Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klauzule abuzywne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klauzule abuzywne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 grudnia 2019

Odwalutowanie – czy banki dostaną po nosie?

Czy Sąd Najwyższy pogroził bankom palcem, by przestały się wygłupiać, bo mogą się na swoim cwaniactwie zdrowo przejechać?


W dzisiejszym felietonie powrócimy raz jeszcze do tematu tzw. kredytów frankowych, bo też po pamiętnym wyroku TSUE z 3 października w sprawie państwa Dziubaków (sprawa C-260/18) zaczyna robić się coraz ciekawiej. Niedawno opublikowane zostało uzasadnienie do orzeczenia Sądu Najwyższego z 29 października 2019 r. (Sygn. akt IV CSK 309/18) uchylającego wyrok Sądu Apelacyjnego w Białymstoku unieważniający umowę „frankową”. Przełomem jest to, że bodaj po raz pierwszy na tym poziomie orzeczono „odwalutowanie” kredytu denominowanego we frankach szwajcarskich (wcześniej zdarzało się to jedynie w odniesieniu do kredytów indeksowanych). Otóż w omawianym przypadku zawarto w 2004 r. umowę na 25 tys. CHF. Klient przestał spłacać kredyt w 2008 r., zaś w 2015 r. bank wypowiedział umowę i zaczął na drodze sądowej domagać się uregulowania należności. Sądy w dwóch kolejnych instancjach odrzucały roszczenie banku, stwierdzając nieważność umowy kredytowej ze względu na abuzywność klauzuli waloryzacyjnej, odwołującej się do bankowej tabeli kursowej, mającej stanowić podstawę do naliczania rat kredytu. Abuzywność klauzuli została potwierdzona również przez SN, który podkreślił m.in., iż skutkowała ona zachwianiem równorzędnej pozycji stron umowy, jako że podmiot silniejszy (czyli bank) mógł dzięki niej dowolnie i jednostronnie kształtować wysokość rat kredytu, co uderzało w interes ekonomiczny klienta. Czyli, jak dotąd „klasyk”, typowy dla „frankowych” umów stawiających banki dzięki odwołaniom do tabel kursowych w uprzywilejowanej pozycji i przerzucających całe ryzyko na klientów - dobrze się jednak stało, iż mamy po raz kolejny podkreśloną czarno na białym asymetrię relacji klient-bank.

W każdym razie, bank wniósł w końcu kasację do Sądu Najwyższego – i tu spotkała go dość niemiła niespodzianka. SN stwierdził bowiem, iż mimo nieważności klauzuli waloryzacyjnej umowę da się utrzymać jako złotową – ale oprocentowaną wg stawki LIBOR (czyli „frankowej”), znacznie niższej, niż stosowana przy kredytach złotowych stawka WIBOR. SN wyszedł z założenia, że da się określić kwotę zobowiązania – jest nią po prostu suma realnie wypłacona przez bank w złotówkach, a i sposób naliczania odsetek jest w umowie jasno określony (LIBOR). Sąd Najwyższy zwracając sprawę Sądowi Apelacyjnemu do ponownego rozpatrzenia polecił zatem, by ten wziął pod uwagę możliwość utrzymania umowy w mocy z pominięciem niedozwolonej klauzuli waloryzacyjnej, uznając jednocześnie za kwotę kredytu sumę wypłaconą w złotych. Innymi słowy, nastąpiło sądowe „odfrankowienie” kredytu – niczym w najdalej idących postulatach legislacyjnych środowisk „frankowiczów”! Rewelacja...

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden szczegół uzasadnienia. Mianowicie, umowa w ogóle nie przewidywała wypłaty kredytu we frankach szwajcarskich, ani zwrotu w tej walucie. Kwota w CHF pojawia się w całej umowie zaledwie jeden raz, co „wobec całej pozostałej treści umowy i jej załączników jest tylko niezasługującym na ochronę kamuflażem rzeczywistych intencji tego Banku”. Nie wiem, jak Państwu, ale mnie bardzo się to sformułowanie podoba: niezasługujący na ochronę kamuflaż rzeczywistych intencji banku. Spróbujmy sobie ową „intencję” zrekonstruować – czyżby chodziło o to, że bank wypłacił złotówki, a zamierzał odzyskać de facto franki – i to wg własnej tabeli kursowej, ignorującej chociażby średni kurs NBP?

Wyrok SN stanowi ewidentne pokłosie orzeczenia TSUE z 3 października. Przypomnijmy, iż padło w nim zalecenie, by w miarę możności utrzymywać umowy w mocy, jednak nie jest możliwe zastępowanie wadliwych zapisów przez sąd innymi, działającymi podobnie, generalnie zaś kluczowy powinien być interes klienta – i wszystkie te postulaty znalazły tu swoje odzwierciedlenie. Jest oczywiście otwartym pytaniem, w jakim stopniu orzeczenie SN wpłynie na szerszą linię rozstrzygnięć sądowych w tego typu sprawach – niemniej, odnotujmy niedwuznaczną sugestię, iż kredyty denominowane w istocie należałoby zrównać z kredytami indeksowanymi, uznając techniczne różnice za nie zasługujący na ochronę „kamuflaż”.

Na koniec jeszcze jedna kwestia. Jak wiemy, banki zaczęły się odgrażać, iż w przypadku sądowego unieważniania umów będą występowały z żądaniami „odszkodowań” z tytułu „bezumownego korzystania z kapitału”. Takie ostrzeżenie sformułował już Raiffeisen Bank wobec państwa Dziubaków. O stanowisku banków było głośno, więc można założyć, że SN był świadom powagi sytuacji. Czyżby więc SN swym wyrokiem chciał tu dać coś do zrozumienia? Nasuwa się przypuszczenie, że intencją tego orzeczenia jest, by sądy rozstrzygając sprawy „frankowiczów” o ile to tylko możliwe nie unieważniały umów, lecz szły właśnie w kierunku „odwalutowania”. W takiej sytuacji umowa pozostawałyby dalej w mocy, co z miejsca czyniłoby bankowe roszczenia bezzasadnymi. No i wreszcie – może Sąd Najwyższy pogroził tu bankom palcem, by przestały się wygłupiać, bo mogą się na swoim cwaniactwie zdrowo przejechać?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Frankowa ośmiornica

Widziały gały, co udzielały?

TSUE – bat na bankierów

Frankowe przepychanki

Frankowicze kontra Skarb Państwa

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich!

Kontratak banksterów

Kontratak banksterów – c.d.

Wytarzać banksterów w smole i pierzu

Polska na banksterskiej smyczy

Walutowy hazard

Gra kredytem

Kredytowa szulernia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 49 (06-12.12.2019)

środa, 27 listopada 2019

Frankowa ośmiornica

Czy to klient ma ponosić konsekwencje wadliwej umowy konsumenckiej, czy może jednak podmiot, który ją sporządził?

Zgodnie z wcześniejszymi pogróżkami przedstawicieli sektora bankowego formułowanymi po przełomowym wyroku TSUE w sprawie państwa Dziubaków (sprawa C-260/18), banki postanowiły przystąpić w batalii z frankowiczami do kontrataku – i to z użyciem broni atomowej. Otóż Raiffeisen Bank poinformował, iż w przypadku unieważnienia umowy zażąda 477 tys. zł. z tytułu bezumownego korzystania z kapitału przez 11 lat, do tego 321 tys. zł. odsetek. Łącznie daje to blisko 800 tys. zł., ponadto bank zagroził przejęciem mieszkania. Jest to o tyle kuriozalne, iż państwo Dziubakowie zawarli w 2008 r. 40-letnią umowę indeksowaną do franka (wzdragam się przed nazwaniem tego „kredytem”) opiewającą na 400 tys. zł. Dotąd małżeństwo oddało 230 tys. zł., a do spłaty wciąż pozostaje 520 tys. zł. Na wniosek państwa Dziubaków do sprawy włączył się Rzecznik Praw Obywatelskich, a sąd odroczył rozprawę do 3 stycznia 2020 r.

Teraz kilka pytań. Na jakiej podstawie bank wyliczył 800 tys. zł.? Przecież już na pierwszy rzut oka widać, że jest to kwota wzięta z kapelusza, nijak mająca się do sumy na jaką opiewała umowa, tego co zostało już spłacone, jak i tego co ewentualnie pozostawałoby do spłaty, gdyby umowa pozostała w mocy na dotychczasowych warunkach. No chyba, że bank prognozuje w dalszej perspektywie takie kształtowanie się kursu franka, że do końca trwania umowy państwo Dziubakowie mieliby zapłacić właśnie dodatkowo te 800 tys. zł. - a finalnie musieliby jeszcze oddać obłożone hipoteką mieszkanie, bo zwyczajnie nie byliby w stanie podołać takiemu obciążeniu. Jeżeli jednak powyższa hipoteza jest trafna, to pozostaje pytanie, dlaczego bank przed zaoferowaniem swojego produktu nie poinformował ich o takim zagrożeniu? Może z obawy, że klienci postawieni wobec scenariusza typu „będziemy was doić przez 40 lat, doprowadzimy do ruiny, a na koniec i tak przejmiemy wasz dom”, zastanowiliby się dwa razy przed złożeniem podpisów na takim cyrografie? Zamiast tego lepiej opowiadać bajki o „najstabilniejszej walucie świata”, pomijając informację, że frank, mimo krótkookresowych wahań, na przestrzeni dziesięcioleci zawsze znacząco zyskiwał na wartości – i dlatego jest tak pożądaną walutą na rynkach finansowych.

Ale mniejsza nawet o to. Ważniejsze jest co innego – na jakiej podstawie bank w ogóle występuje z tego typu roszczeniem? Logicznie jest ono absurdem. Sedno pozwów odnoszących się do klauzul indeksacyjnych polega wszak na tym, że banki wykorzystując tzw. asymetrię informacji, czyli swoją fachową przewagę w zakresie wiedzy prawniczej i finansowej, sporządzały wadliwe umowy, zawierające klauzule abuzywne, dające im możliwość arbitralnego ustalania kursu CHF służącego za „wirtualny przelicznik” dla ustalania wysokości kolejnych rat. Czyli, najpierw dawały klientom do podpisania nielegalne umowy (i trudno przypuszczać, by czyniły to nieświadomie, w myśl zasady „widziały gały, co udzielały”) – a teraz mają żądać z tytułu ich nieważności dodatkowych świadczeń? Na jakiej zatem podstawie w ogóle wydawały „bezumownie” kapitał? Klienci przychodzili masowo z rewolwerami i zmuszali bankierów do dokonania przelewu? To klienci sporządzali bezprawne umowy i podtykali przedstawicielom banków do podpisania? No i w końcu, na jakiej zasadzie banki „bezumownie” pobierały do tej pory np. odsetki od udzielonego kapitału? Klienci siłą wciskali im pieniądze? Kompletny nonsens, tym bardziej, że banki stoją na stanowisku, iż bieg przedawnienia roszczenia z tytułu „bezumownego korzystania z kapitału” należy liczyć od momentu stwierdzenia nieważności przez sąd. Otóż nie, moi drodzy wydrwigrosze – sąd jedynie stwierdza nieważność umowy, która, jako obciążona kluczową wadą prawną, była nieważna od samego początku. A więc, następuje tu proste rozliczenie na zasadzie wzajemnego potrącenia dotychczasowych świadczeń.

Tego jednak banki boją się najbardziej, dlatego zabieg z „bezumownym korzystaniem” ma na celu przede wszystkim zastraszenie klientów i zniechęcenie ich do wkraczania na długą i żmudną drogę sądową. A tym, którzy już procesują się z bankami, bankowy „kontrpozew” ma przysporzyć dodatkowych trudności, kosztów i mitręgi. Doprawdy, trudno w języku ludzi cywilizowanych znaleźć słowa adekwatnie opisujące takie postępowanie. Jak stwierdza Rzecznik Finansowy, prof. Mariusz Golecki (cyt. za stroną bankowebezprawie.pl): „Jaki bank obawiałby się stosować niedozwolone klauzule w umowie, skoro w razie wpadki i tak odzyskałby kapitał, i to jeszcze z bliżej nieokreślonym wynagrodzeniem?Mam wrażenie, że stanowisko ZBP (to właśnie ZBP jako pierwszy po ogłoszeniu wyroku TSUE „ostrzegł” przed bankowymi roszczeniami z tytułu „bezumownego korzystania z kapitału – przyp. PL) ma na celu odstraszenie klientów od dochodzenia roszczeń”. Jak widać, sprawa jest rozwojowa. Kto wie, być może znów trzeba będzie zaangażować TSUE – tym razem w kwestii, czy to klient ma ponosić konsekwencje wadliwej umowy konsumenckiej, czy może jednak podmiot, który ją sporządził?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Widziały gały, co udzielały?

TSUE – bat na bankierów

Frankowe przepychanki

Frankowicze kontra Skarb Państwa

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich!

Kontratak banksterów

Kontratak banksterów – c.d.

Wytarzać banksterów w smole i pierzu

Polska na banksterskiej smyczy

Walutowy hazard

Gra kredytem

Kredytowa szulernia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 46 (15-21.11.2019)

piątek, 11 października 2019

Widziały gały, co udzielały?

Sektor bankowy przez całe lata zachowywał się tak, jakby dyrektywa 93/13/EWG go nie dotyczyła. Sądzili, że im się upiecze? Że kwestia klauzul abuzywnych nie dotrze prędzej czy później do TSUE?

A więc stało się – wiszący w powietrzu topór wreszcie opadł. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) ogłosił wyrok w sprawie tzw. kredytów frankowych. Piszę „tak zwanych”, ponieważ w istocie nie były to ani kredyty, tylko jakaś dziwaczna hybryda kredytu i opcji walutowej zabezpieczanej hipoteką i majątkiem klienta, ani tym bardziej „frankowe”, bo franków szwajcarskich nie było w obrocie – stanowiły one jedynie wirtualny przelicznik dla wypłacanej przez banki kwoty w złotówkach i ustalania późniejszych zobowiązań „kredytobiorcy”. I właśnie o owe przeliczniki w znacznej mierze chodzi, bowiem stosowne klauzule w umowach dawały często bankom pełną dowolność w ustalaniu wysokości rat w oparciu o wewnętrzne tabele kursowe. Na tym jednak repertuar nieczystych chwytów się nie kończy, na co swojego czasu zwracał uwagę m.in. raport Rzecznika Finansowego czy raport NIK z 2018 r., w którym wprost określono praktyki banków jako „niewłaściwe” i „nieuczciwe”.

No dobrze, ale co zrobić w przypadku stwierdzenia abuzywności zapisów umowy? Tego zagadnienia dotyczyły pytania prejudycjalne skierowane do TSUE przez Sąd Okręgowy w Warszawie rozpatrujący sprawę państwa Dziubaków przeciw Raiffeisen Bank. Państwo Dziubakowie wzięli w 2008 r. 40-letni „kredyt” indeksowany do franka w kwocie 400 tys. zł. i po latach wciąż pozostawało im do spłaty 520 tys. zł. Wnieśli więc pozew o unieważnienie umowy z tytułu nieuczciwych zasad indeksowania. Wątpliwości sądu dotyczyły m.in. wykładni dyrektywy EWG (93/13/EWG) w sprawie nieuczciwych warunków w umowach konsumenckich. W szczególności – czy sąd jest władny „ratować” umowę poprzez zastąpienie niedozwolonych warunków zapisami wynikającymi z prawa krajowego lub zasad współżycia społecznego; czy wolno utrzymać w mocy niedozwolone zapisy, jeśli w chwili rozstrzygnięcia byłyby korzystne dla klienta; wreszcie – czy umowa może pozostawać w mocy po usunięciu klauzul uznanych za abuzywne.

TSUE - zgodnie zresztą z wcześniejszą zapowiedzią rzecznika Trybunału i swą dotychczasową, prokonumencką linią orzecznictwa – stwierdził, iż kluczowy jest tutaj interes klienta. Po pierwsze, sądy nie mogą „uzupełniać” umów wstawiając w miejsce klauzul abuzywnych innych zapisów działających podobnie, ale nie obarczonych wadą (np. średniego kursu NBP w miejsce bankowych tabel kursowych). Po drugie – może unieważnić całość umowy, jeżeli znajdują się w niej zapisy skrajnie niekorzystne dla konsumenta. Po trzecie – umowę można utrzymać w mocy, ale tylko wtedy jeśli życzy sobie tego konsument.

Co to oznacza w praktyce? W przypadku unieważnienia umowy strony zwracają sobie nawzajem dotychczasowe świadczenia – w efekcie może się okazać, że klient już dawno spłacił swoje zobowiązanie i to z nadwyżką, którą powinien zwrócić mu bank. W wyniku takiego rozliczenia państwo Dziubakowie otrzymaliby 180 tys. zł. - i w podobnej sytuacji mogą być rzesze innych klientów. Wyrok TSUE nie zamyka też drogi do sądowego przewalutowania kredytów – umowa obowiązywałaby bez klauzuli indeksacyjnej, przy zachowaniu dotychczasowego oprocentowania. Krótko mówiąc, w jednym i drugim przypadku banki zostałyby zmuszone do zwrotu nieuczciwie osiągniętych korzyści.

Reakcja sektora bankowego? Tradycyjnie – mieszanina płaczu i pogróżek. Banki szacują swoje „straty” (o ile „stratą” można nazwać zwrot nienależnych świadczeń i zyski mniejsze od założonych) na 60 mld. zł., zaś Związek Banków Polskich niedwuznacznie zasugerował, iż banki zaczną się domagać zwrotu wypłaconego kapitału na podstawie przepisów o nienależnym świadczeniu. Dobre sobie, zważywszy, że tak jak w przypadku państwa Dziubaków, ów „kapitał” został już dawno spłacony.

Generalnie, do całej sytuacji jak ulał pasuje trawestacja ulubionego tekstu trolli internetowych: widziały gały, co udzielały? Sektor bankowy przez całe lata zachowywał się tak, jakby dyrektywa 93/13/EWG go nie dotyczyła. Sądzili, że im się upiecze? Że kwestia klauzul abuzywnych nie dotrze prędzej czy później do TSUE? Natomiast co do owych 60 mld. - trzeba pamiętać, że pieniądze te będą spływały w rytmie zapadających wyroków. I jest to bardzo dobra wiadomość, oznacza bowiem, że w najbliższych latach realna gospodarka zostanie zasilona bankową „kroplówką”. Zważywszy, że rocznie branża notuje zyski rzędu 15 mld. zł., nie jest to jakieś gigantyczne wyrzeczenie – trochę mniej kasy pójdzie na dywidendy (tylko w tym roku za granicę ma trafić ponad 2 mld. zł.) - i tyle.

I na zakończenie jeszcze jedna sprawa. W 2017 r. ABW wszczęła odnośnie „kredytów frankowych” śledztwo z art. 286 par. 1 KK w zw. z art. 294 par. 1 KK. - doprowadzenie do niekorzystnego rozporządzenia mieniem, czyli oszustwo. Jestem szalenie ciekaw, czy doczekamy się wreszcie posadzenia odpowiedzialnych osób z bankowego managementu na ławie oskarżonych? W końcu, biorąc za dobrą monetę wyliczenia bankowych „strat”, rzecz dotyczy 60 mld. zł., co wyczerpuje znamiona przestępstwa w stosunku do mienia znacznej wartości...


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

TSUE – bat na bankierów

Frankowe przepychanki

Frankowicze kontra Skarb Państwa

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich!

Kontratak banksterów

Kontratak banksterów – c.d.

Wytarzać banksterów w smole i pierzu

Polska na banksterskiej smyczy

Walutowy hazard

Gra kredytem

Kredytowa szulernia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 41 (11-17.10.2019)

środa, 17 lipca 2019

TSUE – bat na bankierów

Niech teraz banki zaczną wygrażać pozwami Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu. Życzę powodzenia.

Trudno nie odczuwać pewnej schadenfreude na widok paniki w szeregach bankierów, po tym, jak rzecznik generalny Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej zapowiedział, iż można spodziewać się orzeczenia rozwiązującego problem tzw. kredytów frankowych po myśli kredytobiorców – i wszystko wskazuje na to, że ogłoszenie wyroku zbliża się wielkimi krokami, najprawdopodobniej dojdzie do niego jeszcze w lipcu. Przypomnijmy, że chodzi o pytanie prejudycjalne jednego z polskich sądów dotyczące klauzul niedozwolonych (abuzywnych), w szczególności klauzuli indeksacyjnej, określającej sposób przeliczania kursu walutowego franków na złotówki i co za tym idzie – kwoty kredytu i wysokości rat. Po latach sądowych batalii wiadomo, że umowy w znacznej mierze były formułowane w sposób skrajnie niekorzystny dla klientów. Zapisy indeksacyjne były niejasne, często odwoływały się do bankowych tabel kursowych ustalanych w nieprzejrzysty sposób, w oderwaniu od kursów rynkowych czy średniego kursu NBP. Dochodziło do sytuacji, gdy bank sporządzał dwie odrębne tabele – jedną na użytek „normalnego” obrotu walutami, drugą zaś specjalnie pod „frankowiczów”, przy czym ta druga cechowała się zawyżonym spreadem, tzn. różnicą między ceną kupna i ceną sprzedaży franka. Rodziło to dwojaki skutek – po pierwsze, klient do końca żył w niepewności ile przyjdzie mu zapłacić w danym miesiącu; po drugie – bank w ten sposób naliczał „ukryte oprocentowanie”, rekompensując sobie niskie odsetki i ujemny LIBOR. W połączeniu z ogólnie rosnącym kursem franka oznaczało to dla wielu konsumentów wplątanie się w istną pętlę niemożliwego do spłacenia długu. W sumie doprowadzało to do sytuacji, gdy po latach spłacania rat kwota kredytu była wyższa od pierwotnej i niejednokrotnie znacznie przekraczała rynkową wartość nieruchomości – a to z kolei np. wykluczało możliwość sprzedaży mieszkania czy domu i uwolnienia się w ten sposób od zobowiązania. W skrajnych przypadkach prowadziło to do ludzkich tragedii – bankructw, czasem nawet samobójstw niewypłacalnych dłużników. Słowem, klasyczna lichwa ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Problem w pewnym momencie nabrzmiał do tego stopnia, że do polityków dotarła świadomość konieczności wdrożenia jakiegoś systemowego rozwiązania. I tu do akcji wkroczyło lobby bankowe, konsekwentnie sabotując kolejne projekty ustaw – zarówno te poselskie, jak i te wychodzące (w coraz łagodniejszych wersjach) z Kancelarii Prezydenta. W ruch poszła medialna machina strasząca zapaścią sektora bankowego, wstrzymaniem akcji kredytowej i paraliżem całej gospodarki. Podawano coraz to nowe wyliczenia bankowych „strat” mających wg autorów iść w dziesiątki miliardów złotych. Uruchomiono również internetową „szeptankę” z zakresu „czarnego PR-u” przedstawiającą „frankowiczów” jako pazernych cwaniaków, którzy teraz chcą się niesłusznie wzbogacić kosztem podatników i kredytobiorców złotówkowych. To ostatnie jest zresztą podręcznikowym przykładem skutecznej socjotechniki polegającej na napuszczaniu na siebie i konfliktowaniu dwóch grup - „złotówkowiczów” i „frankowiczów”. Wystarczy zajrzeć na internetowe fora pod artykułami o kredytach frankowych, by uświadomić sobie jaką falę bazującej na najniższych instynktach i emocjach nienawiści udało się w ten sposób wykreować - zupełnie, jakby dotąd było mało społecznych podziałów.

Jednocześnie miejscowe filie banków należących do obcego kapitału zupełnie jawnie zaczęły szantażować polskie władze groźbami pozwów przed międzynarodowy arbitraż na bazie umów o wzajemnym popieraniu i ochronie inwestycji (BIT's – Bilateral Investment Treaties), w czym uzyskały wsparcie swoich ambasad, wysyłających pod adresem rządu listy z pogróżkami. Co grosza, polskie państwo uległo tym bandyckim metodom, czego dowodem jest uchwalona właśnie w „kadłubkowej” formie ustawa z której na ostatniej prostej wykreślono kluczowe przepisy o powołaniu tzw. Funduszu Konwersji na który miały składać się banki i korzystać z niego przy przewalutowywaniu kredytów na złotówki. Czy trzeba dodawać, że i temu banki były przeciwne?

A tu nagle – zgroza. Wszystko wskazuje bowiem, że TSUE w orzeczeniu ogłosi, iż nieważność abuzywnych klauzul indeksacyjnych nie uchyla reszty umowy – a to w praktyce oznacza przewalutowanie całego kredytu na złotówki i to przy zachowaniu „frankowego” oprocentowania oraz przeliczenie wszystkich zapłaconych dotąd rat z mocą wsteczną. Podobnie zresztą orzekł niedawno Sąd Najwyższy. Nic więc dziwnego, że na bankierów padł blady strach i zaczęli jęczeć o 60 mld. zł. „strat” oraz domagać się od rządu interwencji – dodajmy, tego samego rządu, któremu wcześniej buńczucznie wygrażali. Powiedzmy więc sobie jasno: nie ma mowy o żadnych „stratach”, tylko o pozbawieniu banków nienależnych, bezprawnie osiągniętych zysków, kosztem dojonych bezkarnie przez lata klientów. No i wreszcie – niech teraz banki zaczną wygrażać pozwami Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu. Życzę powodzenia.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Frankowe przepychanki

Frankowicze kontra Skarb Państwa

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich!

Kontratak banksterów

Kontratak banksterów – c.d.

Wytarzać banksterów w smole i pierzu

Polska na banksterskiej smyczy

Walutowy hazard

Gra kredytem

Kredytowa szulernia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 28-29 (12-25.07.2019)

czwartek, 30 sierpnia 2018

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Banki, zamiast wycofać się z ryzykownego „towaru” (jak przystałoby na instytucje zaufania publicznego), w najlepsze wciskały go rzeszom niedoinformowanych klientów.

Najwyższa Izba Kontroli opublikowała raport dotyczący skuteczności ochrony konsumentów w kwestii tzw. kredytów frankowych w latach 2005-2017. Wyniki są miażdżące – zarówno dla banków, jak i dla organów państwa. Przykładowo, praktyki banków zostały określone jako „niewłaściwe” i „nieuczciwe”. Dobrze, że zostało to napisane czarno na białym – dzięki temu otrzymaliśmy bowiem oficjalne potwierdzenie, że banki z premedytacją działały na niekorzyść klientów. Paleta nieczystych chwytów obejmowała np. niedozwolone postanowienia umowne pozwalające bankom kształtować kurs waluty czy oprocentowanie na kompletnie nieprzejrzystych dla kredytobiorców zasadach; podobnie rzecz się miała z ubezpieczeniami niskiego wkładu własnego „na warunkach które nie były znane kredytobiorcy w momencie zawierania umowy kredytu”. Warto również dodać przerzucenie całości ryzyka kursowego na klienta.

W efekcie, jak podkreśla NIK, „banki uzyskały korzyści, wynikające ze stosowania niedozwolonych postanowień umownych. Jednocześnie, z nielicznymi wyjątkami, nie poniosły kar pieniężnych z tego tytułu, a ciężar i ryzyka związane z odzyskaniem tych kwot został przeniesiony na kredytobiorców”. Co więcej, nawet w przypadku interwencji organów państwa skutkiem było na ogół zaprzestanie „stosowania danej praktyki przez bank w przyszłości, a tylko w niewielkim stopniu usunięcie skutków tych praktyk, wynikających z dotychczasowej realizacji umów, choć w ich wyniku banki uzyskały nienależne korzyści kosztem konsumentów”. I znów – dobrze, że padło stwierdzenie o „nienależnych korzyściach” osiąganych kosztem klientów. Ogólnie rzecz biorąc, otrzymujemy obraz szalbierczego procederu, którego ofiarą padło blisko milion polskich rodzin, a łączna wartość łże-kredytów wynosiła w szczytowym momencie (2011 r.) ok. 200 mld. zł (obecnie jest to 135 mld.).

Na tym tle państwo wykazało zadziwiającą bezradność. Jak podnosi NIK, organy typu UOKiK czy KNF z różnych względów działały opieszale i mało skutecznie. Uwagę zwraca również trwająca latami sytuacja, gdy instytucje publiczne miały w znacznej mierze związane ręce wskutek ograniczenia ich ustawowych kompetencji. Np. prezes UOKiK dopiero w 2016 r. został wyposażony w możliwość ochrony konsumentów na drodze administracyjnej, zamiast przewlekłej ścieżki sądowej. Pozytywnie ocenione zostało powołanie Rzecznika Finansowego, lecz – i tu znów kamyczek do bankierskiego ogródka – jego bezpośrednie interwencje okazywały się mało skuteczne „z uwagi na postawę banków”. Rzecznikowi pozostawało więc wspieranie frankowiczów za pomocą tzw. istotnych poglądów formułowanych na użytek procesów sądowych. Jeżeli dodać do tego fakt, że stosowne instytucje publiczne nie wykorzystywały w pełni nawet tych uprawnień, jakimi dysponowały, rysuje się nam wyraźna dysproporcja sił między państwem a sektorem bankowym. Jak np. wytłumaczyć, że rekomendacja „S” KNF zalecała bankom przedstawianie symulacji rat kredytu do granicy zaledwie 20 proc. osłabienia się złotego względem franka? Jakim cudem zakładano, że na przestrzeni 30 lat nie dojdzie do poważniejszych zawirowań? Wystarczy sobie porównać kurs szwajcarskiej waluty z okresu największego boomu niby-kredytów frankowych (a w istocie, zawsze będę to powtarzał, produktów spekulacyjnych wysokiego ryzyka) i obecny, by uświadomić sobie księżycowość takiego założenia.

Jak konkluduje NIK, saldo nieuczciwych praktyk banków i zaniechań ze strony państwa jest takie, że obecnie nie bardzo wiadomo, co z tym fantem zrobić, gdyż „wyeliminowanie ryzyk (…) wiązałoby się z poniesieniem znaczących kosztów przez banki lub zadłużonych obywateli”. We wnioskach końcowych formułuje jednak pewne zalecenia, takie jak ustawowe uniemożliwienie bankom czerpania zysków z klauzul abuzywnych, rozłożenie ryzyka kursowego między obie strony, wzmocnienie pozycji KNF czy chociażby zwiększenie osobistej odpowiedzialności szefostwa instytucji finansowych za naruszenie przepisów z zakresu ochrony konsumentów.

W kontekście powyższego na kiepski dowcip zakrawają wypowiedzi przedstawicieli sektora o „politycznych naciskach” na KNF czy NBP, by nie ograniczać udzielania kredytów frankowych. Ale, jak rozumiem, ci źli politycy nie kazali na siłę bankom oferować toksycznego produktu? Tymczasem banki, zamiast wycofać się z ryzykownego „towaru” (jak przystałoby na instytucje zaufania publicznego), w najlepsze wciskały go rzeszom niedoinformowanych klientów. Wysłały tym samym sygnał – jesteśmy jacy jesteśmy i trzeba dopiero ustawowego bata, żebyśmy przestali nabijać ludzi w butelkę. Co więcej, dziś politycy są równie „niedobrzy” - np. postulując przewalutowanie kredytów po kursie sprawiedliwym (vide - prezydencki projekt ustawy), zmuszając tym samym banki do wzięcia na siebie części ryzyka. Cóż, tzw. „ustawa frankowa” ma ujrzeć światło dzienne jesienią – zobaczymy, czy rządzący wyciągną z raportu NIK wnioski, czy też po staremu okaże się, że bankom, broń Boże, nie można nastąpić na odcisk.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 33-34 (24.08-06.09.2018)

piątek, 17 kwietnia 2015

Ewa Kopacz – lobbystka banksterów

Węgry lobbują w interesie własnego społeczeństwa, polskie państwo odwrotnie – sytuuje się w kontrze wobec swoich obywateli.

Proszę wybaczyć, jeśli uznają Państwo, że staję się nieco monotematyczny, ale cóż poradzić – problematyka banksterów co jakiś czas będzie powracała w moich felietonach niczym bumerang, bowiem co i rusz pojawiają się informacje których nie sposób pominąć milczeniem. Nie tak dawno temu pisałem, że rząd pracuje nad nowelizacją prawa uniemożliwiającą osobom fizycznym występowanie z pozwami zbiorowymi przeciw podmiotom stosującym tzw. klauzule abuzywne – czyli niedozwolone zapisy, uznane za sprzeczne z prawem przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Do prac przystąpiono akurat wtedy, gdy wybuchł problem kredytów frankowych skutkujący m.in. kolejnymi procesami z powództwa zbiorowego wobec banków stosujących w umowach tego typu postanowienia. Banki nie są zresztą jedyne, niemniej, to właśnie one mogą zostać przez konsumentów uderzone najboleśniej, choć trzeba przyznać, że sądy starają się jak mogą by nie narazić drogocennych szkatuł i sejfów na straty, zniechęcając potencjalnych pieniaczy do wchodzenia na drogę procesową takimi wyrokami jak choćby ostatnie orzeczenie warszawskiego sądu okręgowego oddalające pozew 92 kredytobiorców przeciw Getin Noble Bank. No, ale skoro po stronie Getin Noble Banku stała kancelaria samego mecenasa Romana Giertycha, to któż mógłby się oprzeć jej nieodpartej argumentacji? Z pewnością oprzeć nie mógł się niezawisły sąd, ba – byłoby to wręcz, jak podejrzewam, dla niezawisłego sądu wysoce niewskazane. Jednak to wszystko prowizorka, lepiej wprowadzić rozwiązania systemowe, które raz na zawsze skończą z naprzykrzaniem się bankom przez wystrychniętych na dudka i wydudkanych na strychu klientów – stąd też antykonsumencka ofensywa ustawodawcza rządu Ewy Kopacz.

Ale nigdy nie jest tak dobrze, by nie mogło być jeszcze lepiej. Oto pani premier Kopacz postanowiła przenieść politykę robienia dobrze wszelakiego rodzaju szulerom, co to pod pozorem kredytu wciskają ludziom długoterminowe zakłady o kurs obcej waluty, na wyższy poziom – europejski. Okazało się, że jeszcze jesienią 2014 roku polski rząd skierował do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu list przestrzegający przed wielomiliardowymi stratami banków, na jakie naraziłoby je orzeczenie unieważniające kredyty frankowe. Czytamy w nim: „Rzeczpospolita Polska sygnalizuje, że stwierdzenie nieważności postanowień walutowych zawartych w umowach kredytów denominowanych a w konsekwencji orzeczenie obowiązku przewalutowania takich kredytów, mogłoby spowodować daleko idące negatywne konsekwencje dla rynku finansowego.
 Przykładowo, w przypadku Polski, przewalutowanie kredytów walutowych według kursu z dnia ich udzielenia mogłoby się wiązać z obniżeniem wyceny większości takich kredytów o około 30%-40% i mogłaby wygenerować po stronie banków straty w wysokości nawet kilkudziesięciu miliardów złotych”. Warto zauważyć, iż list ten został skierowany do ETS w związku z postępowaniem zainicjowanym przez Sąd Najwyższy Węgier, który wnioskował o zakaz stosowania toksycznych produktów walutowych.

Proszę sobie porównać te dwa, skrajnie odmienne stanowiska. Węgry lobbują wszelkimi możliwymi sposobami w interesie własnego społeczeństwa, polskie państwo odwrotnie – stoi twardo po stronie instytucji finansowych, w przytłaczającej większości obcego pochodzenia, sytuując się w kontrze wobec swoich obywateli. Wychodzi więc na to, że premier Kopacz wraz z wicepremierem Piechocińskim stali się lobbystami banksterów, zupełnie jakby ci potrzebowali dodatkowego wsparcia. Mamy rząd nominalnie suwerennego państwa w charakterze listonoszy i chłopców na posyłki finansowego grandziarstwa – i jak tu nie mówić o bantustanie, kolonizacji i temu podobnych? Wszak podobne praktyki charakterystyczne są właśnie dla republik bananowych, których gospodarki są zdominowane (a właściwie - okupowane) przez zagraniczne koncerny.

Zwróćmy uwagę na histeryczny ton cytowanego wyżej listu – straszenie obniżką wycen kredytów oznacza tylko tyle, że banki na tych konkretnych produktach mniej zarobią, a dokładnie – zostaną pozbawione nieuprawnionego, spekulacyjnego zysku na który liczyły i który wyciskały „prawem i lewem” z kredytobiorców. Należy też dodać, że Węgry, gdzie przewalutowano kredyty na forinty jakoś się od tego nie zawaliły, więcej nawet – żaden z zagranicznych banków nie zwinął swej działalności, choć problem „frankowiczów” był tam jeszcze bardziej nabrzmiały niż w Polsce, można się więc domyślać, że kredyty walutowe stanowiły poważną część bankowych portfeli.

Bankowość jest oczywiście ważna dla gospodarczego krwiobiegu – i dlatego właśnie należy dokładać wszelkich starań, by nie wynaturzyła się w złośliwy nowotwór toczący organizm, wysysający zeń wszystkie siły witalne i transferujący wypracowane bogactwo nie wiadomo dokąd. Tymczasem polski rząd zachowuje się jak nałogowy palacz, uzależniony do bankowej nikotyny na tyle nieodwracalnie, że nie przyjmuje do wiadomości zdiagnozowanego właśnie guza z przerzutami.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/polska-na-banksterskiej-smyczy#.VTEW_PBvAmw

Artykuł opublikowany w „Gazecie Finansowej” nr 15 (10-16.04.2015)