czwartek, 26 września 2019

Pod-Grzybki 177

Prawicowy, nacjonalistyczny polski rząd może świętować zwycięstwo” - zawył izraelski dziennik „Haaretz”. O co poszło? Otóż podczas warszawskich obchodów 80. rocznicy wybuchu II Wojny Światowej w centrum uwagi postawiono polskie ofiary, a nie Żydów. Na dodatek nie było nic o polskich współsprawcach holokaustu. W związku z tym, żydowska gazeta ogłosiła, iż w „długiej wojnie o kulturę pamięci” polski rząd „zdobył ostatni bastion” i z tego powodu Żydzi powinni być „wściekli”. Hmm, na moje oko, „wściekli” to oni są zawsze, bez dodatkowych zachęt. Niemniej, „Haaretz” polał miód na moje serce – nie dość, że izraelskie media oficjalnie stwierdziły, iż toczy się wojna o pamięć, to jeszcze przyznają, że zaliczyły bolesny cios w arcyważnym, symbolicznym momencie. Swoją drogą, Jan Tomasz Gross, Jan Grabowski, Barbara Engelking plus cała ekipa muzeum „Polin” powinni zebrać niezły „opeer”. Taka okazja, a oni zmarnowali możliwość urządzenia antypolskiej hucpy? Wstyd!


*

A przy okazji – zauważyliście Państwo, kogo zabrakło 1 września w Warszawie? Nie, wcale nie Trumpa. Wśród licznych reprezentantów różnych państw zabrakło wysokich przedstawicieli Izraela. I to jest kolejny powód do radości. Najwyraźniej PiS wreszcie poszedł po rozum do głowy i nie dał „Bibi” Netanjahu okazji do zrobienia siary na podobieństwo tej podczas szczytu bliskowschodniego lub całkiem niedawnej na Ukrainie, kiedy to jego małżonka rzuciła na ziemię powitalny chleb, którym poczęstowano ich na lotnisku. Ciekawe, czy oni umawiają się między sobą, kto tym razem obrazi gospodarzy? A może to jakiś żydowski sport – plucie w twarz w podzięce za okazaną gościnność? Tak czy owak, pokazaliśmy wreszcie minimum asertywności – chamów należy unikać, albo gonić kijami.


*

Kanclerz Angela Merkel wykazała się refleksem. Wystarczyło, że Amerykanie „przełożyli” wizytę Donalda Trumpa, by ta natychmiast wskoczyła na jego miejsce, niespodziewanie przybywając na warszawskie uroczystości. Przekaz jest jasny: USA są daleko, a Niemcy blisko – i zawsze będą. Tak więc, uważajcie i nie brykajcie zanadto, bo my nigdy nie zrezygnujemy z Mitteleuropy i jeszcze tutaj wrócimy... Entuzjastyczna reakcja tutejszych medialnych folksdojczów na niespodziewaną wizytę tylko to przesłanie uwiarygadnia. Zwłaszcza teksty typu, że na Angelę Merkel i Niemcy „zawsze możemy liczyć”. O tak, WY z pewnością możecie...


*

Jako gość z Niemiec stoję dzisiaj przed polskim narodem bosy” - załkał podczas swego przemówienia niemiecki prezydent Frank-Walter Steinmeier. Dalej, w równie płaczliwym stylu, „prosił o przebaczenie”, przyznając się do „nieprzemijającej odpowiedzialności”. O nie, kochaneńki, tak łatwo nie pójdzie. Skoro uznajecie „nieprzemijającą odpowiedzialność” - to pieniądze na stół. O „przebaczeniu” będziemy mogli sobie porozmawiać, gdy zaczniecie płacić reparacje. Tymczasem dziś Niemcy swoją „polityką pokory” usiłują nam i światu zamydlić oczy. Mogą się przyznać, uderzyć w skruchę, przeprosić – byle tylko to nic nie kosztowało. Słowem, typowo szkopska obłuda. Tak więc, panie Steinmeier – zacznijcie płacić, a wtedy faktycznie będziesz pan stawał przed nami „bosy” - a może nawet bez gaci.


*

Z weselszych akcentów. Gdańska „dulcessa” Aleksandra Dulkiewicz podczas imprezy w Europejskim Centrum Solidarności powitała londyńskiego burmistrza Sadiqa Khana oraz sekretarz stanu landu Berlin Sawsan Chebli jako „egzotycznych gości”. Może za młodu naczytała się „W pustyni i w puszczy” i na widok ciemnoskórych odruchowo weszła w rolę „białej Mzimu”? W każdym razie, Sadiq Khan stwierdził w odpowiedzi, że jeszcze nigdy go nie nazwano „egzotycznym” i w powietrzu zapachniało bynajmniej nie Europą, ale solidną „siarą” na miarę wspomnianych wyżej występów „Bibi” Netanjahu. Na szczęście, „dulcessie” udało się „egzotycznych gości” ułagodzić. Podarowała im perkal i paciorki.


*

Zmieniamy temat. „Czuję się zrobiona w wała” - wyznała internautka należąca, jak można się domyślać, do środowiska waginosceptyków i penisosceptyczek, po tym, gdy okazało się, że Trzaskowski wprawdzie podpisał kartę LGBT żeby było ładnie i europejsko, ale ani myślał zabezpieczyć środków na jej realizację. Rozumiem rozgoryczenie: tyle pięknych posad poszło się czochrać. Wszak zapewne powstałyby specjalne zespoły tudzież komisje wdrażające i nadzorujące - a to budowę hostelu dla LGBT, a to promujące „sport gejowski”, to znów powołano by „latarników” rekrutujących w szkołach młody narybek, nie zapominając oczywiście o „masturbatorach” od „edukacji seksualnej” wg wytycznych WHO. A tu lipa. Znowu trzeba będzie po staremu wydłubywać kit z okien na chudej zupce od Sorosa.


*

Zawiedzionym waginosceptykom i penisosceptyczkom na pocieszenie powiem, że nie są jedyni. Podobnie orżnięto warszawskich kierowców zapowiedzią zbudowania podziemnego parkingu pod Placem Bankowym - zamiast tego powstała tam strefa „paletorelaksu” za okrągłą bańkę. A co z całą resztą mieszkańców, którym obiecano stolicę na światowym poziomie, a nie metropolię rodem z III świata, słynącą z rzeki g...a wylewanego do Wisły przez „kałboja” Trzaskowskiego? Chociaż akurat wagino- i peniso-sceptycy (i sceptyczki) mogą czuć się rozczarowani i zrobieni w wała podwójnie, ponieważ nad realizacją ich postulatów miał czuwać peniso-entuzjastyczny „wicekałboj” Paweł Rabiej. Ech, naiwni... a po co ma się dodatkowo wysilać? On już posadę sobie załatwił i teraz może śmiało powiedzieć nagabującym go natrętom: „a gońcie się, frajerzy!”.


*

Jarosław Gugała w TOK FM wraz z prof. Radosławem Markowskim i Karoliną Lewicką tradycyjnie biadolili nad polską, pisowską ciemnotą. Przy tej okazji Gugała podzielił się odkryciem, że „zanim się wyzwoli niewolników, trzeba ich wpierw wyedukować”. Szkoda, że Abraham Lincoln o tym nie wiedział, tylko bezmyślnie wyzwolił kilka milionów czarnych analfabetów. Gdyby miał przy sobie takiego Gugałę, pewnie zastanowiłby się dwa razy i uchronił Amerykę przed obskuranckim, murzyńskim ciemnogrodem.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 37 (13-19.09.2019)

Czy Facebook i Google są za darmo?

Google, Apple, Facebook, Amazon to gigantyczne giełdy, na których trwa nieustanna spekulacja najcenniejszą walutą, jaką jest informacja. A my tej waluty o rocznej wartości bilionów dolarów dostarczamy w zamian za – biorąc pod uwagę proporcje – świecidełka.

No i wykrakałem. Jak być może Państwo pamiętają, nieco ponad miesiąc temu w felietonie „Podatkiem w Zuckerberga” zająłem się planami wprowadzenia w Polsce podatku cyfrowego, który mieliby płacić internetowi giganci pokroju Google, Facebooka, Amazona itd. Międzynarodowe e-koncerny słyną bowiem z dopracowanej do perfekcji optymalizacji podatkowej, skutecznie unikając uiszczania danin od zysków w krajach, gdzie zostały one realnie wypracowane. Wykorzystują tutaj swoistą „płynność” charakteryzującą funkcjonowanie w globalnej sieci. Przykładowo, wykupując reklamy, czy sponsorowane posty na Facebooku, zawiera się umowę nie z polskim oddziałem tej firmy, lecz spółką zarejestrowaną w Irlandii – i to tam odnotowywane są zyski oraz odprowadzane podatki. Podatek cyfrowy (bazujący na projekcie dyrektywy przygotowywanej przez Komisję Europejską) miał przynajmniej częściowo ukrócić tę patologię. Wedle wstępnych założeń, firmy internetowe odnotowujące globalny przychód w wysokości 750 mln. euro, a na terenie Unii Europejskiej minimum 50 mln. euro, miałyby płacić 3 proc. podatku. W Polsce mieliśmy wzorem Francji nie czekać, aż państwa członkowskie UE dojdą do porozumienia (dyrektywa blokowana jest przez kraje skandynawskie), tylko wprowadzić daninę cyfrową „oddolnie”, na własną rękę – i to od 2020 r., co zapewniłoby budżetowi wg szacunków Ministerstwa Finansów ponad 217 mln. zł.

Felieton zakończyłem jednak (i tu wracamy do „krakania”) niewesołą refleksją. Mianowicie, wyraziłem wątpliwość, czy na wprowadzenie takiego podatku zezwoli nam ambasador Georgette Mosbacher, słynąca z nader aktywnego lobbowania na rzecz amerykańskich firm i potrafiąca za pomocą ostrych listów, których ton ociera się o utrzymane w kolonialnym duchu połajanki, wymusić na polskim rządzie odpowiednie ustępstwa. Tak się bowiem składa, że podatek cyfrowy uderzyłby głównie w podmioty amerykańskie, a jego wprowadzenie we Francji spotkało się ze zdecydowaną reakcją Donalda Trumpa, który zapowiedział odwetowe cła na francuskie towary. Trump przy tej okazji raczył stwierdzić, że amerykańskie firmy mają płacić podatki w Ameryce – i nigdzie indziej. Cóż, na jego miejscu zamiast pomstować, przyjrzałbym się raczej, ile faktycznie taki Google płaci podatków w USA, a ile zysków globalnego monopolisty trafia na Bermudy.

Wracając jednak do tematu – otóż niedawno okazało się, że podatku cyfrowego w Polsce jednak nie będzie. Nie tyle jednak za sprawą zakazu ambasador Mosbacher, co wiceprezydenta Mike'a Pence'a. Jak wiemy, Pence przybył do Polski z wizytą w zastępstwie Donalda Trumpa przy okazji obchodów 80. rocznicy wybuchu II Wojny Światowej i uraczył nas pięknym przemówieniem. Na tym jednak nie koniec, bowiem podczas konferencji prasowej oznajmił, iż USA przyjęły „z głęboką wdzięcznością” rezygnację z wprowadzenia przez Polskę podatku cyfrowego, dodając przy tym lekko tylko zawoalowaną pogróżkę, iż taka danina mogłaby utrudnić wymianę handlową między oboma krajami. Krótko mówiąc, podatek miał być, ale przyjechał amerykański nadzorca – i podatku nie będzie. Trudno o bardziej wyrazisty przykład kolonialnych relacji. Zresztą, takim prezentem zostaliśmy przez stronę amerykańską uraczeni nie pierwszy raz. Warto tu przypomnieć niesławny „szczyt bliskowschodni” z lutego 2019 r. O tym, że będziemy jego „organizatorami” również dowiedzieliśmy się od Mike'a Pence'a – a konkretnie z jego wypowiedzi podczas konferencji prasowej... w Egipcie.

Nasze Ministerstwo Finansów próbuje robić teraz dobrą minę do złej gry, twierdząc wbrew wcześniejszym deklaracjom, że podatek cyfrowy nigdy nie był tak naprawdę planowany, że chodziło jedynie o wspieranie takiej regulacji na poziomie europejskim i generalnie czekamy, aż Komisja Europejska ogarnie się z tematem, żeby się podłączyć pod wypracowane w Brukseli rozwiązania. Słowem, nieudolne mydlenie oczu i ogólna żenada.

No dobrze, powie ktoś, ale może taki podatek jest zwyczajnie zbędny, skoro świat został obdarowany darmowymi dobrodziejstwami ułatwiającymi globalną komunikację i upraszczającymi różne dziedziny życia? Te wszystkie portale społecznościowe pozwalające ludziom komunikować się między sobą, wyszukiwarki, mobilne systemy operacyjne, nawigacja samochodowa itp... Otóż nie. My za te „darmowe” produkty i usługi płacimy - i to słono. Walutą są tutaj nasze dane, informacje o sobie, które zostawiamy w sieci. Jest to bezcenny kapitał umożliwiający profilowanie nas, targetowanie i „monetyzowany” przez koncerny cyfrowe na wszelkie możliwe sposoby. W tym ujęciu słynna GAFA - Google, Apple, Facebook, Amazon - jawią się niczym gigantyczne giełdy, na których trwa nieustanna spekulacja najcenniejszą walutą, jaką jest informacja. A my tej waluty o rocznej wartości bilionów dolarów dostarczamy w zamian za – biorąc pod uwagę proporcje – świecidełka. I to jest kolejny powód dla którego e-koncerny powinny zostać opodatkowane – albo... zacząć płacić użytkownikom za to, że chcą korzystać z ich produktów.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Podatkiem w Zuckerberga


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 37 (13-19.09.2019)

„Kałboj” Trzaskowski

Czyżby Warszawa zafundowała sobie najdroższego w Europie bubla? Jeśli tak, to oznacza, że stolica i znaczna część Polski w dolnym biegu Wisły siedzi na permanentnej bombie ekologicznej.

I. „Czajka-gate”

Jak nie idzie, to nie idzie. Nie dość, że Polacy okazali się zadziwiająco odporni na kolejne „afery PiS” w rodzaju niedawnej „bieda-farmy trolli” w Ministerstwie Sprawiedliwości, to jeszcze totalnej opozycji przydarzył się wyjątkowo śmierdzący (i to dosłownie) „casus pascudens” w postaci warszawskiego szamba, które wybiło akurat w trakcie kampanii wyborczej, na jakiś czas nomen omen spłukując wszystkie inne tematy. I ta akurat sprawa ma naprawdę wybuchowy potencjał. Ludzi może średnio obchodzić, kto się z kim pożarł gdzieś w zakamarkach sędziowskiego półświatka - natomiast takie rzeczy, jak nieoczyszczone fekalia spuszczane do rzeki oraz związane z tym nieprzyjemności i zagrożenia związane np. z dostępnością wody pitnej, dotykają każdego i wywołują żywe zainteresowanie.

Nie wiem, czy afera z oczyszczalnią „Czajka” wpłynie na samych warszawiaków (ze szczególnym uwzględnieniem postępowego elektoratu PO), czy też będą ją wypierać ze świadomości, bo w przeciwnym razie musieliby przyznać przed samymi sobą, że zamiast kompetentnych włodarzy wybrali bandę nieudaczników na czele z groteskowym duetem, pożal się boże, „szeryfów” - „kałbojem” Trzaskowskim i „wicekałbojem” Rabiejem. Ale już mieszkańców np. Płocka, tudzież innych miejscowości w dolnym biegu Wisły uraczonych „kontrolowanym spustem” warszawskich nieczystości sprawa powinna poruszyć jak najbardziej, chociażby ze względu na własne zdrowie. Śmierdząca rzeka zasilana dzień w dzień „surowymi” ściekami w tempie trzech tysięcy litrów na sekundę działa na wyobraźnię – tym bardziej, że ludzie stają się coraz bardziej uwrażliwieni na punkcie rozmaitych zanieczyszczeń. To nie jest chwilowe spuszczenie szamba na krótkim odcinku Motławy, jak przed rokiem w Gdańsku, lecz potencjalnie zatrucie największej rzeki w kraju na połowie jej długości.


II. Eko-obłuda

Powyższe wizerunkowe niebezpieczeństwo wyczuli – i to bardziej, niż odór z uszkodzonych kolektorów – kibice oraz sojusznicy „totalnych”, toteż z miejsca pośpieszyli z wyjaśnieniami, że Wisła, jako rzeka praktycznie dzika i meandrująca sama się oczyści, a ścieki będą się rozrzedzać, więc choć można mówić o „lokalnej katastrofie ekologicznej”, to nie ma powodów do paniki, gdyż jest to „zagrożenie czysto biologiczne dla samej Wisły” (poważnie, tak wywiódł ekspert odpytywany przez portal Gazeta.pl). Wprawdzie półgębkiem przyznaje się, że z powodu wyjątkowo niskiego stanu wody i wysokiej temperatury zanieczyszczonej rzece grozi brak tlenu, czyli mówiąc po ludzku, po prostu się „zakisi” – ale cóż, wystarczy się nie kąpać i nie pić wody bezpośrednio z rzeki. Nagle jakoś zabrakło zawodowych ekologów, na co dzień tak wyczulonych na punkcie wszelkich dużych i małych „istot czujących”. Ryby, roślinność, ptactwo wodne, te wszystkie żabki, żuczki i inne żyjątka dotąd stanowiące oczko w głowie i pretekst do protestów przeciw różnym inwestycjom – nagle przestały się liczyć i poszły w kąt. Przyczyna ewidentna – sprawę należy bagatelizować tak, jak to tylko możliwe, żeby „pisiory” nie ugrały na „lokalnej katastrofie” jakichś politycznych punktów. Troska ta przewija się również w komentarzach najwierniejszych czytelników czerskich portali, z których nagle uleciała cała eko-wrażliwość, tak chętnie eksponowana przy okazji obrony kornika, dzików czy wigilijnego karpia. Prawdziwy popis dał tu przedstawiciel „Zielonych” (koalicjanta PO) Radosław Gawlik, gardłując o „władzy wyolbrzymiającej nasze strachy”, któremu wtórowała przedstawicielka Greenpeace Polska Katarzyna Guzek, pomstując na „cyniczną rozgrywkę polityczną”. No tak, „niesłuszna” awaria oczyszczalni odwraca uwagę od „słusznego” blokowania budowy Via Carpatia...

Jak zatem zostaliśmy pouczeni, należy nabrać wody w usta... wróć, zważywszy na okoliczności, może lepiej jednak nie... Chociaż, z drugiej strony, wspomniany pan Gawlik przekonywał, że ścieki spuszczane „na żywioł” to jedynie 1 proc. wody przepływającej w każdej sekundzie Wisłą i „rozcieńczą się” już po kilkunastu kilometrach – zatem nabierajmy, śmiało! Otwartym pozostaje pytanie – skoro „spust” w tempie niemal 260 tys. metrów sześciennych na dobę ma tak znikome konsekwencje środowiskowe, to po co w ogóle Warszawie ta cała oczyszczalnia? Żeby było bardziej światowo?

Zobaczymy, co na to wszystko powiedzą mieszkańcy pozostałych nadwiślańskich miast, miasteczek i wiosek, czerpiących wodę z rzeki zamieniającej się stopniowo w kloakę. Szczególnie ciekawi mnie, jak będzie wyglądała sytuacja, gdy fala dotrze do zalewu i tamy we Włocławku, gdzie zaczną się gromadzić wszystkie zawiesiny z „kontrolowanego spustu”. Tamtejszych obywateli z pewnością uspokoi oświadczenie „kałboja” Trzaskowskiego, że awaria nastąpiła poniżej ujęć wody pitnej... w Warszawie...


III. „Bob budowniczy, co wszystko spierniczy”

A, właśnie, skoro już przy tym jesteśmy - osobnym kryminałem jest reakcja na awarię władz Warszawy, dla których priorytetem najwyraźniej była strategia wizerunkowa: jak „opakować” ten cały syf, by w sprzedać go ludziom w strawnej i przyswajalnej formie, co jest zresztą znakiem rozpoznawczym Platformy od czasów Donalda Tuska i piarowskiej ekipy Igora Ostachowicza. Przypomnijmy, że do usterki pierwszego kolektora odprowadzającego fekalia doszło już we wtorek 27 sierpnia – jego funkcję przejął drugi kolektor, który przestał pracować w środę o 7:20. Dopiero po tym fakcie podjęto decyzję o zwołaniu sztabu kryzysowego i raczono powiadomić stosowne służby państwowe o sytuacji i „kontrolowanym zrzucie” (pod tym eufemizmem kryje się po prostu spuszczenie wszystkiego jak leci) - ponad dobę od początków awarii. Idę jednak o zakład, że wcześniej postawiono na nogi inny sztab - ten od piaru, by przygotował odpowiednią „kryzysową narrację”. Po to była potrzebna ta doba przed oficjalnym ujawnieniem rozmiarów katastrofy. Słowem, jak u sowietów – przyznajemy, że coś „pierdykło” dopiero wtedy, gdy i tak już nie da się tego ukryć, kręcąc przy tym na temat szczegółów do samego końca. Tak było, uczciwszy proporcje, przy Czernobylu – i tak dzieje się po niedawnym wybuchu jądrowym na syberyjskim poligonie. Pogratulować wzorców – miał być Zachód i Europa, a jest Moskwa z jej mentalnością i standardami bezpieczeństwa – dopóki ludzie nie zaczną chorować i umierać, nie muszą niczego wiedzieć. Później zresztą też niekoniecznie. Co więcej, nawet w tych krętactwach co i rusz wyłazi żenująca nieudolność, bo koniec końców „kałboj” Trzaskowski musiał przyznać, że nie ma żadnego alternatywnego planu, problemu nie da się rozwiązać w przewidywalnym czasie, a i przyczyny awarii pozostają nieznane. Zabrakło taśmy klejącej? Żeby było ciekawiej, portal wPolityce dotarł do filmiku na YouTube pokazującego, że podobne sytuacje w Warszawie są normą po każdej ulewie – spuszcza się wtedy do rzeki wszystko hurtem, bez żadnego oczyszczania.

Prokuratura wszczęła w sprawie awarii „Czajki” śledztwo. Cóż, radziłbym się zainteresować nie tylko tym, jak wyglądają procedury bezpieczeństwa w oczyszczalni czy sprawą bieżącego nadzoru i konserwacji, ale przede wszystkim – samą rozbudową i modernizacją „Czajki” z lat 2008-2012. Wiele się wówczas mówiło o niejasnościach przetargowych i najdroższej oczyszczalni ścieków w Europie (niemal 2,5 mld. zł.)... Czyżby miało się okazać, że Warszawa zafundowała sobie najdroższego w Europie bubla, który „wywaliło w kosmos” po raptem 7 latach funkcjonowania? Jeśli tak, to oznacza, że stolica i znaczna część Polski w dolnym biegu Wisły siedzi na permanentnej bombie ekologicznej. Znane powiedzonko „Bob budowniczy, co wszystko spierniczy” pasuje tu jak ulał.

Jan Pietrzak śpiewał niegdyś: „Przez stulecia przepływała razem z nami / modra Wisła, najwierniejsza z wszystkich rzek / Jeśli pomóc nie zechcemy dobrej pani / pozostanie po niej wkrótce brudny ściek”. Wygląda na to, że ta ponura przepowiednia właśnie się spełnia, a „królowa polskich rzek” zmienia się na naszych oczach w największy rynsztok Europy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 36 (06-12.09.2019)

Pod-Grzybki 176

Historia dzieje się na naszych oczach. Mowa rzecz jasna o warszawskim shitstormie, który ma szansę zapisać się w dziejach niczym słynny nowojorski blackout z 13 lipca 1977 r., kiedy to amerykańską metropolię na długie godziny spowiły ciemności. Poskutkowało to wzmożoną redystrybucją wszelakich dóbr – mieszkańcy masowo rabowali sklepy, doszło też do licznych podpaleń i ogólnego chaosu. Plus całonocnej awarii prądu był taki, że po dziewięciu miesiącach odnotowano skokowy wzrost liczby urodzeń. Na efekty warszawskiego shitstormu przyjdzie zapewne poczekać, już teraz jednak rozbawione internety okrzyknęły Trzaskowskiego „kałbojem”. Panie prezydencie, kibelkowe „berło”, butelka „Kreta” w dłoń – i do dzieła!


*

Kałbojowi” Trzaskowskiemu swój medal powinna wręczyć lewica. Ileż to razy słyszeliśmy, że w Polsce „wzbiera brunatna fala”? I co? I jest! Trzaskowski zarządził mianowicie „kontrolowany spust” nieoczyszczonych ścieków prosto do Wisły. Od razu wyjaśniam: „kontrolowany spust” polega na tym, że spuszczamy g...o do rzeki i patrzymy jak płynie. W efekcie otrzymaliśmy „brunatną falę” od Warszawy do Gdańska. Wreszcie, dzięki dzielnemu „kałbojowi”, słowo stało się ciałem!


*

Opinia publiczna zastanawiała się, dlaczego rabanu nie podnoszą „ekologiści” - te wszystkie Greenpeacy i Zieloni. Wyjaśnienie jest proste – spuszczana przez „kałboja” biomasa skutecznie użyźnia wody Wisły cennymi, naturalnymi składnikami, które dodatkowo mogą przeniknąć do okolicznych wód gruntowych, samorzutnie nawożąc nadwiślańskie pola. Wszystko jest więc 100 proc. „eko”, a bujnie wyrosłą na tym nawozie paszę z pewnością chętnie skonsumuje pani Sylwia Spurek (to taka lewaczka, która chce zakazać jedzenia mięsa i dojenia krów, bo to dyskryminacja ze względu na płeć). Smacznego!


*

Ale, ale – dlaczego doszło w ogóle do shitstormu? Złe języki rozpuszczają fałszywe pogłoski, że to z powodu kretyńskich oszczędności. Mianowicie, oba kolektory w „Czajce” były wykorzystywane naprzemiennie – podczas gdy jeden odprowadzał ścieki, drugi miał być w tym czasie czyszczony z osadów, które mają tę właściwość, że nieusuwane zastygają na beton, zawężając przekrój rury. Sęk w tym, że na owym czyszczeniu postanowiono nieco przyoszczędzić (z czegoś trzeba brać te miliony na „strefy relaksu”, żeby Antka kobity szwagra brat mógł sobie dorobić na zbijaniu europalet) i w efekcie oba kolektory kompletnie zatkały się skamieniałym g...em. Ale to wszystko oczywiście bzdury. Po prostu kolektory wywaliło, bo nie mogły już wytrzymać nieustannego gwałcenia przez PiS Kon-sty-tu-cji, którą to narrację podrzucam gratis totalnej opozycji do wykorzystania.


*

Dlaczego prawica nienawidzi przyrody?” - alarmuje „Wyborcza”. Niektórzy w odpowiedzi próbowali coś tam tłumaczyć, jak komu dobremu – a ja uważam, że na jechanie po bandzie trzeba odpowiedzieć tym samym. Otóż przyroda jest do d...y. Przyroda jest okrutna, wredna i zabija. Jeśli ktoś nie wierzy, niech spróbuje przetrwać kilka tygodni w lesie bez zdobyczy cywilizacji – niechby i latem. Nie bez przyczyny takich umiejętności uczą komandosów i różnych zapaleńców na obozach surwiwalowych (od „survive” - „przetrwać”), a w czasach jaskiniowych długość życia nie przekraczała trzydziestki. I właśnie dlatego człowiek ma czynić Ziemię sobie poddaną.


*

Ale, co my tam sobie opowiadamy o jakichś błahostkach, podczas gdy mamy polityczne trzęsienie ziemi – Trump nie przyleciał do Polski na uroczystości wybuchu II Wojny Światowej! Oficjalnie, z powodu zbliżającego się do Florydy huraganu „Dorian” - nieobecność prezydenta w chwili klęski żywiołowej zostałaby źle odebrana przez wyborców. Cóż, potwierdza to moje przypuszczenia, że Trump to jednak Reptilianin ukryty w niby-ludzkiej, pomarańczowej powłoce i jego mózg funkcjonuje w innym trybie, niż u człowieka – przez co, z naszego punktu widzenia jest nieobliczalny. O huraganie wiadomo było od dawna i naprawdę można było „przełożyć” wizytę wcześniej, a nie w ostatniej chwili. Dlatego też – i piszę to przy całej sympatii jaką żywię do Donka Trampka choćby za to, jak po mistrzowsku doprowadza lewactwo do notorycznego szału – w relacjach z USA trzeba jednak brać zawsze poprawkę na osobowość „szalonego cezara”.


*

Odwołania wizyty nie omieszkała wykorzystać frakcja targowicka na czele z tzw. „byłymi ludźmi” (tak za komuny nazywano dygnitarzy, którzy poszli w odstawkę) – tj. byłymi ambasadorami, którzy wsławili się ostatnio skierowanym do Trumpa zdradzieckim donosem na Polskę. Obwieścili, że Trump tak się przejął „łamaniem praworządności” i „farmą trolli” w Ministerstwie Sprawiedliwości, że zbulwersowany został w domu, z miejsca stając się idolem tutejszego lewactwa. Taak, już to widzę – Trump, który w kampanii wyborczej hurtowo korzystał z usług internetowych hejterów organizowanych przez Steve'a Bannona, nagle przejął się jakimiś bieda-trollami z Polski... Już bardziej prawdopodobne jest, że usłyszał o warszawskim shitstormie i nie przyleciał, by nie wąchać g..a.


*

A jaki jest prawdziwy powód? A taki, że masowe zniszczenia w tak atrakcyjnej lokalizacji, jaką jest Floryda, z punktu widzenia dewelopera otwierają ciekawe możliwości, bo „czyszczą” teren pod ponowną zabudowę. Deweloperka to trudna i konkurencyjna branża, nic więc dziwnego, że Trampek postanowił być na miejscu i trzymać rękę na pulsie.


*

Generalnie, stan umysłów opozycji jest taki, że gdyby dziś Hitler napadł na Polskę, to witaliby go kwiatami i wręczali medale z wdzięczności, że dowalił „pisiorom”. Utwierdza mnie w tym przekonaniu właśnie „medal wdzięczności” jaki gdańskie Europejskie Centrum „Solidarności” wręczyło antypolskiemu nienawistnikowi i wyjątkowo oślizgłej kanalii – Franzowi Timmermansowi. Wszystko w przeddzień „wesołych obchodów” rocznicy 1 września 1939 r. Władzom Gdańska proponuję pójście za ciosem i zorganizowanie kolejnych fajerwerków 8 października – w 80. rocznicę podpisania przez Hitlera dekretu o wcieleniu Freie Stadt Danzig do Rzeszy.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 36 (06-12.09.2019)

Ekologiczne „bareizmy”

W USA w czasach prohibicji funkcjonowała tzw. lecznicza whisky, którą sprzedawano w aptekach. Dlaczego zatem dziś w aptekach nie można by sprzedawać mięsa na receptę?

W poprzednim felietonie („Podatkowy terror klimatyczny”) powiało nieco grozą – a to za sprawą „mięsnego” raportu IPCC niedwuznacznie postulującego globalną redukcję hodowli bydła oraz, co się z tym wiąże – spożycia mięsa i generalnie wszelkich produktów odzwierzęcych. Jak pamiętamy, z podobnym pomysłem wyskoczyli niemieccy Zieloni oraz SPD zgłaszając projekt podniesienia VAT na mięso z 7 do 19 proc. czemu towarzyszyły głosy, iż rozwiązanie to powinno zostać wprowadzone na poziomie całej Unii Europejskiej. Jest to doskonała ilustracja zamordystycznych ciągot tzw. ekologistów, którzy z troski o klimat i środowisko naturalne uczynili ideologię. To klimatyczne „ideolo” wraz z rozprzestrzenianiem się i infekowaniem kolejnych umysłów coraz wyraźniej pokazuje swe totalitarne oblicze i równie totalniacką mentalność jego głosicieli. „Ekologizm” (tradycyjnie przypominam – ekologia to nauka, „ekologizm” to ideologia) w coraz większym stopniu staje się narzędziem kształtującym sprawowanie rządów, modelującym gospodarkę i wreszcie – kontrolującym ludzką świadomość poprzez zmasowaną propagandę. Wszystko w warunkach nominalnie demokratycznych, tyle że owa demokracja na naszych oczach staje się pustym rytuałem, co widać szczególnie na przykładzie krajów zachodniej Europy – kogo by ludzie nie wybrali, efekt jest ten sam, a „Nowy Zielony Ład” (poważnie, jest takie pojęcie, nie zmyśliłem tego) wdziera się w kolejne dziedziny życia, dążąc do wszechogarniającej kontroli. Krótko mówiąc – na naszych oczach rodzi się globalny, zielony totalitaryzm.

Z czasów komuny pamiętamy jednak, iż tego typu model prócz rozmaitych dolegliwości, rodzi również całkiem zabawne absurdy, doskonale uchwycone chociażby w nieśmiertelnych komediach Stanisława Barei. Doczekało się to nawet swej nazwy - „bareizmy”. W Polsce znakomite zadatki na czołową „bareistkę” ma eurodeputowana z ramienia „Wiosny” Biedronia, pani Sylwia Spurek (doktor prawa i była zastępczyni RPO, co akurat nie jest zbyt zabawne), która niedawno wsławiła się feministyczną analizą przemysłu mleczarskiego. Otóż krowy mleczne są oprymowane ze względu... na swoją płeć i zmuszane do dawania mleka. Innymi słowy, pozyskiwanie mleka od krów jest kolejnym przejawem patriarchalnej dominacji i ekonomicznego wyzysku. Pani Spurek nie jest tu zresztą oryginalna, bowiem europejskie miasta widziały już protesty podczas których aktywistki podłączały się do dojarek – kto wie, może będzie nam dane ujrzeć podobny happening w wykonaniu naszej eurodeputowanej? Zastanawiam się, czy znajdzie się litościwa dusza, która wyjaśni pani Spurek, co dzieje się z niewydojoną krową. Otóż ona dopiero wtedy zaczyna naprawdę cierpieć. Bolą ją wymiona i domaga się dojenia głośnym muczeniem. Ale cóż, może wedle pani Spurek taka krowa powinna się poświęcić w imię zielonej (i feministycznej przy okazji) rewolucji? Wszak postęp wymaga ofiar.

Kolejnym „bareizmem” jest postulat globalnej redukcji spożycia mięsa. Jak widzimy na wspomnianym na wstępie przykładzie Niemiec, metodą ma być tyleż radykalne co sztuczne zawyżenie cen produktów mięsnych poprzez ich dodatkowe opodatkowanie. W ten sposób ludzie pod wpływem ekonomicznego przymusu mają gremialnie przerzucić się na „zielonkę”. Problem w tym, iż owa „zielonka” jeśli ma być naprawdę „eko” będzie równie droga – tzw. zdrowa żywność jest teraz niedostępna dla kieszeni przeciętnego konsumenta i obecnie stała się wręcz jednym z wyznaczników materialnego statusu wyższej klasy średniej. Musiałaby zatem być dotowana – pytanie, z czyich pieniędzy? I czy aby ktoś nie uprawia tu lobbyingu na rzecz swej branży?

Zresztą, proponowałbym pójść dalej i po prostu wprowadzić kartki na mięso – ot, co! W ten sposób okazałoby się, że wyszliśmy z socjalizmu tylko po to, by wrócić do niego okrężną drogą, za sprawą „zielonych” lewaków. Ale kartki na mięso to też jedynie półśrodek. Sądzę, że najskuteczniejsze byłoby sprzedawanie mięsa jedynie na receptę. Lekarz wypisywałby druczek, że pacjent ze względu dietetyczno-zdrowotnych ma prawo do jednego kotleta, bądź bitki wołowej tygodniowo. Jest nawet historyczny precedens – mianowicie, w USA w czasach prohibicji funkcjonowała tzw. lecznicza whisky, którą sprzedawano w aptekach. Dlaczego zatem dziś w aptekach nie można by sprzedawać mięsa na receptę?

Ponieważ jednak u lewactwa kojarzenie związków przyczynowo-skutkowych jest mocno zaburzone, zatem w ramach dnia dobroci dla niekumatych wyjaśniam, iż efektem ubocznym takiego sztucznego zmniejszenia popytu na produkty odzwierzęce byłaby potworna, masowa rzeź zwierząt hodowlanych, których obecnie jest na świecie kilka miliardów. A może to również musi się dokonać w imię postępu i „zielony” humanitaryzm na tę okoliczność powinien pójść w odstawkę? Skoro w przeszłości „nawozem historii” mogli być ludzie... No chyba, że na wzór indyjski zafundujemy sobie stada świętych krów kroczących dostojnie Marszałkowską pod czułą opieką pani Spurek z ekologiczną, wierzbową witką w dłoni.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Podatkowy terror klimatyczny

Greta Thunberg i klimatyczna pedagogika wstydu


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 36 (06-12.09.2019)

Degrengolada „nadzwyczajnej kasty”

Emi-gate” to dintojra i wendetta – jak to w mafii... wróć – oczywiście, nie w żadnej „mafii” tylko „nadzwyczajnej kaście”, że użyję wiekopomnego określenia sędzi Ireny Kamińskiej.

I. Prawdziwe „farmy trolli”

Na początek podstawy: co to jest „farma trolli”? Najlepiej wyjaśnić to na przykładzie rosyjskiego ośrodka funkcjonującego w Olgino na przedmieściach Petersburga. Spółka Internet Research Agency została założona przez byłego pułkownika milicji Michaiła Bystrowa i jest „zbrojnym ramieniem” rosyjskich służb specjalnych w internecie. Zadaniem jej pracowników zorganizowanych w tzw. brygady sieciowe jest szerzenie prokremlowskiego przekazu w internecie i oddziaływanie na poglądy zachodnich społeczeństw w kluczowych dla Rosji sprawach, np. wojny w Donbasie. W arsenale metod mamy m.in. publikowanie fałszywych bądź zmanipulowanych informacji (fake-news), tworzenie fikcyjnych kont i grup dyskusyjnych w mediach społecznościowych, napastliwe i agresywne komentowanie artykułów zawierających niekorzystny dla Moskwy przekaz, wszczynanie awantur i hejtowanie oponentów, rozbijanie dyskusji skręcających w niepożądanym kierunku, spamowanie - wszystko w zorganizowany, metodyczny sposób. Trolle są zatrudnieni, wynagradzani, mają ustalone godziny pracy podczas których muszą wyrobić określoną ilość publikacji – mówi się o ok. 100 postach dziennie na każdego pracownika. Ośrodek w Olgino nie jest zresztą jedyny. Szczytem marzeń jest sytuacja, gdy dana treść staje się tzw. viralem – czyli jest masowo powielana przez innych użytkowników, nieświadomych tego, z czym mają do czynienia. W ten sposób odbywa się propagandowa intoksykacja.

Aktywność zawodowych trolli stała się do tego stopnia dolegliwa, że w niektórych krajach przyjęto w ostatnich latach specjalne, drakońskie regulacje grożące portalom społecznościowym surowymi karami finansowymi w przypadku bezczynności i tolerowania trollingu, co określa się ogólnym mianem „walki z mową nienawiści” i „fake-newsami”. Inna sprawa, że owa walka została zarówno przez rządy, jak i administracje portali typu Facebook, Twitter i You Tube z miejsca wykorzystana do eliminacji niewygodnych ideologicznie treści, co na naszym podwórku obserwowaliśmy niedawno na przykładzie ocenzurowania internetowych telewizji wRealu.24 czy wSensie.tv. Z kolei np. w Niemczech wystarczy opublikować na Facebooku wpis nieprzychylny wobec muzułmańskich imigrantów, by narazić się na „ostrzegawczą” wizytę policji, a nawet na odpowiedzialność karną.

Inny przykład, tym razem oparty na zorganizowanym wolontariacie, to aktywność tzw. „alt-prawicy” w USA (alt-prawica, to inaczej ludzie na prawo od głównego nurtu Republikanów), która walnie przyczyniła się do zwycięstwa Donalda Trumpa. Jej ojcem duchowym jest Steve Bannon, szef prezydenckiej kampanii Trumpa i były redaktor naczelny portalu Breitbart.com, który za pośrednictwem swych współpracowników orkiestrował sieciowy przekaz i zbiorowy hejt przy wykorzystaniu tysięcy sympatyków-ochotników dążących do skompromitowania przeciwników politycznych – co było „oddolną” reakcją na przewagę w tradycyjnych mediach sympatyzującej z Demokratami opcji lewicowo-liberalnej.

Wreszcie, na naszym polskim gruncie do historii przeszła wypowiedź premier Ewy Kopacz z 2015 r., która – zapewne nie zdając sobie sprawy ze znaczenia własnych słów – oficjalnie ogłosiła, że Platforma zatrudni na potrzeby kampanii wyborczej „50 hejterów”. Całkiem niedawno natomiast światło dzienne ujrzała afera „Brejza-gate” - czyli organizowanie przez magistrat w Inowrocławiu pod nadzorem posła Krzysztofa Brejzy płatnego hejtu wymierzonego w przeciwników PO oraz jego ojca, prezydenta Inowrocławia, Ryszarda Brejzy.


II. Dintojra w „nadzwyczajnej kaście”

Teraz proszę sobie porównać opisane wyżej przypadki wysoce sprofesjonalizowanej aktywności z tym, co próbowali dość nieudolnie uprawiać sędziowie oddelegowani do Ministerstwa Sprawiedliwości. „Farma trolli”? Nie rozśmieszajcie mnie. Co tam tak naprawdę mamy? Otóż mamy kilku sędziów, którzy podczas rządów PiS „poszli w górę” wbrew dotychczasowej hierarchii i „porządkowi dziobania”, przez co narazili się na środowiskowy ostracyzm i szykany. Mam nadzieję, że pamiętamy jeszcze gniewne oświadczenia i próby wywarcia presji przez sędziowskie stowarzyszenia na kolegów, którzy ośmieliliby się kandydować do „pisowskiego” Sądu Najwyższego czy KRS. Dość wspomnieć oświadczenie Stowarzyszenia Sędziów „THEMIS” z lipca 2018 r., w którym znajdziemy takie kwiatki: udział w procedurach zajmowania miejsc w Sądzie Najwyższym jest działaniem bezpośrednio wspierającym łamanie Konstytucji RP”, i dalej: Nazwiska osób aspirujących do Sądu Najwyższego w warunkach stworzonego obecnie ustawowego bezprawia, staną się synonimem służalczości wobec systemu niszczącego państwo prawa (...)”. Utrzymane w podobnym duchu stanowisko zajęło inne stowarzyszenie - „Iustitia”, gdzie z kolei możemy przeczytać: prawnicy czynnie zaangażowani w demontaż zasad demokratycznego państwa prawa oraz gwarancji należytej ochrony obywateli przez niezależne sądy, powinni liczyć się z poważnym zagrożeniem dla swojej zawodowej i obywatelskiej reputacji”. Innymi słowy, mamy wyrażoną wprost zapowiedź dintojry oraz śmierci zawodowej i cywilnej, której ofiarą mieliby paść w przyszłości tzw. „pisowscy sędziowie”, którzy zdecydowaliby się ubiegać o zajęcie stanowisk np. w Izbie Dyscyplinarnej SN. Skoro coś takiego pojawiało się w oficjalnych pismach sędziowskiego establishmentu, to możemy się domyślać, co musiało się dziać za kulisami.

Zresztą, nie trzeba nawet wnikać za kulisy. W lutym 2019 r. „Iustitia” wykluczyła ze swych szeregów jednego z bohaterów obecnej afery – sędziego Łukasza Piebiaka, po tym jak przyjął funkcję wiceministra sprawiedliwości. Podobny los spotkał również innych sędziów, którzy kandydowali lub zostali członkami nowej KRS, wbrew „rekomendacjom” stowarzyszenia – m.in. Marka Jaskulskiego, Dagmarę Pawełczyk-Woicką, Jędrzeja Kondka, Macieja Nawackiego. Kilkoro innych złożyło rezygnacje z członkostwa.

W tej atmosferze kilku sędziom puściły nerwy i postanowili się na własną rękę odegrać na eks-kolegach przy pomocy różnych rozpowszechnianych w sieci „kompromatów”, również o charakterze prywatno-obyczajowym. Łukasz Piebiak, Jakub Iwaniec z Min. Sprawiedliwości, Tomasz Szmydt z KRS plus Arkadiusz Cichocki zmawiali się na Twitterze (konto „@KastaWatch”) i komunikatorze WhatsApp (w zamkniętej grupie dyskusyjnej „Kasta”), jak tu dopiec różnym sędziowskim szychom, na czele z szefem „Iustitii” Krystianem Markiewiczem. Do tego celu wykorzystywali w roli „etatowej hejterki” niezrównoważoną emocjonalnie alkoholiczkę, prywatnie żonę sędziego Szmydta i kochankę Cichockiego - „EmiE”, czyli Emilię Szmydt, której sędzia Cichocki przesyłał pieniądze za pośrednictwem jej męża. Jak się zdaje, cały ten hejtersko-łóżkowy układ się posypał wraz z zakończeniem romansu i sprawą rozwodową państwa Szmydtów, wskutek czego „Emi” kreująca się dziś na omotaną ofiarę przeszła na „drugą stronę” i nadaje na niedawnych wspólników, ku uciesze Onetu, który „wykrył” aferę. Słowem, dintojra i wendetta – jak to w mafii... wróć – oczywiście, nie w żadnej „mafii” tylko „nadzwyczajnej kaście”, że użyję wiekopomnego określenia sędzi Ireny Kamińskiej.


III. Obraz degrengolady

Obrzydliwe? Tak, jak najbardziej. Etycznie niedopuszczalne? Owszem. Przede wszystkim jednak pokazuje nam to ogrom degrengolady tego środowiska (co ciekawe, nikt jakoś nie zaprzecza prawdziwości rozpuszczanych przez „Emi” kompromatów, koncentrując się na moralnym aspekcie ich ujawnienia). To tyle, jeśli chodzi o „nieskazitelność charakteru” mającą jakoby charakteryzować sędziów. Ale, na litość boską, nie dajmy się zwariować i wmówić sobie, że to bagienko jest jakąś rządową „farmą trolli” - mamy tu do czynienia co najwyżej z prywatną, do bólu amatorską partyzantką kilku sędziów, którzy zresztą w trybie ekspresowym pożegnali się ze stanowiskami. Reszta należy już do stosownych organów i postępowań. Kto wie - być może sędziowski establishment nagle przeprosi się z „pisowską” Izbą Dyscyplinarną Sądu Najwyższego?

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kasta w amoku

Sędziowski rokosz

Nadzwyczajna kasta ogłasza się suwerenem

Kaczyński tłumi rokosz

Sędziowie – samozwańczy wychowawcy narodu

Strajk sędziowski? Popieram!

Operacja „Temida”, czyli praworządność III RP w pigułce


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 35 (30.08-05.09.2019)

Pod-Grzybki 175

Szambo wybiło – tak można najkrócej scharakteryzować najnowszą sędziowską aferę, czyli „Emi-gate”. Poświęcam sprawie osobny, „duży” tekst, więc tutaj tylko małe streszczenie. Otóż mamy kilku sędziów, którzy postanowili się zemścić na branżowym establishmencie za środowiskowe szykany, publikując na „kolegów” obyczajowe kompromaty, do czego wykorzystali niezrównoważoną alkoholiczkę – żonę jednego z nich i kochankę drugiego, który za usługi przelewał „Emi” pieniądze za pośrednictwem jej męża, a momentami nawet emablował ją intymnymi zdjęciami z immunitetem na wierzchu. Nad wszystkim czuwali inni sędziowie delegowani do Ministerstwa Sprawiedliwości – aż sprawa się rypła, bo „Emi” została przekabacona przez drugą stronę, dając żer różnym „onetom”. Słowem, dintojra i wendetta przyprawione maglem – zatem w „nadzwyczajnej kaście” wszystko po staremu.


*

Swoją drogą, aż wstydzę się zapytać, gdzie jest słynna „ochrona kontrwywiadowcza” mająca zabezpieczać najważniejszych urzędników państwowych i chwytać ich za ręce, gdyby strzeliły im do głów jakieś głupoty? Spała, była pijana, czy po prostu abewiacy darli sobie łacha obserwując pikantne pogaduszki sędziów w „zamkniętych” grupach dyskusyjnych?


*

Z poważniejszych wiadomości. Ruscy wysłali na orbitę robota Fiodora, który miał zadokować statek „Sojuz” do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Ponieważ jednak robot – jak to u Ruskich – działa na drożdże i ziemniaki, to tak się naoliwił, że za pierwszym razem biedak nie trafił. Agencja TASS podała, że przesadził z zasilaniem, ponadto nie dotarły na czas słonina i ogórki. Istniało niebezpieczeństwo, że jego „operator” będzie musiał wyplątać się z tego całego kosmicznego ubranka i wziąć się do pracy samodzielnie, jednak na szczęście już po trzech dniach „robot” ochłonął na tyle, że udało się w końcu przycumować. Załoga stacji uczciła ten sukces tradycyjnym stakanem i gromkim „urraa!”, a Fiodor otrzymał w nagrodę słoik soku z kapusty, bo jak wyznał, z tych wszystkich emocji strasznie go suszy.


*

Na Islandii wyprawiono „pogrzeb lodowca”. O co chodzi? Otóż lodowiec ponoć „umarł”. Nie, nie stopniał, po prostu przestał przyrastać i w związku z tym „wędrować”, jak czynią rozrastające się góry lodowe. W nekrologu napisano, iż lodowiec Okjokull miał 700 lat. Klimatyści oczywiście uderzyli w płacz, ja natomiast tłumaczę, co to wszystko tak naprawdę oznacza. Mianowicie, Okjokull „narodził się” 700 lat temu, gdy po ustąpieniu średniowiecznego optimum klimatycznego (klimat był wówczas CIEPLEJSZY niż obecnie), wchodziliśmy w trwającą do niedawna małą epokę lodową. Teraz mała epoka lodowa się kończy i wkraczamy powoli w kolejne optimum – więc przyrost lodowców się zatrzymuje, zaś niektóre pewnie stopnieją i ich nie będzie, tak jak nie było ich 700 lat temu. Ot i wszystko. Trzymajmy się więc ciepło i delektujmy się radośnie klimatem w te ostatnie dni lata – klimatystom z „Global Warming Industry” na pohybel.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 35 (30.08-05.09.2019)

Ostatnia misja Kukiza

Ostatnia misja Kukiza Czy „antysystemowiec” zatopi PSL?

I. „Tonący brzydko się chwyta”

Wieki temu (a konkretnie, w 2015 r.) poświęciłem Pawłowi Kukizowi w siostrzanej „Polsce Niepodległej” aż trzy teksty: „Kukiz – polityk niepolityczny”, „Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrośnie?” oraz „Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrosło?”. Dziś, po czterech latach, korzystam z okazji jaką jest kampania wyborcza, by dopełnić ten cykl - bo wszystko wskazuje na to, że po 13 października zwyczajnie nie będzie już sensu i potrzeby, żeby zajmować się tym (barwnym skądinąd) politycznym meteorem. Nawet jeśli Kukiz wejdzie do Sejmu (czego mu nie życzę, choć nie tyle ze względu na niego, co na „koalicjanta”), nie odegra już w nim żadnej roli, stając się coraz bardziej groteskowym „pyskaczem”, przedłużając co najwyżej o jedną kadencję swą polityczną agonię. Szkoda, bo jego obecność była do pewnego momentu powiewem świeżości – również ze względu na grono ciekawych osób, które wraz z nim weszły do parlamentu. Dziś natomiast, po nieszczęsnym aliansie z PSL, może stanowić żywą ilustrację bon-motu Antoniego Słonimskiego: „tonący brzydko się chwyta”.

Na czym przejechał się Paweł Kukiz? Nawet nie na pustce programowej. Takiemu ruchowi program zwyczajnie nie był potrzebny, ludzie głosowali na Kukiz'15 głównie na złość dotychczasowym elitom, trochę na zasadzie Cejrowskiego i jego słynnego „wszyscy won!”. Nawet sztandarowy postulat jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) był głównie hasłem samego Kukiza i może kilku jego najbliższych współpracowników, a nie całego, nader eklektycznego ugrupowania. Zresztą, jak pokazało archiwalne nagranie z 2015 r. ujawnione niedawno przez internetową telewizję „Takt.tv”, sam Kukiz do swojego postulatu miał dość cyniczny, utylitarny stosunek – skoro „żre”, to trzeba je „pompować”. Gdyby, wedle jego słów, chwyciło hasło „zielona gruszka dla każdego Polaka”, to również i z takim sloganem należałoby pójść do wyborów. Wszystko po to, by po wyborczym sukcesie móc „niszczyć system”.


II. Fiasko „anty-partyjności”

Podstawowy błąd Kukiza polegał na tym, że chciał być „politykiem niepolitycznym” - „antysystemowcem” rozwalającym „partiokrację” na czele amorficznego ruchu bez normalnych, organizacyjnych struktur. Liderem i gwiazdą na czele pospolitego ruszenia swoich politycznych „fanów”. Dały tu o sobie znać narowy estradowej primadonny, których nie wyzbył się do samego końca. Coś, co na pewnym etapie grało na jego korzyść (obycie sceniczne, dobre łapanie kontaktu z odbiorcami), stało się kulą u nogi, gdy na jaw zaczęła wychodzić ciemniejsza strona „gwiazdorzenia” - niestabilność emocjonalna, strzelanie „fochów”, choleryczne usposobienie, impulsywność i generalny brak samokontroli przeplatany zapędami quasi-dykatatorskimi niczym u frontmana rockowej kapeli, który po uważaniu może wyrzucać ze składu członków zespołu... albo odejść samemu bez oglądania się za siebie (vide – przypadek zespołu „Piersi”). Chyba do tej pory nie zrozumiał, że organizacją polityczną na dłuższą metę nie sposób tak zarządzać. To, co uchodzi muzykowi rockowemu, a nawet stanowi w jakiejś mierze o jego wizerunkowej oryginalności, dla polityka jest zabójcze.

Gwoździem do trumny stało się jednak uporczywe trwanie przy formule „anty-partyjności”. Okazało się, że tak się nie da. System polityczny w Polsce jest bowiem nie tyle „zabetonowany” w sensie niedopuszczania do głosu nowych inicjatyw, ile „nieprzemakalny” dla amatorów, „oddolnych” ruchów odrzucających pewne podstawowe reguły gry. Formuła zaproponowana przez Kukiz'15 - „spontanicznego”, antyestablishmentowego zrywu - była dobra dla politycznego start-upu. Sprawdziła się w kampanii prezydenckiej, w której Paweł Kukiz osiągnął imponujące 20,8 proc. głosów. Ale już w wyborach parlamentarnych ta sama metoda przyniosła raptem 8,8 proc. Dał o sobie znać brak struktur, przetasowania w otoczeniu lidera, wreszcie – potępieńcze swary przy układaniu list wyborczych, kiedy to w lokalnych komitetach różne frakcje wycinały się nawzajem bez pardonu. Normą była sytuacja, gdy kandydat wychodził z „przesłuchania kwalifikacyjnego” przeświadczony, że został wpisany na listę, by nazajutrz dowiedzieć się, że go skreślono, bo w międzyczasie do układania list dorwała się inna grupa kolesiów. Nominalny lider kompletnie nie panował nad tym radosnym „chaosem twórczym”. Efektem była równie chaotyczna kampania i wynik ponad dwukrotnie niższy od indywidualnego osiągnięcia Kukiza z kampanii prezydenckiej.

Ten zimny prysznic nie dał niestety Kukizowi do myślenia. Po wejściu do Sejmu kontynuował anarchiczny styl zarządzania, miotając się od sasa do lasa. Tymczasem, twarda rzeczywistość mówi, że aby polityczna inicjatywa nie okazała się efemerydą, należy po prostu założyć partię. Tak właśnie – partię i nic innego. Żadne stowarzyszenie, żaden „ruch społeczny” nie ma w dłuższej perspektywie racji bytu. Trzeba założyć partię, zbudować struktury, normalną hierarchię organizacyjną i tyrać w terenie. Demokracja? Jasne, można organizować chociażby wewnętrzne głosowania wyłaniające np. kandydatów startujących w kolejnych wyborach – ale to wszystko musi się odbywać w proceduralnych, statutowych ramach. No i nade wszystko – należy wziąć przynależne partiom (i tylko partiom) państwowe dotacje, dające finansowy oddech. Bez tego jakakolwiek inicjatywa skazana jest z góry na niepowodzenie, o czym świadczy żałosny koniec „Nowoczesnej”, która wskutek nieudolności swojego skarbnika została pozbawiona budżetowych pieniędzy.


III. Lot kamikaze

Paweł Kukiz przez cztery lata nie przyjmował tych oczywistych zasad do wiadomości, uporczywie trwając przy swoim. Dzwonkiem ostrzegawczym nie stały się nawet wybory samorządowe w których Kukiz'15 sromotnie przepadł. Można wręcz odnieść wrażenie, że pasowała mu rola nieformalnego „dyktatora” „społecznego ruchu”. Konsekwencje znamy – im bliżej było końca kadencji, tym bardziej klub parlamentarny i cała formacja rozłaziły mu się w rękach. Podejmowane zaś w ostatniej chwili rozpaczliwe negocjacje skończyły się... wciągnięciem niedobitków niegdysiejszych „antysystemowców” na listy ultrasystemowego PSL, dopełniając tym samym miary upadku zarówno ugrupowania, jak i samego lidera. W tym kontekście, wpisanie do „umowy koalicyjnej” wyświechtanego postulatu JOW-ów jest już tylko rechotem historii. Jasne, PSL się zgodził – bo czemu nie? Można wpisać wszystko, nawet te „zielone gruszki”, papier jest cierpliwy.

No właśnie – PSL. Partia, która po 1989 r. czterokrotnie współrządziła Polską. Dwukrotnie w koalicji z SLD i dwukrotnie w koalicji z PO. Żadne inne ugrupowanie w ciągu minionych 30 lat nie może pochwalić się takim wynikiem. Partia, która przyłożyła rękę chyba do wszystkich możliwych patologii polskiego życia publicznego – począwszy od plagi kolesiostwa, nepotyzmu i korupcji, a skończywszy na surowcowo-agenturalnym uzależnieniu od Rosji. Partia do tej pory niezatapialna. Języczek u wagi kolejnych politycznych układów i konfiguracji. Ona ma dać „antysystemowemu” Kukizowi drugie życie – bo lider, „chwytając się brzydko” tej deski ratunku chyba zakumał realia na tyle, by zdać sobie sprawę, że po swej politycznej przygodzie bezpowrotnie „stracił dziewictwo” i nie ma już powrotu do show-businessu, ludzie go już zwyczajnie „nie kupią”. Musi więc brać co dają, by załapać się na jeszcze jedną kadencję – słowem, desperacja.

Ale ma zarazem do odegrania jeszcze jedną, znaczącą rolę – choć wbrew sobie. Otóż jego kandydatura może stać się dla również miotającego się od ściany do ściany i pogrążonego w tożsamościowym kryzysie PSL-u kamieniem młyńskim, który pociągnie to arcyszkodliwe ugrupowanie na dno. I to jest ostatnia, „samobójcza” misja Pawła Kukiza – politycznego „kamikaze”. Swoją drogą, amerykańscy żołnierze na Pacyfiku określali kamikaze japońskim słowem „baka” - „głupek”. I takim „głupkiem”, ale pożytecznym, który zatopi PSL, może stać się Kukiz. Tak więc, panie Pawle, czarka sake dla animuszu – i do dzieła!


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kukiz – polityk niepolityczny

Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrośnie?

Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrosło?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 34 (23-29.08.2019)

Pod-Grzybki 174

Na początek winien jestem wyjaśnienie – w poprzednich „Pod-Grzybkach” głupio się rąbnąłem pisząc, że Kukiz zerwał wywiad z internetową telewizją Takt.tv (przypomnę, że Kukiz dociskany o JOW-y dał popis cynizmu mówiąc, że gdyby chwyciło hasło „zielona gruszka dla każdego Polaka”, to również należałoby z takim hasłem iść do wyborów i je poprzeć). Otóż rzeczony wywiad pochodzi z kampanii wyborczej 2015 r. Redaktorzy Takt.tv wtedy na prośbę Kukiza nie puścili jego popisów do sieci – zdecydowali się upublicznić materiał dopiero teraz, w reakcji na sojusz „antysystemowca” z PSL. Ale nie ma tego złego – dziś Kukiz próbując ratować twarz podkreśla, że PSL wpisał JOW-y do umowy koalicyjnej. Dzięki temu „odświeżonemu” wywiadowi z poprzedniej kampanii wiemy już przynajmniej, ile to hasełko jest warte – jak napisałem tydzień temu, tyle samo co te „zielone gruszki” na wierzbie.


*

Rafał Ziemkiewicz, którego najpierw (za „jazdę” po LGBT) wyrzuciła należąca do Bauera „Interia”, miał pisać felietony do springerowskiego tabloidu o wdzięcznym tytule „Fuckt” (w oryginale tę nazwę pisze się chyba jakoś inaczej, ale mniejsza). Niestety, naczelna „Fucktu” napotkała na jakiś tajemniczy opór materii, wskutek którego Ziemkiewicza „zawiesiła” (i Tomasza Lisa, jednak różnica między nimi jest taka, że Ziemkiewicz potrafi pisać, a Lis nie). Niech zgadnę – Mark Dekan przysłał kolejny okólnik z wytycznymi? Tak kończy się kolaboracja ze szkopami.


*

Współczesna Pippi Langstrump czyli młodociana eko-celebrytka Greta Thunberg wybrała się do Nowego Jorku na szczyt ONZ, by tam pouczać zebranych co do walki z klimatem. Żeby było „zeroemisyjnie” postanowiła (pod opieką ojca) dopłynąć tam jachtem. Okazało się jednak, że cała oprawa logistyczna rejsu zostawi większy „ślad węglowy”, niż gdyby zwyczajnie poleciała przez ocean samolotem. Ot, eko-absurd w pigułce. Na dodatek, by było jeszcze bardziej „ekologicznie”, na jachcie nie ma prysznica ani toalety, zatem po zejściu na ląd małą Gretę będzie poprzedzała odpowiednio gęsta atmosfera. Miejmy jednak nadzieję, że przed swoim wystąpieniem przynajmniej się wykąpie.


*

Na portalu gazeta.pl szaleje jakiś domorosły mistrz „clickbajtowych” nagłówków. Oto jeden z jego popisów: „Nergal poszedł do katolickiej siłowni w USA. Wyrzucili go. Odp*** się od mojego treningu!”. Otóż, nie do „katolickiej”, tylko należącej do YMCA – międzywyznaniowego Związku Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej, co w amerykańskich realiach oznacza głównie różne odłamy protestantyzmu. Ale nagłówek „Nergal wyrzucony z protestanckiej siłowni” nie brzmiałby już tak sensacyjnie, prawda? Po drugie – Nergal miał podkoszulek z logo satanistycznego zespołu, został więc grzecznie wyproszony. A mógł przecież pójść do siłowni dla satanistów. Ewentualnie, do siłowni gdzie pakują murzyni - koniecznie w koszulce z napisem „czarnuchy śmierdzą” i w kapturku Ku-Klux-Klanu. Wtedy dopiero miałby prawdziwe powody do płaczu.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 34 (23-29.08.2019)