piątek, 15 września 2017
Pod-Grzybki 113
niedziela, 10 września 2017
„Unijna” sądokracja?
Batalia o sądownictwo stanowi dla KE wymarzony pretekst, by zalegalizować praktykę mieszania się w dowolną sprawę wewnętrzną każdego państwa członkowskiego.
I. Kampania wrześniowa
Wraz ze zbliżającym się terminem ultimatum, jakie Komisja Europejska słodszymi od malin ustami Fransa Timmermansa postawiła przed Polską w sprawie „praworządności”, dobiega końca chwilowy rozejm w batalii o sądownictwo (a tak naprawdę o suwerenność, o czym za chwilę). Niemal słyszę dobiegający z brukselskich zbrojowni szczęk szykowanego oręża... to jest, przepraszam - złowrogi szelest papierów opisujących przeróżne „procedury dyscyplinujące”, tudzież inne męki na jakie wydadzą nas nieubłagani inkwizytorzy europejskiego postępu, jeśli tylko po dobroci Polska nie wyzna swych herezji i nie odetnie się od błędów i wypaczeń, żałując gorzko za grzechy. Również w kraju wszystkie Mazguły wraz przychówkiem w postaci małych Mazgulątek szykują na jesienną kampanię kolejne „łańcuchy światła”, nowe buty do kopania w policyjne barierki, organizacje pozarządowe czekają na kasę i sygnał od Sorosa, zaś „totalna opozycja” - na hasło z Berlina.
Wszystko to oczywiście pod warunkiem, że prezydent Duda dotrzyma słowa i zgłosi nowe projekty ustaw w miejsce tych zawetowanych 24 lipca (nawiasem – co za data! 24 lipca 1794 r. król Stanisław August Poniatowski przystąpił do Targowicy...). Drugim warunkiem natomiast jest zawartość obiecywanych projektów. Jeśli znajdą się w nich rozwiązania faktycznie uderzające w sądokrację i naruszające interesy „nadzwyczajnej kasty ludzi” - wówczas wojna rozgorzeje na całego, a prezydent Duda znów zostanie w masowym przekazie symbolicznie zdegradowany do roli „Adriana”. Niewykluczone jednak, że finalnie trafi do Sejmu jakaś kosmetyka podsunięta prezydentowi np. przez panią prezes Gersdorf, wedle zasady, żeby mimo zmian wszystko pozostało po staremu. Wówczas pan prezydent zostanie pochwalony (być może nawet przez „Gazetę Wyborczą”) jako człowiek rozsądku, kompromisu i umiaru, niczym nie przymierzając sam Tadeusz Mazowiecki, w którego ugrupowaniu pan Duda za młodu terminował zdobywając pierwsze polityczne ostrogi – a układ beneficjentów III RP wyda zbiorowe westchnienie ulgi, bo jego interesy zostaną zabezpieczone.
Do tej drugiej ewentualności skłaniają mnie losy nieszczęsnej ustawy frankowej, z której wbrew buńczucznym zapowiedziom wyszedł jakiś kadłubkowy potworek – bo skoro prezydent ugiął się przed zgrają banksterskich lobbystów i lipnymi „wyliczeniami” KNF na podstawie „danych” usłużnie podsuniętych przez banki, to niby jakim cudem ma nagle nabrać tyle odwagi, by pójść na udry z prawniczym establishmentem, w tym własnymi profesorami i promotorami? Nie wspominając już o tajemniczej rozmowie z Angelą Merkel, co do której, przypomnę, Kancelaria Prezydenta poinformowała, że mowa była jedynie o „Trójmorzu”, wizycie Trumpa i szczycie G-20 w Hamburgu – a dopiero od rzecznika niemieckiego rządu dowiedzieliśmy się, że przede wszystkim rozmawiano o „stanie polskiej praworządności”. Zastanawiająca rozbieżność. No, ale zobaczymy, może jednak pan prezydent miło nas zaskoczy.
II. O co toczy się gra
W każdym razie, przy tej okazji warto sobie powiedzieć o co tak naprawdę toczy się gra. Bynajmniej nie o krystaliczną czystość sławetnego „trójpodziału władz”. Gdyby wysokie unijne organy podchodziły do sprawy z takim pryncypializmem, to na dzień dobry pogoniłyby Niemcy, gdzie nie tylko sędziów najwyższych instancji wybiera spec-komisja złożona po połowie z posłów do Bundestagu (wedle parytetu układu politycznych sił) oraz ministrów sprawiedliwości krajów związkowych, ale i sami sędziowie mogą należeć do partii politycznych (i często należą, bo to pomaga w karierze) niczym za wujka Adolfa do NSDAP. Niechby u nas Ziobro wyskoczył z takim pomysłem – to dopiero byłby krzyk na całą Europę! Przyznała to zresztą niemiecka prasa stwierdzając, że białym ludziom z Niemiec taki system nie szkodzi ze względu na ugruntowaną „tradycję niezależności”, ale tych Hotentotów znad Wisły lepiej mieć na oku. Jednak nawet niemieckie procedury mają swoje wstydliwe zakamarki, co ujawnił „Der Spiegel” cytując pewnego prawnika biorącego udział w wyborze sędziów – stwierdził on mianowicie, iż „pewne osoby są niepożądane, ale tego nikt otwarcie nie przyzna”. I to jest wzorzec praworządności w iście pruskim duchu – niezawisłość niezawisłością, ale porządek musi być!
A zatem o co chodzi? Rozhuśtanie sytuacji wokół Polski i w samej Polsce – to raz. Stający okoniem rząd PiS jest Berlinowi potrzebny jak dziura w moście, toteż należy dołożyć wszelkich starań, by w zbuntowanej prowincji przywrócić porządek. A że „przecież nie możemy wjechać czołgami do Polski” - jak melancholijnie zauważył niemiecki eurodeputowany Elmar Brok w wywiadzie dla „FAZ”, to najlepiej załatwić sprawę polskimi rękami wspierając tutejsze „społeczeństwo obywatelskie” (co otwarcie ogłosił „Die Welt”) - by finalnie znów zainstalować w Warszawie gauleitera Tuska. Do powyższego dochodzi atawistyczna odraza jaką żywią do wszelkiej prawicy zlewaczeli euromandaryni, połączona z obawą, że polska zaraza rozleje się po Europie i ludzie zaczną głosować nie tak jak trzeba – niebezpieczeństwo więc należy zdusić w zarodku, niczym w 2007 r.
Ale i to jeszcze dalece nie wszystko. Kluczowym elementem jest założenie wyrażone wprost przez Fransa Timmermansa (jak dobrze, że oni w swej arogancji są przynajmniej szczerzy i niczego nie musimy się domyślać, wszystko mamy wyłożone na tacy) – takie mianowicie, że kwestia sądownictwa nie jest „wewnętrzną sprawą Polski”, ponieważ „sądy są częścią systemu unijnego”. Cóż to oznacza? Ano ni mniej, ni więcej, tylko wyjęcie z państwowych prerogatyw całego ogromnego i dotykającego wszystkich obywateli obszaru władzy, jakim jest wymiar sprawiedliwości. Skoro bowiem sądy są „częścią systemu unijnego”, to lokalnemu rządowi zostawia się co najwyżej nader ograniczone uprawnienia z zakresu bieżącej obsługi administracyjnej – żeby sądom nie zabrakło pieniędzy na papier, toner do drukarek i spinacze. Cała reszta natomiast ma przejść pod troskliwy nadzór organów unijnych, stojących na straży „praworządności”. Jestem dziwnie pewien, że przytłaczającej większości sędziów taki układ bardzo by pasował, bo w praktyce oznacza on całkowitą nieodpowiedzialność przed jakimkolwiek zewnętrznym ciałem – a dla Brukseli jest to kolejny krok w likwidowaniu znienawidzonych tam państw narodowych.
III. Wspólnota interesów
Jak widzimy zatem, obecna rozgrywka dalece wykracza poza spór, kto będzie mianował członków Sądu Najwyższego czy KRS. Dla Komisji Europejskiej stanowi ona wymarzony pretekst, by metodą faktów dokonanych poszerzyć swą władzę poza ramy unijnych traktatów i de facto zalegalizować praktykę mieszania się w dowolną sprawę wewnętrzną każdego państwa członkowskiego (oczywiście – za wyjątkiem Niemiec i może jeszcze Francji czy Włoch, bo już Hiszpanii – niekoniecznie). Bo niby dlaczego w skład „systemu unijnego” wchodzić mają wyłącznie sądy? Wszak w „zjednoczonej Europie” wszystko jest częścią systemu naczyń połączonych. Weźmy takich urzędników – przecież decydują oni o wydawaniu unijnych funduszy! Czy zatem Bruksela nie powinna mieć tu czegoś do powiedzenia, tak by głupie, krajowe rządy nie obsadzały stanowisk dyletantami, tylko odpowiednimi fachowcami z atestem wydawanym przez Komisję Europejską? Co za tym idzie, rząd żadną miarą nie powinien też mieć prawa, by takich atestowanych urzędników zwalniać ot tak sobie, bez pytania o zgodę. Idę o zakład, że gdyby zapytać naszych urzędników, to zgodnie stwierdziliby, że właśnie tak być powinno.
Widzimy więc sami, dlaczego Timmermans tak ochoczo poszczekuje i kąsa w imieniu Angeli Merkel – zachodzi tu bowiem daleko idąca wspólnota interesów. Komisji Europejskiej zależy na uzurpowaniu sobie kolejnych kompetencji zwierzchnich. A że Berlin tak czy inaczej zawiaduje tym brukselskim cyrkiem, więc patrzy na to z aprobatą – bo dzięki temu będzie miał jeszcze sprawniejsze narzędzie do dyscyplinowania maluczkich. Jeżeli teraz ugniemy się przed tym dyktatem – to będzie pozamiatane.
Gadający Grzyb
Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 36 (08-14.09.2017)
Ideologiczna tresura za norweską kasę
Fundusze norweskie to bezwstydne futrowanie publicznymi środkami lewicy kulturowej, otwarcie dążącej do zniszczenia obecnego porządku społecznego.
Kontynuując wątek sprzed tygodnia – czyli raport „Ordo Iuris” unaoczniający, co z tzw. „funduszami norweskimi” wyprawia Fundacja Batorego – warto na wstępie przypomnieć rzecz podstawową. Otóż środki otrzymywane w ramach mechanizmu EOG nie są prywatnymi pieniędzmi darowanymi polskim NGO-som przez jakiegoś „filantropa” pokroju George'a Sorosa, który tym samym może dowolnie decydować jakie jego szajby i fiksacje będą z nich sponsorowane i kto w poszczególnych krajach ma tymi funduszami zawiadywać. Nawiasem, nawet w takim przypadku coś do powiedzenia powinno mieć państwo, bo jeśli pieniądze te są wykorzystywane w celach dywersyjnych – godzących w porządek konstytucyjny danego kraju, służących wewnętrznej destabilizacji, obaleniu legalnych władz – wówczas takiego sponsora wraz z jego pieniędzmi należy wziąć za kołnierz i wystawić za drzwi, zaś futrowane przez niego instytucje poddać ścisłemu nadzorowi, w sytuacjach skrajnych zaś – zdelegalizować, jako obcą agenturę. Coś podobnego właśnie usiłuje na Węgrzech zrobić Viktor Orban, ponieważ Soros nawet nie ukrywa wrogich celów, jakie mu przyświecają. Niemniej, w przypadku „funduszy norweskich” mamy do czynienia – podkreślmy to – z środkami publicznymi, przekazywanymi Polsce i innym krajom zgodnie ze stosownymi porozumieniami międzynarodowymi. To nie jest, jak zauważa „Ordo Iuris”, charytatywna darowizna, lecz ekwiwalent za otwarcie naszych rynków na towary, usługi i kapitał.
W tym kontekście skandalem jest, że Norwegia usiłuje dyktować nam, jakie podmioty powinny być operatorami przekazywanych pieniędzy – tym bardziej, że formalne wymogi określają jedynie, że dana organizacja ma dochować „najwyższego stopnia przejrzystości, odpowiedzialności i gospodarności, a także zasady dobrego rządzenia, zrównoważonego rozwoju, równouprawnienia płci i równych szans” oraz zasady „zerowej tolerancji dla korupcji”. Innymi słowy – nigdzie nie jest napisane, że musi być to Fundacja Batorego, na co uporczywie naciska norweski rząd, a i sama Fundacja sprawia wrażenie, jakby miliony przeznaczane na „społeczeństwo obywatelskie” należały się jej w ramach zapisanego w niebiesiech przyrodzonego porządku świata.
Tymczasem fundusze te wydatkowane są przez Fundację Batorego na sponsorowanie lewicowej agendy w przestrzeni publicznej, co kłóci się z obiektywizmem i równouprawnieniem - o „zrównoważonym rozwoju” nie wspominając. Jak podnoszą autorzy raportu, tendencyjna alokacja środków jest efektem fragmentarycznej reinterpretacji takich pojęć jak „dyskryminacja”, czy „wykluczenie”, co skutkuje faworyzowaniem pewnych grup społecznych dobranych arbitralnie, wedle lewicowego klucza ideologicznego, kosztem innych – a więc, paradoksalnie, dyskryminacją i wykluczaniem z którym ponoć Fundacja ma walczyć. Mamy zatem wśród beneficjentów wiele inicjatyw środowisk LGBTQ, proaborcyjnych, feministycznych, pro-imigranckich – lecz żadnej „pro life”, na rzecz rodzin wielodzietnych, czy promujących chrześcijański system wartości. Łącznie w ramach przeciwdziałaniu dyskryminacji i wykluczeniu (rozumianych w sposób lewicowy) wydano 49,1 mln. zł. (237 projektów).
Przykłady? Fundacja Przestrzeń Kobiet – 154 tys. zł. na „kobiety LGBTQ”; Stowarzyszenie Interwencji Prawnej – 344 876 zł. na „osoby LGBT”; Fundacja „Klamra” - 314 988 zł. na „walkę z tzw. »mową nienawiści«”; Lambda Warszawa – 183 328 zł. na „uczniów LGBT”; Fundacja na Rzecz Różnorodności Polistrefa – 221 586 zł. na walkę z nauczaniem religii w szkołach publicznych; Stowarzyszenie Kofe(m)ina – 225 tys. zł. na walkę z „opresyjnym konstruowaniem tożsamości płciowej” w szkole; Stowarzyszenie Edukacji Krytycznej – 145 136 zł. na działania na rzecz sprowadzenia uchodźców do Wrocławia... i tak dalej w tym guście – w sumie wymienione są 64 tego typu projekty. Autorzy zwracają uwagę, że wiele z nich wymierzonych jest w konstytucyjny i prawny porządek państwa – czyli małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, wolność wyrażania przekonań religijnych, czy wreszcie wolność słowa, bo do tego sprowadza się klasyfikowanie krytyki zachowań nieheteronormatywnych jako „mowy nienawiści”. Niektóre z dofinansowanych inicjatyw przekraczają przy tym granice groteski, jak 62 516 zł. przeznaczonych na „walkę z dyskryminacją osób z zaburzeniami identyfikacji płciowej w środowiskach… aktywistów LGBT”. Za tę skromną kwotę, jak napisano w sprawozdaniu „wzmocniono 26 osób transpłciowych” - co oznacza 2 404 zł. na jedną „wzmocnioną” osobę.
Mamy zatem jawne (by nie rzec bezwstydne) futrowanie publicznymi środkami lewicy kulturowej, otwarcie dążącej do zniszczenia obecnego porządku społecznego. Norwegowie grożą nam przy tym zamrożeniem funduszy, jeśli Polska nie pozwoli Fundacji Batorego w dalszym ciągu wydawać pieniędzy na ideologiczną tresurę. Cóż, niech w takim razie zabierają się do wszystkich diabłów – przynajmniej różni „inżynierowie dusz” nie będą mieli za co uprawiać swych chorych eksperymentów na żywej tkance społeczeństwa.
Gadający Grzyb
Na podobny temat:
Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 36 (08-14.09.2017)
piątek, 8 września 2017
Niemcy chcą nam zainstalować Tuska
Czy Angela Merkel wkroczy do gry robiąc roszadę – Tusk do Warszawy, Duda do Brukseli?
I. Mitteleuropa-bis
Zacznijmy od tego, co wszyscy wiemy. Obecne rządy Prawa i Sprawiedliwości z Jarosławem Kaczyńskim jako nieformalnym „naczelnikiem” to dla Niemiec skrajnie niewygodna i irytująca sytuacja. Przez osiem lat namiestniczej władzy PO Berlin przyzwyczaił się, że polska kolonia – istna perła w koronie Mitteleuropy – nie tylko nie neguje niemieckiej hegemonii, ale wręcz uprzedza życzenia swego patrona – tak, jak to było ze słynnym „hołdem pruskim” Radosława Sikorskiego, gdy wzywał Niemcy do „wzięcia odpowiedzialności za Europę”. Jak pamiętamy z historii, „branie odpowiedzialności za Europę” jest odwiecznym niemieckim celem i marzeniem, sięgającym korzeniami średniowiecza i Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Ów „cesarski uniwersalizm” mający jednoczyć kontynent pod kierownictwem Niemiec pozostaje niezmiennym wyznacznikiem polityki Berlina – na przestrzeni wieków zmieniały się jedynie zewnętrzne pozory i metody. Jest złośliwym rechotem historii, że po dwóch przegranych wojnach światowych Niemcy są dziś o krok od upragnionego celu – wykorzystując jako wehikuł dominacji struktury Unii Europejskiej, która wszak powstała m.in. po to, by trzymać Niemcy w ryzach.
Aby jednak komfortowo umościć się na tronie, Niemcy potrzebują głębszego oddechu, lebensraumu – a ten zapewnić im może tylko obszar Środkowej Europy z kluczowym elementem w postaci uzależnionej od nich Polski. Stąd też powrót do koncepcji Mitteleuropy (choć starannie unika się tego terminu) – czyli zbudowania wokół Niemiec grona państw satelickich stanowiących gospodarcze zaplecze, źródło taniej siły roboczej i rynek zbytu. Mówimy tu o współczesnej formie kolonializmu, z tą różnicą, że owe kolonie nie znajdują się gdzieś hen za morzem, lecz poręcznie, tuż pod bokiem, co znacznie ogranicza koszty eksploatacji i sprzyja budowaniu efektywnych szlaków komunikacyjnych na osi wschód-zachód. Kolonie te, pozostające w strukturach UE i formalnie dysponujące wszelkimi zewnętrznymi atrybutami suwerenności, mają jeszcze ten walor, że swymi głosami wspierają na forum unijnym niemieckie projekty, stanowiąc tym samym dla Berlina dodatkową dźwignię polityczną.
Aby opisywany tu mechanizm sprawnie funkcjonował spełniony winien zostać podstawowy warunek – w krajach Mitteleuropy rządzić musi każdorazowo ekipa z berlińskiego nadania, będąca wyrazicielem interesów „metropolii”. Stąd pieczołowite konstruowanie V kolumny, zarówno jeśli chodzi o ugrupowania polityczne, jak i instrumentarium społecznego oddziaływania – media, fundacje, system stypendialno-grantowy – niestrudzenie pracującego na rzecz przedstawiania Niemiec jako niedosiężnego wzorca cywilizacyjno-kulturowego do którego winniśmy równać. Bo wszak „demokracja kolonialna” polega na tym, by spacyfikowane i utrzymywane w permanentnym poczuciu niższości społeczeństwo wybierało właściwie.
II. Bunt w kolonii
Do pewnego momentu wszystko grało – Polska systematycznie wyrzekała się własnych podmiotowych aspiracji na rzecz płynięcia z „głównym nurtem”, rezygnując ze swych elementarnych interesów i sławiąc dobrodziejstwa euro-funduszy wydawanych pod dyktando mandarynów z Brukseli. Aż tu nagle coś zazgrzytało – Polacy uświadomili sobie, że gonią w piętkę (bo ceną, jaką Berlin z naszych pieniędzy płacił swej ekspozyturze, było milczące przyzwolenie na konserwację antyrozwojowych patologii), na dodatek zaczęli mieć serdecznie dosyć wciskanej im od 1989 r. „pedagogiki wstydu”. W efekcie, w 2015 r. pogonili rządzących z berlińskiego nadania folksdojczów i zagłosowali na ugrupowania zmiany – PiS i Kukiz'15. Z niemieckiego punktu widzenia był to po prostu bunt. I tak też traktują rząd PiS, który z różnym powodzeniem, ale jednak usiłuje realizować suwerennościową agendę – jako uzurpatorów w zrewoltowanej kolonii. A ponieważ dziś Berlin już nie może wysłać tu korpusu ekspedycyjnego, niczym w 1904 r. do Namibii, by ten wyrżnął w pień autochtonów, to walka toczy się innymi metodami, lecz z równą bezwzględnością.
Przywróceniu starego porządku służyć mają zarówno naciski zewnętrzne, zmierzające do międzynarodowej izolacji Polski, tak by funkcjonowała w skrajnie nieprzyjaznym otoczeniu, jak i próby wewnętrznej destabilizacji kraju, by w konsekwencji, mówiąc hasłowo, Polacy zatęsknili za Tuskiem i epoką „ciepłej wody w kranie”. Przy czym sama Angela Merkel woli trzymać się dyskretnie w cieniu, jako że ostentacyjne mieszanie się niemieckiego rządu w nasze wewnętrzne sprawy mogłoby wywołać efekt odwrotny do zamierzonego. Taktykę tę jakiś czas temu otwartym tekstem wyłuszczył „Die Welt” piórem Alexandra Wölla. Otóż, twierdzi on, iż „krytyka z Niemiec pod adresem Polski zawsze umacnia kogoś, kogo nie chcemy wspierać” – konkretnie, Jarosława Kaczyńskiego. Dlatego też „zmiany musi zaprowadzić samodzielnie polskie społeczeństwo obywatelskie”, a „wtrącanie się Niemiec do polskich spraw siły te raczej osłabi niż wzmocni”. Podwójne weto prezydenta Dudy wobec ustaw o KRS i Sądzie Najwyższym ocenia on jako sukces „strategii niemieszania się”. Basuje mu Thomas Vitzthum, twierdząc iż „w Berlinie wiąże się nadzieję z tym, że obecny przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk stanie w szranki z partią Kaczyńskiego”, zaś wstrzemięźliwość Angeli Merkel w komentowaniu sytuacji w Polsce „ma sprzyjać przygotowaniu gruntu dla Tuska do wyborów”.
Oczywiście nie oznacza to, że Merkel rezygnuje z gry na innych fortepianach. Ton niemieckiej prasy pozostaje niezmiennie skrajnie wrogi wobec polskiego rządu, co jest niewątpliwie obliczone na wywołanie rezonansu na Wisłą. Rola polskojęzycznych mediów z niemieckim kapitałem jest od lat ogólnie znana. Do tego dochodzi uruchomienie brukselskich marionetek – tych wszystkich „guyów”, Timmermansów i Junckerów, mających pod byle pretekstem wszczynać antypolskie hece i groteskowe procedury dyscyplinujące. Na powyższe nakłada się ekscytowanie wewnętrznych niepokojów w myśl hasła „ulica i zagranica”. Słowem, jak pisałem tu niedawno – plan zakłada obalenie niewygodnego rządu polskimi rękami przy wsparciu zagranicznych ośrodków nacisku, tak by umożliwić powrót Tuska na białym koniu i zaprowadzenie „porządku w Warszawie”.
A czasu jest coraz mniej, bowiem Niemcy czują, że wymyka im się z rąk nie tylko Polska, ale cały region. Do pewnego momentu Merkel mogła bagatelizować Grupę Wyszehradzką czy inicjatywę Trójmorza – ale w momencie, gdy wsparcia naszemu regionowi udzielił Donald Trump, zaczęła się inna rozmowa. Europa Środkowa powiązana gazociągami tłoczącymi gaz z polskiego gazoportu (i w przyszłości chorwackiego na wyspie Krk) oraz podłączona do Baltic Pipe z gazem z norweskich złóż, do tego ze szlakami komunikacyjnymi na osi północ-południe takimi jak Via Carpatia, wszystko zaś pod amerykańskim parasolem (a Trump nie ukrywa, że gra na osłabienie Niemiec) – temu Berlin nie może się biernie przyglądać, stąd instalacja Tuska w Warszawie staje się zadaniem priorytetowym.
III. Roszada Tusk za Dudę?
Powyższe tłumaczy, dlaczego PO i Nowoczesna prowadzą, zdawałoby się, samobójczą politykę, dekonspirując się jako niemiecka partia w Polsce. Inaczej po prostu nie mogą. Są zakładnikami - i to podwójnymi. Po pierwsze, są zakładnikami paramafijnych układów oligarchii III RP, funkcjonujących m.in. za niemieckim przyzwoleniem. Po drugie - są zakładnikami swych niemieckich protektorów i muszą realizować ich agendę, nawet na własną polityczną zgubę. A w Berlinie najwyraźniej liczą na powtórkę scenariusza z 2007 r. - pozostaje mieć nadzieję, że Polska jest już innym krajem niż wówczas.
Cóż jednak mają zrobić Niemcy, gdy polska gospodarka i budżet mają się dobrze, a PiS ma stabilne poparcie wzmacniane dodatkowo transferami socjalnymi i niskim bezrobociem? Muszą grać na rozbicie, dezintegrację obozu rządzącego (co również byłoby powtórką z 2007 r.).
I w tym miejscu, na koniec, sformułuję daleko idącą hipotezę co do której bardzo chciałbym się mylić, ale sądzę, że powinna zostać wypowiedziana na głos. Czy nagły przypływ „niezależności” prezydenta Dudy związany jest ze słynną 45-minutową rozmową telefoniczną z Angelą Merkel? Czy weta oraz niedawna odmowa generalskich nominacji mają z tym związek? Mówiąc wprost: czy Angela Merkel obiecała Dudzie jakieś stanowisko w Brukseli po zakończeniu kadencji? Przecież na zdrowy rozum, jeżeli Duda będzie kontynuował obecną linię, to PiS nie wystawi go do kolejnych wyborów – a to oznacza śmierć polityczną, bo bez partyjnego wsparcia nie ma co liczyć na drugą kadencję. Oczywiście, na brukselski stołek Andrzej Duda musiałby zasłużyć – np. blokując PiS-owi kluczowe reformy, tak by rząd pogrążył się w paraliżu, zaś obóz patriotyczny – w wewnętrznych wojenkach, być może zakończonych rozłamem. A w odpowiednim momencie Angela Merkel wkroczyłaby do gry robiąc roszadę – Tusk do Warszawy, Duda do Brukseli. Sądzę, że najbliższe tygodnie i zachowanie prezydenta dadzą nam odpowiedź - tymczasem zostawiam Państwa z tym materiałem do przemyśleń.
Gadający Grzyb
Na podobny temat:
Merkel i Duda, czyli caryca Katarzyna i król Stasio
Timmermans – lewacki burak roku
Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 36 (06-12.09.2017)
Pod-Grzybki 112
Obłęd – zaraz po zamachach w Katalonii pochodzący z Kaukazu nożownik do którego przyznało się ISIS zaatakował ludzi na jakimś syberyjskim zadupiu. Oczywiście, ponieważ w Rosji wszystko jest największe, to i owo zadupie, czyli miasto Surgut (nawet nie próbujcie ściemniać, że nie musieliście sprawdzać w Google gdzie to jest) również jest spore – ponad 300 tys. mieszkańców. Ale ja nie o tym. Otóż rosyjskie władze za Chiny nie chcą przyznać, że był to zamach – i słuszna ich racja. Biedaczek pewnie zmarzł i postanowił – jak to w Rosji – pomachać sobie nożem dla rozgrzewki. Niefortunnie jednak jacyś ludzie ciągle podłazili mu pod ostrze. I tak osiem razy...
*
IPN wszczął śledztwo w sprawie składania przez Wałęsę fałszywych zeznań odnośnie papierów „Bolka”. Ileż razy mam powtarzać – nie czepiajcie się Lecha. Szukajcie jego złego brata-bliźniaka Bolesława - to wszystko jego wina, a poczciwy Lechu wreszcie odetchnie, bo nie będzie musiał dłużej kryć tej zakały cesarskiego rodu Valensów!
*
„Jeżeli się pan już obudził pięć dni po nawałnicy, skoro jest już pan przytomny, do pracy” - zaapelował Mariusz Błaszczak do marszałka województwa pomorskiego Mieczysława Struka po fali nawałnic, jakie nawiedziły północno-zachodnią Polskę. Wywołało to spazmy oburzenia od „Wyborczej” po Durczoka. I słusznie. Przecież Struk jest z PO, więc jest niewinny. Z definicji. Natomiast Błaszczak jest z PiS, zatem jest winny. Też z definicji.
*
Posłanka PO Agnieszka Pomaska wymyśliła sobie razem z TVN24 „ustawkę” – pojechała do gminy dotkniętej przez nawałnicę z pilarką i agregatem prądotwórczym, żeby wręczyć je przed kamerami poszkodowanym. Niestety, jej osobówka zakopała się w piachu i musieli wyciągać ją strażacy, co stało się obiektem internetowej szydery. Oj, panowie, nie znacie się na kobietach – przecież ona zabuksowała się tam specjalnie, żeby mógł ją uratować zastęp dziarskich chłopaków. Pamiętacie, jak Fiona w „Shreku” przygotowywała się na ratunek ze strony wyczekiwanego rycerza? No właśnie. Tyle, że zamiast rycerza zjawił się ogr – wynika z tego, że w przypadku Pomaskiej powinien był ją uratować Schetyna. Ciekawe, czy by ją to uszczęśliwiło...
*
Jarosław Kaczyński zadeklarował, że 10 kwietnia 2018 r. odbędzie się ostatnia miesięcznica smoleńska – staną pomniki i poznamy prawdę. Co do pomników – zgoda. Co do prawdy – wątpię. Komentatorzy twierdzą, że Kaczyński szukał formuły jak wyjść z twarzą z konfrontacji z UBywatelami RP. Ja sądzę, że raczej stracił cierpliwość do Macierewicza – bo na każdej miesięcznicy wołając po raz n-ty o dochodzeniu do prawdy chcąc nie chcąc musiał świecić za niego oczami – a przy okazji za różne sensacyjne i niesprawdzone wrzutki z jakich zaprzyjaźniona z Macierewiczem „Zona Wolnego Słowa” zrobiła sobie model biznesowy, skutecznie przy tym kompromitując smoleńskie śledztwo. Nie będę się tu silił na dowcipną pointę, bo to wszystko jest przede wszystkim niezmiernie smutne.
Gadający Grzyb
Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 36 (06-12.09.2017)
czwartek, 7 września 2017
Biegnij lewaku, biegnij!
Bieganie stało się ideologią i swoistym znakiem identyfikacyjnym – to forma tożsamościowej terapii grupowej, tudzież wyznacznik statusu społecznego.
I. Awantura wokół maratonu
Kanikuły nieubłaganie dobiegły końca („jesień idzie/nie ma na to rady”), ale żeby nie było nam smutno, to wyjątkowo pozwolę sobie na lżejszy temacik, który odkładałem ze względu na natłok poważniejszych spraw, jakimi wypadało się tu zająć. Rzecz jest jednak ciekawa o tyle, że dobrze oddaje stan ducha i umysłu w jakim pozostaje dość szczególna część naszych obywateli. Jak Państwo za chwilę się przekonają, oni żyją w stanie takiego permanentnego napięcia psychicznego, że wystarczy mała iskra, by wszyscy gremialnie eksplodowali i wylecieli na orbitę. Zatem posłuchajcie.
Otóż 24 września w stolicy odbędzie się Maraton Warszawski, który swym patronatem objął prezydent Andrzej Duda. Ta straszliwa wieść spowodowała istne tsunami hejtu. W „internetach” biegacze jeden przez drugiego oznajmiali, że z kim jak z kim, ale z takim patronem to oni nie pobiegną, mowy nie ma. Jako jeden z pierwszych absencję zgłosił Tomasz Lis, stwierdzając, że organizatorzy „zalecają się do władzy” - a za nim poszła reszta. Rozległy się krzyki o „upolitycznianiu sportu”, „propagandzie”, „wybielaniu Adriana”, niektórzy zaś poczuli się w obowiązku zadeklarować „wstyd”, że wzięli w biegu udział przed rokiem, kiedy to... również patronem był Andrzej Duda. Rzecz bowiem w tym, iż patronat prezydencki jest stałym elementem imprezy – wcześniej sprawował go Bronisław Komorowski, co jak widać uczestnikom nie przeszkadzało. Jeden z komentatorów posunął się wręcz do stwierdzenia, że Duda nie przebiegłby 100 m, - co jest tezą oryginalną o tyle, że obecny prezydent uprawia narciarstwo, czyli sport wymagający raczej mocnych nóg. Mamy tu więc przykład typowej nienawistnej zaćmy. Przypominają się ogłupiali od propagandy ludkowie, którzy twierdzili niegdyś w sondażach, że Kwaśniewski jest wyższy od Olechowskiego i lepiej wykształcony niż dr Krzaklewski. Duda przynajmniej nie musiał żreć przed kampanią wyborczą na okrągło kapuśniaku – i może dlatego go tak nie rozdęło, jak Kwaśniewskiego wkrótce po objęciu urzędu.
Histeryzujących biegaczy zgasił organizator, Marek Tronina pisząc: „To nie politycy są problemem tego kraju. To Wy nim jesteście – nienawidzący inności, odmiennych poglądów, innego systemu wartości, celów i potrzeb. To Wy daliście sobie wmówić, że za inność należy się wykluczenie. I przenosicie te swoje frustracje, swoje poczucie wyższości etyczno-moralnej, na wszystko wokół. Zatruwacie. I nie potraficie zawiesić tej swojej wojenki nawet na czas igrzysk”.
II. Bieganie wyznacznikiem statusu
I tu jest clou sprawy. Skoro jednak, drogie lewaki, plujecie na prezydenta, to pozwolę sobie i ja strzyknąć przez zęby jadem „prawackiej nienawiści”, demaskując przy okazji prawdziwe emocjonalne, polityczne tudzież ideologiczne podglebie towarzyszące dużej części uczestników masowych wydarzeń sportowych w rodzaju warszawskiego maratonu.
Okazuje się bowiem, że główną motywacją napędzającą wspomnianych alienów, nie jest wcale żaden sport, tylko dowartościowująca ich ideologia. Całe to bieganie i udział w maratonach to nie zwyczajne hobby uprawiane dla przyjemności, zdrowia i urody. Dla przyjemności to ja biegałem sobie w czasach liceum, w latach '90, zanim stało się to modne, a na mój widok ludzie pukali się w czoło. Nie, proszę Państwa - bieganie jest dziś sposobem na okazanie swojej wyższości moralno-ideowej, formą odróżnienia się od ciemnogrodu, „Januszy” i „pisiorów”. Bo biegają ludzie fajni i na poziomie. My, powiadają biegacze, nie naginamy ot tak sobie, dla sportu. To deklaracja. Manifestacja postępu i lepszości. I pokaz zajefajnych butów oraz termoaktywnych „inteligentnych” koszulek, okularów rodem z NASA i kosmicznych bidonów, na które na pewno nie stać „pięćsetplusów”. Tamci, jak już koniecznie chcą biegać pod pisiorskim patronatem, to niech dymają na jakichś własnych, ciemnogrodziańskich i prowincjonalnych spędach, jak ten cały... jak mu tam... Hałaś. Ale od naszych postępowych warszawskich maratonów – wara! Bo tu, kurna, jest demokracja, tolerancja i przyzwoitość, ot co!
Bieganie zatem staje się ideologią i swoistym znakiem identyfikacyjnym – to forma tożsamościowej terapii grupowej, tudzież wyznacznik statusu społecznego. Tu wreszcie możemy się spotkać my – lepsza część społeczeństwa i pobiec razem, świadomi przynależności do elitarnego towarzystwa. Na złość tym wszystkim „Januszom”, „Grażynom”, „Sebom” i „Jessicom”. Niech gryzą palce w poczuciu marginalizacji i upokorzenia na widok naszych umięśnionych łydek. A za rok pobiegnie z nami sam pułkownik Mazguła z Wałęsą i dopiero pisiorom pójdzie w pięty!
Jak łatwo zauważyć, takie podejście jest w prostej linii kontynuacją znanej z PRL-u formuły różnych „biegów masowych” i „kryteriów ulicznych”, które to laickie formy liturgiczne odprawiane były nieodmiennie w jakiejś słusznej, postępowej intencji - światowego pokoju, rozbrojenia, internacjonalistycznego braterstwa itd. One też dawały odpór wrażym imperialistycznym siłom i pokazywały jedność moralno-polityczną narodu oraz tężyznę fizyczną socjalistycznej młodzieży. Ponieważ załapałem się jeszcze na PRL-owską podstawówkę, więc pamiętam, jak za zdychającej, jaruzelskiej komuny wypędzono nas pewnego dnia całą szkołą na ulicę i kazano obiec dookoła kilka kwartałów miasta. Nikt nie wiedział na co, ani po co, poza tym, że było to męczące. Co sprytniejsi skrócili sobie trasę, przebiegając bramami kamienic w poprzek, na skróty - ciekawe, czy teraz w Warszawie też tak robią? Pokażę się na starcie, zademonstruję swą gotowość, by dymaniem po asfalcie dać odpór „faszyzmowi” - a potem hyc do bramy.
III. Certyfikat wyższości
Podobnie rzecz się ma z jazdą na rowerze (a może „roweringiem”? - tak zabrzmi bardziej europejsko). Z tymi wszystkimi „masami krytycznymi” mającymi dać słuszny odpór „samochodziarzom”, którzy z definicji, jako że przemieszczają się na czterech kółkach i smrodzą, stanowią niższą formę bytu, godną jedynie politowania. Natomiast „roweringując” pokazujesz, że jesteś nowoczesny, fit i trendy. Oczywiście nie dotyczy to „wsioków” na ich zdezelowanych wehikułach, pałętających się prowincjonalnymi poboczami, często „pod wpływem” - oni są żałośni i tak samo godni pogardy jak samochodziarze, bo na pewno biorą „pięćsetplus”. My „pięćsetplusów” nie lubimy, bo to przekupny, pisiorski motłoch. Sami wprawdzie też bierzemy te pięćset, bo dają, ale po pierwsze - nigdy o tym nie mówimy w towarzystwie; po drugie zaś - odbieramy swoje pięćset z głęboką wzgardą, ba – wręcz odrazą, bo zmuszeni jesteśmy je pobierać niczym jakiś, nie przymierzając, moher z kruchty. Poza tym, w przeciwieństwie do tej hołoty ze wsi, doskonale byśmy sobie bez tego poradzili - a nawet jeszcze lepiej, niż wtedy gdy dają. Jak Platforma i ogólnie ludzie na poziomie wrócą do władzy, to zlikwidują to futrowanie biedoty, a nam z pewnością obniżą podatki - i dopiero wtedy pożyjemy! A motłoch wróci tam, gdzie jego miejsce zamiast obsrywać nasze plaże.
Tymczasem jednak „roweringujmy” i biegajmy, żeby nie być jak ci „Janusze”, którzy nie biegają i nie „roweringują”, tylko zatruwają nam atmosferę swoimi starymi oplami i volkswagenami. Zakazać tego! Niech zapychają na piechotę, skoro nie stać ich na czadowy rower. A sprzęt musi być wypasiony i z bajerami, bo inne psują wizualnie nasze ścieżki rowerowe i nie pasują do mykającego nimi nowoczesnego i upajającego się własną wyjątkowością towarzystwa.
Powyższe zatacza coraz szersze kręgi – dotyka nawet staroświeckiego, poczciwego chodzenia po górach, które przemianowano na super-modny „trekking”. Swoją drogą, dawno temu, w gronie znajomych żartowaliśmy sobie, że jeśli ktoś w turystyce górskiej wyczuje kasę, to zaraz zrobi z tego modę, nazwie z „amerykańska” (prognozowaliśmy nazwę „mounting”) i zacznie wciskać różne gadżety, bez których wstyd się będzie pokazać na szlaku – no i proszę, słowo stało się ciałem. Aż boję się w swoich starych traperach i spranych bojówkach wyjechać w góry...
Gadający Grzyb
Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 35 (01-07.09.2017)
Fundusze norweskie pod lupą
Fundacja Batorego zrobiła z „funduszy norweskich” narzędzie ideologicznej tresury Polaków.
Co bardziej leciwi Czytelnicy być może jeszcze pamiętają, jak wieki temu, czyli przed kilkoma miesiącami, brałem pod lupę system tzw. „funduszy norweskich” i mechanizmy towarzyszące ich podziałowi, tudzież wyłanianiu lokalnych „operatorów”. Przypomnę pokrótce, iż moje zastrzeżenia dotyczyły takich kwestii, jak: - nadreprezentacja wśród operatorów (czyli podmiotów odpowiedzialnych za podział środków w poszczególnych krajach) instytucji będących w istocie filiami międzynarodowych „korporacji” pozarządowych, ze szczególnym uwzględnieniem NGO-sów związanych z Georgem Sorosem; - tendencyjność w podziale pieniędzy przejawiającą się w dotowaniu głównie inicjatyw o lewicowo-liberalnym profilu światopoglądowym; - postawę norweskiego rządu roszczącego sobie prawo do arbitralnego wyboru lokalnych kooperantów (formalnie mamy oczywiście „transparentny” konkurs, który jednak dziwnym trafem wygrywa ten, kto ma wygrać – u nas jest to powiązana z Sorosem Fundacja Batorego); - wreszcie, podnosiłem kwestię tego, że fundusze EOG nie są „jałmużną” dla ubogich, lecz formą opłaty wnoszonej przez Norwegię, Islandię i Liechtenstein za dostęp do unijnego rynku i strefy Schengen, będącej odpowiednikiem składki członkowskiej w UE.
Miło mi zatem poinformować, że powyższe w ogromnej mierze znalazło potwierdzenie w raporcie przedstawionym niedawno przez instytut „Ordo Iuris”, co jest istotne o tyle, że temu konserwatywnemu think-tankowi fachowości nie odmawiają nawet jego ideowi przeciwnicy. Dokument zatytułowany jest obszernie „Obywatele dla demokracji. Ocena prawidłowości alokacji środków Mechanizmu Finansowego EOG (tzw. »funduszy norweskich«) przez Fundację im. Stefana Batorego oraz opis postulowanych zmian obecnego modelu” - i stanowi w zasadzie zewnętrzny audyt dotychczasowego rozporządzania środkami z puli EOG (Europejskiego Obszaru Gospodarczego) w ramach programu „Obywatele dla Demokracji”. Audyt ten, co tu dużo mówić, wypada dla Fundacji Batorego miażdżąco. W pierwszym rzędzie autorzy podkreślają skrajną nierównomierność rozdzielanych pieniędzy, sprzeczną z zasadą zrównoważonego rozwoju. Dość powiedzieć, że na 620 dofinansowanych projektów, aż w 245 przypadkach beneficjentami były organizacje z Warszawy, a w 51 – z Krakowa. W przełożeniu na konkretne sumy oznacza to, że z ogólnej puli 130,8 mln, zł. w latach 2013-2017 do podmiotów z województwa mazowieckiego trafiło 65,6 mln. zł., a do województwa małopolskiego – 17,6 mln. zł. Dla porównania – w województwach podkarpackim, lubuskim, świętokrzyskim i opolskim wsparto odpowiednio 10, 7, 4 i 2 inicjatywy. Organizacje pozarządowe np. w woj. świętokrzyskim otrzymały 700 tys. zł, zaś w opolskim – 185 tys. zł.
Warto w tym miejscu nadmienić, iż Fundacja Batorego broniła się w oświadczeniu z marca 2017 r. podnosząc, iż po prostu w województwach mazowieckim i małopolskim zarejestrowanych jest najwięcej organizacji pozarządowych - co jest prawdą, ale jedynie częściową. Otóż jeśli spojrzymy na stopień „nasycenia” organizacjami w przeliczeniu na 10 tys. mieszkańców, to okaże się, że różnice między poszczególnymi regionami Polski (z wyjątkiem Mazowsza, gdzie na 10 tys. obywateli mamy 40 organizacji) są śladowe: Małopolska – 33 organizacje na 10 tys. mieszkańców, opolskie – 31, świętokrzyskie – 30.
Zasadny okazał się również zarzut o preferowaniu organizacji o profilu lewicowym i liberalnym – w ramach ścieżek „Walka z dyskryminacją” i „Przeciwdziałanie wykluczeniu” otrzymały one 21,2 mln. zł., czyli 43 proc. ogólnej puli środków. Organizacje chrześcijańskie musiały zadowolić się kwotą 1,5 mln. zł. - i to na projekty neutralne światopoglądowo. Potwierdza to moje podejrzenia z felietonu „Międzynarodówka operatorów”, że mamy tu do czynienia z typowym listkiem figowym – Fundacja Batorego bowiem broniła się we wspomnianym oświadczeniu, że wspiera np. Caritas, czy Towarzystwo im. św. Brata Alberta, nie dodając jednak, że chodzi tu jedynie o działalność charytatywną tych podmiotów, zaś dofinansowanie aktywności o charakterze – mówiąc wprost – inżynierii społecznej zarezerwowane jest wyłącznie dla organizacji lewicowych (i to często skrajnie).
W podsumowaniu autorzy raportu rekomendują m.in. decentralizację podziału środków na szczeblu regionalnym, większą równowagę światopoglądową w doborze beneficjentów, analizę wniosków pod kątem zgodności z porządkiem konstytucyjnym (raport zarzuca Fundacji Batorego wspieranie inicjatyw będących w sprzeczności np. z wolnością sumienia i wyznania, bądź godzących w prawną ochronę rodziny i małżeństwa), wreszcie – postulują, by rząd wzorem Czech zagwarantował sobie w negocjacjach z Norwegią prawo do samodzielnego wyboru operatora programu (o czym Norwegia nie chce słyszeć). Krótko mówiąc – chodzi o to, by rzeczywiste efekty działania „funduszy norweskich” pokrywały się z deklarowanymi celami budowy „społeczeństwa obywatelskiego”, póki co bowiem są one – nazywając rzecz po imieniu - narzędziem ideologicznej tresury Polaków.
Gadający Grzyb
Na podobny temat:
Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 35 (01-07.09.2017)
Trudna młodzież
Młodzi wystający ze świeczkami sami wyborów nie wygrają, ale odpowiednio ukierunkowani mogą spełnić rolę języczka u wagi.
I. Gorąca jesień
Szanowni Państwo, nadchodzi gorąca jesień, a wraz z nią nieuchronne demonstracyjne wzmożenie – bo powodów nie zabraknie. Pierwszy, to prezydenckie projekty ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa mające wkrótce wpłynąć do Sejmu w miejsce tych zawetowanych przez Andrzeja Dudę. W ciemno można obstawiać, że jeżeli będą one zakładały jakiekolwiek zmiany mające ukrócić sądokrację, to będziemy mieli powtórkę ulicznego cyrku w obronie „trójpodziału władzy”. Druga rzecz, to zapowiedziana przez Jarosława Kaczyńskiego walka o dekoncentrację mediów, co również spotka się z histerycznym oporem w imię, ma się rozumieć, „wolności prasy”. Można się spodziewać, że protesty będą jeszcze lepiej zorganizowane niż te lipcowe, bo ich uczestnicy się policzyli, zadzierzgnęli kontakty, nade wszystko zaś – dzięki wspomnianym prezydenckim wetom przekonali się, że mogą wygrać, a to bardzo podnosi morale.
W tym miejscu chciałbym po raz kolejny zwrócić uwagę naszych czcigodnych wybrańców, czyli polityków „dobrej zmiany”, na pewną specyficzną grupę protestujących, która objawiła się właśnie przy okazji niedawnych manifestacji, a która do tej pory nie angażowała się czynnie w życie publiczne. Grupą tą jest lewicowo-liberalne pokolenie 20- i 30-latków, które opisywałem już na tych łamach w takich tekstach jak „Nowa generacja” czy „Ludowa rewolucja kontra rokosz elit”. Czynię tak nie dlatego, że podzielam ich poglądy (zwłaszcza w sferze kulturowo-obyczajowej), lecz dlatego, że głupotą byłoby wpychanie ich w objęcia „totalnej opozycji” od której – przynajmniej na tę chwilę – wyraźnie się dystansują. Na dodatek, na co również zwracałem uwagę – oni nie są obarczeni atawistycznym odruchem nienawiści wobec, mówiąc hasłowo, „pięćsetplusów” i „pisiorów”, nie ma więc sensu robić sobie z nich przeciwników większych, niż obecnie. To kwestia czysto praktyczna – nie dopuścić do powiększania i jednoczenia się szeregów wroga.
II. Młodzi – języczek u wagi
Dlatego też na dzień dobry uczulam przedstawicieli obozu „dobrej zmiany” i wszystkich, którzy sądzą, że im szerzej walną na odlew tym lepiej, by wystrzegali się idiotyzmów w rodzaju nazywania dwudziestoparoletnich dziewczyn „ubeckimi wdowami” i demonstrowania hurtowej pogardy wobec wszystkich oponentów jak leci – bez różnicowania kim tak naprawdę są. Swoje bojowe zapały zostawcie na beneficjentów III RP, zaplutą w nienawistnym amoku kodowszczyznę z ich Mazgułami czy neopalikociarnię od „UBywateli RP” - bo z nimi faktycznie nie da się i nie ma sensu postępować inaczej. Natomiast ci, o których będzie tu mowa, to jednak inna para kaloszy – jest to, upraszczając, wielkomiejski prekariat, któremu często transformacja i post-balcerowiczowski model rozwoju dały w tyłek równie mocno jak nam. I oni o tym wiedzą, tyle że na autentyczne problemy znaleźli fałszywą odpowiedź (znów upraszczając - „postęp” obyczajowy i socjalizm). Póki co, na widok Schetyny czy innego Petru dostają drgawek. Nie znaczy to jednak, że ktoś ich w końcu nie zagospodaruje. I właśnie tego należy się ustrzec.
Oczywiście, ci młodzi wystający ze świeczkami sami wyborów nie wygrają, ale odpowiednio ukierunkowani mogą spełnić rolę języczka u wagi. Oni już się zaktywizowali i tego nie odwrócimy – a pamiętajmy, że na każdego demonstranta przypada X osób z jego grupy rówieśniczej na które oddziałuje. Zgodnie z teorią wieloetapowego przepływu informacji kluczowy wpływ na poglądy i decyzje ma bezpośrednie oddziaływanie najbliższego otoczenia. Rzecz w tym, żeby nie doprowadzać ich do desperacji, która sprawi, że zatykając nos zagłosują na zasadzie „wszystko, byle nie PiS”. Pamiętajmy, że oni z zasady nie ufają prawicy, bo podejrzewają ją o autorytarne zapędy - natomiast chodzi o to, by się nie zradykalizowali. A taka radykalizacja może nastąpić w każdej chwili. Już teraz dali się wmanipulować w obronę prawniczego establishmentu, bo wmówiono im, że w ten sposób bronią wolności (to dla nich pojęcie kluczowe), zapewne też pogalopują bronić mediów – o ile jednak jakieś nadgorliwe orły nie zaczną ich wyzywać od „ubeków”, to ich udział w protestach nie musi się przełożyć na głosy dla „totalnej opozycji”, co pokazał sondaż przeprowadzony po lipcowych demonstracjach – PO i Nowoczesnej nie przyrosło. Czyli, lewicowa młodzież demonstrowała nie w imieniu opozycyjnego mainstreamu, lecz niejako „obok”. Także żałosna akcja PO na plażach i Woodstocku oraz drętwe próby kokietowania młodzieży okazały się klapą. Wszystko to na kilometr jechało sztucznością i młodzi tego nie kupili.
Tyle, że za chwilę wezmą się za nich zawodowi spece od kreowania społecznych nastrojów (oni nie zwykli przegapiać takich okazji), co będzie o tyle łatwiejsze, że z obecnej perspektywy społecznej PiS to nie jest żadna „partia zmiany” (to już nie jest 2015 rok!), lecz po prostu ugrupowanie władzy. W lipcu macherzy z branży PR – Jakub Bierzyński (OMD) i Jakub Benke zgłosili projekt „społecznej organizacji, która w profesjonalny, systematyczny sposób zajmie się prodemokratycznym (i częściowo antyrządowym) marketingiem: cele, strategia, kreacja i publikacja w mediach. Ludzi i całych firm chętnych do darmowej pomocy znajdziemy teraz aż za wiele”. Słowem - „astroturfing” na masową skalę, a jego „targetem” w pierwszej kolejności będą właśnie opisywani tu młodzi ludzie, którym wmówi się, że działają w imię wyższych celów i wartości – po to, by utorowali drogę do władzy jakiejś zliftingowanej wersji starych układów.
III. Wygrać z astroturfingiem
Na szczęście, ten planowany „astroturfing” wcale nie musi się udać – o ile nie padnie na podatny grunt i nie stanie się rezonatorem oraz wzmacniaczem autentycznych, oddolnych emocji. Należy tylko uświadomić sobie kilka kwestii. Po pierwsze – perspektywa pokoleniowa. Obecne młode pokolenie w 2004 r., gdy wstępowaliśmy do Unii Europejskiej, było jeszcze dziećmi w wieku szkolnym, a 1989 r. to dla nich już w ogóle prehistoria. Dlatego narracja oparta na kombatanckich resentymentach na nich nie zadziała. Gdy ktoś ich nazywa „ubekami”, to sięgają po smartfony, by dowiedzieć się co to znaczy, a gdy się już dowiedzą, to wybuchają pustym śmiechem – w ten sposób PiS może się w ich oczach tylko skutecznie „zaorać”. Taki sam błąd popełniła z fatalnym dla siebie skutkiem druga strona hurtem zaliczając młodzież patriotyczną do „faszystów”. Młodzież lewicowa w tej chwili przechodzi w przyśpieszonym tempie ten sam proces, który stał się udziałem ich prawicowych odpowiedników w czasach dominacji salonowszczyzny. Po prawej stronie zaowocowało to chociażby półmilionowym Marszem Niepodległości. Chcemy mieć za chwilę analogiczne lewackie demonstracje? No właśnie.
Dzięki Bogu, PO i Petru również traktują ich protekcjonalnie, myśląc, że to taka młodsza wersja KOD-u. I ten błąd opozycji należy wykorzystać, tym bardziej, że sami młodzi odżegnują się od podpinania pod partyjne szyldy. Oni jeszcze nie są „zagospodarowani”. Jeszcze jest czas, by do nich wyjść i normalnie porozmawiać (również poprzez internet i media) - a wbrew pozorom, da się, trzeba tylko chcieć i umieć. Więcej, właśnie takim otwartym podejściem można ich skutecznie zneutralizować. Na PiS wprawdzie nie zagłosują, ale na tamtych też nie – i o to właśnie chodzi. Niech lewicowa młodzież, skoro już musi, głosuje zgodnie z własnym sumieniem – na jakichś „Zielonych”, na „Razem” - i niech się Zandberg cieszy, że ma te swoje 3 procent... Dlatego warto podsycać w nich niechęć do partyjnego establishmentu i weteranów salonowszczyzny, do całej tej nachapanej kasty beneficjentów III RP - bo też obiektywnie młodych prekariuszy z nimi nic nie łączy, nie mają wspólnych interesów. Tamci, niczym Bourbonowie po rewolucji, chcą wyłącznie restauracji starego porządku, nie mają dla młodych żadnej oferty – i na tej strunie warto pograć. Trzeba im unaoczniać czym jest tak naprawdę kasta sędziowska i że ich protesty utwierdzają ją jedynie w aroganckim poczuciu bezkarności. Tylko, błagam, z wyczuciem, a nie w stylu topornej propagandy a la Kurski, bo to ich nawet nie irytuje, tylko zwyczajnie śmieszy.
Niestety, PiS po znakomitych kampaniach wyborczych z 2015 r. znów zatraciło umiejętność przejrzystej i sprawnej komunikacji, powracając do oblicza siermiężnej prawicy, co skutkuje wrażeniem „obciachowości”. I tu pytanie do „dobrej zmiany” - macie ludzi zdolnych do podjęcia się zarysowanego tu zadania, czy też zafiksowaliście się już ze szczętem na wewnętrznych wojenkach? Drodzy politycy, poza wszystkim, zechciejcie łaskawie uwzględnić, że w tym i poprzednich wzmiankowanych na wstępie artykułach odwaliłem za was kawał roboty, którą powinniście byli wykonać sami, lecz bądź to z gnuśności, bądź to z przyrodzonej tępoty jakoś tego nie zrobiliście. Upraszam więc o pochylenie się nad tym tekstem, by nie skończyło się na rzucaniu pereł przed wieprze. Kończąc, przypomnę hasło niedawnej kampanii przeprowadzonej na Węgrzech: „nie pozwólmy, by Soros śmiał się ostatni”.
Gadający Grzyb
Na podobny temat:
„Ludowa rewolucja kontra rokosz elit”
„Symetryzm i postpopulizm – nowe zaklęcia liberałów”
Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 35 (30.08-05.09.2017)
Pod-Grzybki 111
Natrafiłem w sieci na taką ciekawostkę - lewicowa młodzież z „Socjalistycznej Alternatywy” na manifestacji w obronie sądokracji skandowała znane nam skądinąd hasło: „PiS-PO, jedno zło”. Pomijając oczywisty idiotyzm tego sloganu spod znaku: „tak daleko odjechaliśmy w swym radykalizmie, że z tej odległości zamazują się wszystkie różnice”, przypomnę, że powyższe motto od lat towarzyszy demonstracjom młodych narodowców i „kuców” od Korwina. Ot, całe lewactwo – zero inwencji. Nawet wiecowe frazesy musieli podkraść „prawakom”.
*
Tadam! Hillary Clinton ogłosiła, że chce zostać pastorem metodystów. Czyli, trauma po przegranej z Trumpem wciąż jeszcze nie jest zaleczona. Swoją drogą, szkoda że Clinton nie jest katoliczką – poszłaby do klasztoru śpiewać Godzinki i świat miałby z nią spokój.
*
Tyle, że Hillary Clinton jest zaciekłą lewaczką i zwolenniczką aborcji – czyli szczerą służebnicą szatana. Z tego wniosek, że niedługo u metodystów nastąpi inauguracja nowej formy liturgicznej: czarnych mszy – bo nie bardzo sobie wyobrażam, co innego pani Clinton mogłaby odprawiać za ołtarzem.
*
Andrzej Duda został patronem honorowym Maratonu Warszawskiego, co bardzo nie spodobało się jego postępowym uczestnikom – bo to „upolitycznienie sportu”. Co ciekawe, prezydencki patronat jest akurat tradycją tej imprezy i biegaczom nie przeszkadzało, że w przeszłości patronował jej „bul” Komorowski i tenże Duda w ubiegłym roku. Na forum „Wyborczej” z miejsca wylała się fala hejtu, a któryś z komentatorów stwierdził wręcz, że Duda nie przebiegłby 100 m. Cóż, zważywszy, że obecny prezydent uprawia chociażby narciarstwo, czyli sport wymagający raczej mocnych nóg, jest to teza świadcząca o kompletnej, nienawistnej zaćmie. Na podobnej zasadzie oszaleli lewacy twierdzili niegdyś w sondażach, że Kwaśniewski jest wyższy od Olechowskiego i lepiej wykształcony niż doktor Krzaklewski. Od siebie jeszcze dodam – Duda przynajmniej nie musiał się odchudzać do kampanii wyborczej jak Kwaśniewski i pierdzieć potem kapustą.
*
Ale - całe to bieganie i udział w maratonach nie jest bynajmniej zwyczajnym hobby uprawianym dla zdrowia i urody. Dla zdrowia to ja biegałem sobie dawno temu, zanim stało się to modne, a na mój widok ludzie pukali się w czoło. Nie, proszę Państwa - bieganie jest dziś sposobem okazania swojej wyższości moralno-ideowej, formą odróżnienia się od ciemnogrodu, Januszy i „pisiorów”. Bo biegają ludzie fajni i na poziomie. My, powiadają biegacze, nie naginamy ulicami ot tak sobie, dla sportu. To deklaracja. Manifestacja postępu i lepszości. I pokaz zajefajnych butów na które na pewno nie stać „pięćsetplusów”. Tamci, jak już koniecznie chcą biegać pod pisiorskim patronatem, to niech dymają na jakichś własnych, ciemnogrodziańskich i prowincjonalnych spędach, jak ten cały, jak mu tam, Hałaś. Ale od naszych postępowych warszawskich maratonów – wara! Bo tu, kurna, jest demokracja, tolerancja i przyzwoitość – ot, co!
Gadający Grzyb
„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 35 (30.08-05.09.2017)



