sobota, 12 września 2015

Pod-Grzybki 19

Joanna Lichocka, jedna z dziennikarskich gwiazd sakiewiczowskiej „Zony Wolnego Słowa”, będzie startować do Sejmu jako „jedynka” z kaliskiej listy PiS. Doskonale rozumiem tę decyzję - jak by nie patrzeć, na Wiejskiej wypłaty są pewniejsze, niż u Sakiewicza.

*

Polityka to jednak potężny narkotyk, co pokazuje akces Ludwika Dorna do wyborczej czeredki PO. Detoks się nie powiódł i pan Ludwik spragniony politycznego „haju” wylądował tam, gdzie inne ćpuny – w platformerskim rynsztoku zbierającym wszystkie śmieci z okolicy. Przy tej okazji oświadczył, iż PO jest „blisko ziemi”, podczas gdy PiS „szybuje w stratosferze” - co świadczy jedynie o tym, że ćpun dla kolejnej działki powie i zrobi wszystko.

*

Aj-waj! Amerykańskie Żydy wyspecjalizowane w monetyzacji holocaustu zgłaszają się po wałbrzyski „złoty pociąg”, twierdząc, że złoto z pewnością zostało zrabowane ich pobratymcom, zatem - na zasadzie wyznawanego przez Izraelitów po dziś dzień plemiennego prawa współwłasności - ma teraz trafić do Żydów amerykańskich. Jak widać, Żydzi potrafią węszyć za złotem niczym świnie za truflami. Cóż się dziwić, Pan Bóg obdarował ich specjalnymi nosami – więc korzystają.

*

Ale-ale! W międzyczasie media zmieniły śpiewkę i znalezisko, które już-już wydawało się „pewne na 99 procent”, jak nas zapewniał główny konserwator zabytków, pan Piotr Żuchowski, nagle okazało się być humbugiem, zaś sam konserwator otrzymał zakaz wypowiadania się do mediów. Ho, ho – na mój gust, przyszedł najwyraźniej rozkaz, by sprawę wyciszyć. No więc, ja mam już tylko jedno pytanie - który z bezpieczniackich gangów przymierza się do położenia łapy na skarbie? I czy są to jedynie służby polskie?

*

Profesor Ireneusz Krzemiński wysmażył na łamach „Wyborczej” analizę (którą to już?) porażki Komorowskiego oraz zniżki notowań Platformy i wyszło mu to co zwykle – winne są rozbuchane oczekiwania gówniarzerii, hejt w internecie, księża (ze szczególnym uwzględnieniem o. Rydzyka) oraz polski antysemityzm. Pomyśleć, że aby produkować takie banialuki trzeba być aż profesorem socjologii. Nie, panie profesorze – Komorowski przegrał, bo otoczył się gronem nadętych, zadufanych, impregnowanych na rzeczywistość, za to wielce utytułowanych kretynów i uwierzył w to, co mu mówią: JEZD DOBRZE.

*

Grzegorz Braun ujawnił nieco politycznej kuchni z negocjacji z różnymi „antysystemowymi” środowiskami. Okazało się, że niemożność zawarcia jakiejkolwiek koalicji powodowana była tym, że każda z partyjnych kanap liczyła – nie wiadomo na jakiej podstawie – że załapie się na próg 3 proc. i związane z tym budżetowe dotacje. Tak to sobie kieszonkowi mężykowie stanu wykoncypowali w swych biednych łepetynach. Z powyższego wynika, że „antysystemowcy” są obecnie na etapie, który polska prawica przechodziła w pierwszej połowie lat '90. No to policzmy sobie, ile przy dobrych wiatrach trzeba będzie poczekać na pojawienie się jakiegoś antysystemowego odpowiednika PiS...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 35 (09-15.09.2015)

czwartek, 3 września 2015

Polacy na podsłuchu

Dziesięć służb uprawnionych do niekontrolowanego zbierania o nas informacji pozostanie państwem w państwie.

Co by nie mówić, Polska pod rządami PO ma jednak swe niezaprzeczalne osiągnięcia, ba – w niektórych obszarach jesteśmy wręcz europejskim liderem. Tak jest chociażby z inwigilacją obywateli przez licznie rozmnożone u nas „policje tajne, widne i dwupłciowe”. Już w 2011 roku Naczelna Rada Adwokacka alarmowała w swym raporcie, iż Polacy są najbardziej „prześwietlanym” przez służby społeczeństwem w Unii Europejskiej. W szczególności chodzi o dostęp do naszych danych telekomunikacyjnych. Oprócz klasycznych podsłuchów, kontrola służb obejmuje także SMS-y, bilingi, dane o logowaniu telefonów komórkowych do sieci itd. Przykładowo, w 2010 roku służby występowały o nasze dane telekomunikacyjne aż 1,3 mln razy, co jest absolutnym europejskim rekordem. Co ciekawe, informacje te udostępniła adwokaturze Komisja Europejska, bo nasza bezpieka odmówiła podania danych. Teoretycznie, uprawnienia służb powinny dotyczyć najcięższej przestępczości, w praktyce jednak, w ramach tzw. „kontroli operacyjnej” metody inwigilacyjne są stosowane często prewencyjnie i bez jakiegokolwiek nadzoru. Dotyczy to również zawodów, w których poufność odgrywa szczególną rolę – np. adwokatów, bądź lekarzy.

Warto dodać, że o ile w innych krajach tzw. retencja, czyli przetrzymywanie danych o połączeniach wynosi 6 miesięcy, to w Polsce operatorzy mają obowiązek przechowywać dane przez 2 lata. Przez jaki czas trzymają je służby tak naprawdę nie wiadomo, gdyż nie obejmuje ich pod tym względem żaden zewnętrzny nadzór – tzn. niby mają obowiązek dostarczać UKE informacje na temat zgłaszanych zapytań o dane retencyjne, ale taka SKW notorycznie się uchyla.. i nic. Podobnie jak nie sposób sprawdzić, do czego organy wykorzystały pozyskane informacje i czy je zniszczyły. Co więcej, katalog przestępstw których może dotyczyć inwigilacja jest – w przeciwieństwie do innych krajów – otwarty i może dotyczyć wszystkich abonentów, niezależnie od tego, czy są podejrzani o popełnienie jakiegokolwiek czynu zabronionego. Czyli mamy wolną amerykankę, tym bardziej, że służb uprawnionych do pozyskiwania naszych danych telekomunikacyjnych jest łącznie dziesięć. O skali i trendzie tego procederu mogą świadczyć informacje pozyskane przez Fundację „Panoptykon” od Urzędu Komunikacji Elektronicznej, wedle których w 2014 uprawnione organy (służby, sądy i prokuratury) złożyły łącznie 2,18 mln zapytań o dane telekomunikacyjne. Porównajmy to sobie z 1,3 mln w 2010...

W 2011 Rzecznik Praw Obywatelskich złożył do Trybunału Konstytucyjnego wniosek (wsparty następnie przez Prokuratora Generalnego) dotyczący m.in. określenia katalogu informacji zbieranych za pomocą środków technicznych w działaniach operacyjnych oraz zasad niszczenia pozyskanych danych. Trybunał wypowiedział się w tej kwestii w orzeczeniu z lipca 2014, kiedy to uznał za niezgodne z Konstytucją szereg przepisów ustaw regulujących działanie Policji, Straży Granicznej, Kontroli Skarbowej, Żandarmerii Wojskowej, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, Służby Wywiadu Wojskowego, Służby Kontrwywiadu Wojskowego, Służby Celnej i Centralnego Biura Antykorupcyjnego. TK wskazał ponadto na konieczność niezależnej kontroli pozyskiwania materiałów telekomunikacyjnych, stworzenie transparentnej procedury ich niszczenia oraz sformułowanie zamkniętego katalogu przestępstw w przypadku których służby mogłyby występować do operatorów po dane abonentów. Na uchwalenie nowych przepisów Trybunał dał termin 18 miesięcy.

No i niedawno doczekaliśmy się – Senat wyprodukował stosowny projekt, który... nie rozwiązuje żadnego z problemów. Na senackim projekcie suchej nitki nie zostawiło Biuro Analiz Sejmowych, organizacje pozarządowe i Sąd Najwyższy, za to entuzjastycznie przyjęło go do dalszych prac MSW. Przykładowo, o wykorzystaniu w postępowaniu karnym danych dotyczących tajemnicy zawodowej (np. adwokackiej, lekarskiej), lub objętych zakazem dowodowym ma na wniosek prokuratora decydować sąd, co prowadzi do osłabienia ochrony tajemnicy zawodowej. Co do kontroli pozyskiwanych danych – przewiduje się jedynie kontrolę następczą. Oznacza to, że służby nie będą musiały pytać sądu o zgodę, a jedynie co pół roku wysyłać zbiorcze sprawozdania, które sąd będzie mógł wyrywkowo sprawdzić. Katalog przestępstw których może dotyczyć inwigilacja z sięgnięciem po dane teleinformatyczne został natomiast ujęty tak szeroko, że nie ma żadnej różnicy w porównaniu ze stanem dotychczasowym.

Krótko mówiąc – wiele musiało się zmienić, by wszystko zostało po staremu. Dziesięć służb uprawnionych do niekontrolowanego zbierania o nas informacji pozostanie państwem w państwie, co idealnie wpisuje się w konsekwentnie realizowany przez PO scenariusz pełzającego zamordyzmu. Na zakończenie refleksja – o tym, kto realnie rządzi Polską i skali zinfiltrowania przez służby „klasy politycznej” świadczą właśnie takie kwiatki, kiedy to senatorowie piszą prawo pod ewidentne dyktando bezpieki.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 35 (28.08-03.09.2015)

Pod-Grzybki 18

Cała Polska tropi hitlerowski „złoty pociąg”, który ponoć znajduje się gdzieś w okolicach Wałbrzycha. Co, pieniądze z OFE już się skończyły?

*

Przy okazji – nasz kraj opuszczają non-stop takie „złote pociągi”. Tylko w latach 2003-2012 wyprowadzono z Polski kapitał na łączną kwotę 82,393 mld USD, co jest równowartością mniej więcej 72.669.783 uncji złota, czyli inaczej – 2.260.284 kilogramów tego kruszcu, albo 2 tys ton i 260 kg, jak kto woli. Tyle właśnie złota wyciekło z Polski przez raptem 10 lat. Ale najwyraźniej nasze media ekscytowanie się takimi „złotymi pociągami” mają surowo zakazane.

*

Ponieważ straciłem bezpowrotnie pół godziny życia na obejrzenie żenującego cyrku, jakim była „rozmowa” pani Katarzyny Gójskiej-Hejke z Pawłem Kukizem, to w rewanżu trochę się powyjęzyczam. Otóż pani redaktor Hejke tak długo i z nieskrywaną pasją grillowała Kukiza, zupełnie jakby przeszła jakiś kurs przysposobienia zawodowego u Moniki Olejnik, aż w końcu Kukiz się zagotował i puściły mu zawory, co niestety jest dla niego dość typowe. Niektórzy twierdzą, że „woJOWnik” potrzebuje psychiatry – ja uważam, że wystarczałby dobry hydraulik.

*

Pani redaktorzyca Hejke ewidentnie miała zadanie „uwalić” Kukiza na wizji, co zresztą nie było trudne, bo pan Paweł stanowi nader wdzięczny cel dla takich zagrywek. Proponuję Państwu dla porównania obejrzeć jakikolwiek wywiad pani Hejke z którymś z polityków PiS. Ujrzycie wtedy panią redaktor wstrzemięźliwą w mowie, umiarkowaną i taktowną - słowem, dziennikarstwo dworskie w pełnej krasie. I jak tu nie wierzyć Kukizowi, który twierdzi, że TV Republika szykuje się do zajęcia miejsca TVN24?

*

No dobrze, ale komu konkretnie Kukiz nabluzgał? Przedstawiciele „Zony Wolnego Słowa” twierdzą, że zwyzywał Gójską-Hejke od „PiS-owskich k...ew”, z kolei Kukiz twierdzi, że nabluzgał TV Republice jako takiej, rzucając „PiS-owskie k...y”. A mógł po prostu zagrać w „pomidora” i na każde pytanie odpowiadać „JOW!”. Głowę dam, że wtedy to Hejke w końcu wyszłaby ze studia.

*

Na to wszystko uzewnętrznił się Terlikowski, oznajmiając na „Frondelku”, że to „koniec Kukiza” i że nie jest on prawdziwym mężczyzną. To wystawianie certyfikatów męskości jest stałym numerem Terlika, który najwyraźniej nie uznaje żadnych granic autokompromitacji. Przypomnę tylko nader męskie zachowanie Terlikowskiego, kiedy to w TVN24 Ireneusz Krzemiński nie chciał z nim rozmawiać w jednym pomieszczeniu, a Terlik zamiast trzasnąć drzwiami, pozwolił jak ostatnia ćwiara usadzić się gdzieś na korytarzu, by z takich oto pozycji toczyć z Krzemińskim „polemikę”. Ma się te cojones, nie ma co...

*

Na koniec – w pełni zgadzam się z blogerką Elig, która stwierdziła że w momencie objęcia władzy przez PiS, obecne media „niepokorne” z dnia na dzień staną się mediami dworskimi. I z tej perspektywy patrząc, przed „turboniepokornymi”, jak raczył nas określić Ziemkiewicz, rysują się całkiem obiecujące widoki na przyszłość...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 34 (02-08.09.2015)

wtorek, 1 września 2015

Zdekolonizować naród!

Po raz pierwszy od wielu lat rysuje się szansa na realną dekolonizację Polski i Polaków – zarówno w sferze instytucjonalnej, jak i w obszarze kulturowym.

I. Filary kolonializmu

Pozwolę sobie dziś kontynuować wątek z ubiegłego tygodnia, czyli wyzwanie, jakim jest wszechstronna dekolonizacja Polski. W poprzednim numerze „PN” pisałem o kolonizacji gospodarczej, lecz obraz sytuacji będzie niepełny, jeśli nie wspomnimy o związanych z kolonizacją Polski problemach społecznych, kulturowych i politycznych. Co jest podstawą władzy kolonizatora nad zajętym terytorium? Otóż, wbrew pozorom, chodzi nie tylko o przewagę militarną i gospodarczą. Wyzysk ekonomiczny pod osłoną bagnetów może funkcjonować jedynie do czasu. Podstawą długofalowej kolonialnej eksploatacji jest zdobycie „rządu dusz” - a konkretnie, zaszczepienie w ludności autochtonicznej przekonania o jej cywilizacyjnej niższości i zacofaniu, dezawuowanie dorobku pokoleń jako bezwartościowego śmiecia, od którego trzeba się uwolnić, by wspiąć się na wyższy szczebel rozwoju. Tym wyższym szczeblem mają być natomiast wzorce kulturowe podtykane kolonii przez metropolię, w charakterze celu do którego należy dążyć.

Owo zarządzanie przez rozbudzanie kompleksów, to jeden filar kolonialnej władzy. Filarem drugim jest społeczna atomizacja, mająca wyplenić wśród kolonizowanej ludności odruchy solidarnościowe – im więcej społecznych podziałów i wewnątrzplemiennych animozji, tym z punktu widzenia kolonizatora lepiej. Trzecim wreszcie filarem kolonialnej dominacji są sprzedajne miejscowe elity ukształtowane wedle potrzeb zdobywcy, tak, by możliwie największą część ciężarów związanych z dyscyplinowaniem aborygenów przerzucić na nich samych. To właśnie owe wykreowane przez obce ośrodki jurgieltnicze warstwy wyższe, zapatrzone w metropolię i nagradzane przez nią za swą służbę, mają utrzymywać tubylców w ryzach i poczuciu niższości – słowem, w swoistych mentalnych pętach sprawiających, że jakikolwiek bunt jawić się będzie jako nieodpowiedzialna, zbrodnicza wręcz awantura. Tego typu rozwiązania przetrenowała z dobrym skutkiem Wielka Brytania budując swe imperium (jak inaczej byłaby w stanie podporządkować sobie chociażby ogromne Indie?), i mechanizmy kolonialne w zasadniczym zrębie pozostały niezmienione po dziś dzień. To dlatego Gandhi koncentrował się m.in. na odczarowaniu figury „białego sahiba” i przełamywaniu podziałów kastowych.

II. Odbudowa narodu

Patrząc z tego punktu widzenia, podstawowym problemem najbliższych lat będzie odbudowa narodu – m.in. przezwyciężenie rozlicznych społecznych podziałów i ojkofobicznych kompleksów zaszczepianych nam, śmiem twierdzić, z pełną premedytacją na przestrzeni ostatnich 25 lat. To nie tylko „pedagogika wstydu” uprawiana przez michnikowszczyznę jako narzędzie społecznej tresury, lecz również piętrzenie rozlicznych „klasowych” zawiści. Zwróćmy uwagę, jak to funkcjonuje: „sekta pancernej brzozy” kontra „lud smoleński”, „złotówkowicze” oburzający się na próby pomocy „frankowiczom”, „zusowcy” patrzący z zazdrością na „krusowców”, „ciemnogród” kontra „obóz postępu”, „Kościół otwarty” i „Kościół zamknięty”, pracujący na „śmieciówkach” oraz „etatowcy” a wszyscy razem sarkający na przywileje związkowców z różnych branż - długo by wymieniać. Te rozłamy nakładają się na siebie w rozlicznych konfiguracjach, innymi słowy – mamy wiele funkcjonujących równolegle małych „apartheidów” skutecznie konfliktujących ze sobą Polaków na różnych płaszczyznach.

Od samego początku III RP mieliśmy do czynienia z systemowym zohydzaniem dziedzictwa „Solidarności” - o czym warto wspomnieć przy okazji 35 rocznicy „Porozumień Sierpniowych”. Związki zawodowe przedstawiano jako anachroniczną jaskinię warcholstwa i relikt po komunizmie, skutecznie podjudzając przeciw nim spauperyzowane społeczeństwo na zasadzie - „jest wam źle, bo związkowcy wymusili swe przywileje waszym kosztem”. W ten sposób osłabiono bezpowrotnie jedyną strukturę zdolną przeciwstawić się wyzyskowi, czego gorzkie owoce zbieramy dzisiaj. Sam mit „Solidarności” został przykrojony do rozmiarów historycznej maskotki do której przytuliły się pospołu „lewica laicka” i komunistyczni „reformatorzy”; sprowadzono go do roli rekwizytu legitymizującego władzę. Na powyższe nałożyła się liberalna propaganda indywidualizmu, co z jednej strony było na rękę rządzącym (rozproszone jednostki się nie postawią skutecznie władzy), z drugiej współgrało z interesami kolonizatorów. W efekcie indywidualizm, który sam w sobie nie jest jeszcze niczym złym, wynaturzył się w społeczną atomizację, zabijając solidarność na elementarnym, międzyludzkim poziomie. W pewnym momencie został przekroczony ważny punkt krytyczny i dlatego właśnie obecnie tak wielkim zadaniem jest ponowna odbudowa poczucia wspólnoty Polaków, zaś różni salonowi mędrcy biadolący dziś nad brakiem „kapitału społecznego” powinni uderzyć się przede wszystkim we własne piersi.

Na szczęście, ostatnie wybory pokazały, że coś chyba zmienia się na lepsze. Tzw. „lemingi” dojrzały - dziś zbliżają się do trzydziestki, bądź ją przekroczyły i widzą, że za wszystko trzeba płacić - w tym również za swoje wybory polityczne, za to na kogo się zagłosowało (lub nie zagłosowało). Jeśli pracują, to na śmieciówkach bez widoku na etat i własne mieszkanie, szczęśliwcy mający umowę o pracę czują zaciskającą się na szyjach pętlę kredytową, a ci, którzy otworzyli własny biznes borykają się z niezliczonymi barierami, widząc jednocześnie przywileje „klientów władzy” oraz międzynarodowych koncernów. Część wyjechała, bo rachunek za tutejszą „ciepłą wodę w kranie” okazał się zbyt wygórowany. Wolą tę samą ciepłą wodę w Wielkiej Brytanii, lecz za zdecydowanie niższą cenę. Im przestało imponować poczucie przynależności do warstwy „młodych, wykształconych, z wielkich miast”, bo przekonali się, że za tym symbolicznym statusem nie podąża sukces materialny – ten zarezerwowany jest dla nielicznej mniejszości. W tym między innymi upatruję jedną z przyczyn zwycięstwa Andrzeja Dudy i zmianę notowań PiS – pod naciskiem twardej rzeczywistości zostało przełamane istotne kulturowe tabu. Oby był to zwiastun szerszego społecznego przesilenia.

III. Wojna kolonialna

Jednakże to, co dla nas stanowi nadzieję, jest zarazem sennym koszmarem dla kolonizatorów i wysługujących się im kompradorskich elit – stąd próby odgrzania podziałów cywilizacyjnych. Ofensywa genderyzmu, spór wokół in vitro, promocja „związków partnerskich”, homopropaganda wkraczająca do szkół i przedszkoli – to wszystko są próby zaimplantowania nam wzorców kulturowych narzucanych przez kolonialną „metropolię”. Kolonizatorzy zdają sobie bowiem sprawę z tego, że jeśli postawy masowe zdominuje nurt patriotyczno-niepodległościowy, to prędzej czy później Polacy upomną się o swe prawa również w innych dziedzinach życia publicznego – z gospodarką włącznie, a wtedy dla zagranicznych koncernów skończy się eldorado korzystania z taniej siły roboczej, wyprowadzania zysków do central, czy eksploatacja kieszeni klientów banków.

Obie główne siły polityczne, PiS i PO, mniej lub bardziej świadomie wpisują się w powyższą logikę wojny kolonialnej, przy czym – co ciekawe – ugrupowania te pełnymi garściami czerpią z postulatów tradycyjnie przypisywanych lewicy. Mamy tu odpowiedź na pytanie, dlaczego po upadku znaczenia postkomunistów nie może w ich miejsce pojawić się żadna istotna siła lewicowa. Po prostu PiS i PO podzieliły ten polityczny „rynek” między siebie. PO z lewicowej retoryki zaadaptowała na swój użytek sprawy obyczajowe, z kolei PiS – kwestie socjalne. Zresztą, lewicowa proweniencja programowa nie ma dla mnie większego znaczenia - po prostu ją odnotowuję. Coś może być sobie lewicowe, byle byłoby propolskie. Tu bowiem biegnie zasadnicza linia podziału - na propolskość i antypolskość, a nie na ideologiczne etykietki. W tym sensie PO jest antypolska bo realizując szaleństwa obyczajowe godzi wprost w społeczną tkankę narodu, zaś PiS absorbując agendę socjalną lewicy jest propolskie, bo ukrócenie banksterstwa, ucywilizowanie umów śmieciowych, czy wsparcie dla rodzin, służy budowie i rozwojowi tejże tkanki oraz poprawie warunków bytowych rzesz spychanych do tej pory na coraz głębszy margines Polaków. W efekcie - buduje to podmiotowość polskiego państwa i narodu.

PO lewactwo obyczajowe połączyła z wysługiwaniem się międzynarodowemu biznesowi oraz krajom, gdzie koncerny mają swe siedziby - jest więc antypolska dubeltowo. PiS natomiast połączył światopoglądowy konserwatyzm z prosocjalnym, solidarystycznym podejściem, usiłując przy tym przynajmniej w jakiejś mierze wyzwolić Polskę spod dyktatu obcego kapitału. Na razie, rzecz jasna, deklaratywnie, zobaczymy jakie będą w tym zakresie inicjatywy prezydenta Dudy i posunięcia ewentualnego rządu PiS po jesiennych wyborach. W każdym razie, po raz pierwszy od wielu lat rysuje się szansa na realną dekolonizację Polski i Polaków – zarówno w sferze instytucjonalnej, jak i w obszarze kulturowym – i właśnie przede wszystkim pod tym kątem będzie należało patrzeć przyszłej władzy na ręce. Obyśmy tej szansy nie zmarnowali.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Dekolonizacja Polski

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2307-pod-grzybki-18

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 33 (26_08-01_09_2015)

Bankructwo – doskonały interes

Kto na naszym bankructwie zrobi złoty interes? Sępie fundusze czy Niemcy? A może ktoś jeszcze?

Mamy w Europie dwóch bankrutów: głośnego i cichego. Bankrutem głośnym jest Grecja, skupiająca na sobie uwagę świata choćby z powodu potencjalnych reperkusji tamtejszego kryzysu dla całej strefy euro. Bankrut cichy natomiast, o którym zbyt wiele się nie mówi, to Ukraina. Jeżeli świat o Ukrainie pamięta, to tylko w kontekście wojny w Donbasie, tymczasem to właśnie niewypłacalność może za chwilę stać się podstawowym zagrożeniem dla samego istnienia tego państwa. Już od dłuższego czasu, gdy zbliżają się kolejne terminy spłaty odsetek od zadłużenia, światowe instytucje finansowe zastanawiają się, czy Ukraina tym razem podoła swym zobowiązaniom. Do tej pory jakoś się udawało, ale takie balansowanie na linie nie może trwać w nieskończoność. Obecnie Ukraina utrzymuje się na powierzchni w zasadzie jedynie dzięki kroplówce od MFW, ale te zastrzyki tylko przedłużają stan agonalny pacjenta. Dość powiedzieć, że zadłużenie zagraniczne wynosi ogółem (sektor prywatny i publiczny) 126 mld USD (dane na 1 kwietnia 2015 za Ośrodkiem Studiów Wschodnich), co stanowi 109,8% PKB, z czego zagraniczny dług publiczny to suma 43,6 mld USD. Na dodatek recesja (w tym roku prognozy MFW mówią o -9% PKB) oraz deprecjacja hrywny sprawiają, iż mimo spłaty części zobowiązań, relacja długu do PKB stale rośnie.

W efekcie, Bank of America Merrill Lynch ostrzega przed możliwym bankructwem już we wrześniu, kiedy to przyjdzie Ukrainie spłacić 500 mln USD odsetek. Na dodatek, Ukraina w znacznej mierze siedzi w kieszeni u prywatnych wierzycieli (40% wszystkich wyemitowanych obligacji) wśród których wiodącą rolę odgrywa amerykański fundusz inwestycyjny Franklin Tempelton posiadający obligacje o wartości 6,5-7 mld USD. Do tego dochodzą fundusze TCW i T. Rowe Price oraz brazylijski BTG Pactual Europe – w sumie daje to ok. 8,9 mld USD. Tu trzeba dodać, iż przedstawicielem Franklin Tempelton jest słynący z bezwzględności manager Michael Hasenstab. Pomysł na zysk jest prosty: skupować ile się da tanich ukraińskich obligacji, których inni się wyzbywali, za ułamek ich nominalnej wartości, a następnie wydusić z rządu w Kijowie ich spłatę w pełnej wysokości. Do tego typu instytucji jak Franklin Tempelton przylgnęło określenie „sępie fundusze”. O ich sile zaświadcza choćby bankructwo Argentyny w 2001 roku, kiedy to fundusz Elliott Management nie zgodził się na umorzenie części z posiadanych przezeń 100 mld argentyńskiego długu, co doprowadziło do plajty tego kraju. Póki co, Hasenstab podąża tą samą drogą – nie chce słyszeć o żadnych umorzeniach, natomiast proponuje, by Ukraina pokryła część swych zobowiązań z rezerw walutowych banku centralnego, w zamian za co otrzymałaby odroczenie spłaty pozostałych wierzytelności i ewentualnie redukcję odsetek. Tyle, że rezerwy walutowe Ukrainy wynoszą raptem ok. 10 mld USD, zatem spełnienie tych warunków oznaczałoby puszczenie Kijowa z torbami. To zresztą stały patent Hasenstaba - można powiedzieć, iż jest międzynarodowym odpowiednikiem na poły mafijnych firm handlujących długami i wyciskających z dłużników „prawem i lewem” ich zobowiązania. Jak widać, bankructwo jednych może być dla innych świetnym interesem. Sama minister finansów Ukrainy, Natalia Jaresko, nie wyklucza „zawieszenia płatności”, co oznaczałoby tzw. „techniczne bankructwo”. Konsekwencje takiego ruchu dla pogrążonego w wojnie kraju, możemy sobie wyobrazić.

Inny sposób zarabiania na bankructwie znalazły Niemcy. Według raportu Instytutu Badania Gospodarki (IWH) w Halle, grecki kryzys stał się dla Niemiec istną żyłą złota. Otóż za każdym razem, gdy z Grecji dochodziły złe wieści, spadało oprocentowanie niemieckich obligacji. Inwestorzy wystraszeni kryzysem szukali „spokojnej przystani” w której mogliby ulokować swoje fundusze – i taką przystań oferował im niemiecki rząd, oczywiście pod warunkiem obniżenia rentowności papierów dłużnych. Łącznie, na samych tylko redukcjach odsetek Niemcy zarobiły od 2010 roku 100 mld euro. Ponieważ niemiecki wkład w programy pomocowe (czyli pożyczki, które Grecja i tak przez pokolenia będzie spłacać) wyniósł w sumie 90 mld euro, to otrzymujemy całkiem przyzwoitą „marżę”, jaką Niemcy zebrały na skutek okołogreckich zawirowań na rynkach finansowych. To m.in. dzięki temu Niemcom udało się od zeszłego roku zrównoważyć budżet. Nic więc dziwnego, że Instytut Badania Gospodarki określa Niemcy mianem „wielkiego beneficjenta” kryzysu w Grecji. A pamiętajmy, że w kolejce czekają jeszcze konfitury z greckiej prywatyzacji.

Biorąc pod uwagę powyższe, nie mogę opędzić się przed czarnymi myślami dotyczącymi naszej przyszłości. Ponieważ od kiedy zdjęto z Polski procedurę nadmiernego deficytu, znów zaczęliśmy zadłużać się na potęgę i przy obecnym tempie konstytucyjny próg długu publicznego wynoszący 60% w relacji do PKB osiągniemy gdzieś w okolicach końca 2019 roku, to pozostaje tylko się zastanawiać – kto na naszym bankructwie zrobi złoty interes? Sępie fundusze czy Niemcy? A może ktoś jeszcze?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2307-pod-grzybki-18

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 33-34 (11-27.08.2015)

czwartek, 27 sierpnia 2015

Dekolonizacja Polski

Bez wszechstronnej dekolonizacji będziemy mogli tylko pomarzyć o jakimkolwiek realnym rozwoju.

I. Gospodarcza kolonia

Podstawowym wyzwaniem stojącym zarówno przed prezydentem Andrzejem Dudą, jak i przed spodziewanym nowym rządem tworzonym, bądź współtworzonym przez PiS, będzie dekolonizacja Polski - i to nie tylko na płaszczyźnie politycznej, ale również w sferze gospodarczej. O skali kolonialnego drenażu może świadczyć chociażby raport amerykańskiego watchdoga „Global Financial Integrity” pokazujący skalę nieopodatkowanych transferów finansowych ze 145 krajów za lata 2003-2012 („Illicit Financial Flows from Developing Countries: 2003-2012”). Wedle tych danych Polska znajduje się na 17 pozycji ze skumulowanym wypływem kapitału na poziomie 82,393 mld USD. Jest to absolutny rekord jeśli chodzi o kraje UE. Następna jest zajmująca 33 miejsce Bułgaria z łącznym „cumulative illicit outflows” w wysokości 25,354 mld USD. Można do powyższego dodać jeszcze np. raport Fundacji Republikańskiej z 2013 roku dotyczący płacenia podatku CIT przez sieci supermarketów w 2011 roku: Kaufland (6,4 mld zł przychodu) - zero CIT; Carrefour (przychód 7,9 mld) - 14 mln zł zwrotu; Tesco (11,9 mld przychodu) - brak danych nt. CIT; Lidl (7,6 mld przychodu) - 57,4 mln zł CIT; Biedronka (25,3 mld przychodu) - 241 mln zł CIT.

Kolejną patologią są tzw. „specjalne strefy ekonomiczne”. Działające w nich podmioty są traktowane preferencyjnie - podatki, opłaty lokalne itd., czego efektem jest zwiększenie ucisku fiskalnego wobec przedsiębiorstw, które nie miały szczęścia zakotwiczyć się w którejś ze „stref” oraz napędzanie zadłużania się państwa i samorządów – bo pieniądze na wydatki publiczne tak czy inaczej jakoś trzeba pozyskać. Dobrze obrazuje to prospekt „Investing in Poland 2014” - województwo warmińsko-mazurskie chwaliło się w nim: „Mamy największą stopę bezrobocia w Polsce i najniższe zarobki. Dzięki temu zapewniamy inwestorom bogate zasoby taniej siły roboczej”; dodając następnie: „dla województwa warmińsko-mazurskiego maksymalną wysokość pomocy przepisy ustalają na poziomie 50% kwalifikowanych kosztów nowej inwestycji lub 50% dwuletnich kosztów pracy nowo zatrudnionych pracowników”. Czyli nie tylko ulgi i zwolnienia, lecz również gotowy grosz przerzucający koszta „prywatnej” inwestycji na sferę publiczną. Później zresztą taki zadomowiony już „inwestor” może szantażować władze lokalne groźbą zamknięcia zakładu, żądając dalszych ulg – casus Michelina w Olsztynie.

II. Biali Murzyni

Idźmy dalej. Mamy oto osławiony „elastyczny rynek pracy”, skutkujący lawinowym wzrostem osób pracujących na śmieciówkach oraz zjawiska „working poor” - czyli „pracującej biedoty” - ludzi, których mimo pracy w pełnym wymiarze nie stać na zaspokojenie elementarnych potrzeb życiowych. Wg. raportu OECD „Employment Outlook 2014” Polska znajduje się na 26 pozycji jeśli chodzi o wysokość zarobków (na 32 ujęte w zestawieniu kraje), za to odsetek osób zatrudnionych na umowy czasowe plasuje nas na 2 miejscu (pierwsze jest Chile). Na temat „working poor” dostępne są jedynie dwa zestawienia, oba sprzed lat, zupełnie jakby nie chciano tykać tematu: badanie CBOS z 2008 roku mówi o 6,6% dorosłej populacji, zaś raport Komisji Europejskiej z 2010 – o 11%. Z tymi danymi harmonizują informacje Polskiego Forum HR, wedle których funkcjonuje w Polsce 5210 agencji zatrudnienia, zaś w 2015 wartość rynku pracy tymczasowej powinna wzrosnąć o 15%. Innymi słowy, agencje zatrudnienia – współczesne „wypożyczalnie niewolników” na użytek gospodarczych kolonizatorów Polski - przeżywają prawdziwy rozkwit.

Na marginesie – ostatnio zrobił się szum o fabrykę Jaguara, która ostatecznie powstanie na Słowacji. Słowacki rząd, prócz licznych przywilejów, dofinansuje inwestycję kwotą 360 mln euro, co zatwierdzić ma Komisja Europejska. Charakterystyczne – pomoc publiczną dla stoczni KE każe zwracać, a na pomoc publiczną dla fabryki Jaguara entuzjastycznie wyraża zgodę. Według Janusza Piechocińskiego firma Jaguar Land Rover prócz działki, infrastruktury itd. (wszystko na koszt państwa), żądała m.in. rynku pracy pozwalającego wybrać co 20 ofertę spośród ubiegających się chętnych. Czyli – tanich pracowników w obszarze dużego bezrobocia, co pozwalałoby na szantażowanie ich groźbą zwolnienia. Zwróćmy uwagę na paranoidalność sytuacji - dwa kraje prześcigają się w dogodzeniu międzynarodowemu koncernowi, co stawia tenże koncern w pozycji pana sytuacji, a rządy w roli rywalizujących o jego względy petentów. W zamian koncern proponuje śmieciową pracę w montowni dla iluś tam białych Murzynów na półniewolniczych warunkach - i w zasadzie nic poza tym, bo do budowy fabryki dołoży się państwo, zyski zostaną wytransferowane za granicę, zaś podatki - o ile Jaguar nie wydębił sobie zwolnień (a zapewne wydębił) - groszowe. Śmieciowe pensje lokalni „prole” i tak wydadzą w dyskontach należących do innego z kolei międzynarodowego giganta, może nawet jak Lidl i Kaufland kredytowanego dodatkowo przez Bank Światowy (to osobny kryminał – BŚ oraz EBOiR wsparły Grupę Schwarz w latach 2004-2013 kredytami na łączną kwotę ponad 1 mld USD na ekspansję w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym w Polsce), który to gigant również wytransferuje zyski za granicę. Gdzie tu interes? Co ma z tego kraj - gospodarz takich „inwestycji”? Okrągłe zero – i to w najlepszym wypadku, bo sądzę, że gdyby wszystko rzetelnie podliczyć, to wyjdzie na nielichym minusie. To jest właśnie kolonializm o którym tu piszę. Zatem, nie płaczmy po Jaguarze.

III. W kieszeni banksterów

Skolonizowane państwo boi się wyciągać do „wielkich” rękę po należne mu podatki. Wg. raportu MFW sporządzonego na zlecenie Ministerstwa Finansów (też ciekawe, że polskie ministerstwo nie było w stanie samodzielnie ogarnąć tematu), wydajność w zakresie poboru podatków spadła w latach 2008 – 2013 z 16 do 13,1 pkt. PKB. W zamian za to mamy najniższą kwotę wolną od podatku w Europie - poniżej minimum socjalnego, co sprawia, że część Polaków płaci państwu haracz od nędzy. Innym przejawem kolonialnego uzależnienia, jest galopujące zadłużanie państwa, sprawiające, iż Polska siedzi w kieszeni międzynarodowych spekulantów. Tu ciekawostka – koszt obsługi zadłużenia Skarbu Państwa niemal pokrywa się z wpływami z PIT. Dane za 2013 – wpływy z PIT to 42,9 mld zł, koszty obsługi zadłużenia – 42,7 mld zł. Ostatnio rząd Ewy Kopacz pożyczył od Banku Światowego 912,7 mln euro na kiełbasę wyborczą, zaś obecne tempo zadłużania Polski jest tak imponujące, że konstytucyjny próg 60% PKB możemy osiągnąć już pod koniec 2019 roku. Ale z czegoś pieniądze trzeba brać, jeśli kolonialny nie-rząd pozwala się ordynarnie rżnąć międzynarodowemu biznesowi chociażby na tzw. „cenach transferowych”, wedle których rozliczane są zakupy od zagranicznych podmiotów w ramach tej samej grupy kapitałowej, co pozwala nabijać koszty i unikać opodatkowania. W naszej skarbówce pracuje zaledwie ok. 100 specjalistów od problematyki cen transferowych. Nie dziwi więc, iż wg raportu „Paying Taxes 2013” Banku Światowego nasz system podatkowy zajmuje 114 pozycję spośród 183 państw, zaś wg OECD mamy najmniej efektywny system podatkowy spośród wszystkich członków organizacji. To jest klasyczna „mętna woda” w której mogą łowić ryby (czyli unikać opodatkowania) nasi kolonizatorzy.

No i wreszcie banki – teoretycznie krwiobieg gospodarki, faktycznie zaś – rak wysysający z niej siły witalne. Rekordowe zyski sektora, będącego głównie w zagranicznych rękach, pozostające w ostatnich latach na poziomie 15-16 mld zł., to nic innego jak kolonialna dywidenda pochodząca z toksycznych produktów spekulacyjnych, takich jak łże-kredyty frankowe, polisolokaty, czy jedne z najwyższych w Europie kosztów usług bankowych. Znamienna jest tu reakcja rozbezczelnionych banksterów na projekt ustawy regulującej sytuację frankowiczów. KNF, która miast być organem nadzoru, jest w istocie figurantem bankowego lobby, szybciutko „wyliczyła”, że banki „stracą” 22 mld zł. No więc – nie „stracą”, tylko nie zarobią tyle, ile sobie założyły, na drenowaniu kieszeni klientów. Uwolnione w ten sposób 22 mld tak czy inaczej trafią na rynek – ludzie wydadzą je na towary i usługi zamiast przynieść w zębach bankowi. Od tych 22 mld państwo zbierze chociażby VAT. Tymczasem Związek Banków Polskich już szantażuje nas „zamrożeniem” gospodarki poprzez „wstrzymanie akcji kredytowej” oraz wzywa na dywanik szefów klubów parlamentarnych i prezydenta Dudę. Czyli relacja kolonizator – niewolnik jak się masz. Trzeba przyznać, że dotychczasowe rządy, ze szczególnym uwzględnieniem tandemu PO-PSL, sprawiającego wręcz wrażenie banksterskiej ekspozytury, dołożyły wszelkich starań, by banki poczuły się właścicielami parceli między Odrą a Bugiem.

„Dla zagranicznych firm na Węgrzech era kolonizacji się skończyła” - oznajmił w 2013 roku Viktor Orban. Chciałoby się usłyszeć coś podobnego z ust naszych polityków – a potem zobaczyć konkretne czyny. Bez wszechstronnej dekolonizacji będziemy mogli bowiem tylko pomarzyć o jakimkolwiek realnym rozwoju.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Czy Polskę stać na biedę?

Bangladesz Europy

Niewolnicy Europy

Drenaż kolonialny

Te ubogie supermarkety

Nowoczesne niewolnictwo

Podatek od nędzy

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 32 (19-25.08.2015)

Pod-Grzybki 17

„Wyborcza” przeprowadziła tego lata kolejną krucjatę przeciw polskiemu ciemnogrodowi i zaściankowości. Do katalogu naszych wstydów narodowych dołożyła kolejny - parawaning. Stosowanie parawanów ma dowodzić naszej ksenofobii, zacofania na tle postępowej Europy, a zapewne także nietolerancji, homofobii i antysemityzmu - bo przecież na plaży może się zdarzyć, że niefortunnie odgrodzimy się od geja lub Żyda. Plażingowemu parawaningowi mówimy twarde nie!

*

Ta sama „Wyborcza” zrobiła wywiad z Jarosławem „cebulakiem” Kuźniarem, przedstawiając go następująco: „(...)mówi Jarosław Kuźniar, który jest medialną fabryką: pracuje w telewizji, prowadzi bloga, ma konta na Twitterze i Snapchacie”. A ja piszę do trzech gazet, prowadzę blogi na kilku portalach, robię audycje dla Niepoprawnego Radia PL i Radia „Jutrzenka” oraz mam konta na Facebooku, Twitterze, Naszej Klasie i Google+... Kurczę, skoro Jarosław Kuźniar jest „fabryką”, to ja jestem samobieżnym koncernem medialnym!

*

Adam Macierewicz, kuzyn Antoniego, będzie kandydował z ramienia PO na senatora z okręgu piotrkowskiego – tego samego, w którym o mandat posła z listy PiS będzie ubiegał się Antoni Macierewicz. Nie ma co – oto rodzinny rozłam na miarę braci Kurskich. Przypomina mi to komedię „Fałszywy senator” w której drobny cwaniaczek z ulicy dowiedziawszy się, że właśnie zmarł senator o takim samym nazwisku jak jego, postanawia kandydować pod hasłem: „ludzie, głosujcie na nazwisko, które znacie!”. Zagłosują?

*

Paltformerski ksiądz-patriota, Kazimierz Sowa, poskarżył się Hajdarowiczowi na dziennikarza „Rzepy”, który opublikował na temat wielebnego niezbyt czołobitny artykuł, zaś Hajdarowicz w podskokach obiecał dziennikarza wywalić z roboty. Czekałem, aż „Wyborcza” zajmie stanowisko na temat tego oburzającego przejawu galopującej klerykalizacji mediów i kościelnego dyktatu wobec właściciela prywatnej gazety – ale się nie doczekałem. Pewnie Katarzyna Wiśniewska, dyżurna katechetka „GW”, miała gorszy dzień.

*

Feminizm w natarciu na ostatnią enklawę męskości! Oto przeczytałem, iż wynaleziono pewien praktyczny gadżet dla uświadomionych ideologicznie kobiet - jest to mianowicie specjalny lejek umożliwiający paniom sikanie do pisuaru. Jak rozumiem, feministki noszą te zaszczane lejki w swoich torebkach. Cóż, feministyczny kompleks penisa ma jednak moc porażającą, zaś na wojnie kulturowej zdrowy rozsądek jako pierwszy pada ofiarą.

*

Dobrze, załóżmy optymistycznie, że feministki te swoje lejki każdorazowo myją po użyciu. No, ale gdzie je mogą myć? Mogą je myć jedynie w zlewach, które innym służą do mycia rąk i twarzy. Sam nie wiem co gorsze - zaszczane lejki w damskich torebkach, czy mycie ich po sikach w umywalkach. No chyba, że feministki wydębią ustawowy obowiązek montowania we wszystkich toaletach specjalnych „lejkozmywaków” - a w takiej Szwecji jest to całkiem możliwe. Proszę Państwa - „szczynozlewy” - oto przyszłość wojującego feminizmu!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 33 (26.08-01.09.2015)

środa, 26 sierpnia 2015

Zapobiec trzeciej zdradzie Zachodu

Polska jako suwerenny byt państwowy jest potrzebna jedynie samym Polakom.

Zapowiedź prezydenta Andrzeja Dudy, że podejmie starania o stałe bazy NATO w Polsce, ma swój głęboki sens. Chodzi mianowicie o to, by zapobiec „trzeciej zdradzie Zachodu”. W naszej historii przerabialiśmy już dwie takie zdrady – podczas II Wojny Światowej, kiedy to sojusznicy wydali nas na żer turańskiej, rosyjsko-sowieckiej dziczy oraz wcześniej, podczas wojny polsko-bolszewickiej, kiedy to Zachód z Wielką Brytanią na czele przyjął do wiadomości wizję sowietyzacji i utratę niepodległości przez Polskę, co ostatnio znakomicie opisał w swej książce prof. Andrzej Nowak. Nie oszukujmy się – Polska jako suwerenny byt państwowy jest potrzebna jedynie samym Polakom, gdyby to zależało od Zachodu, nasze państwo mogłoby nie istnieć, reszta świata spokojnie przeszłaby nad tym do porządku dziennego. Uczyniłaby to tym chętniej, że Polska dając co jakiś czas wyraz swoim różnym aspiracjom, jawi się międzynarodowym elitom jako zbędny ból głowy.

Jak wiadomo, Rosja zgodziła się na rozszerzenie NATO pod warunkiem, że w byłych demoludach nie powstaną żadne istotne instalacje wojskowe, co w połączeniu z naszą słabością militarną i realizowaną przez kolejne rządy polityką rozbrajania pod płaszczykiem „profesjonalizacji” armii (pozostaje pytanie, czy to jedynie głupota, czy wykonywanie instrukcji płynących z różnych zewnętrznych ośrodków) – czyni Polskę de facto „strefą zdemilitaryzowaną”. NATO na takim modelu rozszerzenia zyskało strefę buforową chroniącą Europę Zachodnią przed niespodziewaną agresją, Rosja natomiast – słabych sąsiadów, co pozwalało jej zachować nadzieję na odzyskanie z biegiem czasu utraconych wpływów w regionie.

Trzeba przyznać, że nasze dotychczasowe władze nie sprzeciwiały się takiemu stanowi rzeczy – swoistemu zawieszeniu w militarnej próżni i niedookreślonemu statusowi Polski w ramach formalnej przynależności do Sojuszu. Kontentowano się papierowymi gwarancjami bezpieczeństwa ze słynnym artykułem piątym traktatu waszyngtońskiego, puszczając w niepamięć lekcję której udzieliła nam już dwukrotnie najnowsza historia. Zdarzyło mi się kilka lat temu analizować na blogu dokument wysmażony w Ministerstwie Obrony Narodowej pt. „Wizja Sił Zbrojnych RP 2030” - i muszę przyznać, że była to porażająca lektura. Autorzy dokumentu widzieli zagrożenie dla Polski w zasadzie jedynie w działaniach ponadnarodowych terrorystów, grup najemników itd. oraz w wojnie informatycznej i propagandowej. Ani słowa o możliwości tradycyjnego ataku na Polskę, choćby w rodzaju tego, który cyklicznie ćwiczy Rosja w ramach manewrów „Zapad”. Z kolei, rola naszych sił zbrojnych miałaby się ograniczać do stworzenia warunków umożliwiających wkroczenie sił międzynarodowych. Zdolność do samodzielnej obrony naszego terytorium pominięto milczeniem, dużo za to miejsca poświęcono futurystycznym wizjom małej, mobilnej armii zdolnej do uczestniczenia w różnych misjach w zapalnych punktach świata, „modułowo” wpasowującej się w międzynarodowe struktury militarne.

Dopiero od niedawna, głównie pod wpływem rosyjskiej agresji na Ukrainę, powyższe „wizje” planistów z MON ulegają stopniowej weryfikacji, nie zapominajmy jednak, że do tej pory nasza armia konstruowana była właśnie pod kątem naszkicowanym w przywołanym dokumencie. Skutek jest taki, że nie mamy wojska zdolnego do obrony Polski, zaś NATO w międzyczasie przekształciło się w klub dyskusyjny, rozgrywany dodatkowo z jednej strony przez Rosję w ramach rady NATO-Rosja, z drugiej zaś – przez Niemcy i Francję dążące do wypchnięcia Stanów Zjednoczonych z Europy. Co więcej, artykuł piąty - fundament Sojuszu - jest stopniowo podważany i reinterpretowany w duchu - „przecież nie musi od razu chodzić o interwencję militarną”. Współgrają z tym nastroje zachodnich społeczeństw – w niedawnych badaniach Francuzi, Niemcy i Włosi jednoznacznie opowiedzieli się przeciw zaangażowaniu w wojnę, gdyby któryś z członków NATO padł ofiarą agresji.

Dlatego kwestia stałych baz NATO (czyli w praktyce – amerykańskich) jest tak istotna, przynajmniej do czasu aż postawimy własne siły zbrojne z głowy na nogi, wprowadzimy obronę terytorialną z prawdziwego zdarzenia itd. - a to niestety potrwa, bo skala zaniedbań jest ogromna. Atak na Polskę równałby się wówczas automatycznie atakowi na struktury i instalacje militarne Sojuszu, co wymuszałoby adekwatną reakcję. Dlatego też stałym bazom sprzeciwiają się Niemcy, które już za pośrednictwem swych mediów wysyłają prezydentowi Dudzie dyscyplinujące sygnały. Dla Niemiec istnienie „Polski buforowej” jest wygodne, poza tym cały czas mają nadzieję, podobnie jak inne kraje Europy Zachodniej, że ukraińska awantura w końcu się wypali i będzie można po staremu wrócić do interesów z Rosją w pełnej skali – a zgoda na bazy NATO w Polsce bardzo by to utrudniła. Dlatego podczas przyszłorocznego szczytu NATO w Warszawie należy wydębić rozwiązania, które nie dadzą Zachodowi pretekstu do kolejnej zdrady.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/futurologia-wedlug-mon

http://niepoprawni.pl/blog/346/futurologia-wedlug-mon-czesc-druga

http://niepoprawni.pl/blog/346/orgia-chciejstwa

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2267-pod-grzybki-17

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 34 (21-27.08.2015)

piątek, 21 sierpnia 2015

„Repolonizacja” franka

Zważywszy, iż sektor bankowy wykazuje co roku 15-16 mld zł zysku, to banki naprawdę mają z czego chudnąć.

Wybory parlamentarne coraz bliżej, toteż nagle okazało się, że jednak da się pomóc frankowiczom, i to - wbrew kłamliwej propagandzie banksterów oraz zblatowanej z nimi Platformy – bez angażowania budżetu państwa. Oto głosami posłów SLD, PSL i PiS udało się przegłosować w Sejmie poprawki do stosownej ustawy wedle których bank przy przewalutowaniu kredytu frankowego na złotówki umorzy aż 90 proc. różnicy między obecnym zadłużeniem, a hipotetycznym długiem jaki miałby klient biorąc kredyt w złotówkach. Pozostałe 10 proc. zostanie zamienione na preferencyjny kredyt oprocentowany wg stopy referencyjnej NBP (obecnie – 1,5 proc.). Jest to w sumie rozwiązanie zbliżone do tego, które proponowałem w tekście z początku roku pt. „Walutowy hazard” - czyli przewalutowania po kursie franka z dnia zawarcia umowy (takie przewalutowanie przyjął właśnie parlament Czarnogóry, z tym że tam podatnik jednak dorzuci się do różnicy), lub po uśrednionym kursie z dotychczasowego okresu jej trwania. No i co – można? Można. Do tego typu pomocy będą uprawnione osoby mające mieszkanie do 100 m2 lub dom do 150 m2 (limity te nie obejmują rodzin z minimum trójką dzieci), zaś stosunek wartości kredytu do wartości nieruchomości wynosi minimum 80 proc – ogółem ustawa ma objąć swym działaniem ok. 80 proc. wszystkich frankowiczów. Teraz zobaczymy co zrobi zdominowany przez PO Senat do którego trafił projekt, lecz jeśli „frankowa koalicja” SLD-PSL-PiS się utrzyma, to ewentualne senackie antykonsumenckie „popsujki” zostaną oddalone, gdy ustawa powróci do Sejmu.

Pouczające są reakcje na wieść o obecnym kształcie projektu. Oto szef Europejskiego Banku Centralnego, Mario Draghi, uznał za stosowne przestrzec Warszawę, iż „wprowadzenie ustawy o przewalutowaniu kredytów frankowych w Polsce przyniesie sektorowi bankowemu obciążenia finansowe”, a także „będzie skutkowało obniżeniem zyskowności banków”, oraz „pogorszeniem nastawienia inwestorów z powodu rosnącego ryzyka regulacyjnego w kraju” i generalnie ucierpieć ma na tym gospodarka. No cóż, zważywszy, iż sektor bankowy wykazuje co roku 15-16 mld zł zysku, to banki naprawdę mają z czego chudnąć, tym bardziej, że ów zysk w dużej mierze jest generowany przez toksyczne produkty takie jak wspomniane kredyty frankowe (a w zasadzie – żadne kredyty, tylko instrumenty spekulacyjne), czy polisolokaty – a więc wynika z bezwzględnego żerowania na krwawicy bankowych niewolników. Tymczasem Mario Draghi ostrzega przed „obniżeniem akcji kredytowej”. Dobrze, my za takie „akcje” dziękujemy, tym bardziej, że i tak w Polsce koszta kredytów tudzież opłat bankowych należą do najwyższych w Europie – i to również jest jedna z przyczyn rekordowej rentowności sektora.

A tak poza tym – EBC zajmuje się przede wszystkim nadzorowaniem strefy euro. Co zatem europejski ober-bankster ma do Polski, która do strefy euro nie należy? No tak, ale w tejże strefie mają swe siedziby centrale banków praktykujących walutowy szwindel, traktujące Polskę i inne kraje regionu jako kolonię, dojną krowę i skarbonkę. Pan Draghi troska się zatem nie tyle o stan polskiej gospodarki, ile o kondycję banków eurolandu. Zresztą, przestrogi Draghiego współbrzmią ze stanowiskiem rządu Ewy Kopacz, który nie daje się nikomu prześcignąć w robieniu dobrze banksterskim grandziarzom (np. PO konsekwentnie stosuje obstrukcję w sprawie zniesienia Bankowego Tytułu Egzekucyjnego, co nakazał Trybunał Konstytucyjny – ostateczny termin to 1.08.2016) i być może jego oświadczenie ma stanowić dla Platformy rodzaj alibi – na zasadzie „bo Europa nam każe”. Takie koło ratunkowe nie byłoby niczym dziwnym, zważywszy, iż jeszcze w 2014 roku rząd PO skierował do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu pismo sprzeciwiające się uznaniu kredytów frankowych za nieważne, czego przed ETC domagał się Sąd Najwyższy Węgier. W tamtym liście również padły argumenty jakby pisane pod dyktando bankowego lobby o „stratach” i „negatywnych konsekwencjach dla rynku finansowego”.

Te konsekwencje zresztą faktycznie następują, tylko pytanie, czy koniecznie musimy się z tego powodu smucić. Oto po uchwaleniu opisanych tu poprawek potężne „tąpnięcie” zaliczyły na giełdzie takie banki jak Getin Noble Bank, Millenium, mBank, PKO BP, BZ WBK, Pekao – czyli „umoczone” we frankowe spekulacje. Warto w tym kontekście przypomnieć, że PKO BP przejął niedawno Nordeę, stanowiącą wręcz finansową „monokulturę” bazującą na kredytach frankowych, stąd też spadek kursu akcji. I w tym momencie dochodzimy do postulatu repolonizacji banków – czyli w praktyce nacjonalizacji zagranicznych podmiotów, bo jak pokazuje przykład Getin Noble Leszka Czarneckiego (rekordzista spadku), banki w rękach rodzimych oligarchów również nie cofają się przed łupieniem Polaków na wszelkie sposoby. Spokojnie. Poczekajmy aż zacznie obowiązywać ustawa o frankowiczach i pęknie banieczka kredytowa. Wtedy te „wydmuszki” będzie można przejąć za bezcen.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/repolonizacja-bank%C3%B3w-%E2%80%93-tak-ale-z-g%C5%82ow%C4%85#.Vcj7CbVvAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/polska-na-banksterskiej-smyczy#.Vcj7MbVvAmw

http://www.blog-n-roll.pl/pl/ewa-kopacz-%E2%80%93-lobbystka-bankster%C3%B3w#.Vcj7-bVvAmw

http://www.blog-n-roll.pl/pl/walutowy-hazard#.Vcj83LVvAmw

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 33 (14-20.08.2015)

Pod-Grzybki 16

Fala upałów nad Polską, media w alarmującym tonie donoszą o 20 stopniu zasilania i przerwach w dostawie prądu, doktor Ewa apeluje o oszczędzanie energii, firmy cierpiące na blackoucie grożą pozwami... a ja sobie przypominam, że jeszcze w 2012 roku Donald Tusk zablokował budowę nowej elektrowni w Ostrołęce (utopiwszy wcześniej w inwestycji 200 mln zł) - z niewiadomych przyczyn. To znaczy, oczywiście, wiadomych, bo przygotowywaliśmy się wtedy do budowy mostu energetycznego z Kaliningradem i importowania energii elektrycznej z Bałtyckiej Elektrowni Jądrowej - więc po co nam jakieś nowe, własne elektrownie, skoro możemy kupować ruski prąd? Coś mi się wydaje, że skutki rządów tego pana jeszcze nie raz będą się nam odbijały czkawką w najmniej spodziewanych momentach.

*

Nie do wiary! Ewa Kopacz wykryła w Polsce ruską agenturę! Otóż rosyjskimi agentami wpływu mają być ci, którzy mówią o głodnych dzieciach. Zatem, do pudła za zdradę stanu kwalifikują się m.in. Janina Ochojska (za Pajacyka), PCK, Caritas oraz wszelkie inne podmioty i osoby organizujące zbiórki na dożywianie. A do tego en masse nasłane przez Putina bachory jęczące, że są głodne. Aha - i szefostwo GUS-u publikujące dane o rozmiarach biedy w Polsce. Chwila, moment – a gdzie „Frondelek” tropiący ruską agenturę w każdej szafie? Grzesik, pobudka!

*

Mamy rocznicę Bitwy Warszawskiej i na tę okoliczność Zychowicz wypuścił nową książkę - „Pakt Piłsudski - Lenin”, traktującą o tym, jak to „uratowaliśmy bolszewizm”. Jedno trzeba zychowszczyźnie oddać: za jej sprawą doczekaliśmy się prawicowej wersji pedagogiki wstydu.

*

Niemieckie lobby bierze Muzeum AK w Krakowie. Jednym z faworytów jest Leszek Jodliński – były dyrektor Muzeum Śląskiego, wsławiony projektem ekspozycji (popartej przez RAŚ), opisującej historię Śląska ze skrajnie teutońskiego punktu widzenia. Cóż, nawet jeśli się nie uda, to pan Jodliński nie ma zamkniętej kariery – nadaje się w sam raz na kustosza jakiegoś ziomkowskiego muzeum w Bawarii. Może go wezmą za gorliwość i dobre chęci.

*

Rosja wypowiedziała nam wojnę szprotkową, wprowadzając embargo na polskie konserwy z tymiż właśnie sympatycznymi i smacznymi rybkami. Przeczytałem tę informację w necie, poskrobałem się po łepetynie i podreptałem do kuchni, gdzie otworzyłem konserwę ze szprotami w pomidorach (mam też w oleju). Następnie zjadłem ją - na złość Putinowi - i poszedłem spać w poczuciu dobrze spełnionego patriotycznego obowiązku.

*

A swoją drogą - prócz szprotek, jabłek itd. powinniśmy też jeść oczywiście czarne porzeczki, bo w tym roku były dramatycznie tanie na skupie – po 40 groszy za kilo. I zapijać to wszystko mlekiem (też embargo), aż do ciężkiej biegunki, która to przypadłość od tej pory nazywać się będzie, na wzór „francuskiej choroby” - „ruską sraczką”. Panie Putin, weź się pan zlituj, ileż można tego żarcia wpi...ć?! Zróbmy tak - my to panu wszystko wyślemy, pan to porozjeżdżaż walcem i po kłopocie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 32 (19-25.08.2015)

niedziela, 16 sierpnia 2015

Podwójna schizma Komorowskiego

Za sprawą Komorowskiego dokonały się w Polsce dwie schizmy – wewnątrznarodowa i wewnątrzkościelna.

I. Dwie schizmy

Gdybym miał podsumować kadencję byłego już prezydenta Bronisława Komorowskiego, to prócz rozlicznych przykładów politycznego szkodnictwa, czy żenujących występów wskazujących na postępujący niedowład intelektualny, wskazałbym, iż jest to człowiek za sprawą którego dokonały się w Polsce dwie schizmy – wewnątrznarodowa i wewnątrzkościelna.

Zacznijmy od tej pierwszej. Oto na skutek amerykańskiego „resetu”, Rosja wraz z dyszącymi żądzą zemsty ludźmi WSI uznała, że może sobie pozwolić na likwidację znienawidzonych braci Kaczyńskich i zainstalowanie swojego człowieka pod żyrandolem pałacu prezydenckiego. Planu nie udało się w pełni zrealizować, bowiem w ostatniej chwili Jarosław Kaczyński zrezygnował z lotu do Smoleńska by zostać przy chorej matce, niemniej wynik zamachu i tak był więcej niż zadowalający. Polska elita z Lechem Kaczyńskim na czele skonała w smoleńskim błocie, a w kraju stojący w blokach startowych Komorowski natychmiast rozpoczął bezprawne przejmowanie prezydentury – jeszcze przed oficjalnym ogłoszeniem zgonu głowy państwa. Szczególnie zależało mu na położeniu łapy na Aneksie do raportu o rozwiązaniu WSI (ciekawe zresztą, czy dokument ten nadal znajduje się w zasobach BBN).

Operacja, wykorzystująca atmosferę szoku po tragedii przebiegła gładko, jednak nastąpiło coś, czego najwyraźniej nie przewidziano. Oto naród, zdawałoby się trwale podzielony przez „przemysł pogardy” na dwa wrogie plemiona, nagle w obliczu śmierci 96 ofiar Smoleńska zaczął się jednoczyć. Pamiętamy tłumy przed Pałacem Prezydenckim, morze zniczy, szpaler wzdłuż przejazdu kolumny samochodów z trumnami Pary Prezydenckiej i naręcza kwiatów zasypujące karawan. Z punktu widzenia tej władzy, wysługujących się jej salonów oraz całego obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, takie narodowe pojednanie było sennym koszmarem, oznaczało bowiem kres metody sprawowania rządów polegającej na napuszczaniu na siebie różnych grup społecznych. Na widok tłumów na Krakowskim Przedmieściu i tej gigantycznej kolejki ludzi chcących oddać ostatni hołd wystawionym w Pałacu trumnom, zwyczajnie ścierpły im tyłki. Wspomnijmy choćby pełne przerażenia komentarze o „demonach polskiego patriotyzmu”, czy „kulcie Tanatosa”. Z kolei wygwizdanie przez tłum Moniki Olejnik, która postanowiła podlansować się przy okazji Żałoby Narodowej oraz wymuszenie przez zgromadzonych wyłączenia telebimu z TVN-em podczas pogrzebu Pary Prezydenckiej było sygnałem, że medialne jaczejki systemu zaczynają tracić rząd dusz. Trzeba było coś z tym zrobić. Wstępem było ponowne rozpętanie przemysłu pogardy wokół wawelskiego pochówku i reaktywacja Palikota. Należało też przypieczętować przejęcie pełni władzy, co było tym łatwiejsze, iż Jarosław Kaczyński podczas kampanii przygnieciony był żałobą, a jego sztab stanowili wówczas Joanna Kluzik-Rostkowska, Elżbieta Jakubiak, Paweł Poncyliusz, czy Marek Migalski, którzy woleli promować siebie samych, wygłupiając się w hippisowskich szmatkach.

Komorowski zatem wygrał i niemal natychmiast po zaprzysiężeniu udzielił „Gazecie Wyborczej” wywiadu, zapowiadając usunięcie Krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego, co zapoczątkowało pamiętne pandemonium letnich nocy na Krakowskim Przedmieściu, w które na skutek siły rażenia propagandy zaangażowała się emocjonalnie - po jednej, bądź po drugie stronie - reszta Polski. To była wielka operacja socjotechniczna powtórnego podzielenia narodu i ustanowienia dla „moherów” swoistego apartheidu, co nawiasem mówiąc, zupełnie otwarcie postulował prof. Radosław Markowski mówiąc, iż trzeba znaleźć sposób, by skutecznie, instytucjonalnie się podzielić. Rzucono do tego wszelkie siły – włącznie z warszawskimi alfonsami pokroju Zbigniewa S. ps. „Niemiec” - i udało się. Narodowa schizma na powrót stała się faktem, a paliwo nienawiści zapewniło temu układowi kolejną kadencję rządów. I za to Bronisław Komorowski jest osobiście odpowiedzialny.

II. Kościelni Lucyferianie

O ile doprowadzenie z pełną świadomością do głębokiego, społecznego podziału jest symbolicznym początkiem tej najgorszej w dziejach Polski prezydentury, o tyle jej zwieńczeniem jest doprowadzenie do faktycznej schizmy kościelnej. Schizma ta wprawdzie tliła się od lat wskutek pracowitego organizowania przez „Wyborczą” z medialnymi przyległościami własnego quasi-kościoła z postępowymi księżmi, czy próbami podziału na „kościół toruński” i „łagiewnicki”, jednak dopiero msza dziękczynna w kościele wizytek z 6 sierpnia pokazała głębię rozłamu. Komorowskiemu przez lata udawało się uchodzić za tradycyjnego katolika i maskę tę porzucił ostatecznie dopiero po przegranych wyborach – gdy było mu już wszystko jedno. Mógł zatem bez ceregieli podżyrować politykę rządu PO skrojoną ostatnio jakby pod zapotrzebowanie patologicznych, antyklerykalnych hejterów z forum „GW” i sierot po Palikocie, czego dobitnym świadectwem był podpis pod ustawą o in vitro złożony wbrew jednoznacznemu stanowisku Episkopatu oraz nauczaniu Kościoła. I wtedy właśnie okazało się, iż jest grupa księży (Seniuk, Luter, Sowa itd.), stosunkowo nieliczna, lecz silna poparciem medialno-politycznego mainstreamu, którzy gotowi są wprost zanegować stanowisko swych ordynariuszy, wprowadzając otwartym tekstem podział na „episkopoi” i „prezbiteroi”. Demonstracyjny wymiar miało przy tym świętokradcze udzielenie Komorowskiemu Komunii, tudzież przeprosiny wygłoszone za „ludzi Kościoła” podczas tej liturgicznej fety.

Tu wtręt na marginesie – dyżurna katechetka „Gazety Wyborczej”, pani Katarzyna Wiśniewska oburzyła się na przyrównanie kapłanów zblatowanych z polityczno-medialną salonowszczyzną do księży-patriotów. Pisze: „porównywanie otwartych na dialog kapłanów z księżmi kolaborującymi z władzami komunistycznymi - na to trzeba było prawdziwie niezależnego pomyślunku historycznego”. Błąd, pani redaktor, więcej nawet – brak czujności rewolucyjnej oraz zrozumienia mądrości etapu. Jak można nazywać współpracowników komuny „kolaborantami”? Czy Pani czasem aby się nie zagalopowała? Zapomniała Pani w jakim środowisku funkcjonuje, do jakiej gazety pisze i jakie są biograficzno-rodzinne zaszłości autorytetów z redaktorem naczelnym włącznie? Wszak, pozostając w logice Pani gazety, to właśnie „księża-patrioci” byli „otwarci na dialog”, rozumieli ducha czasu i wyzwania postępu społeczno-politycznego uosabianych wówczas przez partyjną awangardę rewolucji komunistycznej. Wypisz-wymaluj, zupełnie jak dzisiejsi postępowi księża, tak otwarci, że gotowi są paktować choćby z samym diabłem. Tak tolerancyjni, że na wyprzódki wpychający Komunię Świętą do gardła, niczym karmnej gęsi, jawnogrzesznikowi ostentacyjnie i uporczywie tkwiącemu w grzechu ciężkim. Efekty dialogu w ich wykonaniu idealnie obrazują wspomniane wyżej przeprosiny skierowane pod adresem tegoż zatwardziałego grzesznika i demonstracyjne odcięcie się od biskupów, oznaczające de facto deklarację schizmy.

Kontynuując w duchu „Wyborczej” - to właśnie Kościół prymasa Wyszyńskiego był „zamknięty”, tkwiący w obskuranckim „non possumus”, antypostępowy, promujący „płytki ludowy katolicyzm” i „prymitywny kult maryjny”. Czyli, całkiem jak znakomita większość obecnego Episkopatu „nie pojmująca” wymogów współczesności oraz dziejowej konieczności przyjęcia z całym dobrodziejstwem inwentarza genderyzmu, in vitro, homomałżeństw, rozwodów i reszty światłej agendy Lucyfera. Wszak „Lucyfer” to inaczej „niosący światło” - z łacińskiego lux: światło; ferre: nieść – stąd wniosek, że w oczach obozu Postępu Kościół zasłuży na uznanie dopiero wówczas, gdy zostanie „oświecony”, czyli przejdzie na pozycje lucyferiańskie, od czego zresztą niektórzy kapłani pokroju tych koncelebrujących mszę ku czci Bronisława Umęczonego nie są już zbyt odlegli. Inni zaś, jeśli przypomnimy sobie umizgi ks. Bonieckiego do Adama Darskiego vel „Nergala” vel „Holocausto”, dotknęli nawet tej granicy fizycznie. Komorowski dał zresztą wyraźny sygnał jakie nauki są miłe, a jakie niemiłe władzy doprowadzając w 2010 roku do odwołania kapelana ks. płk. Sławomira Zarskiego za nieprawomyślne kazanie wygłoszone w Święto Niepodległości.

III. Wyzwanie

I już krótko, na zakończenie: nie zazdroszczę prezydentowi Dudzie, choć głosy z jego otoczenia wskazują, iż zdaje on sobie sprawę ze szkodliwości obecnych podziałów. Czy będzie w stanie choćby częściowo je zasypać, czy też prawdziwa okaże się fraza Rymkiewicza - „To co nas podzieliłoto się już nie sklei”? O ile schizmę kościelną i dyscyplinowanie rozbrykanych kapłanów można zostawić biskupom, to nie należy zapominać, iż oba podziały w jakiś sposób się na siebie nakładają, a zakonserwowanie kulturowo-społecznego apartheidu jest w dalszej perspektywie czasowej przepisem na narodową anihilację. Przezwyciężenie toksycznej spuścizny Komorowskiego zatruwającej społeczną tkankę może się okazać zadaniem trudniejszym niż odwrócenie wszystkich pozostałych szkód ośmiu lat rządów Platformy razem wziętych.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/komu-%C5%9Bwieczk%C4%99-komu-ogarek#.VcZRsbVvAmw

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2236-pod-grzybki-16

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 31 (12-18.08.2015)

czwartek, 13 sierpnia 2015

Zgromadzenia pod specjalnym nadzorem

Organy władzy dostają do ręki narzędzie delegalizujące zgromadzenie w zasadzie w sposób czysto uznaniowy.

W ubiegłym tygodniu koalicja rządząca PO-PSL wraz z koncesjonowanymi przystawkami z Twojego Ruchu i SLD przegłosowały nowelizację ustawy o zgromadzeniach publicznych. Jak alarmują opozycyjne media oraz parlamentarzyści PiS, nowa ustawa umożliwi rozwiązywanie zgromadzeń pod najbardziej absurdalnymi pretekstami. Pod rządami uchwalonego aktu prawnego możliwe będzie chociażby rozwiązanie demonstracji za wznoszenie antyrządowych okrzyków. Oczywiście, w ustawie nie jest to wyrażone wprost – tyle, że przepisy dotyczące rozwiązywania zgromadzeń sformułowane są na tyle szeroko, że wspomniany scenariusz jest jak najbardziej możliwy. Spróbuję wyjaśnić w czym rzecz.

Otóż art. 20 p.1 Ustawy Prawo o zgromadzeniach głosi: Zgromadzenie może być rozwiązane przez przedstawiciela organu gminy, jeżeli jego przebieg zagraża życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach lub narusza przepisy niniejszej ustawy albo przepisy karne, a przewodniczący zgromadzenia, uprzedzony przez przedstawiciela organu gminy o konieczności rozwiązania zgromadzenia, nie rozwiązuje go”. Z kolei art. 28 p.1 tejże ustawy mówi: Zgromadzenie spontaniczne może być rozwiązane przez funkcjonariusza kierującego działaniami Policji, jeżeli: 4) jego przebieg narusza przepisy niniejszej ustawy albo przepisy karne; 5) zakłóca przebieg zgromadzenia organizowanego w trybie przepisów rozdziału 2 lub 3.

Cóż to oznacza w praktyce? Ano, organy władzy dostają do ręki narzędzie delegalizujące zgromadzenie w zasadzie w sposób czysto uznaniowy. Wystarczać będzie stwierdzenie naruszenia jakiegokolwiek przepisu karnego – niechby i Kodeksu Wykroczeń. Weźmy art. 145 KW: „Kto zanieczyszcza lub zaśmieca miejsca dostępne dla publiczności, a w szczególności drogę, ulicę, plac, ogród, trawnik lub zieleniec, podlega karze grzywny do 500 złotych albo karze nagany”. Wyobraźmy sobie demonstrację podczas której ktoś np. zechce rozrzucić ulotki. Jest naruszenie „przepisu karnego”? Jest. Zgromadzenie niewygodne dla władzy może w takiej sytuacji zostać rozwiązane w majestacie prawa. Zresztą, z tego wybiegu z lubością korzystały władze komunistyczne ścigające „ulotkowiczów” właśnie za zaśmiecanie. Jak ta historia się powtarza... Inny przykład: wzdłuż trasy gej-parady ustawia się szpaler kontrdemonstrantów, którzy okrzykami „zakłócają przebieg zgromadzenia”. I znów – władza w tej sytuacji zyskuje pełne prawo do rozgonienia protestujących.

Teraz przejdźmy do antyrządowych okrzyków. Oto artykuł 135 § 2 Kodeksu Karnego: Kto publicznie znieważa Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”. Wystarczy zatem, że demonstranci pojadą „grubym słowem”, lub w inny sposób znieważą bądź ośmieszą głowę państwa i już organ gminy, bądź policja może takie zgromadzenie rozwiązać. Lepiej zatem uważać z wyskokami typu „na Mazury, macać kury”. Lecz to jeszcze nie koniec. Art. 226 § 3 KK powiada: „Kto publicznie znieważa lub poniża konstytucyjny organ Rzeczypospolitej Polskiej, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”. I znów – jeśli padną nieco ostrzejsze antyrządowe okrzyki, to władza uzna, iż doszło do znieważenia „konstytucyjnego organu”, czyli złamania prawa i art. 20 ustawy o zgromadzeniach, co daje znakomity pretekst do rozwiązania manifestacji.

Jak pamiętamy, ze wspomnianego przepisu KK władza raz już skorzystała – na jego podstawie doszło mianowicie w 2013 do skazania na grzywny kibiców Jagiellonii Białystok za skandowanie hasła „Donald matole twój rząd obalą kibole”.

Ale „konstytucyjne organy” to jeszcze nic. Kodeks Karny w art. 226 § 1 penalizuje także znieważanie „funkcjonariusza publicznego lub osobę do pomocy mu przybraną, podczas i w związku z pełnieniem obowiązków służbowych”. Zaś „funkcjonariuszem publicznym” w rozumieniu prawa karnego jest... no cóż, w zasadzie każdy pracownik jakiegokolwiek organu państwa. Polecam w tym względzie lekturę art. 115 §13 KK, który zawiera ten katalog – począwszy od prezydenta, posła, sędziego a skończywszy na pracownikach administracji rządowej i samorządowej. Wystarczy zatem demonstracja przed Sejmem skandująca pod adresem obradujących posłów „zło-dzie-je, zło-dzie-je!” - i pozamiatane. Manifestacja do rozwiązania wskutek naruszenia art. 226 § 1 KK w związku z art 115 §13 KK oraz art. 20 p.1 Ustawy Prawo o zgromadzeniach.

Przepraszam Czytelników za ten może nieco nieprzystępny prawniczy język, ale chciałem Państwu zobrazować, że zastrzeżenia opozycyjnych posłów to nie jest żaden wymysł, ani histeria, tylko jak najbardziej realna obawa o stan praw obywatelskich. Jedno mnie tylko zastanawia – Platforma jest już praktycznie na wylocie, a wciąż forsuje rozwiązania służące pełzającej totalitaryzacji życia publicznego, zupełnie jakby szykowała się do następnej kadencji rządów. Pytanie - czy oni są aż tak głupi i wyprani z wyobraźni, czy może to my o czymś nie wiemy?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 32 (07-13.08.2015)

Pod-Grzybki 15

Widmo buczyzmu krąży nad Polską. Najpierw wybuczano doktor Ewę za pałętanie się bez wyraźniej potrzeby po Powązkach, a potem w rewanżu platformersi wybuczeli prezydenta Dudę podczas sejmowego orędzia – i to akurat w momencie, gdy mówił o głodnych dzieciach. Wniosek - w Platformie wciąż obowiązuje „doktryna Niesiołowskiego” mówiąca, że gówniarze nie są tak naprawdę głodni, dopóki nie wyżerają masowo szczawiu i mirabelek.

*

Tak przy okazji – ponieważ w Polsce wszyscy są syci i zadowoleni, to najwyższa pora, by ukrócić wrażą propagandę, jakoby w Polsce były jakieś niedożywione dzieci. Te wszystkie „pajacyki”, „szlachetne paczki” i inne „caritasy”, co to insynuują, że trzeba dokarmiać gnojków, którym nawet się nie chce narwać szczawiu i lebiody na zupę. Na takiej samej zasadzie komuna niechętnym okiem patrzyła na hodowanie kóz – jako że koza miała być symbolem kapitalistyczno-obszarniczej nędzy i wyzysku chłopa, to naturalne, że w socjalistycznym dobrobycie miejsca na nią być nie mogło. Podobnie w III RP – dzieci głodować sobie mogą do woli w jakimś Sudanie, u nas takie ostentacyjne głodowanie powinno podpadać pod paragraf o obrazie konstytucyjnych organów państwa.

*

Zmarło się Janowi Kulczykowi i to w samym Wiedniu – europejskim centrum wszelkiej maści agentur, w którym niegdyś tenże Kulczyk rozprawiał sobie z Ałganowem o sprzedaży Rafinerii Gdańskiej i gdzie popełniono w więziennej celi samobójstwo panu „Baraninie”. Zastanawiałem się, czy w pogrzebie weźmie udział Bronisław Komorowski, bo jak by nie patrzeć, pochowanie Jaruzelskiego, Mazowieckiego, Bartoszewskiego i Kulczyka podczas jednej kadencji, to jednak coś, co śmiało można sobie wpisać do CV. No i tu mam zagwozdkę – czy wydelegowanie na pogrzeb „doktora Jana” Dziadzi też się liczy?

*

Nawiasem mówiąc – Komorowski jeszcze jako p/o prezydenta zasłynął stwierdzeniem, że „państwo Polskie zdało egzamin”, gdyż przeprowadziło sprawnie pogrzeby ofiar Smoleńska – tak sprawnie, że bliscy nawet nie zdążyli zerknąć kto tak naprawdę jest w trumnach. No i tu jest perspektywa dla byłego już na szczęście prezydenta na dalszą karierę: niech otworzy zakład pogrzebowy „Ostatni Egzamin”. Ma już wprawę.

*

Andrzej Duda został zaprzysiężony i wydaje się, że na Czerskiej dopiero teraz dotarło do świadomości michnikoidów, że ten koszmar jednak dzieje się naprawdę. Efektem był atak publicystycznej histerii wsparty listami od zatroskanych czytelników – przodowników pracy, dojarek, górników dołowych i traktorzystów. Spokojnie, ta histeria za chwilę minie, ustępując miejsca robionemu na zimno przemysłowi pogardy. Będzie to już trzecia odsłona owego serialu – po pogardzie przed- i po-smoleńskiej. Bardzo na nią czekam, bowiem przy obecnych nastrojach i przełamaniu medialno-opiniotworczego monopolu michnikowszczyzny będzie miała ona skutek odwrotny do zamierzonego – pogrzebie „Wyborczą” na amen. Może nawet nad trumną z logo „GW” przemówi Komorowski.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 31 (12-18.08.2015)