Podsumujmy to
sobie. Regionalna mocarstwowość od morza do morza. Wiara w
„strategiczne sojusze” i „gwarancje”, w które
inwestujemy cały nasz byt państwowy nawet nie próbując jakiejkolwiek
dywersyfikacji ryzyka. Boże, jak to wszystko się powtarza. Całe
szczęście, że nikt nie wymaga od nas „kapitału krwi”. Na
razie.
I. Legenda
sanacji
Grzegorz
Braun w sejmowym wystąpieniu określił PiS mianem „żoliborskiej
grupy rekonstrukcyjnej sanacji”, powtarzając tym samym swój
znany bon mot. Reakcja członków partii rządzącej była nader znamienna
– potraktowali bowiem słowa posła Konfederacji jako komplement.
I to jest wielce charakterystyczna różnica spojrzeń – nie tylko
na naszą historię, ale przede wszystkim na teraźniejszość i sposób
myślenia o państwie. Dlaczego coś, co dla jednych jest surową
krytyką, dla innych brzmi niczym hymn pochwalny? Otóż
Braun, mówiąc o sanacji, miał na myśli tę przedwojenną formację taką,
jaka ona w istocie była, szczególnie pod koniec życia Piłsudskiego i
po jego śmierci. A była to w swej masie banda tępych dzierżymordów,
upojonych władzą. mocarstwową pychą i z każdym rokiem osuwających
kraj coraz głębiej w model groteskowej dyktatury rodem z wojskowych
reżimów znanych z krajów latynoamerykańskich.
Owszem, znalazło się w tej formacji kilka wybitnych i prawych
jednostek, pokroju Walerego Sławka (który jednak w końcu popełnił
samobójstwo – akurat dziwnym trafem tuż po przyjęciu przez
Becka brytyjskich gwarancji, które ostatecznie wciągnęły nas do
wojny) czy gen. Kazimierza Sosnkowskiego (cierpiącego wszakże na
chroniczny deficyt decyzyjności) – ale tych kilka jasnych
postaci nie zmienia ogólnego obrazu ówczesnego obozu władzy, celnie
sportretowanego przez Dołęgę-Mostowicza w „Karierze Nikodema
Dyzmy”. Była to formacja rządząca się we własnych szeregach
logiką sitwy („nasz - nie nasz”), a do tego skrajnie
niekompetentna, co błyskawicznie znajdowało przełożenie na sposób
zawiadywania państwem, sprawiając iż ówczesna Polska była tworem do
cna zbiurokratyzowanym, etatystycznym i niewydolnym, bodaj czy nie
najbardziej w ówczesnej Europie – przynajmniej wśród państw
dużych, aspirujących do odgrywania jakiejś politycznej roli na
kontynencie. Powyższemu
towarzyszyło postępujące odrealnienie i zaczadzenie własną
propagandą, powodujące, iż ówczesne elity nie były w stanie
prawidłowo oszacować własnych sił i możliwości – a także, co
równie tragiczne, sił i możliwości (oraz prawdziwych intencji)
naszych wrogów i sojuszników. Skończyło się to hekatombą września
1939 i zagładą państwa.
Co gorsza, ów patologiczny model przejęli również oponenci, co z
pełną mocą uwidoczniło się w praktyce funkcjonowania emigracyjnych
rządów kliki Sikorskiego (słynne: „Iziu,
Iziu, nareszcie u władzy! Ależ my tym skurwysynom teraz pokażemy!”).
Z
kolei PiS, słysząc hasło „sanacja” ma przed oczami
wyidealizowaną legendę II RP – kraju „wstającego z
kolan”, rządzonego przez patriotów, budującego Gdynię i COP, ze
stabilną walutą, zdolnego do wychowania wspaniałego pokolenia
młodzieży i stworzenia przepojonej bojowym duchem armii. I w zasadzie
to wszystko również jest prawdą – z zastrzeżeniem, że finalnie
nic to nam nie dało.
Patriotyczna młodzież, ukształtowana w kulcie romantycznych porywów,
została rzucona na stos na którym spłonęła, bojowa armia złożywszy
daninę krwi na bitewnych polach została bez ceregieli kopnięta przez
naszych aliantów w cztery litery, a wykrwawiony do granic
biologicznej zagłady Kraj oddany pod kuratelę Stalinowi. I
to również jest dziedzictwo II RP i sanacji – kompletnie
apolityczne myślenie, że jeśli zaświadczymy czynami, iż zasługujemy
na niepodległość, to świat w imię głoszonych przez siebie zasad nam
tę niepodległość zwróci. Musimy jedynie udowodnić swą lojalność, by
Zachód wiedział, że można na nas liczyć i z tym „kapitałem
krwi” dowodzącym sojuszniczej wiarygodności przystąpimy do
formułowania i negocjowania naszych moralnie słusznych postulatów i
oczekiwań.
Stąd seria nieprzytomnych posunięć, począwszy od marszałka
Rydza-Śmigłego i jego „z Sowietami nie walczyć” (bo tego
oczekiwały od nas Francja i Anglia liczące na wciągnięcie Stalina do
wojny po swojej stronie, co w końcu się udało) – w efekcie,
mimo ewidentnej agresji formalnie nie byliśmy z ZSRR w stanie wojny,
uwiarygadniając tym samym sowiecką narrację o „wkroczeniu”
i ułatwiając aliantom późniejsze konszachty ze Stalinem. Podobnie z
akcją „Burza”, której jedynym skutkiem było ułatwienie
marszu Armii Czerwonej na zachód i przyśpieszenie zajęcia przez nią
Polski. O Powstaniu Warszawskim i zagładzie stolicy aż żal pisać,
lecz trzeba odnotować inny, zbrodniczy rozkaz nakazujący jednostkom
Armii Krajowej ujawnianie się przed Sowietami „w roli
gospodarzy” (na szczęście, nie wszyscy dowódcy się
podporządkowali temu szaleństwu), co skończyło się błyskawiczną
likwidacją polskich oddziałów, rozstrzeliwaniami i wywózkami na
Sybir. Owo „ujawnianie” miało być w zamyśle „politycznym
gestem”, mającym dowieść na arenie międzynarodowej naszych
„praw” do niepodległej Polski. I nikomu nie przyszło do
głowy, że Zachód już dawno położył na nas krzyżyk, w związku z czym
należy myśleć o minimalizacji strat, zamiast je eskalować w imię
jakichś, niechby i szczytnych, ideałów i urojeń. Bodaj
jedyną siłą, która wykazała się trzeźwą oceną sytuacji były Narodowe
Siły Zbrojne, czego symbolem stała się Brygada Świętokrzyska.
Uznawszy, iż wojna jest rozstrzygnięta, a jedynym skutkiem walki z
Niemcami będzie przyśpieszenie sowietyzacji kraju, dogadała się z
władzami okupacyjnymi i przeszła przez front, łącząc się z wojskami
amerykańskimi – za co zresztą po dziś dzień szczerze jej
nienawidzą ideowi pogrobowcy stalinowskich oprawców, nie mogący
ścierpieć myśli, że tylu „faszystów” wymknęło im się z
rąk.
Reasumując tę część
rozważań – o ile legenda II RP była pożyteczna w czasach
komuny, krzepiąc dusze i stanowiąc patriotyczny punkt odniesienia, o
tyle obecnie ślepe mitologizowanie dwudziestolecia międzywojennego,
ze szczególnym uwzględnieniem okresu po 1935 r., kiedy to sanacyjny
reżim pogrążał się w politycznej demencji i „kulcie jednostki”
(bo warto zwrócić uwagę, iż kult Józefa Piłsudskiego dla sanatorów
był w znacznej mierze instrumentem mającym uwiarygodnić kult jego
następcy – Rydza-Śmigłego) może przynieść opłakane
konsekwencje. A coś takiego właśnie przerabiamy.
II.
„Optymizm nie zastąpi nam Polski”
W poprzednim
numerze „Polski Niepodległej” pisałem o Władysławie
Studnickim – niewysłuchanym przez współczesnych mistrzu
geopolitycznej analizy, któremu sekundowała jedynie garstka podobnych
mu, acz zepchniętych na margines realistów, z najwybitniejszym
uczniem, Stanisławem Catem-Mackiewiczem na czele. W wydanej niedawno
po raz drugi pracy „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej”
Studnicki przewidział, iż dla Wielkiej Brytanii jedynym pożądanym
sojusznikiem jest Rosja – nawet ta komunistyczna. Z tej
perspektywy patrząc, jesteśmy jedynie narzędziem, poręcznym mięsem
armatnim, które należy wciągnąć do wojny, by to przeciw nam obróciło
się uderzenie III Rzeszy. ZSRR w takiej sytuacji rzecz jasna nie
pozostanie bierny i zajmie nasze ziemie wschodnie, zyskując tym samym
wspólną granicę z Niemcami, co z kolei sprawi, iż wojna
niemiecko-sowiecka stanie się nieunikniona - a wtedy droga do
antyniemieckiego sojuszu brytyjsko-rosyjskiego stanie otworem. Ceną
za sojusz będzie Polska i przyzwolenie na jej sowietyzację – i
tę cenę Londyn ochoczo zapłaci. Słowem, przyjęcie gwarancji
brytyjskich skazuje nas na zagładę, bo wskutek różnicy potencjałów
militarnych i gospodarczych wojna z Niemcami musi się skończyć naszą
klęską.
Reakcją
sanatorów na diagnozy i apele Studnickiego było żądanie premiera
Felicjana Sławoja-Składkowskiego, by niewczesnego proroka zamknąć w
Berezie Kartuskiej (na szczęście do tego nie doszło – w odruchu
przyzwoitości zaprotestował Rydz-Śmigły, dzięki czemu Studnicki nie
trafił pod sadystyczne skrzydła Kostka-Biernackiego, której to opieki
niemłody już myśliciel – rówieśnik Piłsudskiego - mógłby nie
przeżyć), natomiast cały nakład „Wobec nadchodzącej drugiej
wojny światowej” został skonfiskowany jeszcze w drukarni.
Książka
bezlitośnie obnażająca nicość bombastycznej, mocarstwowej propagandy
wedle której mieliśmy nie oddać ani guzika i pogonić Hitlerowi kota,
nie miała prawa ujrzeć światła dziennego.
Wedle ówczesnych elit, takie gadanie było z gruntu antypaństwowe –
osłabiało bojowego ducha, podważało zaufanie do politycznej linii
władzy wedle której jedyną bezcenną rzeczą w życiu narodu jest honor,
burzyło dobre samopoczucie rządzących przypominaniem o liczbie
niemieckich czołgów i samolotów oraz straszeniem sowiecką Rosją,
która – wedle szczerego przekonania sanatorów – nie była
zdolna do jakichkolwiek działań zaczepnych, a ponadto miała w pamięci
rok 1920. No i godziło w sojusze. Doprawdy, takiego defetystę tylko
wsadzić do Berezy... Swoją drogą, za podobne herezje do Berezy
wsadzono wspomnianego przed chwilą Stanisława Cata-Mackiewicza –
bo ośmielił się zaapelować o dozbrojenie armii, podczas gdy wedle
oficjalnej propagandy nasza armia była silna-zwarta-gotowa i
uzbrojona po zęby, w przeciwieństwie do Hitlera z jego „tekturowymi
czołgami”.
Jak
łatwo zauważyć, Studnicki nie zajmował się „krzepieniem ducha”,
tylko chłodną, pozbawioną złudzeń oceną politycznej rzeczywistości,
niejako antycypując późniejszą myśl innego wielkiego realisty, Józefa
Mackiewicza, iż „optymizm nie zastąpi nam Polski”.
Przypominam to wszystko, bo obserwując naszą współczesną politykę
zagraniczną odnoszę nieodparte wrażenie deja
vu.
III. Cudze
gwarancje i własne urojenia
Dziś,
podobnie jak wtedy, cały nasz państwowy byt i drogę do wielkości
oparliśmy na jednym, „bezalternatywnym” sojuszu –
tyle, że z USA. Innymi słowy, budujemy swą regionalną mocarstwowość
na cudzych gwarancjach i własnych urojeniach.
Najlepiej widać to na przykładzie relacji z Ukrainą, o czym już na
tych łamach niejednokrotnie pisałem, lecz sądzę, że warto to pokrótce
zrekapitulować, bowiem trudno o bardziej dobitny przykład polityki
będącej żałosną komedią omyłek, hołdowania mitom i fantasmagoriom.
Pierwsze z brzegu urojenie, to przekonanie, że Polska jest dla
Ukrainy sojusznikiem i to strategicznym. I że Ukraina w gruncie
rzeczy podziela nasze giedroyciowsko-prometejskie wizje o Międzymorzu
pod polskim przywództwem, w związku z czym należy na ów sojusz
chuchać i dmuchać. Tłumaczymy sobie, że wspólny, antyrosyjski front
przecież obiektywnie leży w interesie Kijowa i tamtejsi przywódcy nie
mogą tego nie zauważać, dlatego wszelkie zadrażnienia między nami,
choćby na tle historycznym, to drugorzędne nieporozumienia, które
należy cierpliwie wyjaśniać, a ich rozdmuchiwanie to robota „ruskiej
agentury”.
Od
blisko trzydziestu lat karmimy się powyższymi mrzonkami, uporczywie
nie chcąc przyjąć do wiadomości, że dla Ukrainy sojusznikiem są
Niemcy (zawsze były, jeszcze przed I wojną światową) oraz USA - i to
na nich orientowała się tamtejsza oligarchia organizując zadymę na
Majdanie. My
tu nie mieliśmy i nie mamy nic do gadania, wszystko od samego
początku rozgrywało się i wciąż rozgrywa dwa piętra ponad naszymi
głowami, a wszelkie decyzje zapadają w trójkącie
Moskwa-Berlin-Waszyngton.
Przypomnijmy, iż obecny konflikt na wschodzie zaczął się od tego, że
Angela Merkel, będąca wówczas u szczytu potęgi, zapragnęła poszerzyć
Mitteleuropę poza granice UE wchodząc na „kanoniczne”
terytorium Putina i podbechtując do rokoszu przeciw prorosyjskiemu
Janukowyczowi część ukraińskiej oligarchii, która uznała, że z
Zachodem można kręcić lepsze (i bezpieczniejsze) lody, niż dotąd z
Rosją. Majdan i późniejsze paroksyzmy były prostą konsekwencją
powyższego - wojną zastępczą między cesarzową Angelą a carem
Władimirem toczoną rękoma Ukraińców, w którą szybko jeszcze wmieszała
się Ameryka wracająca z „długiej podróży” resetu, w
obawie, że zostanie całkiem wykolegowana z wpływów w tej części
Europy. Co nam do tego? Gdzie tu nasz interes? Żeby odepchnąć na
wschód Rosję? OK, dobrze by było, ale to w najmniejszym stopniu nie
zależy od naszego zaangażowania (bądź nie) w ukraińską awanturę.
Poszliśmy na nią nie dość że za bezdurno, to jeszcze dopłacając –
linią kredytową na wieczne nieoddanie i otwarciem granic na
ukraińskie płody rolne. To
jest właśnie ta polityka urojeniowa - nie poparta żadną kalkulacją,
literalnie niczym, poza mesjanistycznym chciejstwem - którą tak
zwalczał w swym politycznym pisarstwie i publicznej działalności
Studnicki.
IV. Między Rusem,
Prusem, a Jankesem
Generalnie,
od trzech dekad obijamy się w zaklętym kręgu między Rusem, Prusem, a
Jankesem – w zależności od tego, która z zewnętrznych potencji
akurat bierze górę.
Mały rzut oka na kilka ostatnich lat: za PO, gdy po „resecie”
Obamy i wycofaniu się Stanów Zjednoczonych z naszego regionu kuratelę
nad nami przejęły Niemcy, Tusk zrobił własny „resecik” z
Putinem – na smoleńskich trumnach i przypieczętowany kontraktem
gazowym Pawlaka. Stało się to na ewidentne żądanie Angeli Merkel,
dążącej do zbliżenia z Moskwą i wyrugowania USA z Europy. Potem, gdy
cesarzowa pożarła się z Putinem o strefy wpływów na Ukrainie, również
na żądanie Niemiec z dnia na dzień ekipa PO zmieniła kurs o 180
stopni na antyrosyjski - bo tak kazała cesarzowa. A po kolejnej
chwili, wraz z powrotem Waszyngtonu do czynnej polityki w regionie,
wrócił do władzy PiS (cóż za zbieg okoliczności...) i wszedł w te
same buty, zmieniając jedynie patronat na amerykański. Z
trzech opcji, Waszyngton jest zapewne najmniejszym złem. Ale to wciąż
jest relacja wasalna - i to oparta nie na rachunku korzyści lecz na
chciejstwie i wierze w „przyjaźń”, mającą nam gwarantować
mocarstwową pozycję w regionie. Przecież to jakieś horrendum,
kompletny sen wariata, w którym realia zastępowane są rojeniami i
typowym „myśleniem magicznym”. Fakt, zależność od USA to
może i mniejsze zło - ale nawet najmniejsze zło wciąż nie jest
dobrem.
No
i wreszcie, perła w koronie obecnej neo-sanacji, czyli Trójmorze.
Inicjatywa w założeniach znakomita, pozwalająca poprzez połączenie
potencjałów państw Europy Środkowej na zajęcie w miarę podmiotowej
pozycji w relacjach z Niemcami. Do tego mocny, amerykański patronat,
bo Waszyngton chce mieć przyjazną sobie przestrzeń w Europie. Problem
w tym, że w całym Trójmorzu tylko my stawiamy na „bezalternatywny”
sojusz z USA – cała reszta w mniejszym lub większym stopniu
lawiruje, czego mistrzem jest Victor Orban. A
tymczasem, swój akces do Trójmorza, niczym lis do kurnika, zgłosiły
już Niemcy – przy amerykańskiej bierności. Co to oznacza? Ano
to, że Trójmorze jest jedynie kolejną kartą przetargową w rozgrywce
Waszyngtonu z Berlinem i może zostać z dnia na dzień skasowane –
a my zostaniemy jak Himilsbach z angielskim.
Płacimy
za te wszystkie miraże słono i będziemy płacić jeszcze więcej. W
obozie neo-sanacji popularne jest przekonanie, że gdy Amerykanie
wejdą tu ze swoimi koncernami, to we własnym interesie będą nas
bronić. I, niczym przed 80 laty, nikt nie rozważa wariantu, że USA
mogą się z Niemcami czy Rosją porozumieć na zasadzie – bierzcie
Polskę pod kuratelę, tylko zostawcie w spokoju nasze biznesy. I
Niemcy z Rosją na to ochoczą pójdą, tortu wystarczy dla wszystkich.
Nikt
wśród neo-sanacji nie przyjmuje do wiadomości, że amerykańskie
zaangażowanie w Polsce jest jedynie wtórną konsekwencją rozgrywki z
Rosją i Niemcami – i zniknie, gdy tylko jakoś się między sobą
dogadają (a w końcu dogadają się, choćby ze strachu przed Chinami).
Póki co, godzimy się na rolę amerykańskiej skarbonki – kupując
gaz, broń, zwalniając z podatków amerykańskie korporacje, może
wkrótce dojdzie 447... łudząc się, że ten rekiet zapewni nam
bezpieczeństwo. Wszystko okraszone tromtadracką retoryką i gromami
ciskanymi na „defetystów” zwracających uwagę na słabość
takiej, pożal się Boże, polityki. Gdzie nie spojrzysz, tam urojenia,
chciejstwo, fantasmagorie i gromkie, napuszone deklaracje,
zastępujące skrzętną, codzienną dbałość o zwykle, przyziemne
interesy.
Podsumujmy to
sobie. Regionalna mocarstwowość od morza do morza. Wiara w
„strategiczne sojusze” i „gwarancje”, w które
inwestujemy cały nasz byt państwowy nawet nie próbując jakiejkolwiek
dywersyfikacji ryzyka. Boże, jak to wszystko się powtarza. Całe
szczęście, że nikt nie wymaga od nas „kapitału krwi”. Na
razie.
Gadający
Grzyb
Na
podobny temat:
Władysław
Studnicki – szkoła politycznego myślenia
Notek
w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Artykuł
opublikowany w miesięczniku „Polska
Niepodległa” nr 01.2020