Nie
oszukujmy się, pojedynki z Rosją (bądź z ZSRR) zawsze były czymś o
wiele więcej niż tylko wydarzeniami sportowymi – niezależnie od
dyscypliny.
I. Lewandowski superstar
A
więc mamy to! Po miesiącach zmagań, emocji, wzlotów (ale też i
upadków) wyszarpaliśmy w ostatnim meczu eliminacji bezpośredni awans
na rosyjski mundial w 2018 r.
„Wyszarpaliśmy” to właściwe określenie, bo za sprawą
nieoczekiwanego pogromu w Danii (porażka 4-0) i przestoju w meczu z
Czarnogórą, kiedy rywale niespodziewanie w ciągu kilku minut
wyrównali na 2-2, niemal do końca nie byliśmy pewni utrzymania
pierwszego miejsca w grupie. Wprawdzie remis nas zadowalał, ale
wystarczyło, by Czarnogóra poszła za ciosem i strzeliła trzecią
bramkę... Na szczęście mamy Roberta Lewandowskiego – absolutny
piłkarski fenomen, który w tych eliminacjach niejednokrotnie ratował
naszą drużynę z opresji (chociażby w meczu z Armenią w Warszawie, gdy
strzelił zwycięskiego gola w ostatniej akcji spotkania, a zespół grał
jak na ciężkim kacu – co zresztą może nie odbiegać daleko od
prawdy). Tak było również i tym razem – kapitan reprezentacji w
85 minucie przechwycił zbyt słabe podanie Mijuskovicia do własnego
bramkarza i było 3:2. Dwie minuty później Czarnogórcy podarowali nam
jeszcze samobójcze trafienie Stojkovicia i mogliśmy świętować nie
oglądając się na wynik równoległego meczu Dania-Rumunia. Nasz bilans
– 25 punktów, 8 zwycięstw, jeden remis (2-2 z Kazachstanem w
pierwszym meczu), jedna porażka (bolesne 4-0 z Danią), 28 strzelonych
bramek, 14 straconych. I co również ważne – 6 miejsce w
rankingu FIFA, dzięki któremu zostaniemy rozstawieni w losowaniu grup
mundialu.
Z
tych 28 goli w 10 meczach aż 16 zawdzięczamy Robertowi
Lewandowskiemu, który został królem strzelców eliminacji,
wyprzedzając Cristiano Ronaldo, a w międzyczasie z 51 trafieniami
stał się najskuteczniejszym strzelcem w historii reprezentacji,
detronizując Włodzimierza Lubańskiego (48 bramek).
Już samo to pokazuje, na ile nasza kadra jest zależna od jego
dyspozycji – a jeśli doliczyć boiskową odpowiedzialność, branie
gry na siebie gdy drużynie nie idzie, cofanie się do rozegrania,
stałe fragmenty itp., to otrzymamy prawdziwego superlidera światowego
formatu. Inni piłkarze, niczego nie ujmując, miewają wahania formy,
to błysną, to znów przyjdzie słabszy okres – on praktycznie
nigdy nie schodzi poniżej pewnego, wysokiego poziomu. Dlatego nie
dziwią ostre słowa po meczu z Czarnogórą, gdy mówił, że nie może być
tak, że nagle przysypiamy i pozwalamy wyrównać rywalowi grającemu na
dodatek w osłabionym składzie. On do krytyki postawy zespołu ma
akurat prawo jak mało kto.
No właśnie – o ile przed przyszłorocznymi Mistrzostwami Świata
cieszy łatwość zdobywania bramek, o tyle zarazem martwi równa łatwość
w ich traceniu – 14 goli w plecy to na poziomie do jakiego
aspirujemy stanowczo za dużo. Gdzieś posypała się żelazna obrona z
czasów Euro 2016 we Francji. Pozostaje mieć nadzieję, że
perfekcjonista, jakim jest selekcjoner Adam Nawałka, znów poskłada
naszą defensywę – zarówno taktycznie, jak i mentalnie, bo
wpadki, które uchodziły nam bez większych konsekwencji w
eliminacjach, na mistrzostwach świata, przy silniejszych rywalach,
płazem już nie ujdą.
II. Spotkanie z historią
Ale
póki co, mamy się z czego cieszyć – reprezentacja gdy jest w
gazie potrafi wygrać z każdym, wracamy na mistrzostwa po
dwunastoletniej przerwie i wiele pozwala sądzić, że zaprezentujemy
się w Rosji nie gorzej niż we Francji, gdy dotarliśmy do ćwierćfinału
i tylko karne odebrały nam półfinał. Tu
trzeba dodać, że właśnie ów rosyjski kontekst jest szczególny,
naznaczony w pamięci polskiego kibica wieloma wspomnieniami.
Tym razem wprawdzie los nam oszczędzi konfrontacji z reprezentacją
gospodarzy w fazie grupowej (Rosja podobnie jak my, będzie
rozstawiona), ale jeżeli przejdziemy do następnego etapu, to możemy
trafić na Sborną – a wtedy odżyją echa dawnych zmagań oraz
niekoniecznie sportowych podtekstów, jakie im towarzyszyły.
Nie
oszukujmy się, pojedynki z Rosją (bądź z ZSRR) zawsze były czymś o
wiele więcej niż tylko wydarzeniami sportowymi – niezależnie od
dyscypliny. Po dziś dzień
pamiętamy mecz eliminacji Mistrzostw Świata z 1957 r. na Stadionie
Śląskim w Chorzowie. Reprezentanci ZSRR z legendarnym Lwem Jaszynem w
bramce przyjechali jak po swoje – czemu dawali wyraz choćby
brutalnością gry, kosząc równo z trawą. Dlatego tym więcej warte są
dwie bramki strzelone przez Gerarda Cieślika (nasz ówczesny
Lewandowski) przy ogłuszającym dopingu 100-tysięcznej publiczności.
Wygraliśmy 2:1 – i
dla całej Polski było to jak narodowa terapia, możliwość
symbolicznego odegrania się za sowietyzację, upokorzenia, represje.
Piłkarze po tym meczu stali się bohaterami narodowymi.
Cztery lata wcześniej, w 1953 r., podczas rozgrywanych w Warszawie
mistrzostw Europy w boksie, mieliśmy okazję sprać Ruskich całkiem
dosłownie – nasi
pięściarze dowodzeni przez Feliksa „papę” Stamma zdobyli
trofeum, bijąc po drodze m.in. właśnie sowiecką reprezentację.
Kibice w Hali Mirowskiej nieśli później Stamma na rękach. W tym
miejscu koniecznie trzeba wspomnieć o Stanisławie Królaku, zwycięzcy
kolarskiego Wyścigu Pokoju w 1956 r., który wedle legendy... lał na
trasie rozpychających się radzieckich kolarzy pompką do roweru. Z
kolei w 1972 r. w Augsburgu reprezentacja ZSRR stanęła naszym
piłkarzom na drodze do olimpijskiego finału w Monachium –
skończyło się naszym zwycięstwem 2:1, później w finale ograliśmy
Węgrów i tak narodziła się epoka „Orłów” Górskiego.
W 1976 r. w katowickim spodku podczas hokejowych Mistrzostw Świata
odbył się mecz-legenda – dopingowani przez rozgrzaną do
czerwoności publiczność nasi hokeiści zwyciężyli 6-4. Zważywszy, że w
tej dyscyplinie nigdy nie byliśmy potęgą, triumf musiał być wynikiem
nie tylko czysto sportowej mobilizacji. Tenże 1976 rok to również
pamiętny siatkarski finał olimpijski w Montrealu i zwycięstwo 3-2 nad
faworyzowanymi Rosjanami. Wracając do piłki nożnej – nie sposób
nie wspomnieć o „zwycięskim remisie” 0-0 na Camp Nou
podczas hiszpańskiego mundialu w 1982 r. - w
Polsce stan wojenny, na trybunach wielka flaga „Solidarności”
(wycinana przez cenzurę w transmisji), a na boisku Włodzimierz
Smolarek drybluje w narożniku, ośmieszając radzieckich piłkarzy...
Zważywszy
na miejsce przyszłorocznych Mistrzostw Świata, na deser zostawiam
wyczyn Władysława Kozakiewicza podczas igrzysk olimpijskich w Moskwie
(1980 r.), zbojkotowanych przez 65 państw w proteście przeciw
sowieckiej inwazji na Afganistan. Rosjanie zasłynęli na tej imprezie
nieczystymi chwytami, chociażby w konkursie rzutu oszczepem, kiedy to
otwierali bramy stadionu na Łużnikach, gdy rzucać miał ich
reprezentant, aby wytworzyć korzystny ciąg powietrza. Kozakiewicz w
skoku o tyczce rywalizował wówczas z Konstantinem Wołkowem, a
rosyjska publiczność gwizdami i okrzykami robiła wszystko, by naszego
reprezentanta wytrącić z równowagi. Na nic – Kozakiewicz zdobył
złoto ustanawiając rekord świata na wysokości 5,78 m. Mówił później:
„byłem tak wkurzony, że skoczyłbym może i sześć metrów”.
Kozakiewicz „podziękował”
później rosyjskim kibicom słynnym gestem, dzięki któremu przeszedł do
historii, a w Polsce przeżywającej wówczas karnawał „Solidarności”
zapanowała euforia – bynajmniej nie tylko z powodu medalu.
Dodajmy, że radziecki ambasador w Polsce domagał się odebrania złota
Kozakiewiczowi – na szczęście bezskutecznie.
III. Wymiary sportu
Do
czego zmierzam tym sięgnięciem do sportowej i około-sportowej
historii? Chodzi o to, że
sport, nawet w dzisiejszych do cna skomercjalizowanych czasach,
znacznie wykracza poza wymiar czysto rozrywkowy. To również polityka,
sposób na promocję i podkreślenie znaczenia danego państwa, wreszcie
– nośnik patriotyzmu.
Gdy nie mieliśmy innych możliwości, wyrażaliśmy swoje nastawienie np.
do sowieckiej dominacji właśnie przez kibicowanie, a zwycięstwo nad
„ruskimi” zawsze miało walor szczególny. W
ostatnich latach natomiast to właśnie ze stadionowych trybun wyszedł
impuls dla odrodzenia się patriotyzmu i demonstrowania uczuć
narodowych w przestrzeni publicznej.
Oprawy stadionowe - z Żołnierzami Wyklętymi, oddające cześć naszym
bohaterom czy będące odpowiedzią na wrogą nam politykę historyczną
(ostatnio słynny banner kibiców Legii przypominający niemieckie
zbrodnie podczas Powstania Warszawskiego) – to wszystko miało
swój udział w renesansie współczesnego polskiego patriotyzmu. Warto
też nadmienić, że kibice zawsze stanowią istotną część uczestników
Marszu Niepodległości, a race na stałe weszły do repertuaru
patriotycznych demonstracji. Nie
licząc świąt narodowych, to wydarzenia sportowe sprawiają, że sięgamy
po narodowe barwy i symbolikę, a zwycięstwa na różnych arenach służą
cementowaniu poczucia wspólnoty i dumy.
Z
drugiej strony, dla reżimu Putina sport i organizowanie wielkich
imprez jak piłkarskie Mistrzostwa Świata czy niedawna olimpiada w
Soczi, jest sposobem na podkreślenie imperialnego statusu – i
to wszelkimi metodami, że przypomnę wielką aferę dopingową, która
poskutkowała wykluczeniem rosyjskich sportowców z szeregu dyscyplin.
Podczas igrzysk w Soczi specjalnie przeszkoleni funkcjonariusze FSB
podmieniali próbki rosyjskich sportowców (opracowali nawet metodę
otwierania bez pozostawiania śladów zaplombowanych probówek).
Wszystko po to, by zademonstrować przed światem potęgę rosyjskiego
sportu – a więc i Rosji. Na
przyszłorocznej imprezie można się więc spodziewać wszystkiego, bo
dla Putina jest to kwestia prestiżowa – a że gra rosyjskiej
reprezentacji, delikatnie mówiąc, ostatnio nie zachwyca, to i
powiedzenie, że „gospodarzom pomagają ściany” może zyskać
dodatkowy wymiar.
Powyższe
nabierze znaczenia, jeżeli impreza ułoży się tak, że dojdzie do
polsko-rosyjskiego spotkania, tym bardziej, że Rosjanie mają swój
„polski kompleks” - inaczej nie zrobiliby swoim świętem
narodowym rocznicy wypędzenia polskiej załogi z Kremla.
Dali temu wyraz rosyjscy kibice już podczas Euro 2012 prezentując na
meczu z Polską „sektorówkę” z ruskim wojem podpisaną
„This is Russia”, czy bijąc obsługę stadionu we
Wrocławiu. Podczas Euro we Francji również pokazali co potrafią,
wszczynając liczne burdy. Można sobie wyobrazić, co zademonstrują na
własnym podwórku, przy cichym przyzwoleniu władz – dość
powiedzieć, że wiceprzewodniczący Dumy Igor Lebiediew proponuje, by
kibicowskie ustawki stały się „dyscypliną sportową”,
wspomniane zamieszki we Francji skwitował tweetem „Nasze
chłopaki to zuchy. Tak trzymać!”, a sami kibole zapowiedzieli
do kamer BBC, że na MŚ przygotują „festiwal przemocy”.
Biorąc
pod uwagę zarysowany tu kontekst, jeśli Polska dotrze do strefy
medalowej (przyznajmy się, każdy z nas na to po cichu liczy), wówczas
ewentualne zwycięstwo nad gospodarzami osiągnięte wbrew wszelkim
przeciwnościom, miałoby niezapomniany smak – zwłaszcza
wywalczone na Łużnikach. Jednego możemy być pewni – będzie się
działo!
Gadający
Grzyb
Notek
w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Artykuł
opublikowany w tygodniku „Polska
Niepodległa” nr 40 (18-31.10.2017)