sobota, 7 listopada 2015

Islandia nie odpuszcza banksterom

Finansowi potentaci przywykli do nietykalności i nie chcą, by w ich obecności wspominano o sznurze.

Islandia po wybuchu kryzysu w 2008 roku, spowodowanym nieodpowiedzialną polityką inwestycyjną największych banków, zasłynęła bezkompromisowym podejściem do kwestii „ratowania” niewypłacalnych instytucji finansowych. O ile w Stanach Zjednoczonych i krajach Unii Europejskiej hołdowano hasłu „zbyt wielki, by upaść”, co w praktyce przekładało się na nacjonalizowanie strat i przerzucanie ich na podatnika, połączone z „zasypywaniem” kryzysu miliardami drukowanych w stachanowskim tempie dolarów i euro, o tyle rząd Islandii pod presją obywateli, którzy wyszli na ulice odmawiając spłaty bankowych zobowiązań, pozwolił swoim bankom na upadłość, następnie zaś objął je zarządem komisarycznym (Glitnir, Kaupthing i Landsbankinn). Uczynił tak, dodajmy, wbrew naciskom światowej finansjery i obcych stolic oraz wprowadził restrykcyjną kontrolę kapitałową, interweniując dodatkowo na rynku kredytów hipotecznych i odmawiając wdrożenia zamrażającej gospodarkę polityki zaciskania pasa – na przekór obowiązującym dogmatom lansowanym wówczas przez MFW (ta instytucja zaczęła zmieniać zdanie dopiero pod wpływem sukcesów węgierskiej „orbanomiki”). W efekcie, Islandia stosunkowo szybko powróciła na drogę wzrostu gospodarczego.

Ale to nie wszystko. Otóż Islandia poważyła się na bezprecedensowy krok: zaczęła wsadzać swoich banksterów za kratki. Porównajmy to sobie choćby z USA, gdzie skazano jedynie Bernarda Madoffa za stworzenie piramidy finansowej, natomiast szefowie takiego Lehman Brothers od którego bankructwa zaczęło się globalne domino, mają się świetnie. Richard Fuld, prezes Lehman Brothers, cały czas działa w świecie finansów, prezes AIG Martin Sullivan odpowiedzialny za proceder ubezpieczania ryzykownych kredytów hipotecznych w wyniku czego firmę musiała ratować od upadłości dotacja publiczna w wys. 85 mld USD odszedł z roczną pensją 28 mln USD plus kolejne 15 mln odprawy, Rick Wagoner, który doprowadził do bankructwa General Motors cieszy się wolnością i zgromadzonym majątkiem, James Cayne, szef Bear Stearns, który „utopił” spółkę w toksycznych aktywach hipotecznych (przejął ją za bezcen JP Morgan), sprzedał swe udziały za 61 mln USD po czym przeszedł na emeryturę – i tak dalej.

Na tym tle Islandia prezentuje się wyjątkowo. Od 2012 roku skazano na kary od kilku miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności już 26 prominentnych bankierów. Najwyższa kara za przestępstwa finansowe wynosi na Islandii 6 lat, lecz tamtejszy Sąd Najwyższy rozważa podniesienie górnej granicy „widełek”. Łącznie wydane dotychczas wyroki opiewają na 74 lata odsiadki i zapewne nie jest to ostatnie słowo. Ciekawie przedstawia się tutaj kalendarium podane przez „Iceland Magazine”. Spójrzmy na niektóre z orzeczeń: 2012 - Baldur Gudlaugsson, sekretarz Ministerstwa Finansów – 2, 5 roku więzienia, Ragnar Z. Gudjonsson – dyrektor generalny „Byr, a Savings and Loan” - 4,5 roku, Jon Porsteinn Jonsson – prezes BYR – 4,5 roku; 2013 - Styrmir Por Bragason – dyrektor generalny MP Bank – 1 rok więzienia, Fridfinnur Ragnar Sigurdsson - dyrektor ds. rynków międzybankowych w Glitnir - 15 miesięcy; 2014 - Lydur Agustsson – prezes funduszu inwestycyjnego Exitia, jednego z głównych udziałowców Kaupthing – 9 miesięcy, Birkir Kristinsson – menedżer private banking w Glitnir - 5 lat, Johannes Baldursson – dyrektor rynków kapitałowych w Glitnir – 5 lat, Magnus Arnar Arngrímsson – dyrektor zarządzający ds. finansów korporacyjnych w Glitnir – 5 lat; Elmar Svavarsson – makler giełdowy w Glitnir – 4 lata...

Przejdźmy do ostatnich wyroków, w październiku 2015 dołączyło bowiem do więziennej kolekcji sześciu następnych bankowych prominentów: Sigurjon P. Arnason – dyrektor generalny Landsbankinn – 3 lata odsiadki, Elín Sigfusdottir – dyrektor ds kredytów dla przedsiębiorstw – 1,5 roku, Steinpor Gunnarsson – szef maklerów – 9 miesięcy, Hreidar Mar Sigurdsson – dyrektor generalny Kaupthing – 6 miesięcy, Magnus Gudmundsson – dyrektor generalny Kaupthing Luxemburg – 1,5 roku, Skuli Porvaldsson – inwestor Kaupthing – 6 miesięcy.

Wśród zarzutów znajdziemy m.in.: naruszenie obowiązku powierniczego, oszukańcze pożyczki, pranie pieniędzy, wprowadzanie w błąd władz i rynków finansowych, wykorzystywanie zastrzeżonych informacji do spekulacji akcjami, sprzeniewierzenie funduszy, manipulacje kursami... Uff, Islandczycy ostro sprzątają i dają zarazem przykład innym – pytanie, czy ci „inni” zechcą z owej lekcji skorzystać, a może wkrótce być okazja, bo na horyzoncie mamy kolejną falę załamania gospodarczego. Tymczasem bezkarność mogła jedynie umocnić bansterskie „święte krowy” w przekonaniu, iż w razie wpadki czeka ich miękkie lądowanie na workach z publicznymi pieniędzmi – więc nadal ryzykują. Zmienić ten stan rzeczy może jedynie masowy wybuch społeczny, jak stało się to na Islandii. I zapewne dlatego o banksterskich procesach napomyka się jedynie półgębkiem. Finansowi potentaci przywykli do nietykalności i nie chcą, by w ich obecności wspominano o sznurze.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2716-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 44 (30.10-05.11.2015)

25 października roku pamiętnego

Zgodnie z przepowiednią czcigodnego cadyka Adama Ozajasowicza Szechtera, nastąpi teraz w Polin putinizm, orbanizm i powszechny onanizm.

Proszę Państwa, przyszło mi oznajmić tragiczną nowinę. Oto 25 października 2015 roku skończyła się w Polsce demokracja, nastała zaś jesień średniowiecza. Zgodnie z przepowiednią czcigodnego cadyka Adama Ozajasowicza Szechtera, nastąpi teraz w Polin putinizm, orbanizm i powszechny onanizm - jako że Polacy postanowili zrobić sobie dobrze, choć nikt im na to nie pozwolił i mieli surowo przykazane trzymać ręce na kołderkach. Do chwili ostatniej wypróbowani towarzysze z zaprzyjaźnionych cajtungów przestrzegali nadwiślańskich Irokezów, że głosowanie na prawicę stanie się przyczyną rozlicznych zgryzot, co otwartym tekstem stwierdził korespondent sojuszniczej stacji ARD, wyrażając nadzieję, iż Polacy „nie są aż tacy głupi”. Tenże bohaterski dziennikarz powodowany braterskim internacjonalizmem życzliwie przestrzegał, że Polacy „gorzko będą tego żałować”. Na nic się zdały łagodne napomnienia, choć pod rządami Platformy Jaśnie Obywatelskiej życie stało się - jak mawiał wielki klasyk demokracji Józef Stalin - „lepsze i weselsze”. Jednak krnąbrni Irokezi nie chcieli się ucywilizować. Zainfekowani tzw. „małym masturbatorem intelektu” ogłosili, iż „rewolucja nie ma racji bez powszechnej masturbacji”, z mroczną premedytacją ignorując wskazania tych, którym winni są posłuszeństwo we własnym, dobrze rozumianym interesie.

A wszak w pożyciu międzynarodowym i wewnątrzspołecznym nie chodzi o to, by samowolnie dążyć do osiągnięcia egoistycznego dobrostanu. Liczy się dobro całej wspólnoty międzynarodowej ucieleśnianej przez przodujące kraje oraz ich emanacje w postaci naprężonych w kierunku nieustającej demokratyzacji organów Unii Europejskiej. Tylko one na obecnym etapie rozwoju mają prawo do ejakulacji. A za ich sprawą – my, tutaj. Nasze zaspokojenie jest zaspokojeniem społeczeństwa – co wynika z obiektywnych prawideł dziejów. Na to powinny pracować wszystkie części składowe europejskiego oraz tenkrajowego organizmu, czekając cierpliwie na swoją kolej, albowiem nie od razu Brukselę zbudowano. Powiedzmy sobie szczerze – owo dobro zostało narażone na szwank i wystawione tyłem do wiatru dziejów. Kto skorzysta z tego odsłoniętego, że tak powiem, zatylnia, by wrazić weń rozżarzony pręt kontrrewolucji? Ufam, iż odpowiecie sobie na to sami. Wrogów nie trzeba wskazywać nieubłaganym palcem – wrogowie bezwstydnie ujawniają się w całym swym ohydnym zezwierzęceniu. Ich faszystowskie sumienia są czarne jak noc i smrodliwe niczym zawartość nocnika. Wiecie czym to smakuje – w końcu nie raz budziliście się w nocy sięgając po to naczynie w nadziei, iż jest to kanka zawierająca ożywczy sok z ogórków. Trzeba powiedzieć sobie jasno – nie zaspokoiliśmy dziś pragnienia sokiem z ogórków, zawierającym liczne komy witaminy C – dziś dostaliśmy to drugie.

Ale należy również wejrzeć w nasze własne dusze i zadać sobie szczere pytanie – czy uczyniliśmy wszystko co w naszej mocy, by powstrzymać falę nienawiści? Czy Pani Premier faktycznie zatrudniła stu hejterów, jak nam wszystkim publicznie obiecywała, by odeprzeć internetową nawałę? Dlaczego w kampanii wyborczej zniknął tak bardzo ceniony ze swych polemicznych przymiotów poseł Stefan Niesiołowski? Skąd wziął się – nie bójmy się tego słowa – defetyzm? Konsumpcja białej kiełbasy i wywąchiwanie kotlecików w pendolino nie zastąpi nam Polski! A Polskę właśnie nam zabrano, niczym miskę strawy sprzed złaknionych ust konsumenta. Któż teraz będzie się z niej niegodnie pożywiał, siorbiąc i mlaskając z ukontentowania? Faszystowskie świnie będą spożerały naszą strawę – ot, co! Tak się stanie i my do tego dopuściliśmy. Nie oszukujmy się – nasi wypróbowani sprzymierzeńcy nie załatwią nam wszystkim tłustych rosołów w Brukseli. Nie każdy z nas jest Donaldem obdarzonym szczególnymi łaskami Matki Anieli. Musimy przeformować szyki, bo gdy ON powróci za łaskawą zgodą naszej Patronki, wówczas spyta - „gdzie jest moje wojsko?”. I słuszna będzie jego racja.

A wszak raptem kilka miesięcy temu postulowałem na tych łamach, by stworzyć zorganizowaną grupę o charakterze zbrojnym – brutalną, acz nieuniknioną awangardę postępu – i za jej sprawą przejąć władzę w tym kraju, nieodwracalnie kierując go na jedynie właściwą drogę, bez zbędnych rozstajów, przy godziwej gratyfikacji dla nas samych, jaka słusznie należy się ludziom dobrej roboty. Ogary rżały, a konie szły w las... Lecz był to głos wołającego w taraban i bijącego na puszczy. Zatem teraz proponuję wam inną taktykę. Przyczajmy się i skupmy szeregi. Niełatwe jest dzieło odnowy. Będzie chłodno. Będzie głodno. Niejeden z nas będzie musiał sobie radzić za sześć tysięcy złotych miesięcznie. Partyzantka to nie są kolorowe kredki, tyle wam powiem. Wynieście więc wszystko, co nie jest przykręcone do podłogi. Dał nam przykład Bronisław jak to się robi. Palcie akta i wyczekujcie wiatru przemian. Póki co – orientujcie się na Grzegorza. Przekazuje więc Wam nowe wieści – na Wrocław, na Wrocław!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2716-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 44 (30.10-05.11.2015)

Prawica – lewica: dialog i wojna

Lepiej na zmianę toczyć rozmowę i bić się o Polskę z taką lewicą, jak „Razem”, niż z oślizgłymi kanaliami pokroju Millera i Palikota.

I. Prawicowa lewica kontra lewicowa prawica

Korzystając z okresu wyborczego „zawieszenia”, postanowiłem się zapuścić w rejony nawiedzane do tej pory przeze mnie jedynie sporadycznie i marginalnie, a pretekstu do tego dostarczyło medialne wzmożenie wokół Adriana Zandberga i partii „Razem”. Do niedawna można było sądzić, że na partie czyste ideowo nie ma w Polsce zapotrzebowania. Działo się tak w znacznej mierze dlatego, że ich programy rozparcelowały między siebie dwie główne siły polityczne – Platforma i PiS. Prawo i Sprawiedliwość przejęło od lewicy sferę postulatów socjalnych, Platforma zaś warstwę obyczajową. Podobnie stało się z programem konserwatywno-liberalnej prawicy (przyjmijmy, że czym dla lewicy jest obecnie „Razem”, tym dla prawicy są kolejne projekty Korwin-Mikkego): Platforma sięgnęła po retorykę liberalizmu gospodarczego, PiS natomiast – po światopoglądowy konserwatyzm. Oczywiście, oba ugrupowania przejmując zarówno prawicową, jak i lewicową agendę przystosowały ją do swych potrzeb, nadając jej łagodniejszą formę, tak by była strawna dla szerokiego odbiorcy. Niemniej, mamy dwie „prawicowo-lewicowe” partie zagospodarowujące w ten sposób gros przestrzeni politycznej. Nie muszę chyba dodawać, że osobiście bardziej pasuje mi „mix” pisowski.

Ostatnio jednak coś się zmieniło. Rozczarowanie efektami transformacji oraz patologizacja życia publicznego sprawiły, iż powiększyły się szeregi „wkurzonych” - i to pomimo wentylu bezpieczeństwa w postaci masowej emigracji zarobkowej. Wzrosło zapotrzebowanie na treści wyraziste, wręcz radykalne i sądzę, że otwiera to szansę przed niszowymi do tej pory ugrupowaniami – tak z prawicy, jak i z lewicy, choć tutaj zajmę się przede wszystkim tą drugą.

II. Nowa jakość

Do tej pory mieliśmy w Polsce dwie lewice. Pierwsza z nich, to lewica eseldowska, postkomunistyczno-kawiorowa, zblatowana z wyrosłym na bazie PRL-owskich służb oligarchiczno-mafijnym biznesem i kumulująca w sobie wszystkie systemowe patologie III RP. Druga, to lewica kawiarniana, konsumująca krajowe i zagraniczne granty, zafiksowana na wdrażaniu kolejnych cywilizacyjnych szaleństw, lecz w gruncie rzeczy hermetyczna, skupiona na wewnętrznych rozważaniach o różnicach między przodkiem a tyłkiem. Lewicę społeczną, liberalną światopoglądowo acz bez fanatyzmu, próbowano urzeczywistnić w projekcie Unii Pracy, lecz ta szybko bądź została zwasalizowana przez SLD, bądź zawędrowała w inne rejony. Pouczające są losy dwóch liderów tej formacji – Tomasz Nałęcz wylądował ostatecznie jako przy... hm, powiedzmy, że przyboczny Komorowskiego, natomiast Ryszard Bugaj odnalazł się jako doradca prezydenta Lecha Kaczyńskiego, obecnie zaś nadal orbituje w okolicach PiS. Uosabia on zresztą taką lewicę, jaką chciałbym widzieć na naszym „rynku” w szerszej formule – wrażliwą społecznie, lecz zarazem umiarkowaną, stroniącą od dążenia do rozwalenia podstaw naszej cywilizacji, no i przede wszystkim – nastawioną patriotycznie, pro-polsko. Jednak takich współczesnych „pepeesowców” ze świecą szukać.

Na zarysowanym tu tle, partia „Razem” wyrasta na nową jakość. Przyznam się, że początkowo sądziłem, iż jest to kolejna mutacja odrealnionej „loony left” („kopniętej lewicy”) pokroju Zielonych, czy co bardziej odjechanych przedstawicieli środowiska „Krytyki Politycznej” i nie zawracałem sobie nimi głowy. Okazało się jednak, że jest inaczej. Partia ta wyrosła w znacznej mierze ze stowarzyszenia „Młodzi Socjaliści”, które wyłoniło się z kolei z dawnej młodzieżówki Unii Pracy. Zdaje się być impregnowana na postkomunistyczne miazmaty - głównie za sprawą jej obecnego, nieformalnego lidera (partia ma kolegialny, 9-cioosobowy zarząd, bez przewodniczącego), czyli Adriana Zandberga o którym zrobiło się tak głośno po ostatniej przedwyborczej debacie. Może odgrywa tu jakąś rolę uraz z dzieciństwa? Rodzina Zandberga, która wyemigrowała w 1967 r. do Danii, powróciła do Polski w drugiej połowie lat '80. Wyobrażam sobie, że zderzenie z realiami gnijącej komuny późnego Jaruzela musiało być dla kilkuletniego Adriana (rocznik 1979) niemałym szokiem... Drugim zjawiskiem, od którego „Razem” się odcina jest tzw. „lewacki folk” - czyli wspomniana już ekstremistyczna, wyobcowana społecznie „kopnięta lewica”. Sam Zandberg w ciekawym wywiadzie dla „Krytyki Politycznej” określa to tak: „świr, który przychodzi na pikietę w sprawie wyrzuconych z pracy szwaczek przystrojony w sztandar z sierpem i młotem – i nie rozumie, dlaczego szwaczki od niego uciekają. (…) dla niego sierp i młot to styl życia, a szwaczki w gruncie rzeczy niespecjalnie go interesują”, podkreślając zarazem konieczność wyjścia poza „bańkę aktywistów, którzy od lat rozmawiają wyłącznie sami ze sobą”.

III. Przestrzeń dialogu

Rzecz jasna, nie miejmy złudzeń – to są marksiści, z całym ideowym dobrodziejstwem inwentarza, nie na darmo „Młodzi Socjaliści” (trzon obecnej „Razem”) sponsorowani byli przez afiliowaną przy niemieckiej partii „Die Linke” Fundację Róży Luksemburg. Jednak gdy zejdziemy na poziom konkretów okaże się, że ich postulaty mają zaskakująco wiele wspólnego z tym, co głosi „okołopisowska” prawica, choć jej pro-socjalne korzenie wyrastają z chrześcijańskiej demokracji. Gdy Zandberg mówi o prekaryzacji, umowach śmieciowych, niepewności jutra dotykającej rzesze pracowników najemnych, braku mieszkań, wszechwładzy koncernów, znikomym w porównaniu z innymi krajami udziale wynagrodzeń w PKB, to są to poglądy bliskie retoryce Beaty Szydło, czy temu co można przeczytać chociażby w tekstach publikującego w „Gazecie Polskiej” Krzysztofa Wołodźki, Zbigniewa Kuźmiuka, bądź na łamach internetowego czasopisma „Nowa Konfederacja”. Zresztą, sam publikowałem w „Polsce Niepodległej” artykuły o podobnej wymowie (np. „Dekolonizacja Polski”, „Niewolnicy Europy”) i z tego co mi wiadomo, na szczęście nie zostałem zaliczony do lewaków – a to z tego powodu, że wszystkie wymienione tu problemy są obiektywnie istniejącym elementem naszej rzeczywistości. Środowiska narodowe, jeśli czasem wyjdą zza wiecowych transparentów w sferę problematyki społecznej i gospodarczej, również na ogół podnoszą powyższe kwestie w podobnym duchu.

Tutaj mała dygresja – otóż Adrian Zandberg nie podziela lewackiego uczulenia na narodowców, które każe widzieć w nich jedynie „faszystów”. W przytoczonym wywiadzie dla „KP”, w kontekście „odruchu patriotycznego” młodego pokolenia, mówi: „Akurat to ostatnie jest szczepionką na postawę przez lata popularną na polskiej nie-prawicy: religijny kult Europy, bezkrytyczne patrzenie na to, co się dzieje w centrum, z pozycji zawstydzonych półperyferii. Demokratycznej, egalitarnej Polski nikt nie przyśle pocztą dyplomatyczną z Brukseli, musimy ją zbudować sami”, zaś w narodowcach widzi coś na kształt współczesnego proletariatu upominającego się o swoje prawa: „Ale trzeba zrozumieć, skąd bierze się ten ogień. On zwykle nie bierze się z ksenofobii, ze zwierzęcej nienawiści, tylko z mającego realne, ekonomiczne przyczyny gniewu, z poszukiwania wspólnoty, z pragnienia elementarnej kontroli nad światem wokół siebie. To przecież nie jest zła informacja dla lewicy. Po prostu musimy zawalczyć o dusze tych ludzi, pokazać im wiarygodną alternatywę, odwojować ich – a nie odwracać się z estetycznym wstrętem”.

Cóż, może owe ambicje odwojowania przez neo-marksistów patriotycznej młodzieży nie są tym, czego akurat bym „Razem” życzył, niemniej jednak nie da się ukryć, iż biorąc pod uwagę powyższe, otwiera się jakaś przestrzeń do sensownego dialogu, tym bardziej, że Zandbergowi udaje się uniknąć sekciarskiego dogmatyzmu i zacietrzewienia. Bazą do takiego dialogu są po prostu realia i pokrywające się w znacznej mierze zdiagnozowanie najbardziej palących społecznych problemów.

IV. Obszar wojny

Żeby nie było tak różowo: na kwestiach socjalnych możliwość dialogowania się kończy. Warstwa cywilizacyjno-światopoglądowa to klasyczne lewactwo z całym katalogiem postępackiej agendy. To, co odróżnia „Razem” od krzykliwych „genderowych” siostrzyc, aktywu z „marszu szmat”, gej-parad i temu podobnych, to taktyczne „schowanie” tej problematyki na zapleczu oraz niechęć do „lewackiego folkloru”, jako do kompromitującego idee i odstraszającego ludzi swą agresją. Jest to po prostu mądrzejsza i zapewne skuteczniejsza strategia, jednak w niczym nie zmieniająca istoty rzeczy – czyli zamiaru przeorania podstaw łacińskiej cywilizacji. Tu nie może być jeńców, to jest walka o nasze tożsamościowe fundamenty. Tyle, że żyjemy w czasach wojen hybrydowych – Rosja i Ukraina mogą brać się za łby w Donbasie, co nie przeszkadza jednocześnie tej samej Rosji przesyłać Ukrainie gazu, zaś Ukrainie – eksportować do Rosji produkowanych w Zaporożu silników do helikopterów i rakiet. Ot, postmodernizm w działaniu. Sądzę jednak, że lepiej na zmianę toczyć rozmowę i bić się o Polskę z taką lewicą, jak „Razem” - integralną i wewnętrznie uczciwą – niż z oślizgłymi kanaliami pokroju Millera i Palikota.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2716-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 42 (28.10-03.11.2015)

Pod-Grzybki 26

„Pod-Grzybki” piszę jeszcze przed podaniem wstępnych wyników wyborów, ale co mi tam, zaryzykuję. Wygląda na to, że spełnia się czarny sen PEK, która uznała, że 500 lat temu mieliśmy w Polsce Średniowiecze, do którego cofniemy się, jeśli PiS wygra wybory. No więc, analfabetom matematyczno-historycznym ze sztabu PO wyjaśniam – 500 lat temu było XVI stulecie, okres Renesansu zwany „złotym wiekiem”, unia polsko-litewska zajmowała obszar ponad 800 tys. km2, Królestwo Polskie było europejskim mocarstwem, naród się bogacił spławiając zboże do Gdańska, biliśmy Krzyżaków i Moskali, a Jan Kochanowski pisał: „Serce roście patrząc na te czasy!”. Rozumiem, że dla PO powrót Polski do dawnego znaczenia stanowi senny koszmar, bo czeka ich za to bura od mocodawców z Berlina i Moskwy – ale my nie musimy się tym przejmować, prawda?

*

Czeka nas fala emigracji przedstawicieli elity „tego kraju”. Córka PEK zgodnie z zapowiedziami siedzi już na walizkach czekając na powrót mamusi z powyborczej stypy, by się pożegnać, Adam Michnik planuje zatrzymać się kątem u brata w Szwecji, Dariusz Michalczewski przerażony tym co nawygadywał w „Szechter Cajtung” odświeża kontakty w hamburskich burdelach, sondując, czy nie potrzebują wykidajły... I tylko Andrzej Wajda od maja stoi z rozdziawioną gębą i nic nie rozumie.

*

Nie wiem, jak Państwo, ale ja od dłuższego już czasu z radością wysłuchiwałem panicznego kociokwiku Platformy i zaprzyjaźnionych mediów, które postanowiły robić kampanię wedle pamiętnego skeczu kabaretowego „jak PiS dojdzie do władzy...”. Niczego więcej wytrawiony wódą mózg „Miśka” Kamińskiego nie był w stanie z siebie wykrzesać. Takich jak on spuentował imć Jan Onufry Zagłoba: „zawszem mówił, że gorzałka jeno tęgiej głowie służy”.

*

Prasa donosi o naukowej sensacji. Odkryto kometę, która emituje ze swego wnętrza w przestrzeń kosmiczną opary alkoholu etylowego. „Misiek” - to ty?!

*

Znów mieliśmy zmianę czasu z letniego na zimowy, co oznacza zmrok o 17:00. Mój apel – gdyby znalazł się odważny, który zlikwidowałby ten absurd, to tylko z tego powodu mógłby liczyć na kilka dodatkowych procent w kolejnych wyborach. Aż dziwne, że nikt do tej pory nie wpadł na tak oczywisty pomysł. Mój głos miałby na pewno. Tak, wiem, że zmianę czasu reguluje unijna dyrektywa – i jest to kolejny powód, by opuścić ten biurokratyczny kołchoz, zanim wprowadzi obowiązkową gimnastykę o 6:00 rano.

*

Ponieważ od północy z piątku na sobotę nie wolno agitować, to przez „internety” przetoczyła się rytualna dyskusja o ciszy wyborczej. A może taką „ciszę” powinien sobie narzucić każdy obywatel wraz ze startem kampanii? W jej trakcie jesteśmy bowiem poddawani stężonej dawce psychomanipulacji nieuchronnie zaburzającej nam ogląd rzeczywistości. Zatem każdy z nas powinien podjąć decyzję na jakieś 2 miesiące przed wyborami – a potem konsekwentnie się jej trzymać bez względu na to, jakie cuda na kiju będą wyczyniały sztaby wyborcze. Howgh!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 42 (28.10-03.11.2015)

czwartek, 29 października 2015

Wampiryzm energetyczny

Okazuje się, że jesteśmy przodownikami w dziedzinie „solidarności energetycznej” - tyle, że niekoniecznie z własnej woli.

Ubawiło mnie stwierdzenie premier Ewy Kopacz podczas debaty Beatą Szydło, iż Platforma intensywnie protestowała przeciw gazociągowi Nord Stream. Politycy wprawdzie uważają, że wyborcy mają pamięć rybki akwariowej, ale tak się składa, że moja pamięć jakoś uporczywie nie chce stosować się do tej reguły i w odpowiedzi na tak bezczelne łgarstwa jak to wygłoszone przez panią premier, wracają do mnie obrazki z przeszłości. Na przykład obrazek Radosława Sikorskiego chwalącego się, jak to „wynegocjował” z kanclerz Merkel, że gdy naprawdę, ale to naprawdę okaże się, iż Gazociąg Północny blokuje tor podejściowy do gazoportu w Świnoujściu, to wówczas rozważone zostanie „przesunięcie” podmorskiej rury. Dla każdego, kto choćby pobieżnie interesował się tematem oczywiste jest, że ze strony kanclerz Merkel była to kpina w żywe oczy, rzucona na odczepnego, zaś przedstawianie owej kpiny przez polskiego ministra w kategoriach dyplomatycznego sukcesu miało wartość równą poszukiwaniu „katarskiego inwestora” dla stoczni. Innymi słowy – Niemcy potraktowały polski rząd jak śmiecia, a polski rząd potraktował Polaków jak idiotów.

Jak to wyglądało naprawdę przedstawił Piotr Naimski w komunikacie wystosowanym do mediów. W skrócie – PiS podejmował na forum unijnym szereg starań o storpedowanie Nord Streamu, angażując m.in. Parlament Europejski, Danię, Litwę, wskutek czego budowa gazociągu uległa znacznemu opóźnieniu o zwiększonych kosztach nie wspominając. Działania te po 2007 zostały przez rząd PO-PSL poniechane, zaś symbolicznym finałem było rozwiązanie 9 lipca 2010 Zespołu do Spraw Polityki Bezpieczeństwa Energetycznego. Jak można mniemać, w przypadku zachowania władzy przez PO również i wobec Nord Stream 2 polski rząd nie podejmie żadnych konkretnych inicjatyw, tym bardziej, że kanclerz Merkel jasno dała do zrozumienia podczas niedawnego spotkania z europarlamentarną frakcją EPL, iż nie życzy sobie wysuwania jakichkolwiek obiekcji, stwierdzając krótko: „to czysto komercyjne przedsięwzięcie i najważniejsze, że dodatkowy gaz będzie płynął do Europy”. Tyle zostało z szumnych zapowiedzi budowania wspólnej polityki energetycznej. Został po niej, jak na ironię, „prikaz” dekarbonizacji rujnujący nasze górnictwo, energetykę i utrącający konkurencyjność polskiej gospodarki. Wygranym będą oczywiście Niemcy jako eksporter „zielonych” technologii i finalny odbiorca eurofunduszy. Wyglądać będzie to następująco: my „pozyskamy” unijne środki na jakieś nieopłacalne inwestycje w eko-bzdury, zapożyczając się dodatkowo na „wkład własny”, po czym zakupimy w Niemczech te wszystkie wiatraki – i tą drogą pieniądze z Unii wylądują w kieszeni niemieckich firm, które zapłacą podatek niemieckiemu rządowi, my zaś zostaniemy z długami. Istny wampiryzm.

Ale to nie wszystko. Okazuje się bowiem, że jesteśmy przodownikami w dziedzinie „solidarności energetycznej” - tyle, że niekoniecznie z własnej woli, co podniesiono na trwającym właśnie warszawskim Kongresie Nowego Przemysłu. Mianowicie, Niemcy od lat rozbudowują farmy wiatrowe na północy kraju, tyle że kompletnie ignorują potrzebę rozwoju sieci przesyłowych, które transportowałyby energię znad Bałtyku na południe - do centrów przemysłowych w Bawarii, Badenii-Wirtembergii oraz Austrii. W efekcie, „nadmiarowy” prąd, którego nie są w stanie zaabsorbować sieci niemieckie trafia w niekontrolowany sposób tam gdzie jest w danej chwili najmniejszy fizyczny opór – a tak się składa, że są to przede wszystkim sieci przesyłowe Polski oraz Czech. Taką właśnie okrężną drogą energia dociera na południe Niemiec, powodując u nas po drodze przeciążenia i groźbę blackoutów. Nasza sieć jest niedoinwestowana i w związku z tym mniej stabilna, w skrajnych przypadkach trzeba wyłączać elektrownie, co wiąże się z kosztami. No i jeszcze jedno – Niemcy za wymuszone w ten sposób „usługi przesyłowe” nie płacą nam złamanego eurocenta.

Dlaczego tak się dzieje? Otóż Niemcy nie chcą sobie szpecić krajobrazu trakcjami przesyłowymi. Linie wysokiego napięcia rażą bawarskie poczucie estetyki. Każda inwestycja tego typu spotyka się z miejsca z masowymi społecznymi protestami – i rząd często się cofa, bo w sumie, skoro ma do dyspozycji sieci sąsiadów... Tymczasem chodzi o budowę raptem dwóch „autostrad energetycznych” na osi północ-południe. Jaka jest skala zjawiska? Polskie Sieci Energetyczne oceniają, iż w ten sposób do samej tylko Austrii trafia ok. 50 proc. nadbałtyckiej energii, co wiąże się z zagrożeniem dla granicznych transformatorów. Problem zresztą nie jest nowy, tego typu informacje pojawiają się od lat, tak jak od lat mówi się o zamontowaniu przesuwników fazowych mogących w razie przeciążenia odciąć nasz system przesyłowy od Niemiec. W 2012 roku oceniano koszt montażu takich przełączników na polsko-niemieckiej granicy na ok. 100 mln euro. Teraz również się o tym mówi. I jeśli nic się nie zmieni, będzie się o tym mówić przez kolejne lata... A my będziemy po staremu dokarmiać niemieckiego wampira.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2678-pod-grzybki-po-i-przed-wynikowe

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 43 (23-29.10.2015)

Dzień gniewu

Nasza rola nie kończy się na wrzuceniu wyborczej kartki – przeciwnie, ona wtedy dopiero się zaczyna.

(Notka jeszcze przed-wyborcza.)

Straciłem bezpowrotnie kilkadziesiąt minut życia na debatę Kopacz-Szydło i choćbym się skichał płynnym miodem, nie wycisnę z tego „eventu” materiału na felieton. Ogólnie – nuda, przewidywalność, bezbarwność, podwójna garda, tudzież uniki połączone z „obtańcowywaniem” przeciwnika. I pomyśleć, że to kobiecy boks uchodzi za bardziej spontaniczny i mniej wyrachowany od męskiego... No dobrze, Ewa Kopacz udowodniła, że po relanium popitym nalewką na ziółkach z piersiówki Miśka Kamińskiego jest w stanie mówić bez tej charakterystycznej, nerwowej drżączki, która zdążyła się już stać jej znakiem rozpoznawczym. Ale umówmy się – w pojedynku na „siłę spokoju” nikt nie ma szans z Beatą Szydło, która momentami sprawia wręcz wrażenie dopiero co wybudzonej z głębokiej narkozy. Obie panie mówiły to co chciały powiedzieć, lub czego je wyuczono, nie przejmując się zanadto treścią zadawanych im pytań, zatem decydujący był przekaz pozawerbalny. Niech będzie zatem remis ze wskazaniem na bardziej „poukładaną” Beatę Szydło, która poza tym celnie wypunktowała ignorowanie przez PO obywatelskich inicjatyw ustawodawczych i wniosków o referenda. Chociaż byłoby lepiej, gdyby wzorem Andrzeja Dudy przyniosła Ewie Kopacz jakiś upominek – na przykład postawiła na pulpicie pani premier oprawione w ramkę zdjęcie Donalda Tuska z którym Kopacz konsultowała się przed debatą podczas ostatniego szczytu UE.

Gdybym był wyborcą niezdecydowanym, to paradoksalnie po tak mdłym widowisku zacząłbym rozważać oddanie głosu na któryś z pozostałych komitetów. I tu dopiero zaczyna robić się ciekawie, bo o ile debata w bezpośrednim układzie sił PO-PiS niczego nie zmieni, to skorzystać na niej mogą właśnie ci nieobecni – ZLEWozmywak, Razem, Nowoczesna, KORWIN, kukizowcy – w zależności od rozkładu sympatii wahającego się elektoratu ocenianego na ok. 300 tys. osób. Część z nich zapewne prześlizgnie się ponad pięcioprocentową gilotyną, pozostaje więc pytanie, czy uda im się stworzyć koalicję „wszyscy przeciw PiS”, czy jednak to Prawo i Sprawiedliwość osiągnie samodzielną większość – bo właśnie o to w ostatecznym rozrachunku toczy się finałowa batalia.

Przyznam się, że byłem sceptyczny co do scenariusza uzyskania przez PiS bezwzględnej większości, traktując takie zapowiedzi bardziej jako wyraz chciejstwa bezkrytycznych partyjnych kibiców i urzędowy optymizm działaczy. Dlatego właśnie do pewnego momentu wiązałem nadzieje z ugrupowaniami antysystemowymi, ze szczególnym uwzględnieniem narodowców i Kukiza, widząc w nich logiczne dopełnienie obozu zmiany i siłę dyscyplinującą z radykalnych pozycji główną partię opozycyjną. Jednak, by antysystemowe inicjatywy miały polityczny sens, musiałyby pójść do wyborów w jednym bloku. Niestety, kieszonkowi mężykowie stanu okazali się niezdolni do patrzenia dalej niż czubek własnego nosa i wyjścia poza niszowe, kanapowe szyldy. Do tego doszło obustronne okładanie się na linii antysystemowcy – propisowskie media, czego najdobitniejszym przykładem było słynne przesłuchanie Kukiza w TV Republika. Żenujące awantury przy układaniu list wyborczych komitetu Kukiz'15 dopełniły obrazu degrengolady.

W tej sytuacji, zwłaszcza biorąc pod uwagę obowiązującą ordynację wyborczą, trzeba sobie jasno powiedzieć, że głosy rozparcelowane między antysystemowe komitety będą głosami straconymi. Gra na samodzielną większość Prawa i Sprawiedliwości stała się – zresztą, na własne życzenie antysytemowców – jedyną racjonalną opcją, czy nam się to podoba, czy nie. Pojawia się zatem pytanie – czy społeczna frustracja i odrzucenie rządów obecnej kliki są na tyle szerokie, a zarazem na tyle zdroworozsądkowe, by utorować drogę do władzy partii Jarosława Kaczyńskiego bez rozmywania się w politycznych marginaliach? Potrzebny jest nam dzień gniewu, dzień obywatelskiego wzmożenia – lecz bez sekciarskiego zaślepienia, by nie wyprowadzać ciosów na oślep, ryzykując tym samym rozproszenie energii. W przeciwnym razie będziemy mieli albo szarpaninę rządu mniejszościowego (na co mam nadzieję Jarosław Kaczyński nauczony doświadczeniem lat 2005-2007 nie pójdzie), albo formowanie niepewnej koalicji, bądź wyłuskiwanie pojedynczych szabel z innych ugrupowań (co również jest stąpaniem po ruchomych piaskach), lub rządy przedstawicieli skleconego z PO, partii Petru i ZLEW-u zdegenerowanego obozu beneficjentów III RP. To ostatnie nie byłoby zresztą najgorsze, oznaczałoby bowiem wyczerpanie przez system ostatnich rezerw, ostateczną kompromitację postmagdalenkowego układu i przedterminowe wybory – tyle, że Polski szkoda. Dlatego mimo wszystko liczę na mądry gniew obywateli. Niech ten 25 października stanie się przypieczętowaniem procesu zapoczątkowanego wygraną Andrzeja Dudy. Potem zaś pilnujmy jako wyborcy, by partykularne interesy wyposzczonego partyjnego aparatu nie wzięły góry nad interesami Polski. Nasza rola bowiem nie kończy się na wrzuceniu wyborczej kartki – przeciwnie, ona wtedy dopiero się zaczyna.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2678-pod-grzybki-po-i-przed-wynikowe

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 43 (23-29.10.2015)

piątek, 23 października 2015

Cisza przed wojną

Obecny zgiełk kampanii w porównaniu z tym, co się rozpęta po wyborczym wieczorze jest jedynie ciszą przed burzą.

I. Droga ku kondominium

Wiem, że już o tym pisałem, ale sądzę, że warto tuż przed wyborami pewne sprawy przypomnieć, by kampanijna ekscytacja nie przesłoniła nam właściwych kontekstów i proporcji. Otóż, gdy po dwuletniej szarpaninie PiS zdecydował się na przedterminowe wybory, do gry postanowiły wkroczyć Niemcy uznając najwyraźniej, że pora „na twardo” zainstalować w Warszawie swoją polityczną ekspozyturę w charakterze kolonialnych nadzorców gwarantujących, że Polska nie będzie sprawiać więcej kłopotów. Mechanizm zdobycia władzy opisał śp. Jacek Maziarski („Rewizor”) w swym legendarnym tekście „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku”. W skrócie – Niemcy uruchomili afiliowaną przy CDU Fundację Adenauera, ta zaś za pośrednictwem swego kolaboranta-podwykonawcy, czyli Forum Obywatelskiego Rozwoju należącego do Leszka Balcerowicza sformowała „Koalicję 21 października” grupującą kilkaset podmiotów, które z kolei wystartowały z akcją „Zmień kraj, idź na wybory” z pamiętnym hasłem „zabierz babci dowód”. W efekcie, zmobilizowano 3 mln młodych ludzi – czyli grupę docelową akcji - którzy gremialnie zagłosowali na Platformę, przesądzając o wyniku wyborów.

Na powyższe nałożyło się słabnięcie pozycji USA w Europie Środkowo-Wschodniej – administracja George'a W. Busha była już praktycznie na wylocie, za oceanem czuło się wiatr zmian spersonifikowany wkrótce w osobie Baracka Obamy i jego „change”. Bushowi zależało już w zasadzie na jednym – dopiąć projekt tarczy antyrakietowej, tak, by jego następca nie mógł się z niego wycofać. I właśnie na sabotowaniu amerykańskiej tarczy skupiła się polityka zagraniczna ekipy Tuska w pierwszym okresie rządów. Przyjęto taktykę „przeczekać Busha” i dotrwać do zmiany warty w Waszyngtonie, co z oczywistych względów było na rękę Niemcom i Rosji. Wreszcie, symbolicznego 17 września 2009 nastąpiło ostateczne przyklepanie przez Obamę jego „resetu” w relacjach z Rosją – czyli oficjalne wycofanie się USA z projektu tarczy, co równało się rezygnacji Stanów Zjednoczonych z prowadzenia czynnej polityki w naszej części Europy (w domyśle – w zamian za ustępstwa Kremla w innych częściach świata). Innymi słowy – Niemcy i Rosja dostały wolną rękę w kształtowaniu swoich stref wpływów. Droga do budowy Mitteleuropy i Eurazji stanęła otworem. Tak oto wkroczyliśmy w epokę niemiecko-rosyjskiego kondominium.

II. Kolonia niemiecko-rosyjska

Każdy z naszych zarządców spożytkował sytuację na swój sposób. Putin wykorzystał okazję, by do spółki z ludźmi WSI zlikwidować Lecha Kaczyńskiego i patriotyczną elitę (będę się upierał, że gdyby nie „reset” Obamy, Rosjanie na zamach w Smoleńsku by się jednak nie odważyli – Obama, świadomie lub nie, wydał na Kaczyńskiego wyrok śmierci) oraz ulokować Komorowskiego jako „swojego człowieka pod żyrandolem”. Merkel natomiast dokończyła przekształcanie naszego kraju w ekonomiczną przybudówkę Niemiec pod zarządem Tuska. Nawiasem mówiąc, tłumaczyłoby to nagłą „rezygnację” Donalda Tuska z ambicji prezydenckich. Zapewne wytłumaczono mu, iż logika układanki wpływów wymaga, by „duży pałac” pozostawał w gestii Moskwy.

Relacje niemiecko-rosyjskie przypieczętowane budową Nord Streamu przeżywały rozkwit. My ze swej strony posłusznie zrezygnowaliśmy z regionalnych aspiracji na rzecz „polityki piastowskiej”, „płynięcia z głównym nurtem UE”, tudzież „hołdu berlińskiego”, wyrzekając się tym samym podmiotowości na rzecz statusu kolonialnego. Odzwierciedleniem powyższego był również tuskowy „mini-resecik” w relacjach z Moskwą, szczególnie po zamachu smoleńskim – Niemcy chciały mieć „spokój na dzielnicy” i go otrzymały. Co szczególnie przykre, w ów „resecik” dał się wmanipulować także polski Kościół podpisując z rosyjską Cerkwią w 2012 roku „Wspólne Przesłanie do Narodów Polski i Rosji”, którego sygnatariuszami byli abp. Józef Michalik oraz agent KGB, patriarcha Cyryl. Abp. Michalik w wywiadzie dla KAI stwierdził wówczas: „jestem absolutnie przekonany, że na obecnym etapie nie możemy tego kroku nie uczynić”.

Rzecz jasna, wykonawcami tej polityki na polskim podwórku były „bezpieczniackie watahy”, jak określa Stanisław Michalkiewicz różne sitwy tajnych służb zarządzające Obozem Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, na który to obóz składa się sprzedajna klasa polityczna, media, koterie biznesowe – słowem, szeroko rozumiany aparat władzy wraz z przybudówkami. Owe hordy, zakorzenione w głębokim PRL-u i reprodukujące się w kolejnych pokoleniach mają cudowną właściwość przewerbowywania się pod skrzydła kolejnych protektorów w zależności od aktualnej geopolitycznej koniunktury – równie dobrze mogą wysługiwać się Moskwie, Berlinowi jak i Waszyngtonowi. Oczywiście, czasem dochodzi do wojen tych mafijnych klanów o, mówiąc Szmaciakiem, „forsę i włości”, co na zewnątrz objawia się różnymi politycznymi paroksyzmami, ale zasada ich funkcjonowania pozostaje niezmienna, podobnie jak „organizatorska rola” naszego życia, z przeproszeniem, publicznego.

III. Wyrok na Platformę

I tu pomału dochodzimy do spraw teraźniejszych. Ni z tego ni z owego bowiem Niemcy i Rosja pożarły się przy podziale łupów – poszło mianowicie o Ukrainę i rozgraniczenie Mitteleuropy oraz Eurazji. Widomym znakiem toczącego się sporu było przeciąganie Janukowycza pomiędzy Unią Europejską a rosyjską Unią Celną. Jak wiemy, Janukowycz został przez Putina skutecznie zdyscyplinowany, na co Niemcy odwinęły się Majdanem i osadzeniem na kijowskim stolcu człowieka Angeli Merkel, czyli Petro Poroszenki. Rosja odpowiedziała aneksją Krymu i wojną w Donbasie... i w tym momencie kanclerz Angela mimo wszystkich sankcji, formatów normandzkich itd. poczuła, że jednak ma zbyt krótkie ręce. Potrzebowała sojusznika – na takowego zaś nadawały się jedynie Stany Zjednoczone, które w międzyczasie zdążyły już zmontować na Ukrainie własną frakcję uosabianą przez premiera Jaceniuka. USA zresztą postanowiły generalnie powrócić do aktywnej polityki w Europie Środkowo-Wschodniej flankując Rosję, która nie pozwalała rozwinąć im w pełni skrzydeł na Bliskim Wschodzie, ze szczególnym uwzględnieniem Syrii. Jednak, by takie zaangażowanie miało ręce i nogi, Waszyngton potrzebował spełnienia podstawowego warunku: na bezpośrednim zapleczu ukraińskiego frontu, czyli w Warszawie, muszą rządzić „nasze sukinsyny”. Jak mniemam, taki właśnie warunek postawiono Angeli Merkel - i ta, rada - nierada, musiała nań przystać, wskutek czego na fali wznoszącej znalazł się tradycyjnie sprzyjający Amerykanom PiS, upatrujący w USA zabezpieczenia przeciw Rosji i politycznego „dopalacza” windującego naszą regionalną pozycję.

Skoro ze świata popłynął właśnie taki sygnał, to przynajmniej część naszych bezpieczniackich hord postanowiła na powrót przewerbować się na amerykański jurgielt i rozpoczęła krzątaninę przygotowującą zmianę władzy. Sądzę, iż odpalenie oraz konsekwentne „grzanie” „afery taśmowej” jest właśnie elementem takiej podgatowki. Angela Merkel ewakuowała jeszcze Donalda Tuska do Brukseli na dekoracyjną posadę „prezydenta Europy”, dbając tym samym, by nie spłonął w ogniu krajowych walk politycznych, bo w przyszłości może się jeszcze na polskim odcinku przydać, jednak sama Platforma skazana została na zatonięcie. Pierwszą konkretną ofiarą nowego rozdania stał się Bronisław Komorowski, który jako polityczny relikt po epoce niemiecko-rosyjskiego kondominium tylko zawadzał i nie było żadnych powodów, by trzymać go na kolejną kadencję. Co ciekawe, sam Komorowski najprawdopodobniej kompletnie nie zdaje sobie sprawy czego tak naprawdę padł ofiarą i potrafi tylko bredzić o „fali nienawiści”.

IV. Cisza przed wojną

Pojawia się pytanie – czy Waszyngton postawi na oddanie PiS-owi pełni władzy, czy też będzie chciał zachować na wszelki wypadek „pakiet kontrolny” w postaci zmuszenia PiS do utworzenia rządu mniejszościowego, bądź jakiejś niewygodnej koalicji? Z amerykańskiego punktu widzenia istnieje ryzyko, że uzyskanie absolutnej większości przez obóz patriotyczny może skutkować urwaniem się Polski ze smyczy i prowadzeniem samodzielnej polityki, to zaś Wujowi Samowi jest potrzebne jak dziura w moście. Jak niedawno stwierdził Jerzy Targalski w rozmowie w Niepoprawnym Radiu PL – Amerykanie uwielbiają przewerbowaną agenturę. Zbyt samodzielny sojusznik to zbędny kłopot.

I w tym momencie dochodzimy do sedna – 25 października warto spłatać naszemu „strategicznemu sojusznikowi” figla i dać PiS-owi (przy wszystkich jego wadach) samodzielną większość. Tylko w ten sposób możemy mieć szansę na realne wyemancypowanie się spod wpływów różnych handlujących nami „patronów”. Trzeba mieć bowiem świadomość, że obecny układ i stojąca za nim część bezpieki nie poddadzą się bez walki. Zaraz po wyborach rozpocznie się wojna. Tak, tak – prawdziwa wojna dopiero przed nami. Obecny zgiełk kampanii w porównaniu z tym, co się rozpęta po wyborczym wieczorze jest jedynie ciszą przed burzą. I dlatego warto na tę wojnę wyposażyć naszą polityczną armię w jak największą liczbę szabel.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Kolej na Ewę

Czy Dukaczewski dziś również chłodzi szampana?

Opuścić Eurokołchoz

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 41 (21-27.10.2015)

Pod-Grzybki 25

Panika! Córka doktor Ewy zagroziła emigracją w przypadku zwycięstwa PiS. Zięć pani premier, Kanadyjczyk o swojskim imieniu Andriy, ponoć bardzo się ucieszył, bo ostatnio zszarpane nerwy teściowej coraz bardziej dają się rodzinie we znaki i zaproponował nawet, że na tę emigrację mógłby udać się w zasadzie już dziś, bo po co odwlekać nieuchronne, lecz małżonka zapowiedziała, że w razie wyjazdu zabiera ze sobą również mamusię. No tak, w oparach politycznych frustracji doktor Ewy, nawet „Kanada pachnąca żywicą” traci urok. Andriy, chłopie, ogarnij się i jak to powiadają w kręgach zbliżonych do teściowej – „go west”!

*

Histeria! Tomas Lis w wywiadzie dla „Wyborczej” lamentuje, że PiS odbierze mu Polskę. Nie wiem jak Państwo, ale ja gorąco kibicuję medialnej aktywności pana Tomasza – jeszcze trochę takich wynurzeń czynionych z pozycji właściciela III RP, a ludzie sami „temi rencyma” oderwą was od koryta.

*

Wypowiedzi zarówno premierczykowianeczki jak i pana Tomasza przypomniały mi wpis internetowy Poli Lis, która kilka miesięcy temu w przypływie szczerości wyznała, iż jej zdaniem nie ma tu miejsca na obiektywizm, bo toczy się wojna o przetrwanie. Najwyraźniej ci ludzie tak zrośli się ze swym statusem klasy uprzywilejowanej, że zwyczajnie nie wyobrażają sobie funkcjonowania między gminem. Ten dojmujący lęk przed deklasacją jest zresztą cechą wspólną tych, co - mówiąc Tuwimem - „mieszkają dziś w pałacach, a srać chodzili pod chałupę”. Albowiem gmin śmierdzi wódką i cebulą, zagłuszając kwietne odory resortowej progenitury dla której dobrostanu urządzano „ten kraj” przy Okrągłym Stole.

*

My tu się podniecaliśmy jak głupi nic nie znaczącym wystąpieniem prezydenta Dudy w ONZ, a wszak mieliśmy prawdziwy międzynarodowy sukces. Komorowski i „Waleza” wypromowali w Stanach kantor „cinkciarz.pl”. Cóż, przypomnę tylko, że gdzie cinkciarze, tam są i esbecy, co idealnie harmonizuje z zaszłościami „Bolesława” oraz inklinacjami Bronka do wojskowej bezpieki. Chociaż może to i lepiej, że nasz narodowy Bul wybrał się do Kolumbowej Hameryki – w Warszawie trwa bowiem Konkurs Chopinowski. Jeszcze wpadłoby mu do głowy uświetnić występy przemową o armatach ukrytych w krzakach, a konkurs znowu wygrałby jakiś Rusek... Masz rację Bronek – siedź w tym Chicago i pooglądaj se koszykówkę. Działonowy Chopin i jego armaty poczekają.

*

Złe języki doniosły, że „Misiek” Kamiński spala się w ogniu kampanii do tego stopnia, że już od wczesnych godzin musi koić skołatane nerwy browarem i gorzałą. Tym samym wyjaśniło się dlaczego doktor Ewa zataczała się na czerwonym dywanie podczas słynnej wizyty w Berlinie. Kobiecina była tak stremowana wizją spotkania z Cesarzową Angelą, że golnęła sobie dla kurażu z piersiówki Kamińskiego – a że głowa słabsza, niż u dążącego do przejścia na alkoholowe zawodowstwo Miśka, to i nóżki jej się rozjechały. Na szczęście Angela wzięła doktor Ewę pod mankiet i odprowadziła na wytrzeźwiałkę.

Gadający Grzyb
Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 41 (21-27.10.2015)

czwartek, 22 października 2015

Taran integracyjny

Napływ imigrantów staje się rodzajem „integracyjnego tarana” rozbijającego i tak już mocno nadwątloną podmiotowość państw narodowych.

Przez media przemknęła z szybkością meteoru informacja o planach wprowadzenia specjalnego, ogólnoeuropejskiego podatku na „uchodźców” - i równie szybko jak meteor zgasła. Niesłusznie, bo tego typu sygnałów nie wolno żadną miarą lekceważyć. Przypomnijmy, iż doniesienie opublikował niemiecki dziennik „Sueddeutsche Zeitung” i dotyczyło ono nieformalnych rozmów, które w sprawie unijnego spec-podatku miały się toczyć między niemieckim rządem a Komisją Europejską, natomiast przeciek nastąpił podczas obrad Międzynarodowego Funduszu Walutowego w Limie. Podatek, którego inicjatorem był Wolfgang Schaeuble, miałby przybrać formę zwiększonej akcyzy na paliwo lub podwyżki VAT, wpływałby bezpośrednio do unijnego budżetu i nazywałby się „opłatą solidarnościową”, tudzież „dodatkiem solidarnościowym”. Pozyskane w ten sposób środki przeznaczone zostałyby na zabezpieczenie zewnętrznych granic Unii Europejskiej, pokrycie kosztów utrzymania imigrantów, oraz na pomoc bezpośrednio w krajach ich pochodzenia.

Doprawdy, paradne. Oto niemiecki rząd ponad głowami krajów członkowskich dogaduje się po cichu ze swą unijną ekspozyturą, jaką de facto jest Komisja Europejska, jak by tu przymusić resztę Europy do okazania „solidarności”. Mechanizm jest podobny jak w przypadku „kwot” imigracyjnych – Berlin przerzuca na resztę kontynentu konsekwencje własnej polityki i radosnej nieodpowiedzialności „mutter Angeli” zapraszającej muzułmańskie hordy, z którymi już na obecnym etapie Niemcy nie są w stanie sobie poradzić. Brukseli oczywiście w to graj, bo w ten sposób po raz pierwszy w historii dysponowałaby własnymi środkami, niezależnymi od składek członkowskich i pieniądze te – przynajmniej teoretycznie - pozostawałyby w jej wyłącznej dyspozycji. A gdzie pieniądze, tam i realna władza.

Oczywiście, gros tej realnej władzy przypadłoby Berlinowi, w praktyce bowiem to Niemcy decydowałyby o podziale, mielibyśmy zatem wzmocnienie tendencji utwierdzania niemieckiej dominacji za pomocą unijnych instytucji - niemniej nawet taki okrojony splendor jest dla brukselskich czynowników kuszący. Nie trzeba dodawać, iż „solidarnościowy” dodatek popłynąłby w znacznej mierze do budżetu federalnego, bowiem już teraz koszty niemieckich władz centralnych, landów i samorządów związane z przyjmowaniem imigrantów szacowane są na 20 mld. euro. Nic dziwnego, że Niemcy za pomocą „solidarnościowego” podatku postanowiły sobie wydatki te powetować. Nie ma co, niezły plan – Niemcy ustalają euro-daninę, której same byłyby największym beneficjentem...

Poza wszystkim innym, gdyby udało się przeforsować opisywane tu rozwiązanie, byłoby ono kolejnym krokiem na drodze do „zacieśniania integracji”, czytaj – konsekwentnego pozbawiania członków UE kolejnych obszarów suwerenności. W tym kontekście, napływ imigrantów staje się rodzajem „integracyjnego tarana” rozbijającego i tak już mocno nadwątloną podmiotowość państw narodowych na rzecz budowy współczesnego odpowiednika „Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego”, czy też wręcz „IV Rzeszy”, jak niektórzy określają drogę, którą podąża dziś Unia. Całkiem niedawno słyszeliśmy o projektach powołania europejskiej straży granicznej (znów: wyjęcie istotnej kompetencji spod władzy poszczególnych państw) i wspólnotowy podatek jawi się tu jako logiczne dopełnienie tamtego pomysłu. Propozycję zgłosił niezawodny w takich sytuacjach człowiek Merkel w Brukseli, czyli Donald Tusk, po drodze zyskała ona już nazwę Europejskiego Korpusu Straży Granicznej – i w czwartek 15 października na szczycie Wspólnoty będzie tematem rozmów. Warto dodać, że jeszcze przed kryzysem imigracyjnym Jean-Claude Juncker postulował sformowanie europejskich sił zbrojnych – innymi słowy, jak nie kijem, to pałką, a że obecna sytuacja sprzyja tego typu rozwiązaniom, więc postanowiono kuć żelazo póki gorące, bo gdy fala imigranckiego tsunami opadnie, może być już za późno.

Koniec końców, być może na skutek przecieku, Angela Merkel oficjalnie odżegnała się od zamiarów wprowadzania euro-podatku. Z drugiej strony, niewykluczone, że przeciek był celowy i stanowił rodzaj balona próbnego, na ile spanikowana Europa byłaby gotowa poprzeć takie rozwiązanie. Okazało się, że jeszcze póki co, wiązałoby się to ze zbyt dużym politycznym ryzykiem, więc Merkel wycofała się rakiem, choć, jak zauważa „Sueddeutsche Zeitung”, byłby to „duży krok” w kierunku większej integracji UE. Nie miejmy jednak złudzeń – tego typu próby będą systematycznie ponawiane aż do skutku, tak jak do skutku prowadzono projekt europejskiej „konstytucji”, którą przeforsowano ostatecznie pod nazwą Traktatu Lizbońskiego, każąc opornym ponawiać głosowania dopóki nie zostanie osiągnięty zadowalający rezultat i jak mimo sprzeciwu Czech, Słowacji, Węgier i Rumunii przepchnięto „kwoty” uchodźców, obchodząc za sprawą prawnego kruczka możliwość veta. Naprawdę, gdy bierze się za coś „wspólna Ojropa” nie można być pewnym dnia ani godziny, najwyższa więc pora na ewakuację, zanim zduszą nas ze szczętem.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2635-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 42 (16-22.10.2015)

Imigranci chędożą Europę

Męczeństwo z rąk muzułmańskich watah prędzej czy później spotkać może także różne frywolne „biskupki” i „pastorałki”.

„Panowie, kiełbasy w górę i golimy frajerów!” - ten cytat z klasyka polskiej myśli szkoleniowej, trenera Janusza Wójcika, mógłby śmiało stać się mottem zagnieżdżających się w Europie kolejnych hord imigrantów. Już nawet „Szechter Cajtung” w swych korespondencjach z Niemiec nie jest w stanie ukrywać lawinowo narastającego problemu, na który składają się totalne lekceważenie jakichkolwiek norm obowiązujących w europejskiej przestrzeni kulturowej, awantury w ośrodkach dla uchodźców, pobicia, zamieszki i coraz częstsze gwałty. Nie znaczy to oczywiście, że wspomniany „Cajtung” odblokował możliwość komentowania pod materiałami dotyczącymi przybyszów - co to, to nie - ale wraz z napływem doniesień zza naszej zachodniej granicy daje się zauważyć opadający nieco poziom propagandowego wzmożenia. Imigranci nie są już jednoznacznie przedstawiani jako dobrodziejstwo wzbogacające Europę, a postępowa agitacja stopniowo ustępuje pod naporem nieubłaganej rzeczywistości. Trudno zresztą, by było inaczej, skoro sami Niemcy przyznają, że zwyczajnie nie dają sobie rady. Najeźdźcy na każdym kroku okazują bezbrzeżną pogardę swym gospodarzom i regułom społecznego współżycia, za to coraz agresywniej domagają się tego, po co tu przyjechali – okupu, zwanego socjalem i to na odpowiednim do ich oczekiwań poziomie. W końcu nie po to zasiedlają tę ziemię na chwałę Allaha, by nic z tego nie mieć – choćby mieszkania w odpowiednim standardzie i lokalizacji, jedzenia pod nos oraz sutego zasiłku do rączki. A skoro rozlazłe, obezwładnione lewacką indoktrynacją europejskie cioty gotowe są nawet wykwaterowywać z komunalnych mieszkań własnych obywateli, by przychylić nieba synom Proroka, to wszak tylko głupi by nie skorzystał i nie domagał się wielkim głosem o więcej.

Czynniki oficjalne z rządem Angeli Merkel na czele próbują jeszcze robić dobrą minę do złej gry i jakoś pudrować coraz bardziej cuchnące (i to dosłownie) realia – np. wydając policji nieformalny zakaz informowania opinii publicznej o skali przestępczości związanej z imigrantami - jednak nie są w stanie zasłonić ludziom oczu, zatkać uszu i nosa. A ci widzą, że gdzie „uchodźcy”, tam błyskawicznie pojawia się brud i smród, bowiem przybysze przywykli do załatwiania potrzeb fizjologicznych gdzie bądź – choćby w parkowych zaroślach, czy na poboczach dróg – nie zwykli natomiast chociażby spuszczać po sobie wody w toalecie, nawet jeśli jakimś cudem z niej skorzystają. Dla schludnych i uporządkowanych Niemców jest to szok, tym bardziej, że podąża za tym bezpośrednie zagrożenie bezpieczeństwa. Póki co, władze stać jedynie na łzawe ulotki w których proszą grzecznie panów „uchodźców”, by raczyli nie defekować się w krzakach i nie napastować kobiet, bo nie jest u nas to przyjęte. Tymczasem, w ośrodkach i poza nimi lawinowo rośnie liczba gwałtów, których ofiarami padają również wolontariuszki, a przybysze domagają się zaspokojenia swych potrzeb seksualnych – jeśli nie po dobroci, to siłą. W efekcie, zwykli Niemcy zaczynają mieć po dziurki w nosie „mutter Angeli” i dają temu wyraz na ulicach, bądź atakując schroniska – od początku roku zanotowano 490 tego typu incydentów.

Niemniej, w Europie wciąż dominuje wpływowe lobby oczadziałych lewaków, usiłujących za wszelką cenę zakneblować negatywne doniesienia. Osoby skarżące się na traumatyczne przejścia z imigrantami są zastraszane i zmuszone do milczenia – jak wolontariuszka z włoskiego obozu w San Ludovico zgwałcona przez przybyszów z Afryki, której koledzy kazali siedzieć cicho, by „nie szkodziła sprawie”. I ta milczała przez miesiąc, nim wreszcie zgłosiła przestępstwo na policję. To jest ten sam rodzaj zacietrzewionego obłędu, który naszemu lewactwu kazał do końca kryć Simona Mola z premedytacją infekującego swe nieświadome partnerki wirusem HIV i wymuszającego na nich usługi seksualne oskarżeniami o „rasizm”.

Moim osobistym faworytem dzierżącym palmę pierwszeństwa w postępowym zidioceniu jest jednak luterańska „biskupka” Sztokholmu, zresztą czynna lesbijka żyjąca z inną „panią ksiądz”, która usunęła z podległych jej kościołów krzyże, zastępując je „drogowskazami do Mekki”. Na marginesie, mam tu dylemat na tle feministycznej lingwistyki – jaka jest poprawna politycznie forma żeńska od „ksiądz”? Księżniczka? A od pastora - „pastorałka”? Może wypowie się jakaś biegła siostrzyca od genderu? W każdym razie, owa „biskupka” wraz ze swą „pastorałką” zwyczajnie wyparły się Jezusa – a przecież kto się Mnie wyprze przed ludźmi, tego i Ja wyprę się przed Ojcem moim, który jest w niebie”. Wprawdzie uczynił tak również sam św. Piotr - późniejsza opoka na której zbudowano Kościół - lecz św. Piotr odkupił swe odstępstwo ofiarną posługą i męczeńską śmiercią. I coś mi się zdaje, że takie męczeństwo z rąk muzułmańskich watah prędzej czy później spotkać może także różne frywolne „biskupki” i „pastorałki” - nawet jeśli podkaszą sutanny i będą przed nim zwiewały w podskokach.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2635-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 42 (16-22.10.2015)

wtorek, 20 października 2015

Budujmy polską „soft power” na Ukrainie!

Co zrobić, by Ukraińcy sami, nie wiedząc nawet kiedy, zmienili się w realizatorów naszych interesów?

I. Soft power i strefy wpływów

Według definicji wpływowego amerykańskiego politologa Josepha Nye, „soft power”, czyli „miękka siła”, to zdolność państwa do pozyskiwania sojuszników i zdobywania wpływów dzięki atrakcyjności własnej kultury, polityki i ideologii. Jest to zatem wielce użyteczne narzędzie wykorzystywane przez mocarstwa do budowania stref wpływów w miejsce brutalnych nacisków ekonomicznych i militarnych („hard power”). W naszym regionie, szczególnie w Polsce, „soft power” stosują chociażby Niemcy, bardzo skutecznie korumpując w ten sposób miejscowe elity, a z ich pomocą – całe kraje, tworząc tą drogą podglebie dla uwspółcześnionej wersji Mitteleuropy. Od czasu kijowskiego Majdanu możemy obserwować również starcie niemieckiej „soft power” i rosyjskiej „hard power” (aneksja Krymu, inwazja w Donbasie) na terytorium Ukrainy, gdzie uciera się na naszych oczach zasięg wpływów Mitteleuropy i Eurazji. I właśnie w ukraińskim kontekście chciałbym poruszyć problem polskiej „soft power” - czyli czegoś, co przez nasze elity, zarówno z prawej, jak i z lewej strony, jest kompletnie zaniedbane. Na dzień dzisiejszy można wręcz stwierdzić, iż polska „miękka siła” w zasadzie nie istnieje. Jest to kardynalny błąd, bo bez tego instrumentu nie mamy co marzyć o regionalnym przywództwie, a wszak m.in. taki jest deklarowany cel polityki zagranicznej idącego do władzy obozu patriotycznego – niezależnie, czy nazwiemy owo przywództwo „polityką jagiellońską”, „międzymorzem”, czy jeszcze inaczej.

Jeśli wierzyć doniesieniom z niedawnego spotkania „formatu normandzkiego” w Paryżu (Merkel, Putin, Hollande, Poroszenko), gros czasu podczas obrad zamiast kwestii ukraińskiej i realizacji postanowień z Mińska, zajął problem Syrii, rosyjskiego zaangażowania na Bliskim Wschodzie i europejskich nadziei na ustabilizowanie sytuacji w tamtej części świata, co przyczyniłoby się do zatamowania imigranckiego tsunami zalewającego Unię Europejską. Oznacza to konieczność zrewidowania przez Unię (czytaj – Niemcy) stosunku do Rosji, wycofanie sankcji i jakieś koncesje na rzecz Putina na Ukrainie. Innymi słowy – Ukraina i niemiecki człowiek w Kijowie (Poroszenko) zostali przehandlowani w zamian za nadzieję na powstrzymanie wędrówki ludów. Efektem będzie powstanie na Ukrainie politycznej luki, w którą Polska – przy odpowiednio zręcznym postępowaniu – mogłaby się wcisnąć. Oczywiście, pod warunkiem, że nie poprzestałaby na czczych deklaracjach poparcia dla „samostijnej Ukrainy”, tylko poszłyby za tym konkretne działania.

II. Jaka Ukraina?

Na początek jednak należy odpowiedzieć sobie na pytanie, do czego potrzebna jest Polsce Ukraina i jakie miałoby być to państwo. Otóż Ukraina jest nam potrzebna jako strefa buforowa i państwo frontowe odpychające na wschód Rosję wraz z jej neoimperialnymi ambicjami. Jednak absolutnie nie leży w naszym interesie, by Ukraina była państwem silnym i sprawnym, jak to roją sobie na krajowym rynku najbardziej zagorzali kibice Majdanu. Silna Ukraina prowadziłaby bowiem niezależną politykę, która mogłaby kolidować z naszymi planami, lub nawet być Polsce wroga. Tak więc, prawdziwie „samostijna Ukraina” nie jest nam do niczego potrzebna. Potrzebna jest nam Ukraina formalnie niepodległa, ale słaba – mniej więcej taka, jaka jest dzisiaj – na wpół zdechłe państwo, balansujące na granicy upadku i trwale skonfliktowane z Rosją. No, może trochę bardziej uporządkowane wewnętrznie, z nieco niższym poziomem (ale nieznacznie niższym) oligarchizacji i korupcji, by nie rozleciała się ze szczętem – ale tylko tyle. W takiej wodzie można już myśleć o łapaniu ryb.

W tym kontekście warto poruszyć nadzieje reprezentowane przez społeczność Kresowian, że Galicja Wschodnia nie jest dla Polski bezpowrotnie stracona i kiedyś może „wrócimy do Lwowa”. Realiści uznają tego typu postulaty za mrzonki – bo i Polaków zostało na Ukrainie jak na lekarstwo, i trudno wyobrazić sobie korektę granic w stylu zaproponowanym przez Żyrinowskiego (rozbiór Ukrainy między Rosję i Polskę, przy pozostawieniu jakiejś kadłubowej formy państwowości), poza tym – wiązałoby się to z nagłym pojawieniem się w naszych granicach licznej i śmiertelnie nienawidzącej Polaków mniejszości destabilizującej państwo i rozsadzającej je od wewnątrz. Wszystko zgoda, „twarda” aneksja byłaby (niezależnie od naszych realnych możliwości) gigantycznym błędem, ale przecież nie jest to jedyny sposób. A jak to zrobić mądrze, tak by Ukraińcy sami, nie wiedząc nawet kiedy, zmienili się w realizatorów naszych interesów? Nie trzeba sięgać daleko, wystarczy spojrzeć i wyciągnąć wnioski z polityki „miękkiej aneksji”, jaką na terytorium Polski realizują Niemcy i zastosować ją w odniesieniu do Ukrainy.

III. Miękka aneksja

Przede wszystkim, Niemcy działają dwutorowo – na zmianę strasząc nas i obłaskawiając. Rolę straszaka pełni ziomkostwo i Związek Wypędzonych, co jakiś czas spuszczany ze smyczy, by pogrozić Polsce z pozycji rewizjonistycznych i rewindykacyjnych. My każdorazowo reagujemy na te „kopnięcia w klatkę” spazmem oburzenia... i wtedy do głosu dochodzą „dobrzy Niemcy”, uspokajając nas, mówiąc, że ci cali wypędzeni, to tylko grupka krzykaczy, tolerowanych ze względu na wewnętrzne uwarunkowania polityczne i wyborcze, a tak naprawdę, to przecież Niemcom zależy na konstruktywnej współpracy w ramach zjednoczonej Europy, niemieckie fundacje angażują się w sferze edukacji, kultury, przełamywania barier itp. Powinniśmy tę grę w dobrego i złego gestapowca przenieść na grunt ukraiński. Upraszając sprawę, rolę „wypędzonych” mogliby pełnić Kresowianie formułując możliwie głośno żądania powrotu Lwowa do Macierzy, na co „odpowiedzialne i umiarkowane” czynniki polskie reagowałyby przekazem pozytywnym – współpracy kulturalnej, regionalnej itp. Jak to wygląda w praktyce?

Otóż Niemcy, szczególnie na Śląsku, prowadzą politykę systematycznego korumpowania elit – m.in. za pomocą rozbudowanego systemu fundacyjno-grantowego. Przykładem skuteczności takiego neokolonialnego kulturkampfu może być sprawa wykładu mjr Baumana na Uniwersytecie Wrocławskim, który odbywał się w ramach obchodów rocznicy powstania niemieckiej socjaldemokracji założonej przez wrocławianina - Ferdynanda Lassalle’a. Współorganizatorem wydarzenia była afiliowana przy SPD Fundacja im. Friedricha Eberta oraz powiązany z nią Ośrodek Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a. Jak wiadomo, na protestujących przeciw wykładowi Baumana władze uniwersytetu nasłały policję, podważając tym samym autonomię uczelni, przy czym, jak bez cienia zażenowania wyjaśnił podczas rozprawy sądowej prorektor ds. kontaktów z zagranicą, prof. Adam Jezierski – uczyniono to na wyraźne życzenie niemieckiego konsula. Oto skutki „soft power”.

Inny przykład – jak się niedawno dowiedziałem, Niemcy są jednym z czołowych sponsorów polskich badań archeologicznych. Efektem jest nagły wysyp znalezisk śladów obecności na naszych terenach... Gotów. Idźmy dalej – od pewnego czasu można zaobserwować renesans starej teorii o germańskich początkach państwa polskiego, wedle której Mieszko I miał być Wikingiem o imieniu Dago, który ze swą drużyną ukonstytuował polską państwowość – analogicznie jak Waregowie stworzyli Ruś Kijowską. Wreszcie kontakty pozainsytucjonalne – niemieccy turyści są najbardziej pożądanymi gośćmi, co skutkuje dwujęzycznymi szyldami pensjonatów i niemieckim menu w restauracjach. Dochodzi do sytuacji, gdy obsługa lokalu uwija się jak w ukropie przy „niemieckich stolikach”, ignorując polską część klienteli. Miałem możliwość naocznie się o tym przekonać podczas wypadu w Góry Stołowe i pobytu w Kudowie-Zdroju. W sezonie cała Kotlina Kłodzka zmienia się w kolejny „land” ze znacznym udziałem zaawansowanych wiekowo niemieckich emerytów, często przywożących ze sobą dzieci i wnuki, by rozejrzały się po „heimacie”.

IV. Polska „soft power” na Ukrainie

Taką właśnie strategię powinniśmy przyjąć na kierunku ukraińskim. Wejść na Ukrainę z własnymi fundacjami, systemem grantowym, sponsorować współprace kulturalną, wydawniczą, uniwersytecką... Słowem - oswajajmy, obezwładniajmy, korumpujmy i uzależniajmy od siebie ukraińskie elity. Róbmy za dobrych wujków wspierających ukraińską kulturę i naukę - tak, jak za dobrych wujków robią u nas Niemcy ze swą „grantozą” i fundacjami. Chętnych wśród niedoinwestowanych, wygłodniałych ukraińskich uczonych oraz „ludzi kultury” nie zabraknie, tak jak nie brakuje takich u nas. Może się nawet okazać, że w sumie nie wyjdzie to drogo, a skutki mogą być imponujące: pro-polska „V kolumna” wśród ukraińskich elit. Wejdźmy z naszymi mediami - wykupujmy ukraińską prasę, tak jak Niemcy wykupili naszą, twórzmy ukraińskojęzyczne portale, fundujmy stypendia dla tamtejszych dziennikarzy - i werbujmy, werbujmy, werbujmy... Niech to dla ukraińskiego dziennikarza będzie wyróżnieniem otrzymać polski medal, a nie dla naszego żurnalisty – ukraiński...

Na kolejnym etapie, niech skaptowane przez nas ukraińskie autorytety młotkują swoich braci pedagogiką wstydu - tym bardziej, że jest za co - niech trują im o Wołyniu, tak jak u nas truje się o Jedwabnem. Stwórzmy tam legion Grossów uprawiających narodowe samobiczowanie - tym bardziej, że w odróżnieniu od „naszego” Grossa nie będą musieli kłamać. Wreszcie, niech na tamtejszych salonach antypolonizm stanie się dyskwalifikującą przypadłością, jak u nas antysemityzm, czy negatywny stosunek do Niemiec. Od strony politycznej wspierajmy koncepcję regionalizacji Ukrainy, tak byśmy mogli dogadywać się i swobodnie działać na poziomie lokalnym, bez konieczności oglądania się na władze w Kijowie. Stwórzmy własną „szkołę liderów” na wzór tej amerykańskiej, przez którą przeszedł cały tabun polskich polityków, z Beatą Szydło włącznie. A w końcu może się okazać, że zachodnia Ukraina z Lwowem sama trafi w nasze ręce - i to bez przesuwania granic, bo Polacy i tak będą się tam czuli u siebie, tak jak „u siebie” czują się Niemcy przyjeżdżający na Śląsk, zaś ukraińskie władze będą pacyfikowały siłami policji banderowców na jedno zmarszczenie brwi polskiego konsula...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2635-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 40 (14.10-20.10.2015)

Pod-Grzybki 24

Kolonia „Bolanda” jednak wręczyła Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi RP „największemu prywatnemu pracodawcy”, czyli panu Pedro Pereira da Silva, szefowi Jeronimo Martins na Polskę. Cieszmy się i radujmy – w końcu status „perły w koronie” międzynarodowego kapitału to idealne podsumowanie rządów obecnej ekipy. Polska tania siła robocza również z pewnością jest dumna z wyróżnienia dla swego ober-nadzorcy. Teraz pora na odznaczenia dla pozostałych sieci marketów oraz czołowych banków wyspecjalizowanych w kredytach frankowych – w końcu, jak honorować naszych kolonizatorów, to na całego.

*

Potrzebujemy męstwa i odwagi, ale nie od Allaha i lewaków”- ksiądz Jacek Międlar dał się poznać na niedawnym wrocławskim marszu przeciw imigrantom zorganizowanym przez ONR i środowiska kibicowskie jako ekspresyjny mówca. Rewolucyjną czujnością wykazał się oczywiście „Szechter Cajtung” - i z miejsca zaczął młotkować zakonnych zwierzchników ks. Jacka ze Zgromadzenia Księży Misjonarzy, wrocławską kurię oraz dyrekcję szkoły, w której ks. Międlar uczy religii. W efekcie, młody duchowny dostał upomnienie, zakaz uczestniczenia w demonstracjach, musiał też usunąć ze swojego bloga treści dotyczące polityki. Morał za chwilę.

*

Kolejna kwestia z tej samej działki. Gdańska radna PiS, Anna Kołakowska (prywatnie – żona znanego barda Andrzeja Kołakowskiego), która zasłynęła zwalczaniem genderyzmu i homopropagandy, została na skutek interwencji „Szechter Cajtung” zwolniona ze szkoły (uczyła historii), wcześniej zaś nie wciągnięto jej na listę wyborczą PiS, gdyż jak twierdzą anonimowi pisowcy w wypowiedziach dla „Wyborczej”, pani Anna ponoć przynosi im „obciach”. I tutaj, w związku przypadkami ks. Międlara i pani Kołakowskiej, moje przesłanie do czynników kościelnych oraz władz Prawa i Sprawiedliwości: tylko tak dalej – pozwólcie, by „Szechter Cajtung” ustawiał wam linię programową i politykę personalną. Z pewnością dobrze na tym wyjdziecie...

*

Tymczasem Ewa Kopacz uruchomiła ostatnie rezerwy kadrowe Platformy w osobie niejakiego „Sznurka” i jego ferajny – bandziora mającego na koncie m.in. handel narkotykami i sutenerstwo. Całkiem jak w czasach zajść pod krzyżem i aktywności Zbigniewa S. ps. „Niemiec”. Ewa Kopacz zasłużyła sobie na honorowy tytuł „volkswagena polskiej polityki” - równie obłudna, zakłamana i emitująca w przestrzeni publicznej cuchnące wyziewy.

*

Tydzień temu napisałem, że czekam na okładkę „Tygodnika Powszechnego” z ks. Charamsą w tęczowym welonie pod rękę z Eduardo - koniecznie z podpisem: „Vivat młoda para!”. Dziś dopowiem – oto widzę „przed oczyma duszy mojej” taki oto obrazek: ślubu udziela ks. Boniecki, świadkuje Nergal z Anną Grodzką, a mszę ekumenicznie koncelebruje Szymon Niemiec, co to założył sobie własny gejowski kościół. Takie obezwładniające stężenie żenady i obciachu byłoby pięknym finałem i logicznym zwieńczeniem drogi tego, co by nie mówić, uważanego niegdyś za poważny periodyku.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 40 (14.10-20.10.2015)

czwartek, 15 października 2015

Podatkowa ruletka

Zamiast cywilizowanego systemu podatkowego mamy coś w rodzaju szulerni z ruletką.

Nie tak dawno rząd Ewy Kopacz przedstawił projekt budżetu na rok 2016, zakładający rekordowy deficyt – 54,6 mld zł (co opisywałem w tekście „Mina budżetowa”), przy czym poprzednie rekordy również należały do ekipy PO-PSL – 44,6 mld zł w 2010 i planowane na ten rok 46,1 mld. Warto jeszcze dodać nowelizację budżetu w 2013, który opierał się na księżycowych wyliczeniach Rostowskiego - w efekcie, już w połowie roku wykorzystano cały zaplanowany deficyt i trzeba było znaleźć dodatkowe 24 mld zł. Wszystko przez zbyt optymistyczne szacowanie dochodów Skarbu Państwa – m.in. z podatków. Wspomniane deficyty oczywiście napędzają zadłużanie państwa, które wyłącznie dzięki sztucznym, księgowym zabiegom oraz skokowi na pieniądze z OFE utrzymywane jest na papierze poniżej konstytucyjnego progu 60 proc. PKB. Realnie, już w 2014 według wyliczeń OECD zadłużenie Polski wynosiło 62,5 proc PKB – oparto się na metodologii wliczającej do długu wszystkie zobowiązania publiczne, w tym również samorządów i funduszy celowych, takich jak Krajowy Fundusz Drogowy, do którego Rostowski „wypychał” część zobowiązań.

Przyczyn takiego stanu rzeczy jest kilka – od zwykłego marnotrawstwa i niegospodarności, poprzez patologiczne mechanizmy wykorzystywania unijnych funduszy (im więcej pieniędzy absorbujemy z Brukseli, tym więcej kredytów musimy zaciągać na tzw. „wkład własny”), do tego dochodzą koszty obsługi zadłużenia będące niemal równowartością wpływów z PIT, wyprowadzanie z Polski kapitału, no i wreszcie ignorowany dotąd słoń w menażerii, czyli katastrofalna ściągalność podatków. Tylko w latach 2008-2013 wg raportu MFW sporządzonego na zlecenie Ministerstwa Finansów wydajność poboru podatków spadła z 16 do 13,1 pkt. PKB. Z kolei wg wspomnianego OECD mamy najmniej efektywny system spośród wszystkich członków, zaś Bank Światowy lokuje nas na 114 miejscu spośród 183 badanych krajów.

Ostatnio uraczono nas nowymi, alarmującymi doniesieniami o skali patologii przy ściąganiu VAT i CIT. I tak, firma doradcza PwC wzięła na tapetę „lukę” w podatku VAT. Owa „luka” to nic innego jak różnica pomiędzy tym co teoretycznie powinno wpłynąć do budżetu państwa, a realnymi dochodami z danego podatku. W perspektywie lat 2007 – 2015 luka podatkowa osiągnęła rozmiary czarnej dziury w której rokrocznie znikają dziesiątki miliardów złotych. Dość powiedzieć, że w relacji do PKB dziura zwiększyła się z 0,6 proc. PKB w 2007 do 3 proc. w 2015, z chwilowym zmniejszeniem do 2,4 proc. w 2014. Jest to skutek (w proporcjach mniej więcej pół na pół) funkcjonowania „szarej strefy” oraz zorganizowanej przestępczości zajmującej się wyłudzeniami VAT. Oczywiście, zapewne tego procederu nie da się całkowicie zniwelować, zresztą trudności w ściąganiu VAT mają w mniejszym lub większym stopniu wszystkie kraje stosujące ten podatek, lecz Polska należy tu do niechlubnej europejskiej czołówki. Wyliczenia PwC wskazują, że samo ograniczenie luki do poziomu z 2007 roku dałoby państwu w tym roku dodatkowe 42 mld zł, ogółem zaś wyniesie ona 53 mld.

Podobnie rzecz się ma ze ściągalnością CIT, czyli podatku od przedsiębiorstw. Prof. SGH Dominik Gajewski oszacował na zlecenie Komisji Europejskiej, że polskie państwo na skutek unikania płacenia CIT traci rocznie 11 mld euro, czyli ok. 46 mld zł. Z sumami tymi polemizuje zarówno Ministerstwo Finansów, jak i wspomniana PwC, twierdząc, że straty z tytułu CIT są tak naprawdę „niepoliczalne” - optymalizacja podatkowa osiągnęła bowiem taki stopień zaawansowania, że nie sposób precyzyjnie wyliczyć luki podatkowej. Przy okazji „afery Junckera”, gdy wyszło na jaw, że wielkie koncerny celem uniknięcia podatków lokowały zyski wypracowane w innych krajach w Luksemburgu, obliczono w przybliżeniu, że na optymalizacji podatkowej Polska traci rocznie ok. 20 mld zł.

Jak by nie patrzeć, nawet przy „nieuchwytności” strat z CIT, otrzymujemy gigantyczne kwoty. Dlatego właśnie na wstępie przypomniałem deficyty budżetowe Polski z ostatnich lat. Okazuje się bowiem, że gdyby choćby częściowo uszczelnić nasz system podatkowy, to zamiast zadłużać się rok po roku i bić kolejne rekordy deficytów, moglibyśmy pokusić się o zrównoważony budżet, a może wręcz o nadwyżkę! Przypomnę: tegoroczny deficyt to 46 mld., a samo ograniczenie dziury podatkowej przy ściąganiu VAT do poziomu z 2007 roku dałoby nam 42 mld, do tego ograniczenie wyprowadzania nieopodatkowanego kapitału przyniosłoby kolejne miliardy z CIT.

Wniosek nasuwa się sam. Zamiast cywilizowanego systemu podatkowego mamy coś w rodzaju szulerni z ruletką, w której wielki biznes i świat przestępczy kręci swoje lody, a płacą frajerzy. Zwyczajnie nie wierzę, że patologie o takiej skali wynikają jedynie z bałaganu i niekompetencji. Albo inaczej – bałagan i niekompetencja to pozory mające na celu stworzenie klasycznej „mętnej wody”. Czy jest to część ceny, którą kosztem nas wszystkich płaciła ekipa PO-PSL różnym lobbies za poparcie? Mam nadzieję, że po wyborach wykaże to stosowne postępowanie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 41 (09-15.10.2015)