Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konflikt polsko-żydowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konflikt polsko-żydowski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 marca 2018

Koniec złudzeń

Nie ma „strategicznych sojuszy” dla słabych i tchórzliwych. Tak więc – koniec złudzeń, panowie. Ocknijcie się, póki jeszcze czas.

Z awantury wokół nowelizacji ustawy o IPN wynikło przynajmniej tyle dobrego, że ostatecznie została obnażona fasadowość naszej dotychczasowej polityki zagranicznej – i to nie tylko ekipy „dobrej zmiany”, lecz generalnie wszystkich rządów III RP. Tyczy się to zarówno kierunku wschodniego (ze szczególnym uwzględnieniem Ukrainy), jak i „atlantyckiego”, no i ma się rozumieć – bliskowschodnio-izraelskiego. Powyższe ma ten pozytyw, że rodzi nadzieję na przetrzeźwienie, wybudzenie z ogłupiającego letargu i wyciągnięcie wniosków. Pytanie, czy nasi rządzący zechcą z tej okazji skorzystać, czy też kurczowo będą się trzymali dogmatu o „bezalternatywności” swoich wyborów strategicznych. Zresztą, spójrzmy.


I. Ukraina

Wydawało się, że spór o pamięć nt. ludobójstwa na Kresach i nieprzejednane stanowisko Ukrainy, domagającej się od nas w najlepszym razie uznania fałszywej symetrii win, a często wręcz negującej historię, spowodowało pewną rewizję stanowiska polskiego rządu odnośnie „strategicznego sojuszu”. Coraz rzadsze były głosy o tym, że skrajny nacjonalizm ogranicza się do kilku nieistotnych acz hałaśliwych ugrupowań, bo gołym okiem widać, że neobanderyzm jest oficjalnie promowany przez władze jako nowy mit założycielski. Przycichli nieco najbardziej hałaśliwi post-giedroyciowcy, ba – tu i ówdzie w prawicowym mainstreamie dała się zauważyć krytyka pod adresem Kijowa – rzecz jeszcze nie tak dawno nie do pomyślenia. Padły słowa, że z Banderą Ukraina nie wejdzie do Europy, pozwoliliśmy sobie na minimum asertywności w kwestiach symbolicznych, jak oficjalne uznanie przez Sejm zbrodni kresowej za ludobójstwo – lecz na tym z grubsza koniec. Zapis o penalizacji „negacjonizmu wołyńskiego” został przepchnięty kolanem przez posłów Kukiz'15 i wywołał na Ukrainie wściekły jazgot, którego ostatnim przejawem była antypolska manifestacja we Lwowie Korpusu Narodowego (politycznej przybudówki pułku „Azow”) i Swobody w rocznicę śmierci Romana Szuchewycza – zbrodniarza unurzanego po szyję we krwi – a pod jego pomnikiem złożyli kwiaty najwyżsi przedstawiciele władz obwodowych.

Tymczasem my, jak gdyby nigdy nic, postanowiliśmy wspomóc Ukrainę „za bezdurno” 60 mln m3 gazu ziemnego, po tym jak swoje dostawy wstrzymał Gazprom. Zresztą, od 2016 r. wysłaliśmy na Ukrainę łącznie 1 mld. m3 surowca. Nie poczekaliśmy, aż zmarzną im tyłki i nabiorą nieco poczucia rzeczywistości, co moglibyśmy wykorzystać do postawienia swoich warunków – po prostu powiedzieliśmy „chcecie gazu? nie ma sprawy!”. Jest to czyste frajerstwo z naszej strony – abstrahując już od tego, czy bankrut będzie nam w stanie zapłacić, popisaliśmy się po raz kolejny tyleż bezinteresownym, co bezsensownym gestem. Co więcej, zrobiliśmy to w momencie, gdy byliśmy panami sytuacji, bo prócz nas nikt nie był w stanie dostarczyć Ukrainie gazu „od ręki” - i nikt prócz nas nawet nie próbował. W ten sposób wsparliśmy głównego sojusznika Niemiec w regionie, licząc... sam nie wiem na co – na wdzięczność? Oczywiście rozumiem, że Ukraina wyłuskana z rosyjskiej strefy wpływów leży w naszym interesie – ale to zależy od determinacji Niemiec i Stanów Zjednoczonych. My możemy co najwyżej od czasu do czasu wykorzystać sprzyjający zbieg okoliczności, by spróbować ugrać na tym „zastępczym konflikcie” jaki toczy się ponad naszymi głowami coś dla siebie – i właśnie koncertowo zmarnowaliśmy okazję.


II. Izrael i Żydzi

Kolejna rzecz, to szansa na opamiętanie bezkrytycznych zwolenników „dialogu” polsko-żydowskiego, odbywającego się wedle schematu „Żydzi mówią, my słuchamy” - i przepraszamy za „marzec '68”, za Kielce, za Jedwabne... i ogólnie, za „polski antysemityzm”. Wydawało się, że wobec erupcji antypolskiego szamba w Izraelu i żydowskiej diasporze, tudzież pogróżek o „zerwaniu stosunków”, możemy tylko powiedzieć: „ależ zrywajcie te stosunki jak najprędzej i idźcie w cholerę – i zapomnijcie o naszych pieniądzach”. Lecz nie - do Izraela udał się z przebłagalną wizytą (i bez żadnych efektów) powołany w błyskawicznym trybie „zespół ds. dialogu historyczno-prawnego”. Tym samym uznaliśmy prawo Izraela do mieszania się w nasze ustawodawstwo i wolę nie myśleć, jakie może przynieść to konsekwencje. I znów, jak w przypadku Ukrainy – przekonaliśmy się na własnej skórze, jaką zakłamaną fikcją były dotychczasowe „specjalne stosunki” z Tel Awiwem, opierające się na uznaniu przez Polskę swojej „winy” i „współodpowiedzialności” za holokaust, czego konsekwencją miały być odszkodowania, doraźnie zaś – futrowanie działających w Polsce żydowskich organizacji, w zamian za co raz do roku prezydent był zaszczycany możliwością podejmowania w swej siedzibie rabinów i pajacowania w jarmułce przy chanukowych świeczkach. Trochę drogo nas wyniosła ta przyjemność.

Oczywiście, w momencie, gdy ośmieliliśmy się upomnieć o elementarną historyczną prawdę, okazało się natychmiast, że nie mamy do niej prawa. Ofiara „nazizmu” może być tylko jedna, a nam przewidziano zupełnie inną rolę – dziś widzimy, jaką. Swoją drogą, powołanie wspomnianego „zespołu ds. dialogu... itd.” dowodzi, że polskie państwo potrafi działać szybko – szkoda, że podobnej szybkości i determinacji nie przejawia, gdy idzie o obronę naszego dobrego imienia na forum międzynarodowym. Przypomnę tu, że 6 czerwca 2016 r. wicepremier Gliński zawarł z potężną międzynarodową korporacją prawniczą „Dentons” Deklarację o współpracy na rzecz przeciwdziałania publicznemu używaniu określenia »polskie obozy koncentracyjne«. Na mocy porozumienia, globalna firma prawnicza Dentons na zasadzie pro bono będzie wspierać działania zmierzające do przeciwdziałania używaniu określenia »polskie obozy koncentracyjne«” [cyt. za oficjalnym komunikatem]. Gdzie są efekty – pozwy cywilne i żądania odszkodowań od wydawców szkalujących Polskę publikacji? Bo z notami protestacyjnymi naszych ambasad... możemy się domyślać, co robią. Niechby nawet „Dentons” nie reprezentował nas „pro bono”, tylko normalnie, za pieniądze – skoro stać nas na ćwierć miliarda dla Polskiej Fundacji Narodowej za markowanie działalności, to tym bardziej powinno być nas stać na prawników.


III. USA

No i wreszcie ostatnia, ale kluczowa sprawa – nasze relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Okazało się ostatecznie, że USA mając do wyboru Polskę i Izrael, zawsze staną po stronie Izraela – tyleż za sprawą wpływów żydowskiego lobby, co z powodu potężnego ruchu „chrześcijańskich syjonistów”, czyli radykalnych, proizraelskich wspólnot protestanckich będących żelazną, kilkudziesięciomilionową, bazą wyborczą Republikanów (szerzej piszę o tym w najbliższym numerze „Polski Niepodległej”, polecam). W każdym razie, kolejne kroki, począwszy od „ustawy 447”, a skończywszy na groźbach i naciskach ws. przepisów o IPN pokazują jasno, że Waszyngton traktuje nas nie jak „strategicznego partnera” w regionie, lecz jak klienta – i to z tych mniej ważnych. Jesteśmy dla USA, z grubsza, zapleczem ukraińskiego frontu, dostarczycielem posiłkowych kontyngentów na różne „misje” z których nic nie mamy i skarbonką dla zaspokojenia roszczeń organizacji „holocaust industry”. W momencie gdy piszę te słowa nie wiadomo jeszcze jak się skończy awantura wokół nieformalnego „embarga” na wizyty w Białym Domu polskiego prezydenta i premiera, ale trzeba sobie jasno powiedzieć – w ten sposób nie traktuje się sojusznika. Może warto naszym przyjaciołom zza Atlantyku zasugerować, że wcale nie musimy kupować od nich gazu, bo LNG dla Świnoujścia sprzedawać nam mogą też inni? Może nie musimy przepłacać za sprzęt wojskowy akurat ze Stanów i Izraela? I może nie musimy futrować JP Morgan 20 mln zł. „pomocy publicznej” na „tworzenie miejsc pracy”? Może powinniśmy spróbować różnych inwestycji z Chinami – i generalnie, zacząć dywersyfikować naszą tak rozpaczliwie jednostronną politykę, sprowadzającą się do wymiany kolejnych „patronów”?

Nie ma „strategicznych sojuszy” dla słabych i tchórzliwych. Tak więc – koniec złudzeń, panowie. Ocknijcie się, póki jeszcze czas.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polska – USA: zaufanie traci się tylko raz

Moratorium, czyli „uspokajactwo” stosowane

Hucpa – reaktywacja

Ćwierć miliarda za nic

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 10 (09-15.03.2018)

niedziela, 25 lutego 2018

Hucpa - reaktywacja

Motto: „Z ogromną większością Żydów trudno o stosunkach między naszymi narodami dyskutować, bo najwyraźniej są przekonani, że Wielka Zagłada wyłączyła ich raz na zawsze spod wszelkiej krytyki” - prof. Bogusław Wolniewicz


I. Awantura o kwiaty

Już się wydawało, że „shitstorm” rozpętany na tle nowelizacji ustawy o IPN przygasa i będzie się można zająć spokojniejszą tematyką – a tu nic z tego. Wszystko za sprawą wizyty Mateusza Morawieckiego w Niemczech. Premier wziął wprawdzie udział w Konferencji Bezpieczeństwa z udziałem prominentnych przedstawicieli krajów UE i NATO, ale któż by się przejmował tak drugorzędnymi sprawami. Z pewnością nie portal „Agory” dla którego głównym newsem było złożenie kwiatów w Monachium na grobach żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej NSZ. Z miejsca przypomniano rzekomą kolaborację Brygady Świętokrzyskiej z Niemcami i zwalczanie komunistycznej partyzantki.

Przypomnijmy więc dla porządku, że owa „komunistyczna partyzantka” to byli w przytłaczającej większości kolaboranci Moskwy, którzy nie walczyli bynajmniej o wolną Polskę, lecz o narzucenie jej komunizmu w jego najbardziej zbrodniczej, stalinowskiej postaci. Rekrutowała się w znacznej mierze z przestępczego marginesu – były to po prostu zbrojne bandy rabunkowe, które zwerbowała pod swe czerwone sztandary sowiecka agentura w zamian za obietnicę bezkarności. Prócz gwałtów na cywilnej ludności (np. mord w Drzewicy popełniony przez bandę Izraela Ajzenmana), komunistyczna partyzantka zajmowała się zwalczaniem niepodległościowego podziemia, nie cofając się przed donosami do Gestapo. W obliczu nadciągającej Armii Czerwonej i nieuchronnej sowietyzacji kraju, Brygada Świętokrzyska miała jedyne rozsądne wyjście – dogadać się z Niemcami, zawrzeć taktyczny rozejm i przedostać się na Zachód, co też z powodzeniem uczyniła, wyzwalając po drodze obóz koncentracyjny w Holiszowie i kilkaset żydowskich kobiet. Niemcy wprawdzie wiązali z BŚ swoje nadzieje – chcieli wykorzystać tę formację w charakterze dywersantów na froncie wschodnim, lecz z planów tych nic nie wyszło, bo dowódcy NSZ doskonale zdawali sobie sprawę, gdzie przebiega granica zdrady i nigdy jej nie przekroczyli. Ale cóż, zawsze powtarzałem, że dzisiejsi duchowi (a czasem i „genetyczni”) spadkobiercy KPP zwyczajnie nie mogą darować Brygadzie, że udało jej się umknąć z rąk różnych Stefanów Michników - i dziś tę opinię podtrzymuję.


II. Antypolska hucpa

Lecz ujadanie wokół kwiatów na grobach żołnierzy NSZ było tylko przystawką przed daniem głównym – mianowicie, premier Morawiecki w odpowiedzi na pytanie żydowskiego dziennikarza „New York Timesa” o nowelizację ustawy o IPN odpowiedział, że oczywiście nie będzie karane mówienie prawdy o polskich sprawcach, którzy wydawali bądź mordowali Żydów – podobnie jak o sprawcach żydowskich, rosyjskich i ukraińskich. No i rozpętała się kolejna odsłona aż za dobrze nam znanej hucpy. Premier „Bibi” Netanjahu zapowiedział, że sobie z Morawieckim „porozmawia”, media po raz kolejny dostały histerii na tle rzekomego „negowania holokaustu”, Światowy Kongres Żydów zażądał przeprosin, a izraelscy politycy na wyścigi zaczęli się domagać obniżenia rangi relacji dyplomatycznych z Polską, bądź wręcz zerwania stosunków. Przekornie powiem, że to ostatnie zresztą nie byłoby takie złe – przynajmniej Izrael i środowiska żydowskie straciłyby istotny instytucjonalny kanał do wywierania na Polskę presji co do kształtu naszego ustawodawstwa.

Stronie żydowskiej poszło oczywiście o wymienionych przez Morawieckiego „żydowskich sprawców”, których istnienie wszak nie jest tajemnicą co najmniej od czasów „Eichmanna w Jerozolimie” Hannah Arendt (ot, weźmy taki fragment: „Zarówno w Amsterdamie, jak w Warszawie, w Berlinie tak samo jak w Budapeszcie można było mieć pewność, że funkcjonariusze żydowscy sporządzą wykazy imienne wraz z informacjami o majątku, zagwarantują uzyskanie od deportowanych pieniędzy na pokrycie kosztów ich deportacji i eksterminacji, będą aktualizować rejestr opróżnionych mieszkań, zapewnią pomoc własnej policji w chwytaniu i ładowaniu Żydów do pociągów, na koniec zaś - w ostatnim geście dobrej woli - przekażą nietknięte aktywa gminy żydowskiej do ostatecznej konfiskaty”). Czyżby gardłujący dziś Żydzi nie słyszeli o Chaimie Rumkowskim, „dyktatorze” łódzkiego getta i jego zbrodniczych rządach? A może należy ocenzurować książkę Arendt, bo ośmieliła się napisać zbyt wiele? Najwyraźniej, jak to ujął w TVP Info rabin Szalom Ben Stambler dociskany o żydowskich kolaborantów, „to nie przechodzi do żadnej rubryki”.

Do powyższej sytuacji jak rzadko pasuje opis święta Purim przytaczany przez dr Ewę Kurek – otóż podczas tego święta obchodzonego na pamiątkę zgładzenia perskiego dostojnika Hamana, rabin wpierw odczytuje głośno wszystkie wyrządzone Żydom przez Hamana krzywdy, by następnie szeptem opowiedzieć o żydowskim odwecie w wyniku którego wg przekazu biblijnego śmierć poniosło 75 tys. Persów. Przekaz jest jasny: o żydowskich krzywdach należy krzyczeć aż pod niebo, lecz o żydowskich zbrodniach – cicho sza. A już w ogóle nie do pomyślenia jest, by mówili o tym jacyś goje - natomiast Żydzi mogą wprawdzie poruszać „trudne” tematy, lecz jedynie we własnym gronie i najlepiej szeptem. Jak widać, ta zasada wciąż obowiązuje, szczególnie w kontekście holokaustu i roli jaką odegrali w nim żydowscy kolaboranci. Nie bez przyczyny tacy autorzy jak wspomniana Hannah Arendt, nie mówiąc już o Normanie Finkelsteinie, są w społeczności żydowskiej poczytywani za odszczepieńców.


III. Jak wojna, to wojna

Zupełnie inaczej jest u nas – tutaj do niedawna im ktoś głośniej krzyczał o polskiej „współodpowiedzialności” za holokaust, tym większego rozgłosu i splendorów mógł się spodziewać, czego ponurym świadectwem stała się kariera Jana Tomasza Grossa. Również i dziś na wieść o słowach premiera Morawieckiego wiodące media obozu III RP ukształtowane w duchu „pedagogiki wstydu” dostały galopującej biegunki. Biadoleniom o utracie przez Polskę międzynarodowej reputacji nie ma końca. Wychodzi na to, że polskiej reputacji wielce szkodzi odkłamywanie historii i mówienie prawdy, a z drugiej strony - nic tak nie umacnia naszego prestiżu, jak przyznawanie się do niepopełnionych zbrodni. I pomyśleć, że kolejne ekipy rządzące kierowały się tą chorą logiką przez niemal trzydzieści lat... Warto tu przypomnieć o takich „sukcesach” naszej dyplomacji, jak organizowanie w ambasadach pokazów „Idy” i „Pokłosia”. Przy jednej z tego typu okazji – prezentacji „Pokłosia” podczas waszyngtońskiego Festiwalu Filmów Żydowskich w 2014 r. – ówczesny ambasador w USA Ryszard Schnepf raczył się wyjęzyczyć: „Pokłosie to film, który pokazuje jak w uczciwy sposób powinniśmy się zmierzyć z trudnymi i nie zawsze chwalebnymi momentami przeszłości naszego kraju”. To dopiero było podniesienie naszej międzynarodowej renomy! Nic dziwnego, że świat przyzwyczajony do polskiego samobiczowania uznał, że można z nami zrobić wszystko – a teraz przeżywa szok poznawczy.

No, ale skoro ten szok już nastąpił, to można go pogłębić wyprowadzając kolejne ciosy obezwładniające przeciwnika na arenie propagandowej. Nie łudźmy się, nie pomoże nam żadne konsultowanie ustaw ze stroną żydowską i uwzględnianie jej postulatów – co ów pokaz naszej wrażliwości przyniósł, właśnie widzimy. Podobnie rzecz się ma z powołaniem operetkowego zespołu ds. „dialogu prawno-historycznego” - sami stwarzamy w ten sposób okazję do wywierania na nas nacisków. Trzeba pójść drogą bezwzględnego punktowania strony przeciwnej. O konieczności wznowienia ekshumacji w Jedwabnem i przyszpileniu urojeń Grossa, już tu niedawno pisałem. Kolejnym krokiem powinno być upublicznienie na forum międzynarodowym udziału Żydów (często kierowniczego) w komunistycznym aparacie represji wraz z informacją o bestialstwach, jakich dopuszczali się na polskich patriotach i ochronie, jaką część z nich znalazła w Izraelu. Jeśli Żydzi chcą z nami wojny, to powinni ją dostać.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 08 (23.02-01-03.2018)