„Wczorajsze
dziewczyny” wpadły we własne, feministyczne sidła zastawione
jeszcze podczas „rewolucji seksualnej” z lat '60
minionego wieku.
I.
Wczorajsze dziewczyny
„Kto
chce wczorajsze gazety / kto chce wczorajszą dziewczynę”
- pytał retorycznie stary mizogin (tzn. wtedy jeszcze młody mizogin)
Mick Jagger w piosence „Yesterday's Papers”, sugerując
tym samym, że dziewczyny starzeją się równie szybko jak gazety i
puentując melancholijnie, że „nie chce ich nikt na świecie”.
Toteż ostatnio różne „wczorajsze dziewczyny” postanowiły
wziąć odwet za swój gorzki los, oskarżając w ramach akcji #MeToo
„męskie szowinistyczne świnie” o molestowanie. Do
piosenki Stonesów z 1967 roku nawiązuję nie bez przyczyny - bo to w
tamtych czasach należy upatrywać źródeł obecnego szaleństwa i
towarzyszącej mu hipokryzji, do czego wrócimy na koniec.
Jak
wiemy, obecna mania oskarżeń, której efektem jest zrównanie
rzeczywistej przemocy i gwałtów ze zwykłymi chamskimi zaczepkami czy
wręcz takimi przewinami, jak „nieodpowiednie spojrzenie”,
zaczęła się od „ujawnienia” praktyk hollywoodzkiego
producenta Harvey'a Weinsteina, który zwykł był wykorzystywać
seksualnie aktorki. Słówko „ujawniać” celowo wziąłem w
cudzysłów, bo zwyczaje Weinsteina nie były żadną tajemnicą – na
oscarowej gali w 2013 r. komik Seth
MacFarlane po odczytaniu nazwisk pięciu nominowanych aktorek dodał:
„Gratulacje moje panie! Teraz już nie będziecie musiały udawać,
że podoba wam się Harvey Weinstein”, co przez publiczność
zostało skwitowane pełnym zrozumienia śmiechem. A zatem wiedziano o
tym od dawna, co zresztą nie dziwi, bo taki model
„przypieczętowywania współpracy” jest w tamtejszym (i nie
tylko tamtejszym) środowisku filmowym normą, sięgającą do
najdawniejszych czasów „fabryki snów”, kiedy to związane
kontraktami aktorki były de facto własnością wytwórni filmowych i
musiały np. „zabawiać” na branżowych imprezach różnych
prominentnych gości. Tak więc – nihil novi. Pozostaje
pytanie, komu Weinstein się naraził, że postanowiono go w ten sposób
zdmuchnąć ze świecznika, bo w to, że dziennikarze „New York
Timesa” i „New Yorkera” doznali nagłego przypływu
moralnego wzmożenia zwyczajnie nie wierzę.
Mamy
tu piętrową hipokryzję, bowiem do zmowy milczenia na temat tego o
czym wszyscy wiedzieli należy dołożyć oficjalny, postępowy i
prorównościowy, feministyczny przekaz amerykańskich produkcji
filmowych połączony z publicznymi deklaracjami tamtejszych gwiazd i
celebrytów. Powyższe łączyło się z hojnym wspieraniem Demokratów,
a w ostatniej kampanii wyborczej – Hillary Clinton.
Republikanów można w tamtejszym światku policzyć na palcach i raczej
nie wychylają się ze swymi poglądami. A teraz różne przechodzone
„wczorajsze dziewczyny” nagle przypominają sobie o
niegdysiejszym molestowaniu, zaś męska część filmowej society
intensywnie się „pucuje” - bądź to zarzekając się, że
„nie wiedzieli”, bądź przepraszając za milczenie.
Mamy
jeśli chodzi o środowisko filmowe również i polskie wspomnienie,
kiedy to w 2009 r. m.in. panie Holland i Stalińska jedna przez drugą
broniły przed ekstradycją Romana Polańskiego oskarżonego o odurzenie
i zgwałcenie 13-letniej Samanthy Geimer, twierdząc, że te małe
lolitki same pchają się do łóżek, a często wręcz przyprowadzają je
rodzice. Bo postęp i feminizm to jedno, a kolegi trzeba bronić.
II.
Lewacka dulszczyzna
Dziś
jednak fala #MeToo rozlała się też na Polskę i co ciekawe, dotknęła
przede wszystkim środowisko lewicowe – to od feminizmów,
genderyzmów, promocji LGBTQWERTY i wszelakich dewiacji. Okazuje
się, że w tej oazie postępu za parawanem „równości płci”
kwitnie jaskiniowy, męski szowinizm o czym nagle zaczęły sobie
przypominać krajowe „wczorajsze dziewczyny”, kiedy tylko
światowa moda przekonała je, że już wolno o tym mówić bez większych
konsekwencji. Na pierwszy ogień poszedł pisarz Janusz Rudnicki,
który w kawiarni w obecności dziennikarki „Wysokich Obcasów”
Anny Śmigulec i jej koleżanki miał zawołać do wchodzącego kolegi:
„chodź, k***y już są!” - a ta, biedulka, onieśmielona
towarzystwem tak znamienitej persony, nie odważyła się zareagować i
dusiła w sobie to traumatyczne wspomnienie aż do dzisiaj. Jak się
okazało, pan pisarz, nieodmiennie deklarujący odrazę do polskiego,
nienawistnego i antysemickiego motłochu, słynął z tego typu
szampańskich bon motów, czemu błyskawicznie dały wyraz Kazimiera
Szczuka i Magdalena Żakowska wspominając o składanych publicznie
propozycjach „wzięcia na dwa baty” czy dopicia jego piwa
w zamian za „danie d***y”, bądź też przedstawianiu
towarzyszących mu kobiet jako prostytutek. Ot, zgrywus taki, a
Śmigulec niepotrzebnie panikuje. Czyli z jednej strony mamy
potępianie „przemocy słownej” i „seksistowskich
postaw” - ale we własnym gronie odkładamy prezentowane na
zewnątrz rygorystyczne poglądy do kąta, nade wszystko zaś nie
wywlekamy brudów. Lewacka dulszczyzna w czystej postaci.
Gorzej
jest w przypadku ujawnionych przez „Codziennik Feministyczny”
kolejnych skandali. Tu już mamy patologię grubego kalibru. Oto
dwóch „chłopców lewicy” (jak feministki między sobą
nazywają hipokrytów epatujących oficjalnie swoją profeministyczną
postawą) – czyli publicysta „Krytyki Politycznej”
Jakub Dymek oraz szef portalu „wyborcza.pl” Michał
Wybieralski, mieli się dopuścić odpowiednio gwałtu i pobicia swych
partnerek. Do tego z ich strony na porządku dziennym miało być
wulgarne słowne molestowanie połączone z obmacywaniem i innymi tego
typu końskimi zalotami. Pierwszy wymusił po pijaku seks na swej
ofierze (sam zaprzecza, by doszło do gwałtu) – która zresztą po
tym wszystkim... została na kilka miesięcy jego dziewczyną. Koniec
końców Dymek, wg jego oświadczenia, sam ją prosił, by pozwoliła mu
odejść, pytając na odchodnym, czy ma wobec niego jakieś pretensje.
Nie miała, co oświadczyła na piśmie (!) - aż do teraz. Rozumieją
Państwo coś z tego? Dla mnie, przyznam, te diapazony postępowości są
nieosiągalne.
Z
kolei Michał Wybieralski, rozczarowany odrzuceniem oświadczyn,
roztrzaskał o rękę obiektu swych amorów szklane drzwi, przy kolejnej
okazji zaś przyrąbał jej po pijaku „z bańki” w nos –
co stało się środowiskową anegdotką. Inną specjalnością pana
redaktora były nocne esemesy z propozycjami typu „może
pijaństwo i seks?” i obsceniczne odzywki o wsadzaniu... no
mniejsza z tym, kto chce ten znajdzie stosowne cytaty - nota bene,
wobec osób podlegających mu służbowo. A wszystko to w oparach
obłudnego pomstowania na panującą w Polsce „kulturę gwałtu”.
Podkreślmy
– lewicowe salony doskonale o tym wszystkim wiedziały, ale
wolały dywagować, czy komplement lub przepuszczenie kobiety w
drzwiach jest ze strony mężczyzny oznaką protekcjonalnego
paternalizmu. To zresztą nic nowego – wystarczy przywołać
niegdysiejszą aktywność „antyfaszysty roku” Simona Mola,
z premedytacją zarażającego swe partnerki wirusem HIV, a w przypadku
odmowy seksu szantażującego je oskarżeniami o „rasizm” -
z reguły skutecznie. Nad tym również spuszczono zasłonę ciszy, co nie
jest tylko polską specyfiką: przypomnijmy los wolontariuszki
organizacji „No Borders” zgwałconej w 2015 r. przez
sudańskich nachodźców we włoskim ośrodku w Ponte San Ludovico in
Ventimigla. Lewaccy koledzy wymogli na niej milczenie, by nie
zaszkodziła idei „świata bez granic” - i dziewczyna
siedziała cicho przez miesiąc, zanim wreszcie poszła na policję.
Wisienką na tym smrodliwym torcie jest opinia niejakiego Abida Jee –
włoskiego „mediatora kulturowego” - iż w przypadku gwałtu
„najgorszy
jest początek, później kobieta uspokaja się i cieszy się normalnym
stosunkiem seksualnym”.
III.
Dzieci rewolucji
Nie
sposób oprzeć się tu konstatacji, że „wczorajsze dziewczyny”
wpadły we własne, feministyczne sidła zastawione jeszcze podczas
„rewolucji seksualnej” z lat '60 minionego wieku. Dziś ta
rewolucja pożera własne dzieci. Rzekome wyzwolenie okazało się drogą
do opresji.
Warto tu wspomnieć o hippisowskim dziedzictwie - otóż w tych
niby-idyllicznych komunach „dzieci kwiatów” kobiety
często były zmuszane do seksu, chociażby poprzez szantaż, że „nie
chcą się dzielić miłością”. I te biedne, zindoktrynowane
idiotki najczęściej ulegały – a jeśli trafił się jeszcze jakiś
toksyczny „guru”, to sytuacja zamieniała się w koszmar,
zaś wiele ofiar „seksualnego wyzwolenia” z wypranymi
mózgami kończyło po prostu na ulicy w charakterze prostytutek.
Konsekwencją tego zatrutego dziedzictwa jest niespójne po dziś dzień
stanowisko feministek w kwestii prostytucji i pornografii. Podczas
gdy dla jednych prowadzą one do zniewolenia i uprzedmiotowienia
kobiet, to dla innych są już tylko formą samorealizacji, tudzież
wyrażania seksualnej ekspresji... Efektem jest permisywizm obyczajowy
co w połączeniu ze zideologizowaniem sfery ludzkiej seksualności oraz
lewicowym kultem transgresji (czyli przekraczania kolejnych granic, w
tym społecznych i moralnych) czyni kobiety łatwymi ofiarami i
obiektami manipulacji – zwłaszcza, jeśli się jednej z drugą
wmówi, że dając d...y na lewo i prawo „walczy z patriarchatem”.
A potem mamy płacze „wczorajszych dziewczyn”, które
uwierzyły, że z tym całym feminizmem to wszystko naprawdę.
Gadający
Grzyb
Notek
w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Artykuł
opublikowany w dwutygodniku „Polska
Niepodległa” nr 44 (13.12.2017-02.01.2018)