Pokazywanie postów oznaczonych etykietą soft power. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą soft power. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2020

Polska mesjaszem narodów

Uczyńmy Polskę w oczach Amerykanów Chrystusem, Mesjaszem narodów, który winien nadejść w chwale i od którego losów zależy dopełnienie się biblijnych proroctw - a staniemy się nim również w oczach reszty świata.

I. Historyczna giełda pamięci

Zanim ktoś na widok tytułu popuka się w głowę uznając, że zwariowałem i odlatuję w jakieś anachroniczne mistycyzmy, proszę o chwilę cierpliwości - rzecz dotyczy bowiem konieczności poprawy polskich notowań na światowym historycznym rynku pamięci, którą to konieczność sygnalizowałem w ubiegłotygodniowym artykule. Gdy niniejszy numer „Warszawskiej Gazety” trafi do Państwa rąk, będzie już wiadomo, co wydalił z siebie Putin podczas jerozolimskiego Światowego Forum Holocaustu i z jaką spotkał się reakcją, również z naszej strony. Jednak doraźne, akcyjne działania, choć niezbędne, nie zastąpią nam długotrwałej, metodycznej pracy nad budową wizerunku Polski, a do tego niezbędna jest spójna i konsekwentnie wdrażana narracja, czyli inaczej mówiąc – doktryna historyczna zbudowana na użytek świata. To jest sedno „polityki historycznej”, a nie mniej lub bardziej skuteczne interwencje i sprostowania, gdy jakaś gazeta użyje sformułowania „polish death camps”, strugając przy tym głupiego, że chodziło tylko o „geograficzną lokalizację obozów”. W taką ciuciubabkę można bawić się bez końca, nie osiągając żadnych długofalowych i trwałych efektów.

Tutaj uwaga – zdaję sobie sprawę, że spora część historyków (również tych patriotycznie nastawionych) na hasło „polityka historyczna” dostaje drgawek, kojarząc je z utylitarnym „krojeniem historii” na polityczne zamówienie, co stanowić ma zaprzeczenie rzetelnego uprawiania nauki i degradować zawód historyka. Jest w tym wiele racji – problem polega jednak na tym, że samo przeprowadzenie rzetelnych badań i opublikowanie wyników nie wystarczy. Po prostu nikt się nimi nie przejmie. Mówiąc brutalnie – prawda nie obroni się sama, bo świat ma wprawę w ignorowaniu tego, czego nie chce w danym momencie zauważyć. Trzeba go więc zmusić. A tu niezbędne jest państwo ze swoim – nie bójmy się tego określenia – aparatem propagandowym. Owszem, oznacza to szereg uproszczeń i wprzęgnięcie historii w oficjalny, państwowy przekaz – ale jest to niezbędna cena za dotarcie do świadomości masowego odbiorcy, szczególnie za granicą. Robią tak wszystkie liczące się kraje, chcące ugruntować swą pozycję na arenie międzynarodowej i mają po temu dobry powód – niezbędnym składnikiem budowania „soft power” jest zaliczenie do grona tych „dobrych” (jakby powiedzieli Amerykanie - „good guys”). Do tego właśnie służy polityka historyczna – zbijania wizerunkowego kapitału procentującego następnie w innych, pozornie niezwiązanych z historią kwestiach. Dziś ów kapitał tworzy się przede wszystkim w odniesieniu do II wojny światowej oraz roli poszczególnych państw i narodów w tym konflikcie. Dlatego tak potwornym błędem było dotychczasowe samobiczowanie w wydaniu polskich elit politycznych i intelektualnych – ta cała pedagogika wstydu, której ostatnią odsłoną jest tzw. „nowa szkoła historii holocaustu” afiliowana przy Centrum Badań nad Zagładą Żydów PAN i muzeum POLIN. I dlatego również tak ważne jest chociażby przeprowadzenie ekshumacji w Jedwabnem. Paradoksalnie, światowy skandal, jaki nieuchronnie będzie towarzyszył temu przedsięwzięciu, może nam tylko pomóc – bo dzięki niemu ten sam świat nie będzie mógł przemilczeć wyników...


II. Chrześcijański syjonizm i religia holocaustu

Obecnie wiodącą narracją historyczną na międzynarodowej „giełdzie pamięci” jest tzw. „religia holocaustu” - podstawowy zwornik państwowotwórczy Izraela, idealne narzędzie moralnego szantażu wobec reszty świata i maszynka do robienia pieniędzy. Doktryna ta zakłada m.in. absolutną wyjątkowość Zagłady, dlatego jedyną ofiarą II wojny światowej o której warto wspominać są Żydzi. Stąd też bezceremonialne deprecjonowanie głównego konkurenta w „martyrologicznym rankingu” – czyli Polski, czego elementem jest odbywające się na naszych oczach spychanie Polaków do roli „współsprawców” na równi z anonimowymi „nazistami”. „Religia holocaustu” swój sukces zawdzięcza w znacznej mierze połączonym siłom Izraela i wpływom żydowskiej diaspory. Owa izraelsko-żydowska polityka historyczna nie przyniosłaby jednak aż tak spektakularnych efektów, gdyby nie zyskała możnego protektora w postaci Stanów Zjednoczonych, będących potężnym pudłem rezonansowym oddziałującym na resztę świata.

Dlaczego tak się stało? Tutaj dotykamy amerykańskiej specyfiki, bez uwzględnienia której nie zrozumiemy zarówno szeregu posunięć Waszyngtonu, jak i źródła żydowskich wpływów w USA. Otóż stosunkowo nieliczna mniejszość żydowska w Stanach nie zbudowałaby swej potęgi bez szerokiego społecznego zaplecza wśród samych Amerykanów. Tym zapleczem jest szacowany na 50. do 70 mln. obywateli ruch „chrześcijańskich syjonistów” wywodzących się z konserwatywnych, protestanckich wspólnot religijnych (plus mormoni), głównie z tzw. „pasa biblijnego”. Sam termin „chrześcijański syjonizm” ukuł w XIX w. żydowski działacz Teodor Herzl na określenie chrześcijan sprzyjających ruchowi syjonistycznemu. Doktrynalnie chrześcijański syjonizm wywodzi się z literalnego odczytania biblijnych, głównie starotestamentowych proroctw, w myśl których Pan będzie błogosławił tym, którzy błogosławią Izraelowi, zaś powtórne nadejście Chrystusa i koniec świata nastąpi wtedy, gdy Izraelici znów zgromadzą się w Ziemi Świętej. W związku z tym, pobożni protestanci (głównie post-kalwinowskiej proweniencji) za swój religijny obowiązek uznają wspieranie zarówno Żydów, jak i państwa Izrael, by w ten sposób przyśpieszyć wypełnienie się biblijnych przepowiedni, zaś dziejową misją Ameryki jest dopomóc w tym dziele wszelkimi możliwymi sposobami. Jak łatwo zauważyć, takie podejście ustawia zarówno chrześcijaństwo, jak i Stany Zjednoczone w pozycji podporządkowanej Izraelowi i chrześcijańscy syjoniści formułują to otwarcie – wg nich Ameryka ma popierać Izrael, nawet gdyby było to wbrew jej własnemu interesowi. Chrześcijańscy syjoniści stanowią przy tym dobrze zorganizowaną grupę nacisku i skrupulatnie rozliczają swoich polityków z działań na rzecz Izraela. Paradoksem jest, że stanowią oni trzon bazy wyborczej Republikanów, podczas gdy sami Żydzi w USA głosują na Demokratów.

Stąd właśnie gesty Donalda Trumpa w rodzaju przeniesienia amerykańskiej ambasady do Jerozolimy, uznania izraelskiej suwerenności nad Wzgórzami Golan, czy podpisanie Ustawy 447. Warto wspomnieć, że zagorzałym chrześcijańskim syjonistą jest również wiceprezydent Mike Pence.


III. Doktryna polskiego mesjanizmu

Powyższe sprawia, że USA postawione przed dylematem – wziąć w spornej sytuacji stronę Polski czy Izraela, zawsze wybiorą Izrael. I dopóki tego nie zmienimy, niczego nie będziemy w stanie wskórać. Należy zatem odpowiedzieć własną doktryną historyczną zarówno na „religię holocaustu”, jak i na chrześcijański syjonizm. Tak się szczęśliwie składa, że taką doktrynę mamy, wystarczy ją odkurzyć i zmodernizować – jest nią nasz XIX-wieczny mesjanizm. Należy rozpropagować we wciąż jeszcze religijnej Ameryce przeświadczenie, że to Polska jest Mesjaszem narodów, odkupującym grzechy świata swym cierpieniem – a nasza martyrologiczna historia nadaje się do tego jak żadna inna. Do tego należy zaprząc nasze służby dyplomatyczne, intelektualistów, literatów, historyków, fundacje, środowiska polonijne – na czele z Polską Fundację Narodową, która może wreszcie przyda się do czegoś poza przewalaniem budżetu. Powtarzam: uczyńmy Polskę w oczach Amerykanów Chrystusem, Mesjaszem narodów, który winien nadejść w chwale i od którego losów zależy dopełnienie się biblijnych proroctw - a staniemy się nim również w oczach reszty świata.

A że to irracjonalne? A chrześcijański syjonizm jest niby racjonalny? Zagrajmy tą kartą. Skoro przez ostatnie dwa stulecia poddawani byliśmy bezlitosnej eksterminacji, wykrwawialiśmy się w powstaniach i na frontach wszelkich możliwych wojen, budując (jak nauczono nas wierzyć) „kapitał krwi” - to niech ta szaleńcza inwestycja wreszcie zacznie się zwracać, a gigantyczny kapitał – procentować. Najwyższa pora.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Historyczny rynek pamięci

Chrześcijański syjonizm czyli fanatycy apokalipsy

Polscy judeochrześcijanie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 04 (24-30.01.2020)

wtorek, 20 października 2015

Budujmy polską „soft power” na Ukrainie!

Co zrobić, by Ukraińcy sami, nie wiedząc nawet kiedy, zmienili się w realizatorów naszych interesów?

I. Soft power i strefy wpływów

Według definicji wpływowego amerykańskiego politologa Josepha Nye, „soft power”, czyli „miękka siła”, to zdolność państwa do pozyskiwania sojuszników i zdobywania wpływów dzięki atrakcyjności własnej kultury, polityki i ideologii. Jest to zatem wielce użyteczne narzędzie wykorzystywane przez mocarstwa do budowania stref wpływów w miejsce brutalnych nacisków ekonomicznych i militarnych („hard power”). W naszym regionie, szczególnie w Polsce, „soft power” stosują chociażby Niemcy, bardzo skutecznie korumpując w ten sposób miejscowe elity, a z ich pomocą – całe kraje, tworząc tą drogą podglebie dla uwspółcześnionej wersji Mitteleuropy. Od czasu kijowskiego Majdanu możemy obserwować również starcie niemieckiej „soft power” i rosyjskiej „hard power” (aneksja Krymu, inwazja w Donbasie) na terytorium Ukrainy, gdzie uciera się na naszych oczach zasięg wpływów Mitteleuropy i Eurazji. I właśnie w ukraińskim kontekście chciałbym poruszyć problem polskiej „soft power” - czyli czegoś, co przez nasze elity, zarówno z prawej, jak i z lewej strony, jest kompletnie zaniedbane. Na dzień dzisiejszy można wręcz stwierdzić, iż polska „miękka siła” w zasadzie nie istnieje. Jest to kardynalny błąd, bo bez tego instrumentu nie mamy co marzyć o regionalnym przywództwie, a wszak m.in. taki jest deklarowany cel polityki zagranicznej idącego do władzy obozu patriotycznego – niezależnie, czy nazwiemy owo przywództwo „polityką jagiellońską”, „międzymorzem”, czy jeszcze inaczej.

Jeśli wierzyć doniesieniom z niedawnego spotkania „formatu normandzkiego” w Paryżu (Merkel, Putin, Hollande, Poroszenko), gros czasu podczas obrad zamiast kwestii ukraińskiej i realizacji postanowień z Mińska, zajął problem Syrii, rosyjskiego zaangażowania na Bliskim Wschodzie i europejskich nadziei na ustabilizowanie sytuacji w tamtej części świata, co przyczyniłoby się do zatamowania imigranckiego tsunami zalewającego Unię Europejską. Oznacza to konieczność zrewidowania przez Unię (czytaj – Niemcy) stosunku do Rosji, wycofanie sankcji i jakieś koncesje na rzecz Putina na Ukrainie. Innymi słowy – Ukraina i niemiecki człowiek w Kijowie (Poroszenko) zostali przehandlowani w zamian za nadzieję na powstrzymanie wędrówki ludów. Efektem będzie powstanie na Ukrainie politycznej luki, w którą Polska – przy odpowiednio zręcznym postępowaniu – mogłaby się wcisnąć. Oczywiście, pod warunkiem, że nie poprzestałaby na czczych deklaracjach poparcia dla „samostijnej Ukrainy”, tylko poszłyby za tym konkretne działania.

II. Jaka Ukraina?

Na początek jednak należy odpowiedzieć sobie na pytanie, do czego potrzebna jest Polsce Ukraina i jakie miałoby być to państwo. Otóż Ukraina jest nam potrzebna jako strefa buforowa i państwo frontowe odpychające na wschód Rosję wraz z jej neoimperialnymi ambicjami. Jednak absolutnie nie leży w naszym interesie, by Ukraina była państwem silnym i sprawnym, jak to roją sobie na krajowym rynku najbardziej zagorzali kibice Majdanu. Silna Ukraina prowadziłaby bowiem niezależną politykę, która mogłaby kolidować z naszymi planami, lub nawet być Polsce wroga. Tak więc, prawdziwie „samostijna Ukraina” nie jest nam do niczego potrzebna. Potrzebna jest nam Ukraina formalnie niepodległa, ale słaba – mniej więcej taka, jaka jest dzisiaj – na wpół zdechłe państwo, balansujące na granicy upadku i trwale skonfliktowane z Rosją. No, może trochę bardziej uporządkowane wewnętrznie, z nieco niższym poziomem (ale nieznacznie niższym) oligarchizacji i korupcji, by nie rozleciała się ze szczętem – ale tylko tyle. W takiej wodzie można już myśleć o łapaniu ryb.

W tym kontekście warto poruszyć nadzieje reprezentowane przez społeczność Kresowian, że Galicja Wschodnia nie jest dla Polski bezpowrotnie stracona i kiedyś może „wrócimy do Lwowa”. Realiści uznają tego typu postulaty za mrzonki – bo i Polaków zostało na Ukrainie jak na lekarstwo, i trudno wyobrazić sobie korektę granic w stylu zaproponowanym przez Żyrinowskiego (rozbiór Ukrainy między Rosję i Polskę, przy pozostawieniu jakiejś kadłubowej formy państwowości), poza tym – wiązałoby się to z nagłym pojawieniem się w naszych granicach licznej i śmiertelnie nienawidzącej Polaków mniejszości destabilizującej państwo i rozsadzającej je od wewnątrz. Wszystko zgoda, „twarda” aneksja byłaby (niezależnie od naszych realnych możliwości) gigantycznym błędem, ale przecież nie jest to jedyny sposób. A jak to zrobić mądrze, tak by Ukraińcy sami, nie wiedząc nawet kiedy, zmienili się w realizatorów naszych interesów? Nie trzeba sięgać daleko, wystarczy spojrzeć i wyciągnąć wnioski z polityki „miękkiej aneksji”, jaką na terytorium Polski realizują Niemcy i zastosować ją w odniesieniu do Ukrainy.

III. Miękka aneksja

Przede wszystkim, Niemcy działają dwutorowo – na zmianę strasząc nas i obłaskawiając. Rolę straszaka pełni ziomkostwo i Związek Wypędzonych, co jakiś czas spuszczany ze smyczy, by pogrozić Polsce z pozycji rewizjonistycznych i rewindykacyjnych. My każdorazowo reagujemy na te „kopnięcia w klatkę” spazmem oburzenia... i wtedy do głosu dochodzą „dobrzy Niemcy”, uspokajając nas, mówiąc, że ci cali wypędzeni, to tylko grupka krzykaczy, tolerowanych ze względu na wewnętrzne uwarunkowania polityczne i wyborcze, a tak naprawdę, to przecież Niemcom zależy na konstruktywnej współpracy w ramach zjednoczonej Europy, niemieckie fundacje angażują się w sferze edukacji, kultury, przełamywania barier itp. Powinniśmy tę grę w dobrego i złego gestapowca przenieść na grunt ukraiński. Upraszając sprawę, rolę „wypędzonych” mogliby pełnić Kresowianie formułując możliwie głośno żądania powrotu Lwowa do Macierzy, na co „odpowiedzialne i umiarkowane” czynniki polskie reagowałyby przekazem pozytywnym – współpracy kulturalnej, regionalnej itp. Jak to wygląda w praktyce?

Otóż Niemcy, szczególnie na Śląsku, prowadzą politykę systematycznego korumpowania elit – m.in. za pomocą rozbudowanego systemu fundacyjno-grantowego. Przykładem skuteczności takiego neokolonialnego kulturkampfu może być sprawa wykładu mjr Baumana na Uniwersytecie Wrocławskim, który odbywał się w ramach obchodów rocznicy powstania niemieckiej socjaldemokracji założonej przez wrocławianina - Ferdynanda Lassalle’a. Współorganizatorem wydarzenia była afiliowana przy SPD Fundacja im. Friedricha Eberta oraz powiązany z nią Ośrodek Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a. Jak wiadomo, na protestujących przeciw wykładowi Baumana władze uniwersytetu nasłały policję, podważając tym samym autonomię uczelni, przy czym, jak bez cienia zażenowania wyjaśnił podczas rozprawy sądowej prorektor ds. kontaktów z zagranicą, prof. Adam Jezierski – uczyniono to na wyraźne życzenie niemieckiego konsula. Oto skutki „soft power”.

Inny przykład – jak się niedawno dowiedziałem, Niemcy są jednym z czołowych sponsorów polskich badań archeologicznych. Efektem jest nagły wysyp znalezisk śladów obecności na naszych terenach... Gotów. Idźmy dalej – od pewnego czasu można zaobserwować renesans starej teorii o germańskich początkach państwa polskiego, wedle której Mieszko I miał być Wikingiem o imieniu Dago, który ze swą drużyną ukonstytuował polską państwowość – analogicznie jak Waregowie stworzyli Ruś Kijowską. Wreszcie kontakty pozainsytucjonalne – niemieccy turyści są najbardziej pożądanymi gośćmi, co skutkuje dwujęzycznymi szyldami pensjonatów i niemieckim menu w restauracjach. Dochodzi do sytuacji, gdy obsługa lokalu uwija się jak w ukropie przy „niemieckich stolikach”, ignorując polską część klienteli. Miałem możliwość naocznie się o tym przekonać podczas wypadu w Góry Stołowe i pobytu w Kudowie-Zdroju. W sezonie cała Kotlina Kłodzka zmienia się w kolejny „land” ze znacznym udziałem zaawansowanych wiekowo niemieckich emerytów, często przywożących ze sobą dzieci i wnuki, by rozejrzały się po „heimacie”.

IV. Polska „soft power” na Ukrainie

Taką właśnie strategię powinniśmy przyjąć na kierunku ukraińskim. Wejść na Ukrainę z własnymi fundacjami, systemem grantowym, sponsorować współprace kulturalną, wydawniczą, uniwersytecką... Słowem - oswajajmy, obezwładniajmy, korumpujmy i uzależniajmy od siebie ukraińskie elity. Róbmy za dobrych wujków wspierających ukraińską kulturę i naukę - tak, jak za dobrych wujków robią u nas Niemcy ze swą „grantozą” i fundacjami. Chętnych wśród niedoinwestowanych, wygłodniałych ukraińskich uczonych oraz „ludzi kultury” nie zabraknie, tak jak nie brakuje takich u nas. Może się nawet okazać, że w sumie nie wyjdzie to drogo, a skutki mogą być imponujące: pro-polska „V kolumna” wśród ukraińskich elit. Wejdźmy z naszymi mediami - wykupujmy ukraińską prasę, tak jak Niemcy wykupili naszą, twórzmy ukraińskojęzyczne portale, fundujmy stypendia dla tamtejszych dziennikarzy - i werbujmy, werbujmy, werbujmy... Niech to dla ukraińskiego dziennikarza będzie wyróżnieniem otrzymać polski medal, a nie dla naszego żurnalisty – ukraiński...

Na kolejnym etapie, niech skaptowane przez nas ukraińskie autorytety młotkują swoich braci pedagogiką wstydu - tym bardziej, że jest za co - niech trują im o Wołyniu, tak jak u nas truje się o Jedwabnem. Stwórzmy tam legion Grossów uprawiających narodowe samobiczowanie - tym bardziej, że w odróżnieniu od „naszego” Grossa nie będą musieli kłamać. Wreszcie, niech na tamtejszych salonach antypolonizm stanie się dyskwalifikującą przypadłością, jak u nas antysemityzm, czy negatywny stosunek do Niemiec. Od strony politycznej wspierajmy koncepcję regionalizacji Ukrainy, tak byśmy mogli dogadywać się i swobodnie działać na poziomie lokalnym, bez konieczności oglądania się na władze w Kijowie. Stwórzmy własną „szkołę liderów” na wzór tej amerykańskiej, przez którą przeszedł cały tabun polskich polityków, z Beatą Szydło włącznie. A w końcu może się okazać, że zachodnia Ukraina z Lwowem sama trafi w nasze ręce - i to bez przesuwania granic, bo Polacy i tak będą się tam czuli u siebie, tak jak „u siebie” czują się Niemcy przyjeżdżający na Śląsk, zaś ukraińskie władze będą pacyfikowały siłami policji banderowców na jedno zmarszczenie brwi polskiego konsula...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2635-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 40 (14.10-20.10.2015)