Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polski handel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polski handel. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 lutego 2016

Wojna o handel - doniesienia z frontu

Ciekawe, czy „złote żniwa” i sute transfery za granicę dotyczą nie tylko sklepów wielkopowierzchniowych, ale również należących do obcego kapitału sieci franczyzowych?

Przyznam się, że gdy przeglądam kolejne doniesienia w takich sprawach, jak podatek od handlu, podatek bankowy, czy program „Rodzina 500+”, odnoszę często wrażenie jakbym śledził komunikaty z linii frontu – i to takiego, na którym znaczna część działań wojennych toczy się w głębokim podziemiu, skrzętnie skrywana przed wzrokiem korespondentów. Gdzieś tam, za kulisami, różne lobbies rozgrywają swoje interesy na linii biznes-władza, do nas zaś docierają okruchy z których możemy (jeśli ktoś ma cierpliwość) mozolnie sklejać jakąś większą całość.

Przykładowo, Polska Izba Handlu ruszyła z kampanią przeciw objęciu podatkiem obrotowym sieci franczyzowych, ponieważ uderzy to w polski handel – franczyzobiorców, którymi są przeważnie rodzimi drobni przedsiębiorcy. Na pozór racja, tyle, że jak niedawno napisałem, franczyzy i ajencje są atrapą prawdziwego polskiego handlu. Formalnie właścicielem „Żuczka” cy innej „Fasolki” jest Jan Kowalski, ale bardzo często w praktyce jego pozycja niewiele się różni od pozycji kierownika sklepu w sieci zintegrowanej – podobny zakres obowiązków (ekspozycja towaru według narzuconego wzorca, obowiązkowe programy promocyjne, zatowarowanie, sprawozdawczość do centrali, a wszystko obciążone słonymi karami za niewypełnienie któregoś z zawartych w umowie obowiązków) i podobny zysk „na rękę”. Owszem, nie musi martwić się o dostawy, marketing i know-how, ale z rzeczywistym samodzielnym biznesem niewiele ma to wspólnego.

Kogo natomiast zrzesza Polska Izba Handlu? Rzut oka na stronę internetową mówi nam, że w przytłaczającej większości są to właśnie sieci franczyzowe, w dużym stopniu, mimo swojsko brzmiących nazw, należące do zagranicznego kapitału. Są tu różne sklepowe formaty – od dużych do małych. Znajdziemy francuską Grupę Muszkieterów („Inter Marche”, „Bricomarche”), fundusz Mid Europa (m.in. „Żabka”, „Freshmarket”, „Kefirek”), portugalskie Eurocash („ABC”, „Delikatesy Centrum”, „Lewiatan”, „Groszek”, „Eurosklep”, „Koliber”), chińską sieć dystrybucyjną „Max-Trade”, holenderski „SPAR”... Z polskich poważniejszych podmiotów franczyzowych mamy „Eden”, „Społem”, „Piotr i Paweł” oraz „Jabłuszko”. Krótko mówiąc – PIH jest organizacją lobbingową sieci franczyzowych (tak jak Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji lobbuje za największymi graczami sieci zintegrowanych), przy czym troska o interes „polskiego handlu” staje się w świetle powyższych danych cokolwiek problematyczna.

Warto ponadto zwrócić uwagę, że modele franczyzowe rozwijają również inne sieci - „Carrefour Express” (Carrefour), „Simply” (Auchan) itd. Mnie szczególnie wzruszyło oświadczenie francuskiego giganta E. Leclerc biadającego nad losem „rodzinnych przedsiębiorstw”. Oczywiście, swoje dokłada zrzeszająca największe podmioty zagraniczne Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji. Gdyby potraktować poważnie głosy zarówno sieci franczyzowych, jak i „zintegrowanych”, okazałoby się, że jakiekolwiek naruszenie obecnego status quo będzie skutkowało handlową apokalipsą – wszyscy zbankrutują i zostanie pustynia. Przypomnijmy sobie, jakimi konsekwencjami dla gospodarki straszono nas przy wprowadzaniu zakazu handlu w dni świąteczne.

Słowem – wojna. POHiD już się odgraża, że będzie szukać sprawiedliwości w Brukseli. Natomiast PIH postuluje wprowadzenie dodatkowego progu podatkowego, lub zwiększenie kwoty wolnej (a przypomnijmy, że jeszcze niedawno PIH domagała się całkowitego zwolnienia sieci franczyzowych od podatku handlowego). Ministerstwo Finansów póki co nie ujawnia projektu ustawy. Wedle stanu „na teraz” kwota wolna wynosić ma 1,5 mln zł obrotów miesięcznie, przy obrotach do 300 mln/mies – 0,7 proc., nadwyżka przychodów powyżej 300 mln zł objęta ma być stawką 1,3 proc., plus jednolity podatek od obrotu w soboty, niedziele i inne dni ustawowo wolne od pracy – 1,9 proc. Szczególnie to ostatnie zabolało wszystkich – i sieci „tradycyjne” i te „franczyzowe”.

Generalnie, wiele będzie zależało od szczegółów pobierania podatku – tak, by Kowalski z „Żuczka” nie przekraczający kwoty wolnej nie został zmuszony do partycypowania w kosztach podatkowych całej sieci niewspółmiernie do uzyskiwanego obrotu. No i nie zapominajmy, że pułap 1,5 mln zabezpiecza przed wejściem w podatek niezrzeszonych mikroprzedsiębiorców, czyli tych, którzy do tej pory byli najbardziej poszkodowani patologiczną strukturą handlu w Polsce. Ja natomiast chciałbym poznać odpowiedź na pytanie – jakie podatki do tej pory płacili właściciele marek franczyzowych? Nie wspomniany Kowalski, tylko właśnie sprzedawca „licencji”? Niestety, takich zestawień brak, a szkoda. Ciekawe, czy nie okazałoby się, że „złote żniwa” i sute transfery za granicę dotyczą nie tylko sklepów wielkopowierzchniowych, ale również należących do obcego kapitału sieci franczyzowych? Podejrzewam bowiem, że cała histeria na tle „ochrony drobnych przedsiębiorców” jest zwykłym PR-owskim mydleniem oczu w interesie potężnych grup kapitałowych, które tym biznesem kręcą.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Partycypacja podatkowa

Bitwa o handel

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3292-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 6 (05-11.02.2016)

czwartek, 21 stycznia 2016

Bitwa o handel

O ile jeszcze w 2008 roku małe sklepy detaliczne stanowiły 51 proc. rynku, o tyle w 2015 było to już zaledwie 37 proc.

Nie da się ukryć, że w dotychczasowych bataliach o handel Polska radziła sobie co najwyżej średnio. Przedwojenna akcja „swój do swego po swoje”, bojkotująca sklepy żydowskie i promująca polskie kupiectwo nie doprowadziła do odwojowania tej dziedziny gospodarki – choć dziś można z rozrzewnieniem oglądać stare zdjęcia na których widać szyldy w rodzaju: „chrześcijański sklep żelazny”. Komunistyczna okupacja powojenna to okres „bitwy o handel” jaką Hilary Minc wypowiedział ledwie co odżywającej polskiej przedsiębiorczości, którą zdławiono terrorem, nacjonalizacją i rabunkową operacją „wymiany pieniądza”. No i wreszcie okres po 1989 roku – kto wie, czy nie najbardziej haniebny. Przypomnijmy sobie, że wskutek tzw. „ustawy Wilczka” z 23 grudnia 1988 liberalizującej działalność gospodarczą, wybuchł nagle „kapitalizm łóżek polowych” uwalniając niesamowitą energię milionów przedsiębiorczych Polaków. Polska zaroiła się od targowisk, z bazarowego handlu zaś utrzymywały się (i to na przyzwoitym poziomie) całe rodziny. Później wiele z nich założyło własne sklepy, tworząc prężnie rozwijającą się rodzimą drobną przedsiębiorczość.

Dodajmy, iż w dobie „transformacji” i masowych likwidacji wielkich zakładów pracy, właśnie ów drobny handel był często jedyną deską ratunku przed osunięciem się w otchłań nędzy. Każdy, kto miał w sobie odrobinę inicjatywy, mógł wsiąść w swego „malucha” – i wyruszyć do Turcji, Niemiec, Austrii, na Węgry, by następnie sprzedawać w Polsce zakupione tam towary. Nie ukrywam, że mam do tego osobisty stosunek – jako małolat jeździłem bowiem z rodzicami właśnie na takie przemytnicze „rejzy” do Wiednia i Berlina Zachodniego po zegarki, radiomagnetofony, walkmany, kalkulatory, czy niemieckie czekolady.

Ta świeżo powstała polska warstwa kupiecka została w kolejnych latach zamordowana – śmiem twierdzić, że z pełną premedytacją i przy poparciu „okrągłostołowych” elit. Przypomnijmy sobie z jakim estetycznym wstrętem rodzime salony reagowały na ohydę bazarowych „szczęk”. Co więcej, nałożyły się na to względy ideowo-polityczne. Bodajże Rafał Ziemkiewicz przytoczył niegdyś scenkę z jakiegoś zebrania Unii Demokratycznej, kiedy to jeden z działaczy perorował, iż nie można dopuścić do odrodzenia się w Polsce klasy średniej, gdyż stanowi ona naturalne społeczne zaplecze prawicy. W tej kwestii „historyczny kompromis” między „lewicą laicką” a postkomuną okazał się równie mocny, jak w przypadku lustracji.

Mord na polskim handlu odbywał się dwutorowo – z jednej strony zaczęto go dusić rosnącymi obciążeniami fiskalnymi i ogólnie nieprzyjaznym nastawieniem państwa (rola organów kontrolnych) oraz stopniową reglamentacją kolejnych obszarów obrotu gospodarczego, z drugiej natomiast otworzono na oścież wrota przed międzynarodowymi koncernami handlowymi, przyznając im na dodatek rozmaite ulgi jako „strategicznym inwestorom” tworzącym „miejsca pracy”. Miejsc pracy utraconych w małych sklepach i pogarszającej się sytuacji materialnej prowadzących je rodzin nikt nie liczył.

Do niedawna problem ekspansji zagranicznych podmiotów wypierany był z publicznej debaty. Osoby podnoszące temat traktowane były w kategoriach oszołomów, którzy chcą zawracać kijem Wisłę, sprzeciwiając się prawom rynku i nieuchronnemu postępowi. Dopiero od pewnego czasu następuje przebudzenie – okazało się, że wielkie koncerny handlowe do perfekcji opanowały sztukę „optymalizacji podatkowej”, na potęgę wyprowadzają z Polski zyski (choćby za pomocą cen transferowych), zaś niskie ceny w dyskontach, tudzież super- i hiper-marketach okupione są m.in. ekonomicznym naciskiem na dostawców zmuszanych do funkcjonowania na granicy opłacalności i eksploatacją taniej siły roboczej zatrudnianej na śmieciówkach.

W tych warunkach i tak graniczy z cudem, że rodzimy handel zdołał jeszcze przetrwać, acz tendencja jest nieubłagana. Polska Izba Handlu w swym niedawnym raporcie podaje, że o ile jeszcze w 2008 roku małe sklepy detaliczne stanowiły 51 proc. rynku, o tyle w 2015 było to już zaledwie 37 proc. Od siebie dodam, że owe 37 proc. jest i tak wartością zawyżoną, gdyż coraz więcej sklepów małoformatowych działa na zasadzie ajencji w ramach sieci typu „Żabka” - należącej, nawiasem mówiąc, do funduszu inwestycyjnego Mid Europa Partners. Gdyby wziąć pod uwagę sklepy, których polscy przedsiębiorcy są faktycznymi właścicielami, sytuacja przedstawiałaby się jeszcze gorzej. Ajencje i franczyzy są już tylko protezą prawdziwego, polskiego handlu.

Dlatego tak istotne jest, by zrównać zasady gry, dotąd preferujące wielkich kosztem małych. Progresywny podatek obrotowy dla sklepów z kwotą wolną dla najmniejszych podmiotów i zapowiedź ministra Szałamachy zrobienia porządku z procederem cen transferowych jest z pewnością krokiem w dobrym kierunku, ale też i zaledwie początkiem drogi. Czy po 25 latach uda się odwrócić losy dotąd przegrywanej bitwy o polski handel? Oby. Trzeba tu jednak konsekwentnie naciskać i monitorować poczynania rządu. Ja z pewnością będę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3163-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 3 (15-21.01.2016)