Pokazywanie postów oznaczonych etykietą donosicielstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą donosicielstwo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 sierpnia 2014

Delator Jaś Kapela

...czyli smutna historia chłopczyka z dobrego domu.

I. Wybić z głów alienację

Przypadek związanego z „Krytyką Polityczną” Jasia Kapeli, który doniósł do prokuratury na właściciela stron parezja.pl i ndie.pl oraz lidera inicjatywy „Nie dla islamizacji Europy”, zarzucając mu szerzenie „mowy nienawiści” jest kolejnym dowodem tego, że lewactwo w obliczu kontrrewolucji uruchamia atawizmy sięgające korzeniami czasów Pawlika Morozowa. Przyczyny takiego postępowania widzę dwojakie: prócz cech osobniczych w których poczesne miejsce zajmuje zamiłowanie do delatorstwa, istotną rolę odgrywają względy praktyczne. Postępactwo doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że ich ideologiczne wykwity są przez milczącą większość niemal instynktownie odrzucane – i to nawet nie tyle z powodów światopoglądowych, ile po prostu ze zdrowego rozsądku. W związku z tym, aby ruszyć z posad bryłę świata niezbędne staje się prędzej czy później sięgniecie do państwowego aparatu przemocy, by tą drogą wybić z ciemnych łbów alienację, co zresztą jest zgodne z totalniackimi przekonaniami lewicy dawnej i obecnej, co by tam nie plotła o wolności.

„My sowieckimi kolbami nauczymy ludzi w tym kraju myśleć racjonalnie bez alienacji" - pisał w 1948 roku stalinowski filozof Tadeusz Kroński w liście do Czesława Miłosza. Dziś wprawdzie kolby sowieckie wyszły z użycia wraz ze zmianą historycznego etapu, lecz istota rzeczy pozostała niezmieniona. Stalinizm gdzieś po drodze ustąpił miejsca gramscizmowi, lecz oznacza to jedynie modyfikację metod, nie zaś celu ostatecznego, którym niezmiennie pozostaje globalny kołchoz. A że zgodnie z naukami Lenina moralne jest to, co służy Rewolucji, należy więc odrzucić burżuazyjne przesądy i jeśli trzeba jednego z drugim zadenuncjować, to nie ma co bawić się w skrupuły, tylko należy siąść do smarowania donosu.

II. Indoktrynacja aparatu przemocy

Wybijanie alienacji z głowy Damiana Kowalskiego przybrało postać wezwania na policję w charakterze świadka w celu złożenia zeznań, jak się okazało tylko po to, by już na komendzie nastąpiło „cudowne przeistoczenie świadka w podejrzanego”. Kowalskiemu zarzuca się przestępstwo z art. 256 §1KK, czyli „nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość”. Spektrum kar – od grzywny poprzez ograniczenie wolności, aż do 2 lat odsiadki. Następnie na mocy decyzji prokuratury policja przeszukała mieszkanie i zarekwirowała potencjalne dowody, czyli telefon komórkowy, kartę SIM i komputer.

W tym miejscu warto nadmienić, że by aparat przemocy spełniał funkcje wyznaczone mu przez postępactwo, musi zostać uprzednio poddany odpowiedniej obróbce ideologicznej, czyli indoktrynacji. Tylko wtedy bowiem jest w stanie precyzyjnie odczytać stawiane mu wymagania i efektywnie wyłapywać winnych myślozbrodni. I takie przeszkolenie zafundowano na jesieni 2013 r. 49 jednostkom prokuratur na terenie całego kraju w którym wzięło udział ok. 90 prokuratorów. A szkolił ich nie byle kto, bo sami pierwszorzędni fachowcy z organizacji „Otwarta Rzeczpospolita” i „Nigdy Więcej”. Ta druga współpracuje również z PZPN, czego wynikiem jest zakaz dla eksponowania na trybunach symbolu falangi, czy mieczyka Chrobrego, przy jednoczesnej tolerancji dla symboli komunistycznych – czerwonej gwiazdy, tudzież sierpa i młota. Dodajmy, iż zainteresowanie praniem mózgów wyraziło 350 prokuratorów, tak więc widać wyraźnie, że wykonanie polecenia „idziemy po was” jest dopiero w powijakach i wszystko jeszcze przed nami.

Co ciekawe, Jaś Kapela zawiadomienie złożył już w zeszłym roku, ale najwyraźniej przetrawienie zdobytej na warsztatach pożywki ideologicznej musiało prokuraturze iść dość opornie, skoro zdecydowała się zainterweniować dopiero teraz.

III. Profesjonalni delatorzy z „Krytyki Policyjnej”

Teresa Kapela, matka Jasia i działaczka katolicka, konstatuje w rozmowie z Mazurkiem, że „środowisko, do którego trafił, okazało się niesłychanie silne. On się 'Krytyką Polityczną', która jest ciekawym środowiskiem, zachłysnął i tak trwa”. Od siebie dodałbym, że najwyraźniej młodzieńczy bunt przybrał u „Jasia” formę permanentną, która pod wpływem towarzystwa w jakim się obraca płynnie przeszła w degenerację. Ot, historia chłopca z dobrego domu, który na złość porządnym rodzicom uparł się, by przy każdej okazji mówić „dupa”, aż w pewnym momencie odkrywa, że może to być wstępem do interesującej kariery. Pan Jaś bowiem już zastanawia się, czy aby nie donieść na portal wPolityce.pl, tak więc jest pełen zapału i planów na przyszłość.

Przypomnę jeszcze, że donos Kapeli nie jest pierwszym przejawem tego typu aktywności środowiska „Krytyki Policyjnej”, które najwyraźniej wzięło sobie do serca postać z opowiadania Woody'ego Allena. Bohater ów od dzieciństwa marzył, by zostać zawodowym donosicielem – brał nawet lekcje wymowy, by wyraźniej kapować. „- Mój Boże, jak ja lubię donosić na ludzi” - wyrywa mu się w pewnym momencie. We wrześniu 2013 podobnym ciągotom dał upust Tomasz Piątek, który zadenuncjował u jednego z reklamodawców tygodnik „Do Rzeczy” za rzekome popieranie prześladowania homoseksualistów przez Putina. Wcześniej zaś tenże Piątek doniósł do brytyjskiego „Guardiana” na rysownika Andrzeja Krauzego za „homofobiczny” rysunek w „Rzeczpospolitej”. Jak widać pasja delatorska udziela się na podobieństwo opryszczki.

Dla Piątka skończyło się to wprawdzie niewesoło, bo „Krytyka” wyrzuciła go przestraszona, że w rewanżu „Do Rzeczy” zacznie pisać z kolei do ich grantodawców, jednak ziarno zostało zasiane i właśnie obrodziło pierwszymi plonami. Póki co dola delatora na tym świecie bywa jeszcze chwilami ciężkawa i wymagająca pewnego samozaparcia, bo Jaś Kapela skarży się, że doświadcza za swój uczynek hejtu w internecie, zupełnie jakby nie zdawał sobie sprawy z kulturowych konotacji donosicielstwa w kraju takim jak Polska. Jednakże wszystko wskazuje, iż są to jedynie tzw. trudne początki i wraz z doszkalaniem kolejnych państwowych instytucji w zakresie wyłapywania „faszystów” życie donosicieli stopniowo stanie się lepsze i weselsze.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/346/pawlik-morozow-i-mlynskie-kamienie

 

piątek, 20 września 2013

Pawlik Morozow i młyńskie kamienie

Biedny Piątek – niedoszły Pawka Morozow - trafił między młyńskie kamienie kapitału i te kamienie go zmiażdżyły.

I. Szpicel z powołania

Woody Allen w jednym ze swych opowiadań stworzył bohatera, który od najmłodszych lat marzył o tym, by zostać zawodowym donosicielem. Brał nawet lekcje wymowy, żeby wyraźniej kapować. „- Mój Boże, jak ja lubię donosić na ludzi” - mówi w pewnym momencie. Podobny syndrom „kapusia z powołania” dotknął najwyraźniej lewackiego pisarza i publicystę Tomasza Piątka, znanego m.in. z felietonów na stronach „Krytyki Politycznej”. Wyczytał on mianowicie, że naczelny „Do Rzeczy”, Paweł Lisicki, pochwalił we wstępniaku ustawę Putina zabraniającą homoseksualnej propagandy, zwłaszcza wobec nieletnich. Lisicki wprawdzie umiejscowił swą pochwałę w kontekście – jak Putin morduje swych przeciwników i fałszuje wybory to świat milczy; tenże postępowy świat budzi się dopiero, gdy rosyjska władza uderza w deprawacyjną działalność homolobby – ale tego już Tomasz Piątek nie dopowie, bo i po co?

W każdym razie, Piątek doznał rewolucyjnego wzmożenia i postanowił trochę podonosić do reklamodawców tygodnika, pytając m.in. „Czy świadomie wspierają Państwo swoimi pieniędzmi tygodnik, który popiera prześladowanie homoseksualistów przez Putina?” . Swoją drogą, jak to jest, że wśród sił postępu w obliczu kontrrewolucji niemal automatycznie włączają się atawizmy rodem już nawet nie z przywołanego opowiadania Woody'ego Allena, ale wręcz z Pawlika Morozowa? Bo warto w tym miejscu przypomnieć, iż podobny numer próbowało zastosować swojego czasu branżowe pismo „Press”, molestując reklamodawców starego „Uważam Rze”, czy nie przeszkadza im aby „wizerunek upolitycznionej i skrajnej w opiniach gazety”. Sam Tomasz Piątek zaś zasłynął po raz pierwszy na donosicielskiej niwie smarując list do „Guardiana”, by brytyjska gazeta zerwała współpracę z Andrzejem Krauze, który pozwolił sobie na „homofobiczny” rysunek w „Rzeczpospolitej” (facet w Urzędzie Stanu Cywilnego mówi do kozy w welonie „Jeszcze tylko ci panowie wezmą ślub i zaraz potem my!”). Brawo, towarzyszu Piątek, teraz pora na masówki w zakładach pracy.

II. Moralność rewolucyjna

No, ale jeden z reklamodawców wyciął Piątkowi numer i przekazał jego donos redakcji „Do Rzeczy”. Jednym słowem, sprawa się rypła, a Bronisław Wildstein odwinął się listem otwartym do „Krytyki Politycznej”, w którym nazwał Piątka „małym donosicielem”. Wyobrażam sobie, że w tym momencie „mały donosiciel” musiał doświadczyć poczucia najgłębszej zdrady. Relacja donosiciel-władza (a reklamodawcy są dla mediów swojego rodzaju „władzą”) jest bowiem relacją nader intymną, opierającą się na zaufaniu i przeświadczeniu, że bezpieczniacka etyka nigdy nie pozwoli zdekonspirować konfidenta. To tak, jakby NKWD zamiast rozstrzelać ojca Pawki Morozowa, pobiegła do niego z ostrzeżeniem jakiego to ma synalka. Widział kto takie rzeczy? Parszywe czasy...

Toteż z listu Tomasza Piątka do TokFM przebija krzywda, skarga, że ktoś zakapował kapusia. Przy czym Piątek w swych żalach wydaje się być absolutnie szczery – on chciał dobrze, nie ma sobie nic do zarzucenia, a tu jeszcze „Krytyka Polityczna” wywaliła go za drzwi. On - uwaga – praktykował jedynie „wolność słowa” i chciał sprowokować „bojkot konsumencki”. To swoją drogą ciekawe rozumowanie, które warto podrzucić wszystkim Tewusiom figurującym w papierach IPN – owszem, donosiłem do bezpieki, ale tak właśnie pojmuję wolność słowa i nikomu nic do tego!

„Prawo dziennikarza i nie tylko dziennikarza do zadawania pytań jest podstawowym elementem wolności słowa. Jak się ma do wolności słowa brutalne zastraszanie publicysty, który zadaje niewygodne pytania?” - pyta Piątek a propos listu Wildsteina. I do głowy mu nie przyjdzie, że czym innym jest publiczne formułowanie zarzutów, czy wzywanie do bojkotu, a czym innym potajemne donosicielstwo za plecami zainteresowanego. Dla Piątka nie ma tu różnicy, bo w walce z „kontrą” nie ma miejsca na burżuazyjną moralność. Moralne jest to, co służy Rewolucji, koniec kropka. W tym wypadku Piątkowi wydała się moralna akcja „z partyzanta” mająca zniechęcić reklamodawców wrażego medium. I gdyby sprawa nie wyszła na jaw, wciąż pisałby do „Krytyki Politycznej”, chwaląc się zapewne w środowisku swymi przewagami i zbierając od kolegów pochwały za swoje bezkompromisowe kozactwo.

III. I jak tu robić rewolucję?

Tak się jednak nie stało, „Krytyka” wyrzuciła go ze swych łamów, przy czym powody rozstania z Piątkiem są dość charakterystyczne. Otóż, „Krytyka Polityczna” twierdzi, iż Piątek nie uzgodnił z nimi swej „akcji”, bo gdyby ich uprzedził, to „moglibyśmy przedyskutować wspólnie jej celowość”. W innym miejscu redakcja zauważa: „Nawet z przeciwnikami nie walczyliśmy nigdy, namawiając do wyrzucenia ich z pracy, lokalu, odebrania dotacji państwowych lub reklam.” Czyli, niby „nie walczyliśmy”, ale „moglibyśmy przedyskutować”. Rozumiem, że kwestią priorytetową byłaby spodziewana skuteczność „dywersji” i prawdopodobieństwo utrzymania sprawy w tajemnicy, tak by nie musieli „za naszego autora przepraszać co miesiąc”...

A tak naprawdę poszło o pieniądze. Rozgoryczony Piątek pisze bowiem – i nie ma powodu, by mu nie wierzyć – że, cytuję, „Powiedziano mi, że zadając pytania reklamodawcom, zagroziłem bytowi 'Krytyki'. 'No bo jeśli my piszemy do ich reklamodawców, to oni zaczną pisać do naszych grantodawców'. Granty to stypendia, które "KP" uzyskuje na swoje działania od różnych instytucji.” No i wszystko jasne – nie zaglądamy sobie nawzajem do kasy i będzie dobrze. Jest wprawdzie różnica między prywatnymi sponsorami, a grantami z publicznych środków, ale zasada - „my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych” tak czy inaczej musi być zachowana. I jak tu z takimi robić rewolucję?

Biedny Piątek – niedoszły Pawka Morozow - trafił między młyńskie kamienie kapitału i te kamienie go zmiażdżyły. Biedny Piątek, powtórzę - uwierzył, że to wszystko naprawdę, a tu okazało się, że chodzi tylko o to, by na koszt podatnika („grantodawców”) wypić, zakąsić i polansować się w lewackim duchu po kawiarniach. Naiwny - to predylekcja Sierakowskiego do drogich win nic mu wcześniej nie powiedziała? I tak ma pozostać, bo jak się urwie futrowanie kawiarnianej kontestacji przez państwo, to ten cały rewolucyjny pryncypializm będzie sobie można wraz tomami Lenina i rocznikami „Krytyki Politycznej” wsadzić tam, gdzie ludowe masy mogą pana Sierakowskiego w dupę pocałować.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/