czwartek, 5 grudnia 2019

Ekoterroryzm dotarł do Polski

Organizacje eko-terrorystyczne tworzą nieformalną, międzynarodową siatkę, wymieniając się doświadczeniami i know-how. Teraz ich metody dotarły również do Polski.

Żarty się skończyły. Eko-fanatycy walczący z polską branżą futerkową przeszli od działań propagandowych i lobbyingowych do akcji stricte terrorystycznych, o jakich dotąd jedynie słuchaliśmy w doniesieniach zza oceanu i zachodniej Europy. Ich ofiarą padł Szczepan Wójcik – hodowca zwierząt futerkowych i znany działacz lobbujący na rzecz ocalenia tego sektora polskiego rolnictwa przed zakusami motywowanych ideologicznie „ekologów” i pozostających pod ich wpływem polityków – również z partii rządzącej. Jak pamiętamy, w poprzedniej kadencji Sejmu mało brakowało, by przeforsowano (i to z osobistym poparciem Jarosława Kaczyńskiego, który nawet nagrał spot wspólnie z jedną z organizacji „ekologicznych”) ustawę zakazującą hodowli zwierząt na futra. Skuteczna akcja hodowców oraz po prostu zdroworozsądkowo myślących ludzi, sprzeciwiających się likwidacji jednej z nielicznych dziedzin gospodarki znajdującej się niemal w całości w polskich rękach i w której jesteśmy światowym potentatem, udaremniła te zakusy, lecz jak widać, nie oznacza to końca batalii. (Pisałem o tym niemal równo dwa lata temu w felietonie „Bez futra do Europy” - „GF” nr 47/2017).

Wieści dochodzące z Sejmu wskazują, że w bieżącej kadencji projekt znów znajdzie się „na tapecie” - i to pomimo tego, że jeden z głównych jego orędowników, Krzysztof Czabański (PiS), został przez wyborców odprawiony z kwitkiem i stracił mandat poselski. W zamian jednak, do głosu doszło grono nowych, skrajnie lewicowych „ekologistów” (tradycyjnie przypominam – ekologia to nauka, „ekologizm” to ideologia), których celem jest już nie tylko sama branża futerkowa, lecz generalne ograniczenie zwierzęcej produkcji rolnej – w tym także hodowli mięsnej i przetwórstwa mlecznego. Są oni powiązani (podobnie, jak dzieje się to na Zachodzie) z „prozwierzęcymi” radykalnymi organizacjami, często finansowanymi zza granicy, które gotowe są imać się wszelkich środków, by dopiąć celu. Do tej pory można było się śmiać z nawiedzonych bredni o „gwałceniu krów” - teraz jednak te majaczenia zaczynają być przekuwane w bandyckie działania oparte na jawnej przemocy.

Jak donoszą m.in. money.pl czy wSensie.tv, wkrótce po tym, jak w połowie listopada Szczepan Wójcik udzielił „Dziennikowi Gazecie Prawnej” obszernego wywiadu pt. „Bym przestał walczyć trzeba mnie zabić”, doszło – w ciągu dwóch tygodni – do trzech pożarów w należących do niego gospodarstwach. Scenariusz zawsze był podobny – ogień wybuchał w nocy, w miejscach położonych poza zasięgiem kamer monitoringu, w pobliżu wejść do hal produkcyjnych lub gospodarstw. Pierwszy pożar miał miejsce trzy dni po ukazaniu się wspomnianego wywiadu - spłonęła hala wraz z liniami produkcyjnymi i maszynami oraz sprzętem do produkcji mączki mięsno-kostnej, a straty wyniosły 60 mln. zł. Dwa dni później, w innym gospodarstwie ogień strawił świeżo wyremontowaną stodołę i 4 tys. ton słomy (straty – ok. 2 mln. zł., właściciel nie zdążył ubezpieczyć obiektu). Po kilku dniach trzeci pożar wybuchł w kolejnej hali, przynosząc straty rzędu kilkuset tysięcy złotych – tym razem ponoć pierwszy trop wskazuje na zwarcie instalacji elektrycznej, pytanie czy do zwarcia nie doprowadził ktoś celowo, bo tych „nieszczęśliwych przypadków” jest podejrzanie dużo. Jak twierdzi Szczepan Wójcik, czegoś podobnego nie przeżył przez 20 lat prowadzenia działalności.

Powyższy modus operandi zazębia się z podobną aktywnością eko-terrorystów na Zachodzie. 12 września 2018 r. we włoskiej miejscowości Scorzè podpalono biuro i magazyn na tamtejszej fermie futrzarskiej – jak chwalili się „aktywiści”, straty wyniosły 300 tys. euro. Dwa lata wcześniej, w tym samym miejscu podpalono firmowe samochody i wypuszczono ok. tysiąca norek – nawiasem, najprawdopodobniej i tak skazując te zwierzęta, nieprzywykłe do funkcjonowania w naturze, na śmierć. W tymże 2018 r. eko-anarchiści z ruchu ALF (Animal Liberation Front) podpalili rzeźnię we francuskiej miejscowości Hotonnes, używając do tego celu ośmiu „urządzeń zapalających”, zaś w innych francuskich miastach doszło do licznych napaści i dewastacji sklepów mięsnych oraz restauracji serwujących mięsne potrawy – a to tylko kilka pierwszych z brzegu „akcji bezpośrednich”.

Organizacje tego typu tworzą nieformalną, międzynarodową siatkę, wymieniając się doświadczeniami i terrorystycznym know-how. Teraz ich metody dotarły również do Polski, ewidentnie mając na celu zastraszenie hodowców oraz ich lidera, który ponadto dał się poznać ze swych jednoznacznie prawicowych, konserwatywnych poglądów. Dodajmy, iż Szczepan Wójcik uczestniczył również w proteście holenderskich rolników, których tamtejszy rząd chce zmusić do redukcji pogłowia bydła o połowę, motywując to walką z emisją gazów cieplarnianych. Za tym całym szaleństwem stoją dwie ideologie: „anty-gatunkizm” zrównujący ze sobą ludzi i zwierzęta oraz świecka religia „klimatyzmu” w imię której dąży się do odgórnego ograniczenia spożycia mięsa. Witamy w epoce zielonego terroru.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Futerkowe obsesje Czabańskiego

Bez futra do Europy

Ekologiczne bareizmy

Podatkowy terror klimatyczny

Greta Thunberg i klimatyczna pedagogika wstydu

Ekologizm jako narzędzie globalnej oligarchii pieniądza


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 48 (29.11-05.12.2019)

Zbrodniczy bezwstyd „holocaust industry”

Jak widać, żydowskiej organizacji żaden grosz nie śmierdzi. Tak oto zbrodnia „darczyńcy” płynnie sprzęgła się z bezwstydem przyjmującego.

I. „Polscy antysemici”

„Polska najbardziej antysemickim krajem świata” - zagrzmiały media w reakcji na opublikowane przez działającą w USA żydowską Ligę Przeciw Zniesławieniu (Anti-Defamation League – ADL) wyniki badań mających zmierzyć poziom antysemityzmu w poszczególnych krajach. Sondaże te prowadzone są od 1964 r. w różnych państwach świata (w Polsce poprzednio odbyły się w 2013 i 2015 r.), a tegoroczna edycja objęła 18 państw (głównie z Europy, ale też Kanadę, Brazylię, Argentynę i RPA). Przebadano łącznie nieco ponad 9 tys. osób – w Polsce było to dokładnie 510 respondentów odpytanych metodą wywiadu telefonicznego. Wyszło – o zgrozo – iż spośród ogółu dorosłych Polaków (prawie 31,5 mln.) aż 48 proc. „żywi postawy antysemickie”, co w przełożeniu na liczby bezwzględne oznacza ponad 15 mln. polskich antysemitów. Tuż za nami na podium uplasowały się RPA (47 proc.) i Ukraina (46 proc.), ponadto w porównaniu z 2015 r. odsetek antysemitów wzrósł u nas o 11 pkt. proc. (w tej konkurencji przebiła nas jednak Ukraina ze wzrostem o 14 pkt. proc.). Trzeba jednak dodać, iż jako „antysemitów” kwalifikowano jedynie tych, którzy udzielili nieprawidłowej odpowiedzi na przynajmniej 6 z 11 pytań, co czujnie wyłapał w wypowiedzi dla tygodnika „Polityka” dr hab. Michał Bilewicz z działającego na Uniwersytecie Warszawskim Centrum Badań nad Uprzedzeniami, który zasłużył się przeniesieniem na polski grunt badań nad „wtórnym antysemityzmem”: „A co z osobami, które na pięć pytań odpowiedziało twierdząco? Czy one nie mają poglądów antysemickich?”. Widać wyraźnie, że dr Bilewicz potraktowałby nas o wiele surowiej, zatem w zasadzie powinniśmy być nowojorskim Żydom z ADL wdzięczni za wyrozumiałość.


II. Pytania-pułapki

Prawdziwy cymes tkwi jednak w „pytaniach” zadawanych respondentom. Pozwolę je sobie przytoczyć, znakomicie bowiem obrazują one w jaki sposób wykrywa się „antysemityzm”. Otóż indagowanym nieszczęśnikom, którzy zgodzili się wziąć udział w sondażu zaprezentowano 11 stwierdzeń mających oddawać popularne „antysemickie stereotypy” wobec których należało się określić na zasadzie zero-jedynkowej („zgadzam się” lub „nie zgadzam”).

Oto one: 1) Żydzi są bardziej lojalni wobec Izraela (niż wobec państwa/państw, w których mieszkają); 2) Żydzi mają za dużo władzy w światowym biznesie; 3) Żydzi mają za dużo władzy na międzynarodowych rynkach finansowych; 4) Żydzi wciąż za dużo mówią o tym, co się im przydarzyło podczas Holokaustu; 5) Żydzi nie dbają o innych, tylko o samych siebie; 6) Żydzi mają zbyt wiele kontroli nad sprawami świata; 7) Żydzi mają zbyt wiele kontroli nad rządem Stanów Zjednoczonych; 8) Żydzi uważają, że są lepsi od innych; 9) Żydzi mają zbyt wiele kontroli nad światowymi mediami; 10) Żydzi są odpowiedzialni za większość światowych wojen; 11) Ludzie nienawidzą Żydów z powodu ich zachowania.

Już na pierwszy rzut oka widać, że są to klasyczne pytania-pułapki, na które nie sposób „dobrze” odpowiedzieć. Weźmy chociażby kwestie odnoszące się do świata mediów, polityki, biznesu i finansów – jeżeli potwierdzisz, że Żydzi mają w tych sferach nieproporcjonalnie duże wpływy, jesteś „antysemitą”; jeśli zaprzeczysz – nie zostaniesz wprawdzie uznany za „antysemitę”, lecz jednocześnie wystawisz sobie świadectwo kretyna lub... tchórzliwego oportunisty. Ano właśnie – nikt nie jest w stanie zbadać szczerości tych, którzy wyczuwszy pułapkę, na wszelki wypadek odpowiadali „słusznie”, wbrew sobie i świadectwu własnych oczu, byle tylko zadowolić pytającego i uniknąć odium „żydożercy”. Tyczy się to w szczególności obywateli krajów Europy Zachodniej, tresowanych w politycznej poprawności znacznie dłużej od nas – idę o zakład, że większość z nich odpowiadała właśnie zgodnie z oczekiwaniami – ewentualnie, wieloletnie pranie mózgów doprowadziło u nich do wyrobienia odruchu „dwójmyślenia” i wyparcia ze świadomości niewygodnych obserwacji. Tylko tak jestem w stanie wytłumaczyć sobie zdumiewająco niski poziom „antysemityzmu” w państwach tak „przyjaznych” Żydom jak współczesna Francja (17 proc.) czy Niemcy (15 proc.). Przypominam, że są to kraje, w których odradza się Żydom dla ich własnego bezpieczeństwa chodzenie po ulicy w kipach, a na porządku dziennym są napaści na synagogi, żydowskie sklepy czy dewastowanie kirkutów. Na tym tle, paradoksalnie, wypadamy całkiem przyzwoicie – jeszcze nie ogłupiła nas tolerancjonistyczna propaganda, jeszcze nie pozwoliliśmy sobie zakneblować ust i generalnie nie obawiamy się mówić tego, co naprawdę myślimy.


III. Zbrodnia i bezwstyd

Pewnym echem w związku z badaniem odbiła się dość bulwersująca ciekawostka: otóż głównym sponsorem jest niemiecki koncern Volkswagen, o czym ADL „z wdzięcznością” zawiadamia na swej stronie internetowej. Firma ta została założona przez Ferdinanda Porsche („nadwornego konstruktora III Rzeszy”) na osobiste życzenie Hitlera, który zapragnął „samochodu ludowego” (tak narodził się słynny „garbus”). Nie ma to jak „wypucować się” ze zbrodniczej przeszłości stosunkowo tanim kosztem. Jak widać, żydowskiej organizacji żaden grosz nie śmierdzi. Tak oto zbrodnia „darczyńcy” płynnie sprzęgła się z bezwstydem przyjmującego.

A skoro doszliśmy do pieniędzy. W oczywisty sposób tego typu badania posłużyć mają za kolejną podkładkę dla roszczeń „holocaust industry”, którego częścią pracującą na odcinku propagandowym jest ADL. Powyższe zbiega się rzecz jasna ze słynną „Ustawą 447” obligującą rząd USA do wywierania presji na sygnatariuszy „Deklaracji Teresińskiej” - przede wszystkim Polskę – w kwestii wypłaty gigantycznych odszkodowań (rzędu 300 mld. USD) za tzw. mienie bezdziedziczne po ofiarach holocaustu, które po wojnie przypadło Skarbowi Państwa. Tu trzeba odnotować wyjątkowo przytomny głos publicysty Forum Żydów Polskich, Pawła Jędrzejewskiego, który wprost powiązał wyniki badań ADL właśnie ze sprawą roszczeń, nie pozostawiając na „samozwańczych spadkobiercach” z żydowskich organizacji suchej nitki („(...) przyjdą amerykańscy, żydowscy prawnicy – powiedzmy to wprost: rekiny! – i będą domagać się »mienia bezspadkowego«, mimo że nie są spadkobiercami zamordowanych, że nic ich nigdy z nimi nie łączyło. I w dodatku uzyskane pieniądze mogą wydawać w zasadzie dowolnie (...)”). Nieco dalej pada przestroga, iż domaganie się bezprawnych odszkodowań spowoduje „wzrost emocji antyżydowskich, wzrost emocji antypolskich, nienawiść i wszystkie konsekwencje takiego zjawiska”, co zostanie wykorzystane propagandowo („Hasło będzie proste: »żydowska własność nie może pozostać w rękach antysemitów«”). Nie sposób jedynie zgodzić się z tezą autora, iż fakt przejęcia przez polskie państwo pozostawionego mienia rodzi „dylematy moralne”. Otóż nie ma tu żadnego „dylematu moralnego”. Przede wszystkim, o czym mówi się dziwnie mało, mienie żydowskie zostało znacjonalizowane przez okupacyjne władze III Rzeszy. Powojenna Polska przejęła zatem majątek już uprzednio znacjonalizowany przez niemieckie państwo – a że Niemcy wymordowali całymi rodzinami tak właścicieli, jak i ewentualnych spadkobierców, to zwyczajnie nie było komu tych majątków zwrócić (podobnie zresztą, jak mienia pozostawionego przez 3 mln. zamordowanych etnicznych Polaków).


IV. Kolejne starcie z „holocaust industry”

Cóż, najwyraźniej musimy się przygotować na kolejny etap grillowania nas pod kątem wymuszeń rozbójniczych „przemysłu holocaust” wspieranego przez Waszyngton. Przygnębiające, że w tym starciu nie bardzo możemy liczyć nie tylko na chwiejnie zachowujące się polskie władze, ale również na Kościół, ze szczętem już chyba sterroryzowany „ekumenizmem” i ideologią „dialogizmu”. Oto kilka dni temu warszawski Dom Pielgrzyma Amicus wymówił salę Wojciechowi Sumlińskiemu, dr Ewie Kurek i Tomaszowi Budzyńskiemu – mieli promować książkę „Powrót do Jedwabnego” (wcześniej miejsca na spotkanie odmówiło także Katolickie Centrum Kultury „Dobre Miejsce”). Powód? W Kurii interweniowała warszawska Gmina Żydowska...

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 48 (29.11-05.12.2019)

Pod-Grzybki 188

Uuuu... an-ty-se-mi-tyzm... Nowojorska Liga Antydefamacyjna uskuteczniła badanie skonstruowane tak, by za wszelką cenę wykryć w indagowanych delikwentach żydożercze ciągoty. Przykładowo, wystarczyło twierdząco odpowiedzieć na zdanie typu „Żydzi uważają, że są lepsi od innych”. Ehem, czy aby nie właśnie na tym zasadza się koncepcja „narodu wybranego” mającego ekskluzywne relacje z Panem Bogiem? O tym, co o gojach głosi Talmud nie wspominając? A ewentualnym przeczulonym na punkcie żydowskiego samopoczucia nadwrażliwcom dedykuję słowa byłego naczelnego sefardyjskiego rabina Izraela, Owadii Josefa: „Po co goje są tak naprawdę potrzebni? Będą pracować, będą orać, będą zbierać plony. My zaś będziemy tylko siedzieć i jeść jak panowie”.


*

Pełen zestaw „pytań”, mających rzekomo prezentować „antysemickie stereotypy” (przykładowo, że Żydzi mają zbyt duże wpływy w mediach, finansach, biznesie czy amerykańskim rządzie) zamieszczam w osobnym, dłuższym tekście – tu jedynie dopiszę, iż są to nie tyle „stereotypy”, a nawet nie „kontrowersyjne” opinie, lecz zwyczajne obserwacje oddające stan faktyczny. Wniosek – „antysemityzmem” jest dostrzeganie przez gojów zjawisk, których wedle Żydów nie powinni dostrzegać, a jeżeli już dostrzegają – to nie powinni o nich mówić, bo wtedy Żydom robi się przykro. A jak Żydom robi się przykro, to trzeba ten dyskomfort jakoś załagodzić. Na przykład workami ze złotem.


*

Ach, wspomniane badanie zasponsorował niemiecki Volkswagen – hitlerowska firma korzystająca podczas wojny z niewolniczej (również żydowskiej) siły roboczej. Kolejną edycję sfinansuje Hugo Boss – projektant gustownych mundurów SS, a jeszcze następną – I.G. Farben. Pecunia non olet!


*

Niejaki Gideon Meier, izraelski szmondak robiący w dyplomacji, wyjęzyczył się na Twitterze, iż „Niemcy nie zbudowaliby obozów w Polsce bez współpracy z polskim narodem”. Ciekawe w takim razie, kto współpracował z Niemcami przy budowie obozów zlokalizowanych na terenie rdzennych Niemiec? Też Polacy? Generalnie, te obozy położone na terenie zarówno ówczesnych, jak i obecnych Niemiec, cholernie nie pasują dzisiejszym Żydom do polakożerczego obrazka, więc są dyskretnie wygumkowywane z holocaustowej narracji. Cóż, Niemcy z jakichś tajemniczych powodów zawsze Żydom wielce imponowali, stąd wielkim kłopotem dla tej tradycyjnej sympatii jest fakt, iż to właśnie ci Niemcy urządzili Żydom holocaust. Ale cywilizacja żydowska tym m.in. różni się od łacińskiej, że pojęcie prawdy jest w niej względne i podlegające rozmaitym, nazwijmy to, „negocjacjom”. Toteż Żydzi doszli do wniosku, iż dobrze byłoby, gdyby się okazało, że ten cały holocaust zrobił jednak kto inny. Na przykład Polacy, którymi Żydzi nauczyli się serdecznie gardzić za nasze – co tu ukrywać – safandulskie frajerstwo. A jeżeli jeszcze z tego tytułu uda się wydusić z nas 300 mld. USD haraczu – to tym lepiej. Teraz jedynie obserwujemy kolejne etapy wdrażania tego scenariusza.


*

Pora na cotygodniową dawkę Sylwii Spurek. Tym razem wypowiedziała wojnę... no właśnie, sam nie wiem – polszczyźnie czy angielszczyźnie? W każdym razie, zamiast „historia” pani Sylwia pisze „her-storia”. Trochę to skomplikowane, ale postaram się wytłumaczyć, w czym rzecz. Poszło o to, iż w języku angielskim słowo „history” zawiera rzekomo człon „his” („jego”) - zaimek rodzaju męskiego, co w połączeniu z członem „story” („opowieść”) można przetłumaczyć jako „jego opowieść” („his-story”) - a to z kolei ma dowodzić samczej, szowinistycznej opresji w historiografii, pisanej jakoby wyłącznie z męskiego punktu widzenia. Natomiast zaimek „her” („jej”) jest rodzaju żeńskiego, więc wraz z członem „story” oznaczałby „jej opowieść” („her-story”) - czyli dla odmiany, historię pisaną z pozycji pro-kobiecych. I dlatego właśnie feministki z krajów anglojęzycznych forsują zbitkę „her-story”, co postanowiła zmałpować Sylwia Spurek. Nadążamy? No więc czym prędzej proszę zapomnieć powyższe banialuki, bo to wszystko jest totalną brednią – z prostego powodu: otóż słowo „historia” przywędrowało zarówno do polszczyzny, jak i angielszczyzny z łaciny i jest na dodatek – podobnie jak w języku polskim - rodzaju żeńskiego. I nie ma nic wspólnego z jakimiś urojonymi zaimkami – ani męskimi, ani żeńskimi. Pani Sylwio, radzę zapamiętać: „Historia magistra vitae est”. A teraz najlepsze – Sylwia Spurek ma doktorat (i to z prawa!), co dumnie obwieszcza zamieszczając przed nazwiskiem literki „dr”. Z kropką.


*

Chociaż, z drugiej strony, jak się dobrze zastanowić – na co dzisiejszej, postępowej prawniczce jakaś tam łacina? Jakiś Owidiusz, Wergiliusz, Seneka, Cyceron, Katon czy uchowaj boże, ten mizogin i militarysta Juliusz Cezar? Same martwe, białe, męskie, szowinistyczne świnie.


*

Lewactwo nie odpuszcza – zasłużona niegdyś organizacja „Amnesty International” zamieściła na Twitterze hasło „aborcja prawem człowieka”. Zapomnieli tylko uściślić, którego konkretnie człowieka? Tego co wyskrobuje, czy tego, który jest wyskrobywany?


*

Tymczasem PiS wciąż nie może się pozbierać po wygranej i zatacza się od ściany do ściany. Najpierw wycofał (bez powiadamiania zainteresowanej) z kandydowania do Trybunału Konstytucyjnego prof. Elżbietę Chojnę-Duch, która najwyraźniej jak na pisowskie standardy była zbyt ogarnięta, potem w podobnym stylu wycofał kandydaturę jej chwilowego następcy Roberta Jastrzębskiego, w międzyczasie wycofał się z własnego projektu zniesienia limitu 30-krotności składki na ZUS... Słowem, mówiąc klasykiem, „pierdel, serdel, burdel”. Będzie za to 13 emerytura sfinansowana z Funduszu Solidarnościowego i podwyżka akcyzy na fajki i alkohol. Mam tylko jedno pytanie: to ile tej wódy będę musiał wydoić, żeby spiął się przyszłoroczny budżet? Pytam, bo nie wiem, czy dam radę – oczywiście, powodowany patriotyzmem zrobię co w mojej mocy, ale jednak organizm ma swoją wytrzymałość. Może poproszę o pomoc kolegów - i założymy razem Klub Sponsorów Budżetu Państwa im. Mateusza Morawieckiego?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 48 (29.11-05.12.2019)

środa, 27 listopada 2019

Ręce precz od polskiej miedzi !

Żadna „przyjaźń” nie jest warta stoczenia się do roli eksploatowanej kolonii. Polska miedź ma przynosić zyski Polsce, a reszta – ręce precz!


Polskie złoża miedzi i srebra od jakiegoś czasu znajdują się na celowniku zagranicznych korporacji wydobywczych – głównie z USA i Kanady. Nic dziwnego – mamy piąte co do wielkości zasoby na świecie, szacowane (stan na 2015 r.) na 36 mln. ton, co pozwala wg danych KGHM Polska Miedź na wydobycie przez następne 50 lat. Rocznie eksportujemy grubo ponad 336 tys. ton, a znaczenie tego surowca będzie rosnąć – m.in. ze względu na „zieloną rewolucję” w przemyśle. Miedź niezbędna jest (i to w dużych ilościach) do produkcji samochodów elektrycznych, ogniw fotowoltaicznych czy elektrowni wiatrowych, zatem jest o co walczyć. I zagraniczne koncerny walczą. Wykupują koncesje, robią próbne odwierty i planują budowę nowych kopalń. Najprężniej działają tu dwa podmioty – kanadyjska Lumina Group za pośrednictwem spółki Miedzi Copper Corporation oraz Electrum Group (USA). W tym roku media obiegła wiadomość o odkryciu przez Miedzi Copper złóż pod Nową Solą w Lubuskiem szacowanych na ponad 10 mln. ton miedzi i kilkadziesiąt tys. ton srebra. Kanadyjska firma chciałaby przystąpić do budowy kopalni w 2023 r. Na przeszkodzie jednak oprócz sporów koncesyjnych stoi obowiązujący obecnie podatek od wydobycia niektórych kopalin. Zagraniczne podmioty przystąpiły więc do intensywnego lobbyingu, pozyskując w tym celu zarówno polskich fachowców, jak i organizacje biznesowe.

W czym rzecz? Otóż wspomniany podatek został uchwalony w 2012 r., jako sposób na pozyskanie swoistej „dywidendy budżetowej” od KGHM-u, w którym Skarb Państwa ma zaledwie nieco ponad 1/3 udziałów. Jest on obliczany co miesiąc wg wzoru uwzględniającego średnią z dziennych cen miedzi na London Metal Exchange oraz średni kurs dolara NBP. A zatem, podatek odprowadzany jest od wartości wydobytego metalu, a nie np. od zysków z jego sprzedaży – i ta konstrukcja właśnie jest solą w oku zagranicznych inwestorów. Trzeba dodać, że podatek od kopalin w obecnej formie jest bardzo efektywny – KGHM (obecnie monopolista na polskim rynku) odprowadza rocznie z jego tytułu ok. 1,5 mld. zł., a w sumie, od 2012 r. do budżetu państwa trafiło blisko 11,5 mld. zł. Zarazem jednak, danina ma stanowić zaporową barierę dla inwestycji nowych podmiotów i czynić je nieopłacalnymi ze względu na zbyt długi okres zwrotu inwestycji (na dzień dzisiejszy byłoby to ponad 20 lat). Tu trzeba dodać, że już kilka miesięcy temu rząd częściowo wyszedł inwestorom naprzeciw, obniżając podatek o 15 proc., co tylko w tym roku uszczupli dochody budżetu państwa o 180 mln. zł., zaś od przyszłego roku – o 240 mln. zł. To jednak zdaniem inwestorów wciąż za mało.

I w tym miejscu do gry wkracza międzynarodowa polityka. 22 października na portalu Townhall.com ukazał się artykuł Rossa Marchanda (dyrektora działającej w Waszyngtonie wpływowej lobbyingowej organizacji „Taxpayers Protection Alliance”), pt. „Sprytniejsze, bardziej sprawiedliwe zasady podatkowe mogą popchnąć przyjaźń amerykańsko-polską do przodu”. Autor postuluje w nim, by w imię umocnienia wzajemnych relacji, Polska... zrezygnowała z podatku od kopalin. Pomstując na polski protekcjonizm stawiający w uprzywilejowanej sytuacji KGHM, podnosi, iż podatek wielokrotnie już przyczynił się do zablokowania działań amerykańskich firm wydobywczych, które chciały wejść na nasz rynek. Zamiast tego proponuje przejście na tradycyjny system, w którym podatki zaczyna się płacić dopiero po odzyskaniu poniesionych kosztów i osiągnięciu zysków, dodając, iż amerykańscy specjaliści mogliby nam „pomóc” w opracowaniu nowej polityki podatkowej.

No dobrze, a co się tak naprawdę kryje za tym obudowanym pięknymi słówkami kiepskim dowcipem? Otóż wdrożenie postulowanych rozwiązań zamieniłoby Polskę w kolejną kolonię surowcową międzynarodowych koncernów. Czekanie, aż „zwrócą się” zainwestowane środki i wypracowane zostaną pierwsze dochody oznacza w praktyce, iż polskie państwo nie powąchałoby złamanej złotówki, tracąc przy okazji kontrolę nad własnymi zasobami. Tak się bowiem składa, że amerykańskie korporacje są mistrzami świata w agresywnej optymalizacji i zawsze są w stanie wykazać brak jakichkolwiek zysków – gdy zaś państwo-gospodarz usiłuje przywołać je do porządku, reagują pozwami przed międzynarodowym arbitrażem, gdzie – cóż za przypadek – co do zasady wygrywają. Mają przy tym niezwykle efektywne wsparcie swojej dyplomacji, o czym zdążyliśmy się przekonać za sprawą aktywności ambasador Mosbacher czy wiceprezydenta Mike'a Pence'a, który całkiem niedawno bezceremonialnie wymusił na polskim rządzie rezygnację z podatku cyfrowego. Dlatego, biorąc pod uwagę agresję charakteryzującą działalność tamtejszych koncernów, już teraz można założyć, iż wspomniane tu jawne ruchy lobby wydobywczego są jedynie odbiciem tego, co dzieje się za kulisami. Pozostaje pytanie, czy polski rząd stać na elementarną asertywność – bo żadna „przyjaźń” nie jest warta stoczenia się do roli eksploatowanej kolonii. Polska miedź ma przynosić zyski Polsce, a reszta – ręce precz!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 47 (22-28.11.2019)

Czy „dobra zmiana” kapituluje przed lewactwem?

Nie chcę krakać, ale coraz więcej wskazuje na to, że PiS z przyległościami na polu ideowym wywiesza białą flagę, a doraźna, konserwatywna retoryka służy jedynie coraz bardziej nieudolnemu maskowaniu tej rejterady.

I. Aborcja wciąż nie zatrzymana

Czy obóz „dobrej zmiany” po cichu dezerteruje z frontu wojny kulturowej? Takie pytanie musi nieuchronnie się pojawić w kontekście kolejnych wypowiedzi, czynów i zaniechań w wydaniu Zjednoczonej Prawicy.

W minionej kadencji mieliśmy absolutnie celową obstrukcję obywatelskiego projektu „Zatrzymaj aborcję”, mającego m.in. powstrzymać aborcję eugeniczną, czyli np. zabijanie dzieci u których w fazie prenatalnej stwierdzono podejrzenie zespołu Downa. Projekt pod którym podpisało się ponad 830 tys. osób został najpierw skierowany do sejmowej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny, by następnie decyzją jej ówczesnej przewodniczącej Bożeny Borys-Szopy trafić do specjalnej podkomisji. Od tamtego momentu (2 lipca 2018 r.) politycy nie zajęli się nim ani razu i inicjatywa na dobre ugrzęzła w sejmowej zamrażarce. Jak podają na swojej stronie organizatorzy akcji „Zatrzymaj aborcję” od 30 listopada 2017 r., kiedy to formalnie złożono projekt w Sejmie, w polskich szpitalach zginęło 2158 nienarodzonych dzieci. Za to w międzyczasie Bożena Borys-Szopa zdążyła awansować na ministra rodziny, pracy i polityki społecznej – czyżby w nagrodę za sprawne utrącenie niewygodnej ustawy? Dodajmy, iż do „odzyskanego” Trybunału Konstytucyjnego pod rządami Julii Przyłębskiej złożono w październiku 2017 r. pytanie o stwierdzenie zgodności (lub nie-) z Konstytucją tzw. przesłanki eugenicznej. Również i ten organ nie znalazł czasu, by rozpatrzyć wniosek podpisany przez 107 parlamentarzystów. Teraz, wraz ze startem nowej kadencji, sprawa się przeterminowała.

Na szczęście, zasada dyskontynuacji (czyli niekontynuowania przez Sejm nowej kadencji projektów procedowanych przez poprzedni parlament) nie dotyczy inicjatyw obywatelskich, zatem projekt „Zatrzymaj aborcję” formalnie pozostaje w mocy. Tylko co z tego, skoro na skutek sejmowych układanek szefostwo Komisji Polityki Społecznej i Rodziny Zjednoczona Prawica oddała skrajnie lewicowej aktywistce Magdalenie Biejat, utrącając Grzegorza Brauna? Wychodzi na to, że dla PiS tradycyjnie głównym wrogiem pozostaje prawicowa konkurencja, a nie antycywilizacyjne lewactwo... Można więc się spodziewać, iż antyaborcyjna inicjatywa w bieżącej kadencji zostanie taktycznie „uwalona” rękami lewicy – i to pomimo tego, że nominalnie w komisji większość ma prawica.


II. Czy powstrzymamy pochód dewiacji?

W kontekście powyższego, trudno być optymistą jeśli chodzi o dalsze losy obywatelskiego projektu „Stop pedofilii”. Wprawdzie został gładko przyjęty przez Sejm i trafił do komisji zajmującej się zmianami w kodyfikacjach, lecz tu pojawia się płynące z doświadczenia poprzedniej kadencji pytanie, czy nie czeka nas powtórka z nader wątpliwej rozrywki? A sprawa jest naprawdę wielkiej wagi, dotyczy bowiem treści przemycanych zgodnie z wytycznymi WHO podczas tzw. edukacji seksualnej.

Przypomnijmy, iż projekt będący nowelizacją Kodeksu Karnego wprowadza penalizację publicznego propagowania lub pochwalania zachowań o charakterze pedofilskim oraz propagowania lub pochwalania podejmowania przez osoby małoletnie obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej. Powyższe w szczególności odnosi się do działalności związanej z edukacją, leczeniem bądź opieką nad dziećmi. Jest to absolutnie kluczowe w sytuacji, gdy różne samorządy usiłują wprowadzać tylnymi drzwiami deprawacyjną seksedukację do podległych im placówek oświatowych – a osławione „standardy WHO” zalecają m.in. oswajanie z masturbacją dzieci już od piątego roku życia, zaś w kolejnych grupach wiekowych następować ma nauka „świadomego wyrażania zgody na seks”, różnych technik stymulacyjnych i zaznajamianie dzieci z dewiacjami przedstawianymi jako „norma” i nieszkodliwe „odmienności”. Nic dziwnego, że tak pojmowana „edukacja” jest oczkiem w głowie aktywistów LGBT. Należy się śpieszyć, bowiem Rafał Trzaskowski zapowiada, że podpisana przez niego „Karta LGBT+” będzie konsekwentnie wdrażana wraz ze wszystkimi jej postulatami – w tym, dotyczącymi szkolnej seks-indoktrynacji. Pytanie – czy rządząca prawica zdecyduje się na konfrontację, szczególnie w obliczu nacisków płynących z Brukseli, czy w imię świętego spokoju schowa obywatelski projekt na dnie szuflady?


III. Lewacka edukacja

A skoro jesteśmy przy edukacji. Koniecznie należy odnotować bulwersujący głos „konserwatysty bezobjawowego”, czyli Jarosława Gowina – ministra nauki i szkolnictwa wyższego. W głośnym wywiadzie udzielonym tygodnikowi „Sieci” zapowiedział: „Położę się Rejtanem, jeżeli ktoś będzie próbował ograniczać wolność słowa zwolennikom ideologii gender. Charakterystyczne - ze słów wicepremiera wynika, iż doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że gender z 56 „płciami” i 238 „orientacjami” nie jest żadną „nauką”, lecz ideologią. A mimo to jest gotów bronić obecności owej ideologii na uniwersytetach – w imię, jakby inaczej, wolności słowa, przekonań i „badań naukowych”. Co więcej, z dalszej części wywiadu dowiadujemy się, iż Jarosław Gowin jest w pełni świadom lewicowo-liberalnego przechyłu na wyższych uczelniach, lecz traktuje to jako swoistą normę, bo tak jest „niemal na całym Zachodzie”. To już jest jawna abdykacja z jakichkolwiek funkcji władczych państwa i przyzwolenie, by szkolnictwo wyższe było kuźnią bojowników w antycywilizacyjnej wojnie. Natomiast zagnieżdżone na uniwersytetach lewactwo nie bierze jeńców – konserwatywni naukowcy są sekowani na każdym kroku, spycha się ich w cień, odmawia naukowych awansów, na porządku dziennym jest uniemożliwianie na terenie uczelni spotkań z osobami wyrażającymi odmienne od dominującego, lewackiego mainstreamu poglądy na kwestie takie jak ochrona życia, ideologia LGBT, czy w jakikolwiek inny sposób odstające od jedynie słusznej linii.

Trzeba sobie powiedzieć jasno – w miejsce opuszczone przez klasyczny „diamat” („materializm dialektyczny”) szerokim frontem wkroczył jego następca – marksizm kulturowy i to jego wyznawcy w poczuciu wszechwładzy i bezkarności meblują dziś umysły przyszłych polskich elit. Odpuszczenie sobie tego pola skazuje nas w niedalekiej przyszłości na zdominowanie życia publicznego przez wojujące lewactwo, stosujące na masową skalę tzw. „tolerancję represywną” - czyli, mówiąc po ludzku, dyskryminację wszelkich poglądów nie mieszczących się w kanonie politycznej poprawności. Przedsmak mieliśmy już przy okazji sprawy zawieszenia prof. Nalaskowskiego za to, że dał wyraz swej odrazie wobec manifestowanej podczas gej-parad ideologii LGBT, czy w produkowanych przez Konferencję Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP) totalniackich z ducha manifestach ustalających obowiązującą doktrynę w kwestiach LGBT oraz „ekologizmu-klimatyzmu”.

Otóż, panie Gowin, na genderyzm nie musimy się godzić. Wystarczy sięgnąć po przykład Victora Orbana, który jednym dekretem usunął „gender studies” z listy kierunków mających oficjalną akredytację rządu i tym samym pozbawiając je uprawnień do publicznego finansowania, co poskutkowało likwidacją tych kierunków na uczelniach. Trzeba tylko mieć cojones...


IV. Dyktat „ekologizmu”

Na zakończenie warto jeszcze wspomnieć o wojującym ekologizmie. Nowo powołany minister ds. klimatu (już samo utworzenie tego resortu pokazuje, że i na tym odcinku kapitulujemy), Michał Kurtyka, szczyci się, że to on osobiście zaprosił młodocianą eko-fanatyczkę Gretę Thunberg na szczyt COP24 w Katowicach. Takie podejście oznacza, że za chwilę Polska będzie pokornie wdrażać kolejne, motywowane ideologicznie eko-szajby – jak rozumiem, żeby nie czepiała się nas Bruksela. Tego, że rzekoma „troska o planetę” jest jedynie narzędziem mającym służyć społecznej inżynierii, przebudowie ludzkiej świadomości i urzeczywistnieniu lewackiej utopii – wolimy nie zauważać. Nie chcę krakać, ale coraz więcej wskazuje na to, że PiS z przyległościami na polu ideowym wywiesza białą flagę, a doraźna, konserwatywna retoryka służy jedynie coraz bardziej nieudolnemu maskowaniu tej rejterady.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 47 (22-28.11.2019)

Pod-Grzybki 187

Opozycja w euforii, bo odzyskała „wolny Senat” - marszałkiem został nikomu wcześniej nieznany chirurg, prof. Tomasz Grodzki, który z miejsca zaczął zdradzać objawy typowo lekarskiego „kompleksu Boga” i prawić jakieś niemożebne umoralniające kocopoły. Ale ciekawsze jest co innego – prof. Agnieszka Popiela z Uniwersytetu Szczecińskiego oskarżyła Grodzkiego, że ten wziął 500 dolarów łapówki za operację jej umierającej matki. W odpowiedzi władze uniwersytetu skierowały sprawę do rzecznika dyscyplinarnego. I teraz najlepsze – nie sprawę łapówki Grodzkiego, a wypowiedzi prof. Popieli, motywując to przywiązywaniem najwyższej wagi do „współkształtowania standardów moralnych obowiązujących w życiu publicznym”. Proste - Grodzki wymusił na Popieli łapówę, Popiela o tym publicznie powiedziała, więc to Popiela ma sprawę – czego tu nie rozumiecie?


*

W każdym razie, dla uczczenia epokowego triumfu w Senacie, poseł PO Cezary Tomczyk postanowił odśpiewać z mównicy sejmowej „Mazurka Dąbrowskiego” - przy czym okazało się, że nie bardzo kojarzy słowa i musiał posiłkować się ściągą ze smartfona. I pomyśleć, że kiedyś ludzie mieli polewkę z Leppera usiłującego śpiewać „Rotę”... albo z Górniak czy sióstr Godlewskich. Rada dla chłopaków (i chłopakiń) z PO – weźcie i zróbcie sobie zamkniętą nasiadówę w jakimś klubie z karaoke i śpiewajcie hymn aż do skutku. Może za którymś razem zatrybicie, jełopy. Tylko nie pomylcie z „Deutschland, Deutschland über alles...”.


*

Ale, podczas inauguracyjnego posiedzenia Sejmu błysnął również Janusz Korwin-Mikke, któremu chyba wydało się, że wciąż jest w Parlamencie Europejskim, więc w swoim zwyczaju spokojnie przyciął komara. To jednak dobrze, że nie został marszałkiem-seniorem. Wyobraźmy to sobie tylko: „panie prezydencie, wysoka izbo... hrrr... zzz... hrrr... zzz...”.


*

Ekologiści znaleźli kolejny obiekt ataków. Tym razem jest to Sylwester TVP, który ma się odbyć pod Wielką Krokwią w Zakopanem. Powodem są tatrzańskie niedźwiedzie, którym głośna muzyka i „zanieczyszczenie światłem” zakłóci sen zimowy – a Krokiew leży w otulinie parku narodowego. Tego... ekologistom przypominam, że na Wielkiej Krokwi w środku zimy urządzana jest co roku również inna impreza – to konkursy w skokach narciarskich. Zbiera się podczas niej wielotysięczny tłum ludzi, zwykle z wuwuzelami, puszczana jest głośna muzyka, a skoki często odbywają się już po zmroku, przy sztucznym świetle. I wszystko to trwa nie kilka godzin, jak w przypadku sylwestra, lecz przez cały weekend. Lećcie teraz do FIS i Polskiego Związku Narciarskiego tłumaczyć, że to niedopuszczalne, żeby w środku snu zimowego niedźwiedzi urządzać w Zakopanem wielodniowe zawody sportowe. A jeszcze lepiej – spróbujcie taką gadką podenerwować kibiców, jestem szalenie ciekaw reakcji. No i bonus motywacyjny – transmisję z konkursów też robi TVP Kurskiego, a przecież to właśnie o „pisowską” TVP wam chodzi, a nie o żadne niedźwiadki, nieprawdaż?


*

Pora na cotygodniową dawkę „lol-contentu” w wydaniu Sylwii Spurek. Tym razem objawiła, czym się zajmuje Kongres Kobiet w Parlamencie Europejskim. Otóż gender-feministki wzięły na tapetę nieodpłatną „pracę reprodukcyjną” kobiet. Od razu wyjaśniam – chodzi o seks małżeński i w następstwie tegoż, macierzyństwo. Innymi słowy, za pożycie z mężem paniom należy się kasa... Ciekaw jestem tylko, czy znajdzie się odważny facet, który wyskoczy z taką propozycją wobec swej małżonki: „wiesz kochanie, mam kilka stówek na zbyciu, a teraz chodźmy do łóżka”... Ostrzegam – zamiast seksu można w odpowiedzi zaliczyć plaskacza i solidną dawkę „cichych dni”. Podziękowania proszę kierować na adres pani Sylwii.


*

A teraz w sprawie formalnej – czy małżonka za swe „usługi reprodukcyjne” powinna wystawiać fakturę, albo co najmniej paragon fiskalny? Jeśli tak, to z jaką stawką VAT? Po drugie, do „reprodukcji” trzeba jednak również i drugiej strony – czy w takim razie małżonkowie powinni wpierw podpisać umowę o świadczeniu usług wzajemnych? Po czym skonsumować pożycie w obecności notariusza, który zaświadczy, że wszystko odbyło się zgodnie z warunkami umowy? Ewentualnie, całość nagrywać dla późniejszych celów dowodowych i odtworzenia przed obliczem wysokiego sądu? Ech, te decyzje, decyzje...


*

Tak mi się przypomniało – kiedyś funkcjonowała taka tradycja, że po urodzeniu dziecka, matrona dostawała od męża jako dowód wdzięczności jakiś pamiątkowy upominek – np. złoty pierścionek z przyjemnym kamykiem... Czy dla Sylwii Spurek jest to stosowne wynagrodzenie za „pracę reprodukcyjną”, czy też przejaw męskiego, patriarchalnego szowinizmu?


*

No i najważniejsze – co na to wszystko gwałcone przez inseminatorów krowy? Czy pani Spurek w ramach „międzygatunkowego siostrzeństwa” zapytała się swoje krowie koleżanki o zdanie?


*

Tymczasem PiS sprawia wrażenie, jakby nie mogło się pozbierać po wygranej, czego objawem jest gonitwa myśli: jak nie zniesienie 30-krotności składek na ZUS, to podwyżka akcyzy na fajki i alkohol od nowego roku. Mam tylko jedno pytanie: czy z podwyżek akcyzy będą refundowane wyższe standardy opieki medycznej dla palaczy i alkoholików, którzy przez lata hołdowania nałogom zasilali budżet państwa? Należy im się, jak mało komu - przecież bez nich już dawno by to wszystko diabli wzięli.


*

Parlament Europejski podżegany przez tutejszych euro-jurgieltników z Lewicy i PO przegłosował uchwałę potępiającą Polskę za projekt ustawy „Stop pedofilii” zakazujący publicznego propagowania postaw pedofilskich, a także propagowania współżycia bądź podejmowania innych czynności seksualnych przez osoby małoletnie. Jakoś nie wiedzieć czemu, powyższe skojarzyło się euro-lewakom z „edukacją seksualną”. I w ten oto sposób, ta banda brukselskich zboczeńców sama niechcący przyznała, o co tak naprawdę w tej całej seks-edukacji chodzi: pedofilia, zwłaszcza ta homoseksualna i zachęcanie dzieci do spółkowania jest w tym wszystkim celem kluczowym – cała reszta to mydlenie oczu i propagandowe plewy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 47 (22-28.11.2019)

Frankowa ośmiornica

Czy to klient ma ponosić konsekwencje wadliwej umowy konsumenckiej, czy może jednak podmiot, który ją sporządził?

Zgodnie z wcześniejszymi pogróżkami przedstawicieli sektora bankowego formułowanymi po przełomowym wyroku TSUE w sprawie państwa Dziubaków (sprawa C-260/18), banki postanowiły przystąpić w batalii z frankowiczami do kontrataku – i to z użyciem broni atomowej. Otóż Raiffeisen Bank poinformował, iż w przypadku unieważnienia umowy zażąda 477 tys. zł. z tytułu bezumownego korzystania z kapitału przez 11 lat, do tego 321 tys. zł. odsetek. Łącznie daje to blisko 800 tys. zł., ponadto bank zagroził przejęciem mieszkania. Jest to o tyle kuriozalne, iż państwo Dziubakowie zawarli w 2008 r. 40-letnią umowę indeksowaną do franka (wzdragam się przed nazwaniem tego „kredytem”) opiewającą na 400 tys. zł. Dotąd małżeństwo oddało 230 tys. zł., a do spłaty wciąż pozostaje 520 tys. zł. Na wniosek państwa Dziubaków do sprawy włączył się Rzecznik Praw Obywatelskich, a sąd odroczył rozprawę do 3 stycznia 2020 r.

Teraz kilka pytań. Na jakiej podstawie bank wyliczył 800 tys. zł.? Przecież już na pierwszy rzut oka widać, że jest to kwota wzięta z kapelusza, nijak mająca się do sumy na jaką opiewała umowa, tego co zostało już spłacone, jak i tego co ewentualnie pozostawałoby do spłaty, gdyby umowa pozostała w mocy na dotychczasowych warunkach. No chyba, że bank prognozuje w dalszej perspektywie takie kształtowanie się kursu franka, że do końca trwania umowy państwo Dziubakowie mieliby zapłacić właśnie dodatkowo te 800 tys. zł. - a finalnie musieliby jeszcze oddać obłożone hipoteką mieszkanie, bo zwyczajnie nie byliby w stanie podołać takiemu obciążeniu. Jeżeli jednak powyższa hipoteza jest trafna, to pozostaje pytanie, dlaczego bank przed zaoferowaniem swojego produktu nie poinformował ich o takim zagrożeniu? Może z obawy, że klienci postawieni wobec scenariusza typu „będziemy was doić przez 40 lat, doprowadzimy do ruiny, a na koniec i tak przejmiemy wasz dom”, zastanowiliby się dwa razy przed złożeniem podpisów na takim cyrografie? Zamiast tego lepiej opowiadać bajki o „najstabilniejszej walucie świata”, pomijając informację, że frank, mimo krótkookresowych wahań, na przestrzeni dziesięcioleci zawsze znacząco zyskiwał na wartości – i dlatego jest tak pożądaną walutą na rynkach finansowych.

Ale mniejsza nawet o to. Ważniejsze jest co innego – na jakiej podstawie bank w ogóle występuje z tego typu roszczeniem? Logicznie jest ono absurdem. Sedno pozwów odnoszących się do klauzul indeksacyjnych polega wszak na tym, że banki wykorzystując tzw. asymetrię informacji, czyli swoją fachową przewagę w zakresie wiedzy prawniczej i finansowej, sporządzały wadliwe umowy, zawierające klauzule abuzywne, dające im możliwość arbitralnego ustalania kursu CHF służącego za „wirtualny przelicznik” dla ustalania wysokości kolejnych rat. Czyli, najpierw dawały klientom do podpisania nielegalne umowy (i trudno przypuszczać, by czyniły to nieświadomie, w myśl zasady „widziały gały, co udzielały”) – a teraz mają żądać z tytułu ich nieważności dodatkowych świadczeń? Na jakiej zatem podstawie w ogóle wydawały „bezumownie” kapitał? Klienci przychodzili masowo z rewolwerami i zmuszali bankierów do dokonania przelewu? To klienci sporządzali bezprawne umowy i podtykali przedstawicielom banków do podpisania? No i w końcu, na jakiej zasadzie banki „bezumownie” pobierały do tej pory np. odsetki od udzielonego kapitału? Klienci siłą wciskali im pieniądze? Kompletny nonsens, tym bardziej, że banki stoją na stanowisku, iż bieg przedawnienia roszczenia z tytułu „bezumownego korzystania z kapitału” należy liczyć od momentu stwierdzenia nieważności przez sąd. Otóż nie, moi drodzy wydrwigrosze – sąd jedynie stwierdza nieważność umowy, która, jako obciążona kluczową wadą prawną, była nieważna od samego początku. A więc, następuje tu proste rozliczenie na zasadzie wzajemnego potrącenia dotychczasowych świadczeń.

Tego jednak banki boją się najbardziej, dlatego zabieg z „bezumownym korzystaniem” ma na celu przede wszystkim zastraszenie klientów i zniechęcenie ich do wkraczania na długą i żmudną drogę sądową. A tym, którzy już procesują się z bankami, bankowy „kontrpozew” ma przysporzyć dodatkowych trudności, kosztów i mitręgi. Doprawdy, trudno w języku ludzi cywilizowanych znaleźć słowa adekwatnie opisujące takie postępowanie. Jak stwierdza Rzecznik Finansowy, prof. Mariusz Golecki (cyt. za stroną bankowebezprawie.pl): „Jaki bank obawiałby się stosować niedozwolone klauzule w umowie, skoro w razie wpadki i tak odzyskałby kapitał, i to jeszcze z bliżej nieokreślonym wynagrodzeniem?Mam wrażenie, że stanowisko ZBP (to właśnie ZBP jako pierwszy po ogłoszeniu wyroku TSUE „ostrzegł” przed bankowymi roszczeniami z tytułu „bezumownego korzystania z kapitału – przyp. PL) ma na celu odstraszenie klientów od dochodzenia roszczeń”. Jak widać, sprawa jest rozwojowa. Kto wie, być może znów trzeba będzie zaangażować TSUE – tym razem w kwestii, czy to klient ma ponosić konsekwencje wadliwej umowy konsumenckiej, czy może jednak podmiot, który ją sporządził?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Widziały gały, co udzielały?

TSUE – bat na bankierów

Frankowe przepychanki

Frankowicze kontra Skarb Państwa

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich!

Kontratak banksterów

Kontratak banksterów – c.d.

Wytarzać banksterów w smole i pierzu

Polska na banksterskiej smyczy

Walutowy hazard

Gra kredytem

Kredytowa szulernia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 46 (15-21.11.2019)

Sieroty po Tusku

Donald Tusk nieuchronnie traci swój polityczny czar, zatem pozostanie w Brukseli jest dla niego opcją najlepszą. Będzie tam w swoim żywiole, robiąc to, co najlepiej potrafi – czyli nic.

I. Syndrom porzucenia

Przywódca odszedł! Mieliście chamy złoty róg, Za pół roku, za rok… ostatnie się wam jeno sznur…- ten facebookowy wpis Marii Nurowskiej jest charakterystyczny dla tyleż nagłego, co ostrego ataku choroby sierocej, jaki dopadł kręgi opozycyjno-dziennikarsko-celebryckie po decyzji Donalda Tuska o niekandydowaniu w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. „Kolejne cztery lata rządów PiSu zrujnują Polskę do końca, nie tylko materialnie, odbije się to na psychice, już nie jednostek a narodu” - lamentuje dalej pisarka, by na koniec zrelacjonować rozpaczliwe wiadomości, które otrzymuje od sympatyków: „Czytam: mam dość, idę na emigrację wewnętrzną. Czekałem na Tuska, nie ma już ratunku…wyjeżdżam za granicę, wolę mieszkać na ulicy, ale w wolnym kraju! Co mam odpowiedzieć na takie wołanie?” - pyta dramatycznie. Z kolei Hanna Lis na Twitterze dała upust złości: „Kilka lat temu wybrał apanaże. Teraz stchórzył. Nazwijmy rzeczy po imieniu. Historia osądzi”. Hanna Lis po pewnym czasie skasowała swój post, jakby przestraszyła się własnej szczerości – bo też zdradza on kliniczne objawy syndromu porzucenia w tzw. fazie protestu: krzyk, płacz i agresję. Trzeba przy tym dodać, iż niektórzy przeczuwali, że święci się coś niedobrego – taka Dominika Wielowieyska już w lipcu usiłowała wymusić na Tusku jasną deklarację, pisząc: „A co mnie obchodzą rozterki Tuska. Ma startować!”. Całkiem niedawno natomiast, na łamach „Wyborczej” Magdalena Środa podsumowała „króla Europy” z wyjątkową jak na nią przytomnością umysłu, diagnozując Tuska [miał ogłosić decyzję 2 grudnia] jako nieodpowiedzialnego narcyza i dodając: „Kokietuje, uwodzi, przeczekuje, troszcząc się o swój własny interes: gdzie będzie mu lepiej? W Europie na pewnej, lukratywnej posadzie, czy w Polsce, w walce o zaszczytne, ale niepewne miejsce prezydenta?”.

Nie trzeba było czekać do 2 grudnia - już we wtorek, 5 listopada, wielka nadzieja „totalnych” ogłosiła swojego walkowera, zasłaniając się „bagażem niepopularnych decyzji”, jakim ma być obciążony od czasów swojego premierowania. No i słuszna jego racja, warto jednak dodać, że na wspomniane obciążenia składały się nie tylko decyzje, ale w co najmniej równej mierze zaniechania (pozostaje uzasadnione pytanie, czy nie była to „bierność zaprogramowana”, obliczona na zaspokajanie różnych mafii i grup interesu) – wszystko zwieńczone rejteradą do Brukseli na ciepłą posadkę załatwioną mu przez Angelę Merkel. Ostatecznie na decyzję Tuska wpłynąć miał zlecony przez niego prywatny sondaż, z którego wynikało, że jest „niewybieralny”, głównie ze względu na zbyt szeroki elektorat negatywny. I tylko wierny Tomasz Lis, po początkowym smuteczku, heroizuje we wstępniaku na stronach „Newsweeka” postać swego idola, pisząc: „Minione cztery lata rządów PiS to Polska bez Tuska, ale w Tusku Polska wciąż była. I wciąż było pytanie – czy kandydować na prezydenta. Czy stanąć do dramatycznego, heroicznego, a może i desperackiego boju”. Cóż, każdy przepracowuje traumę na swój sposób.


II. Białego konia sprzedam – Donald Tusk

A skoro jesteśmy przy „Newsweeku” - gdyby Tusk, jak zapowiadał, wstrzymał się z ogłoszeniem decyzji do 2 grudnia, to zbiegła by się ona symbolicznie z okrągłą rocznicą pamiętnego numeru springerowskiego tygodnika – tego z bombastyczną okładką przedstawiającą „powrót króla” na białym koniu, opatrzoną nagłówkiem „Plan Tuska”. Wedle tamtego artykułu, powrót Tuska miał być „czarnym snem” PiS-u - ale pod jednym warunkiem: opozycja musiałaby wpierw wygrać wybory parlamentarne. Słowem, cały Tusk – jeżeli ktoś tu, na miejscu, odwaliłby za niego czarną robotę i doprowadził do politycznego przesilenia, wtedy on łaskawie mógłby wrócić i dać się wybrać na prezydenta.

Tymczasem wszystko wskazuje na to, że ubieganie się o prezydenturę było dla Donalda Tuska najmniej pożądaną opcją i to z kilku powodów. Po pierwsze, jego cechy charakteru – ten gość to po prostu notoryczny leser i miglanc. Do roboty zabrał się tylko raz – gdy po zafundowanym mu przez różnych „coachów” ostrym treningu mentalnym wygrał wybory w 2007 r., a później z rozpędu, również w 2011, korzystając z ówczesnej niemocy PiS-u, pogrążonego w pourazowym stresie po Smoleńsku. W międzyczasie jednak jego nieróbstwo jako premiera stało się wręcz przysłowiowe, czego symbolem był czterodniowy „tydzień pracy” - media donosiły o lotach rządowym samolotem do Gdańska już w piątkowe popołudnie i powrotach do Warszawy dopiero w poniedziałkowy wieczór lub nawet we wtorek i godzinach spędzanych z partyjnymi kolegami na „harataniu w gałę”. I ktoś taki miałby teraz wziąć się do ostrego galopu w walce o niepewną prezydenturę? Wolne żarty. Natomiast Andrzej Duda, co by o nim o nie mówić, to jednak skrzętny, krakowski pracuś - jeśli trzeba, potrafi narzucić sobie mordercze tempo i objechać całą Polskę, każdy powiat. W Tusku zaś dodatkowo do tej pory tkwi zadra po porażce z śp. Lechem Kaczyńskim w 2005 r., co odebrał jako upokorzenie – i nie chce dorzucać kolejnej przegranej z politycznym wychowankiem Lecha Kaczyńskiego, Andrzejem Dudą.

Po drugie – Tusk na sutych, brukselskich rosołach stał się klasycznym „tłustym kotem”, któremu nie chce już się łowić myszy. Co by go czekało w Polsce? Wieczne użeranie się w tutejszym politycznym bagienku – i to nie tylko z PiS-em, ale również z własną partią pod rządami Schetyny. Musiałby też liczyć, że zdominowana przez „schetynowców” Platforma lojalnie pracowałaby w trakcie kampanii na jego sukces, co jest nader wątpliwe. Poza tym, przecież jego marzeniem było załapanie się na tyleż prestiżową i lukratywną, co nie wymagającą większego wysiłku posadę w Brukseli – i teraz miałby to wszystko porzucić dla mirażu prezydentury? Zresztą, dla tego obozu charakterystyczne jest podejście zwerbalizowane na taśmach z „Sowy i Przyjaciół” w rozmowie z Pawłem Grasiem przez ówczesnego szefa „Orlenu” Jacka Krawca, który w kontekście unijnego awansu Tuska mówił: „(...) jednak idziesz w zupełnie inną orbitę, odseparowujesz się od tego wszystkiego, od tego syfu, k...a, jesteś dużym misiem, odseparowujesz się od tego folkloru, od tego syfu”. Nie po to Tusk „odseparował się od syfu”, by teraz do tego krajowego „syfu” wracać. Co innego pieścić swoje ego wsłuchując się w błagania „Tusku wróć” i kokieteryjnie hamletyzować „wrócę – nie wrócę”, a co innego poddać się wyborczej weryfikacji.

Po trzecie – kasa i rodzina. Nie jest tajemnicą, że małżonka Donalda Tuska w Brukseli mogła zrealizować swoje marzenie o podróżach, z dala od polskich mediów (pamiętamy aferę z „podróżą życia” do Machu Picchu okraszoną odznaczeniem „Słońca Peru”), a i dzieciom nie uśmiechał się powrót pod ostrzał wścibskich kamer. No i zarobki – w Brukseli na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej Tusk wyciągnął w przeliczeniu niemal 8,5 mln. zł. - a do tego po zakończeniu kadencji przez dwa lata otrzyma w ramach „okresu przejściowego” dodatkowo 1,4 mln. zł. Wynagrodzenie polskiego prezydenta do tego się nie umywa. Na dodatek, czeka go stanowisko szefa Europejskiej Partii Ludowej (też przecież nie za darmo) – największej frakcji w europarlamencie. Czyli, tak jak lubi – zero obowiązków, a pieniądz leci. Doprawdy, biorąc pod uwagę powyższe, w „powrót króla” mogli wierzyć tylko ostatni frajerzy.


III. Brukselskie dolce vita

Tak naprawdę, do powrotu mogło skłonić Tuska tylko jedno – gdyby Angela Merkel nawinęła go na kolano i spuściła solidne manto na goły zadek. Ale „mutter Angela” to już zachodząca gwiazda i nie ma tej samej co niegdyś siły przekonywania - a z takimi Tusk się nie liczy. Generalnie, przypomina schyłkowego Kwaśniewskiego, który swojego czasu, po zakończeniu prezydentury lansowany był na „patrona” i „odnowiciela lewicy” - co z tego wyszło, wszyscy wiemy. Donald Tusk także nieuchronnie traci swój polityczny czar, zatem pozostanie w Brukseli jest dla niego opcją najlepszą. Będzie tam w swoim żywiole, robiąc to, co najlepiej potrafi – czyli nic.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 46 (15-21.11.2019)