czwartek, 26 września 2013

Ezoteryczny skok na kasę

Kościół wraz ze swymi „duchowymi komandosami” jakimi są egzorcyści ewidentne psuje biznes całej ezoterycznej branży.

I. Ezoteryczny rynek, realne pieniądze

Jakiś czas temu na portalu Fronda.pl ukazał się artykuł Tomasza Rowińskiego „Egzorcyści psują rynek wróżek”, w którym autor zasygnalizował dwa symultaniczne zjawiska medialne – z jednej strony robienie „dobrej prasy” wróżbiarstwu i pokrewnym praktykom, z drugiej zaś – wysyp krytycznych, napastliwych publikacji o księżach-egzorcystach. Na koniec zaś podzielił się podejrzeniem, że egzorcyści zwyczajnie psują wróżkom rynek. Postanowiłem pójść tym tropem – i od razu uprzedzając ewentualne zarzuty dodam, że w tekście skoncentruję się wyłącznie na finansowym aspekcie tej swoistej rywalizacji, sprawy duchowe i konsekwencje zaangażowania w ezoterykę zastawiając bardziej kompetentnym czynnikom.

Otóż, drodzy Państwo, okazuje się, że branża ezoteryczna to poważny rynek, wart rocznie ok. 2 mld złotych. Tyle mniej więcej wydają co roku Polacy na różne czary-mary. I nie są to tylko panie ze szklanymi kulami zapewniające o przystojnym brunecie, ale również usługi obejmujące np. doradztwo biznesowe – kiedy rozkręcić interes, jaką nazwę powinna nosić firma („analiza numerologiczna nazwy firmy”), kogo zatrudnić itd. Jest więc całkiem niezła kasa do wyjęcia. Jak podał gdański egzorcysta, ks. dr. Andrzej Kowalczyk podczas sympozjum „Magia – cała prawda” (grudzień 2011), „w Polsce działa około 70 tys. bioenergoterapeutów i radiestetów oraz 100 tys. wróżek i jasnowidzów”. Z usług ezoterycznych przez internet korzysta rocznie ok 3 mln osób, a przez telefony komórkowe – ok. 1,5 mln (usługi warte 75 mln zł). Do tego dochodzą porady telewizyjne warte ok 100 mln rocznie (dane z 2010). Ile osób prócz tego korzysta z tradycyjnych wizyt u współczesnych guślarzy? Trudno ocenić, ale wspomniana powyżej kwota 2 mld PLN daje do myślenia – bo wliczyć tu należy także różne wydawnictwa, gadżety, amulety, karty, „szkoły wróżbiarstwa”, tudzież resztę ezoterycznej para-edukacji itd. I jest to rynek „rozwojowy”.

II. Ezoteryczne koncerny atakują

Jedźmy dalej. Do ezoterycznego boomu walnie przyczyniły się wkraczające od kilku lat na polski rynek międzynarodowe korporacje, często z niemieckim kapitałem, które stawiają na masową obsługę, zatrudniając w swych call-centers po kilkuset „wróżbitów”. Firmy te specjalizują się przede wszystkim w wymienionych wyżej usługach telewizyjnych, przez telefony komórkowe i internet. Największe tuzy to: MNI należące do giełdowego holdingu MIT SA; portal Viversum.pl będący filią niemieckiej firmy o tej samej nazwie; Kosmica TV należąca do niemieckiej Questico, czy Ezo TV będące własnością spółki Telestar.

Firmy te wykupują czas antenowy od stacji telewizyjnych – widzieliście wróżki w TVN-ie, Polsacie i na innych kanałach? No właśnie. Po cyfryzacji wraz z tymi kanałami weszły na multipleks. Jeśli doliczymy do tego wszechobecne reklamy w prasie i na portalach internetowych, to uświadomimy sobie, że nagle branża ezoteryczna stała się jednym z poważniejszych reklamodawców. No i tutaj zaczyna się trop dotyczący „dobrej prasy”, lub co najmniej życzliwej neutralności większości mediów wobec ezo-biznesu.

III. Kościół jako konkurencja

Teraz wyobraźcie sobie – takim „wróżbiarskim kombinatom” nagle wchodzą w paradę jakieś klechy, które straszą ludzi mówiąc o zniewoleniach, opętaniach, wystawianiu się na działanie Złego. Kościół jako instytucja wraz ze swymi „duchowymi komandosami” jakimi są egzorcyści ze swą posługą, ewidentne psuje biznes całej ezoterycznej branży. Stąd czarny pijar, jaki możemy ostatnio obserwować w odniesieniu do egzorcystów i przeciwstawianie „katolickim zabobonom” „naukowych” metod ezoterycznych – od medycyny niekonwencjonalnej po parapsychologię, „poszerzanie świadomości” itd. Ale to tylko jeden aspekt konfliktu.

Innym tropem, którym moim zdaniem warto podążyć, jest dążenie branży ezoterycznej do przejęcia pieniędzy przekazywanych Kościołowi przez wiernych. Obecnie roczne wpływy z „tacy” i innych ofiar „co łaska” szacowane są na ok 1,2 mld złotych. Zwróćmy uwagę – już teraz Polacy-katolicy wydają na „ezo-biznes” więcej, niż ofiarowują swemu Kościołowi! Przypuszczam jednak, że „branża” z chęcią przytuliłaby również te pieniądze, które rzucamy na tacę – z tego punktu widzenia Kościół Katolicki w Polsce jest dla ezoterycznych potentatów nie tylko „psujem” odstraszającym klientów, ale również konkurentem biznesowym. I dlatego należy odciągnąć od niego wiernych. Mamy tu zresztą wspólnotę interesów ezo-biznesu z postępactwem, które jakoś nie kwapi się do piętnowania guseł, widząc w ezoteryce taktycznego sojusznika w walce z wrogiem numer jeden, którym niezmiennie pozostaje Kościół. Stąd również, jak sądzę, postulowanie przy aplauzie różnych pożytecznych idiotów „Kościoła ubogiego” i „otwartego” - czytaj: wyrzuconego z „duchowego rynku” i bezsilnego. Bo czym innym jest osobista skromność którą powinni cechować się kapłani, a czym innym pozbawienie Kościoła możliwości funkcjonowania w sferze materialnej i duchowej.

Wszak uwodzicielskie gadanie o New Age, Erze Wodnika, pokoju i harmonii to jedno, ale pieniądze pozostają pieniędzmi. A jelenie jeleniami.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

wtorek, 24 września 2013

Jak Łazarz zajumał...

...profile blogerskie i notki z „Nowego Ekranu”

Piszę o tym ze względu na to, iż wielu blogerów z "Niepoprawnych" zamieszczało notki również na "Nowym Ekranie" - i być może nie wiedzą, że ich posty oraz profile zostały skopiowane na portal 3obieg.pl.

Kilka dni temu, gdy nieśpiesznie klikałem sobie po różnych blogerskich portalach, natrafiłem na wpis z 04.07.2013 „Łażący Łazarz przywłaszczył sobie moje notki ( i nie tylko )”, autorstwa Spirito Libero, który obecnie jak się zdaje pełni na „odnowionym” Nowym Ekranie funkcję wice-Opary. Ze Spirito mieliśmy na Niepoprawnych swoje przeboje, co być może niektórzy jeszcze pamiętają, niemniej jestem mu za ten post wdzięczny, gdyż nie zdawałem sobie sprawy z tego, iż Łażący Łazarz po pamiętnej awanturze z Oparą, przywłaszczył sobie dorobek blogerski oraz profile wraz z loginami i hasłami autorów obecnych na „Nowym Ekranie”.

Jak wiadomo, efektem konfliktu na linii Łazarz – Opara było powstanie witryny 3obieg.pl. I właśnie na ten portal zostały przeniesione profile wraz z całym dorobkiem nowoekranowych blogerów. Mam pytanie do osób, które, jak niżej podpisany, zamieszczały swojego czasu swoje wpisy na „Nowym Ekranie”: czy ktokolwiek z Was był poinformowany, że cały jego profil wraz z notkami został „sklonowany” na nowym portalu Tomasza Parola? Proszę spróbować zalogować się na 3obiegu parametrami (login i hasło) z „Nowego Ekranu” - ujrzycie wszystkie swoje notki. Moje 28 notek, które zamieściłem do czasu porzucenia „NE” (01.02.2011 – 11.05.2011) było tam w pełnej okazałości.

Jak dla mnie, jest to poważne naruszenie dóbr osobistych, praw autorskich i własności intelektualnej. Oczywiście, w dniu dzisiejszym skasowałem wszystkie swoje notki zamieszczone bez mojej wiedzy i zgody na portalu 3obieg.pl i wystosowałem przez formularz kontaktowy maila następującej treści:

„Proszę o usunięcie mojego profilu. Nigdy nie wyrażałem zgody na skopiowanie mojego profilu i bloga z Nowego Ekranu. Swoje teksty już usunąłem – robiąc uprzednio screenshoty dla ewentualnych celów dowodowych. Skopiowanie mojego profilu i publicystyki uważam za naruszenie moich dóbr osobistych”.

Swoją drogą, jak niektórzy brzydko kończą. Łazarz – niegdysiejsza gwiazda blogosfery – skończył jako pospolity... dopowiedzcie sobie sami.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat: http://niepoprawni.pl/blog/287/krach-ne-czyli-zlapal-kozak-tatarzyna

sobota, 21 września 2013

Żydzi – Polska – problem

Mamy z Żydami dwa podstawowe problemy: pierwszym jest próba wmanipulowania nas we współodpowiedzialność za holocaust, drugim – roszczenia rewindykacyjne.

I. Kolejny „dwugłos” z Katarzyną

Miałem już dać sobie spokój z tematyką żydowską wywołaną ostatnio debatą „Żydzi-Izrael-Polska” w Klubie Ronina, ale zainspirował mnie post Mamy Katarzyny „Naród Wybrany Tomasza Terlikowskiego”, w którym Autorka rozjeżdża naczelnego portalu Fronda.pl. Katarzyna podeszła do tematu od strony religijnej i nauczania Kościoła, m.in. prostując jeden z podstawowych terminów, który pojawia się zawsze przy okazji tematyki żydowskiej - „naród wybrany” - i tłumacząc, co oznacza to pojęcie z katolickiej perspektywy oraz obnażając fikcję tzw. „judeochrześcijaństwa”. Ja zatem ugryzę temat z innego końca, kontynuując przy okazji niektóre wątki poruszone przeze mnie w tekście „Żydzi-Izrael-Polska – polemika” i licząc, że znów wyjdzie nam z Mamą Katarzyną ciekawy dwugłos, tak jak miało to niedawno miejsce przy okazji zagadnień edukacyjnych (tekst Katarzyny TUTAJ, a mój TUTAJ).

II. Dwa problemy

Otóż, moim zdaniem, my - jako Polska i Polacy - mamy z Żydami dwa podstawowe, powiązane ze sobą problemy: pierwszym jest próba wmanipulowania nas we współodpowiedzialność za holocaust, drugim – żydowskie roszczenia rewindykacyjne.

Skąd ta zaciekła, antypolska propaganda, mająca wbić nam do głów, iż – jak ujął to prezydent Komorowski w odczytanym przez Tadeusza Mazowieckiego liście przy okazji 70. rocznicy Jedwabnego - „Naród ofiar musiał uznać tę niełatwą prawdę, że bywał także sprawcą”? Skąd te wszystkie „polskie obozy zagłady”, „Pokłosie” i ponure łgarstwa J.T. Grossa? Skąd legenda „polskiego antysemityzmu” i współudziału w Zagładzie na równi z anonimowymi „nazistami”? Dlaczego żydowska młodzież kształtowana jest w duchu antypolonizmu, zaś przed „Marszami żywych” w Oświęcimiu poddawana jest praniu mózgów w ramach regularnych seansów nienawiści? Ano stąd, że rozpowszechnienie i zakorzenienie wśród światowej opinii publicznej takiego ewidentnie sprzecznego z historyczną prawdą stereotypu Polski i Polaków stanowić ma pretekst uzasadniający wysuwanie wobec Polski „roszczeń odszkodowawczych”. Tak funkcjonuje propaganda międzynarodowego „holocaust industry” i jego krajowych kolaborantów.

Proste, jak konstrukcja cepa: jeśli świat przyjmie za pewnik, iż Polacy byli również „sprawcami”, to niech teraz płacą! Ale urobienie opinii zagranicznej to jedno. Drugie, to wpędzenie w kompleks winy samych Polaków, tak by mentalnie sterroryzowani batem „antysemityzmu” nie śmieli nawet pisnąć, gdy przyjdzie do wyłożenia w pieniądzu i naturze tych miliardów dolarów. Skutkiem ubocznym, ale atrakcyjnym z punktu widzenia Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP oraz jego zagranicznych mocodawców, jest prawidłowość polegająca na tym, że zakompleksionym społeczeństwem, permanentnie utrzymywanym w poczuciu niższości za pomocą anty-pedagogiki upodlenia, łatwiej jest rządzić i manipulować.

Innym ubocznym efektem może być rozkwit autentycznego antysemityzmu i wysyp różnych, często zadaniowanych, „szalonych wujków” tłumaczących sobie i innym rzeczywistość przez pryzmat wszechogarniającego żydowskiego spisku, co jest sposobem prowokacji znanym służbom co najmniej od czasu „Protokołów Mędrców Syjonu”. W ten sposób skutek (pojawienie się jako reakcja obronna organizmu masowych antysemickich postaw) usprawiedliwi przyczynę (antypolską propagandę suflowaną w celu ograbienia Polski pod pozorem „odszkodowań”).

Dodać należy, iż ten odcinek żydowskiej polityki historycznej współgra z analogiczną polityką niemiecką – Niemcy już się spłacili, a teraz dozbrajają Izrael w okręty podwodne, trzeba więc znaleźć kolejnego winowajcę, by biznes się kręcił, a „naziści” kojarzyli się z kim innym. Zrozumiałe też, że skoro Niemcy mają pełnić przewodnią rolę w Europie, to historycznego garbu muszą się pozbyć – najlepiej tak, by ów garb od tej pory zawadzał na przykład średniemu krajowi w „Mitteleuropie”.

III. Finansowe HEART Izraela

Przy okazji warto podkreślić, iż od momentu powołania w 2011 projektu HEART, wymuszenia rozbójnicze bandy wydrwigroszy żerującej na tragedii Żydów podczas II Wojny Światowej weszły na wyższy poziom. Do tej pory „rewindykacjami” zajmowały się formalnie „prywatne” organizacje żydowskie – tak było np. przy okazji wyczesania ze szwajcarskich banków 1,25 mld USD (co uczyniła Ania Werchowskaja, obecnie zaangażowana w HEART). Obecnie, gdy interes przejął wspomniany „Project HEART” powołany przez rząd Izraela do spółki z Agencją Żydowską, mamy do czynienia z nową jakością. To jest już sprawa wagi państwowej dla izraelskiego rządu i być może stąd dyrektor zarządzający HEART, pan Bobby Brown, po lutowej wizycie w Polsce podczas której spotkał się z przedstawicielami szeregu ministerstw na szczeblu dyrektorów departamentów, mógł oznajmić po powrocie izraelskim mediom, iż w kwestii roszczeń nastąpił „przełom”.

Zwróćmy uwagę – nikt, ale to nikt nie powie jasno i raz na zawsze, iż ów „rewindykacyjny” proceder jest bezprawiem. Nikt „w głównym nurcie” nie zbada, ile z wyduszonych z kolejnych krajów odszkodowań rzeczywiście trafiło do ofiar, bądź ich prawnych spadkobierców. Cały mechanizm międzynarodowego rozboju zasadza się bowiem na jakimś plemiennym prawie współwłasności, nieznanym zachodniej cywilizacji ukształtowanej na prawie rzymskim. Niepisana zasada w myśl której postępują „rewindykatorzy” brzmi bowiem: wszystko, co kiedyś należało do Żyda, należy również do wszystkich innych Żydów – i to na przestrzeni pokoleń. A egzekutorami tego doktrynalnego kuriozum są samozwańcze organizacje powołane w tym celu, obecnie zaś również państwo Izrael.

IV. Dialog z głową w kiblu

I tak to, drodzy Państwo, wygląda. Dopóki nie zaczniemy otwarcie mówić o realnych problemach polsko-żydowskich, dopóki jasno nie zdefiniujemy ich charakteru, dopóty we wzajemnych relacjach będziemy poruszać się po omacku i wiecznie dostawać po gębie. Nie sposób bowiem toczyć „dialogu” z głową zanurzoną w kiblu. Do niczego nie prowadzi omijanie tematów niewygodnych pod dyktando drugiej strony i samobiczowanie w celu wykazania „dobrej woli”. Jak już napisałem w innej notce a propos „bicia się we własne piersi” do którego wzywał Terlikowski: „To nie dialog. To sado-masochizm.”

Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że nawet prawica boi się poruszać zarysowane powyżej tematy w obawie, by nie doklejono jej antysemickiej gęby. Tyle, że antysemicka gęba jest doklejana zarówno polskiej prawicy, jak i Polakom jako narodowi, bez względu na to, co zrobimy, lub czego nie zrobimy. Dotychczasowe doświadczenia jasno pokazały, że obecny model „dialogowania” wedle schematu: „wy oskarżacie, my się przyznajemy” prowadzi donikąd. To znaczy – prowadzi donikąd nas, Polaków, bo „partnerów” prowadzi prosto do wytyczonego celu. Jest to de facto dyktat na poziomie historycznym, moralnym, politycznym i koniec końców – finansowym, ubrany w formę „dialogowania” na Churchillowskiej zasadzie „jedyne czego oczekujemy, to zaakceptowanie naszych warunków po rozsądnej dyskusji”.

Tylko twardy sprzeciw wobec rozmaitych uroszczeń może sprawić, że będziemy przez Żydów szanowani. I tylko taka postawa pomoże np. nawiązać normalne, równorzędne stosunki z Izraelem, którego istnienie może być dla nas przydatne, choćby z dwóch powodów: po pierwsze - Izrael wiąże znaczące siły świata islamu na Bliskim Wschodzie i tym samym opóźnia i osłabia dżihad na Zachodzie; po drugie – jeśli Izrael zostanie „zepchnięty do morza”, to ci wszyscy Żydzi będą chcieli tu wrócić.

I tutaj, już na koniec dopowiem, że owe roszczenia „rewindykacyjne” sprawiają wrażenie, jakby Żydzi chcieli sobie urządzić zawczasu „zapasowy Izrael nad Wisłą”. Trzeba te dążenia uciąć raz na zawsze, w sposób nie pozostawiający wątpliwości. Niech Żydzi zajmą się utrwalaniem swojego stanu posiadania w Izraelu i tu możemy nawet zaoferować pomoc – w zamian za rezygnację z polakożerczej propagandy i roszczeń majątkowych. Tylko, by Żydzi potraktowali propozycję takiego dealu poważnie, musimy być państwem liczącym się o wiele bardziej, niż obecnie. Na przykład mogącym podesłać okręt podwodny, tak jak Niemcy. Ale to już zadanie i wyzwanie dla nas samych.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/zydzi-izrael-polska-polemika

http://niepoprawni.pl/blog/287/finansowe-heart-izraela

http://niepoprawni.pl/blog/287/miliardy-do-izraela

http://niepoprawni.pl/blog/287/miliardy-do-izraela-%E2%80%93-ciag-dalszy

http://niepoprawni.pl/blog/287/miliardy-do-izraela-%E2%80%93-eureka

piątek, 20 września 2013

Pawlik Morozow i młyńskie kamienie

Biedny Piątek – niedoszły Pawka Morozow - trafił między młyńskie kamienie kapitału i te kamienie go zmiażdżyły.

I. Szpicel z powołania

Woody Allen w jednym ze swych opowiadań stworzył bohatera, który od najmłodszych lat marzył o tym, by zostać zawodowym donosicielem. Brał nawet lekcje wymowy, żeby wyraźniej kapować. „- Mój Boże, jak ja lubię donosić na ludzi” - mówi w pewnym momencie. Podobny syndrom „kapusia z powołania” dotknął najwyraźniej lewackiego pisarza i publicystę Tomasza Piątka, znanego m.in. z felietonów na stronach „Krytyki Politycznej”. Wyczytał on mianowicie, że naczelny „Do Rzeczy”, Paweł Lisicki, pochwalił we wstępniaku ustawę Putina zabraniającą homoseksualnej propagandy, zwłaszcza wobec nieletnich. Lisicki wprawdzie umiejscowił swą pochwałę w kontekście – jak Putin morduje swych przeciwników i fałszuje wybory to świat milczy; tenże postępowy świat budzi się dopiero, gdy rosyjska władza uderza w deprawacyjną działalność homolobby – ale tego już Tomasz Piątek nie dopowie, bo i po co?

W każdym razie, Piątek doznał rewolucyjnego wzmożenia i postanowił trochę podonosić do reklamodawców tygodnika, pytając m.in. „Czy świadomie wspierają Państwo swoimi pieniędzmi tygodnik, który popiera prześladowanie homoseksualistów przez Putina?” . Swoją drogą, jak to jest, że wśród sił postępu w obliczu kontrrewolucji niemal automatycznie włączają się atawizmy rodem już nawet nie z przywołanego opowiadania Woody'ego Allena, ale wręcz z Pawlika Morozowa? Bo warto w tym miejscu przypomnieć, iż podobny numer próbowało zastosować swojego czasu branżowe pismo „Press”, molestując reklamodawców starego „Uważam Rze”, czy nie przeszkadza im aby „wizerunek upolitycznionej i skrajnej w opiniach gazety”. Sam Tomasz Piątek zaś zasłynął po raz pierwszy na donosicielskiej niwie smarując list do „Guardiana”, by brytyjska gazeta zerwała współpracę z Andrzejem Krauze, który pozwolił sobie na „homofobiczny” rysunek w „Rzeczpospolitej” (facet w Urzędzie Stanu Cywilnego mówi do kozy w welonie „Jeszcze tylko ci panowie wezmą ślub i zaraz potem my!”). Brawo, towarzyszu Piątek, teraz pora na masówki w zakładach pracy.

II. Moralność rewolucyjna

No, ale jeden z reklamodawców wyciął Piątkowi numer i przekazał jego donos redakcji „Do Rzeczy”. Jednym słowem, sprawa się rypła, a Bronisław Wildstein odwinął się listem otwartym do „Krytyki Politycznej”, w którym nazwał Piątka „małym donosicielem”. Wyobrażam sobie, że w tym momencie „mały donosiciel” musiał doświadczyć poczucia najgłębszej zdrady. Relacja donosiciel-władza (a reklamodawcy są dla mediów swojego rodzaju „władzą”) jest bowiem relacją nader intymną, opierającą się na zaufaniu i przeświadczeniu, że bezpieczniacka etyka nigdy nie pozwoli zdekonspirować konfidenta. To tak, jakby NKWD zamiast rozstrzelać ojca Pawki Morozowa, pobiegła do niego z ostrzeżeniem jakiego to ma synalka. Widział kto takie rzeczy? Parszywe czasy...

Toteż z listu Tomasza Piątka do TokFM przebija krzywda, skarga, że ktoś zakapował kapusia. Przy czym Piątek w swych żalach wydaje się być absolutnie szczery – on chciał dobrze, nie ma sobie nic do zarzucenia, a tu jeszcze „Krytyka Polityczna” wywaliła go za drzwi. On - uwaga – praktykował jedynie „wolność słowa” i chciał sprowokować „bojkot konsumencki”. To swoją drogą ciekawe rozumowanie, które warto podrzucić wszystkim Tewusiom figurującym w papierach IPN – owszem, donosiłem do bezpieki, ale tak właśnie pojmuję wolność słowa i nikomu nic do tego!

„Prawo dziennikarza i nie tylko dziennikarza do zadawania pytań jest podstawowym elementem wolności słowa. Jak się ma do wolności słowa brutalne zastraszanie publicysty, który zadaje niewygodne pytania?” - pyta Piątek a propos listu Wildsteina. I do głowy mu nie przyjdzie, że czym innym jest publiczne formułowanie zarzutów, czy wzywanie do bojkotu, a czym innym potajemne donosicielstwo za plecami zainteresowanego. Dla Piątka nie ma tu różnicy, bo w walce z „kontrą” nie ma miejsca na burżuazyjną moralność. Moralne jest to, co służy Rewolucji, koniec kropka. W tym wypadku Piątkowi wydała się moralna akcja „z partyzanta” mająca zniechęcić reklamodawców wrażego medium. I gdyby sprawa nie wyszła na jaw, wciąż pisałby do „Krytyki Politycznej”, chwaląc się zapewne w środowisku swymi przewagami i zbierając od kolegów pochwały za swoje bezkompromisowe kozactwo.

III. I jak tu robić rewolucję?

Tak się jednak nie stało, „Krytyka” wyrzuciła go ze swych łamów, przy czym powody rozstania z Piątkiem są dość charakterystyczne. Otóż, „Krytyka Polityczna” twierdzi, iż Piątek nie uzgodnił z nimi swej „akcji”, bo gdyby ich uprzedził, to „moglibyśmy przedyskutować wspólnie jej celowość”. W innym miejscu redakcja zauważa: „Nawet z przeciwnikami nie walczyliśmy nigdy, namawiając do wyrzucenia ich z pracy, lokalu, odebrania dotacji państwowych lub reklam.” Czyli, niby „nie walczyliśmy”, ale „moglibyśmy przedyskutować”. Rozumiem, że kwestią priorytetową byłaby spodziewana skuteczność „dywersji” i prawdopodobieństwo utrzymania sprawy w tajemnicy, tak by nie musieli „za naszego autora przepraszać co miesiąc”...

A tak naprawdę poszło o pieniądze. Rozgoryczony Piątek pisze bowiem – i nie ma powodu, by mu nie wierzyć – że, cytuję, „Powiedziano mi, że zadając pytania reklamodawcom, zagroziłem bytowi 'Krytyki'. 'No bo jeśli my piszemy do ich reklamodawców, to oni zaczną pisać do naszych grantodawców'. Granty to stypendia, które "KP" uzyskuje na swoje działania od różnych instytucji.” No i wszystko jasne – nie zaglądamy sobie nawzajem do kasy i będzie dobrze. Jest wprawdzie różnica między prywatnymi sponsorami, a grantami z publicznych środków, ale zasada - „my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych” tak czy inaczej musi być zachowana. I jak tu z takimi robić rewolucję?

Biedny Piątek – niedoszły Pawka Morozow - trafił między młyńskie kamienie kapitału i te kamienie go zmiażdżyły. Biedny Piątek, powtórzę - uwierzył, że to wszystko naprawdę, a tu okazało się, że chodzi tylko o to, by na koszt podatnika („grantodawców”) wypić, zakąsić i polansować się w lewackim duchu po kawiarniach. Naiwny - to predylekcja Sierakowskiego do drogich win nic mu wcześniej nie powiedziała? I tak ma pozostać, bo jak się urwie futrowanie kawiarnianej kontestacji przez państwo, to ten cały rewolucyjny pryncypializm będzie sobie można wraz tomami Lenina i rocznikami „Krytyki Politycznej” wsadzić tam, gdzie ludowe masy mogą pana Sierakowskiego w dupę pocałować.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

niedziela, 15 września 2013

W niewoli kapitału

Jan Vincent Rostowski mógł zostać Tuskowi zwyczajnie narzucony, by dokończyć proces kolonizacji gospodarczej Polski.

I. Wynarodowiona gospodarka

Do annałów: 13.09.2013. Sejm uchwalił nowelizację ustawy budżetowej zwiększającą deficyt o ok. 16 mld zł – z 35,6 mld do 51mld 565mln zł. Dalsze 7,7 mld złotych mają przynieść cięcia w poszczególnych resortach. W sumie – prawie 25 mld złotych. No cóż, przydałoby się teraz mieć te 5,8 mld euro, które „pożyczyliśmy” na 0,1-0,2 procenta w ramach zrzutki na ratowanie Grecji Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu w 2011 roku (sami mamy linię kredytową w MFW oprocentowaną na 5-6%). Po obecnym kursie (ok. 4,2 zł), byłoby to 24,36 mld zł – i kwestia niedoboru byłaby właściwie rozwiązana. Ale przecież nie po to międzynarodowa finansjera nasłała tu w charakterze strażnika swych interesów pana Jana Vincenta „no PESEL” Rostowskiego z samego londyńskiego City, by Polska przestała się zadłużać.

Powyższe koreluje z wypowiedzią prof. Witolda Kieżuna o tym, w jakim stopniu jesteśmy (Polska i cała środkowa Europa) skolonizowani przez obcy kapitał. Sektor finansowy – na sześćdziesiąt kilka banków tylko cztery są polskie. W krajach Europy Zachodniej obecność obcych banków nie przekracza 20% - i to pomimo „swobodnego” przepływu kapitałów. Poszczególne branże – zdominowane przez firmy zagraniczne, wliczając w to „sprywatyzowane” za ułamek wartości przedsiębiorstwa państwowe. Do tego jesteśmy rezerwuarem taniej siły roboczej. Sędziwy profesor mówiąc o tym, płakał. Nie o taką Polskę walczył, nie takiej Polski wyglądał. Struktura gospodarcza Polski przypomina bowiem jako żywo to, co ma miejsce w krajach postkolonialnych.

II. Kapitałowa kolonizacja

Mamy zatem do czynienia z wielopoziomową kolonizacją – finansową, sił wytwórczych i materiału ludzkiego. Czegoś jednak z punktu widzenia ekonomicznych kolonizatorów wciąż brakowało – mianowicie, do pewnego momentu Polska, dzięki zachowywaniu jako-takiej dyscypliny finansowej, pozostawała krajem stosunkowo mało zadłużonym. Dług publiczny wprawdzie stopniowo narastał, jednak dość powoli, ponadto istniały progi ostrożnościowe traktowane przez wszystkie kolejne ekipy niezależnie od politycznych barw jako tabu. Inna sprawa, że kolejne rządy przed nadmiernym zapożyczaniem się ratowała „prywatyzacja” - czyli wyprzedaż obliczona na „dopięcie” kolejnych budżetów.

W każdym razie, na koniec 2007 roku dług publiczny wynosił nieco ponad 527 mld zł, a obecnie według różnych wyliczeń od 800 mld do biliona złotych. Osobiście przypuszczam, że bliższa prawdzie jest ta wyższa suma z uwagi na różne, nie stosowane przez poprzedników, księgowe sztuczki ministra Rostowskiego.

Co spowodowało tak nagły wzrost tempa zadłużania Polski? Do niedawna skłonny byłem sądzić, iż jest to wynik zbrodniczej beztroski i dojutrkowości charakteryzującej rządy Tuska - „ciepła woda w kranie” za pożyczone pieniądze dopóki się da, a potem ucieczka na brukselską posadę komisarza od prostowania bananów. Rostowski zaś miał być wykonawcą tej polityki. Obecnie jednak rodzi mi się w głowie spiskowe podejrzenie, że sprawa może mieć drugie i o wiele poważniejsze dno.

III. Dokończenie procesu kolonizacyjnego

Otóż Jan Vincent Rostowski mógł zostać Tuskowi zwyczajnie nastręczony, lub wręcz narzucony, jako strażnik interesów banksterskiej międzynarodówki, by dokończyć proces kolonizacyjny i to tak, byśmy nie mieli szans kiedykolwiek wygrzebać się z bagna. Finanse publiczne były bowiem ostatnim poważnym segmentem w którym mieliśmy jeszcze pole manewru i jakąkolwiek podmiotowość. A finanse publiczne, to nic innego jak podatki płacone przez obywateli, na które chrapkę mają instytucje finansowe skupujące państwowe papiery dłużne. Wydaje się nam, że podatki płacimy do budżetu państwa, tymczasem, jak poskrobać, to okazuje się, że budżet państwa jest tu tylko „przepompownią” która przekazuje nasze pieniądze do wierzycieli będących w posiadaniu obligacji Skarbu Państwa. W 2012 na samą obsługę zadłużenia wydaliśmy równowartość wpływów z PIT i jeszcze trochę, a przecież to nie koniec.

Zrozumiałe więc, że w interesie ekonomicznych kolonizatorów jest pogłębianie zadłużenia państwa, bo to gwarantuje im pewne dochody – im zadłużenie wyższe, tym większe zastrzyki gotówki płyną z naszych do ich kieszeni. Cały proceder kończy się zaś bankructwem i półformalnym ubezwłasnowolnieniem kraju, jak dzieje się to w przypadku Grecji. Pisałem już o tym wielokrotnie (wykaz poprzednich tekstów pod notką), ale powtórzę – zadłużanie państwa, to wyprzedaż suwerenności. Do tej pory owo uzależnienie od międzynarodowej finansjery postępowało najwyraźniej zbyt wolno jak na apetyty mocodawców Rostowskiego. Od momentu objęcia teki ministra finansów przez Jana Vincenta wszystko ruszyło z kopyta.

Nie do przecenienia jest również naruszenie finansowego tabu w postaci „zawieszenia” pierwszego progu ostrożnościowego. W ten sposób pękła pewna psychologiczna bariera - od tej pory każdy rząd będzie miał świadomość, że wszelkie zasady dotyczące finansów publicznych będzie można złamać ku uciesze przyszłych wierzycieli i licytatorów masy upadłościowej. I sądzę, że to również jest celowe działanie Rostowskiego, który zwyczajnie musiał wiedzieć, że układa nierealny budżet – właśnie po to, by stworzyć okazję do przełamania ostrożnościowej granicy i otworzyć wrota do dalszego zadłużania Polski.

IV. Na drodze do upadłości

Warto dodać, iż powyższe jest logiczną konsekwencją procesu „transformacyjnego” zapoczątkowanego w postkomunistycznym regionie przez George'a Sorosa (a tak naprawdę przez jego mocodawców, którzy posyłają Sorosa w charakterze finansowego „komandosa”). Proces ów Song Hongbing w swej „Wojnie o pieniądz” scharakteryzował jako „zamianę długów na udziały”. W telegraficznym skrócie polega on na tym, że demoludom umarzano częściowo długi, których nie mogły spłacić w zamian za „udziały” w poszczególnych gospodarkach narodowych. Stąd ta niezrozumiała na pierwszy rzut oka wyprzedaż majątku narodowego po dyskontowych cenach i niepohamowana inwazja gospodarcza, nad którą tak boleje prof. Kieżun.

Przy okazji - państwo właśnie dało sygnał o rychłej niewypłacalności, przystępując do likwidacji OFE. Tak się bowiem składa, że OFE są dość istotnym wierzycielem Skarbu Państwa na rynku wewnętrznym – na koniec 2012 roku obligacje stanowiły 45% papierów wartościowych w portfelu OFE na łączną sumę 118 mld zł. „Nacjonalizując” te obligacje, państwo dało sygnał, że długo już nie pociągnie, mimo pozornego obniżenia długu publicznego. Oczywiście, OFE nie ma co żałować, ten finansowy pasożyt był bowiem jedną z wielu form eksploatacji, zaś nasze „prywatne” emerytury i tak przecież koniec końców w 45% były uzależnione od zdolności wykupu przez państwo obligacji. Niemniej, w obecnej kondycji finansów publicznych ten rozpaczliwy rzut na taśmę dokonany przez Rostowskiego po to, by plajta nie wyszła na jaw przedwcześnie, ma jednoznaczną wymowę.

Podsumowując, obecnie jesteśmy na najlepszej drodze, by jako bankruci trafić pod nieubłagane skrzydła Międzynarodowego Funduszu Walutowego, którego recepta jest zawsze taka sama: fiskalizm, wyprzedaż tego co jeszcze jest państwowe, plus radykalne cięcia – również inwestycyjne, co każdorazowo skutkuje „zamrożeniem” gospodarki „ratowanego” kraju. Lecz to zabójcze rozwiązanie ma dla finansowej oligarchii podstawowy plus – spłacając transze „pomocy międzynarodowej” pod egidą MFW, wyciska się to, czego nie udało się z danego kraju wycisnąć do tej pory. I w tym momencie kolonizacja o której tu mówimy osiąga stadium finalne - totalne podporządkowanie wszelkich zasobów opanowanego terytorium.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/dlugi-suwerennosc

http://niepoprawni.pl/blog/287/szesciolatki-na-emigracje

http://niepoprawni.pl/blog/287/kryzysowy-korkociag

http://niepoprawni.pl/blog/287/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze

http://niepoprawni.pl/blog/287/budapeszt-czy-ateny

http://niepoprawni.pl/blog/287/o-greckich-kozojebcach-i-bankructwie-w-zjednoczonej-europie

http://niepoprawni.pl/blog/287/biale-noski-zamiast-bialych-kolnierzykow

czwartek, 12 września 2013

Jacy nauczyciele, takie będzie młodzieży chowanie

...czyli o „polonistce aspirującej” słów kilka.

I. Bezwład intelektualny

Proszę wybaczyć tę kulawą parafrazę w tytule, ale ta koślawość jakoś mi współbrzmi z artykułem pewnej emerytowanej nauczycielki języka polskiego, który podesłała mi Mama Katarzyna. Straciłem nad jego lekturą kilka chwil życia, w związku z czym czuję się cokolwiek starszy, osłabiony i muszę odreagować. Mama Katarzyna również musiała – polecam tekst na jej blogu. Ja jednak postaram się ugryźć temat od nieco innej strony niż zrobiła to Katarzyna, licząc na to, że wyjdzie nam ciekawy dwugłos.

Na wstępie dla porządku nadmienię, iż artykuł ten ukazał się we wrześniowym numerze miesięcznika „Polonistyka”, adresowanego „do nauczycieli polonistów szkół podstawowych, gimnazjów i liceów” i którego zadaniem jest „podnoszenie i doskonalenie stopnia umiejętności zawodowych nauczycieli poprzez aktualizację ich wiedzy oraz dydaktyki nauczania”. Jakby to ująć - mam nadzieję, że belfrowie tego periodyku nie czytają i że kolejne numery pokrywają się spokojnie kurzem w zaciszu polonistycznych biblioteczek. Dodam jeszcze, że celowo nie podaję tu personaliów autorki tekstu nad którym za chwilę będę się pastwił, bo nie chodzi mi o tę nieszczęsną niewiastę, jeno o przykład zapaści intelektualnej i, nazwijmy to, bezwładu mentalnego kadr nauczycielskich, spętanych swoistym szantażem salonowszczyzny sprowadzającym się do tego, że należy wyznawać określony, nieustannie aktualizowany przez właściwe instancje zestaw poglądów, by utrzymać przynależność do społecznej kasty inteligentów.

II. Sztampa formy i treści

Pierwsze, co uderza podczas lektury tekstu pod szumnym tytułem „Człowiek-naród-język ojczysty”, to skrajnie drewniany, „wypracowaniowy” styl. Spójrzmy: „Autor w sposób obrazowy pokazuje społeczne podłoże i różne etapy rozwoju języka ojczystego. Podkreśla fakt, że język jest odbiciem kształtowania się naszej kultury. Patrząc z dość odległej perspektywy historycznej, przypomina o zmaganiach polszczyzny z 'kościelną łaciną i niemieckim gwarem kupców i kramarzy'. Wymienia najważniejsze zabytki polskiego języka pisanego, czyli literackiego (...)” - i tak dalej. Ludzie, toż to odrabianie zadanej lekcji typu „analiza utworu poetyckiego” - w tym przypadku Mieczysława Jastruna. Coś takiego mogłaby napisać pilna, piątkowa uczennica liceum, która doskonale wie czego się od niej oczekuje i jak utrafić w gusta „pani profesor”. Albo autor jakiegoś bryka dla opornych. Oszczędzę Czytelnikom dalszych tego typu popisów prymusowskiej elokwencji, ale w ten sposób napisany jest cały tekst. Zero żywszego powiewu, zero błysku pióra i przede wszystkim – zero własnych przemyśleń.

No właśnie, skoro już przy przemyśleniach jesteśmy. Artykuł składa się w zasadzie z samych cytatów, bądź odniesień „własnymi słowami”, okraszonych komentarzami w rodzaju tego przytoczonego powyżej. Kogóż tu nie ma! Barbara Skarga, Wisława Szymborska, Roman Ingarden, Maurycy Mochnacki, Zygmunt Bauman, Leszek Kołakowski, wspomniany już Mieczysław Jastrun... i inni, i inni, i inni. A wszystkie te autorytety-podpórki składające się na kolaż cytatów i omówień (upchnięte w raptem czterostronicowym tekście!) mają jak się zdaje przyozdobić blaskomiotnym ornamentem rozważania o triadzie „człowiek-naród-język” z dość czytelnym zaleceniem w jakim duchu należy profilować umysły młodzieży podczas lekcyjnych nasiadówek.

Tam zaś, gdzie autorka pozwala sobie i nam na chwilę oddechu od złotych myśli kolejnych mędrców, epatuje nas retoryką rodem ze wstępniaka z „Wyborczej” - i to takiego, gdy Wroński, czy inny Stasiński ma akurat gorszy dzień: „(...) Głoszenie wyjątkowości własnego narodu wynika najczęściej z wybiórczego traktowania historycznej pamięci. Bywa ona wykorzystywana przez polityków do manipulowania opinią publiczną. Pochodną tej tendencji jest rosnąca liczebność i siła narodowców, mających przekonanie o swej moralnej wyższości, wynikającej – ich zdaniem – z faktu obrony tradycyjnych wartości przed kosmopolityzmem. Tym tłumaczą szowinistyczne ataki, antysemityzm, język rasistowski. Jest to zjawisko groźne i coraz bardziej niepokojące tym bardziej, że w szeregi nacjonalistów wstępuje głównie młode pokolenie, inspirowane przez wytrawnych graczy politycznych.

III. Polonistka aspirująca

W trakcie lektury i kilka chwil po, głowiłem się nad tym, dlaczego doświadczona nauczycielka jedzie wedle schematów szkolnej sztampy - wypracowania. I nagle olśniło mnie. Ona pisze wypracowanie! To wypracowanie ma zaświadczyć, że jest poukładana tak, jak się od niej wymaga. Że głowę ma umeblowaną należycie i że odrobiła lekcje - Szymborska, Jastrun, Kołakowski, Bauman... cytaty, cytaty, cytaty... No więc brawo, faktycznie odrobiła lekcje i do tego wykazała się umiejętnością doboru cytatów pod kątem zadanego tematu oraz znajomością literatury nadprogramowej. Bardzo dobrze Pipsztycka, zaliczone, siadaj, szóstka.

Słowem, mamy tu do czynienia z klasówką, którą autorka sama sobie zaordynowała, by potwierdzić zasadność swych aspiracji do Towarzystwa. Ten jakże powszechny wśród naszej postpeerelowskiej inteligencji kompleks wręcz wylewa się z każdej linijki. Charakterystyczne, że ową szkolną, drętwą mową-trawą do chińskiego ludu przemawia do innych nauczycieli - i oni zapewne trybią ten rytm przeżuwania cytatów, bo gdyby było inaczej, to chyba by pani „polonistki aspirującej” nie drukowano w poważnym, fachowym piśmie i nie polecano jej tekstu w charakterze belferskiej ściągawki.

Widzimy więc „polonistkę aspirującą”, uprawiającą takoż aspirującą polonistykę. Stąd ów dobór słuszniackich cytatów z jeszcze bardziej słuszniackich autorytetów, prowadzących do wtórnych, ale hiperpoprawnych „spostrzeżeń”, jak to przytoczone wyżej o groźnych, szowinistycznych narodowcach - choć i tak nieźle, że nie pojechała „faszystami”. To nie jest bowiem artykuł, który ma naświetlić jakiś problem - to deklaracja lojalności złożona przez prymusa. Dość nudna i męcząca, ale potwierdzająca należytą postawę polityczno-ideową. Toteż, w przeciwieństwie do Mamy Katarzyny nie dziwi i nie oburza mnie obecność Baumana. Bauman jest tu jak najbardziej na miejscu. Baumana „nosi się" w tym sezonie na salonach, zatem emerytowana nauczycielka z kompleksem aspirującej polonistki też go nosi. Modny w tym sezonie byłby Piekłasiewicz, to nosiłaby Piekłasiewicza w charakterze broszki do intelektu.

Zastanawiam się, ile początkujących nauczycielek przeszło przez jej ręce w trakcie praktyk szkolnych i na ile zaabsorbowały scharakteryzowaną powyżej mentalność oraz światopoglądowe horyzonty, bo nadmienić należy, iż artykuł ukazał się w dziale – uwaga - „Horyzonty polonistyki”. Jak teraz już wiemy, owe „horyzonty” biegną w dniu dzisiejszym z grubsza od Szymborskiej poprzez Kołakowskiego do Baumana. Słuszna perspektywa, właściwa i na czasie. Pierekowka dusz potrzebą dnia, by młodzież po obróbce edukacyjnej mogła ze spokojem i ufnością wybierać pogodną przyszłość sformatowaną w nieubłaganym duchu świetlistego postępu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

sobota, 7 września 2013

„Żydzi-Izrael-Polska” - polemika

Po debacie „Żydzi-Izrael-Polska”: plemienne prawo współwłasności jako „wektor” i „dialogiczny” sado-masochizm.

Wstępik

W niniejszej notce będę starał odnieść się polemicznie do kilku elementów, które przewinęły się w debacie „Żydzi – Izrael – Polska”, zorganizowanej przez Klub Ronina w poniedziałek, drugiego września. Niestety, na razie nie ma co liczyć na publikację zapisu debaty w internecie, zatem szczęśliwi ci, którzy mieli szansę wysłuchać jej w transmisji na żywo w Niepoprawnym Radiu PL. Dość szczegółowe relacje napisali Coryllus i elig, więc po detale odsyłam do tych autorów, sam zaś skupię się na pewnych tezach wygłoszonych przez Tomasza Terlikowskiego i Dawida Wildsteina.

I. Plemienne prawo współwłasności

Otóż, Dawid Wildstein powiedział coś w tym guście, że Izrael może się stać głównym sojusznikiem Polski w walce z rewizjonistyczną polityką historyczną Niemiec. Niestety, z jakichś względów tak nie jest. Taki był mniej więcej sens jego wypowiedzi, wzbogaconej jeszcze stwierdzeniem, iż Izrael jest ważnym wektorem polskiej polityki historycznej. Jest to, moim skromnym zdaniem, piramidalna bzdura, mam nadzieję, że wynikająca jedynie z beztroskiego „chciejstwa” Wildsteina juniora, a nie z celowego wpuszczania nas w maliny. W rzeczywistości jest bowiem tak, że polityki historyczne Niemiec i Izraela względem Polski są zbieżne i polegają na wmanipulowaniu Polski i Polaków we współodpowiedzialność za holokaust i zbiorowe paserstwo na mieniu ofiar.

Interes Niemiec jest tu jasny – pozbycie się historycznego garbu poprzez przerzucenie go na nas, tym bardziej, że spłacili się już szajce spod znaku „holocaust industry”, obecnie zaś dozbrajają Izrael. Interesem środowisk żydowskich natomiast, jest kasa – wraz z konsekwencjami. Po prostu. Mówi się o 60 mld dolarów, ale tak naprawdę nikt nie zna skali żydowskich roszczeń wobec Polski, które jakimś prawem plemiennej współwłasności, kompletnie obcej naszej cywilizacji, mamy zaspokoić. Windykacją od strony instytucjonalnej ma się zajmować powołana w 2011 roku przez rząd Izraela i Agencję Żydowską instytucja o nazwie HEART (Holocaust Era Asset Restitution Taskforce), której powstanie było, za przeproszeniem, pokłosiem konferencji „Mienie ery holokaustu”, która odbyła się w czeskim Terezinie w czerwcu 2009 roku. Projekt HEART jest o tyle nową jakością, że po raz pierwszy Izrael jako państwo oficjalnie zaangażował się w wymuszenia rozbójnicze będące do tej pory domeną pozarządowych organizacji żydowskich.

No więc, w jakim kontekście widzi Dawid Wildstein ów „wektor polityki historycznej”, którym ma dla nas być Izrael? Chyba, że chodzi o prosty szantaż „zapłaćcie, to pomożemy wam z tymi Niemcami”. No i może tak się w końcu stanie, bowiem Bobby Brown, dyrektor zarządzający HEART po lutowej (25.02) wizycie pięcioosobowej żydowskiej delegacji w Polsce (spotkania z przedstawicielami polskich ministerstw finansów, spraw zagranicznych, skarbu państwa, sprawiedliwości, administracji i cyfryzacji, Narodowego Instytutu Muzealnictwa i Ochrony Zbiorów, Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych oraz z grupą parlamentarzystów) oznajmił w wywiadzie dla izraelskich mediów, iż nastąpił „przełom” w kwestii roszczeń rewindykacyjnych. To ma być ten „wektor”, panie Dawidzie? Rozłożą nam chociaż ten bandycki haracz na raty? No i wreszcie jak to jest – czy religijne prawo żydowskie, bądź prawo państwa Izrael stanowi, że to co należało do Żyda, należy też do wszystkich innych Żydów i to na przestrzeni pokoleń? A jeżeli nawet – to czy mamy obowiązek takie kuriozum respektować?

II. Dialog czy sado-masochizm?

Tomasz Terlikowski z kolei, po dość jałowych rozważaniach kto jest Żydem, a kto nie, i wyliczance różnych odłamów judaizmu, zaczął się rozwodzić nad tym, że na każdego „gojożercę” typu rabin Owadia Josef gotów jest wymienić wielokrotnie więcej rabinów, którzy są przychylni chrześcijaństwu („dziczce zaszczepionej na drzewie judaizmu”), katolicyzmowi, nie mają nic do Polaków i tak dalej (oddaję sens wypowiedzi). No i wszystko pięknie, cieszmy się i radujmy, tyle, że nie ma to najmniejszego znaczenia. Wpływ na opinię mas, aparat propagandowy, trzymają bowiem ludzie, których w sensie kulturowo-religijnym trudno nawet nazwać żydami. Są bowiem jedynie Żydami w znaczeniu etnicznego pochodzenia – niemniej, właśnie w rękach owych Żydów-kosmopolitów, bądź w najlepszym razie zeświecczonych Izraelczyków spoczywa moc kształtowania umysłów i kreowania bytów. A tym bezustannie kreowanym bytem jest Polak - żydożerca i złodziej żydowskiego mienia.

I na nic tu zżymanie się Dawida Wildsteina na „Gazetę Wyborczą”, która uzurpatorsko zawłaszczyła monopol na reprezentowanie polskich Żydów – promując przy okazji tych urobionych na jej obraz i podobieństwo. To jest nasz krajowy odcinek zjawiska opisanego powyżej – oni odrabiają swoją działkę na naszym krajowym poletku.

Wracając do Tomasza Terlikowskiego – generalnie uważam, że jest świetny w piętnowaniu „post-soborowego” nowinkarstwa (sam przychylnie zrecenzowałem w „Myślozbrodni” jego książkę „Koń trojański w mieście Boga. Pół wieku po Soborze...”) - i niechaj przy swej roli młota na „ducha Soboru” pozostanie. Religijna perspektywa zaburza mu bowiem spojrzenie na sprawy, w których liczy się jedynie czysta polityka, religia zaś, o ile się pojawia, pełni rolę wyłącznie instrumentalną – tak jak w kwestiach polsko-żydowskich, czy niedawnego „pojednania” między rosyjską Cerkwią a polskim Kościołem. W pewnym momencie Terlikowski zaczął głosić tezę, że prawdziwy dialog jest wtedy, gdy każdy bije się we własne piersi, a nie w cudze. No to słucham, gdzie są ci Żydzi bijący się we własne piersi i przepraszający za zbrodnie współziomków? Bo póki co, to my się bijemy i nas biją. To nie dialog. To sado-masochizm.

Krótko mówiąc, my się rozliczamy i nas rozliczają. A niedługo rozliczy nas dosłownie, finansowo, pani Ania Werchowskaja „czuwająca nad praktyczną stroną” Projektu HEART, która „rozliczyła” już szwajcarskich bankierów na 1,25 mld USD. Takie to mamy „wektory” Panowie.

I dopóki będziemy kulić się w sobie obezwładnieni potęgą rozlicznych żydowskich wpływów, z pałką „antysemityzmu” wiszącą nad głowami, sytuacja się nie zmieni.

***

Na koniec słowo wyjaśnienia. Skupiłem się na Wildsteinie i Terlikowskim dlatego, że z tym co mówili Grzegorz Braun i Leszek Żebrowski w dużej mierze się zgadzam, zaś Filip Memches i Piotr Gontarczyk wypadli tak bezbarwnie, że trudno mi odnieść się do ich wypowiedzi, które tylko rozmydlały dyskusję. Ilość uczestników okazała się zresztą zabiegiem (nie wiem, czy zamierzonym, czy nie), który dość skutecznie i moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie „rozrzedził” debatę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/finansowe-heart-izraela

http://niepoprawni.pl/blog/287/miliardy-do-izraela

http://niepoprawni.pl/blog/287/miliardy-do-izraela-%E2%80%93-ciag-dalszy

http://niepoprawni.pl/blog/287/miliardy-do-izraela-%E2%80%93-eureka

środa, 4 września 2013

Sześciolatki na emigrację

Wpychanie sześciolatków do szkół, by o rok wcześniej weszły na rynek pracy, przypomina powoływanie pod broń kolejnych roczników dla uzupełnienia strat na wyniszczającej wojnie.

I. „Koniec kryzysu”

Ober-Matoł na Forum Ekonomicznym w Krynicy ogłosił „zakończenie kryzysu”, co radośnie odnotowały reżimowe mediodajnie. Głupszą pijarowską ściemę trudno sobie wyobrazić, toteż Jarosław Kaczyński błyskawicznie odpowiedział, że o „końcu kryzysu” będziemy mogli mówić dopiero, gdy ludzie przestaną zasypywać biura poselskie prośbami o załatwienie pracy. O kondycji gospodarki świadczą bowiem nie tyle „wskaźniki”, które można podrasować różnymi sztuczkami, ile powstające miejsca pracy i związany z tym poziom życia obywateli. Od siebie dodam ponadto, że w dobry stan naszej gospodarki uwierzę dopiero, gdy tendencja demograficzna wyjdzie ze stanu obecnej zapaści. Nie jest bowiem tak, że o spadku dzietności decydują „przemiany społeczne”, co niekiedy próbuje nam się wmówić. W Polsce, na szczęście, „modernizacja obyczajowa” nie poczyniła póki co aż takich spustoszeń jak na Zachodzie, o czym świadczyć może chociażby fakt, iż statystycznie najwięcej dzieci rodzi się wśród polskiej emigracji zarobkowej na Wyspach. Innymi słowy, Polki wciąż chcą rodzić dzieci, tylko w kraju nie mają ku temu warunków – rodzą więc za granicą i będzie to najprawdopodobniej drugie, stracone dla Polski pokolenie.

II. Klajstrowanie dziury demograficznej

Tymczasem, Dyktatura Matołów, by jakoś zaklajstrować grożącą nam w najbliższej przyszłości dziurę demograficzną, twardo upiera się przy posłaniu do szkół sześciolatków, tak by za kilkanaście lat na rynek pracy trafił dodatkowy rocznik, mający utrzymać rosnącą rzeszę emerytów. Jest to piramidalna bzdura i głupota, o ile nie coś więcej. Załóżmy optymistycznie, że te sześciolatki, po przejściu zafundowanej im obróbki edukacyjnej na coraz to niższym poziomie, faktycznie znajdą pracę. Na ile to wystarczy? Czy te obecne sześciolatki z kolejnych roczników przygniecione horrendalnymi składkami na ZUS będą chciały mieć własne dzieci? A jeśli nie, to co? Poślemy do szkół pięciolatków? Ale powyższa wizja dodatkowych roczników zasilających w przyszłości system ubezpieczeń społecznych, to i tak mrzonka. Jeśli bowiem utrzyma się obecna tendencja, to dzisiejsze sześciolatki pracy najzwyczajniej w świecie nie znajdą, albo w najlepszym razie wylądują na głodowych „śmieciówkach” - z mizernym pożytkiem dla państwowych zobowiązań egzekwowanych w ramach tzw. „umowy międzypokoleniowej” (pracujący utrzymują emerytów).

Sytuacja bowiem przedstawia się tak, że to właśnie wśród młodego pokolenia, ponoć najlepiej wyedukowanego w historii (w co zresztą wątpię, niezależnie od „wskaźnika skolaryzacji”), panuje masowe bezrobocie i brak perspektyw – i to niezależnie od powierzchownych oznak koniunktury, czy „zielonych” strzałek PKB. Przypomnijmy, że jeszcze przed wybuchem obecnego kryzysu z Polski wyjechało ok 2 milionów w większości młodych i dynamicznych ludzi, gdy tylko pojawiła się taka możliwość. I jakoś nie chcą wracać. Przeciwnie – ściągają rodziny, bądź zakładają je na obczyźnie, ze szczególnym uwzględnieniem Wielkiej Brytanii i Irlandii, które kryzys doświadczył ponoć o wiele boleśniej, niż „zieloną wyspę” Tuska. Dodajmy, że mimo tego upustu krwi, bezrobocie wśród polskich absolwentów jak było, tak jest nadal.

W tej sytuacji, posłanie sześciolatków do szkół zakrawa na zbrodniczą głupotę. Ludzie ci bowiem wypuszczeni na rynek pracy albo zasilą szeregi bezrobotnych – czyli będziemy mieli dodatkowe roczniki bezrobotnych na utrzymaniu opieki społecznej finansowanej z podatków pracującej reszty i zadłużającego się państwa, albo powiększą szeregi tzw. „working poor” („pracującej biedoty”). Zaś najbardziej aktywni i zdeterminowani wybiorą to, co ich dzisiejsi odpowiednicy – zarobkową emigrację, z której już nie wrócą.

III. Rezerwuar taniej siły roboczej

No i w ten sposób dotarliśmy do punktu, w którym trzeba zadać pytanie: czy obserwowane dziś wpychanie kolanem sześciolatków do szkół jest wynikiem jedynie głupoty, czy czymś więcej? Oficjalną argumentację, polegającą na ustawianiu dzieci w roli ostatniej deski ratunku dla systemu ubezpieczeń społecznych, mającej załatać nadchodzącą „dziurę demograficzną” na rynku pracy, obaliliśmy powyżej. Skoro zatem skazani jesteśmy na domysły o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi, bo nikt nam tego uczciwie nie powie, to podomyślajmy się w najlepsze – dlaczego nie?

Ja na przykład podzielę się spiskowym domysłem, że mamy tu do czynienia ze spłatą jakichś zobowiązań sprowadzających się do tego, że Polska stanowić ma w połączonych naczyniach europejskiej gospodarki rezerwuar taniej siły roboczej. A że dzisiejszych czasach nikt nie załaduje pracowników pod karabinem do bydlęcych wagonów, bo nieładnie by to wyglądało i budziło złe skojarzenia, więc opracować należy „miękkie” sposoby wyrzucania z kraju najbardziej pożądanych za granicą jednostek, czy wręcz grup społecznych. Jest to zresztą zjawisko charakterystyczne dla ogółu byłych demoludów przygarniętych do Unii Europejskiej – nie za darmo przecież. Pracownicy z naszego regionu są, patrząc z perspektywy „Starej Europy”, bliżsi kulturowo i cywilizacyjnie niż Pakistańczycy, Turcy, czy mieszkańcy krajów Afryki. Łatwiej się asymilują, nie tworzą zamkniętych enklaw bezprawia, nie wrzeszczą o dżihadzie i lepiej pracują za stosunkowo niskie stawki. Czegóż chcieć więcej?

Może zatem zachodni stratedzy od gospodarki uznali, że w perspektywie kolejnych dekad nadal będą potrzebowali u siebie tanich robotników, bo nie wszystko da się opędzić półniewolniczą produkcją w krajach azjatyckich. A ponieważ w międzyczasie w Polsce jakoś tak się stało, że na skutek nadmiernej materialnej eksploatacji zasobów ludzkich przestały rodzić się dzieci, to komuś tam zaświtał pomysł, że skoro tak, to warto by wypchnąć „na rynek pracy” nieco wcześniej kolejne roczniki, które nie znalazłszy w Polsce niczego do roboty, naturalną koleją rzeczy zasilą zachodnie gospodarki, przyczyniając się do wzrostu tamtejszego dobrobytu.

IV. Neokolonialna eksploatacja zasobów ludzkich

Aby ten scenariusz miał szanse na realizację musi zostać oczywiście spełniony podstawowy warunek: Polska i inne kraje w podobnej sytuacji nie mogą ekonomicznie „dogonić Europy”. I póki co, nie doganiają, chory system gospodarczy ulega petryfikacji, czemu dodatkowo sprzyja postępująca zapaść szkolnictwa obezwładnianego kolejnymi reformami, sprowadzającymi się do konsekwentnego zaniżania standardów edukacji na wszystkich poziomach. Oczywiście, „ministerki” Hall i Szumilas nie zostały wprowadzone w tak doniosłe ustalenia – bo i po co? Im całkowicie wystarczy zaczadzenie zachodnimi, postępowymi nowinkami, by wszystko toczyło się w kierunku pożądanym przez właściwych decydentów. Weźmy np. fetysz „modelowania kształcenia pod kątem potrzeb współczesnego rynku pracy”. Przepraszam, a skąd nasze „ministerki” wiedzą jak będzie wyglądał „rynek pracy” około 2030 roku? Na jakie zawody, na jakich specjalistów będzie zapotrzebowanie? Efekt? Kształci się niedouczonych, pozbawionych elementarnej wiedzy, za to obrobionych ideologicznie „lemingów” - idealny materiał na tanią siłę roboczą, o której jest tu mowa.

Może zresztą nikt nikomu nie nakazywał niczego wprost. Może po prostu na jakimś euro-szczycie szepnięto naszym mężykom stanu coś w tym guście: „Damy wam jakieś eurofundusze ekstra, będziecie mieli się czym pochwalić, tylko wiecie, niepokoi nas wasza sytuacja demograficzna i jej konsekwencje dla stabilności gospodarczej i finansów publicznych. Zastanówcie się, czy nie warto by zainterweniować i powiedzmy, wypuścić na rynek dodatkowego rocznika. Przemyślcie sobie tę sugestię...” Albo wyglądało to jeszcze inaczej. W każdym razie, za ten obłęd przyjdzie nam niedługo słono zapłacić. To trochę jak w kraju pogrążonym w wyniszczającej wojnie, gdy pod broń powołuje się coraz młodszych rezerwistów dla uzupełnienia strat. Tyle, że ci „poborowi” będą służyli komu innemu, w innej gospodarczej „armii”. Ot, taka neokolonialna eksploatacja zasobów ludzkich. Prędzej czy później skończy się to katastrofą na wszelkich możliwych poziomach.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

niedziela, 25 sierpnia 2013

Felieton referendalny

…czyli wspomnieniowa anegdotka ilustrująca zdolności managerskie Hanny Gronkiewicz-Waltz.

I. Prymas-patriota

Wywiad Prymasa Polski, abp. Józefa Kowalczyka (Kontakt Informacyjny „Cappino”), udzielony „Rzeczpospolitej”, w którym dostojny hierarcha ujął się był tkliwemi słowy za urzędującą prezydent Warszawy Hanną Gronkiewicz-Waltz, natchnął mnie wspomnieniami z beztroskich lat młodości, kiedy to zdarzyło mi się otrzeć o jedną z zarządzanych przez „Bufetową” instytucji. Przy okazji tylko zauważę, że nikt jakoś nie podniósł rabanu, iż Kościół miesza się do polityki, a „kler” wziął się za wskazywanie sił politycznych słusznych i niesłusznych. Tym razem reżimowe mediodajnie przyjęły jednoznacznie polityczną wypowiedź „klechy” jako coś naturalnego, a może wręcz godnego pochwały, jako że skrytykował on niekonstruktywną ekstremę, której referendum się zachciało – a wszak wiadomo nie od dziś, że polskie społeczeństwo nie dorosło do demokracji. Zapisy referendalne są po to, żeby było ładniej, a nie po to, by za ich pomocą podejmować dzielące ludzi „akcje polityczne”. Jasne? Jasne. No to wracam do wertowania pachnących płatków wspomnień, że tak szampańsko zażartuję.

II. Fucha

Otóż, przez jakiś czas zdarzyło mi się dorabiać jako tragarz w Narodowym Banku Polskim na Świętokrzyskiej w Warszawie - w czasach, kiedy prezesem tegoż była Hanna Gronkiewicz-Waltz. Ludzie, ależ to była fucha! Siedzieliśmy mianowicie w kilku chłopa w kanciapie mieszczącej się na którejś z podziemnych kondygnacji (bo trzeba Wam wiedzieć, że tam pod ziemią jest chyba tyle samo co nad ziemią) i całymi dniami rżnęliśmy w karty. Urządzaliśmy regularne turnieje karciane – w tysiąca, trzy pięć osiem i co tam jeszcze wpadło do głowy – za wyjątkiem brydża, bo to już nie były te czasy, w których młodzi ludzie się tą grą interesowali. Co jakiś czas w kanciapie odzywał się telefon – nie za często, ot tak co półtorej lub co dwie godziny i wtedy zmianowy odrywał wzrok od kart i mówił: „no dobra, kto szedł ostatnio? Aha, no to teraz pójdziesz ty”. Z reguły trzeba było dostarczyć parę ryz papieru do ksero do któregoś z gabinetów, czy coś w ten deseń. Brało się ręczny wózek, szło do magazynu, pobierało i odwoziło tam gdzie trzeba. A że gmaszysko jest ogromne (od wewnątrz robi o wiele większe wrażenie, niż z zewnątrz), to czasem, gdy punkt docelowy znajdował się w oddalonym miejscu, schodziło i 40 minut. Pod warunkiem, że dostarczyciel nie zabłądził w labiryncie korytarzy i sektorów na jakie podzielony jest budynek NBP, bo wtedy rzecz jasna trwało to jeszcze dłużej.

I tak to mniej więcej schodził nam dzionek cały, w leniwym szeleście kart, przerywanym co jakiś czas dzwonkiem telefonu. Atrakcją dnia zaś było wyjście do stołówki, gdzie za jakieś kompletnie śmieszne pieniądze można było najeść się różnych dobrych rzeczy. Tak, w NBP dbało się o suto dotowany furaż dla pracowników, nie powiem. Na tejże stołówce zdarzyło mi się raz zobaczyć samą panią Bufetową, choć nie jestem pewien, czy już wtedy nosiła taką ksywę.

III. HG-W i elektryczna wykładzina

W całym tym okresie jedynie raz trochę się napracowałem. Było to wtedy, gdy zajechała ciężarówka z belami wykładziny i my musieliśmy tę wykładzinę rozładować. Co ciekawe, nieco wcześniej (bo ja wiem – może ze dwa miesiące) w całym NBP wymieniano wykładzinę na nową. Cóż takiego się stało, że w ciągu tego krótkiego przecież czasu tamta poprzednia wykładzina tak bardzo zdążyła się moralnie zestarzeć? Ano stało się to, że ktoś czegoś nie dopatrzył i okazało się, że tamta „stara” wykładzina była zrobiona z jakiegoś paskudnie elektryzującego się materiału. Elektryzującego do tego stopnia, że masowo „siadały” komputery. Wyobrażacie sobie awarię sieci komputerowej w takiej instytucji jak NBP i jej możliwe konsekwencje? No więc, wykładziny trzeba było wymienić, a ja wraz z kolegami musieliśmy to wszystko dźwigać przez parę dni i nie było mowy o kartach.

I to jest właśnie powód dla którego zainspirowany wypowiedziami abp. Kowalczyka, piętnującego jałowe krytykanctwo opozycji, piszę tę notkę. Nie wiem, czy od tamtego czasu zdolności managerskie pani HG-W uległy jakimś zmianom i czy były to zmiany na lepsze, ale tamta sytuacja jasno uświadomiła mi, że pod pozorami urzędniczo-bankierskiego splendoru i dostojeństwa, w tym całym enbepie panuje zwyczajny burdel – wypisz, wymaluj jak dziś w Warszawie. Wiem oczywiście, że to zapewne nie Pani Prezes we własnej osobie zamawiała tę nieszczęsną, elektryczną wykładzinę, niemniej współpracowników odpowiedzialnych za tego typu sprawy chyba to właśnie ona sobie dobierała, nieprawdaż? I dobrała ich sobie tak, że nie panowała nad tym, co dzieje się w podległej jej instytucji. Dopiero, gdy po raz któryś z rzędu samoczynnie zrestartował się jej komputer, to dotarło do niej, że coś tu jest nie tak (takie tam ploteczki krążyły po korytarzach). No i w efekcie trzeba było na te cholerne wykładziny wyłożyć kasę dwa razy – kto bogatemu zabroni?

***

A dla nas cała ta historia zaowocowała niespodziewanym bonusem. Gdy wywalali te trefne wykładziny, zaczęliśmy się orientować, czy nie dało by rady czegoś tu dla siebie uszczknąć. Co mają się zmarnować? Odpowiedzią było stanowcze „nie” okraszone pełnymi zgrozy spojrzeniami, czego się to robolom zachciewa. Podejrzewam, że ostrzył sobie na nie zęby ktoś postawiony znacznie wyżej i stąd ten atak pryncypializmu, ale od czego jest flaszka i cieć, który w odpowiednim momencie spojrzy w inną stronę? Tak więc, w szybkim czasie wiele pokoi w akademiku na Jelonkach – nasze, znajomych i znajomych znajomych - zostało wyposażonych w prawie nowe wykładziny prościutko z Narodowego Banku Polskiego. Nam ten elektryczny materiał nie przeszkadzał, bo mało kto miał wtedy własny komputer. Ludzie, ależ była to fucha! Ale chyba już to mówiłem...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

środa, 21 sierpnia 2013

Realizm kolaborantów

Realizm proponowany przez zwolenników Zychowicza jest realizmem kolaborantów. W ten sposób całe tabuny zdrajców uwiarygadniały swe postępowanie.

I. Realiści na pasku

W dyskusji, która toczy się wokół książki Piotra Zychowicza „Obłęd 44” dostrzegam zarówno w wypowiedziach autora jaki i wśród jego zwolenników pewien niepokojący ton. Oto Powstanie Warszawskie miało być skazanym na klęskę, szaleńczym zrywem grupy nieodpowiedzialnych przywódców-żołdaków, którzy dla własnych, utopijnych mrzonek, tudzież rozdętego do absurdu poczucia honoru, doprowadzili do ruiny Warszawy i hekatomby ludności cywilnej. A przecież wystarczyło się nie mieszać i poczekać aż Hitler ze Stalinem rozstrzygną losy Polski między sobą, samemu koncentrując się na „ratowaniu substancji narodowej” (jak?!). Albo, jeszcze lepiej, dogadać się wcześniej z Niemcami i pójść na Sowietów.

Jest to myślenie dość charakterystyczne i (oprócz ostatniego punktu, czyli sojuszu z Hitlerem) przewijało się ono dotąd w co najmniej trzech grupach krytyków Powstania Warszawskiego. Pierwszymi byli oczywiście komuniści, którzy potępiali warszawską krwawą „awanturę”, rozpętaną na zlecenie „jaśnie panów z Londynu”. Od zarania PRL-u na przywódców Polski Podziemnej wylewano tony propagandowego plugastwa – wiemy dlaczego, pamiętamy, zatem nie ma co teraz szczegółowo tego roztrząsać.

Grupą drugą, czynną do tej pory, choć na marginesie, są post-endeccy „realiści” z PAX-u, tudzież „narodowi komuniści” z ZP „Grunwald”, współtworzący tzw. „endokomunę” oraz ich współcześni pogrobowcy ze środowiska „Myśli Polskiej”, czy konserwatywnych monarchistów od Adama Wielomskiego. Ci z kolei uczynili sobie z „realizmu” rodzaj listka figowego i totemu, mającego przesłonić/usprawiedliwić ich kolaborację z komuną i Sowietami, kiedy to z łaski Iwana Sierowa otrzymali monopol na „koncesjonowany patriotyzm”. Obecnie zaś ów „realizm” służy im jako uzasadnienie bezkrytycznie promoskiewskiej, naznaczonej panslawizmem, linii politycznej. Pisałem o nich w tekście „Realiści z moskiewskiej łaski”.

Trzecia grupa wreszcie, to salonowszczyzna, dla której uderzanie w pamięć o Powstaniu Warszawskim stanowi element „anty-polityki historycznej” mającej na celu uczynienie z Polaków zbiorowiska podatnych na manipulację, zatomizowanych i wykorzenionych klonów bez tożsamości - przepełnionych poczuciem wstydu i kompleksem niższości wobec elit IIIRP oraz ich brukselskich mocodawców. Tymi z kolei zająłem się w notce „Powstanie Warszawskie kontra Bogowie Demokracji”.

II. W poszukiwaniu patrona

Tak mniej więcej przedstawiało się to do niedawna. Obecnie jednak obserwujemy, wraz z ofensywą niemieckiej polityki historycznej, formowanie się kolejnej, czwartej grupy, nominalnie odwołującej się do „realizmu”, a de facto pozostającej pod wpływem narracji powstającej w Berlinie. Zwiastunem tej nowej tendencji jest Piotr Zychowicz, autor „Paktu Ribbentrop-Beck” oraz właśnie wydanego „Obłędu 44”. Zwróćmy uwagę, że wszystkie wymienione tu środowiska w zasadzie używają tego samego zestawu „antypowstaniowych” argumentów, co najwyżej nieco inaczej rozkładając akcenty, choć robią to w interesie różnych patronów, w zależności od tego gdzie im politycznie i ideologicznie bliżej – do Moskwy, Brukseli lub Berlina. Jednak Zychowicz postępuje o krok dalej, czyniąc z AK stalinowskich kolaborantów – tego jeszcze nie grali...

Nie będę tu wnikał, czy Zychowicz jest niemieckim agentem wpływu, czy tylko pożytecznym idiotą, któremu się wydaje, że oto odkrył świętego Graala polskiej racji stanu. Jestem nawet gotów przyjąć, że działa szczerze i w poczuciu narodowej misji. Nie ma to znaczenia. Znaczenie natomiast ma co innego: otóż, dylemat, czy iść z Ruskimi na Szkopów, czy ze Szkopami przeciw Ruskim, jest dylematem fałszywym, bowiem interesy obu mocarstw w odniesieniu do Europy Środkowej, ze szczególnym uwzględnieniem Polski, są idealnie zbieżne. Chodzi o to, by w tej części kontynentu nie powstało nic mogącego choćby potencjalnie zagrozić ich dominującej pozycji. Teza o rosyjsko-niemieckim kondominium jest jak najbardziej zasadna i dotyczy całości naszego regionu. Oba państwa mogą od czasu do czasu wziąć się za łby przy podziale łupów, lecz generalnych pryncypiów to nie zmienia.

Dopóki sami nie staniemy mocno na własnych nogach, a nie na protezach pożyczanych od kolejnych geopolitycznych protektorów, sytuacja ta nie ulegnie zmianie. Tymczasem odnoszę wrażenie, że oto mamy do czynienia z próbą wyszukania sobie nowego patrona: po Moskwie, Stanach Zjednoczonych i Brukseli, ktoś doszedł do wniosku, że może tym razem warto by postawić na Niemcy, skoro i tak są obecnie hegemonem Europy. To ślepy zaułek i strata cnoty bez zarobienia choćby rubla (czy euro). Niemcy miałyby pozwolić, by pod ich patronatem wyrosła silna, niezawisła Polska? Wolne żarty.

III. Realizm kolaborantów

Literacką działalność Zychowicza na niwie historycznej publicystyki odczytuję właśnie w tych kategoriach – szukania sponsora, zaś przesłanie jest oczywiste. Mamy do czynienia z nastręczaniem się w charakterze sojusznika-satelity, w tym przypadku w zakresie propagandy historyczno-symbolicznej. Jak wspomniałem wyżej, jestem nawet gotów przyjąć, że motywacją Zychowicza i jego zwolenników (np. Ziemkiewicz, Cenckiewicz) są – jakkolwiek kuriozalnie by to zabrzmiało - pobudki patriotyczne. Oni naprawdę mogą sądzić, iż strategiczny sojusz z Niemcami leży w polskim interesie. Odnajduję tu echa działalności i poglądów Władysława Studnickiego (tak, była również i pro-niemiecka endecja ;) ) I tu wracamy, do tak chętnie podnoszonego przez przeciwników Powstania – i generalnie, wrogów tradycji insurekcyjnej – realizmu.

Otóż, ten realizm – czy to w wydaniu komunistów, „endokomuny”, salonowszczyzny, czy też Zychowicza i spółki – jest realizmem kolaborantów. W ten sposób na przestrzeni naszej historii całe tabuny zdrajców uwiarygadniały swe postępowanie, co trafnie odczytał Sienkiewicz wkładając w usta Janusza Radziwiłła „państwowotwórczą” perorę, którą magnat uwiódł Kmicica. Świeższym przykładem jest „realistyczna” argumentacja Jaruzelskiego mająca usprawiedliwić wybór „mniejszego zła”. Inni z kolei zapętlali się w nierozwiązywalne dylematy, jak margrabia Wielopolski. Zaś wynikiem mogło być tylko postępujące uzależnienie i „żadnych mrzonek, panowie” w odpowiedzi na uniżone postulaty. Boleśnie przekonał się o tym choćby Roman Dmowski podczas swej działalności w rosyjskiej Dumie.

Na zakończenie dodam jeszcze, że wbrew pozorom, Powstanie Warszawskie jest w przesłaniu „realistów” najmniej istotne. Nie byłoby Powstania, to znaleziono by coś innego w charakterze kija mającego wbić nam do głów „realizm” ubrany w szaty kolaboranckiej logiki dziejów. Może pisano by, że nieodpowiedzialni awanturnicy z „Solidarności” sprowadzili na Polskę widmo sowieckiej interwencji i noc stanu wojennego. Albo rozwodzono się nad bezsensem „bohaterszczyzny” Żołnierzy Niezłomnych. Bowiem w proponowanej nam optyce każde wystąpienie przeciw opresji i przemocy silniejszego jest obarczonym ryzykiem „obłędem”, zaś najlepsze co można zrobić to skorzystać z okazji, żeby siedzieć cicho.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/realisci-z-moskiewskiej-laski

http://niepoprawni.pl/blog/287/powstanie-warszawskie-kontra-bogowie-demokracji

piątek, 16 sierpnia 2013

Gra kredytem

Banki, napędzając koniunkturę na kredyty walutowe, z premedytacją zakładały na klientów pułapkę.

I. „Narzędzie spekulacyjne”

Przez media przemknęła informacja o tym, że sądy w Hiszpanii i Chorwacji uznały za niedopuszczalną dotychczasową formułę kredytów hipotecznych zaciąganych w zagranicznych walutach (głównie w popularnych i u nas frankach szwajcarskich). Ba – sąd hiszpański stwierdził nawet, iż jest to „narzędzie spekulacyjne”. W efekcie, banki muszą przewalutować kredyty na pieniądz miejscowy po kursie z dnia zawarcia umowy (Chorwacja), albo umożliwić klientom spłatę jedynie pierwotnej kwoty kredytu w euro (Hiszpania). Powodem było m.in. niedostateczne poinformowanie przez banki klientów o zagrożeniach płynących z ryzyka kursowego oraz mało transparentne zmiany kosztów kredytu. Nieco wcześniej podobne działania podjął rząd węgierski – Viktor Orban najpierw zmusił banki do zaakceptowania jednorazowych spłat kredytów po urzędowym kursie niższym o ok. 30% od rynkowego, ostatnio zaś zapowiedział likwidację w ciągu kilku lat możliwości udzielania kredytów hipotecznych w obcych walutach.

Liberalny ortodoks mógłby się tu obruszyć na niedopuszczalną ingerencję w dobrowolnie zawarte umowy - w myśl rzymskiej maksymy „chcącemu nie dzieje się krzywda”. Jeszcze niedawno może sam zareagowałbym podobnie. Tak się jednak składa, że jestem w trakcie lektury książki Song Hongbinga „Wojna o pieniądz. Prawdziwe źródła kryzysów finansowych” (którą chciałbym przy okazji serdecznie polecić), w której chiński analityk finansowy strona po stronie unaocznia nam jak niewiele wspólnego z liberalną doktryną ma działalność kolejnych pokoleń bankierów – począwszy od powstania Banku Anglii z koncepcją emisji pieniądza jako długu rządowego pod zastaw przyszłych podatków. Lektura wspomnianej książki dość skutecznie odziera ze złudzeń, toteż nie mam wątpliwości, że banki napędzając koniunkturę na kredyty walutowe całkowicie świadomie zakładały na klientów pułapkę, z góry wiedząc, że kurs franka będzie stopniowo się zmieniał na niekorzyść kredytobiorców.

II. Jednostronny hazard

Kredyty walutowe można by określić jako zakład – klient przyjmuje, że kurs np. franka szwajcarskiego będzie grał na jego korzyść, bank natomiast, ma się rozumieć – odwrotnie. Tyle, że w rzeczywistości nie ma to nic wspólnego z uczciwym hazardem, gdzie obie strony startują z identycznymi losowo szansami. Tak się bowiem składa, że kreacją pieniądza, stopami procentowymi, napędzaniem koniunktur kredytowych i co za tym idzie – kondycją poszczególnych walut, zajmują się banki właśnie. Tu klient stoi na z góry straconej pozycji, niczym żółtodziób siadający do stolika z wytrawnym szulerem.

Dla przykładu – w Chorwacji, w szczycie boomu kredytowego, za franka trzeba było zapłacić 4-4,5 kuny, obecnie ok. 6 kun. W Polsce, w lipcu 2008 frank oscylował wokół 2 PLN, obecnie ok. 3,42. Niedawno zaś „GW” doniosła, iż rata kredytu we frankach zaciągniętego w 2008 przebiła ratę analogicznego kredytu złotówkowego. Generalnie, na przestrzeni ostatnich lat koszta pożyczki walutowej podniosły się o kilkadziesiąt procent. U nas ze spłacalnością kredytów hipotecznych nie jest jeszcze najgorzej, choć Polacy zadłużeni są po uszy, ale już na Węgrzech problemy ze spłatą długu we frankach ma co trzeci kredytobiorca. Zresztą, i w Polsce może być różnie, bo wzrost zadłużenia państwa to prosta droga do dewaluacji złotówki, a wtedy koszta kredytów walutowych wzrosną jeszcze bardziej.

III. Kredyt walutowy jako „gotowanie żaby”

Na powyższe nakłada się jeszcze aspekt polityczno-postkolonialny. Otóż, jak twierdzi Janusz Szewczak, banki z centralami we Francji, Niemczech i Wlk. Brytanii chętnie udzielały kredytów walutowych w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, natomiast u siebie – już nie. Czyli można podejrzewać, iż mamy do czynienia z zaplanowanym drenażem i transferem kapitału z gospodarek peryferyjnych do centrum. A jest się o co bić, gdyż na skutek orzeczenia chorwackiego sądu, w samej tylko Chorwacji banki mogą stracić ok 1 mld euro. Ile zyskały na walutowym procederze w innych krajach? Nic dziwnego, że się odwołują, bo z ich punktu widzenia może to być szkodliwy precedens.

Oczywiście, można twierdzić, że przecież kredyty walutowe tak czy inaczej były do tej pory bardziej korzystne, niż te zaciągane w pieniądzu lokalnym – głównie na skutek niższego oprocentowania. Coś jednak każe mi podejrzewać, zważywszy na podobny rozwój sytuacji w wielu krajach (Polska, Węgry, Chorwacja, Hiszpania), że banki celowo grały na zniechęcenie klientów do kredytów w walutach narodowych, stawiając zaporowe warunki i naganiając ich do kredytów frankowych – by następnie, metodą „gotowania żaby” w długookresowej perspektywie tak zmieniać kurs, by ostatecznie wyciągnąć więcej, niż uzyskałyby z pożyczek hipotecznych np. w złotówkach. A pamiętać należy, że kredyty hipoteczne zaciąga się często na dziesięciolecia.

I na zakończenie. Kredyt to życiodajny tlen dla bankowości. Bez pożyczek banki nie zarabiają. Warto się zatem zastanowić, czy gdyby kredyty w walutach obcych były zabronione, to banki wciąż piętrzyłyby trudności przed kredytami w miejscowej walucie – nie obarczonej „ryzykiem kursowym”, które to „ryzyko”, jak się okazuje, ponosi na koniec wyłącznie klient. Spoglądajmy zatem z uwagą na Węgry i poczynania Viktora Orbana w jego zmaganiach z banksterską międzynarodówką.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Marsz Niepodległości 2013

Wygląda na to, że dopóki PiS i Ruch Narodowy nie przyjdą do opamiętania, to „dwa płuca polskiego patriotyzmu” będą oddychać oddzielnie.

I. Przeciw Systemowi III RP

Na swoim blogu na Niepoprawnych.pl wstawiłem licznik odmierzający czas do tegorocznego Marszu Niepodległości. Podobnie zrobiłem po Marszu 2011 w reakcji na medialną nagonkę rozpętaną po starannie sprowokowanej zadymie na Placu Konstytucji i gościnnych występach niemieckich bandziorów z „Antify” zaproszonych przez tutejsze lewactwo z „Porozumienia 11 Listopada”. Nie ukrywam, że między innymi właśnie to wściekłe ujadanie reżimowych mediodajni robiących za pudła rezonansowe Dyktatury Matołów z jej zastępami przebierańców-prowoków, tajniaków i jawniaków od pałowania, kopania po twarzy, gumowych kul, gazów i co tam jeszcze mają w pacyfikacyjnym repertuarze – że całe to natężenie werbalnej i fizycznej pogardy do tej części narodu, która ośmieliła się odrzucić „pedagogikę wstydu” sprawiło, iż wziąłem udział w zeszłorocznym Marszu. Bo kiedy usiłują nas gnoić, nie wolno udawać, że nic się nie dzieje.

Zresztą, Marsz od początku - a co najmniej od czasu jego „umasowienia” - funkcjonował na kilku płaszczyznach przekazu. Prócz uczczenia rocznicy odzyskania niepodległości i oddania hołdu tym, którzy położyli najwięcej zasług i ofiar na drodze do wolności, ze szczególnym uwzględnieniem sekowanej do niedawna tradycji endeckiej, mieliśmy również do czynienia z demonstracją „pozytywnej niezgody” - na bylejakość obecnej Polski, na zaprzaństwo jej „zastępczych elit”, na pełzające wynaradawianie Polaków i inżynierię społeczną mającą nas przerobić w luźne zbiorowisko wykorzenionych klonów bez tożsamości. Po Marszu 2011 doszło jeszcze pragnienie pokazania Obozowi Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, że prowokacje służb i medialne szczucie nie robią na nas wrażenia.

II. Nie masz poza PiS-em życia na prawicy...

No i, drodzy Państwo, niedawno oznajmiono mnie i dziesiątkom tysięcy uczestników, że to wszystko było niepotrzebne. Że szczekaczki i Dyktatura Matołów w gruncie rzeczy miały rację, twierdząc że ten cały Marsz Niepodległości jest zlotem niebezpiecznych zadymiarzy, faszystów i podpalaczy. Wynika to wprost ze słów wiceprzewodniczącego PiS, Mariusza Kamińskiego, który w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” stwierdził m.in. „(...) po wydarzeniach z ostatnich lat, weźmiemy odpowiedzialność za organizację obywatelskich obchodów Święta Niepodległości 11 listopada. Nie można bowiem przyzwalać na sytuacje, w których grupa nieodpowiedzialnych osób dąży jedynie do konfrontacji z policją, uniemożliwiając w ten sposób innym godne manifestowanie przywiązania do tradycji niepodległościowej.” Jacek Sasin z kolei stwierdził na antenie „Trójki”, iż „Po ostatnim 11 listopada posłowie z komisji spraw wewnętrznych mieli okazję oglądać materiały policyjne, z których wyraźnie wynikało, że przyszli tam ludzie, których jedynym celem było wywoływanie burd.

Ja naprawdę wolałbym tu uniknąć tanich złośliwości, niemniej nie sposób nie zauważyć, że do pewnego momentu politycy Prawa i Sprawiedliwości gadali jednak z innego klucza, potępiając policyjne represje, prowokacje i chwaląc masową, patriotyczną demonstrację. Ba, nie widzieli żadnych przeciwwskazań, by samemu uczestniczyć w Marszu i poogrzewać się wizerunkowo w jego ciepełku. Aż do momentu, gdy jego organizatorzy ogłosili zamiar powołania Ruchu Narodowego. Wtedy, zgodnie z niepisaną regułą, że poza PiS-em nie ma życia na prawicy, Marsz przestał się podobać, a taki redaktor Sakiewicz nagle ze zgrozą odkrył w komitecie honorowym obecność Jana Kobylańskiego i postanowił wystawić marszową reprezentację Klubów „Gazety Polskiej” „razem ale osobno” z odrębnym wiecem na koniec.

Ten ostatni pomysł zresztą, patrząc perspektywicznie, mógł się okazać całkiem sensowny i racjonalnie zagospodarować w jednej pojemnej formule poszczególne odłamy patriotycznych środowisk, którym wszak z rozmaitych względów nie zawsze musi być po drodze z narodowcami. Jak się zdaje, właśnie chyba takie podejście przyświecało działaczom Ruchu Narodowego, kiedy złożyli PiS-owi propozycję wspólnego marszu zakończonego kilkoma różnymi wiecami. Ale dla opozycyjnych monopolistów to nie honor dołączać do inicjatywy współorganizowanej przez Ruch Narodowy, który wedle słów Mariusza Kamińskiego „nie rośnie w siłę i nie jest dla nas żadną konkurencją. Ma poparcie w granicach 1 proc. i z naszych badań nie wynika, by jego polityczna siła znacząco wzrosła.” Słowo daję, że jak cenię sobie pana posła Kamińskiego za Ligę Republikańską i szefowanie CBA, tak jego obecne oblicze partyjnego aparatczyka potrafi być nieraz dość odpychające. Tak się zastanawiam – czy pan Kamiński nie widzi, że jego słowa o zadymiarzach stawiają go w jednym rzędzie z propagandowymi tubami władzy, czy nie przymierzając – z ministrem Bartłomiejem Sienkiewiczem i jego pogróżkami pod adresem „faszystów”?

III. Ciosy na oślep

Oczywiście, nie jest tak, że narodowcy nie mają w tym konflikcie niczego za uszami. Zeszłoroczna demonstracja wzbudziła we mnie szereg zastrzeżeń, które szczegółowo opisałem w notce „Co dalej z Marszem?”. Między innymi, organizatorzy porzucili „ekumeniczne” spektrum ideowe na rzecz monopolu endecji (ani razu nie wspomniano o Piłsudskim!), boleśnie odczułem też brak jakichkolwiek wzmianek o Smoleńsku, zupełnie jakby był to temat zbyt „pisowski”. W podsumowaniu wyraziłem obawę, że jak tak dalej pójdzie, masowy Marsz Niepodległości zmieni się w środowiskową imprezę narodowców – odpadać będą kolejne środowiska zrażone zbytnią „hermetyzacją” przekazu, aż historia zatoczy koło i wrócimy do punktu wyjścia, czyli ONR plus Młodzież Wszechpolska okraszone jakimiś drobniejszymi organizacjami.

Nie można również pominąć milczeniem szeregu jawnie nieprzyjaznych i kompletnie niepotrzebnych komunikatów kierowanych przez Ruch Narodowy pod adresem PiS-u. Wrzucanie Prawa i Sprawiedliwości do jednego worka z Platformą i resztą politycznych emanacji Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP to jakaś aberracja, jeśli wziąć pod uwagę jak histerycznie i wszelkimi dostępnymi metodami zwalczane jest to ugrupowanie i środowiska społeczne z nim związane. Ambiwalentna postawa w kwestii Tragedii Smoleńskiej budzi co najmniej niesmak, by nie powiedzieć więcej. Robienie ze śp Lecha Kaczyńskiego chłopca do bicia za ratyfikację Traktatu Lizbońskiego to już gruby i prymitywny populizm, zważywszy na to, jak Prezydent do końca usiłował się z tego aktu wywikłać. Zarzuty te brzmią tym bardziej obłudnie, że formułowane są przez środowiska, które ponoć hołdują „realizmowi” nakazującemu grę stosowną do politycznych okoliczności i układu sił.

Można odnieść wrażenie, że RN szuka swej tożsamości wręcz na oślep, pragnąc za wszelką cenę – również cenę zdrowego rozsądku – odróżnić się nie tylko od władzy, ale również od głównej siły opozycyjnej. To wpychanie kolanem PiS-u do „republiki Okrągłego Stołu” jest bezsensowne o tyle, że można by spokojnie znaleźć wiele innych różnic, bez tworzenia niepotrzebnej złej krwi. Tym bardziej, że narodowcy celują jednak w inny segment elektoratu, stawiając sobie za cel głównie aktywizację tych, którzy nie widzą dla siebie reprezentacji na obecnej scenie politycznej. I jeszcze jedno – chyba przywódcom RN nie uderzyła sodówka na tyle, by wierzyć, że będą samodzielnie rządzić „zaraz po PiS-ie”, jak twierdzi ostatnio Ziemkiewicz? Bo takie palcem na wodzie pisane efektowne diagnozy są przejawem zwykłego chciejstwa – jak najdalszego od racjonalnej kalkulacji.

Generalnie, mamy do czynienia z dążeniem do zachowania opozycyjnego monopolu politycznego i dominującej pozycji w obozie patriotyczno-niepodległościowym z jednej strony, z drugiej zaś z próbą zbudowania wyrazistego wizerunku opartego na przesłaniu „wszyscy poza nami są umoczeni w kolaborację z systemem III RP”. Póki co, korespondencyjnym testem będą dwa równoległe marsze 11 Listopada.

IV. Dwa płuca polskiego patriotyzmu

Nie ukrywam, że dla mnie (i pewnie nie tylko dla mnie) – osoby światopoglądowo pozostającej gdzieś pomiędzy post-piłsudczykami z PiS a neo-endekami z Ruchu Narodowego, oraz przy okazji od wielu lat wyborcy Prawa i Sprawiedliwości - sytuacja ta jest pewnym kłopotem, zmuszającym do dokonania wyboru na który absolutnie nie mam ochoty. Uważam, że ta wymuszona polaryzacja jest sztuczna i szkodliwa. Na marginesie: celowo nie zajmuję się w tym tekście klimakteryjnym szczytowaniem organizowanym 11 Listopada przez Tuska i możliwym zlotem lewactwa, bo na to nie mamy wpływu. Gorzej, że jak widać nie mamy również wpływu na poczynania politycznych herosów z parlamentarnej i pozaparlamentarnej opozycji, którzy najwyraźniej postanowili urządzić sobie zawody frekwencyjne na konkurencyjnych imprezach w ramach walki o rząd dusz patriotycznego elektoratu. My, tu na dole, mamy za zadanie im tę frekwencję nabić drepcząc grzecznie w pochodzie... tylko, no właśnie – w którym? A potem, w zależności od sympatii, ekscytować się wyliczeniami gdzie było nas więcej: u PiS-u czy u narodowców? Aż się odechciewa...

No cóż, „marszowego” licznika z bloga nie zdejmę, do Warszawy zapewne się wybiorę, bo jednak chodzi tu o coś więcej, niż partykularne ambicyjki liderów - choć nie ukrywam, że uczynię to z dalece mniejszym entuzjazmem, niż w zeszłym roku. Wciąż uważam, że postulowane przeze mnie „dwa płuca polskiego patriotyzmu” tak czy inaczej się zmaterializują. Po pierwsze dlatego, że ludzi o narodowych przekonaniach nie da się trzymać bez końca w polityczno-społecznej piwnicy. Po drugie, obozowi patriotyczno-niepodległościowemu potrzeba tlenu zaczerpniętego z obu tradycji – piłsudczykowskiej i endeckiej. Wygląda jednak na to, że dopóki obie strony nie przyjdą do opamiętania, płuca te będą oddychać oddzielnie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/dwa-pluca-polskiego-patriotyzmu

http://niepoprawni.pl/blog/287/ruch-narodowy-nowoczesni-endecy

http://niepoprawni.pl/blog/287/perspektywy-ruchu-narodowego

http://niepoprawni.pl/blog/287/co-dalej-z-marszem