Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piłka nożna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piłka nożna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 lipca 2018

Koniec pewnej epoki

Zamiast szczytowego momentu staliśmy się świadkami bolesnego zmierzchu epoki kadry Adama Nawałki – zaś apogeum jej możliwości obserwowaliśmy podczas Euro 2016.

I. Zawód

Nie, nie będę naszych piłkarzy wyzywał od „patałachów”, nie napiszę, że Adam Nawałka to trenerskie zero, nie dam też upustu tanim złośliwościom. Słowem, nie będę wylewał tu jadowitego hejtu od którego po porażkach z Senegalem i Kolumbią grzeją się fora internetowe (i część redakcji, często tych samych, które jeszcze przed chwilą „pompowały balonik”). Wystarczy mi świadomość, że swoją satysfakcję ma teraz Krystyna Janda życząca naszym przed mundialem wszystkiego najgorszego, bo wg niej polskich kibiców przy „byle sukcesie” trafia „irracjonalny obłęd” i „mania wielkości”, w związku z czym „gdybyśmy zwyciężyli, to nie dałoby się wytrzymać już dalej w tej euforii zwycięstwa”. Wtórował jej Jerzy Gorzelik z RAŚ, zastrzegając się, że będzie kibicował Niemcom, gdyż „w Polsce wyniki są okazją do erupcji prostego patriotyzmu”. Jak rozumiem, w innych krajach po wygranej następuje erupcja patriotyzmu wysublimowanego. Chwilę radości mają również fanatyczni „kodomici”, wyrażający przed mistrzostwami świata obawy, że ewentualny sukces Polaków podniesie słupki PiS-owi – zupełnie jakby po boisku biegali Morawiecki z Błaszczakiem i Kuchcińskim, a z ławki dyrygował nimi Kaczyński. Wszyscy oni jasno dali do zrozumienia, że reprezentacja „pisowskiej” Polski nie jest ich reprezentacją, nie utożsamiają się z nią i nie życzą sobie jej sukcesów. Ojkofobiczna paranoja. Nie należę również do tzw. „kibiców samochodowych” obwieszających swe pojazdy chorągiewkami tylko po to, by po pierwszej porażce wstydliwie je zdejmować i odreagowywać upokorzenie internetowymi bluzgami.

Nie zmienia to jednak faktu, że było źle i przyśpiewka „Polacy, nic się nie stało” byłaby dziś w kontekście poziomu zaprezentowanego przez naszą kadrę wyjątkowo nie na miejscu. „Nic się nie stało” można zaśpiewać na pocieszenie po wyrównanych meczach z mocnymi rywalami, gdy losy zwycięstwa ważyły się do ostatniej chwili. W Rosji ewidentnie tak nie było i niezależnie od konfrontacji z Japonią (tekst piszę jeszcze przed ostatnim meczem) pozostaje kibicowski kac i niesmak jak po mundialach w Korei i Japonii (2002 r.) oraz w Niemczech (2006 r.). Awansu z grupy nie ma i zważywszy na jakość gry – nie miało prawa być.

Piszę to w smutku tym głębszym, że jeszcze w październiku ubiegłego roku po wygranych eliminacjach pozwoliłem sobie zamieścić w siostrzanej „Polsce Niepodległej” optymistyczny tekst pt. „Ruszamy na Moskwę!” - choć już w nim zaznaczałem, że ilość traconych przez nas bramek jest niepokojąca (przypomnę, mieliśmy bilans 28-14) i takie dziury w obronie podczas mundialu są niedopuszczalne. Wtedy jednak były wszelkie dane po temu, by sądzić, że jest wystarczająco dużo czasu na poukładanie tyłów – a do tego z przodu mieliśmy łatwość zdobywania goli jak rzadko wcześniej i króla strzelców eliminacji Roberta Lewandowskiego, który w międzyczasie stał się najskuteczniejszym zawodnikiem w historii reprezentacji, detronizując piłkarza-legendę - Włodzimierza Lubańskiego. Do tego pielęgnowaliśmy w świeżej pamięci udane francuskie Mistrzostwa Europy w 2016, gdzie tylko jeden karny dzielił nas od półfinału, a z takimi ekipami jak Niemcy czy Portugalia graliśmy jak równy z równym. Wydawało się, że z taką ekipą wyjście z grupy na rosyjskim mundialu to absolutne minimum – a później, kto wie?


II. Zmierzch epoki Nawałki

Co się zatem stało, że spotkała nas tak spektakularna katastrofa, a polska drużyna okazała się jedną z najsłabszych na mistrzostwach obok Arabii Saudyjskiej i Panamy? Mówiąc najprościej, zamiast szczytowego momentu staliśmy się świadkami bolesnego zmierzchu epoki kadry Adama Nawałki – zaś apogeum jej możliwości obserwowaliśmy dwa lata wcześniej, podczas wspomnianego Euro 2016. Nawałka objął reprezentację 1 listopada 2013 – ponad cztery i pół roku temu. W piłce nożnej to szmat czasu i kiedyś musiał przyjść moment, gdy stworzona przez niego maszyna zwyczajnie przestanie działać – stało się to akurat teraz, choć trzeba przyznać, że i tak znacznie później, niż w przypadku Jerzego Engela czy Pawła Janasa, którym wszystko się rozsypywało zaraz po wygranych eliminacjach. Nawet Leo Beenhakkera trzymano po nieudanym Euro 2008 nieco „na siłę”.

W przypadku Nawałki nic nie wskazywało na utratę kontroli – albo nie chcieliśmy pewnych rzeczy widzieć. Tymczasem, patrząc obiektywnie, nasza drużyna przystępowała do mistrzostw mocno osłabiona. Trzon zespołu stanowili piłkarze dość wiekowi (30+), którzy otwarcie mówili, że to jest ich ostatnia wielka impreza. Na powyższe nałożyły się komplikacje klubowe i zdrowotne. Wojciech Szczęsny w Juventusie był w tym sezonie tylko zmiennikiem Buffona; Łukasz Piszczek od dawna ma problemy z biodrami, podobnie Jakub Błaszczykowski, który od kilku miesięcy niemal nie grał z powodu kontuzji pleców; Grzegorz Krychowiak ma za sobą stracony sezon w West Bromwich Albion; Kamil Grosicki „kopał się w głowę” w II lidze angielskiej; Arkadiusz Milik dopiero dochodzi do siebie po dwóch kolejnych zerwaniach więzadeł krzyżowych; Piotr Zieliński jest wciąż jedynie rezerwowym w Napoli; nawet Robert Lewandowski ma obniżkę formy i nie sądzę, by w jej odzyskaniu pomagała niekończąca się epopeja z jego transferem do Realu Madryt i spory z władzami Bayernu Monachium. Do tego doszła pechowa kontuzja Kamila Glika – i drużyna praktycznie przestała istnieć. Natomiast „młode wilki” pokroju Kownackiego, Bednarka czy Góralskiego mają za mało reprezentacyjnego ogrania, by wziąć na siebie odpowiedzialność – zwłaszcza na tym poziomie. Jedynie Michał Pazdan zaprezentował się lepiej niż w macierzystej Legii Warszawa.

Można się było łudzić, że Adam Nawałka mimo wszystko poskleja zespół w okresie przygotowawczym – ale nawet on nie jest cudotwórcą. W efekcie zobaczyliśmy drużynę bliższą tej, która przegrała 0:4 z Danią, niż tą która „przejechała się” w eliminacjach 3:0 po Rumunii. Kłopoty kadrowe odzwierciedlała taktyka boiskowa – albo brak takowej. Okazało się, że jesteśmy bardzo łatwi do rozczytania przez rywali. Niezależnie od początkowego ustawienia – czy byłoby to 4-4-2, czy 3-4-3, czy jeszcze inne cuda, wszystko i tak kończyło się na Lewandowskim. Wystarczyło go pozbawić piłkarskiego „tlenu” - odciąć od piłek, od podań, podwojonym i potrojonym kryciem – i zaczynało się z naszej strony walenie głową w mur, a wraz z nim pogłębiająca się frustracja i bezradność. Rywalom trzeba było tylko najprostszymi metodami dostać się pod nasze pole karne – a tam już skokowo rosło prawdopodobieństwo, że ktoś kogoś nie pokryje, nie doskoczy na czas do rywala, złamie linię spalonego... i nieszczęście gotowe. A potem już tylko chaos i rozpaczliwa szarpanina. Robert Lewandowski wciąż jest jedną z czołowych „dziewiątek” - ale żeby wykorzystać swe atuty musi mieć minimum przestrzeni – tę zaś powinni mu robić koledzy wchodzący w pole karne i absorbujący obrońców rywali. Tego nie było. Na domiar złego, coś zaszwankowało w komunikacji z trenerem. Jeżeli Maciej Rybus wyznał, że trenowali dwa różne warianty taktyczne i w końcu tak się zafiksowali, że nie wiedzieli co grać – to czegoś tu nie rozumiem.

Skutek powyższego był taki, że zespół zagrał grubo poniżej swoich możliwości. Nie powiem, że normalnie wygralibyśmy ze świetnie dysponowaną Kolumbią – ale Senegal i Japonia to naprawdę drużyny w zasięgu i faza grupowa powinna była zakończyć się sześcioma punktami i pewnym awansem.


III. Coś się kończy, coś się zaczyna

Mimo wszystko uważam, że należy Adamowi Nawałce podziękować. Po mistrzostwach zapewne kadrę przejmie ktoś inny, lecz warto pamiętać, że to on podniósł tę drużynę po kompletnie nieudanej kadencji Waldemara Fornalika (a wcześniej Smudy) i awansował na dwie największe imprezy piłkarskie, z czego we Francji była i gra, i dobry wynik. Nastąpi również nieuchronna wymiana pokoleniowa (część starszych piłkarzy już teraz zapowiada rezygnację). Po prostu, każda epoka kiedyś się kończy – ale zarazem rozpoczyna się następna. Oby nie była gorsza od poprzedniej.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ruszamy na Moskwę!


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 6 (29.06-05.07.2018)

piątek, 20 października 2017

Ruszamy na Moskwę!

Nie oszukujmy się, pojedynki z Rosją (bądź z ZSRR) zawsze były czymś o wiele więcej niż tylko wydarzeniami sportowymi – niezależnie od dyscypliny.

I. Lewandowski superstar

A więc mamy to! Po miesiącach zmagań, emocji, wzlotów (ale też i upadków) wyszarpaliśmy w ostatnim meczu eliminacji bezpośredni awans na rosyjski mundial w 2018 r. „Wyszarpaliśmy” to właściwe określenie, bo za sprawą nieoczekiwanego pogromu w Danii (porażka 4-0) i przestoju w meczu z Czarnogórą, kiedy rywale niespodziewanie w ciągu kilku minut wyrównali na 2-2, niemal do końca nie byliśmy pewni utrzymania pierwszego miejsca w grupie. Wprawdzie remis nas zadowalał, ale wystarczyło, by Czarnogóra poszła za ciosem i strzeliła trzecią bramkę... Na szczęście mamy Roberta Lewandowskiego – absolutny piłkarski fenomen, który w tych eliminacjach niejednokrotnie ratował naszą drużynę z opresji (chociażby w meczu z Armenią w Warszawie, gdy strzelił zwycięskiego gola w ostatniej akcji spotkania, a zespół grał jak na ciężkim kacu – co zresztą może nie odbiegać daleko od prawdy). Tak było również i tym razem – kapitan reprezentacji w 85 minucie przechwycił zbyt słabe podanie Mijuskovicia do własnego bramkarza i było 3:2. Dwie minuty później Czarnogórcy podarowali nam jeszcze samobójcze trafienie Stojkovicia i mogliśmy świętować nie oglądając się na wynik równoległego meczu Dania-Rumunia. Nasz bilans – 25 punktów, 8 zwycięstw, jeden remis (2-2 z Kazachstanem w pierwszym meczu), jedna porażka (bolesne 4-0 z Danią), 28 strzelonych bramek, 14 straconych. I co również ważne – 6 miejsce w rankingu FIFA, dzięki któremu zostaniemy rozstawieni w losowaniu grup mundialu.

Z tych 28 goli w 10 meczach aż 16 zawdzięczamy Robertowi Lewandowskiemu, który został królem strzelców eliminacji, wyprzedzając Cristiano Ronaldo, a w międzyczasie z 51 trafieniami stał się najskuteczniejszym strzelcem w historii reprezentacji, detronizując Włodzimierza Lubańskiego (48 bramek). Już samo to pokazuje, na ile nasza kadra jest zależna od jego dyspozycji – a jeśli doliczyć boiskową odpowiedzialność, branie gry na siebie gdy drużynie nie idzie, cofanie się do rozegrania, stałe fragmenty itp., to otrzymamy prawdziwego superlidera światowego formatu. Inni piłkarze, niczego nie ujmując, miewają wahania formy, to błysną, to znów przyjdzie słabszy okres – on praktycznie nigdy nie schodzi poniżej pewnego, wysokiego poziomu. Dlatego nie dziwią ostre słowa po meczu z Czarnogórą, gdy mówił, że nie może być tak, że nagle przysypiamy i pozwalamy wyrównać rywalowi grającemu na dodatek w osłabionym składzie. On do krytyki postawy zespołu ma akurat prawo jak mało kto.

No właśnie – o ile przed przyszłorocznymi Mistrzostwami Świata cieszy łatwość zdobywania bramek, o tyle zarazem martwi równa łatwość w ich traceniu – 14 goli w plecy to na poziomie do jakiego aspirujemy stanowczo za dużo. Gdzieś posypała się żelazna obrona z czasów Euro 2016 we Francji. Pozostaje mieć nadzieję, że perfekcjonista, jakim jest selekcjoner Adam Nawałka, znów poskłada naszą defensywę – zarówno taktycznie, jak i mentalnie, bo wpadki, które uchodziły nam bez większych konsekwencji w eliminacjach, na mistrzostwach świata, przy silniejszych rywalach, płazem już nie ujdą.


II. Spotkanie z historią

Ale póki co, mamy się z czego cieszyć – reprezentacja gdy jest w gazie potrafi wygrać z każdym, wracamy na mistrzostwa po dwunastoletniej przerwie i wiele pozwala sądzić, że zaprezentujemy się w Rosji nie gorzej niż we Francji, gdy dotarliśmy do ćwierćfinału i tylko karne odebrały nam półfinał. Tu trzeba dodać, że właśnie ów rosyjski kontekst jest szczególny, naznaczony w pamięci polskiego kibica wieloma wspomnieniami. Tym razem wprawdzie los nam oszczędzi konfrontacji z reprezentacją gospodarzy w fazie grupowej (Rosja podobnie jak my, będzie rozstawiona), ale jeżeli przejdziemy do następnego etapu, to możemy trafić na Sborną – a wtedy odżyją echa dawnych zmagań oraz niekoniecznie sportowych podtekstów, jakie im towarzyszyły.

Nie oszukujmy się, pojedynki z Rosją (bądź z ZSRR) zawsze były czymś o wiele więcej niż tylko wydarzeniami sportowymi – niezależnie od dyscypliny. Po dziś dzień pamiętamy mecz eliminacji Mistrzostw Świata z 1957 r. na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Reprezentanci ZSRR z legendarnym Lwem Jaszynem w bramce przyjechali jak po swoje – czemu dawali wyraz choćby brutalnością gry, kosząc równo z trawą. Dlatego tym więcej warte są dwie bramki strzelone przez Gerarda Cieślika (nasz ówczesny Lewandowski) przy ogłuszającym dopingu 100-tysięcznej publiczności. Wygraliśmy 2:1 – i dla całej Polski było to jak narodowa terapia, możliwość symbolicznego odegrania się za sowietyzację, upokorzenia, represje. Piłkarze po tym meczu stali się bohaterami narodowymi. Cztery lata wcześniej, w 1953 r., podczas rozgrywanych w Warszawie mistrzostw Europy w boksie, mieliśmy okazję sprać Ruskich całkiem dosłownie – nasi pięściarze dowodzeni przez Feliksa „papę” Stamma zdobyli trofeum, bijąc po drodze m.in. właśnie sowiecką reprezentację. Kibice w Hali Mirowskiej nieśli później Stamma na rękach. W tym miejscu koniecznie trzeba wspomnieć o Stanisławie Królaku, zwycięzcy kolarskiego Wyścigu Pokoju w 1956 r., który wedle legendy... lał na trasie rozpychających się radzieckich kolarzy pompką do roweru. Z kolei w 1972 r. w Augsburgu reprezentacja ZSRR stanęła naszym piłkarzom na drodze do olimpijskiego finału w Monachium – skończyło się naszym zwycięstwem 2:1, później w finale ograliśmy Węgrów i tak narodziła się epoka „Orłów” Górskiego. W 1976 r. w katowickim spodku podczas hokejowych Mistrzostw Świata odbył się mecz-legenda – dopingowani przez rozgrzaną do czerwoności publiczność nasi hokeiści zwyciężyli 6-4. Zważywszy, że w tej dyscyplinie nigdy nie byliśmy potęgą, triumf musiał być wynikiem nie tylko czysto sportowej mobilizacji. Tenże 1976 rok to również pamiętny siatkarski finał olimpijski w Montrealu i zwycięstwo 3-2 nad faworyzowanymi Rosjanami. Wracając do piłki nożnej – nie sposób nie wspomnieć o „zwycięskim remisie” 0-0 na Camp Nou podczas hiszpańskiego mundialu w 1982 r. - w Polsce stan wojenny, na trybunach wielka flaga „Solidarności” (wycinana przez cenzurę w transmisji), a na boisku Włodzimierz Smolarek drybluje w narożniku, ośmieszając radzieckich piłkarzy...

Zważywszy na miejsce przyszłorocznych Mistrzostw Świata, na deser zostawiam wyczyn Władysława Kozakiewicza podczas igrzysk olimpijskich w Moskwie (1980 r.), zbojkotowanych przez 65 państw w proteście przeciw sowieckiej inwazji na Afganistan. Rosjanie zasłynęli na tej imprezie nieczystymi chwytami, chociażby w konkursie rzutu oszczepem, kiedy to otwierali bramy stadionu na Łużnikach, gdy rzucać miał ich reprezentant, aby wytworzyć korzystny ciąg powietrza. Kozakiewicz w skoku o tyczce rywalizował wówczas z Konstantinem Wołkowem, a rosyjska publiczność gwizdami i okrzykami robiła wszystko, by naszego reprezentanta wytrącić z równowagi. Na nic – Kozakiewicz zdobył złoto ustanawiając rekord świata na wysokości 5,78 m. Mówił później: „byłem tak wkurzony, że skoczyłbym może i sześć metrów”. Kozakiewicz „podziękował” później rosyjskim kibicom słynnym gestem, dzięki któremu przeszedł do historii, a w Polsce przeżywającej wówczas karnawał „Solidarności” zapanowała euforia – bynajmniej nie tylko z powodu medalu. Dodajmy, że radziecki ambasador w Polsce domagał się odebrania złota Kozakiewiczowi – na szczęście bezskutecznie.


III. Wymiary sportu

Do czego zmierzam tym sięgnięciem do sportowej i około-sportowej historii? Chodzi o to, że sport, nawet w dzisiejszych do cna skomercjalizowanych czasach, znacznie wykracza poza wymiar czysto rozrywkowy. To również polityka, sposób na promocję i podkreślenie znaczenia danego państwa, wreszcie – nośnik patriotyzmu. Gdy nie mieliśmy innych możliwości, wyrażaliśmy swoje nastawienie np. do sowieckiej dominacji właśnie przez kibicowanie, a zwycięstwo nad „ruskimi” zawsze miało walor szczególny. W ostatnich latach natomiast to właśnie ze stadionowych trybun wyszedł impuls dla odrodzenia się patriotyzmu i demonstrowania uczuć narodowych w przestrzeni publicznej. Oprawy stadionowe - z Żołnierzami Wyklętymi, oddające cześć naszym bohaterom czy będące odpowiedzią na wrogą nam politykę historyczną (ostatnio słynny banner kibiców Legii przypominający niemieckie zbrodnie podczas Powstania Warszawskiego) – to wszystko miało swój udział w renesansie współczesnego polskiego patriotyzmu. Warto też nadmienić, że kibice zawsze stanowią istotną część uczestników Marszu Niepodległości, a race na stałe weszły do repertuaru patriotycznych demonstracji. Nie licząc świąt narodowych, to wydarzenia sportowe sprawiają, że sięgamy po narodowe barwy i symbolikę, a zwycięstwa na różnych arenach służą cementowaniu poczucia wspólnoty i dumy.

Z drugiej strony, dla reżimu Putina sport i organizowanie wielkich imprez jak piłkarskie Mistrzostwa Świata czy niedawna olimpiada w Soczi, jest sposobem na podkreślenie imperialnego statusu – i to wszelkimi metodami, że przypomnę wielką aferę dopingową, która poskutkowała wykluczeniem rosyjskich sportowców z szeregu dyscyplin. Podczas igrzysk w Soczi specjalnie przeszkoleni funkcjonariusze FSB podmieniali próbki rosyjskich sportowców (opracowali nawet metodę otwierania bez pozostawiania śladów zaplombowanych probówek). Wszystko po to, by zademonstrować przed światem potęgę rosyjskiego sportu – a więc i Rosji. Na przyszłorocznej imprezie można się więc spodziewać wszystkiego, bo dla Putina jest to kwestia prestiżowa – a że gra rosyjskiej reprezentacji, delikatnie mówiąc, ostatnio nie zachwyca, to i powiedzenie, że „gospodarzom pomagają ściany” może zyskać dodatkowy wymiar.

Powyższe nabierze znaczenia, jeżeli impreza ułoży się tak, że dojdzie do polsko-rosyjskiego spotkania, tym bardziej, że Rosjanie mają swój „polski kompleks” - inaczej nie zrobiliby swoim świętem narodowym rocznicy wypędzenia polskiej załogi z Kremla. Dali temu wyraz rosyjscy kibice już podczas Euro 2012 prezentując na meczu z Polską „sektorówkę” z ruskim wojem podpisaną „This is Russia”, czy bijąc obsługę stadionu we Wrocławiu. Podczas Euro we Francji również pokazali co potrafią, wszczynając liczne burdy. Można sobie wyobrazić, co zademonstrują na własnym podwórku, przy cichym przyzwoleniu władz – dość powiedzieć, że wiceprzewodniczący Dumy Igor Lebiediew proponuje, by kibicowskie ustawki stały się „dyscypliną sportową”, wspomniane zamieszki we Francji skwitował tweetem „Nasze chłopaki to zuchy. Tak trzymać!”, a sami kibole zapowiedzieli do kamer BBC, że na MŚ przygotują „festiwal przemocy”.

Biorąc pod uwagę zarysowany tu kontekst, jeśli Polska dotrze do strefy medalowej (przyznajmy się, każdy z nas na to po cichu liczy), wówczas ewentualne zwycięstwo nad gospodarzami osiągnięte wbrew wszelkim przeciwnościom, miałoby niezapomniany smak – zwłaszcza wywalczone na Łużnikach. Jednego możemy być pewni – będzie się działo!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 40 (18-31.10.2017)

piątek, 2 lipca 2010

Pasja.


Powiastka obyczajowa (plus polityczno - piłkarskie post scriptum).

Wyobraźmy sobie następującą sytuację: spotkanie towarzyskie. Rozmowa schodzi na trwający właśnie mundial. Ten wygrał, ów przegrał, z kolei tamten wynik wypaczył sędzia... I nagle odzywa się jedna ze znajomych, która z odcieniem dumy i satysfakcji stwierdza: „- A MY nie oglądamy piłki nożnej. To znaczy, Michał kiedyś oglądał, ale teraz spędzamy czas razem. Ostatnio, zamiast meczu, obejrzeliśmy tę komedię romantyczną... Prawda, Misiu?” - i tu oczęta wędrują w kierunku j e j faceta. Ten, napotkawszy spojrzenie, przyobleka twarz w promienny uśmiech i potwierdza: „- Ależ oczywiście, u z n a l i ś m y, że szkoda życia na gapienie się, jak dwudziestu dwóch chłopa ugania się za piłką...”

Z jego oczu wyziera skryta udręka. I coś w rodzaju cichej rezygnacji.

***

Durna babo. Właśnie straciłaś „swojego” mężczyznę, choć jeszcze o tym nie wiesz. Jak go skłoniłaś do wyrzeczenia się kibicowskiej pasji? Codziennym ciosaniem kołków, czy bardziej dyskretnym urabianiem? A może postawiłaś sprawę na ostrzu noża: „- Albo futbol, albo ja”?

Myślisz, że masz teraz lepszego, „zupgradeowanego” i bardziej kochającego męża. Otóż, nie. Od kiedy skłoniłaś go do rezygnacji z oglądania piłki nożnej, facet co i rusz zerka na ciebie ukradkiem, zaś jego wnętrze drąży coraz bardziej natarczywy robak wątpliwości: „- Czy ona w ogóle mnie kocha? Czy liczy się ze mną, czy też chce jedynie posłusznego pantoflarza od zarabiania, wychowywania dzieci i zapychania, hm, dziury w całym?”

Durna babo. Szantaż emocjonalny, na zasadzie - „albo (tu - wstaw dowolne), albo JA”, to najgorsze co mogłaś zrobić swojemu mężczyźnie. Ogląda z tobą kretyńskie filmidła i może nawet twierdzi, że mu się to podoba. Bo cię kocha. Ale z każdym dniem coraz mniej jest pewny twojej miłości. A ty zachodzisz w głowę, czemu zamyka się w sobie, czemu coraz rzadziej z tobą rozmawia, czemu przestaje wam wychodzić w łóżku (a i z samego łóżka zazwyczaj wieje chłodem).

Odebrałaś mu pasję – albo choćby tylko hobby. Bo w jego życiu masz się liczyć tylko TY, zaś wszelkie zainteresowania poboczne postrzegasz w kategoriach konkurencji. Nawet jeśli jest to gapienie się na mecz poparte kilkoma browarami, po których twój misiaczek tak nieestetycznie śmierdzi...

Póki co, wszystko idzie po twojej myśli, durna babo. Macie dzieci, spłacacie raty. I nie widzisz, jak w nim coś wzbiera, by pewnego dnia wybuchnąć tobie i waszemu związkowi prosto w twarze. A ty do końca nie zrozumiesz, dlaczego twe życie legło w gruzach.

***

Niniejsza powiastka dotyczy każdej pasji (równie dobrze może być np filatelistyka), której wyrzeczenia się kobiety wymuszają na swych „misiaczkach”. Futbol to jedynie przykład a propos trwających MŚ.

Gadający Grzyb

P.S. Miało nie być o polityce, ale pozwolę sobie na luźną refleksję bez związku z powyższym tekstem: Pamiętacie jak Kazimierz Kutz przyrównał żałobę po smoleńskiej tragedii do atmosfery mauzoleum Mao Tse Tunga, zaś czarny garnitur Jarosława Kaczyńskiego do mundurku Mao? Przyszło mi to do głowy, gdy doszukiwałem się przyczyn przedmundialowej porażki naszych kopaczy z Hiszpanią, kiedy to dostaliśmy gładko sześć do kółka. Co się stało, czemu nasi zdawali się na tle Hiszpanów poruszać jak na ciężkim kacu (no, wiecie - ołowiana głowa, nogi z waty i ogólna niemożność)? I nagle olśnienie: oni po prostu bali się grać w piłkę lepiej od pana premiera!

Dlaczego skojarzyło mi się to z maoistycznymi insynuacjami pana reżysera Kutza?

Otóż, swojego czasu Przewodniczący Mao zorganizował na rzece Jangcy pokaz pływacki, by natchnąć naród swą krzepą fizyczną. Pokaz ten oczywiście wygrał, gdyż żaden z uczestników nie był samobójcą i nie śmiał wyprzedzić Towarzysza. Podobny mechanizm zadziałał w przypadku naszych futbolistów. Tak oto podświadomy, mentalny maoizm rozsnuwa się z Kancelarii Premiera i zatruwa duszę narodu.

Ot, taka piłkarska metafizyka... ;))