Pokazywanie postów oznaczonych etykietą COVID-19. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą COVID-19. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 kwietnia 2020

Stress-test

Gołym okiem widać, że pandemia koronawirusa stała się wielkim społecznym laboratorium. To po prostu niesamowita okazja do testowania różnych rozwiązań z zakresu inżynierii społecznej.


W związku z pandemią koronawirusa warto postawić sobie podstawowe w moim przekonaniu pytanie: na ile przemodeluje ona światowy porządek i czy zmiany będą nieodwracalne? Już teraz widać, że mamy do czynienia z globalnym „stress-testem” dotyczącym takich obszarów jak polityka, życie społeczne, gospodarka, a nawet system wartości – i w każdym z nich może dojść do istotnego przewartościowania dotychczasowych priorytetów. Zacznijmy jednak wesoło – tzn. od krajowego, politycznego bagienka.


I. Amok „najgłupszej opozycji świata”

Po wyborach 2019 r. zostaliśmy obdarowani nieco bardziej zróżnicowaną niż dotąd opozycją, co szczególnie wyraziście uzewnętrzniło się po dotarciu koronawirusa do Polski. Spójrzmy: zdawałoby się skrajne ugrupowania, takie jak Lewica i Konfederacja zajęły w obliczu epidemii i działań rządu stanowisko zdumiewająco konstruktywne. Politycy lewicowi nie negując konieczności rządowych wysiłków zwracali uwagę na potrzebę większej ochrony pracowników na „śmieciówkach”, nie objętych zabezpieczeniami wynikającymi z Kodeksu Pracy – a takowych w Polsce jest, bagatela, 2,6 mln. (1,3 mln. na umowach-zleceniach i o dzieło, oraz drugie 1,3 mln. na samozatrudnieniu). Z kolei Konfederacja zaoferowała wykorzystanie swoich wolontariuszy zbierających podpisy dla Krzysztofa Bosaka do pomocy osobom starszym (np. przynoszenia zakupów), podnosząc prócz tego konieczność wprowadzenia ułatwień dla rodzimego, głównie niewielkiego biznesu, najbardziej narażonego na utratę płynności finansowej. Również PSL z Kosiniakiem-Kamyszem powstrzymało się od frontalnego ataku na rząd (jakby nie było, Kosiniak-Kamysz to jednak lekarz, a to do czegoś zobowiązuje). Krótko mówiąc, mamy tu podejście zdroworozsądkowe i odpowiedzialne – kraj znalazł się w wyjątkowej sytuacji, więc nie sypiemy piasku w tryby, co najwyżej zwracając uwagę na sprawy, do których naszym zdaniem rządzący nie przykładają należytej uwagi. Wszystko to jednak bez agresji, w tonie rzeczowej dyskusji – owszem, z pozycji opozycyjnych, ale jednak równocześnie propaństwowych.

Co innego „najgłupsza opozycja świata”, czyli Koalicja Obywatelska wraz ze swoim środowiskowo-medialnym habitatem. Ci nawet nie ukrywają, że epidemię traktują wyłącznie w kategoriach politycznych, a koronawirus jest dla nich istotny jedynie w charakterze kłonicy, którą można przywalić obecnej władzy. Tutaj nie liczy się nic, poza doraźnym politycznym interesem: można siać panikę, podrywać zaufanie obywateli do państwa i jego instytucji, destabilizować i bez tego napiętą już sytuację. Najmniej zaś istotni są w tym wszystkim ludzie, wręcz im więcej zarażonych i ofiar śmiertelnych, tym lepiej – niech wszystko spłonie, byśmy tylko mogli na tych zgliszczach i trupach z powrotem dorwać się do władzy. Ich zacietrzewienie podsyca znana prawidłowość, że w obliczu zagrożenia obywatele w naturalny sposób gromadzą się wokół władzy jako jedynego realnego czynnika sprawczego, dysponującego odpowiednimi instrumentami działania. Stąd też nieustanny amok, prowadzący do zachowań wręcz groteskowych.

Odtwórzmy to sobie. Najpierw rząd miał rzekomo utajniać przypadki koronawirusa w Polsce, by ujawnić je na moment przed konwencją wyborczą Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i przyćmić w ten sposób to wiekopomne wydarzenie. Po pierwszych odnotowanych przypadkach pojawiła się narracja, że PiS chowa głowę w piasek i „nic nie robi”, bo wiadomo – „pisiory”, he he, nie dają sobie rady i potrafią tylko rozdawać pieniądze nierobom. Gdy okazało się, że rząd jednak działa i zgłasza spec-ustawę, rozległ się wrzask, że pod pretekstem zwalczania epidemii PiS chce zaprowadzić „stan wojenny”. Ustawa przeszła (żeby było zabawniej, również głosami „totalnych”), a PiS uwzględnił część poprawek opozycji, więc zaczęła się kolejna jazda, zainicjowana przez sztab Kidawy-Błońskiej: rząd nie chroni granic przed napływem zarażonych! - co jest szczególnie groteskowe w kontekście kryzysu migracyjnego z 2015 r., kiedy to na Jarosława Kaczyńskiego posypały się gromy, gdy ostrzegał przed zagrożeniem epidemiologicznym związanym z masowym napływem nachodźców.

Idźmy dalej. Rząd Mateusza Morawieckiego wprowadził stan zagrożenia epidemiologicznego, zamknął granice, wcześniej zaś w kraju szkoły i szereg innych instytucji, na bieżąco podaje do publicznej wiadomości liczbę zarażonych, nakłada kwarantanny, wydaje zalecenia odnośnie środków bezpieczeństwa – i, co najistotniejsze, spotyka się to ze zrozumieniem obywateli. Reakcja? „Koronawirus spadł PiS-owi z nieba”, „Koronawirus jako zbawca PiS”! Ten sam PiS, przypomnijmy, jeszcze chwilę wcześniej miał się na koronawirusie wyłożyć, a z drugiej strony – tenże koronawirus miał się stać lodołamaczem torującym drogę do władzy „totalsom”. Równolegle poboczny atak – Duda jeździ po kraju i robi sobie kampanię! Oczywiście, gdyby nie jeździł, byłoby, że tchórzy i dekuje się w Pałacu Prezydenckim, co widać po atakach na Kaczyńskiego za to, że (będąc z racji wieku w grupie największego ryzyka), nie udziela się publicznie...

No i wreszcie, kolejna brzytwa, której uchwycili się „totalni”: należy przełożyć wybory na jesień! Sęk w tym, że aby przełożyć wybory, należałoby wprowadzić jeden z trzech stanów: stan klęski żywiołowej, stan wyjątkowy, bądź stan wojenny – czyli to, przed czym jeszcze na początku marca ta sama opozycja histerycznie protestowała. Dziś stan wyjątkowy jest już „dobry”, bo „totalsi” liczą na kumulację kilku czynników: zmęczenia obywateli ograniczeniami, społecznego zniecierpliwienia (szczególnie latem, gdy ludzie będą chcieli wyjeżdżać na wakacje) oraz pierwszych efektów spowolnienia gospodarczego. Wszystko podporządkowane partykularnemu, partyjnemu interesowi, zero jakiegokolwiek instynktu państwowego, a nade wszystko – rozpaczliwe miotanie się od ściany do ściany. Ktoś na Twitterze trafnie skomentował, że wszyscy starają się zachowywać rozsądnie, tylko Platforma biega bez ładu i składu niczym kurczak z obciętą głową. Wyobraźmy sobie teraz, że wirus uderza w momencie, gdy prezydentem jest Kidawa-Błońska, premierem Borys Budka, a ministrem zdrowia Ewa Kopacz. A nie, wróć, nie musimy sobie wyobrażać – oni już rządzili podczas znacznie łagodniejszej epidemii świńskiej grypy. Wtedy Polska jako jedyna nie zakupiła szczepionek, zaś Ewa Kopacz uspokajała, że nic się nie dzieje – co zakończyło się 180 zgonami.

Przełożenie wyborów oczywiście nie jest wykluczone, wszystko zależy od rozwoju sytuacji, ale póki co można powiedzieć, że o ile państwo pod obecnymi rządami generalnie zdaje egzamin, o tyle „najgłupsza opozycja świata” swój stress-test oblała na całej linii.


II. Gdzie jest Unia?

Ale dość już o naszych baranach, przejdźmy do spraw poważniejszych. Gdzie jest Unia? Ta omnipotentna, najmądrzejsza Unia Europejska, która pod przewodem kasty światłych mandarynów miała być odpowiedzią na wszelkie problemy, ustawicznie regulując za pomocą tysięcznych dyrektyw i wytycznych najdrobniejsze dziedziny życia? Nie ma Unii. W momencie rzeczywistego kryzysu ci wszyscy wielcy komisarze i eurodeputowani, tak zazwyczaj skorzy do zabierania głosu na każdy temat – począwszy od praw zwierząt, a na ustroju polskiego sądownictwa skończywszy – pochowali się w mysie dziury. Walkę z COVID-19 musiały wziąć na swoje barki państwa narodowe – i całe szczęście, bowiem gdyby zależało to od unijnych urzędników, niemożliwe byłoby wprowadzenie np. kontroli granicznych, co jasno dał do zrozumienia rzecznik Komisji Europejskiej Eric Mamer („Zamykanie granicy, to niekoniecznie najlepsze rozwiązanie w sytuacji, gdy wirus jest już we wszystkich krajach strefy Schengen. Ale uznajemy, że to uprawnienia i decyzje rządów krajów członkowskich”).

Przy okazji, po raz kolejny uwidoczniło się, że „europejska solidarność” kończy się tam, gdzie zaczynają interesy Niemiec. Głośna stała się sprawa przechwycenia przez niemieckie władze transportów maseczek ochronnych zamówionych w Chinach przez Włochy, Austrię i Szwajcarię. Poszło o to, że zamówienie zostało złożone przez niemieckiego pośrednika, co niemieckie władze prawem kaduka potraktowały jako „eksport” i skwapliwie położyły na deficytowym towarze łapę. Co więcej, mimo iż Komisja Europejska wymusiła na niemieckim rządzie „uwolnienie” towaru (jedna z nielicznych dobrych rzeczy, które o władzach UE można dziś powiedzieć), to nikt (z pośrednikiem włącznie) nie jest w stanie powiedzieć, gdzie owe maseczki się znajdują – rozpłynęły się w powietrzu... Inny przykład, to niemiecka reakcja na przymknięcie przez Polskę granic – zostało to pryncypialnie skrytykowane, po czym niemal na drugi dzień Niemcy wprowadziły identyczne obostrzenia w ruchu granicznym. Niepokój Niemiec łatwo wytłumaczyć – otóż polskie firmy transportowe odpowiadają za 25 proc. tamtejszej logistyki zaopatrzeniowej, przez co przed Niemcami stanęło widmo pustych sklepowych półek.

Indolencję Unii najlepiej widać na przykładzie nielegalnej imigracji, która jest problemem samym w sobie, a w obliczu pandemii staje się wręcz sprawą gardłową. Po raz kolejny okazało się, że unijna straż graniczna, czyli osławiony FRONTEX jest tygrysem bez zębów i zajmuje się głównie przeładunkiem „uchodźców” z pontonów na statki, po czym odstawia ich dokładnie tam, gdzie chcieli trafić, czyli na kontynent europejski. Jest to zatem w istocie przedsiębiorstwo przewozowe, ułatwiające robotę gangom przemytników. Wyjątkowo boleśnie przekonała się o tym Grecja, która w końcu wzięła sprawy we własne ręce i zaczęła samodzielnie zwalczać plagę migracji, nie przejmując się wrzaskami różnych „organizacji humanitarnych” - dodajmy, przy cichej akceptacji Brukseli, która mogła odetchnąć z ulgą, że rząd w Atenach wybawił ją z kłopotu.

Coś tam jednak Unia robi. Otóż uruchomiła fundusz o łącznej wartości 37,3 mld euro na walkę... nie, nie tyle z koronawirusem, ile na łagodzenie skutków gospodarczych wywołanych kryzysem – z czego Polsce przypadać ma 7,4 mld euro. Tyle, że wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu to nie są żadne dodatkowe pieniądze! Środki te pochodzą z aktualnie obowiązujących w ramach budżetu UE środków spójności. Po prostu Unia wspaniałomyślnie się zgodziła, by poszczególne kraje, w tym Polska, część przysługujących im środków wydały na najniezbędniejsze w tym momencie inwestycje, a nie na to, co akurat figurowało w odgórnej, brukselskiej rozpisce i nieco złagodziła rygorystyczne procedury rozliczania funduszy. Ot, i cała „łaska”. Ach, zapomniałbym – Unia w pocie czoła pracuje nad wspólnotowym przetargiem na leki i sprzęt medyczny w ramach „mechanizmu kryzysowego”, na razie jednak daleki jest on od rozstrzygnięcia.

Euroentuzjaści twierdzą, że bierność Unii spowodowana jest niedostatecznymi kompetencjami i już snują wizje poszerzenia prerogatyw Brukseli na przyszłość. Jest to skrajnie niebezpieczny pogląd. Wyobraźmy sobie, że ten kompletnie niewydolny, biurokratyczny moloch miałby w sytuacji zagrożenia epidemią decydować o zamknięciu granic (i dopilnować wykonania), przetargach na medykamenty, rozdziale funduszy czy wprowadzeniu w poszczególnych krajach stanu zagrożenia epidemiologicznego. Wyobraźmy sobie tylko, że dla każdej z tego typu spraw krajowe rządy musiałyby uzyskać zgodę w unijnej centrali, która skrupulatnie sprawdzałaby, czy aby nie łamana jest któraś z rozlicznych „procedur” - wszystko w momencie, gdy trzeba działać „na wczoraj”.

Podsumowując ten wątek - Unia Europejska „stress-testu” nie przeszła. Nic nie zastąpi państw narodowych w kwestiach bezpieczeństwa i pozostaje mieć nadzieję, że inwazja koronawirusa przyczyni się do odwrócenia tendencji polegającej na zawłaszczaniu przez unijną biurokrację kolejnych obszarów władzy.


III. Wielkie laboratorium

Na koniec sprawy o charakterze bardziej ogólnym. Prawdopodobnie czeka nas, jak napisałem w niedawnym felietonie dla „Gazety Finansowej” „najgłupszy kryzys w historii świata” - bo też skala (i co ważniejsze, śmiertelność) pandemii w niczym nie usprawiedliwia aż takiej paniki na rynkach. Pół żartem, pół serio, zarysuję tu spiskową teorię – może medialna histeria jest celowo indukowana, by odwrócić uwagę od rzeczywistych przyczyn kryzysu, który i tak miał nadejść? Po krachu w 2008 r. opinia publiczna zawrzała oburzeniem na światową oligarchię finansową, która nie dość że doprowadziła do globalnej katastrofy, to jeszcze uszło jej to bezkarnie. Może macherzy, którzy nie zmienili swego postępowania ani o jotę i dalej pompują spekulacyjną bańkę, widząc na horyzoncie rychłe załamanie użyli swych medialnych wpływów, by „usprawiedliwić” koronawirusem nadchodzącą zapaść, tak by złość społeczeństw nie skierowała się przeciw banksterom i sprzedajnym politykom?

Ale, nawet pomijając spiskowe teorie, gołym okiem widać, że pandemia koronawirusa stała się wielkim społecznym laboratorium. To po prostu niesamowita okazja do testowania różnych rozwiązań z zakresu inżynierii społecznej. Do jakiego stopnia ludzie gotowi są pogodzić się z ograniczeniami wolności? Czy tylko na jakiś czas, czy na stałe? Jakimi metodami „naprowadzać” ludzkie masy na właściwe myślenie, tak by w przyszłości np. nie oddały głosów na „populistów”, tylko na „sprawdzony” establishment? Albo pogodziły się z kolejnymi przywilejami dla wielkich korporacji pod pretekstem „rozwiązań antykryzysowych”? Jestem przekonany, że rozliczne sztaby specjalistów od modelowania zbiorowych zachowań pracują w pocie czoła nad stosownymi analizami i wnioskami.

Patrząc bardziej optymistycznie – może uda się z obecnej sytuacji wyciągnąć jakieś konstruktywne wnioski? Może to co się stało nieco przyhamuje bezmyślny, zatraceńczy pęd ku wszechogarniającej globalizacji? Może przyczyni się do dywersyfikacji łańcuchów dostaw i produkcji, tak by nie lokować kluczowych ogniw w jednym regionie świata, czy wręcz w jednym państwie – Chinach? Może do kogoś wreszcie dotrze, że warto mieć elementarne zabezpieczenie w postaci własnego rolnictwa, gwarantującego żywność i własnego przemysłu? Tak by nie wyglądać niczym zbawienia chińskich kontenerowców zawijających do europejskich portów? Przecież to paranoja, żebyśmy nie byli w stanie produkować u siebie zwykłych maseczek chirurgicznych i podstawowych leków, a za produkcję płynu odkażającego musiał się brać w trybie awaryjnym „Orlen” (całe szczęście, że go mamy).

Idąc dalej – może docenimy nasze państwa, granice i zalety suwerenności? Może dotrze do nas, że zbywanie kolejnych uprawnień na rzecz ponadnarodowych instytucji to droga donikąd? Z drugiej strony – może zauważymy zagrożenia wynikające z nadmiernej decentralizacji? Pomyślmy tylko, co by się działo, gdyby Polska zgodnie z postulatami „totalnej opozycji” była dzisiaj luźnym konglomeratem udzielnych samorządowych „księstewek”... I to jest kolejny oblany „stress-test” - tym razem nie zdała go globalizacja.

Pocieszające w tym wszystkim jest to, że choć na chwilę zniknęła z publicznego dyskursu większość lewackiej agendy. Nagle okazało się, że obliczu śmierci „prawa” zwierząt, LGBT, genderyzm, skrajny ekologizm i klimatyzm przestały być najważniejszymi problemami ludzkości. Symboliczna jest tu odezwa Grety Thunberg, która zaapelowała do swych wyznawców, by „strajkowali” na rzecz klimatu – ale w domu... Złą wiadomością jest jednak uległość Kościoła, który we Włoszech i zachodniej Europie wystraszony lewackimi wrzaskami zamknął świątynie, rezygnując tym samym z okazji do choćby częściowego odbudowania swego duchowego przywództwa. W Polsce natomiast lewactwo ma inny cel – ograniczenie praktyk religijnych na czas zarazy ma sprawić, by ludzie „odwykli” od chodzenia do kościoła. Koronawirus oraz propaganda strachu mająca ukazać kościoły jako główny rozsadnik epidemii jest tu orężem w walce z religią. Czas pokaże, czy owa nałożona na wiernych „kwarantanna” przyniesie skutki – oby nie. Niemniej, jest to kolejna odsłona owego „społecznego laboratorium” o którym tu piszę – tym razem dotykająca sfery fundamentalnych wartości. Tak więc, już zupełnie na koniec – podstawowy i najważniejszy „stress-test” to ten, przed którym stoimy my sami.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 04 (kwiecień 2020)

niedziela, 12 kwietnia 2020

Doktryna szoku

Obecny kryzys został wygenerowany sztucznie – śmiem podejrzewać, że w interesie globalnej oligarchii finansowej i wielkich koncernów.

I. Globalna „pandemonia”

Na początek podzielę się z Państwem spiskową teorią. Otóż obserwując przyczyny i przebieg globalnego kryzysu gospodarczego wywołanego „pandemią” COVID-19, nie mogę opędzić się od myśli, że cała ta medialna i społeczna ogólnoświatowa histeria na punkcie koronawirusa została wygenerowana z absolutną premedytacją – właśnie po to, by doprowadzić do załamania na światowych rynkach. Dlaczego? Postaram się to wyjaśnić po kolei.

Przede wszystkim, gdyby nie indukowana sztucznie panika, najprawdopodobniej byśmy tego wirusa niemal nie zauważyli – i to pomimo wysokiej zaraźliwości. Większość przypadków przebiega albo bezobjawowo, albo przypomina zwykłe przeziębienie. Przypuszczalnie, gdyby zrobić badania wszystkim Polakom, to okazałoby się, że większość z nas tę francę już ma, tylko o tym nie wie – i żyje sobie w najlepsze, tyle że bezproduktywnie siedząc w domach, osłabiając na dodatek swoją odporność wskutek braku stałego kontaktu ze świeżym powietrzem. Bez drakońskich obostrzeń zarządzonych przez władze szeregu krajów pod naciskiem mediów i uwarunkowanych panikarskim jazgotem społeczeństw, ludzie ci chodziliby normalnie do pracy, a gospodarka kręciłaby się z grubsza jak do tej pory. Poważniejsze objawy, przypominające swym przebiegiem grypę lub zapalenie płuc kończyłyby się wizytą u lekarza, przepisaniem leków i wysłaniem na L4 – jak to zwykle w sezonie zachorowań. Hospitalizacja dotyczyłaby jedynie najcięższych przypadków, stanowiących ułamek procenta wszystkich zarażonych – dokładnie tak, jak dzieje się to w „normalnych” okolicznościach, gdy u pacjenta stwierdza się np. powikłania pogrypowe. Może lekko skoczyłaby śmiertelność, co zostałoby potraktowane jako statystycznie nieistotne odstępstwo od normy, tak jak to dzieje się w przypadku co bardziej zjadliwych mutacji „zwykłej” grypy.

Niestety, jak wiemy, media rzuciły się na egzotycznego wirusa jak stado szakali, zarażając społeczeństwa psychozą strachu – i mamy globalną „pandemonię”. Totalny „lockdown”, kwarantanny, przymusowe ograniczenia poruszania się, zamknięte granice, wymuszone „wygaszanie” całych gałęzi gospodarek – wszystko w atmosferze gęstniejącego lęku rodem z filmów katastroficznych. Jak już tu podkreślałem w poprzednich artykułach, najgroźniejsza pandemia, to ta zagnieżdżająca się w ludzkich głowach – koronawirus rozgościł się w zbiorowej psychice na dobre i trzeba będzie wiele czasu, by się z niej wyprowadził.


II. „Doktryna szoku” i „czarny łabędź”

Po co to wszystko? Dla wyjaśnienia tej kwestii pomocne będą dwa pojęcia: „czarny łabędź” i „doktryna szoku”.

Zacznijmy od tego drugiego. Termin „doktryna szoku” ukuła kanadyjska lewaczka Naomi Klein w swej książce z 2007 r. pt. „Doktryna szoku: jak współczesny kapitalizm wykorzystuje klęski żywiołowe i kryzysy społeczne”. (Na marginesie: generalnie, z lewicą jest ten problem, że jej przedstawicielom czasem zdarza się nawet trafnie zdiagnozować różne patologie, gorzej z wyciąganiem wniosków, a nade wszystko – receptami). Owa „doktryna szoku” oznacza wykorzystywanie pojawiających się (lub celowo wywoływanych) nadzwyczajnych, drastycznych sytuacji do zastraszania i terroryzowania społeczeństw oraz rządów, by pod przykrywką walki z zagrożeniami przeprowadzać rozwiązania, na jakie w normalnych okolicznościach ludzie nie wyraziliby zgody. Przykładem mogą być kryzysy gospodarcze, wojny czy zamachy terrorystyczne skutkujące np. przywilejami dla wielkiego biznesu, ograniczeniami swobód obywatelskich czy pogorszeniem sytuacji pracowników najemnych (to ostatnie przerobiliśmy na polskim gruncie chociażby pod postacią „uśmieciowienia” rynku pracy po kryzysie z 2008 r.). Te nadzwyczajne metody mają dwie cechy wspólne: po pierwsze - służą establishmentowi i gospodarczej oligarchii ze szkodą dla zwykłych obywateli; po drugie – wprowadzane rzekomo „chwilowo” do czasu zażegnania zagrożenia, zostają już na stałe.

Z kolei teorię „czarnego łabędzia” sformułował ekonomista i filozof Nassim Nicolas Taleb w książce pt. „Czarny łabędź. O skutkach nieprzewidywalnych zdarzeń”. Ów „czarny łabędź” oznacza niemożliwe do przewidzenia, zaskakujące zjawisko radykalnie zmieniające rzeczywistość, przy czym często zjawisko to mamy przed nosem, tylko nie chcemy go zauważać, ulegając iluzji, że mamy wszystko pod kontrolą – dopóki nie będzie za późno. Przykładem „czarnego łabędzia” może być „bańka” amerykańskich kredytów hipotecznych, która doprowadziła w 2008 r. do upadku Lehmann Brothers i wybuchu kryzysu finansowego. Obecnie „czarnym łabędziem” określa się często epidemię koronawirusa.


III. Sztuczny kryzys

Problem w tym, że koronawirusowy „czarny łabędź” wcale nie musiał doprowadzić do aż tak katastrofalnych skutków gospodarczych. I tutaj dochodzimy do konkluzji: obecny kryzys został wygenerowany sztucznie – śmiem podejrzewać, że w interesie globalnej oligarchii finansowej i wielkich koncernów. Pisząc o „sztuczności” nie mam tu na myśli samego pochodzenia wirusa lecz to, że stał się on wymarzonym pretekstem („czarnym łabędziem”) do rozdmuchania „pandemonii” i wdrożenia „doktryny szoku”. Dzieje się to na naszych oczach, wręcz ostentacyjnie. Scenariusz jest następujący: najpierw, jak wspomniałem na wstępie, rozpętuje się medialną histerię. Następnie pod wpływem paniki zamyka się granice i wyłącza normalne życie społeczne oraz całe sektory gospodarki, co musi skutkować nieuchronnym kryzysem. No i wreszcie – przystępuje się do „walki” ze skutkami kryzysu, przy czym dziwnym trafem metody „zwalczania” są idealnie zbieżne z interesami wielkiego biznesu. Mamy zatem zwolnienia z podatków, „uelastycznianie” rynku pracy, dopłaty do wynagrodzeń (czyli biznes przerzuca na państwo część swoich kosztów), a przede wszystkim wisienkę na torcie w postaci „luzowania ilościowego” (o którym szerzej za chwilę).

Wszystkie te środki mają wspólny mianownik – drobnym przedsiębiorcom pozbawionym poduszki finansowej pomogą jak umarłemu kadzidło, natomiast globalne koncerny będą mogły dzięki nim wydatnie ściąć koszty i zmultiplikować zyski. Te same koncerny, dodajmy, które mają pochomikowane ogromne rezerwy w rajach podatkowych i przetrwałyby kryzys nawet bez pomocy państwa. Z ich punktu widzenia kryzys jest okazją do dalszego rozrostu – zbankrutowane małe firmy zwolnią miejsce na rynku, bezrobocie spowoduje, że zdesperowani pracownicy będą gotowi tyrać za miskę ryżu na półniewolniczych warunkach, zaś przygniecione widmem recesji rządy zmuszone będą przymykać oczy na agresywne „optymalizacje” podatkowe. Słowem – hulaj dusza, piekła nie ma. Ot, „doktryna szoku” w działaniu.

Ale to wszystko nic przy konfiturach w postaci wspomnianego „luzowania ilościowego”. Polega ono na tym, że banki centralne (FED, EBC czy nasz NBP) wykupują na rynkach finansowych papiery wartościowe (głównie obligacje) wpuszczając tym samym do sektora finansowego nowo wykreowany, świeży pieniądz i futrując nim „nadzwyczajną kastę” banksterów. Tak zrobiono po krachu 2008 r. i tak dzieje się obecnie. Założenie było takie, że pieniądze te będą „przenikać” do realnej gospodarki pobudzając koniunkturę – tyle, że to nie działa. Wpompowane w system finansowy pieniądze posłużyły bowiem głównie do kolejnych piętrowych spekulacji i pompowania „baniek”. Teraz rządy i banki centralne powtarzają ten sam błąd.

W 2016 r. podczas spotkania w Parlamencie Europejskim George Soros oświadczył, że zadłużanie się państw jest podstawą funkcjonowania rynków finansowych. Wskutek gospodarczej „pandemonii” państwa będą zadłużać się na potęgę, co dla „rynków” oznacza mega-zyski. Biorąc to pod uwagę, oraz okoliczność, że światowe media są trwale uzależnione (kapitałowo, poprzez reklamy) od globalnej oligarchii, przestaje dziwić, że działając w interesie swych mocodawców zgodnie pracowały na rzecz rozpętania „korona-histerii”, doprowadzając do obecnej zapaści. To szaleństwo należy czym prędzej przerwać i odmrozić gospodarkę – póki skutki są jeszcze w miarę odwracalne.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 15 (09-16.04.2020)

czwartek, 2 kwietnia 2020

Koronakryzys

Nauczony lekcją kryzysu finansowego z 2008 r., podejrzewam, że globalny biznes wyczuł znakomitą okazję, by jak wówczas „podzielić się” z państwem swymi stratami.

I. „Pandemia” 0,1 procent

W sobotę 21 marca włoski Narodowy Instytut Zdrowia podał szczegółowe dane dotyczące zachorowalności i śmiertelności związanej z epidemią COVID-19. Co się okazuje? Jedynie 1,2 proc. zgonów spowodowanych było wyłącznie koronawirusem. U całej reszty występowały różne inne choroby, często po kilka naraz. To zresztą nie dziwi, zważywszy, iż koronawirus atakuje przede wszystkim osoby w podeszłym wieku – spośród wszystkich zmarłych tylko nieco ponad 1 proc. miało mniej niż 50 lat, a jedynie 9 przypadków śmiertelnych dotyczyło osób poniżej 40 roku życia. I teraz podstawowa sprawa, mianowicie dotycząca metodologii liczenia ofiar. Najwyraźniej włoskie władze wrzucają hurtowo do jednego worka wszystkich zmarłych u których wykryto wirusa, niezależnie od tego, czy był on rzeczywistą przyczyną śmierci, czy nie. Mówiąc obrazowo, jeśli ktoś umarł na serce, ale przy okazji miał również infekcję – jest liczony jako ofiara koronawirusa. Pytanie, po co Włochom potrzebne jest takie „nabijanie” śmiertelnych statystyk? Gdy piszę te słowa, we Włoszech jest ok. 5,5 tys. zmarłych u których stwierdzono koronawirusa. Biorąc pod uwagę owe 1,2 proc. oznaczałoby to, że osób zmarłych wyłącznie z powodu COVID-19 jest 66. U całej reszty należałoby dopiero ocenić, czy i ewentualnie w jakim stopniu infekcja mogła się przyczynić do śmierci. Jeszcze jedna liczba, mówiąca nam coś o faktycznej skali zachorowań – we Włoszech mamy ok. 60 000 przypadków zarażenia, co przy ogólnej liczbie 60 mln. obywateli daje odsetek zachorowań w wysokości 0,1 proc. (słownie – jedna dziesiąta procenta).

Oczywiście jestem jak najdalszy od lekceważenia sytuacji. Jeśli można, trzeba siedzieć w domu, przestrzegać zasad profilaktyki itp., a nade wszystko – otoczyć opieką osoby starsze i to na nich powinien być skoncentrowany wysiłek służby zdrowia. Z drugiej strony jednak, w świetle powyższych danych nie sposób nie zauważyć, że światowa histeria na tle wirusa SARS-CoV-2 podszyta jest czystym irracjonalizmem – a z pewnością, przy zachowaniu minimum chłodnej głowy, epidemia nie powinna była doprowadzić do tak dalekosiężnych skutków społecznych i gospodarczych, jakie obecnie obserwujemy. Przypomnę, że w Polsce tylko w lutym odnotowano ponad 800 tys. przypadków grypy i 23 ofiary śmiertelne, a w zeszłym sezonie grypowym zmarły 143 osoby.

Wszystkie te liczby przestają mieć jednak znaczenie, gdy w grę wchodzi strach przed nowym i „nieoswojonym” jeszcze zagrożeniem. Prawdziwa pandemia, jak już pisałem tydzień temu, to ta, która zagnieździła się w ludzkich głowach, nad czym zresztą niestrudzenie dzień i noc pracują wiodące ośrodki medialne. Epidemiolodzy podkreślają, że koronawirus już z nami zostanie i trzeba będzie z nim żyć – i będziemy z tym żyli, tak jak żyjemy z grypą i zapaleniem płuc, bo nie sposób utrzymywać w nieskończoność stanu wyjątkowego. Obecne środki bezpieczeństwa wdrażane przez kolejne rządy (nawet przez Wielką Brytanię, choć Boris Johnson do pewnego momentu wydawał się najbardziej odporny na pandemię paniki) to rozwiązanie jednorazowe, mające głównie na celu uspokojenie obywateli i wywołanie poczucia, że władza czuwa, dostrzega problem i podejmuje środki zaradcze. Jednak fizyczną niemożliwością jest wprowadzanie podobnych obostrzeń co roku – grozi to kompletną destabilizacją życia oraz chronicznym paraliżem państwa i gospodarki. Za rok o tej samej porze jeśli media będą w ogóle informowały o zakażeniach koronawirusem, to raczej w tonie „no cóż, nadszedł sezon zachorowań, trzeba to jakoś przetrzymać”, co najwyżej zalecając szczepionkę, która do tego czasu najprawdopodobniej zostanie już opracowana.


II. Doktryna szoku

Póki co jednak media pulsują w rytmie kolejnych, alarmistycznych doniesień – i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten stan permanentnego niepokoju jest celowo indukowany. Świat pogrąża się w kryzysie gospodarczym, środowiska biznesowe biją na trwogę i oczekują od władz państwowych pomocy. I znów – nauczony lekcją kryzysu finansowego z 2008 r., podejrzewam, że globalny biznes wyczuł znakomitą okazję, by jak wówczas „podzielić się” z państwem swymi stratami. Bo skoro wtedy się udało i państwa rzuciły się na wyprzódki, by ratować banksterów „zbyt wielkich, by upaść”, to dlaczego podobny zabieg nie miałby się udać i tym razem? To domaganie się pomocy jest tym bardziej irytujące, jeśli prześledzi się dotychczasowy model postępowania wielkich koncernów – wyprowadzanie produkcji na drugi koniec świata (ze szczególnym uwzględnieniem Chin) i likwidowanie miejsc pracy w nominalnych krajach pochodzenia; szantażowanie rządów żądaniami „uelastycznienia” rynku pracy i kolejnych ustępstw podatkowych; wreszcie - „optymalizacja” polegająca na wyprowadzaniu zysków do rajów podatkowych.

Efekty? Łańcuchy dostaw i produkcji uzależniające Europę od krajów azjatyckich skutkują dziś permanentnym niedoborem podstawowych środków ochrony – maseczek, strojów ochronnych, płynów odkażających, lekarstw... Prócz tego mamy miliony pracowników sprowadzonych do roli „prekariatu” - wiecznie niepewnych jutra pół-niewolników pracujących na umowach śmieciowych, często bez elementarnych zabezpieczeń socjalnych, żyjących od pierwszego do pierwszego. Dziś to przede wszystkim oni padają ofiarą obostrzeń związanych z epidemią i utratą możliwości zarabiania. W samej Polsce jest to 2,6 mln. pracowników. Z kolei unikanie opodatkowania jedynie w Unii Europejskiej odpowiada za roczną lukę rzędu 170 mld. euro, co daje kwotę o 1/5 większą od budżetu Unii Europejskiej. Konsekwencją powyższego jest funkcjonowanie państw w warunkach nieustannych cięć budżetowych, dotykających m.in. służbę zdrowia, co skutkuje jej chronicznym niedofinansowaniem. A dziś odpowiadający za ten stan rzeczy cwaniacy zgłaszają się do rządów o pomoc. Do tych samych rządów, które na co dzień miały nie wtrącać się do gospodarki, obniżać podatki i puszczać wszystko na żywioł, by nie tamować „naturalnych” procesów globalizacyjnych. Teraz nagle okazuje się, że jak trwoga, to „złe” rządy mają ów biznes ratować.

I ratują, sparaliżowane widmem krachu gospodarczego. To ma nawet swoją nazwę - „doktryna szoku” i oznacza stan w którym pod wpływem drastycznych wydarzeń wprowadzane są rozwiązania, które w normalnych okolicznościach byłyby nie do zaakceptowania. Tyle, że kiedy już zagrożenie minie, te rozwiązania pozostają już na stałe... W Polsce właśnie zawiązała się nowa organizacja biznesowa – Związek Polskich Pracodawców Handlu i Usług - zrzeszająca m.in. podmioty z branży odzieżowej, obuwniczej i akcesoryjnej (np. CCC, LPP, Apart, Gino Rossi), która domaga się od rządu ułatwień w zwalnianiu pracowników, możliwości ograniczenia etatów i wynagrodzeń, przedłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy do 12 miesięcy (!), przywrócenia handlu w niedziele, odłożenia płatności składek ZUS i VAT-u, partycypacji rządu w wynagrodzeniach pracowników, gwarancji kredytowych itp.


III. „Tarcza antykryzysowa” nie może być dla wszystkich!

Jak powinien zachować się rząd? Otóż przede wszystkim powinien uważnie przyjrzeć się występującym o pomoc podmiotom. Najprościej rzecz ujmując, powinna być ona kierowana do firm, które płacą uczciwie w Polsce podatki i lokują tutaj większość swej produkcji, tak by wyeliminować firmy-pasożyty, na co dzień jedynie żerujące na polskiej gospodarce. Z tymi drugimi rozmowa powinna być krótka: jeżeli lokowaliście produkcję za granicą, a tutaj jedynie trzymaliście swoje sklepy, by upłynniać towar i wyprowadzaliście zyski do rajów podatkowych – to teraz idźcie po pomoc do rządów Chin, Bangladeszu, Luksemburga, Cypru czy innych Bahamów. Nic tu po was. Jak globalizacja, to globalizacja – powinna działać w obie strony. Na globalizację zysków i „upaństwowienie” strat nie może być zgody. Tylko przy takim podejściu ogłoszona przez premiera Morawieckiego „tarcza antykryzysowa” będzie miała sens – i kto wie, może nawet przyczyni się długofalowo do „polonizacji” naszej gospodarki.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 13 (27.03-02.04.2020)

Wirusowy test stabilności

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że w tej chwili najgorsza pandemia jaka nam grozi, to ta zagnieżdżająca się w ludzkich głowach.

I. Suwerenność żywnościowa!

Epidemia koronawirusa zamienia się pomału w wielki, globalny test stabilności obecnego porządku świata. Żeby była jasność – to wciąż nie jest jakaś plaga na skalę przerabianą wielokrotnie przez ludzkość, jak epidemia „czarnej śmierci”, grypy „hiszpanki” po I wojnie światowej czy ospy, która zdziesiątkowała amerykańskich Indian po zetknięciu się z białym człowiekiem. Nie ten zasięg, nie ta śmiertelność, wreszcie – żyjemy w zupełnie innych medycznych realiach, niż przed stu laty, kiedy to wspomniana „hiszpanka” wykosiła 50 mln. ludzi. Standardem jest powszechna opieka zdrowotna, państwa mają szereg sposobów reagowania na sytuacje kryzysowe, a ludzie są co do zasady znacznie lepiej odżywieni, niż jeszcze dwa-trzy pokolenia temu – co również ma niebagatelne znaczenie dla odporności. Bakcyle atakują przede wszystkim organizmy w ten czy inny sposób już osłabione – na COVID-19 narażone są najbardziej osoby w podeszłym wieku, bądź z zaburzonym z innych przyczyn (np. nowotwór) systemem immunologicznym.

Na marginesie – przyjęło się uważać, że średniowieczną Polskę epidemia „czarnej śmierci” ominęła rzekomo z powodu naszego położenia na peryferiach Europy. Bez przesady – mieliśmy już wtedy prężnie działające ośrodki handlowe i utrzymywaliśmy ożywione kontakty chociażby z Niemcami, skąd ściągaliśmy osadników do zagospodarowania niezamieszkałych przestrzeni, zatem na zdrowy rozum należałoby oczekiwać, że zaraza wyludni przynajmniej największe miasta, tak jak miało to miejsce na Zachodzie. Zetknąłem się jednak z inną teorią, która bardziej do mnie przemawia – otóż ziemie polskie aż do połowy XVII w. praktycznie nie znały klęsk głodu, regularnie nawiedzających Zachodnią Europę. Zachód był wówczas skrajnie przeludniony, zwłaszcza w stosunku do możliwości ówczesnego rolnictwa i nie był w stanie się wykarmić, co skutkowało niedożywieniem i osłabioną odpornością jego mieszkańców. Między innymi właśnie dlatego Niemcy, Walonowie czy Flamandowie tak chętnie odpowiadali na zaproszenia naszych władców – ówczesna Polska była dla nich prawdziwą ziemią obiecaną. U nas odwrotnie – stosunkowo niska gęstość zaludnienia i dużo ziemi powodowało, że nie groziła nam śmierć głodowa. Owszem, były lata tłustsze i chudsze – ale generalnie nie chodziliśmy głodni, dzięki czemu byliśmy też bardziej odporni. Dopiero niszczycielskie wojny ze szwedzkim potopem na czele sprawiły, że pojawił się u nas głód, a w ślad za nim – zarazy.

Wspominam o tym nie bez przyczyny. Wprawdzie międzynarodowy handel nie ustał, mimo zamknięcia przez kolejne kraje (w tym Polskę) granic dla indywidualnego przepływu osób – ale przywrócenie kontroli granicznych i rosnące kolejki TIR-ów na przejściach siłą rzeczy spowodują perturbacje w transporcie, również żywności. I właśnie w takich chwilach uwidacznia się z całą mocą, jak strategiczną branżą jest rolnictwo i suwerenność żywnościowa. Zdawali sobie z tego sprawę także ojcowie-założyciele Unii Europejskiej. Wspólna polityka rolna i dotacje dla producentów żywności to nie była jakaś fanaberia bogatych państw, które nie wiedziały na co wyrzucać pieniądze, tylko świadomy zamysł mający na celu samowystarczalność żywieniową Europy – to co się da produkujemy u siebie, importujemy jedynie to, co konieczne. Wprawdzie dziesięciolecia dobrobytu i globalizacja nieco ten pierwotny zamysł rozregulowały, ale w zasadniczym zrębie koncepcja przetrwała. Polecam to pod rozwagę wszystkim liberalnym pięknoduchom, którzy najchętniej by polskie rolnictwo, nomen omen, zaorali jako „nieopłacalne”. Otóż nie – państwowa opieka nad tak kluczową branżą to nie żadna zapomoga czy rozdawnictwo, lecz jak najlepiej pojęta inwestycja i zabezpieczenie na czas kryzysu. W tej chwili nie mamy pewności jak dalej rozwinie się sytuacja i jakie obostrzenia zostaną wprowadzone. Wyobraźmy sobie jednak w jakim znaleźlibyśmy się położeniu, gdybyśmy nieodwracalnie uzależnili się od importu płodów rolnych. I to jest pierwsza lekcja, jaką należy zapamiętać na przyszłość.


II. Wirus dezinformacji

Kolejnym wyzwaniem jest niedopuszczenie do masowej paniki – bo trzeba sobie jasno powiedzieć, że w tej chwili najgorsza pandemia jaka nam grozi, to ta zagnieżdżająca się w ludzkich głowach. Liczby bezwzględne na pierwszy rzut oka mogą wyglądać niepokojąco – na całym świecie stwierdzono blisko 170 tys. przypadków zarażenia oraz niecałe 6,5 tys. zgonów (stan na niedzielny wieczór 15 marca). Tylko, że w skali świata to wciąż tyle co nic, również w porównaniu z coroczną „zwykłą” grypą, ponadto z tych 170 tys. zarażonych osób zdążyło już wyzdrowieć 76,5 tys. - a więc blisko połowa. Oczywiście zawsze lepiej dmuchać na zimne i podejmować środki bezpieczeństwa, ale z drugiej strony naprawdę nie ma powodów do histerii. To, że światu grozi w tej chwili kryzys gospodarczy, bardziej spowodowane jest stanem umysłów, niż racjonalnymi przesłankami. W opanowaniu sytuacji nie pomagają też podsycające atmosferę grozy media. Podtrzymuję tu swoją diagnozę sprzed dwóch tygodni, że światu w tej chwili potrzebna jest przede wszystkim szczepionka przeciw histerycznemu zapaleniu mózgu. Nadzwyczajne środki podejmowane przez rządy – również nasz – służą przede wszystkim uspokojeniu obywateli. Jasne, należy dbać o higienę, myć ręce i przystopować z życiem towarzyskim (zresztą, gdyby ktoś nie zauważył, mamy Wielki Post), ale nie jestem w stanie ogarnąć, co sprawia, że ludzie wykupują całymi kartonami makaron i kaszę gryczaną, o papierze toaletowym nie wspominając. Tłok w sklepach i wzmożony obrót pieniędzmi nie wpływa na rozprzestrzenianie się wirusa?

A zatem, głównym zagrożeniem nie jest koronawirus sam w sobie, lecz to, w jaki sposób wpłynie na społeczne zachowania. I tutaj dotykamy realnego niebezpieczeństwa – takiego mianowicie, że ktoś najwyraźniej usiłuje zdestabilizować sytuację. Zwróćmy uwagę, jak mnożą się różne fake newsy – począwszy od teorii, że wirus jest produktem wojskowych laboratoriów (w różnych wersjach albo chińskich, albo amerykańskich – dziwnym trafem tego typu rewelacje zawsze starannie omijają Rosję, zupełnie, jakby akurat tam żadnych tajnych laboratoriów nie było), projektem depopulacyjnym (coś słaby ten projekt, zważywszy na niewielką śmiertelność), aż po plotkę, że władze mają „zamknąć” Warszawę i inne duże miasta oraz wyprowadzić wojsko na ulice (rzeczywiście, widać na drogach przemieszczające się pojazdy wojskowe – ale dlatego, że akurat trwają w Polsce dawno zaplanowane manewry NATO). Dzisiaj trudno ocenić, które z tych „fejków” są dziełem panikarzy i sensatów, a które są nam świadomie podrzucane z intencją rozhuśtania nastrojów – ale na miejscu służb zacząłbym wnikliwie tropić ich pochodzenie, ze szczególnym uwzględnieniem kierunku rosyjskiego. W epoce wojen informacyjnych taka intoksykacja mająca na celu poderwanie zaufania do własnych państw i instytucji ma równą siłę rażenia co zamach terrorystyczny – to swoisty „infoterroryzm” i byłoby nader dziwne, by kraje i ośrodki, którym zależy na destabilizacji Zachodu z tej metody i okazji do szerzenia dezinformacji nie skorzystały.


III. Atak na Kościół

Nie sposób tu nie odnotować elementu bardziej groteskowego, czyli szaleńczego ataku, jaki lewactwo przypuściło na Kościół, pod pretekstem tego, że Episkopat nie zdecydował się na odwołanie mszy i nabożeństw. Należy podkreślić, iż polski Kościół zachował się wzorowo – z jednej strony nie zamykając świątyń i apelując o zwiększenie liczby mszy, by „rozładować” tłok, z drugiej zaś – udzielając dyspensy osobom narażonym na infekcję, bądź po prostu bojącym się złapać wirusa. Natomiast wojujące lewactwo ma gdzieś zdrowie obywateli, tak jak wcześniej miało gdzieś np. ofiary pedofilii – nie słyszę jakoś, by z równą zaciekłością atakowano np. kluby urządzające tłumne imprezy. Cóż, zachowajmy przede wszystkim chłodne głowy i nie ulegajmy irracjonalnym wrzaskom. Fides et ratio – wiara i rozum, to wszystko, czego nam potrzeba.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 12 (20-26.03.2020)

Korona-brexit

Ciekawe, co okaże się skuteczniejsze – brytyjska zimna krew, czy europejskie dmuchanie na zimne?

Wielka Brytania po raz kolejny daje dowód swej oryginalności. Podczas gdy kraje kontynentalnej Europy wprowadzają kolejne obostrzenia odwołując rozgrywki sportowe, zamykając kina, teatry, restauracje i rezygnując z imprez masowych, Brytyjczycy walczą z pandemią COVID-19 na własny, z pozoru flegmatyczny sposób. Rząd Borisa Johnsona postanowił mianowicie zabrać się za problem od zupełnie innej strony – modelując społeczne zachowania i idąc w kierunku uzyskania tzw. zbiorowej odporności. Tu istotna uwaga – ponieważ sytuacja jest bardzo dynamiczna, to niewykluczone, że to, co ze względu na cykl wydawniczy tygodnika piszę w poniedziałkowy wieczór, do piątku, gdy „Gazeta Finansowa” trafi do Państwa rąk, ulegnie pewnej dezaktualizacji. Na razie jednak nie zanosi się, by władze brytyjskie miały w najbliższym czasie dokonać gwałtownego zwrotu w swej polityce i wprowadzić drastyczne rozwiązania na wzór pozostałych europejskich państw. Mamy więc póki co swoisty „korona-brexit” - i kto wie, czy długofalowo właśnie ta odrębna ścieżka postępowania nie okaże się w ostatecznym rozrachunku skuteczniejsza oraz, co również jest nie bez znaczenia, znacznie mniej dolegliwa dla gospodarki.

W czym rzecz? Zacznijmy od tego, że przy brytyjskim rządzie działa rozbudowana instytucja o nazwie Scientific Pandemic Influenza Group on Modelling w skład której wchodzą zespoły zajmujące się modelowaniem matematycznym, psychologią i ekonomią behawioralną oraz rzecz jasna epidemiologią. Ich zadaniem jest oszacowanie, kiedy i jakie środki zaradcze wprowadzać, by osiągnąć optymalny efekt „spłaszczenia” krzywej zachorowań. Z przeprowadzonych analiz wynika, iż czekają nas (bo dotyczy to nie tylko Wlk. Brytanii, ma to być generalna prawidłowość) dwie fale epidemii. Pierwsza, obecna, ma wyhamować już wkrótce i ulec w miesiącach letnich „zawieszeniu”. Natomiast od jesieni-zimy nastąpić ma druga fala – i to o wiele poważniejsza. Zdaniem rządu zatem nie ma sensu wprowadzać już dziś „lockdownu” państwa. Kolejna rzecz – należy wziąć pod uwagę, że 80 proc. zarażeń przebiega bezobjawowo lub przypomina niegroźne przeziębienie. Generalna zasada wygląda tak, że im młodsza osoba, tym ryzyko poważnego przebiegu choroby jest mniejsze, zaś dzieci niemal w ogóle nie są narażone na komplikacje. Tak więc szkoły i uczelnie funkcjonują normalnie – co ma, wbrew pozorom, walor profilaktyczny. Zamknięcie szkół spowodowałoby bowiem, że dzieci musiałyby siedzieć w domach, często pod opieką dziadków, co właśnie dla tych drugich mogłoby skończyć się tragicznie. No chyba, że rodzicie otrzymaliby wolne – ale to z kolei odbiłoby się na gospodarce.

Rząd zatem stawia na działania punktowe – apeluje do seniorów, by zostawali w domach oraz namawia do przestrzegania zasad higieny, w tym słynnego już częstego mycia rąk. No i nie szaleje z przeprowadzaniem testów na koronawirusa. Znaczenie ma tu stan chronicznie niedoinwestowanej brytyjskiej służby zdrowia, która w minionych latach padła ofiarą kolejnych cięć budżetowych. Dość powiedzieć, że proporcjonalnie do liczby mieszkańców tamtejsze szpitale dysponują dwukrotnie mniejszą liczbą łóżek, niż Polska. Po prostu brytyjski system opieki zdrowotnej nie wytrzymałby nagłej „inwazji” chorych. A zatem, należy skupić się na osobach starszych, zaś cała reszta, mówiąc brutalnie, może koronawirusa „przechorować” - i przy okazji się uodpornić.

No właśnie. Wprawdzie rząd oficjalnie odżegnuje się od takich planów, twierdząc, że nabycie zbiorowej odporności będzie co najwyżej efektem ubocznym, ale przyjęta strategia prowadzi do jednoznacznych wniosków. Jeżeli większość populacji (ponad 60 proc.) złapie wirusa, to nastąpi efekt „herd immunity” („odporności stadnej”), przez co społeczeństwo będzie bardziej odporne w momencie nadejścia spodziewanej drugiej fali zachorowań (polecam tu ciekawy tekst behawiorysty Radosława Zyzika pt. „Brytyjski brak(?) odpowiedzi na pandemię SARS-CoV-2” na portalu Linkedin). Ponadto, zdaniem brytyjskich naukowców ludzie zarażają się głównie we własnych domach, zatem im więcej czasu spędzają poza nimi, tym lepiej. Na dodatek, zbyt wczesne wprowadzenie kwarantanny mogłoby skutkować „efektem zmęczenia” - ludzie znużeni ciągłym przebywaniem w domach i przestrzeganiem rygorystycznych zasad zaczęliby je w końcu łamać, co postawiłoby pod znakiem zapytania skuteczność całej akcji izolacyjnej. Lepiej więc z tym zaczekać do momentu, kiedy naprawdę nie będzie już innego wyjścia – a takowy wg brytyjskiego rządu jeszcze nie nastąpił.

Trzeba przyznać, że taka polityka wymaga żelaznych nerwów i asertywności w obliczu alarmistycznych doniesień. Jak dotąd, zarówno Boris Johnson, jak i większość brytyjskiego społeczeństwa te warunki spełnia. Z drugiej strony, Wielka Brytania ze swym premierem znalazła się pod największym od czasu brexitu ostrzałem europejskich rządów i mediów, przerażonych postępowaniem Londynu. Ciekawe, co okaże się skuteczniejsze – brytyjska zimna krew, czy europejskie dmuchanie na zimne?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 12-13 (20.03-02.04.2020)

Czy czeka nas najgłupszy kryzys w historii?

Realne zagrożenie przed jakim obecnie stoimy, to nie żadna „pandemia”, tylko nakręcona spirala paniki, która może sprawić, że wróżby światowego załamania staną się samospełniającą przepowiednią.

Giełdy szaleją. Poniedziałek (9 marca) zaczął się w Europie od 8-procentowych spadków. Wall Street zanotowała 7 proc. na minusie i trzeba było na moment wstrzymać notowania, a na rynkach azjatyckich spadki wyniosły ok. 5 proc. Istne wariactwo. Poprzedni kryzys zapoczątkowany tąpnięciem na amerykańskim rynku nieruchomości i bankructwem Lehmann Brothers miał przynajmniej jakieś racjonalne podstawy: kredytowe rozdawnictwo i zbudowaną na jego bazie gigantyczną bańkę spekulacyjną, która po prostu w pewnym momencie musiała się zawalić pod ciężarem wielopiętrowych produktów inżynierii finansowej. Również i dzisiaj zrozumiałbym, gdyby światowa gospodarka runęła pod ciężarem wzajemnych długów i narosłych na ich bazie spekulacji – co zapewne tak czy inaczej nas czeka, bo świat finansów z lekcji po 2008 r. wyniósł tylko taką naukę, że w razie czego rządy zawsze poratują grandziarzy „zbyt wielkich, by upaść”. Tak więc, finansiści działają w poczuciu zupełnej bezkarności i szykują nam krach, przy którym ten z końca 2008 r. będzie się jawił niczym miły spacerek. To wszystko jest jednak, jako się rzekło, w jakiś sposób zrozumiałe i mające racjonalne podstawy – mimo iż podszyte iście szaleńczą, zaślepiającą chciwością. Natomiast tego, co dzieje się w tej chwili wskutek ogólnoświatowej, koronawirusowej histerii, sensownie wytłumaczyć nie sposób, bazuje bowiem na czystych emocjach.

Formalnie jako główną przyczynę podaje się spadek cen ropy naftowej – najgłębszy od czasów pierwszej wojny w Zatoce Perskiej w 1991 r. Liderująca OPEC Arabia Saudyjska chciała ograniczyć wydobycie, na co jednak nie zgodziła się współpracująca z kartelem Rosja. Ropy zrobiło się na rynku za dużo i pociągnęła w dół giełdowe indeksy. No dobrze, ale skąd te obniżki? I tutaj wkraczamy już w obszar kompletnie irracjonalnych odruchów i motywacji. Otóż ropa poszła w dół, ponieważ świat „spodziewa się” spowolnienia gospodarczego spowodowanego koronawirusem. W Chinach stoją fabryki, produkcja spada i bije rykoszetem w globalne koncerny uzależnione od azjatyckich podwykonawców. Na dodatek indukowana w znacznej mierze przez media panika uderza w inne branże – chociażby turystykę, ale nie tylko. Odwoływane są imprezy masowe, co z kolei odbija się np. na sporcie (potężny biznes) – we Włoszech już odbywają się mecze bez udziału publiczności, a rozważane jest całkowite zawieszenie rozgrywek piłkarskich. W kolejce czekają koncerty, a branża eventowa stoi na progu załamania. Odwoływane są wycieczki, imprezy firmowe, targi - to zaś przekłada się na hotelarstwo, catering i resztę gastronomii, przewoźników lotniczych, centra konferencyjne... Słowem, gdzie nie spojrzysz, tam króluje jedno słowo: koronawirus! W efekcie obcinane są prognozy wzrostu PKB – w tym w państwach tak kluczowych jak Chiny, a przed niektórymi krajami (np. Włochami) stanęło wręcz widmo recesji.

I z jakiego powodu to wszystko? W momencie gdy piszę te słowa, na całym świecie odnotowano nieco ponad 105 tys. zakażeń koronawirusem i trochę ponad 3,5 tys. zgonów – z czego za lwią część odpowiadają Chiny (ponad 80 tys. przypadków choroby i ponad 3000 ofiar śmiertelnych). Dodajmy, iż spośród owych 105 tys. zarażonych udało się już wyleczyć ponad 58 tys. Ludzie, to ma być „pandemia”? Nie, to po prostu kolejna nowa choroba – bez porównania ze skalą zachorowań na świńską grypę (kilkaset tysięcy zarażeń) o zwykłej, sezonowej grypie i ofiarach spowodowanych nią powikłań nie wspominając. Jakoś nikt nie ogłasza co roku w sezonie jesienno-zimowym globalnej pandemii, a nawet wspomniana świńska grypa odbiła się na gospodarce jedynie wzrostami cen wieprzowiny wskutek wybijanych masowo stad trzody chlewnej. Dodać należy, że COVID-19 nie „kosi” milionami wszystkich jak leci, niczym pamiętna „hiszpanka”. W grupie ryzyka są przede wszystkim osoby starsze i te, które z różnych przyczyn (np. choroba nowotworowa) mają osłabiony system immunologiczny. Młodych i zdrowych nowy wirus albo nie rusza, albo mają wszelkie szanse, by wyzdrowieć. Krótko mówiąc - histeria, histeria, histeria...

Powyższe stanowi kolejny dowód potwierdzający tezę, że ekonomia nie jest bynajmniej nauką ścisłą – zbyt wiele zależy w niej od zachowań tak nieprzewidywalnego elementu, jakim jest człowiek. Patrząc zdroworozsądkowo, 100 tys. przypadków choroby (a niechby nawet i pół miliona) w skali świata to jest nic. Ale nawet najbardziej uczone algorytmy nie są w stanie przewidzieć strat, jakie tak kompletnie pomijalny w ogólnym rozrachunku czynnik może spowodować wskutek globalnej epidemii strachu. A właśnie z czymś takim mamy do czynienia. Realne zagrożenie przed jakim obecnie stoimy, to nie żadna „pandemia”, tylko nakręcona spirala paniki, która może sprawić, że wróżby światowego załamania staną się samospełniającą przepowiednią. Jeżeli obecne tendencje faktycznie doprowadzą do wybuchu kryzysu gospodarczego, to trzeba powiedzieć, iż będzie to bodaj najbardziej idiotyczny kryzys w historii świata.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 11 (13-19.03.2020)

Koronaświrus

Dajmy sobie spokój z maseczkami (nie, nie chronią przed koronawirusem), no i poczekajmy na szczepionkę – najlepiej zapobiegającą pandemii histerycznego zapalenia mózgu.

I. Korona-histeria

Proszę państwa, stanęliśmy w obliczu globalnej pandemii – i od razu mówię: nie wywołanej jakimś tam „koronawirusem” i chorobą COVID-19 lecz galopującym paraliżem mózgów, przejawiającym się m.in. zanikiem samodzielnego myślenia i związaną z nim podatnością na uleganie zbiorowej histerii. Jedyne ziarno względnej racjonalności, jakie dostrzegam w obecnej ogólnoświatowej panice, to odwieczny, naturalny ludzki lęk przed obcym, nowym i nieznanym. Teoretycznie ów lęk powinien być łagodzony współczesnymi możliwościami wymiany informacji – mamy wszak epokę bezprzykładnego rozwoju środków masowego przekazu, z internetem na czele. Wiadomości dostępne są na wyciągnięcie ręki, jak nigdy wcześniej w historii. Tylko co zrobić, jeżeli media stawiają właśnie na nakręcanie paniki, bo to podbija im poczytność, oglądalność i klikalność? Stara prawda, głosząca, iż „zła wiadomość, to dobra wiadomość” potwierdza się tutaj idealnie. Toteż media przystąpiły do zmasowanego szturmu na umysły odbiorców: „pandemia!”, „kolejne śmiertelne przypadki!”, „podejrzenie koronawirusa w Pcimiu Dolnym!”, „należy zakazać imprez masowych!”, „potrzeba kwarantanny!”, „koronawirus coraz bliżej!”, „WSZYSCY UMRZEMY!!!”.

Z drugiej strony, ludzie są na ogół zbyt leniwi, by samodzielnie grzebać w internecie i wyłuskiwać z tego zalewu paniki jakieś miarodajne informacje. Wolą szturmować apteki i wykupywać maseczki chirurgiczne, artykuły pierwszej potrzeby w sklepach i na wszelki wypadek nie podawać nikomu ręki. Jako żywo przypomina to zachowania podczas średniowiecznych epidemii „czarnej śmierci” (co do której zresztą specjaliści wciąż się spierają, czy była to dżuma, czy jednak coś innego) – wtedy lekarze zakładali wypełnione ziołami maski w kształcie ptasich dziobów, licząc na minimalizację ryzyka zarażenia, zaś przerażeni mieszkańcy miast masowo uciekali przed „morowym powietrzem” na wieś, walnie przyczyniając się tym samym do rozprzestrzeniania się zarazy. Tyle, że ówczesnych usprawiedliwia niski stan wiedzy medycznej, natomiast czym kieruje się ludzkość w epoce szczycącej się powszechną edukacją, rozwojem nauki i racjonalizmem – doprawdy, trudno zgadnąć. Czasami odnoszę wręcz wrażenie, że tak bardzo lubimy się bać, że nie wystarczają nam już filmowe horrory i apokaliptyczne scenariusze w rodzaju „inwazji zombie” - fundujemy więc sobie rozmaite psychozy strachu „w realu”, w czasie rzeczywistym i na żywo.

Tyczy się to również innych zjawisk, z „globalnym ociepleniem” na czele – tu z kolei do perfekcji doszła samozwańcza „prorokini apokalipsy”, czyli znana nam wszystkim Greta Thunberg („chcę, żebyście wpadli w panikę”), skutecznie zarażając strachem sporą część młodego pokolenia i nie tylko. Kolejnym przykładem tego uniwersalnego mechanizmu może być lęk przed rozwojem energetyki jądrowej, która miała zagrozić unicestwieniem ludzkości i życia na planecie wskutek katastrof elektrowni i gromadzenia promieniotwórczych odpadów. Dziś nawet większość eko-aktywistów przyznaje, że elektrownie atomowe są najbardziej efektywnym, neutralnym, czystym i bezpiecznym źródłem energii. Jednak to przewartościowanie podejścia nie powstrzymało poważnego ponoć państwa za jakie uchodzą Niemcy od wygaszenia własnej energetyki jądrowej – pod wpływem awarii w Fukushimie, do której doszło w wyniku tsunami. Pytanie – kiedy na terenie obecnych Niemiec doszło do tsunami? Może wiedzą to geolodzy, operujący w zupełnie innej skali czasu.


II. Galopujący irracjonalizm

Powyższa dygresja pokazuje, że wbrew pozorom wciąż jesteśmy podatni na różne, kompletnie irracjonalne bodźce. Wracając do koronawirusa i temu podobnych. Ktoś jeszcze pamięta „chorobę szalonych krów” (BSE) i priony, które miały nam zamienić mózgi w gąbki? Na palcach ilu rąk można by policzyć ofiary? A mimo to, wskutek rozpętanej sztucznie histerii w latach '90 wybijano tysięczne stada bydła – ot, na wszelki wypadek. Założę się, że co roku wskutek zarażeń zwykłymi pasożytami umierało i umiera wielokrotnie więcej ludzi. Tyle dobrego, że w tamtym czasie spadły na łeb ceny wołowiny, co jako amator bitek i zrazów bardzo sobie chwaliłem. Przy okazji – nie zapomnę reakcji pewnego rolnika: „panie, u nas na wsi jak było widać, że jakaś krowa jest kołowata, to dawało się po łbie, potem do dołu z wapnem – i po krzyku”.

Idźmy dalej w tym przeglądzie szajb, którym cyklicznie ulega ludzkość. Pamiętamy „ptasią grypę” (wirus H5N1)? Wykiełkowało toto również na Dalekim Wschodzie i nieco rozprzestrzeniło się po świecie. Ależ się wtedy grzały media! Dokładnie tak samo, jak dzisiaj. Ludzie z maseczkami na twarzach, rządy wykupujące szczepionki, jakieś wytyczne, żeby nie jeździć, unikać kontaktu z ludźmi... Efekt? To faktycznie był pomór – tyle, że wśród ptactwa, w szczególności drobiu. I człowiek również mógł się zarazić jedynie poprzez kontakt z ptakiem. Dane WHO mówią, że w latach największego natężenia tej rzekomej „pandemii” (2003-2009) stwierdzono 440 zachorowań i 262 ofiary śmiertelne, a do teraz ogółem zachorowało 861 osób, z czego zmarło 455.

A słynny SARS (zespół ciężkiej ostrej niewydolności oddechowej)? Grypopodobne paskudztwo, o tyle zjadliwe, że przenosi się drogą kropelkową z człowieka na człowieka. Temu pochodzącemu z Chin choróbsku również towarzyszyła światowa histeria, zamykanie szkół, urzędów i innych instytucji publicznych oraz – cóż za nowina – nieodzowne maseczki chirurgiczne. W latach największego szaleństwa (2002-2003) stwierdzono ponad 8000 zachorowań i 774 zgony.

Ostatni chronologicznie przypadek przed obecną „korona-histerią”, to „świńska grypa” (wirus A/H1N1) – ta, o dziwo, nie pochodzi z Chin lecz z Meksyku. I tutaj sytuacja jest o tyle poważna, że faktycznie zmarło o wiele więcej ludzi – ogólną liczbę ofiar szacuje się w skali świata na kilkaset tysięcy (szczegółowe wykazy nie są prowadzone ze względu na liczbę zachorowań). Jednak nawet w tej sytuacji reakcja była niewspółmierna do zagrożenia, a rządy wykupując masowo szczepionki nie tyle zadbały o zdrowie obywateli, co dały zarobić koncernom farmaceutycznym.


III. Nie dajmy się zwariować

Jakie są cechy wspólne powyższych przypadków? Ano takie, że wszystkie te „pandemie” (no, może poza „świńską grypą”) byłyby kompletnie niezauważalne, gdyby nie globalizacja i medialne panikarstwo nakręcające zbiorowe psychozy. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu, przed erą internetu, zachorowania na „ptasią grypę” czy SARS przeszłyby bez większego echa, znajdując co najwyżej miejsce w fachowych medycznych publikacjach. Ponadto największe żniwo zbierały w krajach, w których nakładało się na siebie kilka czynników: duża gęstość zaludnienia połączona z kiepskimi warunkami sanitarno-higienicznymi plus częste kontakty z roznoszącymi choroby zwierzętami. I podobnie rzecz się ma z koronawirusem i COVID-19. To nie jest jakaś „hiszpanka”, która po I Wojnie Światowej wykosiła co najmniej 50 milionów ludzi. Póki co, na całym świecie odnotowano ok. 1100 potwierdzonych laboratoryjnie przypadków koronawirusa, a śmiertelność szacuje się na 1,4 do 2 proc. - przy czym statystykę najbardziej nabijają Chiny, czyli kraj pierwszego ogniska choroby (słynne dziś na cały świat miasto Wuhan). Równie dobrze można by co roku siać panikę z powodu zwykłej grypy sezonowej z milionami zachorowań. W sezonie 2018/19 w samej Polsce zmarło na grypę i powikłania ponad 100 osób – i nikt jakoś nie urządzał specjalnych posiedzeń Sejmu, podczas których posłowie mogli prześcigać się w demagogii, nie było instruktaży mycia rąk i odpalania „z łokcia” dozowników mydła, teorii spiskowych i absurdalnych oskarżeń. A dziś? Panika na giełdach, zamykane fabryki, groźba światowego kryzysu gospodarczego... Szaleństwo.

A zatem – dajmy sobie spokój z maseczkami (nie, nie chronią przed koronawirusem), jeśli trzeba można wprowadzać punktowe kwarantanny, no i poczekajmy na szczepionkę – najlepiej zapobiegającą pandemii histerycznego zapalenia mózgu. A nade wszystko – nie dajmy się zwariować!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 10 (6-12.03.2020)