Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2020

Pod-Grzybki 204

Klimatyści” w euforii – wskutek kryzysu wywołanego koronawirusem, przestojów w produkcji, ograniczeniu podróżowania itp. spadła emisja gazów cieplarnianych! Niemcy wręcz ogłosiły, iż dzięki temu uda się im osiągnąć „cel klimatyczny” na rok 2020. Przyglądajmy się temu uważnie, bo to jest właśnie przedsmak przyszłości, którą eko-fanatycy chcą nam wszystkim zafundować – notoryczny kryzys i permanentny „zielony stan nadzwyczajny”.


*

A skoro o Niemczech mowa. Cesarzowa Makrela ogłosiła, iż pandemia koronawirusa jest „największym wyzwaniem od czasów II wojny światowej”. Eeee... znaczy, że Niemcy mają teraz podbić Europę? Bo zdaje się, przed takim „wyzwaniem” stanęła III Rzesza rozpętując II wojnę światową? Czy może raczej czeka ich rozpaczliwa obrona Berlina? No dobrze, żarty na bok. Makrela po prostu uwierzyła w narrację, że to Niemcy stały się pierwszą „ofiarą” bliżej nieokreślonych „nazistów” i przez 12 lat stawiały im heroiczny opór – zapewne w sojuszu z aliantami. Tak kończy się zapraszanie niemieckich przedstawicieli na imprezy w rodzaju kolejnych rocznic lądowania w Normandii. Biednej kobiecinie od tego wszystkiego już ze szczętem pomerdało się pod kopułą.


*

Z pozytywów inwazji koronaświrusa. Nagle okazało się, że igrzyska gladiatorów w jakie zamienił się współczesny sport wyczynowy jednak nie są niezbędne do życia. Nawet międzynarodowe mafie sportowe w rodzaju UEFA, FIFA czy MKOL-u musiały spuścić z tonu i odwołują kolejne imprezy. Dobrze oddaje to popularny mem (wiem, okazał się fejkiem, ale jego wymowa jest jak najbardziej słuszna), na którym rzekoma „hiszpańska biolog” mówi: „dajecie piłkarzom milion euro miesięcznie, a naukowcom 1800 euro. Szukacie teraz ratunku? Poproście Ronaldo i Messiego, niech oni wam teraz znajdą lekarstwo”. No właśnie, może koronawirus przyczyni się do chociażby częściowego przewartościowania priorytetów i przestawienia pewnych spraw z głowy na nogi?


*

Powyższe tyczy się również rozpasanego celebryctwa, które już zaczyna jojczeć, że traci kasę i nie ma za co żyć. Tych z kolei celnie podsumował Krzysztof Skiba: „Do chóru narzekających zapisali się wykonawcy, którzy za jeden koncert biorą po 60 tys. zł i więcej. Kobieta z dyskontu pracuje na takie honorarium przez rok albo i dłużej. Co robiliście przez całe życie? Czemu nie odłożyliście pieniędzy, jak wszystkie kurki z monetą były odkręcone? Po cholerę kupowaliście drogie auta i braliście kredyty jak idioci? Wiewiórka jest mądrzejsza od was, bo wie, że trzeba sobie schować orzeszka na zimę”. Ech, wyobraźmy sobie, że to całe celebryctwo wskutek koronaświrusa musiałoby się wziąć za uczciwą robotę, zamiast zadawać szyku na „ściankach” i epatować naród swymi „złotymi myślami”. Świat naprawdę mógłby stać się lepszym miejscem.


*

Do grona poszkodowanych postanowił dołączyć też „Bolesław” Wałęsa – na skutek pandemii poodwoływano mu wykłady za które inkasował po kilkadziesiąt tysięcy i więcej, więc teraz musi utrzymywać się z prezydenckiej emerytury, czyli marnych 6 tys. zł. Chłopina żali się, że bankrutuje, bo żona wydaje miesięcznie 7 tys. i nie da się mniej. Kurczę, a nie mógłby zagrać w totka? Kiedyś mu szło...


*

Druga rzecz, która nie daje mi spokoju – jakim cudem on niczego nie odłożył na czarną godzinę? Jadąc Skibą - „wiewiórka ma więcej rozumu”. No i ostatnia sprawa, wprawiająca mnie w nieustanne zdumienie: KTO NORMALNY CHODZI SŁUCHAĆ WYKŁADÓW „BOLESŁAWA”?!


*

Kolejna ofiara koronaświrusa – odwołano tegoroczną „Eurowizję”! Muszę powiedzieć, że jest mi z tego powodu niezmiernie wszystko jedno.


*

Tymczasem wokalista grupy U2, Bono, postanowił nagrać dla ofiar koronawirusa piosenkę na Instagramie. Jak sądzę, wszystkim zarażonym bardzo to pomoże – puszczą sobie piosenkę i od razu lżej będzie wyciągać kopyta. Trzeba przyznać, że Bono w zapatrzeniu w siebie osiągnął kolejny rekord. Chłopie, nie myślałeś przypadkiem o jakiejś terapii? Na dobry początek wskazana byłaby redukcja spuchniętego ego – choć obawiam się, że w tym przypadku nie obejdzie się bez elektrowstrząsów, a może nawet lobotomii.


*

Dla wszystkich malkontentów jęczących, że Unia Europejska nie działa. Ależ działa i to jak! Poprosiła mianowicie serwisy streamingowe w rodzaju Netflixa i You Tube, by ulżyły sieciom telekomunikacyjnym obniżając jakość nadawanych materiałów wideo. I wiecie co? Rzeczone serwisy się zgodziły obniżając jakość z HD do SD – oraz... tnąc przy okazji własne koszty. I co teraz niedowiarki? Co wy byście, sieroty, zrobili bez tej Brukseli...


*

Polska górą! A konkretnie, polska firma gamingowa Techland, która wskutek koronawirusa odnotowała w Chinach znaczący przyrost osób grających w jej sztandarową produkcję, czyli grę „Dying Light”. Ciekawostka – gra opowiada o inwazji zombie, której przyczyną jest tajemniczy... wirus. Czyżby Chińczycy potraktowali ją jako proroctwo i postanowili na wszelki wypadek obczaić jak przetrwać w postapokaliptycznym świecie niedalekiej przyszłości?


*

Ale co tam Chińczycy. O ile w Europie ludzie rzucili się na papier toaletowy (tak, nie tylko w Polsce, lecz również na Zachodzie, co implikuje ciekawe pytania o różne zakorzenione w ludziach atawizmy) – o tyle w USA obywatele wykupują na potęgę... broń. Zapewne usłyszeli, że z koronaświrusem należy „walczyć” - więc uznali, że piąty rewolwer i trzecia strzelba zawsze się przyda. Choćby na wszelki wypadek – np. gdyby ktoś kichnął na ulicy...


*

Jak co roku niemieccy rolnicy płaczą, bo brakuje im rąk do pracy przy zbieraniu szparagów. I jak co roku winne są te polskie nieroby, którym nie chce się tyrać u bauera. W poprzednim sezonie szparagowym Helmuty narzekały, że winny jest wzrost poziomu życia Polaków i niskie bezrobocie. W tym jęczą nad zamkniętymi granicami. Cóż, rozumiem, że te miliony bliskowschodnich „lekarzy”, których Niemcy przyjęły, walczą teraz w szpitalach z koronawirusem i nie mają czasu, żeby iść do roboty poniżej swoich kwalifikacji. Ale, skoro nie oni, to może chociaż pomogą „inżynierowie”?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 13 (27.03-02.04.2020)

Amerykański sen o Skandynawii?

Pewnego dnia Amerykanie przerzucą się z „american dream” na „sen o Skandynawii” – bo nawet jeśli tym razem Sanders przegra, to za nim czekają następni. I, jako się rzekło, rosną w siłę.


Gdy piszę te słowa, w USA trwa tzw. superwtorek – wielkie prawybory w 14 stanach, które w praktyce zadecydują o tym, kto zostanie kontrkandydatem Donalda Trumpa z ramienia Partii Demokratycznej w jesiennych wyborach prezydenckich. Do ugrania jest łącznie 1357 głosów delegatów na lipcową konwencję Demokratów, w tym z tak ludnych stanów, jak Kalifornia i Teksas. Tegoroczne prawybory są o tyle ciekawe, że nie mają wyraźnego lidera. Póki co, na placu boju pozostaje trzech głównych konkurentów – faworyt partyjnej wierchuszki, czyli Joe Biden (były wiceprezydent za prezydentury Obamy); Bernie Sanders – wielka nadzieja rosnącego od jakiegoś czasu w siłę radykalnie lewicowego skrzydła Demokratów; oraz wkraczający dopiero teraz do gry miliarder i finansista Michael Bloomberg – były burmistrz Nowego Jorku (to z kolei stosunkowo świeży „transfer” z Partii Republikańskiej). Wcześniej prawybory zdążyły się odbyć w Iowa, New Hampshire, Nevadzie i Karolinie Południowej. Do pewnego momentu prowadził Bernie Sanders, co demokratyczny mainstream przyprawiało o ciarki, lecz po wygranej przez Bidena w Karolinie Południowej (głównie za sprawą wyjątkowo licznej tam czarnej mniejszości) sytuacja uległa zmianie – tym bardziej, że Bidena poparła również dwójka kontrkandydatów, którzy wycofali się już z rywalizacji - Pete Buttigieg i Amy Klobuchar. Nic więc nie jest jeszcze rozstrzygnięte – tym bardziej, że należy doliczyć pieniądze Bloomberga, który wg szacunków wydaje na swoją kampanię 7 mln dolarów dziennie, co łącznie przełożyło się dotychczas na kwotę pół miliarda USD.

Z punktu widzenia Trumpa idealnym przeciwnikiem byłby Joe Biden, utożsamiany przez przeciętnych wyborców ze znienawidzonym waszyngtońskim establishmentem. Stanowi wręcz wymarzony cel jako przedstawiciel aroganckich i „nachapanych” elit – i sztab Trumpa nie omieszka tego wykorzystać. Jeśli to on finalnie zostałby kandydatem, oznaczałoby to, że Demokraci niczego się nie nauczyli – równie dobrze mogliby wystawić powtórnie Hillary Clinton.

Nieco trudniej sytuacja wyglądałaby z Bloombergiem, który jest w stanie zwyczajnie „kupić” sobie nominację. Jego poglądy i biznesowa kariera sprawiają, że równie dobrze pasowałby do umiarkowanego skrzydła Republikanów. Po lewej stronie sytuuje go właściwie jedynie wsparcie dla „zielonych” inicjatyw czy wojna, jaką wypowiedział będąc burmistrzem Nowego Jorku palaczom tytoniu. No i jest od Trumpa znacznie bogatszy...

Jednak najtrudniejszym orzechem do zgryzienia byłby Bernie Sanders. Już teraz niektóre sondaże dają mu w ogólnokrajowej skali większe poparcie od Trumpa. Ten 78-letni senator (i syn polskich Żydów) pozostający dotąd raczej na marginesie, jest żywym świadectwem tego, jak bardzo spora część Ameryki przesunęła się w ostatnich latach w lewo. W USA uchodzi on za socjalistycznego radykała, a niekiedy wręcz za komunistę – wypomina mu się miesiąc miodowy, który postanowił w 1988 r. spędzić... w Związku Radzieckim. Jakim cudem więc zdołał do siebie przyciągnąć całkiem spore grono zwolenników – w tym spośród najmłodszych wyborców? Otóż to, co w dyspucie amerykańskiej uchodzi za lewicowy radykalizm, w Europie byłoby głównym nurtem. Sanders ze swymi postulatami wprowadzenia powszechnej opieki zdrowotnej, darmowych studiów, podwyżki płacy minimalnej czy podatkiem majątkowym od najbogatszych (w wysokości 1 proc. od majątku o wartości 32 mln dol. i 8 proc. od majątku powyżej 10 miliardów dol.) niemal niczym nie różni się od europejskich socjaldemokratów – szczególnie tych skandynawskich. I w zasadzie do tego sprowadza się jego program – wielkiej przebudowy USA w kraj pokroju Szwecji czy Finlandii (plus cały pakiet lewicowej „obyczajówki”).

Skąd nagła popularność tego typu haseł? Cóż, Ameryka zaczyna powoli zbierać żniwo ogromnych nierówności, postępującej pauperyzacji klasy średniej i rosnących kosztów życia za którymi nie nadążają realne płace. Szczególnie dotyka to młodych ludzi, którzy już na starcie czują, że ich udział w „amerykańskim śnie” jest coraz bardziej iluzoryczny – tyrają na śmieciówkach, są wiecznie niepewni jutra, ubezpieczenie zdrowotne mają skromne, albo wcale... Namnożyło się zbyt wiele „szklanych sufitów”, a nożyce dochodowe rozwarły się zbyt szeroko. Sanders, mówiący o tym od kilkudziesięciu lat jest dla nich po prostu wiarygodny. Ponadto sam na polityce nie dorobił się majątku i serdecznie nie znosi waszyngtońsko-nowojorskich elit – podobnie jak większość Amerykanów, wkurzonych tym, że plutokracja nie poniosła żadnych konsekwencji ostatniego kryzysu, do którego wszak sama doprowadziła nieopanowaną chciwością i głupotą. Można powiedzieć, że jest lewicowym odpowiednikiem Trumpa, a rosnąca społeczna frustracja stanowi dla niego naturalne polityczne paliwo. Wszystko to zaś może sprawić, że pewnego dnia Amerykanie przerzucą się z „american dream” na „sen o Skandynawii” – bo nawet jeśli tym razem Sanders przegra, to za nim czekają następni. I, jako się rzekło, rosną w siłę.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 10 (6-12.03.2020)

piątek, 21 lutego 2020

Polska mesjaszem narodów

Uczyńmy Polskę w oczach Amerykanów Chrystusem, Mesjaszem narodów, który winien nadejść w chwale i od którego losów zależy dopełnienie się biblijnych proroctw - a staniemy się nim również w oczach reszty świata.

I. Historyczna giełda pamięci

Zanim ktoś na widok tytułu popuka się w głowę uznając, że zwariowałem i odlatuję w jakieś anachroniczne mistycyzmy, proszę o chwilę cierpliwości - rzecz dotyczy bowiem konieczności poprawy polskich notowań na światowym historycznym rynku pamięci, którą to konieczność sygnalizowałem w ubiegłotygodniowym artykule. Gdy niniejszy numer „Warszawskiej Gazety” trafi do Państwa rąk, będzie już wiadomo, co wydalił z siebie Putin podczas jerozolimskiego Światowego Forum Holocaustu i z jaką spotkał się reakcją, również z naszej strony. Jednak doraźne, akcyjne działania, choć niezbędne, nie zastąpią nam długotrwałej, metodycznej pracy nad budową wizerunku Polski, a do tego niezbędna jest spójna i konsekwentnie wdrażana narracja, czyli inaczej mówiąc – doktryna historyczna zbudowana na użytek świata. To jest sedno „polityki historycznej”, a nie mniej lub bardziej skuteczne interwencje i sprostowania, gdy jakaś gazeta użyje sformułowania „polish death camps”, strugając przy tym głupiego, że chodziło tylko o „geograficzną lokalizację obozów”. W taką ciuciubabkę można bawić się bez końca, nie osiągając żadnych długofalowych i trwałych efektów.

Tutaj uwaga – zdaję sobie sprawę, że spora część historyków (również tych patriotycznie nastawionych) na hasło „polityka historyczna” dostaje drgawek, kojarząc je z utylitarnym „krojeniem historii” na polityczne zamówienie, co stanowić ma zaprzeczenie rzetelnego uprawiania nauki i degradować zawód historyka. Jest w tym wiele racji – problem polega jednak na tym, że samo przeprowadzenie rzetelnych badań i opublikowanie wyników nie wystarczy. Po prostu nikt się nimi nie przejmie. Mówiąc brutalnie – prawda nie obroni się sama, bo świat ma wprawę w ignorowaniu tego, czego nie chce w danym momencie zauważyć. Trzeba go więc zmusić. A tu niezbędne jest państwo ze swoim – nie bójmy się tego określenia – aparatem propagandowym. Owszem, oznacza to szereg uproszczeń i wprzęgnięcie historii w oficjalny, państwowy przekaz – ale jest to niezbędna cena za dotarcie do świadomości masowego odbiorcy, szczególnie za granicą. Robią tak wszystkie liczące się kraje, chcące ugruntować swą pozycję na arenie międzynarodowej i mają po temu dobry powód – niezbędnym składnikiem budowania „soft power” jest zaliczenie do grona tych „dobrych” (jakby powiedzieli Amerykanie - „good guys”). Do tego właśnie służy polityka historyczna – zbijania wizerunkowego kapitału procentującego następnie w innych, pozornie niezwiązanych z historią kwestiach. Dziś ów kapitał tworzy się przede wszystkim w odniesieniu do II wojny światowej oraz roli poszczególnych państw i narodów w tym konflikcie. Dlatego tak potwornym błędem było dotychczasowe samobiczowanie w wydaniu polskich elit politycznych i intelektualnych – ta cała pedagogika wstydu, której ostatnią odsłoną jest tzw. „nowa szkoła historii holocaustu” afiliowana przy Centrum Badań nad Zagładą Żydów PAN i muzeum POLIN. I dlatego również tak ważne jest chociażby przeprowadzenie ekshumacji w Jedwabnem. Paradoksalnie, światowy skandal, jaki nieuchronnie będzie towarzyszył temu przedsięwzięciu, może nam tylko pomóc – bo dzięki niemu ten sam świat nie będzie mógł przemilczeć wyników...


II. Chrześcijański syjonizm i religia holocaustu

Obecnie wiodącą narracją historyczną na międzynarodowej „giełdzie pamięci” jest tzw. „religia holocaustu” - podstawowy zwornik państwowotwórczy Izraela, idealne narzędzie moralnego szantażu wobec reszty świata i maszynka do robienia pieniędzy. Doktryna ta zakłada m.in. absolutną wyjątkowość Zagłady, dlatego jedyną ofiarą II wojny światowej o której warto wspominać są Żydzi. Stąd też bezceremonialne deprecjonowanie głównego konkurenta w „martyrologicznym rankingu” – czyli Polski, czego elementem jest odbywające się na naszych oczach spychanie Polaków do roli „współsprawców” na równi z anonimowymi „nazistami”. „Religia holocaustu” swój sukces zawdzięcza w znacznej mierze połączonym siłom Izraela i wpływom żydowskiej diaspory. Owa izraelsko-żydowska polityka historyczna nie przyniosłaby jednak aż tak spektakularnych efektów, gdyby nie zyskała możnego protektora w postaci Stanów Zjednoczonych, będących potężnym pudłem rezonansowym oddziałującym na resztę świata.

Dlaczego tak się stało? Tutaj dotykamy amerykańskiej specyfiki, bez uwzględnienia której nie zrozumiemy zarówno szeregu posunięć Waszyngtonu, jak i źródła żydowskich wpływów w USA. Otóż stosunkowo nieliczna mniejszość żydowska w Stanach nie zbudowałaby swej potęgi bez szerokiego społecznego zaplecza wśród samych Amerykanów. Tym zapleczem jest szacowany na 50. do 70 mln. obywateli ruch „chrześcijańskich syjonistów” wywodzących się z konserwatywnych, protestanckich wspólnot religijnych (plus mormoni), głównie z tzw. „pasa biblijnego”. Sam termin „chrześcijański syjonizm” ukuł w XIX w. żydowski działacz Teodor Herzl na określenie chrześcijan sprzyjających ruchowi syjonistycznemu. Doktrynalnie chrześcijański syjonizm wywodzi się z literalnego odczytania biblijnych, głównie starotestamentowych proroctw, w myśl których Pan będzie błogosławił tym, którzy błogosławią Izraelowi, zaś powtórne nadejście Chrystusa i koniec świata nastąpi wtedy, gdy Izraelici znów zgromadzą się w Ziemi Świętej. W związku z tym, pobożni protestanci (głównie post-kalwinowskiej proweniencji) za swój religijny obowiązek uznają wspieranie zarówno Żydów, jak i państwa Izrael, by w ten sposób przyśpieszyć wypełnienie się biblijnych przepowiedni, zaś dziejową misją Ameryki jest dopomóc w tym dziele wszelkimi możliwymi sposobami. Jak łatwo zauważyć, takie podejście ustawia zarówno chrześcijaństwo, jak i Stany Zjednoczone w pozycji podporządkowanej Izraelowi i chrześcijańscy syjoniści formułują to otwarcie – wg nich Ameryka ma popierać Izrael, nawet gdyby było to wbrew jej własnemu interesowi. Chrześcijańscy syjoniści stanowią przy tym dobrze zorganizowaną grupę nacisku i skrupulatnie rozliczają swoich polityków z działań na rzecz Izraela. Paradoksem jest, że stanowią oni trzon bazy wyborczej Republikanów, podczas gdy sami Żydzi w USA głosują na Demokratów.

Stąd właśnie gesty Donalda Trumpa w rodzaju przeniesienia amerykańskiej ambasady do Jerozolimy, uznania izraelskiej suwerenności nad Wzgórzami Golan, czy podpisanie Ustawy 447. Warto wspomnieć, że zagorzałym chrześcijańskim syjonistą jest również wiceprezydent Mike Pence.


III. Doktryna polskiego mesjanizmu

Powyższe sprawia, że USA postawione przed dylematem – wziąć w spornej sytuacji stronę Polski czy Izraela, zawsze wybiorą Izrael. I dopóki tego nie zmienimy, niczego nie będziemy w stanie wskórać. Należy zatem odpowiedzieć własną doktryną historyczną zarówno na „religię holocaustu”, jak i na chrześcijański syjonizm. Tak się szczęśliwie składa, że taką doktrynę mamy, wystarczy ją odkurzyć i zmodernizować – jest nią nasz XIX-wieczny mesjanizm. Należy rozpropagować we wciąż jeszcze religijnej Ameryce przeświadczenie, że to Polska jest Mesjaszem narodów, odkupującym grzechy świata swym cierpieniem – a nasza martyrologiczna historia nadaje się do tego jak żadna inna. Do tego należy zaprząc nasze służby dyplomatyczne, intelektualistów, literatów, historyków, fundacje, środowiska polonijne – na czele z Polską Fundację Narodową, która może wreszcie przyda się do czegoś poza przewalaniem budżetu. Powtarzam: uczyńmy Polskę w oczach Amerykanów Chrystusem, Mesjaszem narodów, który winien nadejść w chwale i od którego losów zależy dopełnienie się biblijnych proroctw - a staniemy się nim również w oczach reszty świata.

A że to irracjonalne? A chrześcijański syjonizm jest niby racjonalny? Zagrajmy tą kartą. Skoro przez ostatnie dwa stulecia poddawani byliśmy bezlitosnej eksterminacji, wykrwawialiśmy się w powstaniach i na frontach wszelkich możliwych wojen, budując (jak nauczono nas wierzyć) „kapitał krwi” - to niech ta szaleńcza inwestycja wreszcie zacznie się zwracać, a gigantyczny kapitał – procentować. Najwyższa pora.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Historyczny rynek pamięci

Chrześcijański syjonizm czyli fanatycy apokalipsy

Polscy judeochrześcijanie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 04 (24-30.01.2020)

czwartek, 13 lutego 2020

To nie nasza wojna!

I. Inauguracja kampanii Trumpa

Donald Trump zabójstwem generała Kasima Sulejmaniego zainaugurował swoją kampanię prezydencką. Jak przystało na człowieka mediów – doraźnego aktora epizodycznego i bohatera reality show – uczynił to z przytupem, w iście hollywoodzkim stylu, prezentując się jako „mocny człowiek”, który nie patyczkuje się z wrogami Ameryki. Trzeba mu oddać, że trafił naprawdę dużą figurę – Amerykanie zlikwidowali człowieka zwanego „władcą marionetek”, jedną z najbardziej wpływowych postaci na Bliskim Wschodzie. Kasim Sulejmani był dowódcą elitarnej formacji al-Kuds, którą można porównać do sowieckiego GRU: połączenia wywiadu wojskowego z dywersyjnymi siłami specjalnymi a la Specnaz. Krótko mówiąc, był wykwalifikowanym zabójcą i „państwowym terrorystą”, latami pracowicie tkającym sieć swoich wpływów w regionie za pomocą rozbudowanej agentury, zamachów i akcji militarnych. To, że wraz z nim w ataku amerykańskiego drona zginął również jeden z szefów irackiej (i zarazem proirańskiej) milicji, Abu Mahdi al-Muhandis, nie jest dziełem przypadku – podobnie jak to, że Sulejmaniego udało się dopaść akurat w Bagdadzie.

Cóż, Donald Trump najwyraźniej uznał, że na starcie wyścigu o reelekcję przyda mu się „mała, zwycięska wojenka” i liczy na efekt społecznej integracji wokół silnego przywódcy – co w przeszłości sprawdziło się już w przypadku George'a W. Busha i wojny w Iraku. Nie bez znaczenia dla mobilizacji republikańskiej bazy wyborczej jest również fakt, że usuwając Sulejmaniego zrobił wielką przysługę Izraelowi – w elektoracie republikańskim ogromną rolę odgrywa bowiem wielomilionowa rzesza tzw. „chrześcijańskich syjonistów”, wywodzących się z konserwatywnych protestanckich wspólnot „pasa biblijnego”, którzy z pobudek religijnych uważają za obowiązek Ameryki wspieranie Izraela, co wg nich ma przyspieszyć... powtórne przyjście Chrystusa.

Iran z pewnością będzie starał się odpowiedzieć (już wypowiedział umowę nuklearną, zapowiadając intensyfikację prac nad wzbogacaniem uranu) – i będzie miał po swojej stronie większość społeczeństwa. No właśnie – jeżeli Trump liczył na efekt podkopania poparcia dla irańskiego rządu, to się przeliczył. Dla wielu Irańczyków Sulejmani był bohaterem i po jego śmierci nastąpiła konsolidacja narodu wokół reżimu ajatollahów, przeciwko któremu jeszcze nie tak dawno wybuchały krwawo tłumione zamieszki. Zadziałał prosty mechanizm zasadzający się na elementarnej grupowej lojalności i poczuciu wspólnoty: może w Teheranie siedzą s...y, ale są to przynajmniej nasze s...y, a nie jakieś marionetki „wielkiego szatana”. Teraz irańska ulica żąda zemsty i władza musi im tę zemstę zapewnić – również dla zachowania własnej wiarygodności. Wojny światowej (czym straszą nadpobudliwe media) z tego nie będzie, ale lokalna burda jest wielce prawdopodobna.


II. Polski interes

I w tym miejscu dochodzimy do fundamentalnego pytania – jak w tym wszystkim powinna zachować się Polska? Odpowiedź jest jednoznaczna – powinniśmy się trzymać od tej, kolejnej już, bliskowschodniej awantury jak najdalej. Pierwsze reakcje, choćby prezydenta Dudy i jego najbliższego otoczenia, wskazują na szczęście, że obóz rządzący zdaje sobie z tego sprawę – pytanie tylko, czy nie ulegnie naciskom naszego „wielkiego brata”, jeśli dojdzie do regularnego militarnego konfliktu.

Generalnie, jedną z podstawowych rozbieżności między nami a Waszyngtonem w kontekście Iranu jest to, że nasze interesy w ogóle się na tym polu nie zazębiają. Powszechne jest przekonanie, że Polska nie ma w tym regionie niczego do ugrania, więc powinniśmy zachować neutralność – to jednak tylko część prawdy, wymuszona obecną sytuacją. Druga część tej prawdy jest taka, że moglibyśmy na relacjach z Iranem całkiem nieźle skorzystać. Z naszego punktu widzenia Iran jest potencjalnym źródłem alternatywnych dostaw ropy i gazu. W zamian moglibyśmy chociażby eksportować tam naszą żywność – płody rolne czy mięso halal z uboju rytualnego... Krótko mówiąc, zamiast konfliktować się z tym krajem w imię cudzej polityki, powinniśmy z Iranem handlować, bo jest przestrzeń do współpracy. Niestety, wszystko rozbija się o postawę USA, które uparły się, by Iran zniszczyć – zresztą, nawet nie tyle we własnym interesie, co w interesie Izraela.

Tak więc, dystans do irańskiej wojenki jest dla nas absolutnym minimum – tym bardziej, że jej konsekwencje jak zwykle poniesie Europa, w tym również my, w postaci wyższych cen ropy i gazu, kolejnych fal nachodźców uciekających ze zrujnowanych regionów oraz zagrożenia terrorystycznego. Tak było w przypadku Iraku, Libii, Afganistanu, Syrii – i, jeżeli wybuchnie wojna na pełną skalę, tak będzie również w przypadku Iranu. Stany Zjednoczone rozwalą kolejne państwo i obarczą skutkami innych, same pozostając bezpiecznie za oceanem.

Owszem, przyjmuję do wiadomości, że Sulejmani był krwawym mordercą, organizatorem zamachów i zapewne przygotowywał następne. To, że Amerykanie go odstrzelili, mało mnie rusza. Rusza mnie natomiast i to bardzo fakt, że Amerykanie swoją politykę wobec Iranu narzucają reszcie świata, w tym nam, uniemożliwiając Polsce nawiązanie przynajmniej poprawnych stosunków z tym krajem. Jest to kolejna odsłona „rekietu”, jaki płacimy za ochronę – na równi z uprzywilejowaniem amerykańskich koncernów działających na polskim rynku i zakupem broni bez transferu technologii i możliwości jej samodzielnego użycia. Już w ubiegłym roku zabagniliśmy sobie relacje z Teheranem godząc się na narzuconą nam rolę gospodarza „szczytu bliskowschodniego”. Przypomnijmy, że szczyt został ogłoszony bez naszego udziału przez amerykańskiego sekretarza stanu Mike'a Pompeo podczas wizyty w Egipcie w kuriozalnej formule – Polska została wytypowana na „gospodarza” inicjatywy, którą postanowiły sobie u nas zorganizować Stany Zjednoczone... W zamian, jak wiemy, zostaliśmy spektakularnie sponiewierani przez tegoż Pompeo, który przy milczeniu min. Czaputowicza domagał się od nas zadośćuczynienia żydowskim roszczeniom majątkowym oraz przez Benjamina Netanjahu, który bredził o polskiej kolaboracji z „nazistami” przy holocauście, co zostało następnie podkręcone przez Israela Katza słynnym zdaniem o „antysemityzmie wyssanym z mlekiem matki”. Może już wystarczy tego nadstawiania się?


III. To nie jest nasza wojna!

Niestety, Stany Zjednoczone przestają być państwem przewidywalnym i obliczalnym. Obecnie jedynym powodem aż tak ścisłego sojuszu jest zagrożenie rosyjskie, wymuszające obecność amerykańskich wojsk na naszym terytorium oraz potrzeba przynajmniej częściowego wyemancypowania się spod politycznych wpływów Berlina realizowana w ramach Inicjatywy Trójmorza pod patronatem Waszyngtonu. Ale nawet te niezaprzeczalne zagrożenia i możliwe do ugrania korzyści nie mogą być usprawiedliwieniem dla zgoła wasalnych relacji. Na razie likwidacja Sulejmaniego sprowadziła niebezpieczeństwo na nasz kontyngent w Iraku, wskutek czego Dowództwo Operacyjne zarządziło wstrzymanie działań szkoleniowych. Dodajmy, iż zdominowany przez szyitów parlament Iraku wezwał swój rząd do wyproszenia wojsk amerykańskich – jeżeli do tego dojdzie, zniknie również ostatni powód dla utrzymywania tam polskich żołnierzy.

Na koniec jeszcze jedna sprawa – PiS powinien za wszelką cenę unikać zaangażowania Polski w irańską awanturę również z czysto egoistycznych, partyjnych powodów. Jeżeli wyślemy żołnierzy na „kampanijną” wojenkę Trumpa, zostanie to bardzo surowo ukarane przez wyborców, którzy po doświadczeniach w Iraku i Afganistanie nie życzą sobie żadnej kolejnej bliskowschodniej rozróby z polskim udziałem. Jeżeli PiS nie wykaże się tu asertywnością w obliczu amerykańskich nacisków (a takie z pewnością się pojawią) i znów da ciała, to przypłaci swą uległość spadkiem poparcia, a nawet może postawić pod znakiem zapytania kluczową reelekcję Andrzeja Dudy. Pamiętajmy zatem – to nie jest nasza wojna! I dobrze byłoby to uświadomić zawczasu również naszym amerykańskim sojusznikom.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 02 (10-16.01.2020)

Sanacja 2019

Podsumujmy to sobie. Regionalna mocarstwowość od morza do morza. Wiara w „strategiczne sojusze” i „gwarancje”, w które inwestujemy cały nasz byt państwowy nawet nie próbując jakiejkolwiek dywersyfikacji ryzyka. Boże, jak to wszystko się powtarza. Całe szczęście, że nikt nie wymaga od nas „kapitału krwi”. Na razie.

I. Legenda sanacji

Grzegorz Braun w sejmowym wystąpieniu określił PiS mianem „żoliborskiej grupy rekonstrukcyjnej sanacji”, powtarzając tym samym swój znany bon mot. Reakcja członków partii rządzącej była nader znamienna – potraktowali bowiem słowa posła Konfederacji jako komplement. I to jest wielce charakterystyczna różnica spojrzeń – nie tylko na naszą historię, ale przede wszystkim na teraźniejszość i sposób myślenia o państwie. Dlaczego coś, co dla jednych jest surową krytyką, dla innych brzmi niczym hymn pochwalny? Otóż Braun, mówiąc o sanacji, miał na myśli tę przedwojenną formację taką, jaka ona w istocie była, szczególnie pod koniec życia Piłsudskiego i po jego śmierci. A była to w swej masie banda tępych dzierżymordów, upojonych władzą. mocarstwową pychą i z każdym rokiem osuwających kraj coraz głębiej w model groteskowej dyktatury rodem z wojskowych reżimów znanych z krajów latynoamerykańskich. Owszem, znalazło się w tej formacji kilka wybitnych i prawych jednostek, pokroju Walerego Sławka (który jednak w końcu popełnił samobójstwo – akurat dziwnym trafem tuż po przyjęciu przez Becka brytyjskich gwarancji, które ostatecznie wciągnęły nas do wojny) czy gen. Kazimierza Sosnkowskiego (cierpiącego wszakże na chroniczny deficyt decyzyjności) – ale tych kilka jasnych postaci nie zmienia ogólnego obrazu ówczesnego obozu władzy, celnie sportretowanego przez Dołęgę-Mostowicza w „Karierze Nikodema Dyzmy”. Była to formacja rządząca się we własnych szeregach logiką sitwy („nasz - nie nasz”), a do tego skrajnie niekompetentna, co błyskawicznie znajdowało przełożenie na sposób zawiadywania państwem, sprawiając iż ówczesna Polska była tworem do cna zbiurokratyzowanym, etatystycznym i niewydolnym, bodaj czy nie najbardziej w ówczesnej Europie – przynajmniej wśród państw dużych, aspirujących do odgrywania jakiejś politycznej roli na kontynencie. Powyższemu towarzyszyło postępujące odrealnienie i zaczadzenie własną propagandą, powodujące, iż ówczesne elity nie były w stanie prawidłowo oszacować własnych sił i możliwości – a także, co równie tragiczne, sił i możliwości (oraz prawdziwych intencji) naszych wrogów i sojuszników. Skończyło się to hekatombą września 1939 i zagładą państwa. Co gorsza, ów patologiczny model przejęli również oponenci, co z pełną mocą uwidoczniło się w praktyce funkcjonowania emigracyjnych rządów kliki Sikorskiego (słynne: „Iziu, Iziu, nareszcie u władzy! Ależ my tym skurwysynom teraz pokażemy!”).

Z kolei PiS, słysząc hasło „sanacja” ma przed oczami wyidealizowaną legendę II RP – kraju „wstającego z kolan”, rządzonego przez patriotów, budującego Gdynię i COP, ze stabilną walutą, zdolnego do wychowania wspaniałego pokolenia młodzieży i stworzenia przepojonej bojowym duchem armii. I w zasadzie to wszystko również jest prawdą – z zastrzeżeniem, że finalnie nic to nam nie dało. Patriotyczna młodzież, ukształtowana w kulcie romantycznych porywów, została rzucona na stos na którym spłonęła, bojowa armia złożywszy daninę krwi na bitewnych polach została bez ceregieli kopnięta przez naszych aliantów w cztery litery, a wykrwawiony do granic biologicznej zagłady Kraj oddany pod kuratelę Stalinowi. I to również jest dziedzictwo II RP i sanacji – kompletnie apolityczne myślenie, że jeśli zaświadczymy czynami, iż zasługujemy na niepodległość, to świat w imię głoszonych przez siebie zasad nam tę niepodległość zwróci. Musimy jedynie udowodnić swą lojalność, by Zachód wiedział, że można na nas liczyć i z tym „kapitałem krwi” dowodzącym sojuszniczej wiarygodności przystąpimy do formułowania i negocjowania naszych moralnie słusznych postulatów i oczekiwań. Stąd seria nieprzytomnych posunięć, począwszy od marszałka Rydza-Śmigłego i jego „z Sowietami nie walczyć” (bo tego oczekiwały od nas Francja i Anglia liczące na wciągnięcie Stalina do wojny po swojej stronie, co w końcu się udało) – w efekcie, mimo ewidentnej agresji formalnie nie byliśmy z ZSRR w stanie wojny, uwiarygadniając tym samym sowiecką narrację o „wkroczeniu” i ułatwiając aliantom późniejsze konszachty ze Stalinem. Podobnie z akcją „Burza”, której jedynym skutkiem było ułatwienie marszu Armii Czerwonej na zachód i przyśpieszenie zajęcia przez nią Polski. O Powstaniu Warszawskim i zagładzie stolicy aż żal pisać, lecz trzeba odnotować inny, zbrodniczy rozkaz nakazujący jednostkom Armii Krajowej ujawnianie się przed Sowietami „w roli gospodarzy” (na szczęście, nie wszyscy dowódcy się podporządkowali temu szaleństwu), co skończyło się błyskawiczną likwidacją polskich oddziałów, rozstrzeliwaniami i wywózkami na Sybir. Owo „ujawnianie” miało być w zamyśle „politycznym gestem”, mającym dowieść na arenie międzynarodowej naszych „praw” do niepodległej Polski. I nikomu nie przyszło do głowy, że Zachód już dawno położył na nas krzyżyk, w związku z czym należy myśleć o minimalizacji strat, zamiast je eskalować w imię jakichś, niechby i szczytnych, ideałów i urojeń. Bodaj jedyną siłą, która wykazała się trzeźwą oceną sytuacji były Narodowe Siły Zbrojne, czego symbolem stała się Brygada Świętokrzyska. Uznawszy, iż wojna jest rozstrzygnięta, a jedynym skutkiem walki z Niemcami będzie przyśpieszenie sowietyzacji kraju, dogadała się z władzami okupacyjnymi i przeszła przez front, łącząc się z wojskami amerykańskimi – za co zresztą po dziś dzień szczerze jej nienawidzą ideowi pogrobowcy stalinowskich oprawców, nie mogący ścierpieć myśli, że tylu „faszystów” wymknęło im się z rąk.

Reasumując tę część rozważań – o ile legenda II RP była pożyteczna w czasach komuny, krzepiąc dusze i stanowiąc patriotyczny punkt odniesienia, o tyle obecnie ślepe mitologizowanie dwudziestolecia międzywojennego, ze szczególnym uwzględnieniem okresu po 1935 r., kiedy to sanacyjny reżim pogrążał się w politycznej demencji i „kulcie jednostki” (bo warto zwrócić uwagę, iż kult Józefa Piłsudskiego dla sanatorów był w znacznej mierze instrumentem mającym uwiarygodnić kult jego następcy – Rydza-Śmigłego) może przynieść opłakane konsekwencje. A coś takiego właśnie przerabiamy.


II. „Optymizm nie zastąpi nam Polski”

W poprzednim numerze „Polski Niepodległej” pisałem o Władysławie Studnickim – niewysłuchanym przez współczesnych mistrzu geopolitycznej analizy, któremu sekundowała jedynie garstka podobnych mu, acz zepchniętych na margines realistów, z najwybitniejszym uczniem, Stanisławem Catem-Mackiewiczem na czele. W wydanej niedawno po raz drugi pracy „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej” Studnicki przewidział, iż dla Wielkiej Brytanii jedynym pożądanym sojusznikiem jest Rosja – nawet ta komunistyczna. Z tej perspektywy patrząc, jesteśmy jedynie narzędziem, poręcznym mięsem armatnim, które należy wciągnąć do wojny, by to przeciw nam obróciło się uderzenie III Rzeszy. ZSRR w takiej sytuacji rzecz jasna nie pozostanie bierny i zajmie nasze ziemie wschodnie, zyskując tym samym wspólną granicę z Niemcami, co z kolei sprawi, iż wojna niemiecko-sowiecka stanie się nieunikniona - a wtedy droga do antyniemieckiego sojuszu brytyjsko-rosyjskiego stanie otworem. Ceną za sojusz będzie Polska i przyzwolenie na jej sowietyzację – i tę cenę Londyn ochoczo zapłaci. Słowem, przyjęcie gwarancji brytyjskich skazuje nas na zagładę, bo wskutek różnicy potencjałów militarnych i gospodarczych wojna z Niemcami musi się skończyć naszą klęską.

Reakcją sanatorów na diagnozy i apele Studnickiego było żądanie premiera Felicjana Sławoja-Składkowskiego, by niewczesnego proroka zamknąć w Berezie Kartuskiej (na szczęście do tego nie doszło – w odruchu przyzwoitości zaprotestował Rydz-Śmigły, dzięki czemu Studnicki nie trafił pod sadystyczne skrzydła Kostka-Biernackiego, której to opieki niemłody już myśliciel – rówieśnik Piłsudskiego - mógłby nie przeżyć), natomiast cały nakład „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej” został skonfiskowany jeszcze w drukarni. Książka bezlitośnie obnażająca nicość bombastycznej, mocarstwowej propagandy wedle której mieliśmy nie oddać ani guzika i pogonić Hitlerowi kota, nie miała prawa ujrzeć światła dziennego. Wedle ówczesnych elit, takie gadanie było z gruntu antypaństwowe – osłabiało bojowego ducha, podważało zaufanie do politycznej linii władzy wedle której jedyną bezcenną rzeczą w życiu narodu jest honor, burzyło dobre samopoczucie rządzących przypominaniem o liczbie niemieckich czołgów i samolotów oraz straszeniem sowiecką Rosją, która – wedle szczerego przekonania sanatorów – nie była zdolna do jakichkolwiek działań zaczepnych, a ponadto miała w pamięci rok 1920. No i godziło w sojusze. Doprawdy, takiego defetystę tylko wsadzić do Berezy... Swoją drogą, za podobne herezje do Berezy wsadzono wspomnianego przed chwilą Stanisława Cata-Mackiewicza – bo ośmielił się zaapelować o dozbrojenie armii, podczas gdy wedle oficjalnej propagandy nasza armia była silna-zwarta-gotowa i uzbrojona po zęby, w przeciwieństwie do Hitlera z jego „tekturowymi czołgami”.

Jak łatwo zauważyć, Studnicki nie zajmował się „krzepieniem ducha”, tylko chłodną, pozbawioną złudzeń oceną politycznej rzeczywistości, niejako antycypując późniejszą myśl innego wielkiego realisty, Józefa Mackiewicza, iż „optymizm nie zastąpi nam Polski”. Przypominam to wszystko, bo obserwując naszą współczesną politykę zagraniczną odnoszę nieodparte wrażenie deja vu.


III. Cudze gwarancje i własne urojenia

Dziś, podobnie jak wtedy, cały nasz państwowy byt i drogę do wielkości oparliśmy na jednym, „bezalternatywnym” sojuszu – tyle, że z USA. Innymi słowy, budujemy swą regionalną mocarstwowość na cudzych gwarancjach i własnych urojeniach. Najlepiej widać to na przykładzie relacji z Ukrainą, o czym już na tych łamach niejednokrotnie pisałem, lecz sądzę, że warto to pokrótce zrekapitulować, bowiem trudno o bardziej dobitny przykład polityki będącej żałosną komedią omyłek, hołdowania mitom i fantasmagoriom. Pierwsze z brzegu urojenie, to przekonanie, że Polska jest dla Ukrainy sojusznikiem i to strategicznym. I że Ukraina w gruncie rzeczy podziela nasze giedroyciowsko-prometejskie wizje o Międzymorzu pod polskim przywództwem, w związku z czym należy na ów sojusz chuchać i dmuchać. Tłumaczymy sobie, że wspólny, antyrosyjski front przecież obiektywnie leży w interesie Kijowa i tamtejsi przywódcy nie mogą tego nie zauważać, dlatego wszelkie zadrażnienia między nami, choćby na tle historycznym, to drugorzędne nieporozumienia, które należy cierpliwie wyjaśniać, a ich rozdmuchiwanie to robota „ruskiej agentury”.

Od blisko trzydziestu lat karmimy się powyższymi mrzonkami, uporczywie nie chcąc przyjąć do wiadomości, że dla Ukrainy sojusznikiem są Niemcy (zawsze były, jeszcze przed I wojną światową) oraz USA - i to na nich orientowała się tamtejsza oligarchia organizując zadymę na Majdanie. My tu nie mieliśmy i nie mamy nic do gadania, wszystko od samego początku rozgrywało się i wciąż rozgrywa dwa piętra ponad naszymi głowami, a wszelkie decyzje zapadają w trójkącie Moskwa-Berlin-Waszyngton. Przypomnijmy, iż obecny konflikt na wschodzie zaczął się od tego, że Angela Merkel, będąca wówczas u szczytu potęgi, zapragnęła poszerzyć Mitteleuropę poza granice UE wchodząc na „kanoniczne” terytorium Putina i podbechtując do rokoszu przeciw prorosyjskiemu Janukowyczowi część ukraińskiej oligarchii, która uznała, że z Zachodem można kręcić lepsze (i bezpieczniejsze) lody, niż dotąd z Rosją. Majdan i późniejsze paroksyzmy były prostą konsekwencją powyższego - wojną zastępczą między cesarzową Angelą a carem Władimirem toczoną rękoma Ukraińców, w którą szybko jeszcze wmieszała się Ameryka wracająca z „długiej podróży” resetu, w obawie, że zostanie całkiem wykolegowana z wpływów w tej części Europy. Co nam do tego? Gdzie tu nasz interes? Żeby odepchnąć na wschód Rosję? OK, dobrze by było, ale to w najmniejszym stopniu nie zależy od naszego zaangażowania (bądź nie) w ukraińską awanturę. Poszliśmy na nią nie dość że za bezdurno, to jeszcze dopłacając – linią kredytową na wieczne nieoddanie i otwarciem granic na ukraińskie płody rolne. To jest właśnie ta polityka urojeniowa - nie poparta żadną kalkulacją, literalnie niczym, poza mesjanistycznym chciejstwem - którą tak zwalczał w swym politycznym pisarstwie i publicznej działalności Studnicki.


IV. Między Rusem, Prusem, a Jankesem

Generalnie, od trzech dekad obijamy się w zaklętym kręgu między Rusem, Prusem, a Jankesem – w zależności od tego, która z zewnętrznych potencji akurat bierze górę. Mały rzut oka na kilka ostatnich lat: za PO, gdy po „resecie” Obamy i wycofaniu się Stanów Zjednoczonych z naszego regionu kuratelę nad nami przejęły Niemcy, Tusk zrobił własny „resecik” z Putinem – na smoleńskich trumnach i przypieczętowany kontraktem gazowym Pawlaka. Stało się to na ewidentne żądanie Angeli Merkel, dążącej do zbliżenia z Moskwą i wyrugowania USA z Europy. Potem, gdy cesarzowa pożarła się z Putinem o strefy wpływów na Ukrainie, również na żądanie Niemiec z dnia na dzień ekipa PO zmieniła kurs o 180 stopni na antyrosyjski - bo tak kazała cesarzowa. A po kolejnej chwili, wraz z powrotem Waszyngtonu do czynnej polityki w regionie, wrócił do władzy PiS (cóż za zbieg okoliczności...) i wszedł w te same buty, zmieniając jedynie patronat na amerykański. Z trzech opcji, Waszyngton jest zapewne najmniejszym złem. Ale to wciąż jest relacja wasalna - i to oparta nie na rachunku korzyści lecz na chciejstwie i wierze w „przyjaźń”, mającą nam gwarantować mocarstwową pozycję w regionie. Przecież to jakieś horrendum, kompletny sen wariata, w którym realia zastępowane są rojeniami i typowym „myśleniem magicznym”. Fakt, zależność od USA to może i mniejsze zło - ale nawet najmniejsze zło wciąż nie jest dobrem.

No i wreszcie, perła w koronie obecnej neo-sanacji, czyli Trójmorze. Inicjatywa w założeniach znakomita, pozwalająca poprzez połączenie potencjałów państw Europy Środkowej na zajęcie w miarę podmiotowej pozycji w relacjach z Niemcami. Do tego mocny, amerykański patronat, bo Waszyngton chce mieć przyjazną sobie przestrzeń w Europie. Problem w tym, że w całym Trójmorzu tylko my stawiamy na „bezalternatywny” sojusz z USA – cała reszta w mniejszym lub większym stopniu lawiruje, czego mistrzem jest Victor Orban. A tymczasem, swój akces do Trójmorza, niczym lis do kurnika, zgłosiły już Niemcy – przy amerykańskiej bierności. Co to oznacza? Ano to, że Trójmorze jest jedynie kolejną kartą przetargową w rozgrywce Waszyngtonu z Berlinem i może zostać z dnia na dzień skasowane – a my zostaniemy jak Himilsbach z angielskim.

Płacimy za te wszystkie miraże słono i będziemy płacić jeszcze więcej. W obozie neo-sanacji popularne jest przekonanie, że gdy Amerykanie wejdą tu ze swoimi koncernami, to we własnym interesie będą nas bronić. I, niczym przed 80 laty, nikt nie rozważa wariantu, że USA mogą się z Niemcami czy Rosją porozumieć na zasadzie – bierzcie Polskę pod kuratelę, tylko zostawcie w spokoju nasze biznesy. I Niemcy z Rosją na to ochoczą pójdą, tortu wystarczy dla wszystkich. Nikt wśród neo-sanacji nie przyjmuje do wiadomości, że amerykańskie zaangażowanie w Polsce jest jedynie wtórną konsekwencją rozgrywki z Rosją i Niemcami – i zniknie, gdy tylko jakoś się między sobą dogadają (a w końcu dogadają się, choćby ze strachu przed Chinami). Póki co, godzimy się na rolę amerykańskiej skarbonki – kupując gaz, broń, zwalniając z podatków amerykańskie korporacje, może wkrótce dojdzie 447... łudząc się, że ten rekiet zapewni nam bezpieczeństwo. Wszystko okraszone tromtadracką retoryką i gromami ciskanymi na „defetystów” zwracających uwagę na słabość takiej, pożal się Boże, polityki. Gdzie nie spojrzysz, tam urojenia, chciejstwo, fantasmagorie i gromkie, napuszone deklaracje, zastępujące skrzętną, codzienną dbałość o zwykle, przyziemne interesy.

Podsumujmy to sobie. Regionalna mocarstwowość od morza do morza. Wiara w „strategiczne sojusze” i „gwarancje”, w które inwestujemy cały nasz byt państwowy nawet nie próbując jakiejkolwiek dywersyfikacji ryzyka. Boże, jak to wszystko się powtarza. Całe szczęście, że nikt nie wymaga od nas „kapitału krwi”. Na razie.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Władysław Studnicki – szkoła politycznego myślenia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 01.2020

niedziela, 14 lipca 2019

Sojusz z USA – plusy dodatnie i plusy ujemne

W swej polityce Stany Zjednoczone kierują się prostą zasadą: chcesz mieć z nami dobre stosunki – kupuj od nas i nie kombinuj na boku.

I. Polska w „klubie F-35”

Czerwcową wizytę prezydenta Andrzeja Dudy w Stanach Zjednoczonych, a w szczególności jej fragment waszyngtoński i spotkanie z Donaldem Trumpem (12.06.2019) należy ocenić pozytywnie – przynajmniej biorąc pod uwagę obecny etap wzajemnych relacji (o czym szerzej za chwilę). Ukoronowaniem podróży było oczywiście podpisanie wspólnej deklaracji o zacieśnianiu współpracy obronnej, na mocy której zostanie zwiększona stała, rotacyjna obecność sił amerykańskich w Polsce o kolejne 1000 żołnierzy oraz kontrakt na zakup gazu skroplonego LNG (2 mld m3 o wartości 8 mld. USD). Wspomnieć należy również o podpisaniu memorandum o współpracy ws. wykorzystania energii jądrowej do celów cywilnych (czyli znów powraca nieśmiertelny temat polskiej elektrowni atomowej), a także o porozumieniu ws. zapobiegania i zwalczania poważnej przestępczości, co z kolei jest jednym z warunków zniesienia wiz dla Polaków. No i wisienka na torcie – polska deklaracja o gotowości zakupu 32 sztuk samolotów piątej generacji F-35, oficjalnie przyjęta przez stronę amerykańską, co wcale nie było tak oczywiste, jak mogłoby się to na pozór wydawać.

I może zaczniemy właśnie od tej ostatniej sprawy, wywołała ona bowiem szereg kontrowersji i chyba najbardziej rozgrzała emocje komentatorów. O właściwościach technicznych i bojowych F-35 nie będę się rozpisywał, znakomicie bowiem zrobił to w poprzednim numerze „Polski Niepodległej” red. Michał Fiszer. Generalnie można powiedzieć jedno – poza Amerykanami nikt obecnie nie dysponuje maszyną o takim stopniu zaawansowania (próbują ich gonić Chińczycy ze swoim Chengdu J-20, lecz zakup sprzętu bojowego z tego kraju skutkowałby automatycznym zamrożeniem relacji wojskowych z Waszyngtonem). Więcej – USA bynajmniej nie kwapią się do sprzedaży swego najnowocześniejszego produktu na prawo i lewo. By zostać włączonym do grona kupujących trzeba być w oczach Amerykanów lojalnym sojusznikiem na którym można polegać, o czym zupełnie niedawno boleśnie przekonała się Turcja. Związane jest to m.in. z sięgającą lat '90 historią budowy F-35 w ramach międzynarodowego projektu „Joint Strike Fighter”. Prócz Stanów Zjednoczonych, pokrywających 90 proc. kosztów projektu, od początku lat dwutysięcznych uczestniczy w nim jeszcze kilka państw podzielonych w zależności od stopnia zaangażowania finansowego i technicznego na trzy poziomy: poziom I to USA i Wlk. Brytania; poziom II to Włochy i Holandia; poziom III to Turcja, Australia, Norwegia, Dania, Kanada. Prócz tego, do programu i możliwości zakupu samolotów dopuszczono Izrael, Singapur, Japonię i Koreę Płd. Słowem, państwa postrzegane jako amerykańscy sojusznicy, położone w tych punktach świata, gdzie Stany Zjednoczone lokują swoje interesy.

Wejście Polski jako swoistego reprezentanta krajów Europy Środkowej do grona kupujących trzeba w tym kontekście uznać za sukces. Stało się tak, ponieważ udało nam się wykorzystać nadarzającą się okazję, jaką było faktyczne odsunięcie przez USA od projektu Turcji. Ta bowiem zakupiła od Rosji rakiety przeciwlotnicze S-400 Triumf, planując zintegrowanie ich z F-35, co automatycznie dałoby Rosjanom pełen wgląd w konstrukcję amerykańskich samolotów. Kontrakt ten w połączeniu z wcześniejszymi konszachtami Turcji z Rosją wyczerpał cierpliwość USA. wskutek czego na początku czerwca Amerykanie odsunęli od szkoleń na F-35 tureckich pilotów i zamrozili możliwość sprzedaży samolotów reżimowi Erdogana. I właśnie w tę „turecką” pulę obejmującą 100 maszyn „wstrzeliła” się Polska. Nasz MON błyskawicznie wystosował do Waszyngtonu „letter of request”, otwierający formalnie procedurę zakupu, potwierdzony podczas wizyty prezydenta Dudy – słynny „air show” z udziałem F-35 przed Białym Domem naprawdę nie był gestem czczej kurtuazji, tym bardziej, że równolegle trwała czterodniowa wizyta min. Mariusza Błaszczaka w bazie lotniczej Eglin, stanowiącej główne centrum szkoleniowe dla pilotów F-35. Warto dodać, że prócz Polski rozmowy toczą, bądź finalizują również Belgia i Finlandia.


II. Wymowne reakcje

Do myślenia daje reakcja rodzimych tub propagandowych – jest ona nader charakterystyczna i dziwnym trafem zgodna ze stanowiskiem Kremla i rosyjskiego pasa transmisyjnego na Polskę, czyli portalu „Sputnik”. Zasypani zostaliśmy „analizami” mającymi wykazać, że F-35 nie są nam potrzebne, że to niefunkcjonalne, zawodne „nieloty”, że za drogo, że kosztowne w utrzymaniu, że Polski nie stać, że lepiej kupić więcej F-16... Prym wiódł tu wspomniany „Sputnik” wyrażający wzruszającą troskę o stan polskich sił zbrojnych i finansów publicznych. „Zaniepokojenia” rozwojem polsko-amerykańskiej współpracy nie omieszkała wyrazić Moskwa ustami rzecznika Pieskowa. Cóż, jak już tu kiedyś pisałem, Rosja zawsze czuje się „zaniepokojona”, a wręcz „zagrożona”, kiedy nie może kogoś bezkarnie napaść. Życzyłbym sobie utrzymania owego jaskółczego niepokoju kremlowskich satrapów w kolejnych dziesięcioleciach. Natomiast co do zasadności zakupu F-35 – przypominam sobie analogiczną debatę z czasów, gdy ważyły się losy kupna F-16. Wówczas myśliwiec również miał być kosztowny, zawodny i „przestarzały”. Krótko mówiąc – nielot. Dziś okazuje się, że lepiej, gdybyśmy kupili więcej owych „nielotów”, byle tylko Polska nie miała F-35. Swoisty rekord pobił były już na szczęście dyplomata Ryszard Schnepf, który w programie Moniki Olejnik reklamował nam na podstawie wzmiankowanego „Sputnika” rosyjskie Su-57 (one zapewne się nie psują – choćby dlatego, że pozostają w fazie prototypów). Tenże Schnepf raczył się także wyjęzyczyć, że zwiększenie obecności US Army w Polsce powinniśmy wpierw „konsultować” z Niemcami, co w przełożeniu na ludzki język oznacza, że winniśmy pytać Berlin o pozwolenie. I pomyśleć, że ten człowiek był do niedawna naszym ambasadorem w USA, a inni mu podobni osobnicy o kolonialnej mentalności kreowali naszą dyplomację i politykę zagraniczną... Ale cóż tam Schnepf – gorzej, że w podobnym duchu wypowiadało się szereg prominentnych wojskowych, choć dziś już na szczęście odsuniętych od bezpośredniego wpływu na polską armię.

Wymowny był również odzew niemieckich mediów, które tradycyjnie służą do przekazywania tego, czego nie wypada oficjalnie powiedzieć tamtejszym politykom. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” skwitował efekty wizyty Andrzeja Duda słowami, iż jest to „nagroda dla Polski i kara dla Niemiec” (za niewypełnianie zobowiązań NATO w sferze wydatków na obronność), nadmieniając przy okazji o interesach gazowych USA konkurencyjnych wobec Nord Stream. Tutaj warto przytoczyć opinię Donalda Trumpa, który stwierdził, że z jednej strony Niemcy uchylają się od finansowania swoich sił zbrojnych, a z drugiej – ładują miliardy w rosyjski gaz, sponsorując zbrojenia Putina, przed którym to z kolei mają ich bronić Stany Zjednoczone... Inna gazeta („Die Zeit”) wyraziła schadenfreude, że mimo polskiej „czołobitności” nie powstanie u nas „Fort Trump” i skończyło się na powiększeniu amerykańskiego kontyngentu wojskowego. Tu jednak trzeba dodać, że owe 1000 żołnierzy (nota bene – przesuniętych z Niemiec) to dalece nie wszystko – zgodnie z waszyngtońską deklaracją powstać ma bowiem również Wysunięte Dowództwo Dywizyjne USA, polsko-amerykańskie Centrum Szkolenia Bojowego, baza dronów oraz szereg inwestycji infrastrukturalnych i logistycznych.

Oczywiście, to wszystko wiąże się z kosztami. Myśliwce F-35 nie są tanie (ok. 100 mln. USD za sztukę), swoje kosztuje również ich eksploatacja, uzbrojenie, wyszkolenie pilotów i dostosowanie infrastruktury. Mówi się o łącznej wartości kontraktu rzędu 17 mld. dolarów. Tyle, że w najbliższych latach, zgodnie z umową Pentagonu z koncernem Lockheed Martin cena ma spadać poniżej 80 mln. USD, podobnie z kosztem godziny lotu – a wszak samoloty trafią do Polski nie jutro czy pojutrze, lecz właśnie dopiero za kilka lat (podawane są wstępne, orientacyjne daty 2024 i 2026). Teraz natomiast ładujemy pieniądze w eksploatowanie i serwisowanie sowieckich MiG-29 i Su-22. Jeśli chodzi o inwestycje w infrastrukturę – tego typu koszty ponosi każde państwo kupujące najnowocześniejszy sprzęt. Również my tak czy inaczej musimy to zrobić (i robimy), jeśli chcemy, by polskie lotniska i bazy wojskowe były kompatybilne z NATO-wskimi standardami i mogły przyjmować najnowsze maszyny. Innymi słowy, mówimy o kosztach, które i tak ponosimy, bądź będziemy musieli ponieść w najbliższej przyszłości. W zamian mamy wciąż rosnącą obecność wojskową sił NATO, w tym głównie wojsk USA – dziś jest to 13,5 tys. żołnierzy, w tym blisko 6,8 tys. wojsk amerykańskich, do czego wkrótce dojdzie kolejny tysiąc, a w przyszłości – wraz z napływaniem F-35 – zapewne jeszcze więcej. Płacona cena zatem ma swój ekwiwalent w postaci wzmocnienia „wschodniej flanki NATO”, co dla państwa w naszym położeniu (i dla całego regionu) ma pierwszorzędne znaczenie.

Po opisanych tu reakcjach widać wyraźnie, że zacieśnianie polsko-amerykańskiej współpracy jest wyjątkowo nie na rękę zarówno Rosji, jak i Niemcom – oraz, ma się rozumieć, ich lokalnym wyrobnikom, którzy na wysługiwaniu się ościennym potęgom budowali dotąd swoje kariery. Dlatego właśnie obecność Amerykanów jest dziś i w najbliższej przyszłości konieczna – chroni nas bowiem przynajmniej w jakimś zakresie przed powtórnym osunięciem się do roli niemiecko-rosyjskiego kondominium.


III. Cena sojuszu

Zresztą, spójrzmy na to wszystko bez złudzeń – i tu, mówiąc klasykiem, przechodzimy do „plusów ujemnych” naszego układu z Wielkim Bratem. W polityce międzynarodowej nie obowiązują takie kategorie jak „honor”, „przyjaźń”, „lojalność” czy inne sentymenty. Decydującymi kryteriami są siła i interes – i tyczy się to również relacji z naszym obecnym hegemonem zza oceanu. W swej polityce Stany Zjednoczone (a zwłaszcza za prezydentury Trumpa) kierują się prostą zasadą: chcesz mieć z nami dobre stosunki – kupuj od nas i nie kombinuj na boku (przypominam o opisanym wyżej przypadku Turcji). Jest to taka bardziej cywilizowana forma rekietu – swoistego haraczu za ochronę, z tą różnicą, że jednak otrzymujemy coś w zamian (sprzęt wojskowy, obecność amerykańskich żołnierzy, gaz łupkowy pozwalający zdywersyfikować dostawy z Rosji). Ponadto, jak widzimy, ta specyfika kontaktów nie dotyczy jedynie naszego kraju. Rzecz jasna, nie ma tu mowy o sojuszu w rozumieniu równoprawnych stosunków – bardziej przypomina to zależność od Imperium Rzymskiego różnych barbarzyńskich państewek (formalnie zwanych „przyjaciółmi” lub „sojusznikami”), ewentualnie relacje wasalne.

Z tego typu układem wiążą się określone niebezpieczeństwa, o których już pisywałem, ale dla porządku pokrótce powtórzę. Podstawowe zagrożenie jest takie, że nasz opiekun w pewnym momencie może zwinąć bez ostrzeżenia swój parasol ochronny, zostawiając nas na lodzie – tak stało się w 2009 r., kiedy to Obama (a właściwie Hillary Clinton, która była wówczas główną animatorką polityki zagranicznej Białego Domu) zrobił „reset” z Rosją, wycofując się z aktywnej polityki w naszym regionie. Mam zresztą swoją teorię spiskową, że smoleńska tragedia była właśnie pokłosiem owego „resetu”. Moim zdaniem, Putin widząc amerykańską obojętność uznał, że może sobie pozwolić na likwidację polskich niepodległościowych elit, na czele z prezydentem Lechem Kaczyńskim, któremu po udaremnieniu rosyjskiej agresji na Gruzję zapisał „śmierć w duszy” - i skorzystał z okazji. Musimy brać pod uwagę, że Stany Zjednoczone przestały być państwem w pełni obliczalnym i mogą wykonywać najróżniejsze wolty. Tym bardziej, że mimo ciągłej dominacji nie są już tak wszechpotężnym światowym hegemonem jak niegdyś i zaczynają odczuwać „syndrom krótkiej kołdry” - zwyczajnie nie są w stanie w pełni kontrolować przestrzeni od Atlantyku po Pacyfik i zawsze trzeba liczyć się z możliwością, że „odpuszczą” jeden z teatrów na rzecz mocniejszego zaangażowania się w innym zakątku świata. Właśnie dlatego wątpię w powstanie u nas „Fortu Trump” w rozumieniu klasycznej, stałej bazy w rodzaju tych wciąż utrzymywanych w Europie Zachodniej. Znacznie wygodniej i elastyczniej jest dla USA oddelegować do Europy Środkowej mobilne siły z elementami infrastruktury, które w razie nagłej potrzeby będzie można przerzucić gdzie indziej.

Takie są realia, dobrze więc byłoby, gdyby nasi rządzący pilnowali, by koszta w pewnym momencie nie przeważyły korzyści, pamiętając o naczelnej zasadzie: nie ma strategicznych sojuszy dla słabych! Jest to o tyle istotne, że elity okołopisowskie zdają się momentami zatracać w entuzjastycznym pro-amerykanizmie wszelkie proporcje, sprawiając wrażenie, że dla podtrzymania „transatlantyckiego partnerstwa” gotowe są poświęcić wszystko inne. Tyczy się to chociażby roszczeń żydowskich i polityki historycznej (sprawa rejterady z nowelizacji ustawy o IPN) – widać było wyraźnie, że PiS za dogmat uznał, iż droga do Waszyngtonu wiedzie przez Tel-Aviv i w imię tej z gruntu błędnej doktryny gotów był inwestować bez końca w fikcję „sojuszu” i „przyjaźni” z Izraelem, nie przyjmując do wiadomości, że środowiska żydowskie i państwo izraelskie są co najwyżej „sojusznikiem naszego sojusznika” - i nic ponadto. Na szczęście okazało się, że Amerykanie potrafią liczyć i gotowi są sprzedawać nam gaz i broń niezależnie od naszych napiętych stosunków z Żydami, o czym dobitnie świadczy wizyta Andrzeja Dudy – wbrew apelom niektórych politycznych środowisk w USA, by zaangażowanie amerykańskie w Polsce uzależnić od spełnienia przez nas ustawy 447. Jak ujęła to trafnie dr Ewa Kurek w kontekście ekshumacji w Jedwabnem – Ameryka nie poświęci swych interesów dla kilku żydowskich kości. Zwróćmy uwagę, że nawet ambasador Mosbacher od niedawna jakby przystopowała swą aktywność. Pozostaje mieć nadzieję, że wydarzenia ostatnich miesięcy, w tym postawa państwa żydowskiego, otrzeźwiły kilka głów i od tej pory zaczniemy się wykazywać większą asertywnością – tym bardziej, że temat roszczeń niechybnie powróci jesienią.

Kolejna rzecz – Stany Zjednoczone zainteresowane są obecnością w Trójmorzu, widząc w nim „swoją” przestrzeń równoważącą niemiecką dominację na kontynencie i główny rynek zbytu dla swojego gazu łupkowego. To wielka szansa dla nas – możemy stać się bowiem „hubem” dla amerykańskiego surowca, tak jak Niemcy dla rosyjskiego. I właśnie to może USA związać z nami silniej, niż jakikolwiek „Fort Trump” (który, nawiasem, jeżeli powstanie, to właśnie dla ochrony amerykańskich szlaków handlowych i infrastruktury przesyłowej na linii północ-południe). Jeżeli uda się to osiągnąć za cenę kupna F-35, to z góry można powiedzieć, że było warto. Przy okazji – prezydentowi Dudzie towarzyszyła w Waszyngtonie prezes Banku Gospodarstwa Krajowego, współtworzącego od niedawna Fundusz Trójmorza, mający realizować inwestycje infrastrukturalne.


IV. Niełatwy bilans

Jak zatem ocenić bilans naszego sojuszu? Nie ma tu łatwej odpowiedzi – daleki jestem zarówno od bezkrytycznego entuzjazmu, jak i katastrofizmu wieszczącego zagładę Polski, w których lubują się miłośnicy stawiania uproszczonych, radykalnych tez. Wbrew pozorom, wiele zależy tu od nas samych – czy będziemy w stanie prowadzić racjonalną politykę, wyciągając z naszego położenia maksimum korzyści i nie oddając więcej, niż jest to absolutne konieczne – chociażby nie pozwalając wplątać Polski w wiszącą na włosku wojnę z Iranem, co będzie dla nas testem podmiotowości równie ważnym, jak kwestia żydowskich roszczeń. Zagrożenia niezmiennie pozostają dwa: Rosja i Niemcy dążące do sfederalizowania Europy oraz powołania współczesnego Waffen-SS pod pozorem „europejskiej armii”. Dopóki USA tutaj są – jesteśmy chronieni. Rzecz w tym, że ochrona ta nie jest dana na zawsze i nie możemy na niej poprzestawać. Naszym zadaniem na najbliższe lata jest wykorzystanie sprzyjającej koniunktury do wzmocnienia własnego potencjału, tak byśmy byli zdolni ochronić się sami, gdy Ameryka zechce się z jakichś powodów wycofać – a to, jak uczy historia, również ta najnowsza, prędzej czy później nastąpi.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Sojusznik czy lokaj?

Sojusznik czy wasal?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 08 (Lipiec 2019)