Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strategiczny sojusz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strategiczny sojusz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 grudnia 2018

Mosbacher – go home!

Dobrze byłoby, gdyby ktoś w Departamencie Stanu poszedł po rozum do głowy i zabrał stąd tę babę, przysyłając kogoś bardziej ogarniętego.

I. Dziewucha z Indiany

Ha, kiedy kilka miesięcy temu media podały, że Donald Trump przysyła nam tu swoją protegowaną Georgette Mosbacher w roli ambasadora, napisałem w „Pod-Grzybkach”, że to krok dyscyplinujący (wówczas w kontekście awantury wokół nowelizacji ustawy o IPN), a sama Mosbacherowa wygląda jakby urwała się z planu „Dynastii” i jeśli zacznie intrygować tutaj niczym Alexis, to marny nasz los. Mówiąc Michalkiewiczem - „proroctwa mnie wspierały”, co zresztą nie jest szczególnym osiągnięciem, bo wystarczyło się choćby pobieżnie zapoznać z jej biografią, a zwłaszcza zobaczyć kilka zdjęć, by zorientować się co to za ziółko. Urodziła się w 1947 r. jako Georgette Paulsin w Highland w stanie Indiana – klasycznej, amerykańskiej dziurze pośrodku niczego. Dzisiaj Highland liczy sobie nieco ponad 23 tys. mieszkańców, więc można sobie wyobrazić, jakim, z przeproszeniem, zadupiem musiało być w latach dzieciństwa naszej Żorżetki. Jak podaje Wiki, ojciec małej Paulsin zginął w wypadku samochodowym, matka musiała więc pójść do pracy, a przyszła ambasador w wieku 7 lat opiekowała się młodszym rodzeństwem. O ile nie jest to legenda o „trudnym dzieciństwie” spreparowana na potrzeby wizerunkowe w stylu „od pucybuta do milionera”, to można założyć, że w domu się nie przelewało. Nic więc dziwnego, że młoda, ambitna pannica poprzysięgła sobie, że za wszelką cenę wyrwie się z tej pipidówy i nigdy więcej tam nie wróci. Świadczy o tym cała jej kariera, wraz z kolejnymi, starannie dobieranymi mężami: biznesmenami Robertem Muirem, George’em Barriem i wreszcie Robertem Mosbacherem (prezesem Mosbacher Energy i sekretarzem handlu u George'a Busha seniora), po którym (rozwód w 1998) zostawiła sobie obecne nazwisko.

Przy tym wszystkim jednak, mimo zdobycia wykształcenia na stanowym uniwersytecie i przebojowego przedarcia się do amerykańskiego establishmentu biznesowo-politycznego, pozostała tym, kim była: prostą dziewuchą z Indiany z gustem rozkojarzonej sroki, rozmiłowaną w blichtrze rodem z rozgrywających się w „wyższych sferach” telenowel, nade wszystko zaś – nadrabiającą rozmaite deficyty tupetem, bezczelnością i życiowym cwaniactwem. Owocem tego jest dzisiejsze oblicze naszej słodkiej Żorżetki – wybotoksowanej dzidzi-piernik, od której na kilometr jedzie nowobogacką, parweniuszowską tandetą.


II. Nasza słodka Żorżetka

Z takim to dobrodziejstwem inwentarza objawiła się nam nowa pani ambasador, skierowana tutaj za zasługi (czyli za sprawne zbieranie kasy na kampanię Trumpa). Trzeba bowiem wiedzieć, że tego typu stanowiska w USA dzielą się na dwie kategorie: jedne (zwłaszcza w trudnych, zapalnych punktach świata) obsadzane są przez profesjonalnych dyplomatów, a prócz tego jest pula placówek na które wysyła się „zaprzyjaźnionych biznesmenów”, którzy chcą mieć w CV nobilitującą pozycję „dyplomata”. Z reguły dotyczy to najhojniejszych darczyńców danej partii – czyli, mówiąc wprost, fotel ambasadora można sobie kupić. Nietrudno się domyślić, z jakiego rozdzielnika przysłano do Polski naszą słodką Żorżetkę.

A Żorżetka, jak to Żorżetka – zero doświadczenia w dyplomacji i, co równie ważne, zero wiedzy o Polsce. Po kilku miesiącach widać wyraźnie, że przed objęciem funkcji w najbardziej przyjaznym wobec USA kraju Europy nie tylko nie odrobiła pracy domowej, ale też nie ma zamiaru czegokolwiek się uczyć już tu, na miejscu. Najprawdopodobniej uznała, że przysłano ją do klasycznego bantustanu i braki kompetencyjne (oraz, co tu ukrywać, intelektualne), zamaskuje tym, co wywindowało ją na szczyty w Ameryce – arogancją i wyszczekaniem, okraszonymi zdawkowymi komplementami. Jej chyba naprawdę się wydaje, że szczytem polskich aspiracji jest zniesienie wiz (czym nie omieszkała zaszantażować posłów z polsko-amerykańskiej grupy parlamentarnej podczas słynnego spotkania w Sejmie), a Lech „Waleza” pozostaje niekwestionowaną ikoną „walki o niepodległość”. Oferta jaką nam przedstawia jest prosta: jak będziecie posłuszni, to może zniesiemy wizy dla tych waszych wschodnioeuropejskich Hotentotów. Innymi słowy, weszła w rolę nie tyle ambasadora, co namiestnika – albo wysłannika centrali mającego podnieść efektywność zamorskiej filii globalnego koncernu. I tak też sobie poczyna – sztorcując i dyscyplinując na wszelkie możliwe sposoby polskich „podwładnych”. Jej poprzednicy wprawdzie również sobie na to pozwalali – chociażby Paul W. Jones, który zagroził pogorszeniem stosunków, jeśli dopuścimy Chińczyków do budowy kanału Odra-Wisła – lecz stały za tym przynajmniej jakieś względy geopolityczne, natomiast Mosbacherowa poczuła się nie tyle wysłanniczką amerykańskiego państwa, ile reprezentantką partykularnych interesów tamtejszego biznesu.

Jak wiemy, zaczęła od tego, że w swoim niepowtarzalnym stylu jęła wzywać na dywanik urzędników pracujących nad zmianami podatku CIT, żądając by wprowadzili zapisy uprzywilejowujące amerykańskie firmy, co już stanowiło skandal sam w sobie. Jednak jej oczkiem w głowie stała się stacja TVN należąca do koncernu Discovery Communications, z którego szefem, Davidem Zaslavem, jest od lat zaprzyjaźniona. Podczas sejmowego spotkania, przypominającego instruktaż dla podkomendnych, twardo oznajmiła, że Kongres „nie będzie tolerował” zamachu na „wolność słowa”, ponadto zażyczyła sobie stałego wglądu w interesujące ją projekty legislacyjne, by „wiedzieć nad czym pracujemy”. Przywołała przy tej okazji sprawę art. 55a Ustawy o IPN, który określiła mianem „holocaust law”. Kontekst był ewidentny – mamy „konsultować” nasze projekty z panią ambasador i przedstawiać je do wstępnego zatwierdzenia, inaczej będzie niedobrze.

Jeszcze nie przebrzmiały echa tego skandalu, kiedy wybuchł następny – oto nasza Żorżetka ze swym charakterystycznym wdziękiem wysłała utrzymany w ultymatywnym tonie list do premiera Morawieckiego, w którym obcesowo pouczyła polski rząd co wolno, a czego nie wolno mówić o stacji TVN i jej dziennikarzach, grożąc, iż Stany Zjednoczone „nie będą tolerowały” krytycznych uwag oraz podważania rzetelności TVN-u. W przeciwnym wypadku pani Żorżetka się pogniewa, tupnie nóżką i nie załatwi nam zniesienia wiz.


III. Śmierć frajerom!

Postępowanie Georgette Mosbacher jest oczywiście niedopuszczalne i nie mieści się w żadnych standardach – nie tylko dyplomatycznych, lecz nawet elementarnego dobrego wychowania. Daje się tu wyczuć ten typowy rys bezwzględnego chama, który wyszarpał od życia swoją obecną pozycję – a że się sprawdziło, więc będzie postępował tak nadal, przynajmniej dopóki nie trafi na kogoś silniejszego, wobec kogo opłaca się być miłym. Problem w tym, że sami, niestety, daliśmy powody, by nas tak traktować. Opuszczając Waszyngton Mosbacher musiała usłyszeć, że Polacy, jeśli ich tylko przycisnąć, godzą się na wszystko. Może trochę pokrzyczą, ale gdy przychodzi co do czego (np. gdy postraszy się ich „pogorszeniem relacji” i „narażeniem na szwank strategicznego sojuszu”), to pokornieją i robią czego się od nich zażąda. O sprawie chińskiej inwestycji w kanał Odra-Wisła już wspominałem. Ale przecież w tym roku, jeszcze przed przybyciem Żorżetki, pod naciskiem amerykańskiej ambasady cofnęliśmy karę dla TVN-u nałożoną za skandaliczne relacjonowanie „ciamajdanu”, a przede wszystkim – w podskokach wycofaliśmy się z nowelizacji ustawy o IPN. Takie rzeczy nie pozostają bez konsekwencji, a Mosbacherowa wyciągnęła z tego oczywiste wnioski – że będzie miała do czynienia z mięczakami i trzeba nas tylko nieco przydusić. Idealnie wpasowuje się to zresztą w jej charakter i życiową dewizę, którą można streścić jako „śmierć frajerom!”.

Pisałem to już tyle razy, że aż głupio powtarzać, ale cóż... Brak dywersyfikacji naszej polityki, stawianie wszystko na jedną kartę, zwyczajnie musiało skończyć się tym, że „strategiczny sojusz” stał się synonimem wasalizacji i uczynienia nas protektoratem – a to, pod czyją kuratelą w danej chwili się znajdujemy, zależy wyłącznie od bieżącego układu sił, w najmniejszym zaś stopniu od nas samych. Nie ma strategicznych sojuszy dla słabych – a tym bardziej dla głupców. Co więcej, za ten podległy status przychodzi nam płacić coraz wyższą cenę – w przypadku relacji z USA jest to opłata „za ochronę”, co jako żywo coraz bardziej przypomina stary, poczciwy rekiet. Obcesowość Mosbacher jedynie tę zależność uwidoczniła z całą wyrazistością, odarła z pozorów „partnerstwa”.

Ale i Amerykanie mogą się na takim traktowaniu przejechać – dotąd byli bowiem silni nad Wisłą mocą społecznych sympatii, będących ewenementem na europejską skalę. To może wkrótce się skończyć. Dlatego dobrze byłoby, gdyby ktoś w Departamencie Stanu poszedł po rozum do głowy i zabrał stąd tę babę, przysyłając kogoś bardziej ogarniętego. Warto również przesłać Trumpowi kolaż z przetłumaczonymi na angielski co lepszymi „kawałkami” TVN-u na jego temat – może amerykański prezydent, który słynie z braku cierpliwości do „fake-mediów” uświadomi sobie, kogo broni jego faworyta. Krótko mówiąc – Mosbacher go home!

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Repolonizacji mediów nie będzie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 23 (05-18.12.2018)

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Elastyczność strategicznej kokoty

Zostaliśmy potraktowani niczym kolonia - „dziki kraj”, w którym mocarstwo załatwia sprawy zbyt szemrane, by smrodzić nimi u siebie.


I. Cena strategicznego partnerstwa

Odnoszące się do Polski fragmenty raportu amerykańskiego Senatu dotyczącego praktyk CIA w ramach wojny z terroryzmem pokazują po raz kolejny jaką cenę trzeba płacić za różne geopolityczne protezy. Potwierdza się zarazem wyrażana już przeze mnie na tych łamach teza, że nie ma strategicznych sojuszy ani „partnerstwa” dla słabych. Nie dotyczy to zresztą jedynie naszych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi. Za przywilej dołączenia do Unii Europejskiej, czyli de facto za niemiecki protektorat polityczny, płacimy – jak zresztą cały region - kolonizacją gospodarczą połączoną z drenażem finansowym i upustem krwi w postaci siły roboczej dostarczanej bardziej zaawansowanym gospodarkom. Ceną za jako-takie kontakty z Rosją jest horrendalny haracz gazowy i uzależnienie surowcowe, co zresztą i tak nie chroni nas przed okresowymi embargami na nasze produkty, ilekroć Rosja zechce na nas coś wymusić, lub po prostu przywołać do porządku i zaakcentować swoją dominację. Natomiast opłatą na rzecz USA uiszczaną w zamian za podpompowanie naszego znaczenia w regionie i NATO-wski parasol było zaangażowanie militarne na drugim końcu świata połączone z różnymi robótkami na rzecz amerykańskich służb specjalnych.

Do pewnego momentu można zresztą było traktować tę cenę jako swoistą inwestycję w strategiczny sojusz. Były to czasy, gdy rosła szansa na stałą obecność amerykańskiego wojska w Polsce, pojawił się projekt tarczy antyrakietowej, a im bardziej Ameryka pod rządami Busha jr konfliktowała się ze „starą Europą”, tym bardziej okoliczności zdawały się grać na naszą korzyść. W kontekście permanentnie zagrażających nam rosyjskich neoimperialnych ambicji zdawało się to mieć ręce i nogi. Można się było nawet pogodzić z tym cholernym więzieniem w Starych Kiejkutach, tyle że koniec końców wyszło co wyszło.

Przede wszystkim okazało się, że o żadnym partnerstwie nie może być mowy. Zostaliśmy potraktowani niczym kolonia - „dziki kraj”, w którym mocarstwo załatwia sprawy zbyt szemrane, by smrodzić nimi u siebie. CIA zwyczajnie odmówiła podpisania memorandum w którym określono by odpowiedzialność Polski i amerykańskich służb. W praktyce oznaczało to wolną rękę CIA i brak jakichkolwiek narzędzi nadzoru ze strony polskich władz. Wydzierżawiliśmy Stanom w gruncie rzeczy na zasadach eksterytorialnych od grudnia 2002 do września 2003 fragment naszego terytorium państwowego. W momencie, gdy zaprotestowaliśmy przeciw przyjęciu Chalida Szejka Mohammeda okazało się, że wystarczy przekupić nasze służby, by wyszło, że „kraj X podchodzi teraz bardziej elastycznie co do liczby przetrzymywanych w więzieniu w kraju X oraz co do daty spodziewanego zamknięcia tego więzienia”.

II. Technologia „robienia laski”

I tu pojawia się kolejny wątek obrazujący skalę zapaści naszego państwa, jego fikcyjność oraz w jaki konkretnie sposób robimy – używając słów Radosława Sikorskiego - „laskę” Amerykanom. Dwa kartony z 15 mln dolarów przywiezione na początku 2003 roku do siedziby Agencji Wywiadu wystarczyły, by polski rząd nagle się „uelastycznił”. Innymi słowy, kupiono nas jak dziwkę, a rolę stręczyciela odegrały nasze własne służby specjalne. I jak tu nie wierzyć w teorię Stanisława Michalkiewicza, że Polską rządzą bezpieczniackie watahy pozostające z kolei na usługach zewnętrznych sił, a ci wszyscy demokratyczni przywódcy są tylko po to, by było ładniej? Swoją drogą, ciekawe, kto i w jakich proporcjach sprywatyzował sobie te 15 mln baksów i czy premier Leszek Miller wraz z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim załapali się za wykazaną „elastyczność” na swoją dolę? Bo że pan Zbigniew Siemiątkowski – ówczesny szef AW – zostałby pominięty w rozliczeniach wydaje się być nieprawdopodobieństwem. Jeżeli już, to raczej on dzielił te łupy wedle szarż i zasług. Tak, słuszną rację miał pan minister Sienkiewicz mówiąc, że państwo polskie istnieje teoretycznie. Praktycznie bowiem jest postawem czerwonego sukna, którym różne „stare kiejkuty”, że znów się odwołam do Michalkiewicza, frymarczą na potęgę – i to na ogół za drobne, na widok których miękną i stają się „elastyczni” niczym przechodzona kokota z rozłożonymi nogami.

Na domiar złego zostaliśmy na zakończenie tej jakże owocnej współpracy potraktowani jak pierwsza naiwna. My – czyli wtajemniczone i opłacone różne „stare kiejkuty” - sądziliśmy bowiem, że wszystko pozostanie bez echa, co zawsze jest słodką nadzieją cichodajek pragnących uchodzić za cnotliwe panienki, tymczasem sponsor ani myślał się krępować, gdy obwieszczał światu, że więzienia owszem, były – tutaj, tutaj i tutaj, bardzo proszę. W taki oto sposób zostaliśmy koncertowo wystawieni do wiatru tracąc cnotę nie zarobiwszy rubla. To znaczy, „rubla”, a konkretnie 15 mln amerykańskich talarów, ktoś tam jednak zarobił, jednak dla państwa polskiego cała afera zakończyła się kompromitacją. Poza wszystkim innym, unaoczniła reszcie „graczy międzynarodowych”, że z nami można wszystko i praktycznie za darmo – ot, za chusteczkę, za szminkę, za waciki, co z pewnością intensywnie wykorzystywane jest na różnych polach do tej pory.

W powyższym kontekście jak przedni dowcip brzmi fragment z senackiego raportu, iż „ujawnienie faktu istnienia więzienia CIA w kraju X stanowiło 'poważny cios' w bilateralną współpracę wywiadów obu państw”, oraz że „Przedstawiciele kraju X byli zaszokowani niezdolnością CIA do utrzymania tajemnicy", a także „'maksymalnie rozczarowani' brakiem ostrzeżenia, że prezydent Bush zamierza potwierdzić w 2006 r. fakt istnienia więzień” (cyt. za rp.pl). Takie płacze mogą wzbudzić co najwyżej uśmiech politowania. USA uznały z jakichś względów, że przyznanie się jest opłacalne, bądź że zwyczajnie nie da się dłużej iść w zaparte i należy skoncentrować się na zarządzaniu kryzysem, tudzież minimalizowaniu strat polityczno-wizerunkowych. Kim mieli się przejmować? Polską, Rumunią i Litwą? Czyli regionem, który i tak zaczął w globalnej rozgrywce nieuchronnie schodzić na trzeci plan? Wolne żarty.

III. Za jaką cenę?

Czy będzie to dla nas historia z morałem? Chciałbym, by opisane tu doświadczenie stanowiło impuls do wytężonej pracy nad odzyskaniem przez Polskę realnej podmiotowości w miejsce ciągłego pożyczania od różnych potęg geopolitycznych protez. Tak to już jest, że owe protezy mogą dawać pozór siły i znaczenia, ale tylko do czasu. Ich prawdziwi właściciele są bowiem władni nie tylko znienacka je odebrać w ramach jakiegoś „resetu” i to bez żadnych konsekwencji dla siebie, lecz mogą również w każdej chwili obnażyć rozmiary kalectwa tego, który ich używał. Obecnie mamy sytuację jak z koszmarnego snu - stoimy bez gaci wśród wrogiego tłumu zwanego „społecznością międzynarodową”, który tym chętniej będzie gardłował o torturach, popisywał się humanitaryzmem i zachłystywał z oburzenia, im bardziej będzie mu zależało na odwróceniu uwagi od własnych grzeszków.

I już na sam koniec chciałbym przeskoczyć do pozornie niezwiązanej z tematem sytuacji wewnętrznej Polski po wyborach samorządowych. Dla wszystkich, którzy mają oczy oczywistym jest, że system zwany „republiką okrągłego stołu” należy czym prędzej obalić, nim nastąpi ostateczny finis Poloniae. Jasne jest również, że trzęsące krajem sitwy dobrowolnie nie oddadzą władzy i żerowisk. Potrzebny jest zatem przewrót – majdan, rokosz, jak zwał tak zwał. Zastanówmy się więc, mając na względzie świeże doświadczenia z Ukrainy, jakie warunki brzegowe muszą zaistnieć, by podobny przewrót uskutecznić? Otóż, moim zdaniem, są one następujące: 1) wystarczająco wysoki poziom społecznej frustracji 2) możny sponsor gotów dla spodziewanych korzyści w takowy rokosz zainwestować i ogarnąć go od strony logistyczno-organizacyjnej 3) potęga zewnętrzna zapewniająca parasol międzynarodowy (by „opinia światowa” uznała rebelię za „słuszną”), tudzież innego rodzaju wsparcie. Przyjdzie to wszystko jeszcze zapewne rozwinąć w kolejnych tekstach, tu tylko napiszę, że jedyną siłą zewnętrzną gotową potencjalnie poprzeć polską rewoltę byłyby Stany Zjednoczone, pod warunkiem, że uznają za celowe znów na poważnie zaangażować się w nasz region.

Tylko, mając na uwadze dotychczasową historię naszego „strategicznego sojuszu”, wraz z kiejkuckim epizodem, powstaje pytanie – za jaką cenę?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/ka%C5%BCdy-realista-ma-swojego-protektora#.VJhnyccA

http://blog-n-roll.pl/pl/polska-%E2%80%93-usa-zaufanie-traci-si%C4%99-tylko-raz#.VJhojccA

http://blog-n-roll.pl/pl/czy-polsk%C4%99-sta%C4%87-na-podmiotowo%C5%9B%C4%87#.VJhoEccA

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 50 (15.12 - 21.12.2014)

czwartek, 23 października 2014

Polska – USA: zaufanie traci się tylko raz

Jeśli w najbliższej przyszłości Stany Zjednoczone będą miały do nas jakiś interes, to trzeba dobitnie powiedzieć – nic za darmo.

I. Amerykański sen

Muszę wyznać, że cykl tekstów rozpatrujących geopolityczne sympatie różnych odłamów polskiej prawicy wyszedł mi właściwie przypadkiem. Ot, zirytowany rusofilskimi głosami każącymi nam widzieć w Putinie „katechona” i obrońcę przed demoliberalną zgnilizną, opublikowałem w maju, w nr 20 „Polski Niepodległej” artykuł „Rosyjskie miraże prawicy”. Niedawno zaś, przy okazji lustracji prof. Kieżuna uznałem, że trzeba się bliżej przyjrzeć opcji niemieckiej w kontekście „realizmu” wedle którego należy poszukiwać coraz to nowych zewnętrznych opiekunów, co zaowocowało tekstem „Każdy realista ma swojego protektora” (nr 41 „PN”). Teraz, na zakończenie, warto wziąć na warsztat stronnictwo amerykańskie.

Trzeba powiedzieć, że spośród wyżej wymienionych, opcja amerykańska wydawała się najbardziej perspektywiczna i sam przez długi czas byłem jej zwolennikiem. Po części było to efektem tradycyjnie proamerykańskiego nastawienia Polaków – europejski ewenement, tak jak niegdyś polski pronapoleonizm. To Stany Zjednoczone pod przywództwem Reagana wbiły gwóźdź do trumny sowieckiego „imperium zła”, gdy różni mędrkowie jeszcze w latach osiemdziesiątych roili o konwergencji i snuli wizje jak to Zachód powinien sobie układać stosunki z ZSRR w kolejnym ćwierćwieczu. To w „kolumbowej hameryce” widzieliśmy ostoję wolności, swobód, dobrobytu, a im bardziej komunistyczna propaganda starała się USA zohydzić, tym bardziej w Amerykę wierzyliśmy. Kolejnych prezydentów Polacy witali na ulicach ze szczerym entuzjazmem, za co ci rewanżowali się nam zapewnieniami o dozgonnej przyjaźni i niezłomnym sojuszu, kokietując Wałęsą i Papieżem.

Wydawało się, że ma to swoje twarde podstawy. Po rozpadzie bloku sowieckiego kolejni prezydenci, niezależnie od barw (Bush senior, Clinton, Bush junior), z różnymi zawirowaniami, ale w sumie w miarę konsekwentnie prowadzili politykę powstrzymywania neoimperialnych ambicji Rosji, co przekładało się na aktywną obecność w naszym regionie. Po drodze przystąpiliśmy do NATO – miało to stanowić ostateczne przypieczętowanie od strony militarnej naszego bezpieczeństwa. Ameryka miała jeszcze tę zaletę, że w przeciwieństwie do Rosji i Niemiec leżała za oceanem i z tego oddalenia podpompowywała nas politycznie jako regionalnego lidera. Nie wglądało to źle – pod amerykańskim protektoratem rysował się sojusz krajów Europy Środkowo-Wschodniej z Polską w roli głównej.

II. Bolesne przebudzenie

W powyższym kontekście można było mniemać, że nasze zaangażowanie w eskapady do Iraku i Afganistanu jest ceną, którą warto zapłacić. Przypomnę, że były to czasy gdy Donald Rumsfeld mówił o „starej” i „nowej” Europie, za chwilę pojawił się projekt tarczy antyrakietowej i wizja stałej obecności US Army na naszym terytorium, a poza tym, nasze „nieostrzelane” wojsko miało okazję złapać jakiekolwiek realne doświadczenie bojowe. Nie wolno również bagatelizować zagrożenia islamizmem, które może w pewnej czasowej perspektywie dotyczyć i nas. Cóż, warto było narazić się „starej Europie”, która – głównie Niemcy i Francja - marzyła o wypchnięciu USA z kontynentu, nazywając nas „amerykańskim osłem trojańskim”. Apogeum, lecz zarazem i łabędzim śpiewem była wyprawa prezydenta Lecha Kaczyńskiego wraz z przywódcami Ukrainy, Litwy, Łotwy i Estonii do Tbilisi w 2008 roku, która powstrzymała rosyjską agresję na Gruzję (również partnera USA) i zmusiła Europę do reakcji wobec Kremla.

Bolesne przebudzenie z amerykańskiego snu nastąpiło wraz z wyborem Baracka Obamy, który w ekspresowym tempie „zresetował” stosunki z Rosją, wycofał się z projektu tarczy (znamienna data 17.09.2009) i ogłosił wycofanie się Stanów Zjednoczonych z aktywnej roli w Europie. Krótko mówiąc, cały „strategiczny sojusz” polsko-amerykański skichał się w jednej chwili, tworząc warunki do zaistnienia rosyjsko-niemieckiego kondominium - i to w całym regionie. Oczywiście, ekipa Tuska z Sikorskim już od 2007 grała na przeciąganie „tarczowych” rozmów z USA, czekając na koniec kadencji George'a W. Busha, w międzyczasie orientując Polskę na Niemcy i Brukselę, jednak ostateczna decyzja zapadła w Waszyngtonie.

Zostaliśmy zatem z kacem po Iraku, Afganistanie, z poczuciem, że daliśmy się wykorzystać za bezdurno – zresztą, społeczne poparcie dla obu interwencji nigdy nie było zbyt wysokie, a z biegiem czasu konsekwentnie malało, tym bardziej, ze nie pojawiła się żadna z obiecywanych korzyści, bo interesy w Iraku robił każdy, nawet antyamerykańska Francja, tylko nie my. W ciągu tych lat „ścisłego sojuszu” nie zdołaliśmy nawet wydębić rozwiązania sprawy tych nieszczęsnych wiz, co może jest sprawą drugorzędną, ale jednak symboliczną. Na marginesie, oczekuję by polski rząd wprowadził zasadę symetrii, tak by Amerykanie przechodzili równie upokarzającą procedurę, co Polacy. Szanujmy się, bo nikt inny nas nie uszanuje. Do tego USA niezmiennie wspierały i wspierają uroszczenia hien cmentarnych spod znaku „holocaust industry”, czego konsekwencje mogą być dla nas niezwykle bolesne. Trudno o lepsze potwierdzenie tezy sformułowanej przeze mnie w poprzednim artykule, że bezwarunkowe przystępowanie do czyjejkolwiek strefy wpływów i pożyczanie geopolitycznych protez obarczone jest niezmiernym ryzykiem, bo te protezy mogą zostać nam odebrane z dnia na dzień, a parasol „strefy wpływów” zwinięty bez okresów przejściowych i ostrzeżenia.

III. Zaufanie traci się tylko raz

Poza wszystkim, patrząc z naszej perspektywy, Stany Zjednoczone pogrzebały swą reputację państwa obliczalnego - stabilnego partnera, który swe sojusze i politykę planuje na dziesięciolecia. Nagłe przeorientowanie strategii geopolitycznej, przekształcenie NATO w klub dyskusyjny i to z udziałem Rosji sprawiły, że trudno będzie odbudować wzajemne relacje. Jak powiadają, zaufanie traci się tylko raz.

Tym większe zdziwienie budzi bezrefleksyjny proamerykanizm wciąż dominujący na prawicy – w polityce jest to głównie PiS, z kolei na odcinku medialnym przede wszystkim środowisko „Gazety Polskiej”. Ja również w swoim czasie zaczytywałem się analizami śp. Jacka Kwiecińskiego - jak wspomniałem wyżej, wówczas wydawało się, że opcja amerykańska ma ręce i nogi. Jednak teraz oglądanie się na Stany Zjednoczone ma niewiele więcej sensu niż podczepianie się pod „główny nurt polityki europejskiej” uosabianej przez Berlin, bądź wzdychanie do duginowskiej „Eurazji”. Szczerze mówiąc, przypomina mi to upartą wiarę starego Rzeckiego, że „bonapartyzm to potęga”.

Rozumiem, że oczekujemy aż Obamę zmieni w Białym Domu jakiś republikanin, który znów wprowadzi Amerykę na antyrosyjskie tory, co wymusi jej powrót do naszej części Europy i związane z tym powtórne dowartościowanie Polski? Ale, kto zagwarantuje, że nie będzie to republikanin-izolacjonista zerkający z sympatią na Putina? Albo, że to w ogóle będzie republikanin? Poza tym, czy nowy przywódca nie uzna aby, że Daleki Wschód oraz ISIL na wschodzie bliskim są wystarczającym bólem głowy, by nie zaprzątać swej uwagi Europą? Wreszcie, nawet jeśli będzie to wymarzony z naszego punktu widzenia lider, to na ile? Jedna kadencja? Dwie? A potem USA znów zrewidują swą strategię? W najlepszym razie zyskamy chwilę oddechu, ale i tak będzie to chwila w przerwie tańca do muzyki granej przez innych.

Podsumowując, jeśli w najbliższej przyszłości Stany Zjednoczone będą miały do nas jakiś interes, to trzeba dobitnie powiedzieć – nic za darmo. Jest kilka rzeczy do ugrania - baza NATO, zaprzestanie wspierania przez USA żydowskich roszczeń majątkowych, podzielenie się technologiami, wsparcie naszej polityki w regionie, zerwanie współpracy NATO z Rosją... i płatność z góry poprosimy. A przede wszystkim – zacznijmy grać na siebie. Bądźmy wreszcie, do ciężkiej, podmiotowi. Lekko nie będzie, obecnie mamy bowiem w naszym regionie sytuację następującą: Litwa antypolska i oglądająca się na Skandynawię; Ukraina widzi swego patrona w Berlinie; Słowacja, Czechy, Węgry, całe Bałkany z wyjątkiem Rumunii – prorosyjskie. Z tym zostaliśmy po 20 latach „strategicznego sojuszu” (1989-2009). Powtórzę memento z poprzedniego tekstu: nie ma strategicznych sojuszy dla słabych.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/rosyjskie-mira%C5%BCe-prawicy#.VEagn1c_j5G

http://blog-n-roll.pl/pl/ka%C5%BCdy-realista-ma-swojego-protektora#.VEahWVc_j5E

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 42 (20.10-26.10.2014)