Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryzys. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryzys. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 kwietnia 2020

Pod-Grzybki 207

Po kryzysie „toaletowym” mamy nową jazdę – w sklepach zabrakło drożdży. Oficjalnie dlatego, że Polacy znudzeni narodową kwarantanną masowo zamienili się w domorosłych piekarzy i wypiekają chleb. Taak... Znaczy, oczywiście chleb przy okazji również można upiec – zawsze to jakaś zagrycha. Na zdrowie i smacznego!


*

Swoją drogą, ten „run na drożdże” stanowi dowód na żywotność zakorzenionych z dziada pradziada społecznych odruchów. Mamy oto sytuację przypominającą pod pewnymi względami wojnę, a przynajmniej stan wojenny, z czającym się na horyzoncie kryzysem gospodarczym włącznie. A wiadomo, co na wojnie i w latach kryzysu jest najlepszą i powszechnie uznawaną walutą – domowy „płyn odkażający”, najlepiej taki podchodzący pod 70 voltów. Ciekawe, jaki ustali się kurs w relacji do rąbanki?


*

Tak sobie myślę, że jeszcze trochę tej „pandemonii” i powróci do łask hodowla drobiu na balkonach i świń w piwnicach – co w połączeniu z „płynem odkażającym” powinno mieć łagodzący wpływ na społeczne obostrzenia egzekwowane dziś bezlitośnie przez służby mundurowe. Jeżeli pan władza nie zmięknie na widok solidnej porcji „swojskiej” karkówki okraszonej dwiema flaszkami bimbru i nie zacznie patrzeć w innym kierunku, to ja oznajmiam, że z taką policją, postępującą wbrew uświęconej przez pokolenia tradycji nie życzę sobie mieć do czynienia!


*

Powyższe przyszło mi do głowy na wieść, że gdzieś tam policja w mieszanym patrolu z żandarmerią wojskową wlepiła Bogu ducha winnym kierowcom mandaty za mycie samochodów... w myjni samoobsługowej. W takiej myjni, jeśli ktoś nie wie, jedyny kontakt fizyczny z czymkolwiek polega na wrzuceniu monet do automatu i wzięciu w rękę lancy od „karchera”. Jeżeli ktoś tylko ma te cholerne rękawiczki, to nie ma możliwości, żeby się czymkolwiek zaraził. I tu rodzi się podejrzenie: czy to tylko nadgorliwość, czy też patrole wzorem drogówki mają już swoje limity i normy do wyrobienia na zasadzie: „nie ważcie mi się wracać na komisariat bez dziesięciu wlepionych mandatów!”? Przypominam, że policja, podobnie jak każda inna struktura biurokratyczna, musi się wykazywać przed „zwierzchnością” odpowiednio okazałymi „statystykami”. („No co wy, Kowalski, to Piprztycki z sąsiedniego posterunku w zeszłym czasookresie nastukał sto mandatów, a wy tylko pięćdziesiąt? Mam wam tłumaczyć, że trwa walka z wrogiem klasowym... tfu, to jest z pandemonią? Weźcie się ogarnijcie, albo ja was tu zaraz ogarnę!”). A gdzie rządzą statystyki w połączeniu z presją przełożonych, tam rozum mówi „dobranoc”.


*

Ale Polak zawsze da radę, bo umyty samochód na święta, to nomen omen – święta rzecz. Toteż w Wielką Sobotę przy okazji wyprawy do sklepu (ja się, panie władzo, wcale nie szwendam, naprawdę musiałem kupić ten słoiczek chrzanu) zrobiłem pobieżną lustrację aut zaparkowanych na mojej ulicy – i aż serce rośnie. Wszystkie wręcz lśniły – umyte i nawoskowane, jak tradycja nakazuje. I co z tego, że w tym roku nikt raczej nimi nie pojedzie do oddalonego o 100 metrów kościoła? Samochód na Wielkanoc ma być czysty, na takiej samej zasadzie, jak „trza być w butach na weselu”, ot co!


*

Dobra wiadomość – po wielkich bólach władza wydusiła z siebie interpretację przepisów i oznajmiła, że po pierwsze wolno dokonać wymiany opon z zimowych na letnie, a po drugie – tadam! - można udać się na działkę celem wykonania niezbędnych prac i opieki nad roślinami. Zła wiadomość – wciąż nie wiadomo, czy na działce członkowie rodziny mogą przebywać razem, czy też prace mają być wykonywane rotacyjnie. A jeżeli są razem – czy również i tam mają zachowywać „dystans społeczny” i trzymać się od siebie na dwa metry.


*

A tymczasem Jarosław Kaczyński prze jak nosorożec do zorganizowania 10 maja wyborów korespondencyjnych – w oparciu o słynącą ze sprawności i wydolności organizacyjnej Pocztę Polską. Listonosze klną na czym świat stoi i ponoć zaczynają się skrzykiwać do urządzenia strajku, bo nie bardzo wyobrażają sobie możliwość dostarczenia ok. 30 mln. pakietów do głosowania. Mam pomysł – niech wybory zorganizuje sieć sklepów „Żabka”. „Żabki” są praktycznie wszędzie, dysponują własną logistyką, ponadto mają formalnie... status placówek pocztowych, dzięki czemu są otwarte w niedziele. Wystarczy, że ludzie wpadną na zakupy i przy okazji zagłosują. Można nawet zrobić okolicznościową promocję – zrób zakupy za stówę i oddaj głos, to dostaniesz 5-proc. kupon rabatowy na komplet noży za pińćset! Trzeba frontem do klienta! A kolejne wybory zrobi się wysyłkowo przez Allegro.


*

Lecz i Pocztę można pogonić do wykazania się inwencją. Niech ogłosi, że każdy, kto 10 maja zgłosi się do placówki z wypełnionym pakietem wyborczym, dostanie w prezencie egzemplarz „Cudownych wypieków siostry Anastazji”, albo innych „Nalewek braciszka Bartłomieja” - czy co tam akurat zalega na witrynkach. Nie ma to jak rynek i zdrowa konkurencja!


*

Jacek Jaśkowiak poskarżył się przedstawicielowi ambasady USA, że władza w Polsce znajduje się „w rękach psychopaty”. Serio? Jacuś, naprawdę skarżyłeś się na „rządy psychopaty” Amerykanom, który mają Trumpa? I sądziłeś, że to ich wzruszy, albo im zaimponuje?


*

Agorowy portal „Gazeta.pl” nie byłby sobą, gdyby tuż przed Wielkanocą nie zrobił jakiejś wrzutki w swoim stylu. Mianowicie, zamieścił wywiad z jakimś, pożal się Boże, „kołczem” (to taki cwaniak od wciskania ludziom za ciężką kasę „motywacyjnej” ciemnoty, żeby jeszcze ciężej tyrali na zyski jakiejś korporacji, która ich przeżuje i wypluje), który entuzjastycznie zachwalał wymuszony epidemią model tegorocznych świąt – bo wreszcie nie trzeba się będzie męczyć przy stole z rodziną i wpychać w siebie tego okropnego, polskiego żarcia. I o to właśnie im chodzi – mają nadzieję, że „pandemonia” odzwyczai ludzi od chodzenia do kościoła oraz rozluźni więzi społeczne. Pamiętajmy: lewactwo ma zawsze dwóch głównych wrogów – Kościół i rodzinę. To dlatego tak zachwala „dystans społeczny” - rzekoma troska o nasze zdrowie nie ma z tym nic wspólnego.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 16 (17-23.04.2020)

Kryzysowe żniwa

Chodzi o to, by pod pretekstem „walki z kryzysem” zmusić ludzi do tyrania za półdarmo, a rządy i banki centralne do nafutrowania banksterów świeżą gotówką wykreowaną w ramach „luzowania ilościowego”. Tylko po to ta cała gospodarcza „pandemonia” została wywołana i po nic innego.

Jak Czytelnicy być może pamiętają, gospodarcze paroksyzmy wynikłe wskutek „pandemonii” koronawirusa nazywałem do tej pory „najgłupszym kryzysem w historii”. Proszę Państwa, po namyśle cofam te słowa – to jest na swój sposób bardzo mądry kryzys. Ktoś go naprawdę sprytnie wykombinował i z żelazną konsekwencją wcielił w życie. Rozpętać światową histerię, która wprowadzi całe narody w stan lękowej psychozy i zmusi rządy do wygaszenia gospodarek – już to samo w sobie jest nie lada wyczynem. Lecz to jedynie pierwszy etap. Prawdziwe konfitury kryją się w etapie drugim, polegającym na przerzuceniu na barki państw i społeczeństw kosztów funkcjonowania światowego biznesu - te wszystkie ulgi podatkowe, dotacje oraz poluzowanie regulacji na i tak już w znacznej mierze sprekaryzowanym rynku pracy. Jeżeli przyjrzymy się pod tym kątem wdrażanym w różnych krajach pakietom pomocowym, naszej „tarczy antykryzysowej” nie wyłączając, to zobaczymy, że gros rządowych działań idzie właśnie w tym kierunku. Innymi słowy, chodzi o to, by pod pretekstem „walki z kryzysem” zmusić ludzi do tyrania za półdarmo (bo wicie-rozumicie, mamy ciężkie czasy i trzeba zacisnąć pasa), a rządy i banki centralne do nafutrowania banksterów świeżą gotówką wykreowaną w ramach „luzowania ilościowego”. Tylko po to ta cała gospodarcza „pandemonia” została wywołana i po nic innego. Powtarzam – ktoś to naprawdę sprytnie obmyślił, czapki z głów.

Na naszym krajowym podwórku bodaj najbardziej dobitnie (i bezwstydnie) cele te sformułował biznesmen i właściciel dziennika „Rzeczpospolita” Grzegorz Hajdarowicz domagając się m.in. zawieszenia podatków dochodowych i ZUS do końca 2020 roku; przyśpieszenia zwrotu VAT do 14 dni; „zawieszenia” Kodeksu Pracy; ograniczenia o połowę wymiaru urlopu; „zawieszenia” programu „500+” i 13 emerytury (co w istocie jest eufemizmem dla likwidacji tych świadczeń, bo w kontekście postulatów podatkowych staną się nie do sfinansowania); oraz automatycznego przedłużenia o 12 miesięcy wiz dla pracowników ze Wschodu.

Co to oznacza w praktyce? Wpędzenie państwa i samorządów w spiralę zadłużenia (brak podatków dochodowych) i w dalszej perspektywie bankructwo; upadłość ZUS-u i brak wypłat emerytur; powrót mafii vatowskich (przy 14-dniowym terminie zwrotu kontrola stanie się fikcją) – a więc kolejne, liczone w dziesiątkach miliardów złotych straty budżetu państwa; kompletną zapaść służby zdrowia; wreszcie – niewolniczy rynek pracy w którym pracownicy wydani są na łaskę i niełaskę pracodawcy, pozbawieni elementarnych praw i choćby minimalnej poduszki finansowej (likwidacja „500+”). Za to ma być zaordynowane sztucznie dwucyfrowe bezrobocie (jak rozumiem, w charakterze dodatkowego dyscyplinatora), bo do tego sprowadza się postulat utrzymania na rynku pracowników zagranicznych. Takie to recepty proponuje pan biznesmen z holdingiem w Luksemburgu (nota bene, raju podatkowym), reklamując swe pomysły w wywiadzie dla „Kultury Liberalnej” jako „wkład intelektualny” w walkę z kryzysem.

A co tak naprawdę należałoby zrobić? Po pierwsze, wypowiedzieć bezwzględną wojnę rajom podatkowym, do których z samej tylko Unii Europejskiej rocznie wyprowadzanych jest 170 mld euro. Wyobraźmy sobie tylko, jakie środki (chociażby dla służby zdrowia) byłyby dostępne, gdyby państwa dysponowały tymi pieniędzmi. Należy powiedzieć jasno firmom stosującym agresywną optymalizację, że nie należy im się żadna pomoc. Niech idą po wsparcie do rządów Luksemburga, Cypru, Bahamów i innych „rajskich wysp”. Ta roszczeniowa hołota w drogich garniturach, to pasożyty żerujące na gospodarkach krajów w których prowadzą działalność – zaburzając ponadto warunki rynkowej konkurencji, na czym cierpią uczciwi przedsiębiorcy.

Po drugie, pomoc należy skoncentrować na drobnych przedsiębiorcach i zwykłych ludziach – bo gdy oni nie będą mieli pieniędzy, to wszelkie „tarcze antykryzysowe” na nic. Czy tak trudno zrozumieć, że ubóstwo społeczeństwa oznacza stagnację i pogłębianie recesji? Pracownicy to zarazem klienci. Kiepsko opłacany pracownik, to równocześnie kiepski klient. Jeżeli będzie tyrał po 12 godzin za grosze, to kto kupi te wszystkie towary i usługi? Hajdarowicz od Piprztyckiego, a Piprztycki od Hajdarowicza? Dlatego należy m.in. odwrócić obecny regresywny system podatkowy, w którym gros obciążeń (głównie poprzez podatki pośrednie) spoczywa na barkach mniej zamożnych warstw społeczeństwa.

Po trzecie, najwyższy czas skończyć z „banksterskimi żniwami” w postaci luzowania ilościowego, czyli wykupywania przez banki centralne papierów wartościowych za „dodrukowane” pieniądze i futrowanie nimi „rynków”. Już poprzedni kryzys pokazał, że to się nie sprawdza - pieniądze te jedynie napędziły kolejne spekulacje.

Nade wszystko zaś należy zakończyć absurdalne lockdowny i odmrozić gospodarkę. Im szybciej skończymy z koronawirusową histerią, tym prędzej pozbawimy argumentów i narzędzi szantażu różnych cwaniaków, wykorzystujących sytuację dla własnych, partykularnych interesów.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Doktryna szoku

Podatkowe paserstwo

Gospodarcza „pandemonia”

Koronakryzys

Czy czeka nas najgłupszy kryzys w historii?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 16-17 (17-30.04.2020)

niedziela, 3 czerwca 2018

Kryzys jest szansą! - cz.2

Narodowcy przesypiają pomyślny wiatr historii - a, biorąc pod uwagę chociażby kontekst międzynarodowy, koniunktura jest jak rzadko kiedy.

I. Stanowczość popłaca

No proszę, wystarczy minimum asertywności w połączeniu z elementarną koordynacją działań i okazuje się, że można się postawić nawet Żydom. Taka mniej więcej płynie lekcja z zadymy wokół pomnika katyńskiego w Jersey City. Nawiasem, sam pomnik uważam za nadekspresyjny kicz, ale może taki właśnie skuteczniej przemawia do amerykańskiej wrażliwości. Mniejsza jednak o walory artystyczne monumentu – w momencie ataku obowiązkiem Polski było stanąć twardo w jego obronie, bo szanujące się państwo i naród nie mogą pozwolić, by jakiś pętak rozstawiał nas po kątach. To się udało – wreszcie zaktywizowała się nasza dyplomacja, podjęto współpracę z amerykańską Polonią, nawiązano kontakty z innymi mniejszościami etnicznymi, weteranami, a nawet częścią środowisk żydowskich, które napomniały burmistrza Stevena Fulopa, by nie robił zbędnej siary, bo na stole leżą ważniejsze karty do rozegrania. Nie ma wątpliwości, że Fulop chciał podłączyć się pod antypolską nagonkę, by ugrać przy tej okazji kilka punktów na własne polityczne konto – najwyraźniej jednak przestrzelił, co na szczęście udało się nam wykorzystać. Zakładając, że dotrzyma porozumienia i pomnik faktycznie stanie raptem kilkadziesiąt metrów dalej, a grunt zostanie wydzierżawiony polskiej społeczności na 99 lat, to można ogłosić sukces.

W tym miejscu pozostaje jedynie żałować, że nasze władze nie zagrały analogicznie w przypadku ustawy 447 – bo jak się okazuje, przy pewnej determinacji istniała możliwość jeśli nawet nie zablokowania aktu, to może chociaż wykreślenia najgroźniejszych z naszego punktu widzenia zapisów o mieniu bezdziedzicznym. Podejrzewam zresztą, że zaangażowanie w sprawę pomnika w Jersey City miało na celu częściowe zatarcie fatalnego wrażenia, jakie wywarła na opinii publicznej nasza bierność w o wiele ważniejszej kwestii wspomnianej ustawy. Cóż, łatwiej jest potykać się z jakimś burmistrzem niż z Kongresem i potężnym „przemysłem holocaust”, zwłaszcza gdy w grę wchodzą gigantyczne pieniądze. Na osłodę PiS postanowiło przedstawić swoją bierność jako cnotę, urządzając przy okazji po raz kolejny kpiny w żywe oczy z patriotycznego elektoratu. Tak bowiem należy odczytywać wystąpienie Adama Bielana w Telewizji Republika, podczas którego tłumaczył nam, że „radykalne” organizacje żydowskie nie są ukontentowane kształtem JUST Act, albowiem ten jest w ich opinii zbyt łagodny i rzekomo nie daje realnych możliwości nacisku na restytucję mienia bezspadkowego. Innymi słowy, mamy się cieszyć, bo mogło być gorzej. Zapewne mogło, ale nie da się też ukryć, że mogło być lepiej, gdyby polskie państwo cokolwiek w tej sprawie zrobiło i nie chwytało za ręce amerykańskiej Polonii, która jako jedyna podjęła konkretne działania lobbyingowe.


II. „Elastyczność” gluta

Rozwodzę się nad tymi dwoma przypadkami, bowiem skupiają one jak w soczewce rozchwianie pisowskiej polityki – od gromko ogłoszonego szturmu (nowelizacja Ustawy o IPN) do rejterady (rozpaczliwe „odkręcanie” konfliktu z Żydami i zamrożenie „dużej” ustawy reprywatyzacyjnej), kompensowanej następnie kolejną szarżą na drugorzędnym odcinku frontu (pomnik w Jersey City). Słowem, mamy potwierdzenie tego, o czym pisałem w poprzedniej „Polsce Niepodległej”, wytykając PiS-owi niezgulstwo i podszytą tchórzostwem skłonność do kapitulanctwa przedstawianą jako „elastyczność”. Tymczasem elastyczność prawdziwa, to umiejętność sprawnego manewrowania połączona z asertywnością na kluczowych odcinkach. Przy takim podejściu, rozmaite kryzysy stają się szansą na ugranie czegoś dla siebie. PiS natomiast postępuje dokładnie odwrotnie – potrafi być stanowczy w kwestiach mniejszej wagi, natomiast chowa się do mysiej dziury gdy przychodzi do rozgrywki głównej. Takie nastawienie zaś oznacza, że każdy kryzys staje się z miejsca poważnym zagrożeniem. W efekcie, zamiast sprężystości cisowego łuku mamy „elastyczność” gluta.

Trzeba podkreślić, że ta postawa nie wynika jedynie z braku politycznej sprawności. Równie ważną rolę odgrywa poczucie względnego komfortu oraz związana z nim skłonność do wygodnictwa i chodzenia po najmniejszej linii oporu. Tak należy tłumaczyć postawienie na „bezalternatywny” sojusz z USA przy jednoczesnym zamykaniu oczu na prosty fakt, że w ten sposób sami wydajemy się na łaskę i niełaskę naszego aktualnego hegemona, co później skutkuje szeregiem przykrych następstw – począwszy od wymuszanej na nas ustępliwości w relacjach z Ukrainą i Litwą (bo Waszyngton chce mieć spokój na wschodniej flance i nie życzy sobie konfliktów między wasalami), a skończywszy na potencjalnie rujnujących nas „odszkodowaniach” za pożydowskie mienie i podtrzymywaniu kosztownej fikcji „strategicznego partnerstwa” z Izraelem. O dokonującym się na naszych oczach zaprzepaszczeniu szansy na status kluczowego węzła Nowego Jedwabnego Szlaku szkoda nawet mówić – główne trasy handlowe pójdą na południe i północ od nas, na czym skorzystają m.in. Węgry i Austria oraz Rosja i Niemcy, które właśnie dogadały się co do transportu chińskich towarów drogą morską na linii Kaliningrad – Rostock. A więc ceną za zignorowanie Chin na amerykańskie życzenie będzie powstanie logistycznego odpowiednika Nord Streamu.

Dzieje się tak dlatego, że PiS ma świadomość, iż na krajowym politycznym rynku nikt po prawej stronie nie jest w stanie mu zagrozić. Toteż, przynajmniej póki co, może sobie pozwolić na ignorowanie coraz bardziej rozczarowanej części patriotycznego elektoratu – w myśl zasady, że wyborcy i tak nie mają innej opcji, niż zagłosować na partię Kaczyńskiego w kolejnych wyborach. Po co zatem się starać i podejmować ryzyko? W razie czego malkontentów spacyfikuje się za pomocą uzależnionych od partii mediów, które ogłoszą ich „ruskimi agentami”. Tak to przynajmniej wygląda w optyce pisowskich decydentów.


III. Narodowa alternatywa?

Jednak narastająca frustracja wyborców jest faktem – wystarczy zajrzeć do internetu, by przekonać się, że po kolejnych blamażach i ustępstwach w ludziach aż się gotuje. Podobnie oskarżenie o agenturalność (niegdyś zabójcze) od dłuższego już czasu traci swoją moc oddziaływania. Stało się to, co kiedyś przewidywałem: metoda moralnego szantażu na „ruskiego agenta” wytarła się i zdewaluowała od ciągłego nadużywania - niczym równie śmiertelny niegdyś zarzut „antysemityzmu”. Ludzie zwyczajnie przestają się bać i coraz głośniej formułują swoje niezadowolenie. To zaś oznacza, że wcale nie „muszą” w kolejnych wyborach zagłosować na jedynie słuszną partię monopolizująca dziś propaństwowość i patriotyzm, z których to haseł coraz częściej przy bliższym sprawdzeniu pozostaje wydmuszka. Mogą po prostu zostać w domach.

Ale równie dobrze ktoś może ich głosy zagospodarować i zmobilizować przy okazji przynajmniej część ogromnej rzeszy biernych wyborców. I tu wrzucam kamyczek do ogródka środowisk narodowych. To, co pisałem odnośnie szansy jaką daje kryzys, dotyczy również ich. Obecna zadyszka rządu połączona z rosnącym zniecierpliwieniem prawicowej opinii publicznej stwarza naturalną przestrzeń w którą mogliby (i powinni) wkroczyć narodowcy. Generalnie, prawdziwym nieszczęściem dla obecnej sceny politycznej jest brak liczącego się ugrupowania na prawo od PiS – bo za takowe nie można uznać amorficznego i wstrząsanego konfliktami ruchu Kukiza. Potrzeba partii, która niczym szczupak w stawie powolnych karpi z jednej strony mobilizowałaby PiS do działania, z drugiej zaś przedstawiała czytelną alternatywę, unikając przy tym miazmatów prorosyjskiego „słowianofilstwa”.

Pytanie tylko, czy nasi narodowcy potrafią stanąć na wysokości zadania. Projekt stowarzyszenia „Endecja” pod patronatem Rafała Ziemkiewicza umarł, zanim w ogóle zaczął funkcjonować, a sam publicysta został spuszczony po drucie jako samozwańczy ideowy „guru”. Obecnie zatem sytuacja wygląda tak, że istnieje sporo ruchów, stowarzyszeń, tudzież oddolnych inicjatyw robiących wiele dobrego w pracy ideowo-wychowawczej, potrafiących raz do roku skrzyknąć się na Marsz Niepodległości, lecz nie znajduje to żadnego przełożenia na polityczny potencjał. Na dodatek, środowiska te są mało odporne na różnych idiotów i prowokatorów, kompromitujących ich w oczach opinii publicznej – zawsze prędzej czy później wyskoczy jakiś pajac z kukiełką Żyda, kogoś innego przyłapią na „hailowaniu” czy krojeniu torcika z „wunderwafelkami” i cały rozsądny przekaz narodowego mainstreamu idzie psu w gardło. Na powyższe nakładają się partykularne ambicyjki poszczególnych „wodzów”, nieuchronnie rozpraszające zbiorowy potencjał „Indian”. W konsekwencji, narodowcy przesypiają pomyślny wiatr historii - bo kilku polityków z tego nurtu, którzy zabrali się do Sejmu razem z Kukizem, delikatnie mówiąc, nie czyni wiosny. A, biorąc pod uwagę kontekst międzynarodowy i rosnącą popularność tego typu ruchów zarówno w naszym regionie, jak i na zachodzie, koniunktura jest jak rzadko kiedy. Pora zatem obudzić się z drzemki i chwytać okazję, bo lada chwila może być za późno.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kryzys jest szansą!


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 10 (23.05-05.06.2018)

sobota, 12 maja 2018

Kryzys jest szansą!

Dla obozu PiS jakakolwiek dywersyfikacja międzynarodowej aktywności wydaje się być mentalnie nie do udźwignięcia.


I. Nieodrobiona lekcja

Właśnie tak, jak w tytule – kryzys jest szansą. Wystarczy na sprawy spojrzeć od tej strony i wszystko staje się znacznie prostsze. Refleksja ta naszła mnie z podwójnej przyczyny – pierwsza, to niedawne załamanie sondaży PiS z którego partia rządząca próbuje się obecnie z lepszym lub gorszym skutkiem wygrzebać; druga – to wygrana Fideszu i Orbana na Węgrzech, która w modelowy sposób pokazuje nam, jak należy rozgrywać konflikty z korzyścią dla siebie. Odnoszę bowiem nieodparte wrażenie, że tym, co różni „dobrą zmianę” od węgierskiego premiera, jest nie tylko sprawność techniczna w poruszaniu się po politycznym polu minowym, ale również (a może – przede wszystkim) kwestia mentalności i coś, co w języku sportowym nazywa się „elementem wolicjonalnym”. Otóż tam, gdzie nasi widzą zagrożenia, które należy w jakiś sposób obłaskawić (najczęściej zresztą, żenująco nieudolnie), Victor Orban widzi kolejną rozgrywkę do wygrania. Efekt tej różnicy podejść jest taki, że Orban ma trzecią kadencję z rzędu i większość konstytucyjną, a PiS zaczyna drżeć o utrzymanie władzy. Innymi słowy – Orban wdeptuje przeciwników w ziemię, a PiS oddaje pole i przegrywa nie tyle z przeciwnikami, co z samym sobą.

Wyjaśnijmy to sobie na przykładzie. Obecnie w Polsce pokutuje mit „politycznego centrum”, które za wszelką cenę należy sobie zjednać, by wygrać wybory. Rzekomo w ten właśnie sposób PiS wygrało w 2015 r. A guzik prawda. PiS nie wygrało dzięki żadnemu „centrum”, lecz dlatego, że parło do przodu jak nosorożec – może bez większego wdzięku, ale za to z determinacją, przebijając kolejne, dotąd pozornie nieprzekraczalne „sufity” poparcia. Ta prawidłowość działała przez kolejne ponad dwa lata rządów – i przestała w momencie, gdy „dobra zmiana” wdała się w jakieś żenujące dryblingi, próbując „oswoić” ulicę i zagranicę. Wynika to z prostej prawidłowości – w 2015 ludzie mieli już powyżej uszu „ciepłej wody w kranie” i „zielonej wyspy” z której nic nie wynika dla sytuacji zwykłego człowieka. Te nastroje PiS jeszcze wyczuło i skutecznie na nich zagrało, ale nie wyciągnęło oczywistego wniosku – mianowicie, że ci sami wyborcy, którzy jeszcze 2-3 lata wcześniej faktycznie stanowili „centrum”, w 2015 r. byli już w zupełnie innym miejscu, znacznie radykalniejszym i zagłosowali na PiS oraz (ci bardziej wnerwieni) na Kukiza. A potem, mile zaskoczeni realizowaniem przedwyborczych obietnic, podtrzymywali swe poparcie wbrew wszystkiemu – jazgotowi mediów, demonstracjom kodowszczyzny i naciskom zagranicy. Mieli gdzieś Trybunał Konstytucyjny, sądokrację, utracone poczucie komfortu „łże-elit”, postępowy szantaż emocjonalny domagający się przyjmowania biednych „uchodźców” i wrzaski dobiegające z Brukseli. Obchodziło ich to, że wreszcie ktoś robi porządek i zwraca uwagę na potrzeby obywatela – ze szczególnym uwzględnieniem 500+ i tamy postawionej zalewowi muzułmańskich migrantów.

Krótko mówiąc, poparcie nie przyszło z centrum, tylko ze strony zradykalizowanego elektoratu - a PiS nie odrobiło lekcji płynącej z własnego zwycięstwa.


II. Węgierski przykład

Odwrotnie postąpił Victor Orban, który zresztą generalnie wydaje się być politykiem bardziej przytomnym i świadomym w co gra. On od początku miał „centrum” głęboko w tyle. Wiedział, że wyborów nie wygrywa się dzięki tanim umizgom, tylko dzięki trzem czynnikom – mobilizacji, determinacji i konfrontacji. Podkreślę – konfrontacji, a nie schodzeniu z linii strzału przy byle kontrowersji, czy to w polityce zagranicznej, czy wewnętrznej. Dlatego zrobił u siebie porządek z kredytami frankowymi, sądami i mediami, przy pierwszej okazji „podziękował” za współpracę Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu, który dyktował Węgrom antyrozwojową („balcerowiczowską”) agendę w interesie globalnego kapitału, a z zagrożenia migracyjnego uczynił jeden z motywów przewodnich niedawnej kampanii. Podobnie nie zawahał się pójść na zderzenie czołowe z Sorosem – u nas wciąż rzecz nie do pomyślenia. Skutek? Banki po początkowych lamentach jakoś się uspokoiły, bo zobaczyły, że nie ma żartów, MFW posłusznie zwinął żagle, węgierski odpowiednik „Gazety Wyborczej”, czyli „Népszabadság” padł szczęśliwie w 2016 r., zaś Soros właśnie ogłosił, że zamyka biuro „Open Society Foundation” w Budapeszcie i spada do Berlina. Widać różnicę?

Nasi kieszonkowi Talleyrandowie lubią epatować „elastycznością” Orbana, czyniąc z niej alibi dla własnego kunktatorstwa. Otóż nie. Elastyczność nie polega bowiem na zagłaskiwaniu napięć, tylko na sprężystości. Opłacało się być w Parlamencie Europejskim we frakcji Europejskiej Frakcji Ludowej, razem z niemiecką CDU/CSU (i, dodajmy, Platformą Obywatelską)? Proszę bardzo, dzięki temu mamy powiększone pole manewru. Obywatelom jednak nie przypadł do gustu zakaz handlu w niedzielę? Wycofujemy się, nie ma sprawy, mała strata. A z drugiej strony – Rosja chce z nami budować elektrownię jądrową i dostarczać nam gaz? Wchodzimy w to, bez względu na ujadanie tych europejskich hipokrytów, którzy sami przebierają nogami do robienia interesów z Putinem i chcą ciągnąć Nord Stream 2 przez Bałtyk. Dywersyfikujemy w ten sposób naszą politykę i nie uzależniamy się od jednego „sojusznika”. Chiny chcą z nami rozmawiać o „Nowym Jedwabnym Szlaku”? Czemu nie, patrz wyżej, długofalowo niemieckie koncerny samochodowe nie mogą być jedynym strategicznym inwestorem.

Rozumiemy już o co chodzi z tą elastycznością? Okazuje się, że to nie musi być wcale ustępliwość, tylko manewrowanie połączone z odpowiednią dawką asertywności. Nasi wybrańcy natomiast wciąż mają problem ze zrozumieniem i wcieleniem w życie tej oczywistości. Rzecz jasna, trzeba zastrzec (bo zaraz jakiś hunwejbin zarzuci mi, że jestem „ruskim agentem”), iż nie chodzi o kopiowanie węgierskiej polityki i konkretnych ruchów w skali 1:1. Chodzi o metodę – a my tej metody nie mamy.


III. „Elastyczność” czy niezgulstwo?

Wróćmy do kwestii „elastyczności”, mającej przykryć nasze niezgulstwo. Różnicę między Polską a Węgrami świetnie ilustruje konflikt z Brukselą na tle osławionej „praworządności”. Właśnie „poprawiamy” ustawy sądownicze pod zapotrzebowanie zgłoszone przez Timmermansa, na co ten ostatni wciąż kręci nosem – że nie tak, że za mało, że należy spełnić wszystkie nadesłane z Brukseli „zalecenia”... Jaki błąd popełnili nasi mężykowie stanu? Przestraszeni, że Unia Europejska uzależni eurofundusze w kolejnej perspektywie budżetowej od stanu naszego wymiaru sprawiedliwości, poszli na ustępstwa – bez żadnej gwarancji, że one cokolwiek dadzą. W efekcie, UE dokręciła śrubę – właśnie nadeszła wiadomość, że Komisja Europejska forsuje przy powszechnym poparciu uzależnienie wypłat środków w latach 2021-2027 od gwarancji „skutecznego zarządzania funduszami”, co jest zawoalowaną formą „praworządności”. Oznacza to, że grupa euromandarynów będzie mogła całkowicie uznaniowo wstrzymywać kasę i wymuszać na nas spełnianie ich kolejnych żądań. Tyle ugraliśmy, brawo.

Co trzeba było zrobić? A chociażby zaszantażować Brukselę wzrostem antyunijnych nastrojów w polskim społeczeństwie. Metodę tę opisał niegdyś jeden z naszych negocjatorów w procesie akcesyjnym, Jerzy Marek Nowakowski. Kiedy przychodziło do kolejnej rundy negocjacji i europejscy wysłannicy wytykali nam różne opóźnienia i niedociągnięcia, on wyjmował sondaż z którego wynikało, że poparcie dla integracji wśród Polaków słabnie. Unijni urzędnicy w tym momencie z miejsca robili się o wiele bardziej „konstruktywni”. Podobnie dziś – rośnie niechęć do UE, zwłaszcza w warunkach prób dyktatu – blisko 1/3 Polaków optuje za polexitem, gdyby sprawy stanęły na ostrzu noża. Nie można było zagrać tą kartą?

Okazuje się, że nie można było – i powiem Państwu dlaczego. Otóż PiS przestraszył się tych sondaży znacznie bardziej niż Bruksela. Kryzys zaufania do UE został przez „naszych” odebrany nie jako szansa na poprawę pozycji przetargowej, lecz jako paraliżujące zagrożenie. I to jest ta różnica w rozumieniu elastyczności między Polską a Węgrami. Idę o zakład, że Orban w takiej sytuacji nie wahałby się ani sekundy – ba, wręcz świadomie podgrzewałby antyunijne nastroje, by wywrzeć na eurokratów presję. I tak jest ze wszystkim – z rejteradą przed Żydami, żądaniami USA (Kongres właśnie uchwalił JUST Act), ba – nawet przed Ukrainą czy inną Litwą. Wynika to z tego, że zarówno dla czołowych postaci obozu PiS, jak i dla jego zaplecza intelektualno-medialnego jakakolwiek dywersyfikacja międzynarodowej aktywności wydaje się być mentalnie nie do udźwignięcia. Zbyt wiele zainwestowali na wszelkich możliwych poziomach (politycznym, emocjonalnym, wizerunkowym) w różnorakie mitologie, które zwykli postrzegać jako „historyczną konieczność”, by nastąpiła zmiana paradygmatów. Więc jak przychodzi co do czego – zwyczajnie „pękają” i chowają głowę w piasek, wypinając przy okazji d... A potem się dziwią, że dostają bęcki i ludzie się od nich odwracają. A jak mają traktować pajaców bojących się własnej odwagi?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Zawsze jest z kim przegrać

Koniec złudzeń

Czy Polskę stać na podmiotowość?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 09 (09-22.05.2018)

niedziela, 8 kwietnia 2018

Zawsze jest z kim przegrać

Prowadząc politykę spod znaku „i chciałabym, i boję się” nie można liczyć na sukces.

I. Powtórka z „27:1”?

„Zawsze jest z kim przegrać – jeśli nie z przeciwnikiem, to z samym sobą” - mniej więcej taką sentencję działacze Zjednoczonej Prawicy powinni sobie oprawić w ramki i powiesić nad biurkami. Oczywiście, sondaż Kantar Millward Brown dla TVN pokazujący spadek poparcia o 12 punktów procentowych nie jest jeszcze powodem do paniki – wiele wskazuje na to, że faktycznie został „podkręcony” pytaniami naprowadzającymi w rodzaju sprawy nagród dla ministrów rządu Beaty Szydło – ale inne badania z końca marca również wskazują na kilkuprocentowe „tąpniecie” notowań partii rządzącej. Przykładowo, u „Estymatora” (dla „DoRzeczy.pl”) jest to tylko 3,4 pkt. proc., ale już „Pollster” (dla „Wiadomości” TVP) pokazuje spadek aż o 8 „oczek” - w każdym razie, widać, że coś jest na rzeczy. Owszem, można, jak rzeczniczka PiS Beata Mazurek, składać niekorzystne wyniki na karb okresowego osłabienia dotykającego każdą partię rządzącą na przednówku; prawdą jest również, że obecne straty są jak najbardziej do odrobienia – warto jednak zastanowić się nad przyczynami, bowiem sądzę, że obecny „dołek” ma bardziej racjonalne powody, niż ogólne pogorszenie samopoczucia wyborców.

Przypomnijmy sobie w tym miejscu sytuację sprzed roku, kiedy to PiS również zaliczyło w marcu sondażową klapę związaną z przegraną batalią o zablokowanie reelekcji Donalda Tuska na fotel przewodniczącego Rady Europejskiej. Jak pamiętamy, dało to mediom „totalnej opozycji” asumpt do triumfalnego epatowania hasłem o porażce „27:1” (do annałów przeszedł niesławny newsletter Marka Dekana do polskich pracowników Ringier Axel Springer), co chwilowo odbiło się na politycznych notowaniach „dobrej zmiany”. Dziś wprawdzie nie da się wskazać jednego, spektakularnego wydarzenia - przyczyny „obsuwy” są bardziej złożone, nawarstwiło się tutaj kilka czynników – niemniej, mechanizm jest podobny. Otóż wspólnym mianownikiem marca 2017 i marca 2018 jest utrata poczucia sprawczości – a tego wyborcy bardzo nie lubią.


II. Kara za porażkę

W 2017 r. ludzie ukarali rząd PiS obniżonymi sondażami nie dlatego, że ten wdał się w wojenkę „o Tuska” - ale dlatego, że tę konfrontację przegrał. Przeciętny wyborca natomiast lubi skuteczność w której może symbolicznie partycypować – nie obchodzą go „moralne zwycięstwa” i gadanie w stylu „postawiliśmy się dzielnie, ale musieliśmy ulec pod naporem przeważających sił wroga”. Taki przekaz może przekonać (a nawet na swój sposób dowartościowywać) jedynie twardy elektorat, to zaś stanowczo za mało do wygranej w wyborach. W polityce koniec końców zawsze liczy się sukces – i na to zorientowany jest potencjalny wyborca. Właśnie ta prawidłowość przez lata niosła Tuska – potrafił sprzedać się jako polityk skuteczny, „rozprowadzający” w kraju miotającą się bezsilnie prawicową opozycję, za granicą zaś – jako postać przyjmowana na salonach. To właśnie z tego wizerunku głosujący na PO czerpali poczucie wartości – jako współuczestniczący w swoistym „spektaklu mocy”. I dlatego też, kiedy wskutek nieudolności Kopacz i Komorowskiego Platformie powinęła się noga, została porzucona bez sentymentów. Ten trend pogłębił się już po wyborach 2015 r. - nieporadność i kolejne wpadki „totalnej opozycji”, nakręcały jednocześnie słupki poparcia obozowi Zjednoczonej Prawicy.

Powtórzmy jeszcze raz: wyborca może wybaczyć wiele, ale jednego nie wybacza – przegranej, bo partycypuje w niej emocjonalnie, a to jest zabójcze dla samooceny. Nikt nie lubi czuć się jak frajer i kibicować nieudacznikom. I odwrotnie: świadomość udziału w triumfie dowartościowuje, buduje poczucie wyższości nad „tamtymi” - a to bardzo silny magnes, przyciągający kolejnych zwolenników. Można tu użyć analogii sportowej – zwycięska drużyna zawsze ma pełne trybuny. Zespół za którym ciągnie się ogon porażek dopinguje jedynie garstka najwierniejszych z wiernych.


III. Utrata powagi

Dziś mamy właśnie taką sytuację – PiS poniosło w ostatnim czasie szereg porażek, które stopniowo odkładały się w zbiorowej świadomości. Wszystkie łączy jeden schemat: atak z gromkim „hurra”, a następnie po chwili niezbornej szamotaniny – rejterada z podkulonym ogonem. A kto rejteruje, ten obrywa po tyłku. Wyróżniłbym tutaj trzy podstawowe elementy – spór z Komisją Europejską o reformę sądownictwa, nowelizację ustawy o IPN i „zamrożoną” ustawę reprywatyzacyjną. Proszę zwrócić uwagę, że dopóki PiS twardo stawiało się różnym Timmermansom, elektorat również był „twardy” i stał po stronie rządu. Bruksela straszyła nas słynnym artykułem 7 Traktatu Lizbońskiego i sankcjami – a słupki ani drgnęły. Więcej nawet – w miarę zaogniania się sporu, rósł odsetek osób dopuszczających możliwość „polexitu”. Tak samo było przy okazji batalii o przymusową relokację „uchodźców”: tu również widmo sankcji nie robiło na wyborcach wrażenia, zaś milczące zarzucenie przez Brukselę poronionego pomysłu pokazało, że warto było pójść na konfrontację. Podobnie ze sprawą art. 55a ustawy o IPN umożliwiającego ściganie za kłamliwe przypisywanie nam niemieckich zbrodni – międzynarodowy wrzask środowisk żydowskich i naciski ze strony USA nie zrobiły na opinii publicznej wrażenia. Przyczyniły się wręcz do przebudzenia i uświadomienia społeczeństwu, jakie jest prawdziwe nastawienie Izraela oraz żydowskiej diaspory do Polski. Również projekt ustawy reprywatyzacyjnej eliminujący groźbę wypłacenia przez Polskę miliardowych odszkodowań organizacjom „holocaust industry” został przyjęty pozytywnie – szczególnie w kontekście forsowanej w amerykańskim Kongresie ustawy 447/1226.

Problem zaczął się, gdy politycy Prawa i Sprawiedliwości zaczęli mięknąć, dając tym samym dowód małej odporności na zewnętrzną presję. Zapowiedzi złagodzenia ustaw sądowych pod groźbą obcięcia eurofunduszy i kolejne pojednawcze wycieczki premiera Morawieckiego do Brukseli stały się w społecznym odbiorze świadectwem braku asertywności i niezdecydowania. Nawet lipcowe weto prezydenta Dudy nie narobiło tyle zamieszania – bo wtedy jeszcze kształt ustaw był wciąż naszą wewnętrzną sprawą. Analogicznie z ustawą o IPN: odesłanie przez prezydenta przepisów do Trybunału Konstytucyjnego to jedno. Gorzej, że poszły sygnały ze strony prominentnych postaci z obozu władzy, iż ustawa nie będzie de facto stosowana, plus zapowiedzi „nowelizacji do nowelizacji” sprowadzające się do wykastrowania dopiero co uchwalonych przepisów. Wszystko to pod ewidentnym naciskiem zagranicznych ośrodków, co w połączeniu ze sloganem o „wstawaniu z kolan” i zapewnieniami, że nikt nie będzie dyktował nam ustaw, musiało zrobić wrażenie ogólnej błazenady. Rząd stracił powagę na własne życzenie. Wstrzymanie prac nad tzw. „dużą ustawą reprywatyzacyjną” po gniewnych pomrukach organizacji żydowskich i amerykańskiego Departamentu Stanu dopełniło obrazu odwrotu na wszystkich frontach.


IV. Powrót do korzeni

Biorąc powyższe pod uwagę, ciągnąca się miesiącami w atmosferze frakcyjnych wojenek rekonstrukcja rządu czy nagrody dla ministrów z gabinetu Beaty Szydło miały znaczenie wtórne. Śmiem twierdzić, że w innej sytuacji po medialnej „trzydniówce” sprawa nagród rozeszłaby się po kościach, a wyborcy generalnie kupiliby tłumaczenie, że ministrom należy się premia za ciężką pracę – tak samo, jak w innych okolicznościach wybaczyliby Platformie „ośmiorniczki”. Ale tego typu, w gruncie rzeczy błahostki, działają jak płachta na byka, gdy obóz rządzący zaczyna jawić się jako słaby i pogrążony w chaosie. W konsekwencji, może się okazać, że obecne wahnięcie sondaży ma większy ciężar gatunkowy, niż mogłoby się wydawać i zapoczątkować trwały trend. Jak zaznaczyłem na wstępie – jeszcze jest czas, by ten stan rzeczy odwrócić. Ale potrzeba wewnętrznej mobilizacji i powrotu do korzeni: wizerunku zwartej i zdecydowanej drużyny, nade wszystko zaś – porzucenia kompletnie nieprzejrzystego dla przeciętnego odbiorcy chwiejnego lawiranctwa. Prowadząc politykę spod znaku „i chciałabym, i boję się” nie można liczyć na sukces.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

„Antypolonizm sponsorowany”

„Rejterada”

„Koniec złudzeń”

„Moratorium, czyli uspokajactwo stosowane”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 14 (06-12.04.2018)

poniedziałek, 13 listopada 2017

Wyższe płace są możliwe

Urzędnicy Komisji Europejskiej ratowali konkurencyjność koncernów „starej Europy”, zapewniając im w naszym regionie tanią siłę roboczą.

NSZZ „Solidarność” udostępnił opracowanie powstałe pod egidą Europejskiego Instytutu Związkowego pt. „Dlaczego Europa Wschodnia i Centralna potrzebuje wzrostu płac”. Oczywiście wiem, jaka przez ostatnie niemal 30 lat naszej prześwietnej „transformacji gospodarczej” przylgnęła opinia do związków zawodowych – pazernych, roszczeniowych i antyrozwojowych pasożytów, które najchętniej puściłyby pracodawcę-dobrodzieja z torbami. Pogląd ten łączy zarówno menedżera międzynarodowej korporacji nadzorującego „siłę roboczą” w tutejszych montowniach, jak i „Janusza biznesu” dla którego jedyny akceptowalny model zatrudnienia to minimalna pensja na papierze plus reszta pod stołem (a to wciąż u nas powszechna praktyka, szczególnie na prowincji). Niemniej, warto nad wspomnianą analizą nieco się pochylić, bo dane są danymi, a wyciągnięte na ich podstawie wnioski pokrywają się zarówno z codziennymi obserwacjami, jak i tym, co głoszą coraz liczniejsi ekonomiści oraz międzynarodowe instytucje (np. MFW) odnośnie spadającego udziału płac w PKB, czy rosnącego rozwarstwienia dochodów.

Otóż autor, Bela Galgoczi, zwraca uwagę, że o ile w pierwszym etapie transformacji w krajach postkomunistycznych będących obecnie członkami Unii Europejskiej nastąpiło załamanie płac, to już od 1993 r. mieliśmy do czynienia z ich dynamicznym wzrostem, co przekładało się na postępującą „płacową konwergencję” między naszym regionem, a państwami Europy Zachodniej. Autor jako punkt odniesienia podaje Niemcy ze względu na fakt, iż dla Europy Środkowej jest to główny partner handlowy oraz inwestor. I tak, w Czechach poziom płac w przeliczeniu na euro wzrósł z 8,3 proc. w 1993 do 35,1 proc. średniego niemieckiego wynagrodzenia w 2010 r. Z kolei np. w Polsce płace wzrosły z 13,7 proc. płacy niemieckiej w 1995 r. do 33 proc. w 2008 r. (moment szczytowy). Innymi słowy, w tym okresie faktycznie można było powiedzieć, że pod względem poziomu życia stopniowo doganiamy Zachód.

Trend ten uległ załamaniu po wybuchu kryzysu w 2008 r. W 2015 r. średnia płaca w Czechach spadła do 30,9 proc. płacy niemieckiej, a w Polsce – do 29,3 proc. Oznacza to, że zamiast doganiać Zachód, znów zaczęliśmy się od niego oddalać. Co ciekawe, największą dynamikę bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ) nasz region odnotował właśnie w okresie największego wzrostu zarobków – oba czynniki były ze sobą ściśle powiązane, bowiem BIZ prowadziły chociażby do spadku bezrobocia i podniesienia produktywności. Na powyższe nałożyła się również emigracja zarobkowa – im więcej specjalistów z danej branży emigrowało, tym bardziej rosły zarobki tych, którzy zostali w kraju. Jednak, jak wspomniałem, po 2008 r. mieliśmy regres zarobkowy, co było efektem nie tyle samego kryzysu, ile nietrafionej polityki Komisji Europejskiej, która kraje Europy Środkowej potraktowała identycznie, jak rozwinięte gospodarki „starej unii”. Otóż zalecenia KE sprowadzały się m.in. do ograniczenia płac, by gospodarki „odzyskały konkurencyjność”. Efektem było m.in. zamrożenie wynagrodzeń w sektorze publicznym, brak podnoszenia (lub symboliczne) płacy minimalnej oraz „reformy instytucjonalne” umożliwiające korektę płac w dół, czyli (jak się domyślam) „uelastycznienie” rynku pracy.

Rzecz w tym, że traktowanie naszego regionu bez uwzględnienia jego specyfiki było absurdem – KE doszła do wniosku, że przez wzrost wynagrodzeń w poprzednich latach utraciliśmy swą konkurencyjność na równi z krajami Europy Zachodniej, co kompletnie nie pokrywało się z rzeczywistością. Koszty zatrudnienia wciąż były niskie, stanowiąc np. w Polsce ok. 1/3 kosztów niemieckich – a w rzeczywistości jeszcze niższe, bo autor posługuje się średnim wynagrodzeniem, które w polskich warunkach ze względu na drastyczne rozwarstwienie dochodów nie jest do końca adekwatne. Mówiąc obrazowo, „średnia krajowa” (zwłaszcza w „Polsce powiatowej”) jest jak Yeti – wszyscy o niej słyszeli, ale nikt jej nie widział na oczy. Tutaj bardziej pasowałoby oparcie porównań na medianie, a zwłaszcza – dominancie zarobków, która w 2015 r. wynosiła 2469,47 zł brutto, czyli niecałe 1800 zł netto. Do tego kompletnie nie wzięto pod uwagę dynamicznie rosnącej produktywności za którą nie nadążały płace – w Polsce wzrost płac w latach 2008-2015 tylko nieznacznie przekroczył połowę wzrostu produktywności. Podobnie zignorowano dramatycznie niski udział płac w PKB, koncentrując się jedynie na nominalnym wzroście jednostkowych kosztów pracy i automatycznie uznając je za nieprawidłowość zagrażającą konkurencyjności gospodarki. Szczerze mówiąc, nie sądzę, by urzędnicy KE byli aż tak tępi. Podejrzewam raczej, iż w ten sposób świadomie ratowali konkurencyjność koncernów „starej Europy”, zapewniając im w naszym regionie tanią siłę roboczą.

Innymi słowy, gospodarki krajów Europy Środkowo-Wschodniej mają tak naprawdę dość dużą „rezerwę” jeśli chodzi o możliwości płacowe. Wyższe wynagrodzenia są zatem nie tylko możliwe, ale wręcz konieczne – o tym jednak za tydzień.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr nr 45 (10-16.11.2017)

wtorek, 10 listopada 2015

Islandia, czyli jak się nie dać

Może impuls, który wyjdzie z Islandii sprawi, iż słynne zdanie Mayera Rothschilda: „Daj mi kontrolę nad podażą pieniądza narodu i nie będzie mnie obchodzić kto tworzy jego prawa” wreszcie straci swą aktualność?

Pozwolę sobie kontynuować dziś wątek z ubiegłego tygodnia, czyli islandzką lekcję, którą państwo to daje światu w reakcji na globalny kryzys finansowy. Omówiłem już procesy i kary więzienia na jakie zostali skazani prominentni islandzcy banksterzy – jednak to nie wszystko. Otóż wyspa nie ugięła się również przed międzynarodowym szantażem mającym wymusić na tamtejszym rządzie spłatę z pieniędzy podatników wierzycieli upadłych banków. Pouczający jest tu przykład internetowego funduszu Icesave, należącego do Landsbanki – prywatnego (co istotne) banku, który upadł w 2008 roku. W Icesave miało swoje konta 340 tys. obywateli Wlk. Brytanii i Holandii. Po bankructwie, rządy tych krajów wypłaciły im łącznie ok. 5 mld dolarów rekompensat, następnie zaś zwróciły się do rządu Islandii o zwrot pieniędzy. Islandzcy obywatele w dwóch kolejnych referendach przeprowadzonych w 2010 i 2011 roku zdecydowanie opowiedzieli się przeciw pokrywaniu z publicznych pieniędzy długów prywatnego banku (Landsbanki zbankrutował jako podmiot prywatny, dopiero później wprowadzono zarząd komisaryczny). Pikanterii sytuacji dodaje fakt, iż rząd brytyjski rozporządzeniem „Landsbanki Freezing Order 2008” dokonał zamrożenia islandzkich aktywów (w tym Landsbanki) w Wlk. Brytanii wartych 4 mld. funtów. Wspomniane rozporządzenie zostało wydane na podstawie „Anti-Terrorism, Crime and Security Act” - ustawy uchwalonej przez Izbę Gmin w 2001 po zamachu na WTC, pozwalającej na nadzwyczajne kroki w przypadku zagrożenia bezpieczeństwa lub gospodarki Wlk Brytanii. W ten sposób postawiono islandzkie podmioty w jednym rzędzie z terrorystami i mafią, przy okazji usuwając konkurencję z brytyjskiego rynku.

W każdym razie, Wlk. Brytania i Holandia pozwały Islandię przed luksemburski Trybunał Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu (EFTA) do którego należy Islandia, a które wraz z Unią Europejską tworzy Europejski Obszar Gospodarczy. Po latach postępowania, Trybunał uznał ostatecznie w 2013 r., iż Islandia nie złamała dyrektywy dotyczącej depozytów gwarantowanych. Dodatkowo przed Trybunał pociągnęła Islandię Komisja Europejska, jednak ten orzekł, iż obowiązująca w momencie wybuchu kryzysu dyrektywa nie precyzowała minimum ochrony depozytów, sama zaś Islandia argumentowała, że obowiązek utworzenia funduszu gwarancyjnego nie zakłada automatycznego finansowania go z pieniędzy publicznych.

Aktywność Islandii nie kończy się jednak na samych działaniach „frontowych” w rodzaju procesów wytaczanych bankowym decydentom, czy batalii przed międzynarodowymi instytucjami sądowymi. Nie zaniedbano również prac koncepcyjnych mających uchronić system finansowy przed podobnymi paroksyzmami w przyszłości. Kilka miesięcy temu światło dzienne ujrzał arcyciekawy raport „Reforma monetarna. Lepszy system monetarny dla Islandii” przygotowany na zlecenie premiera rządu, a wydany w Polsce przez Fundację Jesteśmy Zmianą. Pod ostrzałem znalazł się w nim m.in. współczesny system kreacji pieniądza, w znacznej mierze uzależniony od działalności kredytowej banków komercyjnych, poza kontrolą nominalnego monopolisty, czyli banku centralnego, w którego gestii pozostaje jedynie nieskuteczne w dalszej perspektywie ustalanie stóp procentowych. W skrócie, system rezerwy cząstkowej pozwala bankom na akcje kredytowe jedynie częściowo zabezpieczone posiadanymi depozytami, udzielając więc kredytu „tworzą” pieniądz z powietrza. W efekcie, każdy bank jest potencjalnym bankrutem – wystarczy, by większość jego klientów w tym samym czasie zażądała wypłaty depozytów „zabezpieczonych” wirtualnymi „aktywami” w postaci nie ściągniętych jeszcze kredytów, czy wykupionych przez bank, a nie spłaconych przez emitenta obligacji.

Powyższe prowadzi do nadmiernej podaży a w konsekwencji - inflacji i dewaluacji waluty. Na Islandii „produkuje” się w ten sposób 91% znajdujących się w obrocie środków płatniczych, w Polsce – 86%. U źródeł kolejnych kryzysów zawsze tkwi nadmiar pustego pieniądza, na dodatek państwowe gwarancje depozytów zachęcają bankierów do ryzykownych zachowań. Dodać należy, iż instytucje zabezpieczające w rodzaju bankowych funduszy gwarancyjnych są w swej istocie jedynie listkiem figowym - w momencie poważnego krachu i tak koniec końców interweniować musi państwo sięgając do publicznej kasy. W odpowiedzi na zarysowane tu patologie autorzy raportu postulują wprowadzenie Pieniądza Suwerennego, którego wyłącznym emitentem w każdej postaci byłby państwowy bank centralny, konkretnie zaś niezależne gremium – odpowiednik naszej Rady Polityki Pieniężnej. Tym samym władza nad emisją środków płatniczych zostałaby całkowicie odebrana bankom komercyjnym. Te drugie miałyby jedynie możliwość alokacji pieniądza. Warto śledzić dalsze losy proponowanych rozwiązań. Może impuls, który wyjdzie z Islandii sprawi, iż słynne zdanie Mayera Rothschilda: „Daj mi kontrolę nad podażą pieniądza narodu i nie będzie mnie obchodzić kto tworzy jego prawa” wreszcie straci swą aktualność?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Islandia nie odpuszcza banksterom”

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 45 (06-12.11.2015)

niedziela, 2 marca 2014

A tymczasem na Islandii...

Czy Islandia poradziłaby sobie tak dobrze z kryzysem, gdyby była w UE i strefie euro?

I. Islandzka podmiotowość

Wśród dramatycznych doniesień z pro-unijnego „Euromajdanu” zginęła jakoś informacja o zapowiedzianym przez rząd Islandii wycofaniu wniosku o członkostwo w Unii Europejskiej. Przypomnijmy, iż negocjacje zapoczątkowane w czerwcu 2010 roku przez lewicowy rząd socjaldemokratów i Zielonej Lewicy zostały zawieszone w ubiegłym roku przed wyborami parlamentarnymi. Obecnie zaś centroprawicowa koalicja zadecydowała o rezygnacji ze starań akcesyjnych.

Z tej historii płyną dwa wnioski. Po pierwsze, niewielka Islandia dochowała się elit, które dbają o interes własnego kraju i zdają się być odporne na zagraniczne naciski. Nie dały się skorumpować wizją brukselskich apanaży, a jeśli nawet ciągoty do unijnych grantów i splendorów gdzieś siedziały im w głowach, to wybiło im je islandzkie społeczeństwo, które niezmiennie jest przeciwne wejściu ich kraju do UE. Mamy więc do czynienia z rzadko dziś spotykaną podmiotowością i odpornością na propagandowe manipulacje.

Po drugie, Islandczycy dali się poznać jako naród skrzętny i praktyczny. Kwestię wejścia do Unii Europejskiej potraktowali jako interes, a nie w kategoriach mętnej, pan-europejskiej ideologii. Islandia bowiem uzależniona jest od rybołówstwa. Ryby stanowią trzy czwarte islandzkiego eksportu, rocznie poławia się ich ok 2 mln. ton, a tamtejsze wody są najczystsze na świecie. Islandczycy są zresztą na punkcie swej przyrody bardzo wyczuleni, skoro pieczołowicie dbają nawet o siedliska elfów i potrafią wstrzymać budowę autostrady, jeśli ta ma przebiegać przez „elfie” terytoria... Jest to zatem melanż praktycyzmu i swoistej mistyki, spod której... również wyziera praktycyzm – bo jeśli zdewastują swoją przyrodę, to kto zechce przyjeżdżać i podziwiać gejzery na wyspie słynącej poza tym głównie ze skrajnie surowego klimatu?

Dodajmy jeszcze, iż bezpośrednio połowem para się ok 7% zatrudnionych, ale do tego należy doliczyć silnie rozwinięty na bazie rybołówstwa przemysł. I pouczająca ciekawostka – wedle islandzkiego prawa, przedsiębiorstwa z branży rybołówczej mogą być własnością wyłącznie Islandczyków, lub spółek przez nich założonych. Podobne ograniczenia dotyczą również kilku innych sektorów (np. energetyki).

II. Wara od naszych łowisk!

Wejście do Unii wiązałoby się nie tylko z dopuszczeniem innych państw do islandzkich łowisk, ale z przyjęciem całej brukselskiej „czapy” biurokratycznej z kwotami połowowymi, redukcją branży rybackiej, normami... Oznaczałoby to zniszczenie podstawy gospodarki i ekonomiczną degradację wielkiej części narodu. Wystarczy sobie przypomnieć jak przystąpienie do Unii załatwiło polskie rybołówstwo, by zrozumieć postawę Islandczyków.

Tymczasem, co ma Islandii do zaoferowania Unia? Szersze otwarcie rynków? Islandia i tak współpracuje z UE w ramach Europejskiego Obszaru Gospodarczego, a poza tym ryby można sprzedawać gdzie indziej. Co jeszcze zatem? Fundusze strukturalne? Pieniądze na „przebranżowienie” islandzkich rybaków, którzy straciliby w wyniku akcesji podstawy niezależnej, ugruntowanej tradycją egzystencji? A jak tam powiodło się przebranżowienie polskich rybaków? Albo górników? Wszystkie te unijne dobrodziejstwa zaś obwarowane są biurokratycznymi barierami do przełamywania których trzeba by zatrudnić legion nowych urzędników bez gwarancji powodzenia w staraniach o fundusze. Przykładowo, Polska wg danych z 2013 roku zdołała wykorzystać zaledwie niespełna 60% środków w ramach polityki spójności, co i tak daje nam stosunkowo wysoką, siódmą lokatę wśród krajów Unii. Jednym słowem, z punktu widzenia Islandii są to jakieś śmiechu warte plewy. Wszystkie te brukselskie cukierki zwyczajnie nie są potrzebne 300-tysięcznej wyspie, która i bez tego (a może – mimo tego?) niezmiennie znajduje się w czołówce rankingów dotyczących poziomu życia obywateli. Nie bez znaczenia jest też stosunkowo świeżej daty niepodległość Islandii, której poważnym ograniczeniem byłoby wejście w unijne struktury.

Wygląda więc na to, że europejska integracja byłaby tu głównie interesem dla krajów Unii z silnie rozwiniętym rybołówstwem i odpowiednich koncernów, które mogłyby się dorwać do islandzkich łowisk, wygryzając z nich tamtejszych rybaków. Świadczy o tym nieustępliwość Brukseli w tej właśnie kluczowej kwestii. No, ale trzeźwo myślący (choć sporo pijący) Islandczycy nie dali się złamać – okazali się mądrzy przed szkodą.

III. Islandzki sposób na kryzys

Na zakończenie jeszcze jeden wątek z niedawnej przeszłości. Otóż Islandia w modelowy sposób poradziła sobie z kryzysem finansowym, który uderzył w nią w 2008 roku. Początkowo wprawdzie islandzkie władze zachowywały się podobnie jak inne rządy, czyli starały się za wszelką cenę ratować grandziarzy i żebrały gdzie się da o pożyczki, jednak wkrótce pod wpływem rozmaitych okoliczności zmuszone zostały do zmiany polityki. Mianowicie, zamiast ładować pieniądze w instytucje „zbyt wielkie by upaść” pogłębiając tym samym finansową degrengoladę kraju i zadłużając się na koszt przyszłych pokoleń (jak zrobiły kraje UE, czy Stany Zjednoczone), rząd Islandii zwyczajnie pozwolił zbankrutować trzem największym bankom (Kaupthing Bank, Glitnir Bank i Landsbank), a następnie znacjonalizował je i objął zarządem komisarycznym. Rządowe pieniądze natomiast poszły do ludzi – zwykłych klientów, którzy potracili swe majątki. Zwrócono im depozyty, właścicielom zadłużonych nieruchomości zaproponowano umorzenie długów przekraczających 110% ich wartości, w końcu zaś Sąd Najwyższy (rok 2010) uznał kredyty indeksowane w obcych walutach za nielegalne.

To jeszcze nie koniec. Początkowo islandzki rząd zamierzał spłacić zagranicznych wierzycieli upadłych banków, ale wtedy na ulicę wyszli obywatele, którzy stanowczo odmówili zaspokajania międzynarodowych spekulantów z pieniędzy publicznych. Petycję do prezydenta podpisała 1/5 mieszkańców, a nieco później rządowy projekt legislacyjny (tzw. „ustawę kompensacyjną”) utopiono w referendum. Zagraniczne „rynki” finansowe nie otrzymały ani jednej islandzkiej korony. Zamiast tego sprywatyzowano ponownie dwa z trzech znacjonalizowanych banków (Kaupthing Bank, Glitnir Bank) przekazując je wierzycielom (a właściwie, działającemu w ich imieniu syndykowi) – niech sobie radzą z bankrutami. W międzyczasie, islandzki rząd pożyczył 6 mld dolarów od MFW i kilku europejskich krajów (w tym Polski – nasz udział to ok. 200 mln USD). Dla kraju o skrzętności i potencjale Islandii owe 6 mld pożyczki jest sumą jak najbardziej do spłacenia – tym bardziej, że odpadło uwikłanie w demoralizujące i kosztowne „ratowanie” spekulantów. Do tego doszło niezbędne cięcie wydatków – a Islandia akurat miała z czego ciąć. Efekt? W ciągu kilku lat deficyt budżetowy spadł poniżej 2% PKB (z 13,5% w 2009), bezrobocie spadło o połowę i wynosi 5%, a wzrost gospodarczy wynosi 2,5%.

Pytanie retoryczne – czy Islandia poradziłaby sobie tak dobrze, gdyby była w UE i strefie euro? I może właśnie dlatego w mediach tak cicho było i jest nadal o islandzkiej recepcie na kryzys – gdyby zaczęły ją wdrażać inne kraje, to finansowa międzynarodówka oraz idące na jej pasku „struktury międzynarodowe” mogłyby zwijać interes polegający z grubsza na żyłowaniu z wypracowanego bogactwa narodów na kilka pokoleń do przodu.

Krótko mówiąc – jest się od kogo uczyć. Tylko chętnych do nauki jakoś nie widać.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/