czwartek, 20 września 2018

Pod-Grzybki 137

Postępowym mediom bardzo spodobał się uszyty w Polsce ornat, jakim papież Franciszek zadał szyku na Spotkaniu Rodzin w Dublinie. Ornat przyozdobiony był bliżej nieokreślonym, kolorowym maziajem, kojarzącym się niektórym z charakterystyczną, „tęczową” gejowską estetyką. Podobno było to nawiązanie do symboliki celtyckiej. Wszystko fajnie, jednak zwrócę nieśmiało uwagę, że mamy do czynienia z katolickim kapłanem (i głową Kościoła), a nie z celtyckim druidem. Przy okazji – czy gdyby na ornacie znalazł się krzyż celtycki, to również piano by z zachwytu?


*

Swoją drogą – te „gejowskie” kolorki w kontekście spotkania naznaczonego skandalami pedofilsko-homoseksualnymi, jakie wstrząsają Kościołem, zakrawają wręcz na kpinę z ofiar. Czyżby to był dyskretny sygnał dla kościelnego homolobby?


*

A skoro już wspomniałem o lokalnych symbolach - nie mogę doczekać się wizyty papieża Franciszka w Indiach. Może wtedy zobaczymy ornat ze swastykami.


*

Władze Wiednia nie chcą pomnika Jana III Sobieskiego, który miał być odsłonięty na Kahlenbergu w 335. rocznicę Odsieczy Wiedeńskiej. Wszystko było niby dogadane, ale austriaccy lewacy w ostatniej chwili stchórzyli przed Turkami i uznali, że pomnik jest „zbyt militarny”, „budzi lęk”, a tak w ogóle, ten Sobieski musiał być jakimś polskim faszystą. W związku z tym ew. pomnik ma „odpowiadać dzisiejszym standardom”. Proponuję taki: Jan III Sobieski na wzgórzu Kahlenberg wita tureckich gości transparentem: „Refugees welcome!”. Nada się?


*

A tymczasem na polskiej scenie politycznej rewolucja. Robert Biedroń zakłada partię pod filuterną nazwą „Kocham Polskę”. Oby tylko nie chciał złożyć „dowodu miłości”.


*

W rocznicę Bitwy Warszawskiej, wbrew ujadaniom podwładnych HG-W, przeszła Wisłostradą wielka wojskowa defilada. Udział wzięły m.in. grupy rekonstrukcyjne – i tu zabrakło mi pewnego elementu. Należało mianowicie przepędzić związanych aktywistów „totalnej opozycji” w charakterze bolszewickich jeńców. Taki Mazguła pasowałby jak ulał.


*

Eko-absurd. Francuskie miasteczko Les Epesses „zatrudniło” w parku miejskim do sprzątania śmieci tresowane gawrony. Jak podaje „Rzepa”: „Znalezione niedopałki i śmieci ptaki będą wrzucać do specjalnych pudełek, z których - za każdym razem po umieszczeniu w nich śmiecia - wypadać będzie orzeszek jako zapłata za pracę”. Pomysł jak pomysł, ale nurtuje mnie jedna kwestia: a kto będzie sprzątał po gawronach?


*

Szoking! Gwiazda „me too”, aktorka Asia Argento, molestowała 17-latka – a potem zapłaciła mu za milczenie, co ten miał przypłacić straszną traumą... Cóż, pewnie bidulka musiała jakoś odreagować końskie zaloty Weinsteina i na zasadzie kontrastu przygruchała sobie młodziutkiego adonisa. Tyle, że ten chłopak jakiś dziwny. Mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że dla 17-latka „molestowanie” przez atrakcyjną babkę (a pani Argento wtedy nic nie brakowało), to naprawdę nie jest ŻADEN problem. Co z tą dzisiejszą młodzieżą jest nie tak?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 17 (12-25.09.2018)

Trójmorze czy Mitteleuropa?

Może się okazać, że pewnego dnia ockniemy się z Trójmorzem sprowadzonym do roli instytucjonalnej emanacji niemieckiej Mitteleuropy.

I. Niemcy wkraczają do Trójmorza

Ledwo co zdążyłem napisać o kolejnej odsłonie mocarstwowych planów Niemiec („Niemiecka Europa”) - a tu, jak diabeł z pudełka wyskoczyła informacja, że Niemcy złożyły wniosek o dopuszczenie ich do obrad szczytu Inicjatywy Trójmorza w Bukareszcie (17-18 września) w charakterze „państwa partnerskiego”. Co więcej, jak się dowiadujemy, Polska (a konkretnie Kancelaria Prezydenta, czyli oficjalnego przedstawiciela naszego kraju na szczycie) ów wniosek poparła. Swoją zgodę muszą wyrazić jeszcze pozostałe kraje (prócz Polski - Austria, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Rumunia, Słowacja, Słowenia i Węgry) lecz można się spodziewać, że po polskiej akceptacji jest to jedynie formalnością. Tymczasem warto przypomnieć, że dopiero co wyszło na jaw, iż kanclerz Merkel zabiega o fotel szefa Komisji Europejskiej dla polityka z Niemiec, zaś tamtejszy minister spraw zagranicznych Heiko Maas opublikował artykuł w którym zarysował wizję Unii Europejskiej jako superpaństwa pod niemiecką hegemonią, zdolnego w sojuszu z Rosją do konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi obsadzonymi w roli głównego przeciwnika. Dodajmy, iż chodzi o te same Stany Zjednoczone, które mają być geopolitycznym patronem Trójmorza.

Widać zatem wyraźnie, że Niemcy wsadzają stopę w drzwi – a my, zamiast te drzwi przytrzasnąć, chociażby zbywając wniosek Berlina potrzebą konsultacji z pozostałymi partnerami, entuzjastycznie otwieramy je na oścież. Najwyraźniej prezydentowi Dudzie i jego otoczeniu udzieliła się przypadłość, którą towarzysz Stalin określił jako „zawrót głowy od sukcesów”. 18 września ma dojść do spotkania w Białym Domu z prezydentem Trumpem, zatem uznano zapewne, że dobrze byłoby je obudować wizerunkowo równoległym szczytem Trójmorza z udziałem głównego europejskiego gracza – który na dodatek właśnie do nas zwrócił się po prośbie i za naszą zgodą został dopuszczony do stolika. Owe splendory mają zaświadczyć, iż Trójmorze nie jest prowincjonalnym, mało ważnym projektem, lecz staje się poważną inicjatywą budzącą głębokie zainteresowanie kontynentalnych potęg. Sugerowałaby to wypowiedź Krzysztofa Szczerskiego o „rosnącym znaczeniu [Trójmorza] w polityce europejskiej i euroatlantyckiej” oraz o tym, że „Prezydent Andrzej Duda od początku zawiązania Inicjatywy Trójmorza konsekwentnie głosił przekonanie, że powinna ona stać się ważnym mechanizmem współpracy państw na rzecz harmonijnego rozwoju i bezpieczeństwa całej Europy. Jeśli kolejny, ważny kraj, podpisuje się pod ta ideą to znaczy, że jest ona słuszna i ma szanse utrwalić swoją rolę w polityce międzynarodowej”.

I nawet można by się zgodzić z diagnozą, że w Inicjatywie tkwi potencjał, nie okazała się ona bynajmniej efemerydą lecz przeciwnie – stopniowo konkretyzuje wewnętrzną współpracę. Tegorocznemu szczytowi towarzyszyć będzie Forum Biznesu (przy współpracy z amerykańskim Atlantic Council), powstać ma wspólny fundusz energetyczny oraz lista strategicznych projektów międzysystemowych z zakresu transportu, energii czy technologii cyfrowej, a uczestnicy liczą na nawiązanie współpracy z firmami z USA. Nic więc dziwnego, że również Berlin będzie chciał się temu interesowi przyglądać z bliska, potwierdzając tym samym, iż traktuje trójmorską integrację nader poważnie.


II. Wspólnota Narodów Trójmorza

Tyle, że zamiar Niemiec jest oczywisty – chodzi o zachowanie kontroli nad obszarem Mitteleuropy. Trójmorze pod amerykańskim parasolem stanowi bowiem zagrożenie dla ich żywotnych interesów politycznych i gospodarczych, a zneutralizowanie wpływów Waszyngtonu w regionie staje się w warunkach wojny handlowej jednym z kluczowych warunków zbudowania „Niemieckiej Europy”. I temu właśnie ma służyć obecność niemieckiej delegacji – a nie wyrażaniu uznania i cmokaniu z zachwytem nad środkowoeuropejską dynamiką. Co gorsza, jeśli udział Niemiec w obradach nie okaże się jednorazowy, lecz zadomowią się w Trójmorzu na dłużej, to mogą swój cel osiągnąć, skutecznie pacyfikując „buntowniczy” projekt.

Warto tu nadmienić, że Trójmorze w pierwszym rzędzie – czego nawet nikt specjalnie nie ukrywał – stanowić miało narzędzie służące wytworzeniu swoistej „wielobiegunowości” w ramach Unii Europejskiej. Tworzące je kraje czuły, że są tłamszone niemiecką przewagą i poddawane kolonialnej eksploatacji. Dlatego właśnie uznały, że należy zacieśnić współpracę i połączyć swe potencjały, by uzyskać efekt synergii. Inicjatywa miała równoważyć dominację Berlina na różnych polach, umacniać podmiotowość zarówno Europy Środkowej jako całości, jak i poszczególnych państw. Miała, krótko mówiąc, wywindować nasz region „ściśnięty” między Niemcami a Rosją do roli samodzielnego gracza – przynajmniej w ramach Unii. Wszystko to odbywa się na zasadach równoprawnych, partnerskich, bez piętrowego „ważenia głosów” w zależności np. od demograficznego potencjału, z czym mamy do czynienia w UE. Uszanowana jest odrębność oraz interesy poszczególnych państw, co nabiera dodatkowego znaczenia i atrakcyjności dla uczestników Inicjatywy w konfrontacji z rosnącym zamordyzmem Brukseli. Kraje regionu ustaliły współpracę wg prostej zasady – współdziałamy możliwie ściśle tam, gdzie nasze cele są zbieżne i staramy się wynieść z tego maksimum korzyści. Dobrze obrazuje to ukute w Instytucie Myśli Schumana hasło „Wspólnota Narodów Trójmorza” będące nawiązaniem do idei „Europy narodów”. Z Niemcami wewnątrz Trójmorza ta formuła jest nie do utrzymania, albowiem, jako się rzekło, interesy Berlina są w oczywisty sposób przeciwstawne i sprowadzają się do utrzymania środkowoeuropejskich kolonii pod butem.


III. Lis w kurniku

W tych warunkach zapraszanie Niemiec na szczyt w Bukareszcie przypomina wpuszczanie lisa do kurnika. Już sama obecność niemieckiej delegacji może na niektórych uczestników podziałać paraliżująco. A należy liczyć się i z tym, że Niemcy będą intrygować, przekupywać obietnicami (np. jeśli chodzi o korzystne dla poszczególnych krajów zapisy w przyszłym euro-budżecie), nastawiać członków szczytu przeciw sobie... Innymi słowy – możemy mieć powtórkę - tyle, że w skali makro - ze sprawy unijnej dyrektywy w kwestii pracowników delegowanych, kiedy to Macronowi skutecznie udało się rozbić środkowoeuropejską solidarność. Dodatkowo, dzięki bezpośredniemu uczestnictwu w obradach, Berlin uzyska dostęp do newralgicznych informacji, których z pewnością nie omieszka wykorzystać.

Niemcy tymczasem bezpardonowo prą do przodu – niedawno „przyklepały” budowę lądowej odnogi Nord Stream 2 (gazociąg EUGAL) mającej biec od bałtyckiego wybrzeża do granicy z Czechami. Pierwsza nitka ma zostać położona do końca 2019 r., a druga do końca 2020. Imponujące tempo, można się więc domyślać, że w Bukareszcie niemiecka delegacja będzie szczególnie zainteresowana planami energetycznymi Trójmorza. Biorąc pod uwagę „strategiczne partnerstwo” niemiecko-rosyjskie, równie dobrze można by na szczyt zaprosić Putina, tak by nic nie stanęło obu „partnerom” na przeszkodzie w ustaleniu wspólnej kurateli nad niepokornym regionem. Warto też rozważyć, jak zaproszenie Niemiec do rozmów zostało odebrane w Waszyngtonie i co w związku z tym usłyszy 18 września prezydent Duda od słynącego z impulsywności Donalda Trumpa.

Należy sobie zatem powiedzieć jasno – Trójmorze z Niemcami na pokładzie nie ma sensu, gdyż prędzej czy później zostanie przez nie zdominowane, a wpływy amerykańskie „wypchnięte” - choćby dlatego, że Niemcy leżą tuż pod bokiem, rozdają karty w UE i dzielą kasę. Tym samym, może się okazać, że Berlin w krótkim czasie skolonizuje politycznie i gospodarczo tę inicjatywę, zamieniając ją w kolejny instrument swojej hegemonii – czyli coś, co miało stanowić płaszczyznę emancypacji spod wpływów „Wielkiego Brata”, stanie się narzędziem uzależnienia. A to z kolei będzie oznaczało, że pewnego dnia ockniemy się z Trójmorzem sprowadzonym do roli instytucjonalnej emanacji niemieckiej Mitteleuropy. Obym był złym prorokiem.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 36 (07-13.09.2018)

Instytucje zaufania publicznego

Skoro banki chcą być „instytucjami zaufania publicznego” to należy sprawić, by stały się nimi nie tylko z nazwy – nawet jeśli miałyby zostać do tego zmuszone.

Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Marek Niechciał wydał komunikat o wszczęciu postępowania w sprawie pobierania przez banki zawyżonych opłat za wystawienie zaświadczeń o historii spłaty kredytu. Takie zaświadczenia są niezbędne, gdy klient wchodzi z bankiem w spór prawny – np. podważając legalność klauzul zawartych w umowie kredytu. Jak łatwo się domyślać, powyższe dotyczy szczególnie „frankowiczów” procesujących się z bankami o zwrot zawyżonych rat, spreadów czy nienależnie pobranych odsetek. Słowem – całego repertuaru „pułapek” zastawianych na klientów w formie celowo nieprecyzyjnych i niezrozumiałych postanowień umownych, co niedawno podkreśliła w swym raporcie dotyczącym ochrony konsumentów Najwyższa Izba Kontroli. UOKiK wziął pod lupę 15 działających w Polsce banków - Alior, BGŻ BNP Paribas, BPH, BZ WBK, Credit Agricole, Deutsche Bank Polska, Euro Bank, Getin Noble Bank, ING, mBank, Millennium, Pekao, PKO BP, PKO Bank Hipoteczny, Raiffeisen Bank Polska. Nie ma co, sama śmietanka. Póki co, zarzuty postawiono Deutsche Bank Polska – instytucja ta pobierała za szczegółową historię spłaty jednorazowo 200 zł plus 100 zł za każdy kolejny rok. Oznacza to, że klient spłacający kredyt od 2001 r. musiałby za zaświadczenie zapłacić nawet 1800 zł. - czyli coś w rodzaju nadprogramowej „raty”. W oczywisty sposób tak wysokiej opłaty nie da się uzasadnić kosztami przygotowania historii kredytu, a co za tym idzie, stanowi ona nieuzasadniony dochód banku. Od siebie dodam, że w istocie przypomina to formę szykany wobec klienta, który ma zamiar dochodzić swych praw w sądzie i w wielu przypadkach może być wręcz kwotą zaporową, zniechęcającą do wytoczenia bankowi procesu. A że bez historii spłaty kredytu w ręku konsument nie może określić przed sądem wysokości swojego żądania, to – jak podkreśla prezes UOKiK – mamy do czynienia z „błędnym kołem”. Jak czytamy w komunikacie, postępowanie wobec Deutsche Bank może zakończyć się nałożeniem kary do wysokości 10 proc. obrotu, lub nakazem zrekompensowania konsumentom poniesionych strat – przy czym bank może uniknąć kary, jeśli sam się zobowiąże do wynagrodzenia klientowi szkód. Nie wyklucza się również podobnych kroków wobec pozostałych sprawdzanych banków.

Mamy zatem kolejny punkt w coraz szerszym spektrum nieczystych chwytów stosowanych przez banki, których wspólnym mianownikiem jest arbitralność, nieprzejrzystość reguł oraz przerzucanie całości kosztów i ryzyka na klienta. Jest to o tyle charakterystyczne, że banki pragną w społecznym odbiorze uchodzić za „instytucje zaufania publicznego” i w związku z tym są bardzo wrażliwe na swoim punkcie, alergicznie reagując na wszelkie pojawiające się w przestrzeni publicznej głosy, które mogłyby, choćby czysto teoretycznie, podważyć owo „zaufanie” jakim rzekomo się cieszą i narazić na szwank prowadzenie dalszej działalności. Przy tym wszystkim, jak widzimy, poczynania te przypominają raczej prasę do wyciskania z klientów wszystkich soków życiowych i permanentną działalność na ich szkodę, o czym świadczą kolejne wyroki w sprawie klauzul abuzywnych, decyzje UOKiK, opinie Rzecznika Finansowego czy wspomniana już kontrola NIK. Innymi słowy, ze statusu „instytucji zaufania publicznego” banki pragnęłyby zachować wyłącznie przywileje, takie jak wysoki prestiż społeczny, „zapominając” o wynikających z ich pozycji obowiązkach – w tym tak elementarnych, jak dochowanie należytej staranności, oferowanie klientowi produktu dostosowanego do jego profilu i powstrzymanie się od wpisywania do umów potencjalnie rujnujących dla kredytobiorcy „haczyków”.

Co jakiś czas dowiadujemy się o karach nakładanych na banki przez UOKiK lub o orzeczeniach sądów negujących kolejne postanowienia umowne – niedawno, o czym doniósł na swoim blogu „Pomoc frankowiczom” mec. dr Jacek Czabański, Sąd Okręgowy w Łodzi wydał prawomocny wyrok uchylający zastosowaną przez mBank klauzulę dowolnego oprocentowania, a także negujący spread walutowy, uznając, że należy zastosować średni kurs NBP. Zdarzają się także wyroki generalnie kwestionujące sam mechanizm indeksacji/denominacji – tyle, że są to działania jednostkowe, doraźne, często wyprocesowane po długich latach. Należy w związku z tym jasno powiedzieć, że problem niby-kredytów frankowych wymaga pilnie kompleksowej, ustawowej regulacji – nie wspominając już o tym, że wystarczy kolejny kryzys, by nastąpiła powtórka ze skokowego wzrostu franka szwajcarskiego. Nade wszystko zaś należy wprowadzić – zgodnie z pokontrolną rekomendacją NIK de lege ferenda – „osobistą odpowiedzialność zarządzających instytucjami finansowymi za naruszenie przepisów z zakresu ochrony konsumentów”. Póki co bowiem, mamy sytuację taką, że banki płacą kary, stosują się do tego czy innego wyroku, ale na dłuższą metę nie zmieniają swojego postępowania. Skoro chcą być „instytucjami zaufania publicznego” to należy sprawić, by stały się nimi nie tylko z nazwy – nawet jeśli miałyby zostać do tego zmuszone.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kredyty frankowe – granda i bezradność


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 35 (07-13.09.2018)

niedziela, 2 września 2018

Niemiecka Europa

Wg Heiko Maasa to Unia Europejska ma być podmiotem i nośnikiem suwerenności, a nie poszczególne kraje członkowskie.

I. Niemiec na szefa Komisji Europejskiej

Niemiecki dziennik ekonomiczny „Handelsblatt” doniósł niedawno, że Angela Merkel zabiega o to, by kolejnym przewodniczącym Komisji Europejskiej został polityk z Niemiec. Wynika z tego, że osłabiona i powoli schodząca ze sceny kanclerz (obecna kadencja będzie zapewne jej ostatnią na stanowisku szefa rządu) na odchodnym chce zostawić po sobie mocny akcent, zapewniając niemiecką dominację w UE w najbliższych latach – i aby to osiągnąć, planuje pójść na skróty. Do tej pory bowiem Niemcy unikały tego typu ostentacji, zadowalając się hegemonią gospodarczą, eksploatacją peryferii oraz zakulisowym pociąganiem za sznurki z wykorzystaniem marionetek pokroju Junckera czy Tuska. Na dobrą sprawę każdy oczywiście wiedział, że bez zgody Berlina nic istotnego w Europie wydarzyć się nie może, ale jednak zachowywano pozory, ubierając niemieckie interesy w kostium „europejskich wartości”. Teraz najwyraźniej uznano, że pora zdjąć rękawiczki i chwycić Europę bezpośrednio za twarz. Jeszcze niedawno wydawało się, że Niemcy będą zabiegać o fotel prezesa Europejskiego Banku Centralnego, lecz niespodziewanie Merkel podbiła stawkę. Skąd ta nagła wolta?

Po pierwsze, Europejski Bank Centralny – kto by nim nie rządził – tak czy inaczej siedzi w niemieckiej kieszeni i żaden jego szef nie pozwoli sobie na posunięcia godzące w Berlin. Strefa euro bowiem jest nieodwracalnie uzależniona od niemieckiej koniunktury, zaś europejska waluta to w istocie dawna deutsche-mark i jako taka jest trwale zespawana z niemiecką gospodarką. Widzieliśmy to wyraźnie podczas kryzysu i greckiego bankructwa, kiedy to Mario Draghi (obecny prezes EBC) stawał na uszach, by ratować umoczone w greckie obligacje niemieckie banki. Dość powiedzieć, że aby jakoś na papierze uzasadnić przelanie kolejnych transzy, przyjęto fikcyjne założenie, że „zabezpieczeniem” pomocy będą... śmieciowe greckie obligacje. Innymi słowy, udzielono kredytu pod „zastaw” niespłacalnego długu – wszystko po to, by pieniądze via grecki budżet mogły bezpiecznie trafić do niemieckiego sektora bankowego, który nota bene zarobił na tej operacji 2,9 mld. euro. Tak więc, z niemieckiej perspektywy, bezpośrednie objęcie formalnie „apolitycznego” EBC ma znaczenie drugorzędne, gdyż ta instytucja jest tak czy inaczej skazana na Niemcy.


II. Zapora dla „populistów”

Co innego z przewodniczącym KE. To polityczne centrum w brukselskich strukturach – również ze względu na nieformalne wpływy. W normalnych czasach Berlin zadowoliłby się po staremu „miękkim” sterowaniem z tylnego fotela (do tej pory jedynym niemieckim szefem Komisji był urzędujący w latach 1958–1967 Walter Hallstein) – ale, z punktu widzenia dotychczasowego establishmentu, czasy normalne nie są. W całej Europie wzbiera fala „populizmu”, kwestionowana jest zarówno wspólna waluta, jak i sama UE w obecnym kształcie. Ostatecznym dzwonkiem alarmowym stała się wygrana we Włoszech Ligi i Ruchu 5 Gwiazd z prof. Paolo Savoną (nieprzejednanym wrogiem waluty euro) oraz sondaże wskazujące, że AfD zaczyna wyrastać na drugą siłę polityczną w Niemczech. Pora zatem przejąć stery bezpośrednio, póki jeszcze jest to możliwe. Angela Merkel liczy, że przyszłorocznych wyborach do europarlamentu Europejska Partia Ludowa z głównym trzonem w postaci CDU/CSU utrzyma dominującą pozycję, a „swój” przewodniczący KE będzie stanowił tamę dla „populistycznych” ugrupowań, które zapewne znacznie powiększą swój stan posiadania. Podobnie rzecz się ma jeśli chodzi o sytuację wewnętrzną Niemiec. Należy się spodziewać, że kolejny rząd będzie jeszcze słabszy od obecnego – i nawet jeśli AfD pozostanie w politycznej izolacji, to sklecona z trudem koalicja będzie potrzebowała wsparcia w europejskich strukturach pod przewodnictwem polityka lojalnego wobec mainstreamu.

Poza wszystkim – Merkel zapewne dostrzega też konieczność odbudowy autorytetu Komisji poważnie nadszarpniętego pijackimi ekscesami Junckera. W trudnych czasach na takim stanowisku powinien zasiadać ktoś, kto jest trzeźwy nieco dłużej, niż do południa. Obecnie jako najpoważniejszych kandydatów wymienia się przewodniczącego frakcji chadeków w PE Manfreda Webera oraz ministra gospodarki w obecnym gabinecie Angeli Merkel i jej zaufanego współpracownika – Petera Altmaiera. Zwłaszcza ten ostatni wydaje się mieć mocną pozycję jako „płomienny Europejczyk”.


III. Powrót do idei „superpaństwa”

Jednak zasygnalizowane powyżej układanki dalece nie wyczerpują tematu. Wywalczenie głównego stanowiska w Unii jest bowiem również niezbędne ze względu na strategię „ucieczki do przodu”, jaką chcą wdrożyć Niemcy odnośnie reformowania UE. Nieco światła na niemiecką wizję przyszłości Europy rzuca artykuł autorstwa niemieckiego ministra spraw zagranicznych Heiko Maasa (również opublikowany w „Handelsblatt”). Otóż Maas zarysował w nim projekt „suwerennej Europy”, zdolnej do odgrywania kluczowej roli w globalnej polityce jako samodzielny podmiot. Oznacza to m.in. otwartą konfrontację polityczną i gospodarczą ze Stanami Zjednoczonymi, której służyć ma np. osobny, europejski system płatności (czyli odrzucenie dolara jako waluty rozrachunkowej), utworzenie Europejskiego Funduszu Walutowego czy wzmocnienie „europejskiego filaru NATO” pod postacią Europejskiej Unii Bezpieczeństwa i Obrony (co w istocie jest lekko tylko zakamuflowanym postulatem powołania odrębnych europejskich sił zbrojnych). Jeżeli dodać do tego wzmiankę o „wielobiegunowym światowym porządku”, co jest jedną z melodii Putina, to wychodzi, że Unia wg Maasa powinna łaskawszym okiem zerkać w kierunku Kremla, jawiącego się w tym kontekście jako sojusznik w rozgrywce z Waszyngtonem. W związku z powyższym, Maas wzywa kraje europejskie do wsparcia Niemiec: „Tylko przez wspólne działanie z Francją i innymi narodami Europy uda nam się osiągnąć równowagę w relacjach z USA”. I puenta: „Europe United oznacza: ogniskujemy (wiążemy) naszą suwerenność tam, gdzie państwa narodowe nie są w stanie nawet w przybliżeniu wnieść tyle siły, ile może rozwinąć zjednoczona Europa”. (cyt. za tysol.pl).

Wszystko to razem wzięte oznacza kolejny powrót idei superpaństwa. Zwróćmy uwagę – to Unia Europejska ma być podmiotem i nośnikiem suwerenności, a nie poszczególne kraje członkowskie cedujące na wspólnotę swe prerogatywy w ściśle określonych przypadkach. Ten proces zresztą już trwa, tyle że nieformalnie, metodą faktów dokonanych, poprzez uzurpowanie sobie przez Brukselę kolejnych kompetencji. Teraz Heiko Maas nazwał tylko głośno rzeczy po imieniu – państwa narodowe są za słabe i muszą bezwzględnie podporządkować się „wspólnemu działaniu” pod niemieckim przewodnictwem. Mamy zatem coś w rodzaju uwspółcześnionej wersji „Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego” z cesarzem (szefem Komisji Europejskiej) na czele, opierającym swą władzę na niemieckiej hegemonii. Czy w tym kontekście może dziwić wspomniana kandydatura „płomiennego Europejczyka” Petera Altmaiera?

Biorąc to wszystko pod uwagę, nie jest zaskoczeniem nagłe przyśpieszenie w forsowaniu przez Niemcy gazociągu Nord Stream 2 – w końcu, to Rosja ma być dla „niemieckiej Europy” strategicznym partnerem, a w przyszłości, kto wie, może wręcz częścią „Eurazji” od Lizbony po Władywostok? Jak łatwo zauważyć, taki scenariusz jest dla nas śmiertelnym zagrożeniem. Tu już nie idzie o wtrącanie się Unii w wycinkę drzew czy reformowanie wymiaru sprawiedliwości. Nie chodzi nawet o polityczną pozycję Polski w ramach UE. Tu chodzi wprost o kwestię naszego przyszłego samodzielnego bytu państwowego. Dlatego wybory do Parlamentu Europejskiego w 2019 r. są absolutnie kluczowe. Jeżeli wygra po staremu EPL pod niemieckim kierownictwem, jeżeli suwerennościowe ugrupowania z pozostałych krajów Unii nie będą w stanie stworzyć zwartego bloku w europarlamencie, to należy liczyć się z tym, że Angela Merkel przeforsuje swój plan, a „superpaństwo” stanie się faktem. My zaś po raz kolejny utracimy Polskę – i to na pokolenia.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 35 (31.08-06.09.2018)

czwartek, 30 sierpnia 2018

Cywilizacjonizm albo śmierć!

Receptą na postępującą kulturową degrengoladę Zachodu jest wg Daniela Pipesa cywilizacjonizm – samoobrona przed niszczącym wpływem muzułmańskiej migracji.

I. Lewactwo zamalowane do kąta

W czasach trwającej obecnie wojny kulturowej, jaką cywilizacji łacińskiej wydało wojujące lewactwo, kolonizując ideologicznie zachodni, liberalny establishment, muszą cieszyć jakiekolwiek objawy otrzeźwienia po „tamtej” stronie. Taką jaskółką jest Daniel Pipes (syn prof. Richarda Pipesa), szef think-tanku „Forum Bliskowschodnie” („The Middle East Forum”), wykładowca Uniwersytetu Chicago, Uniwersytetu Harvarda oraz Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej, a do tego były pracownik amerykańskiego Departamentu Stanu i Departamentu Obrony. Wyliczam te wszystkie byłe i obecne funkcje, by pokazać, że nie mamy do czynienia jedynie z synem sławnego ojca, lecz z człowiekiem mocno usytuowanym w strukturach władzy – i choćby z tego powodu wysłuchiwanym, gdy zabiera głos w sprawach publicznych. A mówi rzeczy ciekawe – m.in. wbrew utartemu schematowi głośno podnosi groźbę islamizacji świata Zachodu i niebezpieczeństwa związane z masową migracją muzułmanów do Europy (dla nas rzecz oczywista, lecz w uszach spętanego polityczną poprawnością mainstreamu wciąż brzmi to niczym herezja).

W naturalny sposób takie stanowisko pociąga za sobą krytykę postaw liberalno-lewicowych, ze szczególnym uwzględnieniem samobójczej idei multikulturalizmu. Pipes, co znamienne, wychodzi przy tym w swej analizie nie z pozycji nacjonalistycznych, lecz liberalnych, widząc to, czego uporczywie nie chcą dostrzec owładnięci ojkofobicznym wstrętem do wszystkiego co rodzime, lewicowi utopiści: że wojujący islam stanowi śmiertelne zagrożenie dla fundamentalnych swobód wypracowanych przez świat zachodu. Odkładając chwilowo na bok to, co sądzimy o takich „wartościach” jak rozmaite „rewolucje” kulturowo-obyczajowe, trzeba zauważyć, że religijno-polityczny islam ma na to jedną odpowiedź – śmierć lub nawrócenie na wiarę Mahometa. Tym samym, „postępowy” świat sam zakłada pętlę na własną szyję, posuwając się do zdrady własnych ideałów – a sfanatyzowani przybysze skrzętnie to wykorzystują.

Symptomatyczny jest tu obrazek sprzed kilku miesięcy ze Szwecji – w Sztokholmie lewacka bojówka Antify protestowała przeciw demonstracji LGBT, która zapuściła się do imigranckiej dzielnicy, gdyż ostentacyjne demonstrowanie homoseksualizmu... godzi w religijne uczucia muzułmanów. Członkowie Antify posunęli się wręcz do oskarżenia demonstrujących homoseksualistów o „faszyzm” i „nazizm”, zaś jedna z uczestniczek kontrmanifestacji stwierdziła: „To jawna manifestacja antymuzułmańska. To co robią geje w swoich łóżkach, to ich prywatna sprawa” - bezwiednie powtarzając tym samym to, co od lat mówią konserwatyści sprzeciwiający się zawłaszczaniu przestrzeni publicznej przez agresywną homopropagandę. W ten oto sposób lewactwo zamalowało się do kąta, dzieląc różne „mniejszości” na słuszne i słuszniejsze. Oczywiście, uczucia religijne chrześcijan wciąż można obrażać skolko ugodno, ale od uczuć przedstawicieli religii po stokroć bardziej opresyjnej, szowinistycznej, nietolerancyjnej i morderczej – wara.


II. Cywilizacjonizm albo śmierć!

Receptą na tego typu paroksyzmy i postępującą kulturową degrengoladę Zachodu jest wg Daniela Pipesa cywilizacjonizm – i warto sobie ten termin zapamiętać. W sferze polityczno-kulturowej oznacza on samoobronę przed niszczącym wpływem muzułmańskiej migracji wraz z takimi egzotycznymi atrakcjami, jak „poligamia, nikaby i burki, okaleczania żeńskich narządów płciowych, zabójstwa honorowe, taharrush (napaści na tle seksualnym), niechęć do Żydów i chrześcijan, sądy szariackie, islamizm i przemoc dżihadystów” - co Pipes skrupulatnie wylicza w jednym ze swych tekstów. Podkreśla przy tym, iż nie jet to żadna „islamofobia”, lecz realne, konkretne problemy, na które elity reagują zaprogramowaną ślepotą (Pipes stosuje tu termin „6 x P: policja, politycy, prasa, pastorowie (księża), profesorowie i prokuratorzy”).

Konsekwencją powyższego jest postulat Pipesa, by nie „izolować” i nie piętnować dochodzących w Europie do głosu ugrupowań „populistycznych”, lecz zacząć traktować je normalnie: jako wyrazicieli uzasadnionych obaw społecznych przed kulturową inwazją obcych, którzy nie dość, że się nie integrują, to wręcz dążą do narzucania swoich porządków. Zresztą, Pipes krytykuje samo słowo „populizm”, jako stygmatyzujące i fałszujące rzeczywistość, podobnie jak przypisywanie partiom z tego nurtu ciągot nacjonalistycznych czy zgoła „nazistowskich”. W istocie zaś, te rzekomo „populistyczne” formacje (takie jak francuski Front Narodowy, Alternatywa dla Niemiec czy austriacka FPÖ), są ruchami cywilizacjonistycznymi. Jak stwierdza w artykule „Izolowanie partii antyimigracyjnych to droga donikąd”: „Wyznają raczej europejski i zachodni światopogląd; można określić je terminem cywilizacyjnych. Po drugie, są defensywne, koncentrują się na ochronie zachodniej cywilizacji, a nie na jej niszczeniu, tak jak to robili komuniści i naziści, lub na jej przedłużaniu, jak długo próbował to robić rząd francuski. Nie dążą do podbojów, ale chcą zachować Europę w Atenach, Florencji i Amsterdamie. Po trzecie, partie te nie mogą być nazwane skrajnie prawicowymi, ponieważ oferują złożoną mieszankę prawicowości (kwestie kulturalne) i lewicowości (kwestie ekonomiczne)” (cyt. za „Euroislam.pl”). Kolejnym pozytywnym aspektem ich funkcjonowania jest stopniowe przejmowanie „populistycznych” postulatów przez dotychczasowy centroprawicowy mainstream, usiłujący w ten sposób walczyć o zachowanie wyborczego zaplecza – w ten sposób następuje przenikanie uważanych dotąd za „skrajne” poglądów do głównego nurtu.

Również w odniesieniu do naszego regionu Pipes przestrzega przed demonizowaniem Victora Orbana i jego Fideszu czy Prawa i Sprawiedliwości. Antyimigracyjną postawę rządów Polski i Węgier uznaje za w pełni racjonalną i uzasadnioną – czemu dał wyraz podczas niedawnej wizyty w Polsce. Owszem, nie podoba mu się „zamach na sądy” i tu postuluje swoisty „monitoring” PiS-u (tu daje o sobie znać typowy, zachodni paternalizm w podejściu do Europy Środkowej), lecz zasadniczo uważa, że nie dzieje się u nas nic strasznego – wbrew wrzaskom zarówno „totalnej opozycji”, jak i jej brukselskich mocodawców.

Generalnie, Daniel Pipes traktuje partie cywilizacjonistyczne jako taktycznych sojuszników w obronie europejskiej tożsamości (w debacie publicznej pojawia się również określenie „partie tożsamościowe”), gdyż „stanowią mniejsze zagrożenie niż islamiści (…) Zapewne są mniej groźne niż partie należące do establishmentu, które zezwoliły na imigrację i ignorują zagrożenia związane z islamistami.


III. Taktyczny sojusz?

Żeby nie było tak słodko, warto jednak wspomnieć coś o motywacjach Pipesa – nie ograniczają się one bowiem do altruistycznej miłości do naszego kręgu kulturowego. Prowadzone przez niego „Forum Bliskowschodnie” w swą działalność wpisane ma „promowanie amerykańskich interesów”, w te zaś nieodmiennie wpisane jest bezwarunkowe poparcie dla Izraela (zresztą, sam Pipes jest z pochodzenia Żydem). Zatem, jego sprzeciw wobec islamizmu ma również podłoże w postaci konfliktu izraelsko-arabskiego oraz troski o bezpieczeństwo europejskich Żydów. W tym kontekście jesteśmy dla niego „dobrzy” o ile pozostajemy sprzymierzeńcami w antyislamistycznej batalii – co rzuca pewne światło na intencje z jakimi przyjechał miesiąc temu do Polski. Najwyraźniej ktoś uznał, że ponawiane co jakiś czas opowieści George'a Friedmana ze „Stratforu” (amerykańskiej, prywatnej wywiadowni), jak to już wkrótce Międzymorze pod polskim kierownictwem zostanie potęgą, wymagają dodatkowego wsparcia na innym odcinku – szczególnie w obliczu niedawnego sporu z Izraelem (i USA) o nowelizację Ustawy o IPN. Polityka jednak ma to do siebie, że nie kieruje się sentymentami, lecz chłodną kalkulacją – podobnie jak Pipes traktuje „cywilizacjonizm” użytkowo, tak my możemy potraktować taktycznie jego poglądy i wpływy w USA jako formę korzystnego wsparcia – bo tu akurat nasze interesy się zazębiają.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 34 (24-30.08.2018)

Pani Wellman, do kogo ta mowa?

Pani Wellman, ideowi młodzi ludzie są. Noszą koszulki z orłem i Żołnierzami Wyklętymi. Nazywacie ich „faszystami”.

I. W obronie „zdobyczy kapitalizmu”

W obozie „totalnej opozycji” robi się coraz bardziej groteskowo. Sfrustrowani kodomici widząc na swoich wiecach wciąż te same, coraz bardziej zgrane twarze, wzięli się za sztorcowanie młodzieży, że się nie angażuje, nie walczy o demokrację i ma ich awantury głęboko w tyle. Stanowi to zresztą kolejne potwierdzenie mojej tezy, że obecna opozycja przerabia drogę prawicy z czasów, gdy ta zepchnięta była do narożnika – tyle, że tym razem historia powtarza się jako farsa. Pamiętam, że za czasów potęgi PO po „naszej” stronie też pojawiały się lamenty, że nie ma młodych, dominuje powszechna lemingoza - i, generalnie, co z nich wyrośnie, pani kochana... W tym samym czasie salonowszczyzna nasładzała się „młodymi z fejsbuka”, którzy „zabrali babci dowód”, są nowocześni, europejscy i nie działają na nich patriotyczne zrzędzenia „moherów”, które miały „wymrzeć jak dinozaury”. Pamiętamy to, prawda?

No więc, dziś karta się odwróciła i kodziarstwo w wieku okołoemerytalnym zaczyna przelewać frustracje na pokolenie swoich dzieci (a nierzadko już wnuków) wytykając im, mówiąc językiem poprzedniej epoki, społeczną alienację. W ich optyce młodzi ludzie są dłużnikami tych, którzy zafundowali im fantastyczną III RP, Unię Europejską i możliwość podróżowania na Zachód – a teraz nadszedł czas, by ów kredyt wdzięczności spłacić, najlepiej pomagając w obaleniu „Kaczora-dyktatora”. Nie tak dawno działacz KOD, niejaki Theo Nawrocki, popełnił utrzymany w tym duchu wpis na Facebooku, z którego później nabijało się pół internetu, zamieszczając coraz bardziej odjechane parodie. Wedle pana Nawrockiego życie młodzieży w Polsce to istna sielanka - „fura”, „klamoty z butiku”, własna kawalerka, zimowy snowboard w Solden i letni „adventure-camp” w Nowej Zelandii. Mówi to wiele o odrealnieniu autora oraz „bańce” towarzyskiej w jakiej się obraca – niewykluczone, że wśród tego promila polskiej populacji faktycznie podobne ekstrawagancje są dla pokolenia dwudziestoparolatków normą. A ponieważ zawdzięczają to swoim rodzicom (w co akurat nie wątpię) – więc, cytując, mają „powyłączać kompy” i „ruszyć d...y na ulice”. Dlaczego tak? Bo oczywiście złowrogi PiS zaraz im zabierze te wszystkie „zdobycze kapitalizmu”.


II. Politruk od młodzieży

W podobną poetykę weszła niedawno Dorota Wellman – najpierw przemawiając do młodzieży na owsiakowym festiwalu „Pol'and'Rock” w ramach tzw. „Akademii Sztuk Przepięknych”, a następnie powtarzając swój apel drukiem w gazetowyborczym magazynie „Wysokie Obcasy”. Najpierw jednak dygresja naświetlająca szerszy kontekst. Otóż owa „Akademia Sztuk Przepięknych” to takie młodzieżowe kursy z politgramoty, podczas których Owsiak stręczy młodemu pokoleniu w charakterze idoli kolejne skamieliny III RP - i żeby było zabawniej, przekonuje, że klaskanie ludziom z samego jądra establishmentu jest wielce kontestatorskie i buntownicze. W istocie, Owsiak urabia w ten sposób nastoletnią publikę, by zaakceptowała III RP z całym dobrodziejstwem inwentarza - w tym, z patologiczną strukturą opartą na społecznym darwinizmie i kastą „nachapanych” resortowych dzieci na szczycie piramidy dziobania. Służyć temu ma prezentowanie różnych pieszczochów systemu jako fajnych kolesi z którymi „da się pogadać”, co jako żywo przypomina PRL-owskie ustawki spod znaku „towarzysz iksiński spotyka się z młodzieżą”.

To zresztą wpisuje się w działalność Owsiaka od samego początku - już za zdychającej komuny był de facto politrukiem oddelegowanym na młodzieżowy odcinek, ze swym Towarzystwem Przyjaźni Chińskich Ręczników, niby-kontestatorskim festiwalem „Letnia Zadyma w Środku Zimy”, hasełkiem „uwolnić słonia” (gdy ludzie naprawdę ideowi gnili po więzieniach), wreszcie - próbą „oswojenia” Jarocina. A w tle nieodmiennie majaczył cień Waltera Chełstowskiego - zawodowego specjalisty od śpiewu i mas. Późniejsze mutacje - WOŚP, Przystanek Woodstock i wreszcie KOD, którego Chełstowski był jednym z inicjatorów - to wszystko są działania wg tej samej sztancy: pozorowany bunt w interesie uprzywilejowanego establishmentu. Za każdym razem chodziło o to samo – skanalizować pokoleniową kontestację i przekierunkować ją w bezpieczne dla systemu koleiny. Chcecie się buntować? - pyta Owsiak – to się buntujcie, ale przeciw klechom, rodzicom i prawicy. Od III RP i jej „autorytetów” - wara, bo ich nie lubią tylko nienawistni „faszyści”.


III. Do kogo ta mowa?

W takich to okolicznościach przyrody wystąpiła pani Wellman, wzywając – jakże by inaczej – do „buntu” przeciw pisiorom w obronie zagrożonej demokracji. Młodzież zamiast pić piwko nad Wisłą ma się „ruszyć” w obronie wolności, zanim ktoś zabierze im paszporty i internet. W „Wysokich Obcasach” zaprezentowała z kolei wizję braku „cafe latte z sojowym mlekiem” i wyłączonego Netflixa. Zaczęła przy tym wszystkim najgorzej jak się da: szantażem emocjonalnym w stylu „za moich czasów młodzi walczyli z komuną, a wy co?”. Potem było już tylko lepiej: „Teraz mamy młodych ludzi bez właściwości, bezideowych”. I wreszcie: „To jest wasz kraj i wasza ojczyzna. Nie możecie jej mieć w dupie!”.

Pomijając histeryczne diapazony (ona chyba naprawdę wierzy, że PiS wyłączy internet, zabierze paszporty i zamknie kawiarnie), uwagę zwraca podejście pani Wellman (a wcześniej cytowanego Theo Nawrockiego) do młodego pokolenia sprowadzonego do roli bezmyślnych konsumentów – jak się zdaje, jest to w środowisku „kodziarskim” powszechna opinia. Aż chciałoby się zapytać – pani Wellman, do kogo ta mowa? Do hipsterów ze „Zbawixa”? Zaręczam, że młodzi ludzie w Polsce mają zgoła inne problemy, niż dostępność sojowego latte – prekaryzacja rynku pracy skazująca na wieczną niestabilność życiową, brak mieszkania, praca za wynagrodzenie rzędu 1600 „na rękę” (w tych okolicach oscyluje od lat tzw. dominanta, czyli najczęściej wypłacana pensja), perspektywa emigracji zarobkowej i takie tam drobiazgi... Taką Polskę zafundowaliście młodemu pokoleniu, które teraz chcecie pognać na ulice w charakterze janczarów w waszej wojence o zagrożone apanaże.

Swoją drogą, jeszcze kilka lat temu środowisko pani Wellman nie mogło się wprost nachwalić młodocianej palikociarni, która pod wodzą Dominika Tarasa zorganizowała pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu „radosny Hyde Park” z krucyfiksem z puszek po piwie i ukrzyżowanym misiem. Wtedy młodzież była dobra, a teraz jest zła i jej nie zależy? Gdzie się zatem tamci młodzi podziali? Powiem Pani. Otóż oni dorośli, zderzyli się ze „szklanym sufitem”, groszową pracą na „śmieciówkach” i brakiem perspektyw - a następnie wyjechali za granicę. Ci nasto- oraz dwudziestolatkowie, do których przemawiała Pani na owsiakowym spędzie, znają takie historie ze swych rodzin i najbliższego otoczenia. Większość z nich nie pochodzi z „warszawki” lecz z prowincji – widzieli np. swych rodziców, którym godność i pracę odebrała III RP urządzona przez tych wszystkich lansowanych przez Owsiaka jako wzór dla młodzieży nachapanych beneficjentów „transformacji”.

A poza tym - kto tę „bezideową” młodzież wychował? Czy aby nie pokolenie zachwycone hasełkiem „wybierzmy przyszłość” Kwaśniewskiego? Kpiące z „kombatanctwa” działaczy pierwszej „Solidarności”? Wmawiające, że wartości się nie liczą, tylko trzeba ustawić się i zgarniać ile wlezie pod siebie? Zapatrzone w egoistyczny, neoliberalny model gospodarczy a la Balcerowicz?

A teraz pani Wellman jak gdyby nigdy nic nagle wyjeżdża z tym samym solidarnościowym „kombatanctwem”, z którego jej środowisko jeszcze tak niedawno darło łacha. Teraz nagle się okazuje, że ta stara „Solidarność” znów jest trendy - oczywiście w odpowiednio spreparowanej i zinstrumentalizowanej wersji, w której jest miejsce dla „legendarnego” Frasyniuka i innych zadowolonych z siebie architektów Okrągłego Stołu, ale po staremu nie ma miejsca dla tysięcy działaczy „S” wyrzuconych przez tę cudowną III RP na margines. Nie ma miejsca dla robotników zwalnianych z likwidowanych, bądź wykupywanych za bezcen zakładów pracy, którym na odchodne przyklejono, dla większego upodlenia, etykietkę „roszczeniowych warchołów” i „homo sovieticus”. Droga pani Wellman - ta młodzież bawiąca się na Woodstocku, to często dzieci i wnuki tych wykluczonych, tego „zaścianka” i „motłochu”, którym na co dzień tak serdecznie gardzicie. Oni widzieli na własne oczy jak wygląda ta rajska III RP - na prowincji, w umierających od beznadziei miastach gdzie zlikwidowano przemysł, w staczających się w patologię i biedę blokowiskach z których każdy kto mógł wiał gdzie pieprz rośnie – choćby na zmywak w Londynie. Latami albo nie przyjmowaliście do wiadomości ich istnienia, albo kwitowaliście, że sami są sobie winni. A teraz żądacie od ich dzieci solidarności i nawet przypomniało się wam na tę okoliczność słowo „ojczyzna”? A kim wy u diabła jesteście, żeby kogokolwiek pouczać?

Natomiast co do ideowych młodych ludzi – oni są. Noszą koszulki z orłem i Żołnierzami Wyklętymi. Nazywacie ich „faszystami”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 16 (22.08-11.09.2018)

Pod-Grzybki 136

Dorota Wellman obsobaczyła na łamach „Wysokich Obcasów”' młodych ludzi, że ruszą się w „obronie wolności” dopiero wtedy, gdy zabraknie „sojowego latte”. Piszę o tym szerzej w osobnym tekście, więc tutaj tylko małe pytanie, jako że jestem tłukiem z prowincji: co to w zasadzie jest, to całe „sojowe latte” o którym wszyscy ciągle gadają? To się wącha, wciera, czy aplikuje dożylnie?


*

A tymczasem, jak donosi na Twitterze tygodnik „Polityka”, studentki protestujące pod Sejmem żalą się na brutalność policji, bo gdy chwytały za barierki, to funkcjonariusze... głaskali je po rękach. Słowem – gwałting i molesting. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby policjanci zamiast głaskać, zaczęli je po tych rączkach szarmancko całować. No chyba, żeby głaskać i całować zaczęły policjantki – wtedy nie byłby to gwałting, tylko postępowy coming-out.


*

Tomasz „Sakiewka” Sakiewicz opublikował dramatyczny apel na temat rynku prasy. Bo to, panie, papier drożeje, dystrybucja szwankuje, nakłady spadają – a rząd z tym nic nie robi! Trzeba mieć nielichy tupet – przypomnę, że „Gazeta Polska” po Smoleńsku sprzedawała po kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy, co „Sakiewka” koncertowo zmarnował przekształcając naprawdę dobry tygodnik w biuletyn jednej z frakcji PiS-u. A teraz się żali, że mu sprzedaż leci, bo ludzie już mają po kokardy tej nachalnej propagandy i w związku z tym „GaPol” spadł ostatnio poniżej „Obłudnika Powszechnego”. Dziś jego „Zona Wolnego Słowa” kasuje za rządowe reklamy, a całkiem niedawno dostała ponad 7 baniek na „białowieski” portal „krzaki.tv” (czy jakoś tak). Ale to, jak widać, mało. Szefowi „Zony” pozostaje zatem dołączyć do rolników i zażądać interwencyjnego skupu redakcyjnych zwrotów po ustalonej z góry cenie. I wtedy będzie można pożyć, a nie jak teraz, puchnąć z głodu.


*

Ze sportu. Nasze kluby zapatrzyły się w reprezentację i kontynuują zawstydzającą passę polskiego futbolu na arenie międzynarodowej – tym razem w eliminacjach do Ligi Europy. Niedawno Legia Warszawa przegrała u siebie w żenującym stylu z półamatorami z Luksemburga (Dudelange, 1:2), wcześniej zaś przepadła w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów wyeliminowana przez jakichś ogórków ze Słowacji. Mam w związku z tym swoją teorię. Podejrzewam, że piłkarzom zwyczajnie nie chce się grać w europejskich pucharach – albowiem regularna gra w pucharach oznacza konieczność rozgrywania 2 meczów tygodniowo, co bywa dość męczące. A po co grać dwa mecze, skoro można jeden? Ponadto w pucharach jest wyższy poziom - czyli, trzeba się więcej napocić nabiegać, namęczyć, naszarpać... Na co to komu? Lepiej na samym początku dać w kwalifikacjach ciała i mieć spokój, a na koniec sezonu cieszyć się z „majstra”.


*

Ale, żeby nie było tak smutno, przyszedł telegram z lekkoatletycznych Mistrzostw Europy w Berlinie: „Sukces. Stop. Siedem złotych medali. Stop. Drugie miejsce w klasyfikacji generalnej. Stop. Kibice się cieszą. Stop. Janda w żałobie. Stop”.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 16 (22.08-11.09.2018)

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Banki, zamiast wycofać się z ryzykownego „towaru” (jak przystałoby na instytucje zaufania publicznego), w najlepsze wciskały go rzeszom niedoinformowanych klientów.

Najwyższa Izba Kontroli opublikowała raport dotyczący skuteczności ochrony konsumentów w kwestii tzw. kredytów frankowych w latach 2005-2017. Wyniki są miażdżące – zarówno dla banków, jak i dla organów państwa. Przykładowo, praktyki banków zostały określone jako „niewłaściwe” i „nieuczciwe”. Dobrze, że zostało to napisane czarno na białym – dzięki temu otrzymaliśmy bowiem oficjalne potwierdzenie, że banki z premedytacją działały na niekorzyść klientów. Paleta nieczystych chwytów obejmowała np. niedozwolone postanowienia umowne pozwalające bankom kształtować kurs waluty czy oprocentowanie na kompletnie nieprzejrzystych dla kredytobiorców zasadach; podobnie rzecz się miała z ubezpieczeniami niskiego wkładu własnego „na warunkach które nie były znane kredytobiorcy w momencie zawierania umowy kredytu”. Warto również dodać przerzucenie całości ryzyka kursowego na klienta.

W efekcie, jak podkreśla NIK, „banki uzyskały korzyści, wynikające ze stosowania niedozwolonych postanowień umownych. Jednocześnie, z nielicznymi wyjątkami, nie poniosły kar pieniężnych z tego tytułu, a ciężar i ryzyka związane z odzyskaniem tych kwot został przeniesiony na kredytobiorców”. Co więcej, nawet w przypadku interwencji organów państwa skutkiem było na ogół zaprzestanie „stosowania danej praktyki przez bank w przyszłości, a tylko w niewielkim stopniu usunięcie skutków tych praktyk, wynikających z dotychczasowej realizacji umów, choć w ich wyniku banki uzyskały nienależne korzyści kosztem konsumentów”. I znów – dobrze, że padło stwierdzenie o „nienależnych korzyściach” osiąganych kosztem klientów. Ogólnie rzecz biorąc, otrzymujemy obraz szalbierczego procederu, którego ofiarą padło blisko milion polskich rodzin, a łączna wartość łże-kredytów wynosiła w szczytowym momencie (2011 r.) ok. 200 mld. zł (obecnie jest to 135 mld.).

Na tym tle państwo wykazało zadziwiającą bezradność. Jak podnosi NIK, organy typu UOKiK czy KNF z różnych względów działały opieszale i mało skutecznie. Uwagę zwraca również trwająca latami sytuacja, gdy instytucje publiczne miały w znacznej mierze związane ręce wskutek ograniczenia ich ustawowych kompetencji. Np. prezes UOKiK dopiero w 2016 r. został wyposażony w możliwość ochrony konsumentów na drodze administracyjnej, zamiast przewlekłej ścieżki sądowej. Pozytywnie ocenione zostało powołanie Rzecznika Finansowego, lecz – i tu znów kamyczek do bankierskiego ogródka – jego bezpośrednie interwencje okazywały się mało skuteczne „z uwagi na postawę banków”. Rzecznikowi pozostawało więc wspieranie frankowiczów za pomocą tzw. istotnych poglądów formułowanych na użytek procesów sądowych. Jeżeli dodać do tego fakt, że stosowne instytucje publiczne nie wykorzystywały w pełni nawet tych uprawnień, jakimi dysponowały, rysuje się nam wyraźna dysproporcja sił między państwem a sektorem bankowym. Jak np. wytłumaczyć, że rekomendacja „S” KNF zalecała bankom przedstawianie symulacji rat kredytu do granicy zaledwie 20 proc. osłabienia się złotego względem franka? Jakim cudem zakładano, że na przestrzeni 30 lat nie dojdzie do poważniejszych zawirowań? Wystarczy sobie porównać kurs szwajcarskiej waluty z okresu największego boomu niby-kredytów frankowych (a w istocie, zawsze będę to powtarzał, produktów spekulacyjnych wysokiego ryzyka) i obecny, by uświadomić sobie księżycowość takiego założenia.

Jak konkluduje NIK, saldo nieuczciwych praktyk banków i zaniechań ze strony państwa jest takie, że obecnie nie bardzo wiadomo, co z tym fantem zrobić, gdyż „wyeliminowanie ryzyk (…) wiązałoby się z poniesieniem znaczących kosztów przez banki lub zadłużonych obywateli”. We wnioskach końcowych formułuje jednak pewne zalecenia, takie jak ustawowe uniemożliwienie bankom czerpania zysków z klauzul abuzywnych, rozłożenie ryzyka kursowego między obie strony, wzmocnienie pozycji KNF czy chociażby zwiększenie osobistej odpowiedzialności szefostwa instytucji finansowych za naruszenie przepisów z zakresu ochrony konsumentów.

W kontekście powyższego na kiepski dowcip zakrawają wypowiedzi przedstawicieli sektora o „politycznych naciskach” na KNF czy NBP, by nie ograniczać udzielania kredytów frankowych. Ale, jak rozumiem, ci źli politycy nie kazali na siłę bankom oferować toksycznego produktu? Tymczasem banki, zamiast wycofać się z ryzykownego „towaru” (jak przystałoby na instytucje zaufania publicznego), w najlepsze wciskały go rzeszom niedoinformowanych klientów. Wysłały tym samym sygnał – jesteśmy jacy jesteśmy i trzeba dopiero ustawowego bata, żebyśmy przestali nabijać ludzi w butelkę. Co więcej, dziś politycy są równie „niedobrzy” - np. postulując przewalutowanie kredytów po kursie sprawiedliwym (vide - prezydencki projekt ustawy), zmuszając tym samym banki do wzięcia na siebie części ryzyka. Cóż, tzw. „ustawa frankowa” ma ujrzeć światło dzienne jesienią – zobaczymy, czy rządzący wyciągną z raportu NIK wnioski, czy też po staremu okaże się, że bankom, broń Boże, nie można nastąpić na odcisk.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 33-34 (24.08-06.09.2018)

niedziela, 19 sierpnia 2018

Pełzające rozbicie dzielnicowe

Adamowicz rugając polskie władze, a następnie wspaniałomyślnie pozwalając im na udział w uroczystościach, pokazał, że zaproszenie kogokolwiek zależy wyłącznie od jego humoru i dobrej woli.

I. „Danzig” Adamowicza

Prezydent Gdańska, Paweł Adamowicz, w ramach wojenki z PiS odmówił zaproszenia na uroczystości 1 Września na Westerplatte przedstawicieli Wojska Polskiego. Ostatecznie łaskawie zmienił decyzję i wojsko będzie, ale sam fakt, że doszło do takiej sytuacji jest tyleż skandaliczny, co znaczący. Pomyślmy tylko: 79. rocznica rozpętania przez Niemcy ludobójczej wojny, miejsce w którym doszło do pierwszych starć zbrojnych, placówka bohatersko broniona przez polskich żołnierzy przelewających krew w obronie ojczyzny i odpierających ataki przeważających sił wroga – i zabrakłoby reprezentantów Polskich Sił Zbrojnych, by oddać hołd poległym. To kto tam miałby się zjawić? Urzędasy z ratusza? Bundeswehra? Grupa rekonstrukcyjna imitująca załogę ze zdradzieckiego pancernika Schleswig-Holstein? To nasuwa mi wspomnienie z obchodów w 2009 r. kiedy to zawitali na Westerplatte Angela Merkel i Władimir Putin, a rozentuzjazmowana tymi splendorami panienka z TVN24 palnęła, że europejscy przywódcy przybyli, by ŚWIĘTOWAĆ rocznicę wybuchu II Wojny Światowej. Cóż, z punktu widzenia Niemiec i Rosji faktycznie był to powód do świętowania IV rozbioru Polski we wrześniu 1939 r. To ich wspólny sukces.

Zresztą, dla prezydenta Adamowicza takie podejście nie musiało być wcale obce, albowiem zgadzając się na zaproszenie wojska (po zdecydowanej interwencji ministra Błaszczaka) zdążył niemal na jednym oddechu oskarżyć szefa MON, iż ten chce „wzniecać niesnaski” i „wykopać rów pomiędzy Polakami i Niemcami”. Jak rozumiem, uznał iż Niemcy mogliby potraktować obecność polskich żołnierzy w Wolnym Mieście Gdańsku jako zbrojną prowokację? To wpisywałoby się w dotychczasową politykę Pawła Adamowicza, nadskakującego niemieckiemu „partnerowi” - choćby za pomocą przedziwnej polityki historycznej w ramach której Gdańsk (czy może - „Danzig”?) widział już tramwaj w przedwojennych barwach Wolnego Miasta (de facto – ówczesnego niemieckiego protektoratu, w którym systematycznie prześladowano Polaków, a bojówki NSDAP urządzały antypolskie rozruchy), napis „Postamt” na historycznym budynku Poczty Polskiej, Rondo Graniczne Wolnego Miasta Gdańsk (wraz z historycznym kamieniem granicznym oddanym na tę okazję przez Muzeum Historii Gdańska), a nawet... osiedle „Wolne Miasto”. I proszę mi nie mówić, że to ostatnie jest skutkiem niefortunnej inwencji twórczej prywatnego developera, bo władze miasta mają tysiąc sposobów, by wpłynąć na zmianę nazwy – potrzeba tylko woli politycznej, a tej najwyraźniej zabrakło. Z jakiegoś powodu akurat ta część ponad tysiącletniej historii Gdańska jest jego włodarzom nader miła.


II. Samorządowa magnateria

Na awanturę wokół obecności polskich żołnierzy na Westerplatte warto spojrzeć w szerszym kontekście. Otóż, od czasu reformy samorządowej Jerzego Buzka z 1999 r. obserwujemy proces pełzającego rozbicia dzielnicowego. Już wówczas ostrzegano, że nadmierna decentralizacja może skutkować w przyszłości „landyzacją” Polski. W praktyce, najlepiej widać tę tendencję na przykładzie dużych metropolii, gdzie niejednokrotnie rządzą od szeregu kadencji te same osoby i wspierające ich siły polityczne, które zaczęły traktować swe miasta jako udzielne księstwa. To, że Adamowiczowi w ogóle przyszło do głowy, że Westerplatte jest częścią jego prywatnego folwarku i może sobie po uważaniu dobierać gości na oficjalne, państwowe obchody, nie jest przypadkiem. To była demonstracja i próba sił. Wyobraźmy sobie, że pan „gospodarz” jednak idzie w zaparte i nie zaprasza przedstawicieli MON czy armii – co wówczas miałby zrobić rząd? Zająć Westerplatte zbrojnie? Odpuścić i pokazać tym samym słabość centralnego ośrodka władzy? Adamowicz rugając polskie władze, a następnie wspaniałomyślnie pozwalając im na udział w uroczystościach, pokazał, że zaproszenie kogokolwiek zależy wyłącznie od jego humoru i dobrej woli. Póki co, mamy do czynienia ze sporem wokół spraw symbolicznych – ale po pierwsze, owe symbole są również ważne dla spoistości polskiego państwa; po drugie – w warunkach zaostrzającej się walki politycznej każdy tego typu przypadek stanowi niebezpieczny precedens i jest w istocie wypowiedzeniem lojalności legalnie wybranej władzy. Przypomina to jako żywo sobiepaństwo magnackich „królewiąt” z czasów upadku I Rzeczypospolitej.

„Totalna opozycja” czuje, niczym targowiczanie po uchwaleniu Konstytucji 3 Maja, że grunt usuwa się jej spod nóg, a samorządy są jej ostatnim, liczącym się bastionem – stąd też walka idzie na rympał, przybierając wręcz niekiedy znamiona rokoszu. Jaskrawym przykładem jest chociażby kwestia dekomunizacji przestrzeni publicznej – poszczególne samorządy otwarcie sabotują zmiany nazw ulic (znajdując tu sprzymierzeńca w postaci zrewoltowanych sądów), demonstrując tym samym swą autonomię wobec władzy.

Spójrzmy zresztą na samą stolicę – trzeba było ustawowej ekwilibrystyki, by postawić wreszcie pomnik upamiętniający Tragedię Smoleńską, przy otwartym sprzeciwie Hanny Gronkiewicz-Waltz i warszawskiego ratusza. Przygotowania do wielkiej defilady w rocznicę Bitwy Warszawskiej 1920 r. (będącej jednocześnie Świętem Wojska Polskiego) odbywają się w atmosferze pomstowań na „blokowanie miasta” i „niszczenie Wisłostrady”. Prezydent miasta stołecznego ostentacyjnie ignoruje wezwania do stawienia się przed komisją reprywatyzacyjną, natomiast w momencie gdy piszę te słowa, warszawscy urzędnicy starają się nie dopuścić do zbadania przez posłów na Sejm RP (Robert Winnicki, Tomasz Rzymkowski i Bartosz Jóźwiak) dokumentów odnoszących się do okoliczności rozwiązania Marszu Powstania Warszawskiego. Samo rozwiązanie nosiło cechy ewidentnej prowokacji obliczonej na wywołanie zamieszek – niczym podczas Marszy Niepodległości za rządów PO. W ten sposób samorządowi „królewięta” usiłują rozhuśtać sytuację wewnętrzną w kraju.

Inny przykład, z Wrocławia. W 2013 r. na Uniwersytecie Wrocławskim odbył się wykład prof. Zygmunta Baumana (były major KBW i agent Informacji Wojskowej, ps. „Semjon”), będący częścią – uwaga – obchodów rocznicy powstania niemieckiej socjaldemokracji i zorganizowany przez powiązaną z niemiecką SPD Fundację Friedricha Eberta, przy współudziale niemieckiego konsulatu i z błogosławieństwem prezydenta Rafała Dutkiewicza. Protestowali narodowcy, na których rektor nasłał policję, łamiąc autonomię własnej uczelni – jak zeznał później na procesie, zrobił to na „prośbę” niemieckiego konsula. Pełnego wsparcia udzielił mu wspomniany prezydent Dutkiewicz grzmiąc: „Nie będę tolerował nacjonalistycznej hołoty w moim mieście”. Mamy tu wręcz zręby kształtowania autonomicznej polityki zagranicznej przez lokalne „książątko”. Tenże Dutkiewicz w wywiadzie dla „Onetu” nazwał obecność 100 tys. Ukraińców w obrębie wrocławskiej aglomeracji „błogosławionym zjawiskiem” i „lekarstwem na polską ksenofobię” - niedwuznacznie aspirując do kształtowania polityki narodowościowej na „swoim” terenie. Podobnie zresztą Adamowicz, demonstracyjnie zapraszający do Gdańska muzułmańskich nachodźców wbrew oficjalnej linii politycznej rządu. Dodajmy jeszcze prezydenta Słupska, Roberta Biedronia, który w szczycie sporu na linii Warszawa-Bruksela zaapelował, by Unia Europejska przekazywała fundusze bezpośrednio samorządom.


III. Powstrzymać „regionalizację”

Opisane tu zjawisko jest potencjalnie bardzo niebezpieczne – szczególnie w odniesieniu do tzw. Ziem Zachodnich, których największe ośrodki ciążą kulturowo i politycznie ku Niemcom (a „regionalizacji” otwarcie sprzyja także Bruksela). Niestety, prezydent Duda zawetował ustawę o Regionalnych Izbach Obrachunkowych, która dawała rządowi do ręki prawdziwe, bo finansowe, narzędzie kontroli nad udzielnymi księstwami w jakie zamieniają się poszczególne jednostki terytorialne. Tymczasem należy jak najprędzej przywrócić realny nadzór nad samorządami, inaczej za kilka-, kilkanaście lat zobaczymy jak Polska rozpada się niczym rozszarpywany przez lokalnych kacyków postaw czerwonego sukna.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 33 (17-23.08.2018)