niedziela, 10 listopada 2019

Papież - herezjarcha

Kościół nie jest od odczytywania „ducha czasu”, ani od wywoływania innych „duchów” - lecz od tego, by „ducha czasu” kształtować.

I. Synod przeciw tożsamości

Szanowni Państwo, po Synodzie Amazońskim chyba nadszedł czas, by porzucić ostatnie złudzenia i powiedzieć sobie jasno: w Watykanie zasiada papież – herezjarcha. Cały przebieg Synodu świadczy o tym, że został on zwołany z jednym, naczelnym zamiarem: rozwodnienia katolickiej doktryny i tradycji, całej wykuwanej przez ponad dwa tysiące lat tożsamości - i przekierowania Kościoła na tory lewackiego „postępu” oraz religijnego synkretyzmu. Oczywiście, nie ma jeszcze papieskiej adhortacji podsumowującej Synod lecz postulaty Ojców Synodalnych są jasne: należy otworzyć drogę do zniesienia celibatu księży (a w dalszej perspektywie – wprowadzenia kapłaństwa kobiet) oraz włączenia do katolicyzmu elementów innych kultów, zwłaszcza tzw. religii naturalnych, szamanistycznych. Krótko mówiąc, Kościół ma „otworzyć się” na pogaństwo. Niebezpieczeństwa te w poprzednim numerze „Warszawskiej Gazety” znakomicie opisała red. Aldona Zaorska, pozwolę sobie jednak dorzucić tutaj kilka uwag.


II. Sprawa celibatu

Teoretycznie, wyświęcanie żonatych mężczyzn może być dopuszczalne – celibat nie jest dogmatem, zakorzeniał się w Kościele stopniowo na przestrzeni stuleci, zaś ostatecznie usankcjonował go wielki papież-reformator Grzegorz VII w XI w., co zostało potwierdzone w XVI w. przez Sobór Trydencki – i to pod karą ekskomuniki dla łamiących tę zasadę. Oczywiście, decyzja ta mogłaby zostać cofnięta, oznaczałoby to jednak nie żaden „postęp” lecz potężny regres w duchowym rozwoju Kościoła. Zniknąłby jeden z głównych wyróżników katolicyzmu, świadczący o jego wyjątkowości na tle innych wyznań chrześcijańskich. Ponadto, argumentacja na rzecz dopuszczenia do święceń „viri probati” (tzw. „wypróbowanych mężów”) podszyta jest niebywałą hipokryzją i fałszem. Otóż mówi się nam, że Indianie nie są w stanie pojąć idei celibatu, bowiem koncepcja ta ma być dla nich zbyt obca kulturowo.

Po pierwsze - świadczy to o traktowaniu ludności autochtonicznej w Amazonii jak osób upośledzonych umysłowo, co jest zwyczajnie dla tych ludzi obelżywe.

Po drugie – nastręcza to wątpliwości, czy w ogóle ktokolwiek próbował Indianom wytłumaczyć na czym polega celibat, czy też po prostu zaniechano tego elementu ewangelizacji.

Po trzecie wreszcie – celibat nie jest czymś kompletnie obcym ludom prymitywnym. W wielu tego typu społecznościach zdarza się, że miejscowy szaman żyje w odosobnieniu - bez rodziny, czasem wręcz jego chata stoi w pewnym oddaleniu od wioski - czyli pędzi żywot na poły pustelniczy. Nie wmawiajcie mi więc, że Indianie nie są w stanie zrozumieć idei bezżenności.

Powyższe wskazuje, że dobro amazońskich Indian, nie mogących miesiącami czy wręcz latami doczekać się kapłana, stanowi jedynie pretekst by z jednej strony przykryć zaniechania, a z drugiej – rozwiązać problem braku powołań i wakatów w parafiach tu, w Europie. W Niemczech i Austrii już dziś podnoszą się głosy, że Amazonia to dopiero wstęp, że kolejnym krokiem będzie rozciągnięcie „reformy” na nasz kontynent, co ma „załatwić” sprawę niedoborów personalnych w zachodnich kościołach „na dziesięciolecia”. Od razu mówię – nie załatwi, tak jak tego typu reformy nie załatwiły żadnego z problemów kościołów protestanckich, z odpływem wiernych na czele.


III. Pogaństwo wkracza do Kościoła

Jest jednak i kolejna sprawa, jeszcze poważniejsza: to słynna afera z Pachamamą - inkaską boginią, symbolizującą Matkę Ziemię i płodność. Na inaugurację Synodu odbyła się w Ogrodach Watykańskich uroczystość w której indiańska szamanka (też charakterystyczne, że wybrano akurat szamankę, a nie szamana – to była czytelna, „genderowa” wskazówka co do intencji w kwestii diakonatu kobiet) odprawiła pogańską ceremonię ku czci Pachamamy, której centralnym punktem była swoista adoracja pogańskich figurek. Wszystkiemu asystował papież Franciszek. Rozumieją Państwo? Głowa Kościoła bierze udział w kulcie pogańskich demonów... O ile zatem w przypadku celibatu można jeszcze od biedy znaleźć pole do dyskusji bez sprzeniewierzania się ortodoksji, o tyle tutaj wątpliwości już być nie może – mieliśmy do czynienia z bałwochwalczym bluźnierstwem przeciw Pierwszemu Przykazaniu.

Dodać należy, iż figurki te wprowadzono następnie do rzymskiego kościoła Maria in Transpontina i to nie w charakterze etnograficznej ciekawostki lecz jako przedmioty religijne - doszło zatem do jaskrawej, ostentacyjnej wręcz profanacji. Wprawdzie znaleźli się sprawiedliwi, którzy je wykradli i wrzucili do Tybru, ale cóż z tego, skoro zostały zaraz wyłowione przez karabinierów i umieszczone z powrotem w świątyni, zaś „kradzież” spotkała się z ostrą krytyką samego papieża Franciszka... Więcej – Franciszek planował wniesienie pogańskich idoli do samej Bazyliki św. Piotra, by „asystowały” Mszy Św. kończącej Synod. Bluźniercze szaleństwo powstrzymał dopiero stanowczy sprzeciw części biskupów, którzy zapowiedzieli, że w obliczu tak jawnego świętokradztwa demonstracyjnie opuszczą Bazylikę. Znamienne jest jednak, że papież Franciszek nie ustąpił pod wpływem wewnętrznej refleksji lecz ze strachu przed skandalem.

Następna bulwersująca sprawa, to postulat wprowadzenia specjalnego, „amazońskiego” rytu liturgicznego z elementami lokalnych wierzeń i obrządków. Wyobraźmy to sobie przez analogię: oto w Katedrze Gnieźnieńskiej swoje miejsce znajduje posąg Swarożyca, zaś w liturgii wedle „rytu prasłowiańskiego” uczestniczą pogańscy żercy, składający swoje ofiary, czemu przyklaskuje sam Prymas... Zatem, postulowany „ryt amazoński” to nic innego, jak otworzenie wrót do poganizacji Kościoła. Na podobnej zasadzie należy odbierać koncept „grzechu ekologicznego”, nad którym również debatowano podczas Synodu w kontekście tzw. głębokiej ekologii. Czym jest owa „głęboka ekologia”? Znów - jest to odwołanie się do pierwotnego, pogańskiego kultu Matki Ziemi. Ciekawostka – warsztaty z „pogłębionej ekologii” i „miłości do Matki Ziemi” odbyły się podczas tegorocznej edycji feministycznego Kongresu Kobiet. Czyli coś, co było dotąd domeną garstki nawiedzonych eko-lewaków, wdziera się szerokim frontem do samego centrum duchowego Kościoła. Zresztą, sama koncepcja kościelnego „ekologizmu”, to nic innego, jak współczesna mutacja marksistowskiej „teologii wyzwolenia”, dziś przemianowanej na „ekologię wyzwolenia”.


IV. Czas próby

Wszystko to odbyło się przy aprobacie papieża Franciszka. On był inicjatorem Synodu i to on odegrał kluczową rolę w doborze uczestników, tak by opcja „postępowa” miała zdecydowaną większość i jako „oddolny” głos przedstawiła „odpowiednie” postulaty. Nad całością czuwała zorientowana lewicowo część niemieckiej i austriackiej hierarchii - pierwsze skrzypce grali tacy dostojnicy jak kard. Reinhard Marx, „amazoński” bp Erwin Kräutler czy kard. Christoph Schönborn, wsławiony gejowskim nabożeństwem w wiedeńskiej katedrze. Należy też wspomnieć o aspekcie materialnym. Synod sfinansowały niemieckie, kościelne organizacje charytatywne, silnie zaangażowane również w Amazonii i prezentujące „właściwy” nurt ideologiczny. Innymi słowy – lewacka frakcja w Kościele „kupiła” sobie Synod. Jestem przekonany, że na tym się nie skończy, a „moderniści” ruszą do kolejnego szturmu, szermując hasłem „ducha Synodu” - analogicznie, jak po Soborze Watykańskim II szantażowali tradycjonalistów „duchem Soboru”, mającym rzekomo uzasadniać kolejne nowinki.


***

Na koniec refleksja nieco bardziej ogólna. Jak wiemy, konklawe dokonuje wyboru papieża pod natchnieniem Ducha Świętego. Pytanie, co Duch Święty chce nam zakomunikować akurat takim wyborem. Widzimy papieża osuwającego siebie i Kościół w odmęty herezji. Osobiście odczytuję to jako próbę wiary – czy wytrwamy w wierności Kościołowi, mimo płynącego dziś z Watykanu jawnego zgorszenia? Sądzę, że postawa szeregowych wiernych będzie tu decydująca. Wtedy może i Kościół przypomni sobie, że nie jest od odczytywania „ducha czasu”, ani od wywoływania innych „duchów” - lecz od tego, by „ducha czasu” kształtować.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 45 (08-14.11.2019)

Pod-Grzybki 185

W Watykanie zakończyła się bluźniercza heca pod nazwą „Synod Amazoński” podczas którego doszło do oficjalnego oddawania czci indiańskiemu demonowi zwanemu Pachamama – w asyście samego papieża Franciszka. Domyślam się, że po tym wszystkim egzorcyści będą mieli pełne ręce roboty i oby im się powiodło, inaczej wkrótce będziemy świadkami, jak kompletnie już oszalały Franciszek zacznie przy każdej pełni księżyca w ogrodach watykańskich odprawiać opętańcze tańce wokół ogniska, a kardynałowie Marx i Schönborn zawodząc do Pachamamy będą wystukiwali mu rytm na bębenkach.


*

Warto dodać, iż Ojcowie Synodalni oddawali się również refleksji nad „pogłębioną ekologią”, która jest mutacją niesławnej (i potępianej przez Jana Pawła II) marksistowskiej „teologii wyzwolenia”. Różnica jest taka, że w miejsce klas pracujących wstawiono przyrodę, traktowaną jako jeden wielki i osobny „byt” - co jest czystym pogaństwem i współczesną formą kultu „Gai” - „Matki Ziemi”. A teraz ciekawostka – warsztaty z „pogłębionej ekologii” oraz „miłości do Matki Ziemi” odbyły się również podczas tegorocznego feministycznego Kongresu Kobiet w Warszawie. Zatem, nasze eko-feministki urządziły własny sabat... to jest, przepraszam, „synod”, zanim stało się to modne. Jak tak dalej pójdzie, to wkrótce ktoś podmieni Franciszka na taką, dajmy na to, Sylwię Spurek – i nikt nie zauważy różnicy.


*

A tymczasem Watykan popada w coraz większe tarapaty finansowe. Budżet od zeszłego roku jedzie na minusie - do tego stopnia, że Stolica Apostolska musi wyprzedawać nieruchomości i łatać deficyt ze świętopietrza – teoretycznie przeznaczonego na cele charytatywne. Cóż, papież Franciszek powiedział kiedyś, że pragnie „Kościoła ubogiego” - i wszystko wskazuje na to, że jego życzenie wkrótce może się spełnić.


*

Zmieniamy temat. Niektórzy to mają szczęście. Taki skromny burmistrz warszawskich Włoch, niejaki Artur W., zatrzymał się na chwilę na parkingu – a tu ni z tego, ni z owego, turecki biznesmen Sabri B. wrzucił mu przez okno do samochodu okrągłe dwieście patoli. Od tej pory jeżdżę po mieście z odkręconymi szybami – a nuż i mnie coś wpadnie?


*

Nie wiadomo tylko, co do tego ma policja, która zgarnęła obu delikwentów – nie odprowadzili podatku od darowizny, czy co? Przy okazji – od Artura W. szybciutko odcięli się platformersi i bez ceregieli wywalili go z partii. Zaraz, jak to leciało? „Jak będziesz w Platformie, będę cię bronił, k..., jak niepodległości. Jak wyjdziesz z Platformy, to masz problem”. I wierz tu Neumannowi...


*

PiS to jednak ma w sobie gen autodestrukcji. Dopiero co cieszyłem się, że Stanisław Piotrowicz – jedna z najbardziej obciążających wizerunkowo tę partię postaci - nie dostał się do Sejmu, a tu jak grom z jasnego nieba gruchnęła wiadomość, że Piotrowicz został kandydatem Prawa i Sprawiedliwości do Trybunału Konstytucyjnego. Kurdę, jeżeli naprawdę nie mogą żyć bez tego starego komucha, to niech go eksploatują gdzieś na zapleczu. Niech siedzi w jakimś think-tanku, pisze analizy albo projekty ustaw – ale niech nie lezie ludziom przed oczy! No i druga sprawa – odebranie przysięgi od Piotrowicza będzie dla Andrzeja Dudy z pewnością wymarzonym startem kampanii wyborczej...


*

A tymczasem TVN ujawnił mobbing, jakiego miał się dopuszczać abp. Sławoj Leszek Głódź wobec księży posługujących w pałacu biskupim i gdańskiej archidiecezji. Z relacji poszkodowanych wynika, że mieszanie z błotem było na porządku dziennym i akurat w te rewelacje jestem skłonny uwierzyć, bo jaki jest Głódź, każdy widzi. Zastanawia mnie tylko jedno – otóż bp Głódź był ordynariuszem polowym Wojska Polskiego. Pytanie, czy był taki od zawsze, czy dopiero pod wpływem kontaktów z wojskowymi trepami nabrał manier a la szwejkowski feldkurat Katz i tak mu już zostało?


*

Z weselszych wieści – Izrael zamknął ambasady! I to na całym świecie! Poszło o to, że izraelscy dyplomaci pożarli się z tamtejszym ministerstwem finansów o kasę. No i co tu powiedzieć? Aż cisną się wszystkie „antysemickie klisze” o Żydach wiecznie kłócących się o pieniądze. Ciekawe, czy skakali sobie do oczu, szarpali za brody i obrywali chałaty w tym charakterystycznym i niepowtarzalnym, starozakonnym stylu. Ale cicho sza – jeszcze wpadną na pomysł, że to Polska powinna utrzymywać ich placówki i dopiero wtedy będzie problem...


*

Za nami Wszystkich Świętych – czyli dzień, który tutejsze lewactwo od dawna przyprawia o ból głowy. Do tej pory taka „Wyborcza” usiłowała go zohydzić pisząc, iż 1 listopada Polacy chleją na potęgę, a potem wsiadają do samochodów i zabijają po pijaku ludzi. Tym razem jednak Czerscy poszli z duchem czasu i oznajmili, że Wszystkich Świętych to zbrodnia przeciw klimatowi – bo podróże na groby zostawiają „ślad węglowy”, a znicze emitują toksyczne substancje i CO2, potęgując efekt cieplarniany, podobnie jak produkcja plastikowych sztucznych kwiatów. A najlepiej w ogóle zlikwidować cmentarze i „utylizować” zwłoki tak, by przepadły bez śladu. Oczywiście, „ekologiczna troska” nie dotyczy stert plastikowych gadżetów produkowanych na Halloween. Ale co tam Czerscy – gorzej, że z podobnej partytury zaczynają śpiewać niektórzy duchowni, apelując by stworzyć modę na „jeden symboliczny znicz” – i to powołując się na papieża Franciszka oraz encyklikę „Laudato si”. Niestety, do grona tego dołączył również ks. dr Bogumił Karp, proboszcz z mojej rodzinnej Rawy Mazowieckiej. Poszedłem więc na cmentarz z duszą na ramieniu... i odetchnąłem z ulgą – jak co roku rozświetlało go morze zniczy. Pamiętajmy więc – to nasza, polska i unikalna tradycja, świadcząca m.in. o ciągłości kulturowej. A lewackim popaprańcom nie chodzi w tym wypadku o żadną „ekologię” i plastikowe śmieci, tylko byśmy zapomnieli o grobach swoich przodków. Naród bez pamięci staje się bowiem jedynie wykorzenioną, bezwolną masą – i do tego poziomu chcą nas sprowadzić. Dopóki więc kultywujemy tradycję – jest przed nami przyszłość. Gdy ją porzucimy – sami wydamy się na zatracenie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 45 (08-14.11.2019)

Chile – upadek liberalnego mitu

Pinochet uratował Chile przed komunizmem - głównie dzięki amerykańskiemu poparciu. Ale miało to swoją cenę - przyjęcie pod dyktando „wielkiego brata” modelu ekonomicznego wdrażanego przez słynnych „Chicago boys” - i roli kolonii amerykańskich koncernów. Dziś, po kilkudziesięciu latach, ta cena okazuje się pod każdym względem ponad ludzkie siły.


Od kilku tygodni w Chile trwają uliczne protesty połączone z zamieszkami. Zaczęło się 6 października od stosunkowo niewielkiej (o 30 pesos) podwyżki cen biletów na metro w stolicy kraju, Santiago de Chile – w przeliczeniu z 4,30 zł. do 4,45 zł. Podrożała też komunikacja autobusowa. Nawiasem, była to już druga podwyżka w ciągu roku, ponadto – ciekawostka – w Chile nie ma biletów okresowych, co dodatkowo uderza obywateli po kieszeni. Rewoltę zainicjowali studenci i uczniowie szkół średnich – okupowali stacje metra, przeskakiwali nad barierkami bez płacenia, niszczyli bramki obrotowe, by wreszcie przejść do demolowania, a następnie podpaleń stacji i wagonów. Protesty, do których dołączyły inne grupy społeczne, szybko przeniosły się na ulice i przekształciły w regularne zamieszki. Zapłonęły autobusy, dewastowano i okradano sklepy, toczono regularne bitwy z siłami porządkowymi, a demonstracje rozlały się na pozostałe miasta kraju.

Charakterystyczne - rządzący początkowo kompletnie zlekceważyli społeczne nastroje, wypowiadając się o niezadowolonych obywatelach w sposób skrajnie protekcjonalny i arogancki, potępiając „wandali”, co jedynie zradykalizowało chilijską ulicę. W efekcie, 21 października prezydent Sebastian Pinera zaprowadził stan wyjątkowy oraz godzinę policyjną w stolicy i 9 innych regionach kraju. Na ulicach po raz pierwszy od czasów dyktatury Pinocheta pojawiło się wojsko. Ostatnie doniesienia mówią o 19 zabitych, kilku tysiącach aresztowanych i stratach rzędu 1,4 mld dol. (w tym 79 zniszczonych stacjach metra i 200 ograbionych supermarketach). Ostatecznie prezydent Pinera musiał ugiąć się przed skalą protestów i po największej w historii kraju demonstracji w której wzięło udział 1,2 mln. ludzi (populacja Chile to nieco ponad 18 mln.) ogłosił zniesienie stanu wyjątkowego, wycofanie podwyżek cen biletów, a także wprowadzenie szeregu reform prospołecznych. Protesty jednak trwają nadal. Władze Chile zostały zmuszone do odwołania zaplanowanych na listopad i grudzień szczytów APEC (Wspólnoty Gospodarczej Azji i Pacyfiku) oraz COP25.

Oczywiście, podwyżka cen biletów była jedynie ostatnią kroplą, która przelała czarę - analogicznie do francuskiego ruchu „żółtych kamizelek” - w ich przypadku podniesienie cen paliwa również posłużyło tylko za detonator społecznego wybuchu. Tak to już jest – społeczna frustracja gromadzi się gdzieś podskórnie, w sposób niezauważalny dla politycznych i gospodarczych elit, by nagle za sprawą jakiegoś drobiazgu w najmniej spodziewanym momencie eksplodować rządzącym prosto w twarze.

Cóż, Chilijczycy mają dość ultraliberalnej „terapii szokowej”, której koszta zostały przerzucone na zwykłych obywateli – podobnie jak we Francji, gdzie obarczono stosunkowo mniej zamożne warstwy społeczne kosztami „zielonej transformacji”. Do tej pory ludzie zaciskali zęby (i pasa) – aż wreszcie się „ulało”. Chile na tle innych krajów Ameryki Łacińskiej uchodziło dotąd za oazę stabilności i gospodarczy wzór do naśladowania, jednak za optymistycznymi wskaźnikami ekonomicznymi kryły się narastające patologie. Po raz kolejny okazało się, że sam wzrost PKB czy PKB per capita niewiele mówi o faktycznym dobrobycie społeczeństw – trzeba przede wszystkim patrzeć na to, kto jest głównym beneficjentem fetyszyzowanego PKB i na ile powszechna jest partycypacja w gospodarczym rozwoju.

A z tym, w Chile jest fatalnie. Kraj ten zajmuje wśród państw OECD trzecie miejsce pod względem rozwarstwienia dochodów (po RPA i Kostaryce), ponadto jest przedostatni jeśli chodzi o wydatki socjalne (niżej jest tylko Meksyk). Do tego dochodzą nierównomierne obciążenia podatkowe i koszty życia nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do zarobków. Zakrojona na szeroką skalę prywatyzacja usług publicznych sprawia, że służba zdrowia czy edukacja dostępna jest w pełnym zakresie jedynie dla wąskiej grupy najbogatszych. Reszta Chilijczyków, jeśli chce np. skończyć studia, zmuszona jest do wzięcia kredytu porównywalnego w naszych realiach jedynie z długoletnim kredytem hipotecznym. Relacja najczęściej wypłacanej pensji do średniej krajowej jest mniej więcej taka jak u nas, a górne 20 proc. społeczeństwa zgarnia 48 proc. dochodów. Na powyższe nakładają się skutki nieszczęsnej reformy emerytalnej – prywatne fundusze (AFP, odpowiednik naszych OFE) zarządzające składkami „pożerają” 1/3 powierzonego im kapitału, a wypłacane świadczenia są na tyle głodowe, że od 2008 r. chilijski rząd musi dopłacać do 80 proc. emerytur, by zapewnić „beneficjentom” tego poronionego systemu minimum egzystencji (pisałem o tym szerzej w felietonie „Chilijska lekcja”, GF nr 11/2018).

Pinochet uratował Chile przed komunizmem - głównie dzięki amerykańskiemu poparciu. Ale miało to swoją cenę - przyjęcie pod dyktando „wielkiego brata” modelu ekonomicznego wdrażanego przez słynnych „Chicago boys” - i roli kolonii amerykańskich koncernów. Dziś, po kilkudziesięciu latach, ta cena okazuje się pod każdym względem ponad ludzkie siły.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Chilijska lekcja


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 45 (08-14.11.2019)

czwartek, 7 listopada 2019

Granda historyczna roku

Jeszcze tylko tego brakowało, by do lewackiej cenzury dołączyła ta „nasza”, prawicowa - tym razem pod patriotycznym, „bogoojczyźnianym” sztandarem, drapująca się obłudnie w płaszcz „racji stanu”.

I. Historyczna kompromitacja

Tegoroczna, 12. edycja Nagrody Książka Historyczna Roku im. Oskara Haleckiego zakończyła się skandalem i unieważnieniem konkursu. Poszło o dwie pozycje: „Wołyń zdradzony, czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA” Piotra Zychowicza oraz startującą w kategorii „Wydawnictwo źródłowe” pracę Władysława Studnickiego z 1939 r. pt. „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej”. Obie książki zostały wycofane albo przez organizatorów („Wołyń zdradzony...”), albo przez jury na wniosek organizatorów („Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej”). Konkretnie, aktywnością wykazało się troje spośród czworga fundatorów nagrody – Telewizja Polska, Polskie Radio i Narodowe Centrum Kultury. Czwarty organizator, czyli IPN, w specjalnym oświadczeniu podkreślił, iż decyzja nie została z nim uzgodniona. Zrobił się niebywały raban. Prof. Sławomir Cenckiewicz, reprezentujący Polskie Radio, oprotestował cenzorskie zapędy i zrzekł się członkostwa w jury. O przywrócenie książki Zychowicza do konkursu zaapelował w liście inny członek jury - prof. Andrzej Nowak (nie brał udziału w obradach, przebywał wtedy za granicą). Również przewodniczący jury, prof. Antoni Dudek, stwierdził, iż dotychczasowa formuła konkursu „została skompromitowana” i zrezygnował ze swej funkcji. Wszystko przebiegało w atmosferze medialnej awantury i gorących polemik publicystów. Efekt znamy – w tym roku nagroda nie zostanie przyznana.


II. Uciszyć skandalistę

Od razu powiem: Zychowicz ani mi brat, ani swat. Reprezentuje on niezbyt lubiany przeze mnie typ „historyka – skandalisty”. Owa „szkoła historiograficzna” polega na tym, że najpierw stawia się mocną, kontrowersyjną tezę, a następnie dobiera do niej argumenty, jednocześnie pomijając okoliczności świadczące na niekorzyść przyjętego a priori założenia. Słowem, jest to czysto subiektywna publicystyka historyczna ubrana w „badawczy” kostium. Jesteśmy zatem w tym duchu raczeni a to „Paktem Ribbentrop-Beck”, to znów „Obłędem '44” lub rzekomo zbrodniczą aktywnością Żołnierzy Wyklętych... Zresztą, mniejsza o to, równali go z ziemią lepsi ode mnie (polecam chociażby dostępne w internecie spotkanie z udziałem Leszka Żebrowskiego, który zmiażdżył od strony warsztatowej książkę Zychowicza „Skazy na pancerzu”).

Jednak w przypadku konkursu rzecz jest w czym innym – ktoś przecież tę książkę zaopiniował pozytywnie, ktoś się zgodził na jej dopuszczenie i umieszczenie w wąskim gronie nominowanych pozycji. W składzie jury zasiadają renomowani historycy, zakładam więc uprzejmie, że nie urodzili się wczoraj i są świadomi charakteru twórczości Piotra Zychowicza – a mimo to, jego najnowsza produkcja przeszła przez wewnętrzne sito. Cóż więc się stało, że nagle trzeba było ją usunąć? Podzielę się swym podejrzeniem. Otóż swoistym „promotorem” Zychowicza jest Sławomir Cenckiewicz, niejednokrotnie w przeszłości komplementujący jego dokonania – zatem, by nie robić przykrości koledze reszta jury dopuściła do konkursu książkę jego protegowanego, licząc że na tym się skończy, a „Wołyń zdradzony” przepadnie w ostatecznym głosowaniu. Stała się jednak rzecz, której nie przewidzieli – „Wołyń...” zyskał uznanie w plebiscycie czytelników i prowadził z taką przewagą, że stał się praktycznie pewniakiem do nagrody publiczności. No, do takiego „skandalu” nie wolno było dopuścić, stąd rozpaczliwa akcja TVP reprezentowanej w jury przez dr. Piotra Gontarczyka. Zarzuty były kuriozalne – książka ma „godzić w polską rację stanu”, jej wyróżnieniu miałby być przeciwny śp. Lech Kaczyński (inicjator konkursu „Książka Historyczna Roku”), wreszcie – autor miał się dopuścić szkalowania Armii Krajowej i gloryfikować Niemców. Zwróćmy uwagę – nie było mowy o tym, że Zychowicz coś fałszuje, przeinacza, kłamie. Poszło o to, że uderza w zadekretowaną legendę polskiego podziemia. To niebezpieczny precedens, oznacza bowiem de facto szlaban na historyczną debatę wokół Państwa Podziemnego, a w szczególności jego postawy w obliczu wołyńskiej hekatomby. I niezależnie od wartości książki Zychowicza – na to zgody być nie może, nie można godzić się na odgórnie ustalaną, jedynie słuszną wersję historii.


III. „Zapis” na Studnickiego

Jeszcze większym łajdactwem jest wycofanie książki Władysława Studnickiego – a warto wiedzieć, iż „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej” to pozycja ze wszech miar wyjątkowa. Po raz pierwszy ukazała się w 1939 r. - i natychmiast cały nakład został skonfiskowany przez sanacyjne władze. Dlaczego? Otóż autor profetycznie rozpisał przebieg przyszłej wojny, jednoznacznie stwierdzając, że Polska skazana jest w niej na klęskę. Tak się składa, że jestem akurat w trakcie lektury, zatem przyjdzie pewnie pora na osobny tekst poświęcony zarówno książce, jak i samemu Studnickiemu – postaci wielce barwnej i niejednoznacznej. Tu jedynie powiem, że analiza Władysława Studnickiego bezlitośnie obnażyła pustkę propagandy ekipy Rydza-Śmigłego z hasłami typu „Silni – zwarci – gotowi”, czy „Nie oddamy nawet guzika od munduru”. Nadęci mocarstwowymi urojeniami sanatorzy na pracę Studnickiego zareagowali na tyle alergicznie, że premier Składkowski podczas posiedzenia rządu domagał się wręcz wsadzenia Studnickiego do Berezy Kartuskiej. Jak wiemy, już wkrótce po konfiskacie książki przebieg niemiecko-sowieckiej agresji na Polskę potwierdził w całej rozciągłości przewidywania „polskiej Kasandry”, jak nazwał Autora w przedmowie Jan Sadkiewicz.

Teraz wychodzi na to, że na Władysława Studnickiego wciąż jest „zapis”. Wolno go co prawda wznawiać i wydawać, ale broń Boże toczyć nad jego dorobkiem szerszą dyskusję na forum publicznym, a już szczególnie nominować go do prestiżowej nagrody historycznej.

Co kazało dzisiejszym „sanatorom” wycofać „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej”? Na cenzurowanym znalazł się drugi rozdział zatytułowany „Żydzi a wojna”, w którym Studnicki dywaguje na temat roli „światowego żydostwa” (był to stosowany wtedy dość powszechnie zwrot publicystyczny) w rozpętaniu przyszłej wojny. Autor zwraca uwagę, że skrajnie antysemicka polityka III Rzeszy powoduje, iż ulokowani w różnych państwach Żydzi używają swych wszelkich wpływów w polityce, finansjerze, prasie, by popchnąć państwa Zachodu, w szczególności USA i Wielką Brytanię, do wojny z Niemcami. Zarysowuje przy tym zarówno siłę żydowskiego lobby, jak i spodziewane korzyści, jakie Żydzi pragną osiągnąć dzięki kolejnej wojnie światowej: „Nowa wojna światowa rozstrzygnie los Żydów. Gdy inne narody mają dużo do stracenia, to Żydzi dużo do wygrania, lecz ich wygranie to klęska tych narodów, w których porach siedzą. (…) niech przez Polskę przejdzie zniszczenie wojenne lub okupacja ogołacająca ze wszystkich zasobów, niepotrzebna będzie Palestyna. Polska stanie się tą Palestyną, a Polacy nie tymi Arabami, którzy napadają na Żydów i ich niszczą, ale tymi, którzy pracować będą pod ich kierownictwem”. Cóż, Studnicki nie przewidział tylko jednego – że Hitler zdecyduje się na „ostateczne rozwiązanie”, ale wtedy, w przededniu wojny, nikt tego nie przewidywał.

Najwyraźniej jakiś decydent w TVP (lub jeszcze wyżej) zadał sobie trud, by doczytać ów rozdział – i, za przeproszeniem - porobił się ze strachu. Studnickiemu zarzucono „antysemityzm”, zaś wydawnictwu jako takiemu – że w przedmowie nie odniesiono się krytycznie do tego rozdziału. Rozumieją Państwo – redaktor opracowujący tekst powinien rytualnie odciąć się i potępić, bo jak nie... Ano właśnie – podczas obrad jury podniesiono, iż nominowanie pracy Studnickiego wywoła „międzynarodową awanturę”. Czyli po staremu – ze strachu przed „światowym żydostwem” dostojni fundatorzy nagrody pochowali się we własne buty. I to jest dopiero skandal.

Szanowni Państwo, nie wygląda to dobrze. Jeszcze tylko tego brakowało, by do lewackiej cenzury dołączyła ta „nasza”, prawicowa - tym razem pod patriotycznym, „bogoojczyźnianym” sztandarem, drapująca się obłudnie w płaszcz „racji stanu”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 44 (31.10-07.11.2019)

Pod-Grzybki 184

Z konkursu „Książka Historyczna Roku” wyrzucono książkę Piotra Zychowicza „Wołyń zdradzony” i – uwaga – wznowioną po raz pierwszy od 1939 r. książkę Władysława Studnickiego „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej” w której autor przewidział bieg wypadków na tyle trafnie, że sanacja skonfiskowała cały nakład, a Studnickiego chciano zamknąć w Berezie. Teraz współcześni „sanatorzy” przestraszyli się z kolei tego, że w swojej książce Studnicki pojechał po Żydach, co wedle nich groziło „międzynarodową awanturą”. Pytanie nr 1: kto miałby tę „awanturę” rozpętać? Jak to pisywał „Kisiel” - zgadnij, koteczku... Ważniejsze jest jednak pytanie nr 2: jak taka trwożliwość wróży w kontekście „ustawy 447”?


*

O sprawie piszę szerzej w „dużym” tekście, tu tylko smakowity fragmencik ze Studnickiego: „Nowa wojna światowa rozstrzygnie los Żydów. Gdy inne narody mają dużo do stracenia, to Żydzi dużo do wygrania, lecz ich wygranie to klęska tych narodów, w których porach siedzą. Niech Francja wyludni się przez nową wojnę, będzie tam więcej miejsca dla Żydów, niech ochotnicza służba przetrzebi inteligencję Anglii, tym łatwiej Żydzi zajmą wpływowe stanowiska, niech przez Polskę przejdzie zniszczenie wojenne lub okupacja ogołacająca ze wszystkich zasobów, niepotrzebna będzie Palestyna. Polska stanie się tą Palestyną, a Polacy nie tymi Arabami, którzy napadają na Żydów i ich niszczą, ale tymi, którzy pracować będą pod ich kierownictwem. Niech Stany Zjednoczone zapanują nad światem, będzie to panowanie Żydów, gdyż oni stają się czynnikiem decydującym w Stanach Zjednoczonych”.

*

Dopiero co litwaczka Anna Azari zakończyła swą „misję dyplomatyczną” w Warszawie, a już dał się poznać jej następca, ambasador Izraela Alexander Ben-Zavi. Skrytykował on obecność w Sejmie Konfederacji, nazywając ją „otwarcie antysemicką” i ostrzegając: „będziemy ją śledzić”. Kurczę, teraz Konfederaci powinni oglądać się czujnie za siebie. Rada – podczas udawania się na sejmowe posiedzenia warto co jakiś czas dyskretnie sprawdzać, czy nie wlecze się za nami jakiś „ogon”. Można w tym celu przystanąć przed sklepową witryną i przyjrzeć się odbiciu w szybie. Zalecane jest również chodzenie różnymi trasami i kluczenie po drodze. Przydadzą się również gadżety: ciemne okulary, kapelusze i sztuczne brody. Opcjonalnie – przyczaić się za rogiem i kiedy śledzący nas ambasador Ben-Zavi będzie nas mijał, wyskoczyć znienacka z gromkim „a kuku!”. Zawsze jest nadzieja, że za którymś razem padnie na zawał.


*

Znowu o Żydach, ale ostatnio nagromadziło się trochę tego typu newsów. Otóż jakiś czas temu doszło w Niemczech do zamachu na synagogę z użyciem broni maszynowej – byli zabici i ranni, ponadto sprawcy wrzucili na żydowski cmentarz granat. Jak zareagowała wpływowa Agencja Żydowska? Otóż wystosowała pismo... do premiera Morawieckiego, by polski rząd nadał „najwyższy priorytet” ochronie żydowskiej społeczności. Czyli, zamach w Niemczech, apel – do polskiego rządu. Co tu jest do rozumienia? To jak z holokaustem – zrobili go Niemcy, płacić mają Polacy. Ot, „talmudyczne myślenie” w działaniu.


*

Portal „OKO Press” pomstuje, bo Andrzej Duda trzyma w prezydenckiej zamrażarce nominację na „belwederskiego profesora” dla dr. Michała Bilewicza – niestrudzonego tropiciela tzw. wtórnego antysemityzmu. Ki diabeł? Otóż „wtórny antysemityzm” polega na tym, że im bardziej wzięty na spytki delikwent się go wypiera, tym większym jest antysemitą. Ten genialny patent wymyślili niemieccy uczeni, by zapewnić sobie do końca życia utrzymanie – bo przy takim podejściu z góry wiadomo, że „antysemityzm” można odnaleźć w dowolnym przechodniu, diagnozując go chociażby po nienawistnym wzroku, nieświeżym oddechu czy podejrzanie cichym chodzie po ulicy. No więc dr Bilewicz też by tak chciał i przekopiował ów wynalazek na polski grunt, za co już w wieku 33 lat (niezależnie od „słusznych” korzeni) otrzymał habilitację, a teraz ma nadzieję na pełną profesurę. Już widzę temat kolejnej rozprawy naszego doktora: „Wtórny antysemityzm na przykładzie profesorskiej obstrukcji prezydenta Andrzeja Dudy”.


*

Ale Bilewicz ma również inne dokonania. Zerknąłem sobie, proszę ja Was, do Wikipedii - a tam odkrycie! Bilewicz jest również specjalistą od „gatunkowizmu” - czyli „dyskryminacji gatunkowej” oznaczającej „stawianie wyżej interesów własnego gatunku ponad interesy innych gatunków”... hrrr, grrr... blurp... Przepraszam, właśnie zasłabłem i spadłem z krzesła, ale już mi lepiej. A więc, czytamy dalej: „jego prace dotyczące psychologicznych uwarunkowań gatunkowizmu zainspirowały nurt badań nad psychologią jedzenia mięsa w psychologii społecznej”. No i wyjaśniła się zagadka, skąd biorą się takie egzemplarze, jak Olga Tokarczuk i Sylwia Spurek – albo, nie przymierzając, Krzysztof Czabański. Zwłaszcza ten ostatni wygląda, jakby do tej pory leczył się na kozetce z traumy po ostatnim schabowym.


*

Sylwia i chomiki – nie, to nie jest tytuł filmu dla dzieci. Sprawa jest poważna, bowiem Sylwia Spurek pochwaliła się próbą zablokowania w Brukseli budowy odcinka trasy S7 pod Miechowem, ze względu na siedliska chomika europejskiego: „Inwestor ignoruje głos ekologów i lokalnej społeczności”. Nie ma co, ostro popłynęła – już widzę, jak „lokalna społeczność” woła wielkim głosem: „nie chcemy trasy szybkiego ruchu, wolimy mieć chomiki!”. Pani Sylwio, może by tak mała konfrontacja z lokalsami?


*

A przy okazji – chomik europejski to bydlę stepowe (naprawdę bydlę – ponad 30 cm. i prawie pół kilo wagi) i stanowi na naszych ziemiach relikt epoki, kiedy to stepy nie zatrzymywały się na dzisiejszej Ukrainie, lecz rozciągały się aż po obecną Polskę. Ponieważ klimat znów się ociepla, to stepy wkrótce powrócą, a wraz z nimi te cholerne chomiki i to w ilości znacznie większej, niż byśmy sobie tego życzyli – bo to, tak przy okazji, bardzo „wydajne” szkodniki wszelkich upraw rolnych. Jeszcze będziemy je piekli na rożnach i dusili w potrawce, jak króliki. Smacznego!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 44 (31.10-07.11.2019)

wtorek, 29 października 2019

Przed bitwą o prezydenturę

Już dziś apeluję o wdrożenie złotej zasady: nie ma wroga na prawicy!

I. Przypływy i odpływy

Jednym z ciekawszych zagadnień w powyborczych remanentach jest analiza przepływów elektoratów poszczególnych ugrupowań w porównaniu z wyborami 2015 r. Z sondaży exit i late poll IPSOS wynika, iż najbardziej stabilny elektorat ma PiS – pozostało przy nim 90 proc. wyborców z 2015 r., 4 proc. przeszło do PSL a po 2 proc. do KO i Konfederacji. Do tego PiS wykazało się dużym potencjałem mobilizacyjnym – spośród wyborców, którzy nie głosowali w 2015, a poszli do urn teraz, PiS zgarnęło 23 proc., choć trzeba zauważyć, że tu lepsza okazała się Koalicja Obywatelska z wynikiem 27 proc, a tuż za plecami uplasowała się idąca pod szyldem SLD Lewica – 22 proc. To daje odpowiedź na pytanie, dlaczego mimo poprawy wyniku, PiS nie zwiększyło stanu posiadania w Sejmie – konkurenci wykazali się większym bądź zbliżonym przyrostem „świeżych” głosów. Po raz kolejny potwierdza się teza, że „rezerwowy” elektorat PiS trudniej nakłonić do głosowania, co stanowi wyzwanie przed wiosenną kampanią prezydencką.

Większość sejmową dla PiS-u, poza zdyscyplinowanym „twardym” elektoratem, uratowały przepływy wśród ugrupowań opozycyjnych. Na KO zagłosowało 69 proc. wyborców Platformy z 2015, a 16 proc. przeszło do Lewicy. PiS ugrało tu zaledwie 4 proc., zaś PSL – 9. Jeszcze większemu rozczłonkowaniu uległ dawny elektorat Nowoczesnej – 54 proc. poszło do KO, 28 do Lewicy, 9 do PSL, a po 4 proc. zebrały PiS i Konfederacja. Z lewicowej koalicji (tzw. „Zlew”) z 2015 r. 71 proc. zostało przy Lewicy, a 18 proc. przeszło do KO. Potwierdziło się więc, że oba główne bloki opozycyjne – liberalny i lewicowy będą „kanibalizowały” sobie nawzajem zbliżony elektorat. Z wyborców PSL przy ludowcach pozostało 68 proc. wyborców, zaś po 9-10 proc. odebrały im KO, Lewica i PiS.

Ciekawie sprawy się mają z wyborcami Kukiz'15. Aż 24 proc. zgarnęła Konfederacja, po 22 proc. - PiS i PSL, 16 proc. - KO, a 12 proc. - Lewica. Wynika z tego, że PSL utrzymał na powierzchni transfer Kukiza (co jest pewnym zaskoczeniem), warto też dodać, że ludowcy przytulili 11 proc. spośród tych, którzy nie głosowali w 2015 r.

Tu uwaga pod adresem Konfederacji. Potwierdziło się to, o czym kiedyś tu pisałem – walenie w PiS z nadzieją, że właśnie tam znajdzie się potencjalnych wyborców jest bez sensu. Podstawowe „żerowiska” wolnościowców i narodowców są dwa: były elektorat Kukiza oraz praca nad pozyskaniem świeżego elektoratu – spośród osób, które nie głosowały w 2015, a poszły do wyborów w 2019, Konfederacji przypadło aż 15 proc. Tędy droga panowie do poszerzania wyborczej bazy, podgryzanie PiS-u nic wam nie da, możecie co najwyżej połamać sobie zęby.


II. Co się dzieje z Polonią?

Teraz kolejna sprawa, może nieco marginalna, ale mogąca mieć wpływ na wybory prezydenckie, gdyby w drugiej turze doszło do walki „łeb w łeb”. Chodzi o wyniki wyborcze wśród Polonii, szczególnie z Ameryki Północnej i Europy Zachodniej, gdzie łącznie wzięło udział w wyborach 215,9 tys. naszych rodaków (w skali świata – 314 tys.). Otóż PiS wygrało bodaj jedynie w USA i Kanadzie. W całej reszcie państw zwyciężyła KO, a PiS niekiedy notowało nawet trzecie miejsce, za Lewicą. Ogółem KO zdobyła za granicą 38,95 proc. głosów, PiS – 24,89 proc., Lewica – 20,67 proc., Konfederacja – 11,39 proc., PSL – 4,11 proc. To jest wprost niebywałe zważywszy, iż większość głosów oddano w Europie Zachodniej i można domniemywać, że gros z nich pochodziło od ostatniej fali migracji Polaków – tych wypchniętych za chlebem głównie za rządów PO-PSL. Zagłosowali zatem na tych, przez których musieli wyjechać z kraju, szukając godnych warunków życia. Tu uwaga – w USA zagłosowało 29,5 tys. osób, a np. w Wielkiej Brytanii – ponad 88,5 tys., w Niemczech zaś – 46 tys. Zmienia się więc geograficzny ciężar rozlokowania polonijnych wyborców.

Generalnie jednak z powyborczych danych wyłania się dla PiS obraz pozytywny – zwiększyło swoje poparcie niemal w całej Polsce, praktycznie w każdej gminie. Jednak w perspektywie wyborów prezydenckich należy pamiętać, że w drugiej turze, gdy pozostanie dwóch kandydatów, będziemy mieli do czynienia z plebiscytem „za” lub „przeciw”. Można się spodziewać, że kandydat opozycji, kim by nie był, zsumuje rozproszone głosy obozu „anty-PiS”. To, co nie działa w przypadku wyborów partyjnych, gdzie dodatkowo mamy metodę d'Hondta (elektoraty poszczególnych partii idących w koalicji nie muszą się prosto „dodawać”, jak to stało się w przypadku wyborów do Parlamentu Europejskiego), może zadziałać przy okazji wyborów prezydenckich, w których decyduje prosta, arytmetyczna większość bez różnych „przeliczników”. Przedsmak tego mieliśmy już teraz przy większościowych wyborach senackich – opozycyjny „pakt senacki” pozbawił PiS dotychczasowej przewagi w izbie wyższej parlamentu.

Wniosek? Decydować będą detale, może nawet śladowe ilości głosów. Zatem, przede wszystkim należy utrzymać mobilizację we własnych wyborczych szeregach – śmiertelnym błędem może się okazać chociażby lekceważenie konserwatywnego elektoratu „odpuszczonego” na rzecz poszukiwań mitycznego „centrum”. Po drugie – trzeba zdwoić wysiłki w kierunku pozyskania wyborców niezdecydowanych, a tym bardzo często imponuje sprawczość i zdecydowanie w działaniu. Po trzecie wreszcie – nie warto zrażać do siebie wyborców Konfederacji wrzaskami o „agenturze” i „ruskich onucach”. Tych kilka procent może się okazać w maju 2020 r. języczkiem u wagi.


III. Przed kampanią wiosenną

To ostatnie kieruję szczególnie pod adresem prorządowych mediów – zarówno publicznych, jak i prywatnych. Jeśli TVP Kurskiego zrobi Dudzie „kampanię” równie finezyjnie ciosaną siekierą, jak ta na rzecz PiS-u, to może być licho. Już lepiej nie robić żadnej – przypomnę, że w 2015 r. Andrzej Duda wygrał mimo tego, że media publiczne nie były jeszcze w rękach „dobrej zmiany”. Sekowanie Konfederacji, pozbawianie głosu w państwowych mediach, pomijanie przy podawaniu wyników sondażowych – słowem, cały ten repertuar nieczystych chwytów, jaki TVP zaprezentowała ostatnio – jest nie tylko chamski. Jest przede wszystkim przeciwskuteczny, co pokazał wyborczy wynik i pozostaje mieć nadzieję, że zostaną z tego wyciągnięte właściwe wnioski, również personalne. Redaktorowi Sakiewiczowi natomiast, jeśli faktycznie leży mu na sercu reelekcja obecnego prezydenta, a nie jakieś własne, partykularne interesiki, doradzałbym, by wiosną powstrzymał się od kuriozalnych apeli w rodzaju tego, jaki przed wyborami parlamentarnymi wystosował do Konfederacji o wycofanie się ze startowania w wyborach. Takie głosy jedynie działają odstręczająco na elektorat na prawo od PiS – to po prostu jest obraźliwe, sugeruje bowiem, że wyborcy Konfederacji nie mają prawa do swej reprezentacji. Warto również dać sobie na wstrzymanie z gardłowaniem o „gawnojedach” i „pożytecznych idiotach” - bo to właśnie od nich, od tego miliona wyborców z hakiem, może zależeć wynik prezydenckiej batalii.

Ujmę to jeszcze inaczej: każdorazowo, gdy celebryci i tzw. intelektualiści z obozu „totalnej opozycji” - te wszystkie Jandy, Nurowskie, Markowskie, Hartmany, Stuhry i Matczaki – zabierają głos obrzygując z całą właściwą im butą i pogardą zwyczajnych ludzi, mieszkańców prowincji, wyzywając ich od ciemnego motłochu, patologii kupionej za „pińćet” i co tam jeszcze mają w swym repertuarze obelg – zacieramy ręce, czyż nie? Cieszymy się i nagłaśniamy każdy taki przypadek, bo doskonale wiemy, że potraktowani w ten sposób wyborcy prędzej odgryzą sobie rękę, niż zagłosują na lewactwo. No więc, dlaczego niektórzy z naszego obozu w podobny sposób zachowują się wobec wyborców Korwina, Brauna czy narodowców? Naprawdę uważacie, że to działa i tamci skruszeni i zawstydzeni przerzucą swoje głosy na PiS? Otóż nie, nie przerzucą – takie potraktowanie odniesie tylko jeden skutek: w kluczowym momencie, w drugiej turze wyborów prezydenckich zostaną w domu. Dlatego już dziś apeluję o wdrożenie złotej zasady: nie ma wroga na prawicy!


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Jest dobrze, ale nie beznadziejnie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 43 (25-31.10.2019)

Pod-Grzybki 183

Na początek dobra wiadomość. Jak wiadomo, „globalne ocieplenie” oznacza tyle, że gdzieś od XIX w. wychodzimy pomału z trwającej od schyłku średniowiecza tzw. małej epoki lodowej i wkraczamy w okres kolejnego optimum klimatycznego, zmierzając do temperatur jakie panowały mniej więcej tysiąc lat temu. Ma to jednak swoje konsekwencje – otóż na Syberii zaczyna się roztapiać wieczna zmarzlina. To zaś powoduje, iż zagrożone jest wszystko, co na owej zmarzlinie wybudowano – domy, drogi, instalacje wydobywcze ropy i gazu, cała infrastruktura... Jak wyczytałem, dotychczasowy obszar wiecznej zmarzliny obejmuje jakieś 60 proc. terytorium Rosji. Tak więc, drodzy Państwo, niedługo Rosja przestanie być problemem – po prostu utonie w bagnie.


*

Maja Ostaszewska level hard. W wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” wystrzeliła ze spostrzeżeniem, że „świnie mruczą swoim dzieciom jakby kołysanki”, ponadto wyznała, iż ze względu na jej popularność, nie podzielenie się swymi przemyśleniami w internecie byłoby „marnotrawstwem potencjału”. Cóż, mam nadzieję, że zanim PiS odbierze Mai Ostaszewskiej internet, zdąży jeszcze zademonstrować jakąś piosenkę, której nauczyła się podpatrując zwyczaje trzody chlewnej – bardzo chciałbym usłyszeć w jej wykonaniu jakąś, ehem, świńską kołysankę...

*

Olga Tokarczuk się rozkręca, pokazując oblicze fanatycznej eko-weganki. Podczas spotkania z czytelnikami we Wrocławiu stwierdziła, że „za 50 lat będziemy wstydzili się, że jedliśmy mięso. Jestem pewna, że tak się stanie. Myślę, że mięso będzie obłożone ogromną akcyzą i tylko najbogatsi ludzie będą sobie mogli na to pozwolić”. Oczywiście Olga Tokarczuk sama tego nie wymyśliła – przymusowe odejście od mięsa to bowiem pomysł krążący już od dawna wśród zielonych totalitarystów na Zachodzie. Taka Tokarczuk czy Sylwia Spurek jedynie przeszczepiają te importowane koncepcje na nasz grunt. Konsekwencją, czego noblistka zresztą nie ukrywa, będzie powrót do czasów, gdy możliwość jedzenia mięsa była wyznacznikiem statusu społecznego – cała reszta ludzkości zostanie wtrącona w odgórnie zaplanowaną nędzę. Osobiście sądzę jednak, że opodatkowanie mięsa nie wystarczy – trzeba wprowadzić kartki i karę śmierci za nielegalny ubój. W ten sposób będziemy mieli stan wojenny i okupację w jednym. Niech żyje „Nowy Zielony Ład”!


*

Z powyborczych remanentów. Wiecie Państwo jak zagłosowała Polonia? Otóż PiS wygrało jedynie w USA. W Europie Zachodniej natomiast bezapelacyjnie zwyciężyła Koalicja Obywatelska – od Wielkiej Brytanii po Niemcy – na co zdecydowany wpływ mieli masowi migranci zarobkowi z lat 2007-2015. I to jest zagadka, bowiem wychodzi na to, że Polacy z zagranicy zagłosowali na tych, którzy podczas swych rządów wypchnęli ich na emigrację. Są wdzięczni, że mogą tyrać na niemieckich budowach i zmywać gary w londyńskich knajpach?


*

Ale są i wieści weselsze. Do Sejmu nie dostał się Stanisław Piotrowicz – postać jak mało która obciążająca wizerunkowo obóz „dobrej zmiany”. Do dziś nie potrafię pojąć, jak można było uczynić PRL-owskiego prokuratora twarzą reformy sądownictwa. Naczalstwo PiS-u jednak brnie dalej i jak wieść niesie namawia posłów, którzy wyprzedzili Piotrowicza na Podkarpaciu, by zrezygnowali z mandatu. Jak rany, mam nadzieję, że nikt się jednak nie ugnie – wystarczy, że do Sejmu dostał się Czarzasty.


*

Kolejna dobra wiadomość – nie pomogła słynna przedwyborcza herbatka z Jarosławem Kaczyńskim i do Sejmu nie wszedł również naczelny wegetariański eko-oszołom „dobrej zmiany”, czyli Krzysztof Czabański. Może teraz będzie miał więcej czasu, żeby zająć się repolonizacją mediów, zamiast rujnować branżę hodowli zwierząt futerkowych pomysłami rodem z głowy Sylwii Spurek i Olgi Tokarczuk? Jako poseł jak nic ochoczo zgłosiłby 100-proc. akcyzę na mięso, a wyborcy za 500+ mogliby kupić sobie co najwyżej szczaw i mirabelki.


*

Schetyna wygrał wybory! Konkretnie – zmiażdżył rywali w obu wrocławskich więzieniach i w areszcie śledczym. Na 1360 oddanych głosów zgarnął aż 427, a Koalicja Obywatelska łącznie dostała 671 głosów – czyli ponad 49 proc. W tym kontekście zupełnie nie rozumiem, dlaczego PO tak obawia się ewentualnego wdrożenia programu „Cela+”. Przecież za kratkami będą się czuli jak w domu, wśród swojaków.


*

Tymczasem w obozie Zjednoczonej Prawicy rozpoczynają się jakieś dziwne powyborcze harce - gowinowcy i ziobryści tak się wbili w dumę z tytułu tego, że udało im się wprowadzić po 18 posłów, że zaczynają stawiać Kaczyńskiemu jakieś warunki. Panowie, ci wasi posłowie wjechali na plecach PiS, a wyborcy nie kojarzą nawet nazw tych waszych partyjek. Gdybyście poszli samodzielnie, mielibyście guzik z pętelką, więc może trochę wyluzujcie, dobra?


*

Na Krystynę Jandę zawsze można liczyć. Tysiąc osób – nawet po stronie lewicowo-liberalnej - może mówić jej, żeby wreszcie się zamknęła, bo obrażanie wyborców PiS i mieszkańców prowincji tylko dodatkowo utwierdza ich w niechęci do PO i lewicy, ale nie – ta obsesja jest od niej silniejsza. Jak wiemy, po wyborach zamieściła na Facebooku grafikę z wyliczeniem, za ile złotych w przeliczeniu na dobę PiS „kupił” sobie wyborców różnymi programami socjalnymi (wyszło 8 zł. 75 gr.), porównując tę kwotę z ceną, jaką w Warszawie należy zapłacić za noc z prostytutką (ponoć 2256 zł.). Wyszło, że wyborcy PiS to tanie dziwki. Żeby było śmieszniej, okazało się, że grafika pochodzi od zaprzysięgłego wolnorynkowca i zwolennika... Konfederacji. Janda ma prawo czuć się zniesmaczona, bo jej teatrzyki tylko od 2005 do 2017 r. otrzymały łącznie 15 mln. zł. dotacji, z czego w samym 2017 r. było to 2 mln. 450 tys. - a więc 6 712 zł. dziennie. No i wszystko jasne – trudno, by tak luksusowa kurtyzana nie czuła odrazy do jakichś tanich ulicznic. Tylko zaniżają stawki i psują jej interes.


*

Na zakończenie – PiS musiałby upaść na głowę, by zgodnie z obawami Mai Ostaszewskiej zabierać celebrytom internet. Przecież nikt nie napędza im skuteczniej wyborców. Są w tym lepsi niż Wałęsa.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 43 (25-31.10.2019)

Regionalna płaca minimalna – a regionalne ceny?

Ustawowa podwyżka wynagrodzeń powinna nastąpić PRZEDE WSZYSTKIM na prowincji, bo wielkie ośrodki radzą sobie bez niej.

Oj, chyba rusza lobbying przeciw zapowiadanym przed wyborami podwyżkom płacy minimalnej. Jak pamiętamy, jedną z koronnych zapowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, swoistym „500+” na nową kadencję, było zwiększenie minimalnych wynagrodzeń do 4000 zł. brutto od końca 2023 r. Już wtedy, we wrześniu, uaktywnił się Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców Adam Abramowicz, wychodząc w rozmowie z TVN24BiS z propozycją płacy minimalnej dedykowanej do danego regionu. Od pomysłu Kaczyńskiego zdążyła się w międzyczasie zdystansować min. przedsiębiorczości Jadwiga Emilewicz. Teraz natomiast ponownie zabrał głos Adam Abramowicz, podtrzymując w rozmowie z „Faktem” postulat regionalnej płacy minimalnej. Na pozór brzmi to rozsądnie: w regionach biedniejszych, gdzie są niższe koszty utrzymania, płace mogą również być niższe. I tak, w przyszłym roku najniższe wynagrodzenie wynosić ma 2600 zł. brutto, zaś wg Abramowicza, zmiany można by zniuansować na podstawie danych GUS – w Warszawie minimalna pensja mogłaby wynosić 2800 zł., a np. w województwie podlaskim 2400 zł. brutto.

No dobrze, a teraz wyjaśnię, dlaczego regionalizacja zarobków to bzdura. Otóż nawet w ramach tego samego regionu występują znaczące dysproporcje. Inaczej żyje się w stolicy regionu, nieco inaczej w mniejszym mieście, a jeszcze inaczej na wsi. Tego zwyczajnie nie da się uśrednić danymi GUS-u. Znane powiedzenie mówi, że gdy jedna osoba je mięso, a druga kapustę, to statystycznie obie jedzą bigos – i tak jest również z regionalną „zamożnością”. Nawet w ramach najbogatszego województwa mazowieckiego zieją gigantyczne dysproporcje pomiędzy Warszawą a peryferiami – i ta prawidłowość dotyczy również innych regionów. W przytoczonym przez Abramowicza woj. podlaskim również inne są realia życia w Białymstoku, a inne na prowincji. Już samo to skreśla pomysł Rzecznika MŚP na starcie.

Ale idźmy dalej. Co wywołało falę migracji zarobkowej z Polski w ostatnich latach, drenując nasz kraj z ponad 2 mln. par rąk do pracy – ludzi często młodych, najbardziej rzutkich i produktywnych, których dziś rozpaczliwie próbujemy zastąpić Ukraińcami czy zgoła Bengalczykami? Niskie zarobki i brak perspektyw na poprawę. Owe niskie zarobki to problem przede wszystkim prowincji, zostawionych samym sobie peryferii – i one też najdotkliwiej odczuły tę wyrwę demograficzną, to stamtąd wyjechało najwięcej Polaków za chlebem. Regionalizacja zarobków oznacza petryfikację tego stanu rzeczy, gwarancję, że odpływ populacji będzie postępował.

Kolejna rzecz: w Polsce koszty utrzymania i tak są niewspółmiernie wysokie w stosunku do zarobków, a dominanta (najczęściej wypłacane wynagrodzenie) oscyluje wokół płacy minimalnej. Gwarantuję panu Abramowiczowi, że niezależnie od miejsca zamieszkania, gros Polaków ledwie wiąże koniec z końcem, a lwią część zarobków pochłaniają rachunki i kupno podstawowych produktów – żywności, ubrań. Ich ceny jakoś nie chcą się „zregionalizować” - „Biedronka” jest wszędzie taka sama. Podobnie zaczyna być z czynszami, zwłaszcza na rynku wynajmu, kluczowym w warunkach chronicznego niedoboru mieszkań. Powód? Bardziej opłaca się wynająć mieszkanie „pod Ukraińców” i upchnąć ich z dziesięciu metodą „na śledzia”, zgarniając wielokrotnie więcej, niż od młodego małżeństwa na dorobku – i idę o zakład, że statystyki GUS słabo to wychwytują, jeśli w ogóle. Tłumaczę szczegółowo, jak krowie na rowie, bo odnoszę wrażenie, że z perspektywy Warszawy wydaje się, że mieszkańcy prowincji żyją powietrzem, a wszystko cudownym sposobem dostaje się im za bezcen. Gdyby tak było, to nie obserwowalibyśmy procesu „zasysania” młodych ludzi przez metropolie. To taka „wewnętrzna migracja”, której przyczyny są identyczne jak emigracji za granicę. A więc ustawowa podwyżka wynagrodzeń powinna nastąpić PRZEDE WSZYSTKIM na prowincji, bo wielkie ośrodki radzą sobie bez niej.

Co zatem należy zrobić, by nie dobić małych i średnich przedsiębiorstw? Można (i powinno się) pomyśleć o systemie ulg (ale tylko dla MŚP, nie dla wielkich koncernów, które i bez tego mają u nas eldorado). Budżetowi państwa i tak się to opłaci, gdyż wyższe wynagrodzenia przełożą się na zwiększone wpływy z podatków, głównie pośrednich – bo w warunkach regresywnego systemu podatkowego to właśnie najmniej zarabiający w swej masie (bo jest ich najwięcej) utrzymują państwo brocząc VAT-em i akcyzą przy każdych zakupach – a nie stosunkowo nieliczni zamożni. Powtarzam się, ale co i rusz napotykam uporczywe odmowy zrozumienia podstawowej sprawy – Polska wlecze się w ogonie Europy jeśli idzie o udział płac w PKB, dynamikę wzrostu wynagrodzeń (i to również na tle krajów naszego regionu!), za to przoduje pod względem rozwarstwienia dochodów – inaczej mówiąc, nieliczna mniejszość najlepiej zarabiających nabija mityczną „średnią krajową”. Wszystko to razem składa się na osławioną „pułapkę średniego rozwoju” i „półperyferyjną gospodarkę”, a mówiąc po ludzku – na model typowy dla krajów III świata.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Koniec „Bangladeszu Europy”

Kaczyński sięga do „głębokich kieszeni”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 43-44 (25.10-07.11.2019)

niedziela, 20 października 2019

Jest dobrze, ale nie beznadziejnie

PiS uzyskał po raz drugi mocny mandat do rządzenia – ale z szeregiem zastrzeżeń i wątpliwości. Prawica ma niewiele czasu na przegrupowanie szeregów, bo prezydencka batalia tak naprawdę jest tuż-tuż.


I. Mało brakowało

O mały włos... Naprawdę, niewiele brakowało, by Zjednoczona Prawica pożegnała się z samodzielną większością w Sejmie. Ostatecznie udało się zachować stan posiadania z 2015 r. - czyli 235 mandatów. I to jest niewątpliwie sukces – przy największej od 1989 r. frekwencji (61,74 proc.) ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego zdobyło nowych wyborców (43,59 proc. przy 37,58 proc. w 2015 r.), zyskując 6,1 pkt. proc. W liczbach bezwzględnych – w 2015 r. na PiS głosowało 5 711 687 wyborców, zaś w 2019 - 8 051 935, co oznacza przyrost głosów o 2 340 248. Można więc powiedzieć, że plan minimum został wykonany. Jednocześnie jednak nie da się ukryć, że apetyty były dużo większe i liczono na znaczący przyrost miejsc z Sejmie. Dał temu zresztą wyraz w swym wystąpieniu Jarosław Kaczyński, mówiąc „otrzymaliśmy dużo, ale zasługujemy na więcej”, w innym miejscu stwierdzając z kolei, iż jego partię czeka refleksja nad tym „co spowodowało, że poważna część społeczeństwa jednak uznała, że nie należy nas popierać”. A jest się nad czym zastanawiać – warto tu przypomnieć pogłębione badanie socjologiczne pt. „Polityczny cynizm Polaków”, które omawiam szerzej w bieżącym wydaniu „Polski Niepodległej”. Wg tego badania, twardy elektorat PiS wynosi obecnie 35 proc., zaś „elektorat rezerwuarowy” to kolejne 20 proc. - czyli łącznie 55 proc. Z tych „rezerw” PiS-owi udało się pozyskać 8,59 proc., a więc mniej niż połowę. Wystarczyło, by obronić dotychczasową pozycję – ale tylko tyle. Czyli, niby „pykło”, lecz jakoś nie do końca. Autorzy przywołanego badania zwracali uwagę, że „rezerwowy” elektorat PiS rzadziej chodzi do wyborów, niż analogiczne elektoraty ugrupowań opozycyjnych, co znajdowało potwierdzenie w późniejszych sondażach wskazujących na demobilizację wyborców Zjednoczonej Prawicy. W najbliższym czasie obóz rządzący czeka więc poważna orka nad aktywizacją potencjalnych zwolenników, zwłaszcza w kontekście przyszłorocznych wyborów prezydenckich, bo wbrew pozorom druga kadencja Andrzeja Dudy wcale nie jest przesądzona.

W Sejmie jednak PiS przynajmniej się obronił. Nie da się natomiast usprawiedliwić porażki w Senacie. W 2015 r. PiS wprowadził 61 senatorów, by w tej kadencji stracić 12 miejsc i tym samym większość w izbie wyższej parlamentu. To oczywiście nie jest jeszcze tragedia, ale może spełnić się scenariusz o którym pisałem przed tygodniem - „izba refleksji” może zostać zamieniona przez „totalną opozycję” w „izbę obstrukcji”. W kluczowych sprawach trzeba będzie się zmagać z próbami sabotowania ustaw, wszystko będzie szło o wiele wolniej. Tu trzeba zauważyć, że nawet tzw. „senatorowie niezależni” wywodzą się z obozu opozycyjnego, więc naprawdę ciężko będzie ciułać głosy dla poszczególnych projektów. Odnoszę wrażenie, że PiS rzucił wszystkie siły w kampanii na odcinek sejmowy, licząc iż przewagę w Senacie osiągnie siłą rozpędu. Tymczasem na tym froncie partie opozycyjne zwarły szyki, wystawiając w ramach „paktu senackiego” w większości okręgów jednego kandydata, by nie rozpraszać głosów – i ta taktyka się sprawdziła.

Dodatkowo, w wyborach do Sejmu obóz „anty-PiS” (PO-KO, Lewica, PSL) uzyskał w skali kraju łącznie 8 958 824 głosy – a więc o ponad 900 tys. więcej od Zjednoczonej Prawicy. Jeśli doliczyć Konfederację z 1 256 953 głosami, przewaga wynosi grubo ponad 2 miliony. PiS może dać na mszę w intencji metody d'Hondta premiującej największe ugrupowania.


II. Przełamanie duopolu

No właśnie, jaki szerszy obraz wyłania się z tych wyborów? Przede wszystkim okazuje się, że Polacy nie życzą sobie systemu dwupartyjnego. Polityczny duopol i wieczna nawalanka na linii PiS-PO dla wielu stała się zwyczajnie nużąca, co zaowocowało „kontrolnym” oddaniem głosu na którąś z alternatywnych opcji. Świadczy o tym nie tylko dwucyfrowy wynik lewicy startującej pod szyldem SLD (12,56 proc.), ale nadspodziewany sukces PSL z Kukizem (8,55 proc.), a nade wszystko Konfederacji (6,81 proc.). Ta ostatnia dwójka to chyba największe zaskoczenie. Okazało się, że wbrew moim nadziejom Kukiz nie pogrzebał ludowców i ten fenomen godzien jest osobnych analiz.

No i wreszcie Konfederacja – wydawało się, że wysoka frekwencja pogrzebie antysystemowców, którzy dotąd nie byli w stanie przebić szklanego sufitu kilkuset tysięcy głosów. Swój triumf (bo tak należy na to patrzeć) konfederaci zawdzięczają przede wszystkim mobilizacji najmłodszego elektoratu (18-29 lat) – z tej grupy wiekowej zagłosowało na nich ponad 20 proc., co jest trzecim wynikiem po PiS i KO. I tu nie tyle kamyczek, co wręcz głaz należy wrzucić do propagandowego aparatu PiS. Stawiam tezę, że do sukcesu Konfederacji walnie przyczyniła się przaśna, toporna propaganda TVP Jacka Kurskiego. Bojkotowanie, jak by nie było, ogólnopolskiego komitetu wyborczego balansującego w sondażach na granicy progu wyborczego było tak bezczelne i groteskowe, że zwyczajnie musiało przynieść efekt odwrotny od zamierzonego. Nie zapraszanie polityków Konfederacji przy jednoczesnym pompowaniu lewicy, przypieczętowane aferą z pominięciem przy podawaniu sondażowych wyników, za co TVP przegrała (zasłużenie) proces w trybie wyborczym – ta ostentacyjna stronniczość aż gryzła w oczy. Nic więc dziwnego, że na ostatniej prostej konfederatów „zagospodarował” TVN, prezentując polityków tej formacji już nie jako „faszystów”, lecz wyważonych, zdroworozsądkowych wolnorynkowców. Kurski najwyraźniej zapomniał, że TVP nie jest jedyną telewizją w Polsce i sam „sprezentował” Konfederację konkurencji – a ta nie omieszkała skwapliwie skorzystać z podarunku. Jeżeli ktoś powinien beknąć za wynik PiS poniżej oczekiwań, to w pierwszym rzędzie powinien być to „Kura”. Tu znów odwołam się do wspomnianego wyżej badania – otóż wynika z niego, że wyborcy prawicowi mają często bardzo krytyczny stosunek do przekazu mediów publicznych – a na dodatek na ogół oglądają również programy informacyjne pozostałych stacji oraz, co równie ciekawe, często nie życzą sobie zbyt miażdżącej przewagi politycznej PiS, instynktownie szukając jakiejś przeciwwagi.

Generalnie jednak, układ w Sejmie wskutek wejścia Konfederacji jest wręcz idealny. Wbrew rachubom TVN-u, konfederaci nie pozbawili PiS samodzielnej większości i partia Jarosława Kaczyńskiego utrzymała władzę – ale nie „bezkarną”. Wielokrotnie formułowałem tu pogląd, że Prawo i Sprawiedliwość potrzebuje nad sobą „bata” - i to z prawej strony, by nie zastygło w pysze i samozadowoleniu. Dzięki Konfederacji, partia rządząca odebrała niezbędną lekcję pokory, a do stawu z pisowskimi karpiami wdarł się przebojem antysystemowy szczupak, który zadba o to, by nie obrosły tłuszczem. Taki „dyscyplinator” może się okazać zbawienny w pewnych sprawach typu polityka wschodnia, brak asertywności w relacjach z USA czy żydowskie roszczenia majątkowe. Jeśli tylko nie zaczną zanadto „kucować”, to 11 posłów Konfederacji może okazać się wartościowym uzupełnieniem obecnego składu parlamentu. A dla PiS rada na przyszłość – pogódźcie się z tym, że istnieje bardziej radykalna grupa wyborców (zwłaszcza młodych), których nie da się „zakopać” i którzy zwyczajnie mają prawo do swej parlamentarnej reprezentacji.


III. Przed bitwą prezydencką

Niewątpliwie te wybory pokazały, że w narodzie zaczyna coś podskórnie buzować. Zdiagnozowanie tego fermentu to zadanie dla PiS w najbliższych miesiącach. Warto zauważyć wynik Małgorzaty Kidawy-Błońskiej – wprawdzie startowała z najbardziej przyjaznego KO okręgu warszawskiego, ale ponad 416 tys. głosów i tak robi wrażenie. Wygrała tu „matczynym” wizerunkiem - w czym przypominała jako żywo... Beatę Szydło z 2015 r. Może za wcześnie wyciągać daleko idące wnioski, ale jeśli PO zdecyduje się ją wystawić w wyborach prezydenckich, to może być problem. Podsumowując, PiS uzyskał po raz drugi mocny mandat do rządzenia – ale z szeregiem zastrzeżeń i wątpliwości. Prawica ma niewiele czasu na przegrupowanie szeregów, bo prezydencka batalia tak naprawdę jest tuż-tuż.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

O co toczy się gra

Polityczny cynizm, czy zdrowy rozsądek?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 42 (18-24.10.2019)