAFTA pomiędzy USA, Kanadą i Meksykiem podpisano 31.12.1992 r., w życie weszła zaś 1.01.1994 r. W kalkulacjach meksykańskich decydentów układ miał stać się dźwignią dla miejscowej gospodarki, otworzyć nowe możliwości itd. (tu kłania się podejście wspomnianego wyżej min. Mateusza Morawieckiego przekonującego o korzyściach płynących z otwarcia amerykańskiego rynku dla sektora małych i średnich przedsiębiorstw). Stało się inaczej, a pierwszy cios został wymierzony w meksykańskie rolnictwo (w znacznej mierze rozdrobnione – znów, podobnie jak w Polsce). Amerykańskie wielkie koncerny rolno-spożywcze, na dodatek dotowane przez rząd USA w skali na jaką Meksyk nie mógł sobie pozwolić (to tyle, jeśli chodzi o mit „wolnej konkurencji”, interwencjonizm w Stanach ma się świetnie) wpadły na rynek południowego sąsiada niczym tornado. W efekcie, tylko do 2002 r. pracę w rolnictwie straciło 1,3 mln Meksykanów (spadek zatrudnienia o 16%). Współgra to z ostrzeżeniami artykułowanymi jeszcze w listopadzie 2015 r. przez min. rolnictwa Krzysztofa Jurgiela. Może dobrze byłoby, gdyby znów zaczął przypominać o tym zagrożeniu na forum publicznym, bo od tamtej pory jakoś dziwnie zamilkł.

Dalsze kilkaset tysięcy miejsc pracy stracił meksykański przemysł, nie wytrzymując konkurencji z bogatszym sąsiadem. Coś jednak się rozwinęło. Co? Ano, przygraniczne i wolnocłowe ośrodki przemysłowe, tzw. „maquiladoras”, w których ulokowane są zakłady-podwykonawcy dla przemysłu amerykańskiego, co jako żywo przypomina nasze „specjalne strefy ekonomiczne” z licznymi ulgami i siłą roboczą zatrudnianą za najniższe stawki. W „maquiladoras” powstało 3 tys. zakładów zatrudniających w 2001 r. 1,3 mln pracowników (wzrost w porównaniu z 1992 r. o 800 tys.), przy czym podkreślić należy, że nie nastąpiło stopniowe wyrównywanie płac – stawki pozostawały na poziomie 10 razy niższym, niż w USA. Oczywiście – tu znów piję do min. Morawieckiego – nie nastąpiła również inwazja meksykańskiego sektora MiSP na amerykański rynek i to pomimo tego, że kraj ten leży bliżej Stanów Zjednoczonych, niż Polska...

Kolejnym efektem jest niekorzystny bilans obrotów handlowych. Z jednej strony po 10 latach obowiązywania układu na kraje NAFTA przypadało aż 35% eksportu USA, z drugiej aż 60% meksykańskiego eksportu pochodziło z „maquiladoras” - czyli w istocie był to re-eksport amerykańskiego przemysłu z meksykańskich stref wolnocłowych.

Swoistą zemstą Meksyku stała się natomiast masowa, wielomilionowa migracja zubożałej ludności do USA. Wyzuty z własności rolnik lub robotnik z głodową pensją miał w zasadzie do wyboru – wstąpić do narkotykowego gangu, pracować niczym w obozie pracy w „maquiladoras”, lub przedostać się przez granicę. Podsumowując, Meksyk przynależność do NAFTA przypłacił ruiną rolnictwa, zubożeniem ludności, pozycją rynku zbytu i rezerwuaru siły roboczej, oraz drenażem migracyjnym. Czy naprawdę tego chcemy?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

TTIP – nikt nie chce, wszyscy przyjmą?

Precz z TTIP i berlińsko-brukselskim dyktatem!

TTIP – kolejna odsłona kolonizacji?

ISDS, czyli korpo-dyktat

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3825-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 21 (20-26.05.2016)

sobota, 9 kwietnia 2016

Ziemia – zasób ograniczony

1 proc. przedsiębiorstw kontroluje już 20 proc. użytków rolnych w Europie, zaś w rękach 3 proc. przedsiębiorstw pozostaje aż 50 proc. gruntów.

Rządowy pakiet rozwiązań mających na celu ograniczenie możliwości wykupu gruntów rolnych przez obcokrajowców jak na razie powstaje w legislacyjnych mękach, dodatkowo pod ostrzałem mediów, straszących „nową pańszczyzną” i „przypisaniem chłopa do ziemi”. Póki co trudno więc oceniać go całościowo, niemniej warto zwrócić uwagę na wycofanie się z pierwotnych ograniczeń dotyczących dziedziczenia (wobec osoby bliskiej dziedziczącej ziemię, a nie prowadzącej działalności rolniczej Agencja Nieruchomości Rolnych miałaby prawo odkupu) – i chyba dobrze, bo to byłaby już zbyt daleko idąca ingerencja w prawo własności. Inne propozycje w rodzaju obowiązku osobistego prowadzenia gospodarstwa przez co najmniej 10 lat, górnego limitu powierzchni posiadanych gruntów w wys. 300 ha, czy różne ułatwienia dla ANR co do pierwokupu i wykupu ziemi – nie odbiegają zasadniczo od rozwiązań przyjętych w różnych krajach UE.

Przykładowo, w Danii nabywca ziemi musi pozbyć się nieruchomości rolnych w innych krajach, osiedlić się na miejscu i – jeśli kupuje grunty powyżej 30 ha – zdać specjalne egzaminy oraz prowadzić samodzielnie gospodarstwo. We Francji z kolei wymóg osobistego użytkowania gospodarstwa wynosi 15 lat, zaś obrót pozostaje pod nadzorem Stowarzyszenia Zagospodarowania Ziemi i Urządzania Obszarów Wiejskich dysponującego prawem pierwokupu, ponadto pierwszeństwo przy zakupie mają sąsiedzi sprzedającego. W Hiszpanii nabywca musi zamieszkiwać w tej samej, bądź sąsiedniej gminie, powinien też uzyskiwać przynajmniej 50 proc. swych dochodów z działalności rolniczej... i tak dalej – jeśli spojrzymy na kraje Europy Zachodniej, to niemal w każdym z nich obowiązują regulacje zbliżone do proponowanych obecnie przez PiS i jakoś nikt nie podnosi rabanu, że to „przywiązanie do ziemi”.

Dzieje się tak dlatego, że ziemia jest towarem o znaczeniu strategicznym – jest to po prostu zabezpieczenie produkcji żywności w danym państwie. Rzecz nie do przecenienia czy to w przypadku kryzysu gospodarczego, czy napięć międzynarodowych, o wojnie już nie wspominając. Ziemia to także zasób o charakterze ograniczonym – nie sposób „wyprodukować” więcej ziemi (przyjmijmy, że holenderskie wydzierane morzu poldery to w ogólnej skali nieistotny margines). Gruntów rolnych nie da się „wykreować” z powietrza niczym pieniądza. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na dokument Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego (organu doradczego UE) pt. „Masowy wykup gruntów rolnych – dzwonek alarmowy dla Europy i zagrożenie dla rolnictwa rodzinnego” ze stycznia 2015 roku. EKES zwraca m.in. uwagę na patologiczną koncentrację gruntów w Europie. Okazuje się, że 1 proc. przedsiębiorstw kontroluje już 20 proc. użytków rolnych, zaś w rękach 3 proc. przedsiębiorstw pozostaje aż 50 proc. gruntów. Natomiast 80 proc. przedsiębiorstw rolnych dysponuje zaledwie 14,5 proc. ziemi rolnej. Związane jest to głównie z rozwojem wielkich koncernów rolniczych wypierających gospodarowanie tradycyjne. Szczególnie niepokojące rozmiary tendencja ta przybiera w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Wskutek masowego wykupu ziemi (tzw. „land grabbing”) w Rumunii już 10 proc. użytków rolnych znajduje się w rękach inwestorów spoza UE, natomiast od 20 do 30 proc. należy do przedsiębiorstw z innych krajów członkowskich Unii. Na Węgrzech na mocy niejawnych umów sprzedano „unijnym” inwestorom milion ha ziemi. W Polsce – często metodą „na słupa” - sprzedano zagranicznym podmiotom ok. 200 tys. hektarów.

Konsekwencją powyższego jest również patologizacja systemu subwencji w ramach Wspólnej Polityki Rolnej. Wraz z koncentracją ziemi następuje również koncentracja unijnych „dopłat”. Opinia EKES przytacza dane z 2009 r. wg których 2 proc. gospodarstw otrzymało 32 proc. płatności w ramach WPR, przy czym dotyczy to całej UE. W Bułgarii 2,8 proc. gospodarstw otrzymało 66,6 proc. wszystkich subwencji. Do tego dochodzi zagrożenie bezpieczeństwa żywnościowego. Większość produkcji rolnej w ramach wielkoobszarowych, przemysłowych gospodarstw zdominowanych przez zagraniczny kapitał jest następnie eksportowana do krajów pochodzenia inwestorów. Na rynek wewnętrzny trafia nieistotny odsetek produkcji. Mamy zatem (choć EKES wprost tego tak nie nazywa) do czynienia z mechanizmem kolonizacji. Inwestor wykupuje grunta, następnie wywozi płody rolne „do siebie”, tam je przetwarza i często sprzedaje produkt końcowy „państwu-kolonii”, które z tego wszystkiego nie ma literalnie nic. Zostaje finalnie z pozycją importera żywności, strukturą rolną zaburzoną przez wielkie monokultury, zniszczoną tkanką społeczno-kulturową obszarów wiejskich i zwiększonym bezrobociem, ponieważ rozwój upraw przemysłowych powoduje zmniejszenie zatrudnienia w rolnictwie i podrywa podstawy ekonomicznej egzystencji gospodarstw rodzinnych.

Miejmy nadzieję, że nowe przepisy zostaną wkrótce uchwalone, bo horyzont czasowy niebezpiecznie się skraca – okres przejściowy dotyczący ograniczeń obrotu ziemią upływa 1 maja 2016...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/ziemia-%E2%80%93-towar-strategiczny

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3591-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 12 (18-24.03.2016)

czwartek, 14 maja 2015

Ziemia – towar strategiczny

Jeżeli dopuścimy do wyprzedaży ziemi obcym podmiotom, to również zyski z niej płynące będą wyprowadzane z Polski.

Za niespełna rok, 1 maja 2016, kończy się okres przejściowy na obrót gruntami rolnymi. Obecnie obcokrajowiec chcąc kupić w Polsce ziemię powinien uzyskać specjalne zezwolenie od MSW, bądź – w przypadku rolników z krajów UE – najpierw przejść przez obowiązkowy okres dzierżawy w trakcie którego musi mieszkać w Polsce i osobiście pracować w gospodarstwie. Te obostrzenia skutecznie zniechęcają zagraniczne podmioty do nabywania ziemi – przynajmniej drogą oficjalną. Dzięki temu wciąż utrzymują się u nas względnie niskie – na tle krajów Europy Zachodniej – ceny, sprawiające, że grunty nadal są dostępne dla naszych rolników. Łącznie, według danych MSW, w latach 1999-2014 cudzoziemcy kupili w Polsce 52,9 tys ha. Nie rozpoznaną do końca „szarą strefę” stanowi ziemia wykupywana metodą „na słupa”. Robi się to w sposób następujący: „inwestor” znajduje Polaka, który za opłatą zakłada spółkę, spółka kupuje legalnie ziemię, zaś udziały są następnie zbywane na rzecz tego, do którego ziemia miała od początku trafić. W ten sposób w obce ręce mogło przejść nawet kilkaset tysięcy hektarów. Według eurodeputowanego PiS, Janusza Wojciechowskiego, na samym tylko Pomorzu Zachodnim jedna z duńskich spółek znalazła się w posiadaniu 20 tys ha.

Zacytujmy tu raport Delegatury NIK w Szczecinie, która skontrolowała tamtejszy oddział terenowy Agencji Nieruchomości Rolnych: „pani E.K. w dniu 20.07.2012 r. założyła spółkę (...). Jako udziały wniosła (…) m.in. nabyte od Agencji w przetargu ograniczonym nieruchomości (...). W dniu 31.10.2012 r. w KRS panią E.K. wykreślono jako wspólnika i wpisano w to miejsce podmiot prawa holenderskiego, który został jedynym wspólnikiem Spółki.” Albo to: „w latach 2011–2013 (do 30.04) do Oddziału wpłynęło 46 aktów notarialnych dotyczących warunkowego zbycia nieruchomości o łącznej powierzchni 4.639,9 ha i wartości 174,9 mln zł, których nabywcami było 18 spółek prawa handlowego. (…) w spółkach tych udziały zostały nabyte przez wspólników, którzy byli cudzoziemcami w rozumieniu art. 1 ust. 2 ustawy o nabywaniu nieruchomości przez cudzoziemców, a tym samym, spółki stały się spółkami kontrolowanymi w rozumieniu art. 3e ustawy”. Proszę zwrócić uwagę – przez niespełna trzy lata na obszarze jurysdykcji jednego tylko terenowego oddziału ANR wykupiono „na słupa” ponad 4,6 tys. ha. W świetle tego, opowieści MSW o sprzedaży raptem 52,9 tys ha w ciągu 15 lat można włożyć między bajki – oficjalne statystyki sobie, rzeczywistość sobie.

W czym problem? - zapyta zwolennik niekontrolowanego obrotu ziemią. Ano w tym, co zwykle – czy chcemy być krajem podmiotowym, również gospodarczo, czy zakamuflowaną kolonią eksploatowaną i drenowaną na różne sposoby przez obcy kapitał, który wbrew obiegowej opinii jak najbardziej ma narodowość. Przepraszam, że się powtarzam, ten „neokolonialny” motyw przewija się dość często przez moje felietony, lecz sprawa jest kluczowa. Jeżeli dopuścimy do wyprzedaży ziemi obcym podmiotom, to również zyski z niej płynące będą wyprowadzane z Polski, zamiast zasilać naszą gospodarkę – tak jak dzieje się to chociażby w przypadku banków, czy sieci handlowych. Warto przy tym zauważyć, że ziemia jest znakomitą lokatą kapitału dla różnych instytucji finansowych i świetną bazą dla spekulacyjnego tworzenia kolejnych pięter w piramidzie papierów wartościowych. Grunty w Polsce z racji niskich cen stają się w tym kontekście szczególnie łakomym kąskiem.

A Bruksela naciska... Niedawno wzięła na celownik Bułgarię, Litwę, Słowację i Węgry, które wprowadziły przepisy chroniące ziemię przed niekontrolowanym wykupem i zarzuca im „dyskryminację inwestorów z innych państw członkowskich”. Dodajmy, ze wzmiankowane kraje nie uchwaliły niczego, co nie obowiązywałoby np. we Francji, Niemczech, Hiszpanii bądź Danii. Zresztą, kraje „starej Unii” rozumieją doskonale, że własność ziemi ma dla bezpieczeństwa państwa znaczenie równie strategiczne jak np. energetyka. Weźmy Francję, gdzie obrót gruntami rolnymi nadzoruje Stowarzyszenie Zagospodarowania Ziemi i Urządzania Obszarów Wiejskich z prawem pierwokupu, co sprawia, że nabycie jej przez obcokrajowców jest skrajnie utrudnione – podobnie zresztą, jak w wielu innych państwach UE.

W przypadku Polski nie chodzi tylko o grunty będące w gestii ANR, lecz również prywatne gospodarstwa polskich rolników – zadłużonych, funkcjonujących od kredytu do kredytu, z nieustannym widmem komorniczej licytacji, na dodatek w warunkach systematycznie malejącej opłacalności produkcji rolnej (w 2014 wg Eurostatu spadek dochodów w polskim rolnictwie w porównaniu do 2013 wyniósł 5,7%). Jeżeli dopuścimy do „wolnej amerykanki” wkrótce może się okazać, że polscy rolnicy zamienią się w najlepszym razie w dzierżawców gruntów będących własnością obcych spółek, w najgorszym zaś – w najemnych robotników rolnych zatrudnianych wzorem innych branż na „śmieciówkach”. Proszę mnie poprawić jeśli się mylę, ale odnoszę wrażenie, że chyba nie po to „wchodziliśmy do Europy”...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 19 (08-14.05.2015)

sobota, 18 kwietnia 2015

Polskie grona gniewu

Polskiego rolnika czeka degradacja z pozycji samodzielnego gospodarza do wywłaszczonego, najemnego wyrobnika.

I. Wielka Depresja

Dziś na samym początku chciałbym przypomnieć klasyczną powieść Johna Steinbecka „Grona gniewu” - a dlaczego, o tym za chwilę. Otóż mamy w niej opisany świat najemnych robotników rolnych w Stanach Zjednoczonych doby Wielkiego Kryzysu. Warto odnotować, że autor bazował w znacznej mierze na własnych obserwacjach, w tym metodzie zwanej w socjologii „obserwacją uczestniczącą” - przez dłuższy czas podróżował i pracował razem z robotnikami, żył z nimi w specjalnych obozach - słowem, dzielił większość ich doświadczeń. Opisanych w książce najemników łączy pochodzenie – niemal wszyscy są zdeklasowanymi farmerami, którzy na skutek fatalnego splotu okoliczności utracili swe gospodarstwa. Mechanizm był zawsze ten sam. Farmy funkcjonowały na bankowych kredytach - a więc jakby z permanentnym wyrokiem wiszącym nad głowami. Wystarczyło wahnięcie koniunktury, by dług zaciągnięty na poczet przyszłych plonów zmienił się w morderczą pętlę. I takie tąpnięcie nadeszło właśnie w latach 30-tych XX wieku. Najpierw wybuchł Wielki Kryzys, zaś wkrótce potem nastąpił okres tzw. „Dust Bowl” – w latach 1931 – 1938 susza połączona z nadmierną eksploatacją gleb wywołała klęskę żywiołową na obszarach Wielkich Równin. Na porządku dziennym były potężne burze pyłowe wskutek których areały uprawne na masową skalę traciły wierzchnie, żyzne warstwy gruntów – ziemia była po prostu „wywiewana” w gigantycznych tumanach pyłu, w efekcie czego wyjałowieniu uległy setki milionów hektarów. Krótko mówiąc – kataklizm. Ta klęska połączona z Wielką Depresją spowodowała obniżenie wartości produkcji rolnej w USA o 60%.

Jak łatwo się domyślić, zadłużone farmy zostały przejęte wraz z domami i wszystkim co miało jakąkolwiek wartość przez banki, a farmerzy z dnia na dzień stali się bezdomnymi wyrzutkami, uwożąc resztki ocalonego dobytku na zdezelowanych pick-upach. Rozpoczęła się gigantyczna wędrówka ludów. Dotychczasowi samodzielni rolnicy wywłaszczeni i pozbawieni źródeł egzystencji ruszyli, jak to się kiedyś u nas mówiło - „na bandos”, głównie do Kalifornii, pracować przy zbiorach brzoskwiń i pomarańczy. Powieść Steinbecka wyjątkowo naturalistycznie opisuje to ludzkie pandemonium, ogrom nędzy, upodlenia, głodu, chorób, śmierci - ze wszystkimi konsekwencjami. Praca w półniewolniczych warunkach, obozy dla uchodźców niewiele różniące się od konc-łagrów, rozpad więzi, konflikty z prawem, pogarda ze strony miejscowych okazywana „oklakom” - jak nazywano przybyszów od nazwy stanu Oklahoma najsilniej dotkniętego przez tragedię, których szybko zaczęto przyrównywać do zwierząt - „bo przecież” - argumentowano - „ludzie nie byliby zdolni do wegetowania w takich warunkach”. Wygranymi okazywały się jedynie, jak zwykle zresztą, banki, przejmując ogromne tereny za stosunkowo niewielkie kwoty niespłaconych kredytów.

II. W pętli długów

Wspomnienie tej lektury nasunęło mi się w związku z niedawnymi rolniczymi protestami, pod pewnymi względami bowiem sytuacja polskich chłopów przypomina położenie amerykańskich farmerów z przedednia wielkiego krachu. Może nie grozi nam katastrofa ekologiczna, która dobiła ich odpowiedników z USA, lecz zapaść finansowa związana z rynkowymi zawirowaniami jest jak najbardziej realna. Jeśli wsłuchamy się w to co mówili zwykli uczestnicy demonstracji, to nawet biorąc poprawkę na tradycyjną skłonność do narzekania spod znaku „ciężkiej doli chłopa”, można wychwycić nader niepokojące tendencje. Przede wszystkim, polski sektor rolniczy uzależniony jest od kredytów. Kredyty zaciągane są na maszyny, nawozy, środki ochrony roślin, zabudowania gospodarcze – czyli na niemal wszystko co niezbędne do prowadzenia normalnego gospodarstwa.

Warto w tym momencie wspomnieć o szyderstwach reżimowej propagandy, pokpiwającej, że ci rolnicy chyba nie są tacy biedni, skoro stać ich na ciągniki Lamborghini za kilkaset tysięcy. Spróbujmy więc rozsupłać pewien splot współzależności. Otóż producent kalkuluje ceny tak, by były one dostosowane do unijnych dopłat. Skoro UE dopłaca rolnikowi do inwestycji w sprzęt tyle a tyle, to ustawiamy ceny tak, by dopłata trafiła do producenta wraz z kredytem zaciągniętym na resztę wartości maszyny. Na podobnej zasadzie firmy pogrzebowe dostosowują cenę usługi do aktualnej wysokości zasiłku pogrzebowego wypłacanego przez ZUS. Mamy zatem efekt przepompowywania pieniądza – kieszeń rolnika jest jedynie nieistotnym przystankiem. Eurofundusze wraz z zaciągniętymi kredytami trafiają koniec końców do zagranicznego producenta – w tym przypadku włoskiego. Z podobnym zjawiskiem mieliśmy do czynienia, gdy ruszyły eurofundusze na zakup nowoczesnych sortowni owoców. Tak się składa, że producentem oraz dostarczycielem owych sortowni były firmy niemieckie. Zatem Niemcy, jako płatnik netto napędzały w ten sposób rynek zbytu dla swego przemysłu – pieniądze tak czy inaczej wracały do niemieckiej gospodarki, u nas były tylko przez chwilę. Polski rolnik, sadownik zostaje wprawdzie z maszynami, ale też i z kredytem do spłacenia, zaciągniętym na resztę inwestycji. Tak więc środki europejskie i kredyty stanowią wzajemnie napędzający się mechanizm - nie tylko w rolnictwie zresztą.

Z powyższego obrazu wynika, że polskie rolnictwo funkcjonuje w nieustannej pętli długów. Wystarczy kryzys w którymś z sektorów, spadek cen, nieurodzaj, lub przeciwnie – nadpodaż i nagle okazuje się, że na podwórku melduje się komornik zajmujący wszystko jak leci – nawet sprzęt pożyczony od sąsiada, co mogliśmy ostatnio zaobserwować na przykładzie pechowego rolnika spod Mławy. Powtórzmy – przy takiej skali uzależnienia od banków, nad polską wsią krąży nieustanne widmo bankructwa, a prowadzenie działalności rolnej przypomina ciągłą walkę o przetrwanie – z dnia na dzień, z sezonu na sezon.

III. Grona gniewu 2016?

Do czego może to doprowadzić nas w najbliższych latach? Trzeba pamiętać, że polskie rolnictwo jest cierniem w oku europejskich potentatów – produkuje tanio, efektywnie, zdrowo, potrafi wykazywać się elastycznością, zatem w interesie konkurencji leży obezwładnienie go, docelowo zaś – wygaszenie, lub przejęcie, tak jak innych gałęzi naszej gospodarki. Mieliśmy już do czynienia z zamordowaniem polskiej branży cukrowniczej przed przystąpieniem do UE, co dla Niemiec było interesem kluczowym na tyle, że rękoma polskich służb odurzono broniącego polskiego cukrownictwa Gabriela Janowskiego, skutecznie ośmieszając temat w oczach opinii publicznej. Z kolei na początku lat dziewięćdziesiątych najbardziej przedsiębiorczych rolników wpędzono w pułapkę kredytową polegającą na wprowadzeniu zmiennej stopy procentowej, co poskutkowało falą bankructw. W tej sytuacji i tak należy pogratulować polskiej wsi odporności na ciosy.

Jednocześnie jest coś, na co zachodnie koncerny ostrzą sobie zęby – to ziemia. W chwili obecnej wykupywana jest metodą „na słupa”, lecz z perspektywy strategicznych celów gospodarczych jest to metoda niewydajna, detaliczna i amatorska. Jednak sytuacja wkrótce ulegnie diametralnej zmianie za sprawą uwolnienia obrotu gruntami rolnymi od 1 maja 2016 roku, kiedy skończy się okres ochronny i zagraniczne podmioty będą mogły przejmować ziemię już „na legalu”. I tu właśnie z punktu widzenia interesów koncernów spożywczych i banków nieocenione może stać się owo permanentne zadłużenie polskiego rolnictwa. Wystarczy kilka sztucznie indukowanych kryzysów, by rozpętać na polskiej wsi spiralę upadłości, przy której obecne trudności związane z rosyjskim embargiem okażą się małym piwem. Tak się bowiem składa, że instytucje finansowe traktują płody rolne jako lokatę kapitału i mogą niemal dowolnie manipulować cenami bądź to „zamrażając” obrót i grając na zwyżkę, bądź przeciwnie – uwalniając swe „aktywa” zasypywać rynek i powodować kryzys nadpodaży. Jeśli ktoś zastanawia się, dlaczego np. ceny pszenicy skaczą na światowych giełdach pozornie bez żadnej racjonalnej przyczyny, właśnie ma odpowiedź. W konsekwencji polskie gospodarstwa rolne, które utracą wypłacalność czeka fala przejęć przez banki, bądź wykupywania wraz z długami przez wielkie podmioty z branży spożywczej – czyli dokładnie tak, jak w przywołanych na wstępie „Gronach gniewu”, z tą drobną różnicą, że tam ziemię przejmowały mimo wszystko banki amerykańskie i grunty pozostawały wciąż w amerykańskim stanie posiadania, a tu trafią w ręce obcych. Czyli to, czego nie udało się dokonać Bismarckowi, carowi i komunistom, może powieść się dzisiejszym spekulantom, zaś polskiego rolnika czeka degradacja z pozycji samodzielnego gospodarza do wywłaszczonego, najemnego wyrobnika.

A rząd? No cóż, Bułgaria, Litwa, Słowacja i Węgry starają się zabezpieczyć, za co Komisja Europejska już grozi im paluszkiem, jednak patrząc na postawę gabinetu Ewy Kopacz w kwestii frankowiczów i nadskakiwanie bankowemu lobby, trudno mieć wątpliwości po czyjej stanie stronie i jaka czeka nas przyszłość, jeśli w tym roku nie pogonimy tej sprzedajnej bandy do wszystkich diabłów.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 14 (13.04-19.04.2015)

czwartek, 28 sierpnia 2014

Embargo, czyli normalka

Stosunki polsko-rosyjskie od lat upływają w rytmie – lub raczej, w paroksyzmach - wprowadzanych i zdejmowanych embarg, obostrzeń i sankcji.

I. Nieuchronność embarga

Rozdzieranie szat nad rosyjskim embargiem nałożonym na płody rolne i inne produkty spożywcze w odpowiedzi na zachodnie sankcje ma tyle samo sensu, co groteskowa akcja „jedz jabłka na złość Putinowi”. Ci bowiem, którzy najgłośniej biadolą nad polskim jabłkiem zdają się wychodzić z założenia, że gdybyśmy siedzieli cicho i nie gardłowali przeciw rosyjskiej agresji na Ukrainę, to mielibyśmy wciąż otwarte rynki zbytu na wschodzie i szafa by grała. Nic bardziej mylnego.

Otóż embargo pomijające Polskę nie miałoby z punktu widzenia Rosji najmniejszego sensu. To przez nasz kraj wiedzie główny szlak tranzytowy z zachodu. Gdyby Rosja pominęła nas w swych sankcjach, to stalibyśmy się automatycznie głównym punktem reeksportu obłożonych embargiem towarów z pozostałych krajów Unii Europejskiej. Przepakowywalibyśmy je i wysyłali dalej jako swoje – dokładnie tak, jak obecnie mają zamiar to czynić Kazachstan i Białoruś wykorzystując fakt znajdowania się wraz z Rosją w Unii Celnej. Na Kremlu nie siedzą idioci. Zbrodniarze, owszem, ale z pewnością nie głupcy – zatem chcąc uczynić embargo dotkliwym dla Europy po prostu musieliby tak czy inaczej objąć nim również Polskę, w przeciwnym razie jego ostrze zostałoby zupełnie stępione.

II. Jak z „katarskim inwestorem”

Inną sprawą pozostaje indolencja naszych władz. Jak słusznie zauważył Grzegorz Braun, gdy jasnym stało się, że sytuacja na Ukrainie zmierza do nieuchronnej konfrontacji wobec której Rosja nie pozostanie obojętna, to polski rząd najdalej w styczniu powinien był zacząć się rozglądać za alternatywnymi rynkami zbytu dla naszego rolnictwa. Tak to już jest we współczesnym świecie, że rządy muszą wypełniać m.in. zadania lobbystów i akwizytorów dla swych gospodarek. Jeśli np. do Chin jedzie kanclerz Angela Merkel, to w jej świcie znajduje się gospodarcza elita Niemiec, która przy wsparciu służb dyplomatycznych nawiązuje kontakty i zawiera umowy.

Tymczasem rząd Donalda Tuska sprawia wrażenie kompletnie zaskoczonego rozwojem wydarzeń, zaś jego niezborna miotanina przypomina próby gaszenia pożaru w burdelu. Nagle ich oświeciło, że wypadałoby się rozejrzeć za alternatywnymi odbiorcami naszych towarów, by mieć jakiekolwiek pole manewru w relacjach z chimerycznym rosyjskim rynkiem. Teraz dotarło, że konieczność dywersyfikacji nie dotyczy wyłącznie dostaw surowców, ale także kwestii zbytu i że nie jest zdrową sytuacja, gdy skazani jesteśmy na jednego kontrahenta, dla którego gospodarka jest narzędziem uprawiania mocarstwowej polityki.

Obecnie jesteśmy świadkami gorączkowych peregrynacji do Brukseli z uniżoną prośbą o „rekompensaty”, tudzież prób kokietowania białoruskiego „baćki” by stał się naszym handlowym dywersantem w Unii Celnej. Łukaszenka swój rozum ma i jeśli będzie mu się to opłacało, to pewnie przystanie na taki interes – pytanie, za jaką cenę i czy warunki nie byłyby korzystniejsze, gdybyśmy wcześniej mieli z Białorusią normalne relacje. Ostatnio dowiedziałem się, że polskie pomidory nagle zaczęły jeździć do Serbii – w domyśle, przez Serbię do Rosji - z tym, że jest to zasługa inicjatywy naszych przedsiębiorców, a nie rządu. Osobiście kojarzy mi się to z pamiętnym poszukiwaniem „katarskiego inwestora” wziętego z googla. Wtedy też było wiadomo, że stocznie w Gdyni i w Szczecinie będą musiały zwrócić pomoc publiczną co jest równoznaczne z ich bankructwem – również na skutek zbrodniczego zaniechania rządu PO, który nie miał odwagi (lub mu zabroniono) odwołać się od decyzji Komisji Europejskiej. I podobnie jak dziś - żenująco amatorskie zresztą - działania podjęto, gdy mleko już się rozlało.

III. Embargo a „bliska zagranica”

Zastanawiam się, czy nasi mężykowie stanu dopuszczą kiedyś do głów myśl, że rynek rosyjski może być wprawdzie chłonny i popłatny, lecz jest zarazem dramatycznie niestabilny. Dzieje się tak dlatego, iż gospodarka – jak nadmieniłem powyżej – pełni w Rosji rolę jednego z narzędzi politycznych za pomocą którego Kreml z lubością dyscyplinuje kraje, które zwykł uznawać za swą „bliską zagranicę”. Przecież stosunki polsko-rosyjskie od lat upływają w rytmie – lub raczej, w paroksyzmach - wprowadzanych i zdejmowanych embarg, obostrzeń i sankcji. Jest to dla Rosji arcyporęczny instrument nacisku stosowany pod byle pretekstem, gdy Putin chce coś ugrać, bądź przywołać do porządku niepokornego sąsiada. Tak to działa w przypadku Polski, ale też np. Gruzji, lub Mołdawii. Tak było, jest i będzie, nie ma co się łudzić, dlatego też możliwość wprowadzenia przez Rosję blokady handlowej należy przyjąć jako element stały w politycznej grze i szukać zawczasu innych rynków zbytu.

Szkodliwym złudzeniem jest także postawa poddańcza, wedle której jeśli będziemy grzeczni, to Rosja pozwoli nam spokojnie handlować. Z kremlowskiej, neoimperialnej perspektywy jesteśmy bowiem chwilowo utraconą częścią składową mocarstwa, zbuntowanym wasalem, w związku z czym nigdy nie będziemy traktowani jako równorzędny partner – w przeciwieństwie do Niemiec lub Francji. Względny spokój moglibyśmy mieć jedynie za cenę totalnego podporządkowania, a i wtedy groźba sankcji „fitosanitarnych” wisiałaby nad nami niczym miecz Damoklesa – choćby przy okazji renegocjacji umów gazowych, prób przejęcia strategicznych przedsiębiorstw przez rosyjski kapitał, czy co tam akurat Putin chciałby na nas wymusić.

Prócz realnych strat, embargo ma skutkować efektem psychologicznym, na który Putin liczy równie mocno, co na skutki ekonomiczne. Jest to komunikat: nie podskakujcie, bo wasi rolnicy, przetwórcy, transportowcy pójdą z torbami. Jednak jest to broń obosieczna. Rosja z dnia na dzień nie obsieje pól, nie posadzi sadów, nie wyhoduje ryb, bydła, drobiu i trzody – a jeść trzeba. Nie zastąpi też tanich dostawców z naszego regionu, dajmy na to, argentyńską wołowiną. Pozostaje przeczekać, a nade wszystko – wyciągnąć wreszcie konstruktywne wnioski na przyszłość.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 34 (25.08-31.08.2014)