Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarze niepokorni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarze niepokorni. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 stycznia 2016

Lekcja „niepokorności”

Redaktorstwo z Czerskiej i okolic odbiera właśnie pierwszą, dość bolesną lekcję „dziennikarstwa niepokornego”.

Ci z Państwa, którzy śledzą prawicowy internet pewnie już o tym wiedzą, ale na wszelki wypadek poinformuję, bo to miły prezent świąteczny. Oto „Szechter Cajtung” naprawdę zaczyna ostro robić bokami, co ujawnił były redaktor gazety, Piotr Pacewicz w desperackim wpisie na „Facebooku”, cytuję: „proszę: wykupcie prenumeratę (chodzi o internetową prenumeratę wyborczej.pl - PL), bo w ten sposób też bronicie demokracji. Serio, Sytuacja "GW" jest finansowo trudna, a może być jeszcze gorzej, bo przeciwnicy będą kombinować. A świat bez GW byłby jednak gorszy, prawda? Nawet dla ludzi, którzy jej nie lubią, czy mają rozmaite pretensje. Panuje przekonanie, że Wyborcza i Agora to potęga finansowa. Tymczasem sprzedaż papierowej Wyborczej spadła w XXI wieku ponad dwukrotnie (!), reklam jest (pip) razy mniej, a duże czytelnictwo w sieci nie przynosi dochodu, bo ludzie uważają, że 'jak w sieci to za darmo'. Redakcja jest znacznie zredukowana, zarobki ograniczone, pracują jak wściekli.

No, czyż to nie urocze? Redaktorstwo z Czerskiej i okolic odbiera właśnie pierwszą, dość bolesną lekcję „dziennikarstwa niepokornego”. Otóż, szanowni Państwo, dziennikarska niepokorność, z której tak lubiliście dworować, wiąże się z pewnymi niezbyt miłymi aspektami dnia codziennego. Z Waszych różnych enuncjacji wnioskuję, iż do tej pory sądziliście, że to taka odmiana „pluszowego krzyża” do którego z nieukrywaną radością zaczęliście się przymierzać zaraz po wyborach parlamentarnych, bo uwierała Was łatka „dziennikarzy reżimowych” i „pluszaków władzy”. Pamiętam twitterową wypowiedź Tomasza Lisa, przemawiającego jak rozumiem w imieniu całego Waszego środowiska: „teraz to my jesteśmy niepokorni”. Cóż, zacytowany tu wpis Pacewicza świadczy, że chyba pomału zaczyna do Was docierać, co to w praktyce oznacza.

„Niepokorność” to nie jest bynajmniej jedynie mołojecka sława bezkompromisowych opozycjonistów – i to na dodatek zdobywana tanim kosztem przy poklasku tłumów. Niepokorność to również praca w biedującej gazecie za niskie wynagrodzenie, które na dodatek nie wiadomo kiedy i w jakiej wysokości zostanie wypłacone. To codzienna niepewność, czy danemu tytułowi uda się przetrwać na rynku. To odcięcie od reklam i ogłoszeń różnych publicznych instytucji oraz spółek Skarbu Państwa. To również niechęć reklamodawców prywatnych, którzy nie chcą narazić się władzy sponsorując opozycyjne media. To, krótko mówiąc, długi marsz o głodzie i chłodzie bez gwarancji końcowego sukcesu. Przetrwać można jedynie dzięki gronu oddanych czytelników, na szacunek których trzeba sobie wpierw solidnie zapracować. Czy „Wyborcza” ma takich? O tym przekonamy się wkrótce. Zobaczymy, jaki odzew będzie miał apel redaktora Pacewicza. Być może niedługo doczekamy chwili, gdy któryś z wice-Michników zacznie prosić, by kupować po dwa egzemplarze „GW”, lub przeczytany egzemplarz podarować sąsiadowi propagując w ten sposób „wolne słowo” dławione przez kaczystowski reżim. A tymczasem możecie skorzystać z porady Rafała Ziemkiewicza, który niedawno podpowiedział Wam właściwą drogę: zakładajcie Kluby „Gazety Wyborczej”, „Rodziny Radia Tok FM” i urządzajcie miesięcznice „zamachu trybunalskiego” - takie „eventy” mają bowiem silny walor integracyjny. Od siebie dodam, że nie od rzeczy byłoby organizowanie spotkań po świetlicach i salkach parafialnych z autorami wynagradzanymi na zasadzie „co łaska” z puszczonego wśród publiczności koszyczka. Docierajcie do rozsianej po świecie Polonii, którą do tej pory tak pogardzaliście. Zakładajcie portale blogerskie i internetowe radio w których będziecie całymi latami działać jako wolontariusze, dla czystej idei i satysfakcji z tego, że coś się zrobiło. Mogę nawet podzielić się z Wami własnymi doświadczeniami z tego typu działalności. Jestem niezwykle ciekaw efektów i tego, czy zdołacie przetrwać dwie kadencje postu bez różnych finansowych kroplówek. To taka lekcja niepokorności gratis ode mnie.

Zmieniając nieco temat. Kolejną dobrą informacją jest zapowiedź Ministerstwa Skarbu o odejściu od zamieszczania ogłoszeń w mediach, co przyniesie oszczędności rzędu 6-8 mln zł. Ogłoszenia mają być publikowane na stronach internetowych poszczególnych instytucji, ewentualnie w Biuletynie Informacji Publicznej. Dobra nasza, jak tak dalej pójdzie, będę mógł uznać pierwszy z postulatów, które zamieszczam na końcu każdego tekstu za „odhaczony”. Państwowe instytucje wycofują się również z prenumeraty „Wyborczej”. Pozostaje pytanie, czy gazetę będzie teraz stać na przygarnięcie Tomasza Lisa, co dość pochopnie obiecał red. Michnik – zwłaszcza, że pan Tomasz przywykł do gwiazdorskiego traktowania i takichże stawek? Szczęśliwie, nie jest to nasze zmartwienie – Wesołych Świąt!

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3118-pod-grzybki

Ilustracja: Wirtualne Media

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 52 (23-30.12.2015)

czwartek, 6 lutego 2014

Sprawa Jadwigi Chmielowskiej

Na Śląsku od dawna wśród licznych wrogów pani Jadwigi dominuje przekonanie, że „trzeba uciszyć Chmielowską".

I. Hańba domowa „niepokornych”

Pani Jadwiga Chmielowska - legenda Solidarności Walczącej, niestrudzona bojowniczka o polskie interesy i nieprzejednana przeciwniczka Ruchu Autonomii Śląska ma proces z osławionego art. 212 KK, wytoczony jej przez związanego z PiS Wojciecha Poczachowskiego. Ostatnio zaś, oczywiście zupełnym przypadkiem, zwolniono ją z pracy na kilka miesięcy przed emeryturą i robiono trudności z zasiłkiem przedrentowym.

Cała sprawa zaczęła się od opublikowanego na Niepoprawnych PL tekstu Jadwigi Chmielowskiej „Krety w PiS, czyli jak wkręcili Pospieszalskiego” (2011) oraz artykułu zamieszczonego na stronie Józefa Darskiego „Strzeżcie się złotoustych” (2010), w których opisała m.in. podretuszowany życiorys Poczachowskiego i jego rządy (z rekomendacji PiS) w Polskim Radiu Katowice. Co ciekawe, Poczachowski o obu tekstach przypomniał sobie dopiero w 2013 roku, kiedy to wytoczył Jadwidze Chmielowskiej proces karny – dziwnym trafem wtedy, gdy anty-RAŚowa działalność pani Jadwigi na Śląsku zaczęła poważnie zawadzać wielu wpływowym tam osobom i zaczęto przemyśliwać, jakby tu „uciszyć Chmielowską”.

Tak to w telegraficznym skrócie wygląda. A w naszych niepokornych mediach cisza jak makiem zasiał. Ta cisza pod pewnymi względami kojarzy mi się z dwoma innymi przypadkami - Grzegorza Brauna, kiedy to usiłowano uszyć mu proces karny za wypowiedź w Klubie Ronina o rozstrzeliwaniu dziennikarzy z Wyborczej i TVN-u, oraz z toczącą się wciąż sprawą Wojciecha Sumlińskiego, będącą póki co jedyną konsekwencją pamiętnej „afery marszałkowej". To zresztą dość charakterystyczne dla naszych „niepokornych" gierojów. Przypomnę, że przy okazji sprawy Grzegorza Brauna nie tylko nie uznali za stosowne, by interweniować medialnie, ale niektórzy wręcz poczuli się w obowiązku usprawiedliwiać się ze słów Brauna przed „Wyborczą"...

Natomiast, gdy neo-bezpieka robiła nalot na mieszkanie Wojciecha Sumlińskiego połączony z upokarzającym rozbieraniem delikwenta, bezprawną konfiskatą materiałów dziennikarskich, m.in. dotyczących śmierci ks Jerzego Popiełuszki, był to jeszcze przynajmniej temat dla Pospieszalskiego, który poświęcił mu odcinek programu „Warto rozmawiać". Jednak obecnie, gdy toczy się proces będący pokłosiem tamtego wydarzenia, sprawa przestała być dla naszych niepokornych „sexi” i na rozprawach w sądzie na warszawskiej Woli spotkać można co najwyżej kilku śledzących sprawę blogerów. Podobnie tylko blogerzy i internauci ujęli się swojego czasu za Grzegorzem Braunem, bo dla „naszych" tuzów niepokornej publicystyki Braun jest po prostu szkodliwym wariatem - warto w tym kontekście przypomnieć sobie co o Braunie wypisywał taki Piotr Skwieciński. Czy podobny stosunek mają do Wojciecha Sumlińskiego, czy też przeważa tu instynkt samozachowawczy, bo niepokorność niepokornością, ale w końcu bez przesady?

II. Medialna cisza nad procesem

Przypominam te współczesne hańby domowe „mediów niezależnych”, gdyż odnoszę wrażenie, że z analogiczną sytuacją mamy do czynienia w przypadku procesu Jadwigi Chmielowskiej. Tu również „nasze" media nabrały wody w usta - nawet te, które okazjonalnie dopuszczały panią Jadwigę na łamy, a wolność wypowiedzi i przełamywanie monopolu mainstreamu III RP niosą wysoko na sztandarach. Oświadczenie wydało jedynie stowarzyszenie Solidarni 2010, poparte przez stowarzyszenie Niepoprawne Radio PL, których członkiem jest pani Jadwiga. Oświadczenie ukazało się na kilku prawicowych portalach zrzeszonych w Konferencji Mediów Niezależnych – i w zasadzie to tyle.

Pani Teresa Bochwic twierdzi wprawdzie, iż w tej sprawie robi coś SDP, tylko po cichu. Mam nadzieję, bo zostawienie przez dziennikarską organizację na lodzie swej koleżanki, która była i jest w działalność SDP zaangażowana jak mało kto, byłoby ostatnim świństwem. Mimo wszystko jednak brakuje mi wyraźnego oświadczenia ze strony największej polskiej dziennikarskiej organizacji, że mamy oto do czynienia z iście wałęsowską próbą sądowego zakneblowania dziennikarki i działaczki społecznej, a przy tym zasłużonej postaci Solidarności Walczącej. A na ile poważna jest to sprawa może świadczyć fakt, iż żaden z przedstawicieli lokalnej adwokatury nie chciał reprezentować pani Chmielowskiej przed sądem - znajomi musieli załatwić adwokata z zewnątrz.

Ale zostawmy SDP - ufam, że pani Teresa Bochwic wie co mówi. Kompletnie porażająca natomiast jest głucha cisza panująca w „naszych" mediach. Mamy oto trzy wysokonakładowe tygodniki, którym teoretycznie przynajmniej powinno być do pani Chmielowskiej blisko - tak politycznie, jak i światopoglądowo, nie wspominając już o kwestii historycznego dorobku i zasług dla Polski bohaterki „SW”. Gdyby chciały, mogłyby nagłośnić sprawę, prześwietlić jawne i ukryte motywy pana Poczachowskiego, jednym słowem - zrobić taki raban, że PiS z samej tylko chęci zachowania twarzy przed patriotyczną częścią opinii publicznej musiałby wpłynąć na swojego działacza, by ten zaniechał sądowych harców i skończył swą prywatną wojenkę z legendarną opozycjonistką - wojenkę, która kompromituje największe ugrupowanie po prawej stronie. A jednak milczą. Nie sposób zatem nie zadać pytania: dlaczego?

Czy temat za mało nośny i pozbawiony waloru komercyjnego? Nie ma potencjału rozhuśtania zbiorowych emocji na których zasadza się sprzedawalność współczesnych mediów? Zła „story" na okładkę? A może pani Chmielowska jest dla naszych niepokornych zbyt radykalna? Może zbyt niezależna i potrafiąca zbyt często iść w poprzek linii różnych podziałów? A może doszła do głosu jakaś mutacja postawy, którą „nasi" przyjęli wobec Grzegorza Brauna - może ci „nasi" myślą sobie w duchu: „no, niechby i zasłużona, ale jednak - wariatka idąca na wojnę nie kalkulując sił i nie ma co się do tego podłączać? Lepiej pielęgnować swój status prawicowych celebrytów i zaprzątać uwagę publiczności „tematami dnia" przeglądanymi co tydzień w Klubie Ronina wśród przyjaznych śmiechów i oklasków...

III. Zatrute sojusze

A może jest jeszcze inaczej i nasi prawicowi celebryci bawią się w statystów i quasi-polityków? Może uważają, że nagłośnienie tej sprawy mogłoby zaszkodzić PiS-owi w marszu ku władzy? Zwróćmy uwagę - ci sami ludzie, którzy przy wielu okazjach bardzo słusznie zwracają uwagę na rozliczne zagrożenia wynikające z działalności RAŚ, biją na alarm, wychwytują antypolskie tyrady Gorzelika i jego kompanów - milczą jak zaklęci jeśli chodzi o problem kolaboracji z RAŚ-em części środowisk pisowskich na Śląsku. A Jadwiga Chmielowska mówi o tym głośno, co musi być dość uwierające. Stąd też na Śląsku dawno już wśród licznych wrogów pani Jadwigi dominuje przekonanie, że „trzeba uciszyć Chmielowską". Bo za dużo gada, ma mir wśród porządnych ludzi, nieposzlakowaną biografię i psuje różnym lokalnym politykierom układy. Nie łudźmy się – Poczachowski to tylko pionek, cały proces zaś ma na celu właśnie „uciszenie” Jadwigi Chmielowskiej, bo weszła w paradę zbyt wielu osobom i jeśli nie uda się Poczachowskiemu, to znajdzie się kto inny – pretekst do sądowego nękania znajdzie się również, choćby najdurniejszy.

To nie jest bowiem tak, że mamy do czynienia wyłącznie z sojuszem RAŚ – PO. Jadwiga Chmielowska przy różnych okazjach podkreśla, że na Śląsku rzeczywistość społeczno-polityczna jest bardziej skomplikowana i w kwestii RAŚ-u podziały biegną w poprzek partii. Tak jak są pro-RAŚowi platformersi i anty-RAŚowi pisowcy, tak są również pro-RAŚowi pisowcy i anty-RAŚowi platformersi. Czyli wychodzi na to, że z jednej strony Jarosław Kaczyński demaskuje „autonomistów" jako zakamuflowaną opcję niemiecką, a z drugiej strony część lokalnych działaczy kolaboruje z gorzelikowcami w najlepsze. Ciekawy jest powód, jaki podają: taki mianowicie, że RAŚ-owcy „to też konserwatyści" i dlatego warto się z nimi sprzymierzać. To jest dokładnie taki sam zatruty sojusz będący mieszaniną oportunizmu, naiwności i miałkich kalkulacji, jak ten z rosyjską Cerkwią, którego festiwal mogliśmy obserwować w nieco innych kręgach przy okazji wizyty Cyryla, patriarchy z łaski KGB i wspólnej deklaracji Cerkwi oraz polskiego Episkopatu. I tu i tam mamy do czynienia z obcą agenturą, która łowi na lep „konserwatyzmu" i „obrony wartości” różnych pożytecznych idiotów, lub cyników którym i tak wszystko jedno z kim wchodzą w brudne alianse.

Powtarzam, sprawa procesu Jadwigi Chmielowskiej jest kompromitująca zarówno dla PiS-u, który nie potrafi lub nie chce usadzić swojego działacza, jak i dla „naszych", „niepokornych" mediów, które z sobie tylko wiadomych przyczyn odwracają głowy w innym kierunku. Pani Jadwiga Chmielowska wprawdzie się nie podda, bo szykany, czy obraźliwe esemesy są ostatnimi rzeczami przed którymi mogłaby się ugiąć - to człowiek ulepiony ze zdecydowanie lepszej gliny niż jej wrogowie. Ale niesmak pozostaje. Życzę dużo sił i zdrowia, pani Jadwigo.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:
http://niepoprawni.pl/blog/287/prawicowi-celebryci-sprawa-grzegorza-brauna

wtorek, 2 lipca 2013

Zawrót głowy od sukcesów

Róbmy swoje. Nasza rola i zadania są bowiem z gruntu odmienne, od tych macherów od czyszczenia patriotycznych portfeli.

I. Buldogi na dywanie

Zaraz pewnie ktoś wyskoczy z zarzutem, że tekst, który tu Państwo za chwilę przeczytają jest rozbijacki, godzi w jedność prawicy i generalnie - sieje defetyzm oraz szkodzi Sprawie. Trudno, przeżyję – pewne rzeczy muszą zostać jednak głośno i wyraźnie wyartykułowane.

Otóż, od pewnego czasu jesteśmy świadkami jakiegoś kompletnego obłędu w szeroko rozumianym obozie patriotyczno-niepodległościowym. O. Rydzyk żre się z Sakiewiczem, Sakiewicz osmradza Kongres Ruchu Narodowego, Karnowscy podsrywają Lisickiemu, Lisicki nakłada embargo na publikowanie u Karnowskich, Ruch Narodowy pakuje PiS do jednego wora z PO i postkomuną, PiS robi wrażą „szeptankę” Ruchowi Narodowemu... O co tutaj chodzi?

Ano, drodzy Czytelnicy, sytuacja jest taka, że odbywa się bezpardonowa, biznesowa walka o kolejność dziobania na dość ograniczonym i niezbyt zasobnym rynku patriotycznym. Właśnie o to. Mamy ciężkie czasy, a w końcu ile gazet naraz może wytrzymać ubożejący portfel? Ile wydawanych taśmowo książek tzw. „naszych” dziennikarzy można kupić? No więc, robi się ciasno – to po pierwsze. Po drugie - przecież za chwilę będzie lepiej, bo Tuskowi spada, „naszym” rośnie i gdy „nasi” już wygrają, pojawią się nowe możliwości, zatem należy zawczasu wywalczyć odpowiednie miejsce w kolejce. To charakterystyczne – „nasi” gieroje są już na tyle pewni zwycięstwa, na tyle mocno czują woń tropionego niedźwiedzia, że uznali za stosowne wszcząć prewencyjną rozróbę, która ustali podział skóry, mięsa, flaków i kości.

Krótko mówiąc, mamy do czynienia z przypadłością, którą towarzysz Stalin zdiagnozował jako „zawrót głowy od sukcesów”.

Zwróćmy jeszcze uwagę, że te prawicowe zapasy w kisielu odbywają się bez najmniejszego zażenowania ze strony uczestników – cała jatka odbywa się wprost, na naszych oczach, bez poczucia obciachu i jakichkolwiek zahamowań. Buldogi nie gryzą się już pod dywanem, ale tarzają się na dywanie. Lecz oni, drodzy Państwo, nie rozbijają prawicy – o nie. Oni walczą o Polskę (między sobą) i mają monopol na różne twórcze dyskusje. Z rozbijactwem mamy do czynienia dopiero wtedy, gdy o tym wszystkim napisze jakiś bloger – no bo co on sobie wyobraża i kto go upoważniał do wtykania nosa w pryncypialne spory prawicowych celebrytów? Istot z założenia wyżej usytuowanych, lepszych i mądrzejszych?

II. Patriotyczny biznes, a blogosfera

Jak wobec tego zawstydzającego spektaklu powinna zachować się blogosfera, czyli my wszyscy – zgromadzeni na różnych portalach Czytelnicy, blogerzy i komentatorzy? Pozwolę sobie przedstawić własny punkt widzenia.

Trzymajmy się z daleka. Nie nasze małpy i nie nasz cyrk. A nade wszystko, nie pozwólmy się wmanipulować w branie strony któregokolwiek z tych żrących się ze sobą cwaniaków i ancymonów. Tak się składa, że ostatnio na Festiwalu Filmu Niezależnego „Okno” miałem możność naocznie przekonać się o opłakanych skutkach takiego emocjonalnego wmanipulowania w przykrywaną patriotycznymi sloganami biznesową walkę o wpływy na prawicowym rynku pieniądza i opinii. Pokłóciły się mianowicie dwie dziumdzie-organizatorki o obecność Sakiewicza i o to, czy może on wystąpić na scenie podczas inauguracji, czy też nie. Czujecie to stężenie absurdu? Skończyło się tym, że jedna z tych dziumdź spakowała manatki i trzasnęła drzwiami, wystawiając na szwank przebieg festiwalu, co w skrajnie tendencyjny sposób opisał sympatyzujący z nią niejaki Bodakowski Jan. To jest właśnie to, czego powinniśmy się wystrzegać jak ognia – roli zacietrzewionego mięsa armatniego w wojenkach, które nie odbywają się nawet nad naszymi głowami, ale gdzieś zupełnie obok.

Ktoś może w tym miejscu słusznie zauważyć: a czy blogosfera jest lepsza? Nie ma swoich świętych wojenek, sporów i podziałów? Ależ ma, naturalnie. Prawicowa tradycja rozmnażania przez podział jest wśród nas jak najbardziej żywa i kultywowana. Różnica polega na tym, że my – blogerzy i komentatorzy - nie walczymy tu o przeliczalny na konkretne pieniądze rynek, tylko o Czytelnika, odbiorcę, któremu dajemy to co mamy najcenniejszego – bezinteresowną, wolną giełdę opinii bez zakamuflowanych podtekstów. Jak się komuś podoba i ma parę złotych, to kliknie w ikonkę pay-pala, kupi krzyżyk smoleński czy jakąś koszulkę, by pomóc opłacić serwer lub rozwój portalu - i tyle. Poza tym, blogerskie animozje mają to do siebie, że z reguły, po okresie swarów, gdy opadną już emocje, zwaśnione strony dochodzą do wniosku, że więcej je łączy niż dzieli, w związku z czym wojenkę zastępuje przyjazna neutralność, lub wręcz współpraca. Jest to możliwe dlatego, że nikt z nas nie rywalizuje o kieszenie Czytelników.

III. Róbmy swoje

No więc, róbmy swoje. Nasza rola i zadania są bowiem z gruntu odmienne, niż interesy tych macherów od czyszczenia chudych, patriotycznych portfeli. To dwa światy. My tu nie trzepiemy kasy na publice, nie robimy w prawicowym biznesie. Nie namawiamy ludzi do kupowania pierdyliona egzemplarzy tej samej gazety, czy przepłacania za jakiś cholerny kubek. Pamiętajmy - jeżeli zajmiemy się roztrząsaniem, kto jest tu najbardziej czystym, najprawicowszym, i najbardziej patriotycznym spośród patriotów, to z nami koniec. Rozegrają nas pomiędzy sobą, podzielą, wyprowadzą na manowce i na tychże manowcach skonsumują i wysrają. I tyle będzie z tej naszej blogosfery.

W każdym razie, ja nie zamierzam robić za emocjonalnego zakładnika i bardzo bym nie chciał, by do roli zakładników Sakiewicza, o. Rydzyka, Karnowskich, narodowców, czy Lisickiego, sprowadzone zostały blogerskie portale i zgromadzeni na nich ludzie. Nie mówiąc już o tym, że szantaż emocjonalny (na zasadzie: „nie jesteś z nami - jesteś agentem” / „nie kupisz 'bez kozery powiem: pincet' egzemplarzy naszej gazety – upadnie wolne słowo”) - taki szantaż, powiadam, jest czymś, na co reaguję szczególnie alergicznie i szczerze zalecam nabawienie się tej alergii innym. Przecież cały ten interes oparty jest w znacznej mierze na szantażu właśnie. Szantażu tyleż perfidnym, co obrzydliwym, bo żerującym na najwznioślejszych ludzkich uczuciach: miłości do Ojczyzny i altruizmie.

Zresztą, przestaje bawić mnie podział na te wszystkie prawice i srawice. Ta cała ideologiczna „napinka”. Te hasełka rzucane podekscytowanej gawiedzi, za którymi kryje się ordynarny podział łupów. Dla mnie istnieją dwie partie: pro-polska i anty-polska. Reszta to detale, które możemy rozstrzygnąć po załatwieniu najważniejszego: rozpirzenia obecnego systemu.

Uświadommy sobie jedno – jesteśmy niezależni. Podmiotowi i wewnątrzsterowni. Tamci nie mają dla nas ani marchewki, ani kija. Niech się żrą – co nam do tego? Powtórzę: róbmy swoje.

***

I tak to jest, Panie i Panowie dziennikarze „niepokorni”. Nie oczekuję już od Was niczego. Idźcie robić kolejne świergolące wywiady z Moniką Jaruzelską o tym jak dobrym i porządnym człowiekiem jest jej tata. W końcu, 13 grudnia roku pamiętnego, wystosował do Polaków swój „adres gettysburski”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/spor-o-drugi-obieg-z-blogerskiego-punktu-widzenia

http://niepoprawni.pl/blog/287/dwa-swiaty

http://niepoprawni.pl/blog/287/prawicowi-celebryci-i-zakon-swietych-jerzykow