wtorek, 21 czerwca 2011

Wiktor Orban kontra Antycywilizacja Postępu


„Zbalansowana” i postępowa euro-rodzina, to taka, w której dokonano słusznej ideowo eksterminacji starców i dzieci.



I. Jak Unia „nie ingeruje”...


Bardzo chciałbym dziś zobaczyć wszystkich tych mądralińskich, którzy żarliwie przekonywali przy okazji burzy wokół traktatu lizbońskiego i Karty Praw Podstawowych, że Unia Europejska ab-so-lut-nie nie ingeruje w sprawy natury kulturowo-obyczajowej, zostawiając je wyłącznej kompetencji poszczególnych państw członkowskich. Chciałbym ich zobaczyć, powiadam, i spojrzeć głęboko w oczy. Dlaczego? Ano, jak zapewne wielu z Państwa wie, a tych którzy nie wiedzą, niniejszym informuję (za „Naszym Dziennikiem”), iż plemię brukselskich apostołów Antycywilizacji Postępu dostało ataku furii po tym, jak węgierski rząd Wiktora Orbana ośmielił się wydać 416 tys euro z unijnych dotacji na kampanię społeczną promującą postawę pro-life, a konkretnie, by rodzice, zamiast uśmiercać swe nienarodzone dzieci, pozwolili się im urodzić aby oddać je następnie do adopcji. Kampania polega na rozlepianiu w miejscach publicznych i urzędach plakatów przedstawiających dziecko w fazie prenatalnej z podpisem: „Cóż, rozumiem, że nie jesteście gotowi, aby mnie przyjąć, ale pomyślcie dwa razy i oddajcie mnie służbom adopcyjnym. POZWÓLCIE MI ŻYĆ".


Hm, Orban poniekąd sam jest sobie winien, bowiem pieniądze pochodziły z programu o wdzięcznej i dźwięcznej nazwie PROGRESS (POSTĘP), a Postęp to jedyna świecka religia, jaką wyznaje zideologizowana brukselska biurokracja, ukształtowana w jedynie słusznym duchu „pokolenia ‘68” i będąca ukoronowaniem „długiego marszu przez instytucje”. PROGRESS ma wprawdzie promować zatrudnienie i solidarność, ale jak natychmiast orzekła europejska komisarz sprawiedliwości Viviane Reding, promocja postaw antyaborcyjnych w koncepcji owej „solidarności” się zdecydowanie nie mieści – ba, nawoływanie do powstrzymania się od mordowania nienarodzonych dzieci, tak by dać im szansę na rodzinę adopcyjną jest wręcz głęboko sprzeczne z „europejskimi wartościami”. Następnie pani komisarz wezwała do wycofania plakatów, który to apel okrasiła porcją rytualnych euro-pogróżek – padły słowa o zerwaniu współpracy w ramach programu i karach finansowych.


I to by było na tyle, mówiąc J.T. Stanisławskim, jeśli chodzi o Unię, co to „nie ingeruje”.


II. Zbalansowana ero-rodzina.


Oczywiście, formalny powód całej draki był inny, taki mianowicie, że „kampania ‘nie odpowiada projektowi przedstawionemu przez władze węgierskie’ (...)” (cyt. za NDz). Czemu nie odpowiada? A temu, że w ustalenia wkradło się dość charakterystyczne nieporozumienie pokazujące jak pod lupą różnice cywilizacyjne między zdroworozsądkowym konserwatyzmem premiera Węgier, a antycywilizacyjnym plemieniem Brukselczyków. Otóż w przedłożonym euro-czynownikom projekcie była mowa o promocji „zbalansowanych rodzin”, co postępowa euro-kasta urzędnicza milcząco zrozumiała jako – bo ja wiem? - propagowanie antykoncepcji, aborcji, może nawet eutanazji... Wszak „zbalansowana” i postępowa euro-rodzina, to taka, w której dokonano słusznej ideowo eksterminacji starców i dzieci, sami zaś małżonkowie rozwiedli się, by kontynuować zbalansowane życie w partnerskich homo-związkach. Ooo, jestem pewien, że na takie zbalansowanie postępowi neo-barbarzyńcy z plemienia Brukselczyków nie pożałowaliby euro-rubelków, zaś autorzy takowej akcji spotkali by się z pochlebnym cmokaniem ze strony niestrudzonych wdrażaczy „wartości holenderskich”, które jakoś tak niepostrzeżenie stały się zalecanym kanonem.


A że Orban owo „zbalansowanie” rozumie jako rodzinę, gdzie nie wyskrobuje się dzieci, tylko w najgorszym razie oddaje do adopcji? Uch, to być wielce nieeuropejskie, a zapewne i faszystowskie.


III. Wojna cywilizacji.


Na zakończenie pragnąłbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt pokazujący, że nie o żadne finansowe nadużycie ze strony węgierskiego rządu tu chodzi, a o czysto ideologiczną wojnę, jaką Antycywilizacja Postępu i jej zbrojne ramię w postaci plemienia Brukselczyków toczy z cywilizacją łacińską. Otóż koszt całej akcji to zaledwie 416 tysięcy euro, z czego Unia pokrywa 80%, czyli 332 800 euro. Suma niezauważalna tak z perspektywy budżetu Unii utrzymującego rzeszę darmozjadów, jak i środków transferowanych do nowych krajów członkowskich. Rzecz w tym, że ideologiczne zacietrzewienie nie pozwala Brukselczykom znieść myśli, by choć jedno złupione podatnikom euro zostało wydane na promocję wartości, które oni zaprzysięgli w duchu zniszczyć i wypalić w imię wyznawanej neo-oświeceniowej, tolerancjonistycznej utopii.


Co innego, gdyby promowano zakładanie gumek na banana, techniki penetracji odbytnicy albo „zdrowie prokreacyjne”. Tyle, że węgierski premier, robiący dziś w UE za czarnego luda, nie należy do polityków, którzy konformistycznie kłaniają się przed złotym cielcem Antycywilizacji Postępu, tylko myśli o przyszłości swojego narodu i demograficznym problemie zastępowalności pokoleń. Jest mężem stanu z prawdziwego zdarzenia, który wie, że jego naród nie przetrwa, jeżeli będzie uśmiercał co roku tysiące przyszłych obywateli. I to właśnie leży u podstaw całego rabanu.


Jeśli się mylę, jeśli jest inaczej, to czekam na przykłady współfinansowanych przez Unię inicjatyw pro-life. Zaręczam, że jestem gotów na takie miłe rozczarowanie. Czekam. Ale mam dziwną pewność, że się nie doczekam.


Gadający Grzyb

Radośnie wkraczamy w erę kultu Kom-Or-Sena


Moi mili, z prawdziwą radością donoszę o jakże słusznej inicjatywie podjętej przez społeczność Żywca ku czci naszego Umiłowanego Przywódcy Kom-Or-Sena. Oto, jak donosi strona www.prezydent.pl, jednemu z żywieckich przedszkoli nadano imię Rodziny Komorowskich. Uczyniono to podczas zlotu rodziny Komorowskich,który właśnie odbywa się w tym zacnym, beskidzkim grodzie, z którego wywodzi się wymarła w XVII stuleciu gałąź rodu naszego Umiłowanego Przywódcy Kom-Or-Sena, oby żył wiecznie.


Żywiecczanom gratuluję bezkompromisowości i odwagi, której niewątpliwie potrzebowali, by wbrew narzekaniom różnych malkontentów i elementów reakcyjnych docenić i uhonorować naszego Wielkiego Przywódcę Kom-Or-Sena. Jak wieść niesie, dzieci złożyły spontaniczną przysięgę, że w ciągu tygodnia nauczą się pisać co najmniej tak poprawnie jak nasz Prezydent.

Niech żyje Ukochany Przyjaciel Wszystkich Dzieci Prezydent Kom-Or-Sen!

Przepraszam, ale wzruszenie odbiera mi głos...

Gadający Grzyb

niedziela, 19 czerwca 2011

Czy to się jeszcze da odwrócić?


Nawet pobieżny przegląd rosyjskiej aktywności na naszym rynku energetycznym pokazuje, że „rekompensata” postępuje z iście morderczą, czekistowską konsekwencją.



I. Lotos.


Jakiś czas temu w swej rubryce na portalu „wPolityce.pl” Zbigniew Kuźmiuk podał (za Kommiersantem), że „rosyjsko-brytyjski koncern TNK-BP złożył wstępną ofertę na zakup 53% akcji gdańskiej firmy Lotos S.A.”. Ministerstwo Skarbu z Aleksandrem Gradem na czele, nabrało wody w usta i jakoś się inwestorem nie chwali, mimo że nie pochodzi on Chin ani nawet z Kataru, tylko z „zaprzyjaźnionego mocarstwa”. Cóż, panu ministrowi w nie-rządzie Tuska przypadła rola licytatora ostatnich sreber rodowych, zaś jego ministrowanie ma się najwyraźniej sprowadzać do tego, by za kilka lat żadne Ministerstwo Skarbu nie było potrzebne, bo zwyczajnie nie będzie żadnego majątku do zarządzania.


Desperacja z jaką ministerstwo z jednej strony pragnie opchnąć Lotos komukolwiek, byle wyszarpać te 3 mld złotych, z drugiej zaś uporczywe trzymanie w tajemnicy tego o czym i tak piszą rosyjskie media są symptomatyczne. Z jednej strony bowiem uświadamia nam skalę zapaści finansów państwa, które trzeba ratować wyprzedając za psi grosz, spółkę mającą niemal 30% polskiego rynku paliwowego i która zakończyła właśnie warte 6 mld złotych inwestycje, z drugiej zaś pokazuje, że rząd doskonale zdaje sobie sprawę z ekonomicznej (i politycznej) horrendalności całej operacji i dlatego woli trzymać ją ile się da pod korcem. Dość powiedzieć, że ujawnienie inwestorów przewidziane jest dopiero na przełom 2011 i 2012 roku – czyli na okres powyborczy, kiedy najprawdopodobniej kluczowe procedury zostaną już przyklepane.


II. Rekompensata.


Kilkakrotnie już o tym pisałem (np. TU), ale wypada powtórzyć: negocjacje gazowe poszły nie do końca po myśli Rosjan. Ugrali i tak monstrualnie dużo, uzależniając na długie lata Polskę od swojego gazu. Spodziewali się jednak ugrać więcej – m.in. dłuższy okres umowy (do 2037 a nie do 2022 jak ostatecznie ustalono), jeszcze wyższe stawki, zakaz reeksportu i przejęcie polskiego odcinka Jamalu. Od razu dodam: żadna w tym zasługa „naszych” negocjatorów, Pawlak gotów był oddać Rosjanom wszystko. Po prostu w pewnym momencie wmieszała się Komisja Europejska - czyli Niemcy - którzy wbrew polskiemu rządowi (!) nie zgodzili się na tak przytłaczającą dominację Rosji, jaka rysowała się w trakcie rozmów. Rosja zatem najwyraźniej postanowiła zrekompensować sobie częściową porażkę na innych polach, a że po Katastrofie Smoleńskiej zniknął ostatni ośrodek władzy, który mógłby w jakikolwiek sposób mieszać jej szyki, to napiera na kolejne sektory energetyczne szeroką ławą. Lotos to tylko element większej układanki.


W grę wchodzi również gdański Naftoport, którego Lotos jest mniejszościowym udziałowcem, zablokowanie wydobycia gazu łupkowego nad czym Gazprom intensywnie pracuje, przejmowanie spółek z branży (vide – przejęcie Intergaz-System, potentata na rynku LPG w południowo-wschodniej Polsce), ostatnio zaś dowiedzieliśmy się, że od 2016 roku będziemy importować energię elektryczną z powstającej pod Kaliningradem Bałtyckiej Elektrowni Jądrowej za pomocą mostu energetycznego Kaliningrad-Elbląg. Dodajmy do tego przyblokowane bałtycką rurą Świnoujście, co spowoduje problemy z ekonomiczną opłacalnością mającego powstać terminalu LNG... Coś pominąłem?


Jeśli nawet, to choćby pobieżny przegląd rosyjskiej aktywności na naszym rynku energetycznym pokazuje, że „rekompensata” postępuje - systematycznie, wielotorowo i z iście morderczą, czekistowską konsekwencją. Rosja już ma 2/3 naszego rynku gazowego, wkrótce będzie miała 1/3 rynku paliw, a za kilka lat – około 8% rynku energii elektrycznej (to tak na początek, bo gdy w 2018 roku Rosjanie uruchomią drugi blok elektrowni, to założę się, że niezbędna będzie „renegocjacja”, tak byśmy importowali – ja wiem? - może jakieś 15-20%...).


III. Czy to się jeszcze da odwrócić?


Czasami zastanawiam się, czy poczynania obecnego nie-rządu da się jeszcze w ogóle odwrócić, tym bardziej, że na horyzoncie rysuje się druga kadencja Platformy z Tuskiem na czele. I nawet jeżeli ta druga kadencja zakończy się krachem i przedterminowymi wyborami, to jakie państwo odziedziczą następcy? Wpół zdechłego bankruta z mocno zainstalowanymi strażnikami wpływu ościennych potęg, uzależnionego energetycznie - od Północnego Sąsiada, finansowo - od bezimiennych spekulantów, politycznie - od Unii Europejskiej czyli od Niemiec. Państwo ze zdezorientowanym i podatnym na manipulacje narodem, systematycznie ogłupianym od najmłodszych lat (właśnie wyczytałem, że tegoroczne testy gimnazjalne wypadły najgorzej w całej swej historii – brawo pani Hall, głupkami łatwiej rządzić). Państwo bez majątku, bez własnego przemysłu, z obywatelami siedzącymi w kieszeniach obcych banków, bez armii...


A propos armii – Rosjanie zaproponowali, że w ramach tarczy antyrakietowej obejmą „ochroną” część państw NATO, konkretnie – kraje bałtyckie i Polskę. Cóż, kiedyś pół żartem pół serio napisałem, że jeśli tak dalej pójdzie, to doczekamy się w końcu bazy antyrakietowej na naszym terytorium, tyle że będzie to baza rosyjska. Wygląda na to, że po raz kolejny może się potwierdzić stara prawda, głosząca że jeżeli dzisiaj nie chce się karmić własnej armii, to jutro będzie się karmić cudzą.


Gadający Grzyb

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Przyszła koalicja: PO-SLD



Ostatnie poczynania Platformy Obywatelskiej to przygotowywanie gruntu pod przyszłą koalicję z SLD.



I. Oczyszczanie przedpola.


Pamiętają może Państwo ile to było niedawno wrzasku w reżimowych mediodajniach, że PiS planuje po jesiennych wyborach koalicję z SLD? Mówiąc pół żartem pół serio, trudno o lepszy przykład psychologicznego mechanizmu przeniesienia, czyli przypisania własnych intencji przeciwnikowi. Mówiąc zaś zupełnie poważnie, była to operacja mająca na celu wymuszenie na PiS deklaracji, że takowa koalicja nie jest brana pod uwagę, po to by oczyścić sobie przedpole. Na podobnej zasadzie Michnik i jego środowisko pryncypialnie gromiło wszelkie inicjatywy podjęcia rozmów z PZPR wychodzące z konkurencyjnych podziemnych środowisk, by następnie samemu dogadać się z komunistami i stać się jedynymi po stronie „opozycyjnej” beneficjentami owoców „okrągłego stołu”.


Cóż – Platforma to typowa bezideowa partia władzy (w języku propagandy IIIRP mówi się o takich - „pragmatycy”), więc różne wolty i zakręty nie szkodzą jej tak, jak ugrupowaniom podkreślającym tradycjonalną ideowość (tacy w języku propagandy IIIRP zwani są dla odmiany „populistami”). W tym kontekście przestaje więc dziwić platformiany zwrot w lewo, zaś zmiana retoryki ma tu służyć wyłącznie przygotowaniu gruntu pod powyborczą koalicję z SLD. Ma oswoić elektoraty obu partii z myślą o przyszłym sojuszu, tak by ten mariaż był do przełknięcia dla opinii publicznej i jawił się jako naturalna konsekwencja przebytej politycznej drogi.


II. Zapateryzm light.


Opisywany ideowy fikołek PO przejawia się przede wszystkim ukłonami pod adresem tzw. lewicy kulturowej. Nagle okazało się, że „związki partnerskie” są OK, nie wyklucza się możliwości adopcji dzieci przez homoseksualistów, zaczęło się podszczypywanie Kościoła (słynne „nasz rząd nie będzie klękał przed księdzem”). Ten zapateryzm w wersji light, lub bardziej swojsko - złagodzony palikotyzm, wprawiał początkowo fanów PO w pewne zakłopotanie, bowiem Platforma chciała uchodzić do tej pory za ugrupowanie umiarkowane, unikające ostrych konfrontacji cywilizacyjno-światopoglądowych, czego wyrazem był bezwład decyzyjny w kwestii zapłodnień in vitro i kokietowanie Kościoła rekolekcjami w Łagiewnikach.


Lewicowy zwrot uzyskał oficjalne potwierdzenie na sobotniej konwencji Platformy, tym bardziej, że został wsparty konkretnymi transferami takich ludzi jak Arłukowicz czy Rosati oraz liberalnej obyczajowo Kluzik-Rostkowskiej. Dodajmy do tego decyzje o wstawianiu na dobre miejsca działaczy SdPl na listach wyborczych, co budzi zresztą niezadowolenie terenowych struktur PO, które czują się wykorzystane (na zasadzie - my tu orzemy w terenie, a miejsca na listach dostają „obcy”). Jeżeli rysowany tu scenariusz się sprawdzi, to po wyborach może się okazać, że różni lewicowi „dysydenci” wcale nie odeszli od swych macierzystych ugrupowań tak daleko...


III. A co z Gowinem?


Charakterystyczna jest w tym kontekście postępująca marginalizacja platformerskich konserwatystów. Na konwencji Platformy zabrakło Gowina (formalnym powodem absencji była hospitalizacja jego wnuka), co trudno interpretować inaczej niż jako sprzeciw wobec obranego przez partię kursu. Zresztą, jak się zdaje nikt z działaczy nie płakał z powodu jego nieobecności, bowiem w tworzącej się konfiguracji Gowin i jego zwolennicy nie są już nawet listkiem figowym, tylko wręcz zawalidrogami.


Gowinowi nie zazdroszczę – będzie musiał bowiem niedługo dokonać trudnego wyboru: albo tkwić w oficjalnie zblatowanej z postkomunistami Platformie i tracić resztki twarzy, albo zrobić rozłam i wzbogacić pejzaż politycznego planktonu, tworząc co najwyżej koalicję z Prawicą RP Marka Jurka czy resztkami po PJN. Teoretycznie możliwe byłoby przejście do Prawa i Sprawiedliwości, lub jakaś forma współpracy, ale tylko pod warunkiem przełamania pewnych barier psychologicznych po obu stronach.


IV. Domknięcie systemu.


W tej układance nie można oczywiście pominąć Pałacu Prezydenckiego wokół którego odtwarza się środowisko polityczne dawnej Unii Demokratycznej, której idee fixe od zawsze był „historyczny kompromis” między „światłą” częścią dawnej solidarnościowej opozycji a „liberałami” wywodzącymi się z PZPR. Przy błogosławieństwie Pałacu, tudzież wsparciu służb „tajnych widnych i dwupłciowych” oraz mediów ten scenariusz jest bliższy realizacji niż kiedykolwiek.


W ten oto sposób system polityczny IIIRP zostanie ostatecznie domknięty i nawet powstanie PJN plus dalsza ewolucja w stronę przystawki PO (mimowolnie lub nie) wpisuje się w ten obrazek. Tak się bowiem składa, że w czasach, kiedy powstawały PiS i Platforma, licytujące się do pewnego momentu w radykalnej krytyce Trzeciej i postulatach budowy Czwartej RP, wielu ludzi znalazło się w każdym z tych ugrupowań „przypadkowo”. Taki Poncyliusz czy Kluzik-Rostkowska zdecydowanie bardziej pasują do Platformy, zaś pewnie w PO znalazłoby się trochę osób bardziej nadających się do Prawa i Sprawiedliwości. Jeżeli PJN zostanie do reszty zwasalizowane, lub się rozpadnie na tych którzy pójdą w ślady Kluzik-Rostkowskiej i tych, którzy wdzieją wór pokutny i powrócą do PiS-u, zaś platformerscy „konserwatyści” zdecydują się na secesję, to porządkowanie sceny politycznej znajdzie swój logiczny finał. Będzie „centrolew” z PO i SLD kontra „centroprawica” reprezentowana przez PiS i plankton, zaś między nimi obrotowy koalicjant, czyli PSL reprezentujące lobby „agrarne”.


V. Orkiestra czeka. Czy może czekać Polska?


Na zakończenie zwrócę uwagę, że to co w wydaniu Prawa i Sprawiedliwości miało być szczytem politycznego cynizmu i wyrachowania (owa mityczna koalicja z SLD), w wykonaniu Platformy przedstawiane jest jako odpowiedzialne działanie respektujące demokratyczną wolę obywateli. Tak się bowiem składa, że TVP, jakby reagując na nową, prolewicową linię Partii i Rządu, przeprowadziła sondaż zaprezentowany w niedzielnych (dzień po konwencji PO) „Wiadomościach” i skwapliwie przedrukowany na stronach internetowych „Wyborczej”, z którego wynika, że większość obywateli życzy sobie koalicji PO-SLD. Jest to wyraźny sygnał, że propagandowa orkiestra czeka tylko na znak, by przystąpić do szturmu na świadomość wyborców.


Co z tym wszystkim ma zrobić PiS? Dobre pytanie. Póki co nie zanosi się bowiem na miażdżącą wygraną w stylu Orbana. Owszem, PiS może czekać na ostateczny krach wszystkiego, jeszcze przed końcem następnej kadencji i zgarnięcie całej puli, pamiętając doświadczenia z poprzednimi koalicjantami będące wynikiem błędnej decyzji o nierozpisywaniu przedterminowych wyborów przy okazji „kryzysu budżetowego”. Osobiście obstawiam, że spodziewane załamanie nastąpi – z różnych przyczyn - po Euro 2012, a więc niedługo. Tak więc PiS może ten rok-dwa poczekać. Pytanie, czy może czekać Polska.


Gadający Grzyb

sobota, 11 czerwca 2011

Knowania prokuratora Pasionka


Knowania obywatela Pasionka, który nadużył zaufania jakim obdarzyły go organy i czynniki, są zbrodnicze na kilka sposobów.



I. Wielkie śledztwo – wielka afera.


Tak to już jest w naszym, jakby napisał Stanisław Michalkiewicz, „nieszczęśliwym kraju”, że żadne wielkie śledztwo nie może się obejść bez równie wielkiej afery. Spójrzmy – śledztwo w sprawie „moskiewskiej pożyczki” zostało bezczelnie utrącone przez Jerzego Jaskiernię, śledztwo w sprawie zabójstwa Marka Papały to m.in. wypuszczenie z Polski Edwarda Mazura, postępowanie w sprawie zabójstwa Krzysztofa Olewnika samo w sobie jest aferą z ginącymi aktami i epidemią samobójstw w więziennych celach...


Nie inaczej rzecz się ma ze „śledztwem smoleńskim”, a raczej tą ponurą groteską, która za „śledztwo” uchodzi. W chwili obecnej tragifarsa osiąga punkt kulminacyjny, albowiem naczelny prokurator wojskowy Krzysztof Parulski postanowił uczcić wigilię miesięcznicy chwili, kiedy to państwo polskie zdało egzamin, odwołując prokuratora Marka Pasionka nadzorującego śledztwo w sprawie owego egzaminu i wszcząć wobec niego postępowanie dyscyplinarne.


II. Pasionkowe knowania.


Przewiny pana Pasionka są w istocie niebagatelne: miał zamiar bowiem postawić zarzuty ministrom Klichowi i Arabskiemu a także innym osobom odpowiedzialnym za organizację (a raczej – brak organizacji) i zabezpieczenie (a raczej – brak takowego) lotu z 10.04.2010 roku. Ba, żeby tylko to! Otóż prokurator Pasionek jak się okazało, znosił się potajemnie z wrogim mocarstwem, mianowicie Stanami Zjednoczonymi, próbując uzyskać od imperialistów zdjęcia satelitarne z dnia katastrofy!


Knowania obywatela Pasionka, który nadużył zaufania jakim obdarzyły go organy i czynniki, są zbrodnicze na kilka sposobów.


Po pierwsze, nawiązując kontakty z przedstawicielami obcego mocarstwa i prosząc je o materiał dowodowy w postaci fotografii, naraził na szwank wizerunek mocarstwa zaprzyjaźnionego, opiekującego się tzw. „dowodami” w postaci wraku, czarnych skrzynek, służbowych laptopów itp. i gotowego się owymi „pamiątkami” opiekować do końca świata i jeden dzień dłużej.


Po drugie, proszę sobie wyobrazić w jak niezręcznej sytuacji znalazłby się nasz Sojusznik i jego przywódca Władimir Władimirowicz stojący swoją osobą na czele spec-zespołu d/s katastrofy, gdyby ni z tego ni z owego na zdjęciach było widać co innego niż oznajmił nam ustami przyjaciółki Anodiny? Toż to zakrawa na kaczystowsko-macierewiczowską prowokację. Bracia Rosjanie gotowi by jeszcze się obrazić i wstrzymać dostawy gazu z takim trudem wynegocjowane przez wice-przywódcę Waldemara Pawlaka, a może nawet – Boże uchowaj – wycofaliby ofertę kupna Lotosu i Polska poszła by z torbami...


Po trzecie wreszcie, śledczy Pasionek w skandaliczny sposób sprzeniewierzył się zasadzie apolityczności prokuratury nosząc się z zamiarem postawienia zarzutów politykom i to partii rządzącej, a wiadomo przecież, że apolityczność polega na niezajmowaniu się poczynaniami polityków, no chyba że są to faszyści wskazani przez równie apolityczne co prokuratura Autorytety...


III. Spisek kaczystowsko-faszystowski.


Innymi słowy, w sercu niezależnego i apolitycznego Ludowego Komisariatu Sprawiedliwości zalągł się kaczystowsko-faszystowski spisek mający podważyć przewodnią rolę Polskiej Zjednoczonej Platformy Obywatelsko-Instytucjonalnej, rzucić zatęchły cień na ekipę rządzącą i Umiłowanego Przywódcę osobiście oraz ugodzić w sojusz z bratnią Federacją Rosyjską. Zgniły swąd kaczystowskiego tropu jest tym bardziej wyraźny, że śledczy Pasionek Marek wszedł w buty zdradzieckiej misji macierewiczowsko-fotygowskiej, kiedy to pisowscy renegaci również domagali się od obcego mocarstwa tzw. „dowodów”, piekąc w ten sposób swoje tłuste polityczne półgęski na skompromitowanym rożnie imperializmu.


Na szczęście prokurator Parulski trzymał rękę na tym brudnym pulsie przeniewierczej zdrady we własnych szeregach i w porę obnażył, zdemaskował, odciął się i potępił. Uczynił to z podziwu godnym refleksem, nie zawracając sobie głowy zbędnym formalizmem – sytuacja wymagała natychmiastowej reakcji, nie było więc czasu na informowanie Prokuratora Generalnego, ani na sprawdzanie prawnego uzasadnienia odsunięcia Pasionka od sprawy. Zarzuty dostosuje się później, wszak nie ma człowieka, na którego nie znalazłby się jakiś paragraf.


Nie da się jednak ukryć, że sytuacja w niezależnej i apolitycznej prokuraturze wymaga ciągłej uwagi odpowiednich czynników. Manewr polegający na obsadzeniu kluczowych stanowisk lojalnymi ludźmi a następnie uczynieniu z prokuratury kolejnej korporacji ujawnił właśnie pewne mankamenty – okazało się, że czystka nie była dość gruntowna, że jeszcze tu i ówdzie czają się niedorżnięte watahy. Na szczęście, większość stanowią odpowiedzialni funkcjonariusze pokroju prokuratora Parulskiego. Nie znaczy to jednak, że nie należy troskliwie czuwać nad zachowaniem apolityczności tej instytucji – wszak wiadomo, że kontrola jest najwyższą formą zaufania, a walka klasowa zaostrza się w miarę postępów odpolityczniania kraju.


Gadający Grzyb

wtorek, 7 czerwca 2011

Dyktatura matołów II


Nie biadam niczym Maria Peszek, że jest mi „duszno”. Ja tylko stwierdzam fakty. I pytam: po co wam to wszystko? Czego się boicie, matoły?



I. Mleczarze od Bondaryka.


Jak ustaliła „Rzeczpospolita” za najściem ABW na mieszkanie właściciela strony AntyKomor.pl nie stała „nadgorliwość” prowincjonalnego prokuratorzyny z Tomaszowa Mazowieckiego, którą to wersję próbowali wciskać nam Umiłowany Rząd i Partia pospołu z reżimowymi mediodajniami. Jak teraz dobrze się zastanowić, to w sumie można było się tego spodziewać – po jaką niby cholerę prokurator miał wysyłać do pana Frycza jednostkę służb specjalnych miast zadysponować standardową wizytę policji? No właśnie – przyciśnięty przez „Rzepę” prokurator generalny Andrzej Seremet przyznał, że to Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego złożyła do prokuratury zawiadomienie o przestępstwie, zaś prokuratura, jeśli czymś zgrzeszyła, to nie „nadgorliwością”, tylko „spychologią stosowaną” na zasadzie: macie podejrzanego, no to go teraz chłopaki łapcie... i tyle.


Krótko mówiąc, akcja od początku była inicjatywą ABW – całe szczęście, że w sercu pana Seremeta wzięła górę lojalność względem własnej korporacji nad lojalnością polityczną i w imię oddalenia zarzutów od swojego zawodowego środowiska zdecydował się powiedzieć kilka słów prawdy i nie kręcić. Dodatkowo dowiedzieliśmy się, że komórka ABW odpowiedzialna za monitorowanie przestępczości w internecie zaczęła po mordzie łódzkim (zabójstwo Marka Rosiaka i poranienie innego pracownika biura poselskiego) śledzić sieć pod kątem tzw. mowy nienawiści. Efektem był najazd na mieszkanie Roberta Frycza.


Przyznacie Państwo, że to dość szczególna reakcja – zabójca Marka Rosiaka, Ryszard C. jest byłym członkiem PO, owładniętym obsesyjną nienawiścią do PiS i Jarosława Kaczyńskiego, jego ofiarami stali się członkowie Prawa i Sprawiedliwości, natomiast ABW miast zająć się w pierwszym rzędzie monitorowaniem „mowy nienawiści” adresowanej do partii opozycyjnej, robi putinowską „pokazuchę” łapiąc gościa, który w niewybredny sposób nabijał się z dysponującego ochroną BOR-u prezydenta – prominentnego członka partii rządzącej.


Po co ta szopka? Ano, w notce „Dyktatura matołów”, której niniejszy wpis jest niezaplanowaną kontynuacją, stwierdziłem coś w tym stylu, że wybór niszowej strony o której nikt wcześniej nie słyszał ma do spełnienia podstawowe zadanie: uświadomić różnym gardłującym w internecie elementom malkontenckim, że Oko Saurona widzi wszystko w Mordorze, zaś mleczarze z mleczarni Krzysztofa Bondaryka mogą uprzejmie zapukać o szóstej rano do mnie, do ciebie... i ciebie... i, tak, zgadliście – do was również. Nie będę biadał niczym Maria Peszek, że robi mi się „duszno”, po prostu stwierdzam fakty. Wystarczy dać pretekst – Robert Frycz został onegdaj przyłapany na hakerstwie, a proszę tak z ręką na sercu przyznać – kto nigdy nie bawił się np. w ściąganie torrentów lub nie miał innej chwili internetowej słabości? „Dajcie mi człowieka a znajdę na niego paragraf” - mawiał stalinowski prokurator Andriej Wyszyński, którego prace są zresztą wciąż przywoływane w przypisach do akademickich podręczników prawa karnego. A wszak wiadomo, że walka klasowa zaostrza się w miarę postępów socjalizmu...


II. Nieznani sprawcy.


Przy okazji muszę wyspowiadać się z pewnej pomyłki – otóż w „Dyktaturze matołów” nawiązałem do słynnych słów Stefana Kisielewskiego o „dyktaturze ciemniaków”, nadmieniając jednak, że wówczas Kisiela złomotali za to w jakiejś bramie „nieznani sprawcy”, dziś natomiast (póki co) podobnych metod się nie stosuje. Z błędu naiwności wyprowadziła mnie Ma , podając w komentarzu link do informacji z której wynika, iż 24 marca we Wrocławiu na strzeżonym osiedlu pobito Pawła Mitera – tego samego, który podając się za protegowanego prezydenta Komorowskiego obnażył służalczość władz TVP, niemal-niemal załatwiając sobie program (podpisano już wstępną umowę na 39 tys złotych).


„Nieznanych sprawców” zbulwersowały medialne wypowiedzi Pawła Mitera, w których opowiadał o szczegółach sprawy „wkręcenia” telewizyjnych decydentów i o tym, że gdy kompromitacja wyszła na światło dzienne władze TVP zaczęły szukać na niego „haków”. Oddajmy zresztą głos zainteresowanemu:



„- Wracałem ok. godz. 21.30 do domu na Brochowie. W pewnym momencie na parking przed moim blokiem zajechał ford, z którego wysiadło dwóch mężczyzn. Jeden z nich zapytał mnie, czy to ja jestem Paweł Miter, a kiedy potwierdziłem, wymierzył mi dwa ciosy w twarz otwartą dłonią - opowiada. - Dodał, że teraz może zastanowię się, zanim skontaktuję się z taką czy inną hieną dziennikarską. Po chwili obaj odjechali. To ubeckie metody - dodaje.” (cyt. za www.mmwroclaw.pl)



Dodam, iż przed napaścią Miter otrzymywał telefoniczne i SMS-owe pogróżki. Jak mniemam, nie siał swoim numerem telefonu na prawo i lewo. Któż zatem mógł go tak skutecznie namierzyć? Przywoływany już Kisiel, pewnie napisałby: „zgadnij, koteczku”...


III. Pełzająca represjonizacja.


Niby to wszystko drobiażdżki – ot, zwinięto jakiegoś niszowego internetowego dowcipnisia z zarzutami o hakerstwo (aż chciałoby się powiedzieć - „element chuligański”), gdzie indziej zgrywus który „wkręcił” a-PO-li-ty-czne kierownictwo TVP dostał „z liścia” po papie. Jakiś dziennikarz (pewno wariat, tak, na pewno wariat) podcina sobie w kościele żyły, inny podczas „interwencji porządkowej” doznaje uszkodzenia kręgosłupa... Tu i ówdzie zgarnie się jeszcze kibiców (ech, znów ten element chuligański...) za niekonstruktywne transparenty. Incydent tu, incydent tam... Cóż, wiadomo - zawsze mogą zdarzyć się jakieś nieprawidłowości. A że ofiarami tychże nieprawidłowości padają akurat osoby krytyczne wobec „waadzy”? Ot, widać, taka karma... Pewnie w poprzednich wcieleniach sobie nagrabili, łajdaki. Tak, na pewno dlatego.


I tylko Naczelna Rada Adwokacka alarmuje, że skokowo rośnie ilość wniosków kierowanych do firm telekomunikacyjnych przez „policje tajne, widne i dwupłciowe” o bilingi i dane abonentów, i że uzyskane w ten sposób dane przechowuje się (oficjalnie) przez 24 miesiące, co jest górnym limitem zgodnym z unijnymi normami. Jak można się domyślać, firmy nie odmawiają, bo z „waadzą” trzeba jakoś żyć, a wiedzmy, że w 2010 roku takich wniosków skierowano milion trzysta tysięcy, zaś w przeciwieństwie do innych europejskich krajów katalog spraw w których służby mogą zgłaszać się o tego typu dane jest otwarty. Dodajmy do tego zgody na podsłuchy wydawane przez sądy „z automatu” plus przegłosowaną nie tak dawno ustawę o Systemie Informacji Oświatowej, dzięki której „waadza” będzie miała dostęp do wszystkich danych dotyczących uczniów na przestrzeni całego toku edukacji - i oto mamy obraz najbardziej inwigilowanego narodu w Europie.


Jak już nadmieniłem, nie biadam niczym Maria Peszek, że jest mi duszno. Ja tylko stwierdzam fakty. I pytam: po co wam to wszystko? Czego się boicie, matoły?


Gadający Grzyb

piątek, 3 czerwca 2011

Klątwa Kaczyńskiego


Jarosław Kaczyński rzucił na Polskę klątwę mówiąc, że jeżeli nie da się zbudować obwodnicy Augustowa, będzie to znaczyło, iż niczego nie da się w Polsce wybudować.



I. Dajmy se siana z tymi autostradami...


Jak podały mediodajnie, chińska firma Covec wycofuje się z budowy odcinka autostrady A2 między Łodzią a Warszawą. Przedsiębiorstwo od tygodni zalega podwykonawcom z płatnościami, a za odstąpienie od kontraktu grozi mu wypłata odszkodowania na konto Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad w wysokości 741 mln złotych. Nad firmą zawisło widmo bankructwa.


Czytam te wieści i oczom nie wierzę. Chińscy „ludowi kapitaliści”, którzy potrafili zorganizować olimpiadę, wybudować superszybką kolej w Tybecie na niebosiężnych wysokościach, którzy grodzą zaporą jedną z największych rzek świata... ci „kapitalistyczno-ludowi” Chińczycy weszli do Polski ze śmiesznym zdawałoby się, jak na ich możliwości, zadaniem wybudowania 50 km autostrady na płaskim, nizinnym terenie... i trrrach! Wystarczyło nieco ponad półtora roku – i ogólna załamka, zastój na budowie, bankructwo, uprzejmie dziękujemy.


Powiem tak. Jeżeli nawet „żółty człowiek”, który we współczesnym świecie cieszy się w pełni zasłużoną opinią takiego, co to wyprodukuje i wybuduje wszystko (a w XIX wieku np. położył Amerykanom kolej przez prerie i to nękany napaściami Indian), jeżeli ten „żółty człowiek” powiadam nie poradził sobie z budową paru kilometrów banalnej drogi, to znaczy że z jakichś - nadprzyrodzonych zapewne – przyczyn, budowa autostrad w Polsce jest zadaniem niewykonalnym. Nie da się i już. Próbowali już różni i na różne sposoby, zatem obiektywnie patrząc, zadanie jest niemożliwe do realizacji. Przecież jeżeli nawet, jakimś cudem, uda się tu i ówdzie oddać do użytku jakiś dwudziestokilometrowy odcinek, to i tak najdalej za pół roku musi wkraczać tam abarot ekipa, by rozpocząć serię niekończących się remontów.


Wniosek: lepiej z tymi autostradami dać sobie spokój. Szkoda nerwów i pieniędzy – najwyraźniej nie są nam one przeznaczone.


II. Euro-klapa i piar.


Tyle, że Umiłowany Rząd i jeszcze bardziej Umiłowany Przywódca Donald Tusk z budowy autostrad w kontekście przygotowań do Euro2012 uczynili jeden ze swych propagandowych sztandarów. Wycofać się? Teraz? Hmm, jakoś tak łyso, jakoś nie teges. Póki co zatem Umiłowany Przywódca marszczy srogo brwi i tęsknie rozgląda się za kryzysową kurteczką, tylko, że kuhhna, na kuhhteczkę za gohhąco... Zostaje zatem zabawa w dobrego cara i złych ministrów, czyli opatyczanie przedstawicieli kolejnych resortów, o czym donoszą z wypiekami na twarzy żurnaliści, na podstawie kontrolowanych przecieków: - wiecie, rozumiecie, Donald się wściekł... - Ooo... - szemrze w odpowiedzi dziennikarski tłumek – Tuhaj-Bej rozserdywsia... rozserdywsia duże...


Tymczasem, gdy już mowa o tym czego zwyczajnie nie da się w Polsce wybudować – otóż do dróg, lotnisk i kolei dołączyły niespodziewanie stadiony, notujące kolejne niedoróbki i opóźnienia, zaś na jedynym wybudowanym, w Poznaniu za cholerę, to jest, za Chińczyka ludowo-kapitalistycznego nie chce się przyjąć trawa. W związku z tym, w zaciszu premierowskich gabinetów trwa gorączkowa szamotanina, jak wyjść piarowsko z twarzą z tej kompromitacji. Mam zatem dla osobistego tuskowego ober-piarowca, pana Ostachowicza, radę prostą jak drut: zwalcie wszystko na Jarosława Kaczyńskiego!


III. Klątwa.


Jak może niektórzy jeszcze pamiętają, a tym co nie pamiętają przypomni rozesłany po zaprzyjaźnionych redakcjach „przekaz dnia”, Jarosław Kaczyński rzucił na Polskę klątwę, co jest zresztą zgodne z jego nienawistnym, pisowskim, charakterem. Podczas pamiętnej „obrony doliny Rospudy” ów czarnoksiężnik rzekł bowiem, że jeżeli nie da się zbudować obwodnicy Augustowa, będzie to znaczyło, iż nie da się w Polsce wybudować niczego. I proszzz... Lata mijają, Partia i Rząd z premierem Tuskiem osobiście zwijają się jak w ukropie, a tu, z nadprzyrodzonych - jak nadmieniłem wyżej – przyczyn, nic jakoś nie chce powstawać. Wniosek może być tylko jeden: klątwa Kaczora wciąż działa. Budowy się ślimaczą niczym roboty przy piramidach, udręczony lud płacze i szlocha, a ten zajadły nienawistnik siedzi w swej żoliborskiej wieży i zaciera szponiaste dłonie...


Czy tak być musi? Otóż nie, nie musi! Należy dać odpór po linii i na bazie i zdemaskować ten kolejny, ohydny, kaczystowsko-faszystowski spisek wymierzony w Euro 2012 oraz infrastrukturę! Pióra redaktorów Paradowskiej i Żakowskiego, Czuchnowskiego i Kublik, Wojciecha Mazowieckiego i Stefana Bratkowskiego oraz państwa Kuczyńskich już drżą w niecierpliwych palcach. Mikrofony Kuźniara i Miecugowa, Kolendy-Zaleskiej i Moniki Olejnik wyją bojowymi surmami sprzężeń. Panie Ostachowicz, czas grać larum! Do dzieła!


Gadający Grzyb

czwartek, 2 czerwca 2011

Parlamentarna leminżeria


Sejm Dzieci i Młodzieży kwintesencją III RP.



I. Cacany prymusik.


Minął Dzień Dziecka a wraz z nim kolejna odsłona groteskowej szopki o nazwie „Sejm Dzieci i Młodzieży”, obowiązkowo nagłaśnianej w mediodajniach, jako wartościowa forma upowszechniania idei parlamentaryzmu wśród „przyszłości narodu”. Powiem szczerze, że zawsze fascynował mnie tryb wyłaniania 460 deputowanych do tego gremium, gdyż tak się składa, że końcówka mojej licealnej edukacji (r.1994) zbiegła się ze startem owej inicjatywy, a jako żywo, nikt nie proponował mi kandydowania. Więcej – nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek na moich młodzieżowych „przedstawicieli” głosował! Jedyne demokratyczne doświadczenia jakie przypominam sobie z tamtych lat, to wybory do samorządu uczniowskiego, będące zresztą kompletną farsą, jako że nauczyciele bezwstydnie agitowali za swoim ulubieńcem – jakimś cacanym prymusikiem, który w mej pamięci utrwalił się tylko dzięki artykułowi w gazetce szkolnej piętnującym polską ksenofobię. Ja w tej samej gazetce barwnie i humorystycznie opisałem alkoholowe ekscesy w jakich brałem udział, a do których dochodziło przy okazji szkolnych dyskotek. Wyglądało to tak: wypijało się po pół jabola na twarz, następnie wparowywaliśmy na salę i zmuszaliśmy didżeja by zamiast disko-bandżo puścił coś bardziej strawnego – np. KSU czy Defekt Muzgó. Robiliśmy pogo (wiem, pogo na dyskotece to wiocha, ale tu chodziło o pewną demonstrację), następnie zaś wybywaliśmy na zewnątrz zrobić ściepę na kolejne wino. Nauczyciele widzieli, ale przymykali oko - do czasu mojego jędrnego artykułu, po którym dyrekcja zawiesiła dyskoteki na czas nieokreślony, czym zaskarbiłem sobie dozgonną nienawiść połowy szkoły.


Eech, piękne czasy, ale ja nie o tym. W każdym razie ów cacany prymusik od piętnowania polskiej ksenofobii (jeden z argumentów – bo na Czechów mówimy „pepiki”, a na Ruskich... no, jakoś tak to szło) został oczywiście przewodniczącym samorządu, zaś popierany przez nas kandydat przegrał wskutek „cudów nad urną” na które to cuda składało się m.in. filowanie pedagogów co też tam młodzież wrzuca do skrzynki.


Była to niezapomniana lekcja demokracji.


II. 460 cacanych prymusików.


Wróćmy teraz do „Sejmu Dzieci i Młodzieży”, którego sposób wyłaniania sprowokował powyższe wspomnienia. Otóż, wbrew temu co mógłby sądzić ktoś naiwny, jego uczestnicy nie są wybierani w trybie głosowania, bo sami rozumiecie, demokracja demokracją, a wybrańcami muszą zostać ci, co trzeba... czyli najbardziej wartościowi, rozumni, umiarkowani i odpowiedzialni, ma się rozumieć.


Otóż do 2009 roku uczniowie pisali prace na tematy zadane przez Zespół Organizacyjny, które to prace były następnie oceniane przez specjalne komisje powołane przy wojewódzkich kuratoriach oświaty. Najlepsi otrzymywali mandaty poselskie, których liczba dla każdego z województw była proporcjonalna do liczby uczniów w gimnazjach i szkołach średnich. Dodatkowo Zespół Organizacyjny powoływał autorów najlepszych prac (ok. 20 z każdego tematu) do Komisji Sejmowej, która opracowywała zawczasu projekty „uchwał” do zaklepania na posiedzeniu plenarnym 1 czerwca. Obecnie, zamiast prac, dwuosobowe zespoły mają „zadane” „działania społeczne” powiązane z tematem sesji (zwracam uwagę – tematyka „sesji plenarnej” też ustalana jest odgórnie). W tym roku było to promowanie działań wolontariackich w społeczności lokalnej. Uczniowie ze swych działań społecznych zamieszczają relacje w serwisie www.edutuba.pl. Dalej jest tak samo jak dotychczas – ocenianie, nadawanie mandatów poselskich, powoływanie członków Komisji mających przygotować uchwały do przegłosowania na sesji plenarnej...


Całkiem jak w tych szkolnych wyborach, kiedy to „społeczność uczniowska” „wybrała” prymusika. A ten cały „parlament” to nic innego jak 460 takich cacanych, którzy napisali pracki dobrze ocenione w kuratoriach, lub zadziałali wokół jakichś słusznych „akcji”, następnie zaś załapali się na stołki rozdysponowane wg. obowiązującego parytetu.


III. Hodowla lemingów.


Ta procedura jest modelowym wręcz opisem realiów III RP i - w pewnym sensie - faktycznie przygotowuje „młodych, zdolnych” do funkcjonowania w naszej rzeczywistości. Uczy bowiem, że „demokracja” to pic na wodę i fotomontaż, zaś na polityczną (czy jakąkolwiek inną) karierę ma szanse ten, kto jest mile widziany przez takie czy inne „czynniki”. Farsowna szopka p.t. „Sejm Dzieci i Młodzieży” nie zaznajamia uczestników z mechanizmami demokratycznej polityki, wpaja natomiast jakie wyznawać poglądy, by zaliczać się do grona „ludzi rozumnych”, jako że lumpeninteligencja III RP zagnieżdżona w edukacyjnych strukturach oceniających kandydatów na „posłów” niemal bez wyjątku pozostaje pod przemożnym mentalno-intelektualnym wpływem Salonu i to w jego najbardziej betonowym „UDeckim” wydaniu.


Co więcej, opisywana tu groteska implementuje przekonanie, że naturalnym jest, iż posłów wyznacza jakaś „góra” której względy należy sobie zaskarbić, że tematykę sesji plenarnej ustalają jacyś „starsi i mądrzejsi” i że na owym posiedzeniu głosuje się pokornie projekty „uchwał” opracowanych przez Komisję wybraną poza wiedzą i zgodą „posłów”. Najważniejsze zaś, by na sali wszyscy jak za PRL-u gadali mniej więcej to samo w ramach pozorowanej debaty, następnie zaś rączki w górę i paluszki na przycisk „ZA”.


Całą tę ściemę relacjonują w sympatycznym tonie wiodące mediodajnie, często-gęsto dodając komentarze w duchu: patrzcie, politycy, jaka ta młodzież zgodna, jaka kulturalna sesja parlamentu, bez gorszących swarów...


Istna hodowla lemingów. Po takiej tresurze (owa tresura to szerszy temat, „Sejm Dzieci i Młodzieży” jest jedynie jej elementem), po takiej tresurze powtarzam, trudno się dziwić, że przeciętny „inteligent” - również ten „młody, wykształcony” - doznaje mentalnej apopleksji na widok prawdziwego sporu w którym ścierają się realne racje i nie dające się ze sobą pogodzić argumenty. Musi się bowiem wtedy opowiedzieć po którejś ze stron, zaś konieczność dokonania takiego wyboru przyprawia go o niemal fizyczny ból mózgownicy. Konstatuje wtedy z niesmakiem, że „politycy się kłócą”, nie wnikając jaki jest przedmiot sporu, jakie są jego przyczyny i czym poparte są stanowiska stron. Nie, coś takiego to dla leminga zbyt wiele, albowiem został wdrożony od pacholęcia, że grunt to zgoda... i wtedy instynktownie zaczyna się rozglądać za jakimś Autorytetem, który usłużnie podpowie, gdzie leży słuszność i jak należy się „pięknie różnić”, lejąc w ten sposób kojący miód na zbolałą duszę leminga.


IV. Takie będą Rzeczypospolite...


Na zakończenie warto przypomnieć wyświechtaną maksymę: „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”. No właśnie... Póki co, Centrum Edukacji Obywatelskiej (pozwólcie że wyskanduję ten orwellizm: O-by-wa-tel-skiej!) nadzorujące od 2009 roku rekrutację do „Sejmu Dzieci i Młodzieży” zaszczepia najmłodszym swą wizję o-by-wa-tel-skiej de-mo-kra-cji (!). Wizję, w której „demokracja” pozostaje pod ustawiczną pieczą niewybieralnych gremiów decydujących kto i w jakim trybie godzien jest reprezentować „społeczeństwo” i jakie prawa dla tegoż „społeczeństwa” ustanawiać. Krótko mówiąc, wdraża przyszłych niewolników „liberalizmu” do przeznaczonej im roli: wiecznie upupionych uczniaków nadzorowanych przez - że tak zwyobracam Gombrowicza Huxleyem – Pimków Nowego Wspaniałego Świata.


Gadający Grzyb


http://pl.wikipedia.org/wiki/Sejm_Dzieci_i_M%C5%82odzie%C5%BCy

sobota, 28 maja 2011

Pstryczek-elektryczek II


Czy do uzależnienia od Rosji prócz ropy i gazu dołożymy też energię elektryczną?



Kiedy w listopadzie 2010 roku płodziłem notkę „Pstryczek-elektryczek”, w której opisywałem wstępne przymiarki naszego nie-rządu do importowania energii elektrycznej z Obwodu Kaliningradzkiego, czułem w kościach, że do tematu przyjdzie jeszcze wrócić. No i proszę – minęło pół roku i przez łamy mediodajni przemknęły notki informujące, że sprawa jest już praktycznie przyklepana. Oznacza to pogłębienie uzależnienia energetycznego od Rosji i marginalizację alternatywnych rozwiązań czekającego nas w najbliższych latach niedoboru energii elektrycznej.


Ot, kolejny powód, dla którego obecna kamaryla powinna stanąć przed Trybunałem Stanu.


I. Budujemy mosty...


Ale po kolei. Otóż w listopadzie ubiegłego roku do prasy wyciekła informacja o rozpoczętych pracach analitycznych nad budową mostu energetycznego z Kaliningradu, którym popłynąłby do Polski prąd z budowanej Bałtyckiej Elektrowni Jądrowej. Pierwsze ustalenia zapadły najprawdopodobniej podczas rozmów wicepremierów Waldemara Pawlaka i Igora Sieczina przy okazji podpisywania kontraktu gazowego. Uruchomienie rosyjskiej elektrowni planowane jest na 2016 rok (drugi blok ma ruszyć w 2018). Most byłby wspólnym przedsięwzięciem operatorów Inter RAO (Rosja) i PSE Operator (Polska). Jego budowa pochłonęłaby kilkaset milionów złotych, do której to sumy należy dołożyć jeszcze inwestycje infrastrukturalne po polskiej stronie, przy czym koszt 1 km nowej linii oscylowałby w okolicach miliona euro i byłby to już wyłączny wydatek polskiego operatora.


Jednocześnie warto zwrócić uwagę, że do takiego projektu najprawdopodobniej nie dołoży się Unia Europejska, preferująca budowę połączeń energetycznych pomiędzy krajami wspólnoty. Warto w tym miejscu przypomnieć, że pierwotnie planowany był most energetyczny Alytus-Ełk, którym mieliśmy sprowadzać prąd z litewskiej elektrowni Visaginas mającej powstać w miejsce zamkniętej Ignaliny. Dodajmy, że taka polsko-litewska inwestycja miała wszelkie dane po temu, by uzyskać finansowe wsparcie Unii.


Dla Rosjan takie rozwiązanie było bardzo niewygodne, stawiało bowiem pod znakiem zapytania opłacalność Bałtyckiej Elektrowni Jądrowej budowanej głównie z myślą o eksporcie energii – do krajów bałtyckich, Polski i Białorusi. Rozpoczęła więc intensywny lobbing, mający wyeliminować Visaginas z gry i właśnie widzimy pierwsze konkretne skutki. O moście energetycznym z Litwą zrobiło się cicho, natomiast kilka dni temu szef Polskiej Grupy Energetycznej, Tomasz Zadroga, stwierdził że „Polska będzie kupować prąd od Rosjan”. Dodam, że jest to kwestia najbliższej przyszłości – rosyjski prąd popłynie bowiem do Polski, gdy tylko ruszy kaliningradzka elektrownia – czyli już za 5 lat. W tej chwili trwają negocjacje.


II. Tempo!


Zwróćmy uwagę na oszałamiające tempo: pierwsze rozmowy między Pawlakiem a Sieczinem odbyły się przy okazji podpisania umowy gazowej z Rosją (29.10.2010). O pracach analitycznych nad mostem energetycznym dowiedzieliśmy się w listopadzie 2010 przy czym prezes PSE Operator Henryk Majchrzak twierdził, że prace potrwają około roku, zaś cytowana przez „Rzeczpospolitą” wypowiedź („Byłoby grzechem zaniedbania, gdybyśmy nie wykonali analiz tej linii” ) sugerowała, że nic nie jest przesądzone - taka analiza "na wszelki wypadek"... Tymczasem już w lutym 2011 dowiadujemy się , że między Inter RAO a PGE i PSE Operator toczone są rozmowy odnośnie importu rosyjskiego prądu – padają wstępne liczby: 1000 MW, czyli ok. 8% rocznego zapotrzebowania Polski. Teraz prezes PGE przyznaje, że te rozmowy to już regularne negocjacje a kwestia importu jest przesądzona. Przypomnijmy, że prace studyjne nad mostem zakończą się dopiero jesienią, a już zapadła polityczna decyzja o imporcie (PSE Operator podlega Ministrowi Gospodarki, czyli W. Pawlakowi, temu samemu, który rozmawiał z Sieczinem i „negocjował” kontrakt gazowy). Jedyna korekta realizowanego z żelazną konsekwencją scenariusza to zamiana polskiej końcówki mostu z Olsztyna na Elbląg.


Osobną kwestią jest pośpiech z jakim Rosjanie realizują swoją atomową inwestycję przy naszej granicy – powstaje uzasadniona obawa, czy wybudowana w takim tempie elektrownia będzie w pełni bezpieczna zważywszy na przysłowiowy rosyjski „bardak”...


III. Prognozy, obawy...


Teraz pozwolę sobie na kilka spekulacji. Otóż podejrzewam, że o finale negocjacji dowiemy się jak zwykle, gdy będzie już za późno, prorządowe media nie drążą bowiem sprawy, zadowalając się krótkimi notkami w rubrykach gospodarczych. Powtarza się tu scenariusz z negocjacji gazowych – temat o kapitalnym znaczeniu dla Polski spychany jest na daleki plan i wypłynie zapewne dopiero wtedy, gdy wszystko będzie już postanowione. Ta opieszałość dotyczy również opozycji – przypominam, że „w temacie” gazowym PiS ocknął się tuż przed finałem rozmów, podobnie może być z kwestią importu energii elektrycznej – tymczasem trzeba krzyczeć teraz, bo za kilka miesięcy może być już za późno.


Kolejna obawa, którą pragnę się na zakończenie podzielić, dotyczy skali importu – sądzę, że podobnie jak w przypadku gazu Rosja zechce nas napchać swoim prądem po gardło, tak by ostatecznie wyeliminować z gry litewską Visaginę, a może nawet nasz Żarnowiec. Innymi słowy, może to być znacznie więcej niż 1000 MW i 8% naszego zapotrzebowania o którym na razie mowa, zaś Rosja zechce zapewne osiągnąć status wyłącznego eksportera na naszym rynku. Jak to przełoży się na ceny energii? Przypominam, że gaz z Rosji miał być „tani” a jeśli w negocjacjach maczają palce „specjaliści” od Pawlaka...


I wreszcie – czy naprawdę nie jesteśmy w stanie poczekać czterech-sześciu lat dłużej, do zakończenia budowy elektrowni w Visaginas (rok 2020) i w Żarnowcu (rok 2022), a póki co sprowadzać brakujący prąd z innych kierunków, albo zainwestować chociażby w modernizację połączenia z ukraińską elektrownią „Chmielnicki”? A co z mającymi ponoć powstać elektrowniami gazowymi?


W paru notkach (np. TU i TU) wysnułem „spiskową” teorię, że Rosja zapragnie odbić sobie na innych polach to co utraciła przy okazji negocjacji gazowych na skutek wmieszania się w ostatniej chwili Komisji Europejskiej. Import prądu z Kaliningradu wygląda na część tej „rekompensaty”, zaś Kreml uzyska kolejne narzędzie nacisku – do groźby zakręcenia gazowego kurka dojdzie atomowy „pstryczek-elektryczek”.


Gadający Grzyb


ilustracja: „Rzeczpospolita”

środa, 25 maja 2011

Jak Platforma dziki kraj zbudowała


PO została powołana do życia jako polityczna ekspozytura „układu” - z inspiracji służb specjalnych i przy użyciu mafijnych pieniędzy.



I. Ekspozytura.


Były szef CBA Mariusz Kamiński powiedział w wywiadzie dla „Uważam Rze”, iż Platforma Obywatelska była współfinansowana z mafijnych pieniędzy, których praniem miał zajmować się Mirosław Drzewiecki. Ponieważ Kamiński powołuje się na zeznania świadka koronnego, który to status nie jest przyznawany byle obszczymurkom, lecz „skruszonym” gangsterom o wiarygodności potwierdzonej w toku odpowiednich działań operacyjnych, nie można tej informacji zbyć wzruszeniem ramion.


Jeżeli dodatkowo przypomnimy sobie co o powstaniu Platformy mówił Gromosław Czempiński, który miał być jednym z akuszerów tego ugrupowania, to wszystko zaczyna układać się w spójną całość. Taką mianowicie, że projekt o nazwie PO został powołany do życia jako polityczna ekspozytura „układu”: z inspiracji i pod egidą służb specjalnych, finansowany zaś był - przynajmniej w początkowym okresie istnienia - przez mafię. Ot, kolejny przykład charakterystycznej dla krajów postkomunistycznych symbiozy między wywodzącymi się z poprzedniego ustroju spec-służbami a światem zorganizowanej przestępczości. Takie wzajemne ubezpieczenie: służby trzymają „kryszę” nad mafią, ta odwdzięcza się brzęczącą monetą, obie struktury zaś sprawują pieczę nad swą ekspozyturą polityczną, która to ekspozytura ze swej strony dba o interesy swoich promotorów w zamian za ich poparcie.


Dziś można śmiało powiedzieć, że była to nad wyraz udana i opłacalna inwestycja.


II. Umorzenia i „odpolitycznienie” prokuratury.


Patrząc pod tym kątem przestaje dziwić, dlaczego pod rządami PO umorzono po cichu różne śledztwa godzące w interesy jej patronów. Weźmy choćby taką mafię paliwową. Nagle okazało się, że żadnej mafii nie ma i nigdy nie było, zaś wielomiliardowe straty poniesione przez Skarb Państwa z tytułu jej działalności to zapewne jakieś chore wymysły obłąkanych z nienawiści pisowskich „spiskomaniaków”. Tak mniej więcej można wnioskować ze sposobu umorzenia sprawy – ściągnięto do jej prowadzenia prokuratora na co dzień zajmującego się wypadkami samochodowymi, a ten po miesiącu ukręcił śledztwu łepetynę. Można oczywiście wierzyć, że ów heros w ciągu miesiąca dogłębnie zapoznał się z 300 tomami akt i uznał je za makulaturę. Niektórzy pewnie nawet wierzą...


W świetle powyższego zupełnie inaczej wygląda „wielka reforma” wyłączająca prokuraturę spod nadzoru Ministra Sprawiedliwości. Poumożano to co było do umorzenia, następnie zaś zadbano, by tych spraw już nikt nigdy nie odgrzebał. Minister może bezradnie rozkładać ręce, bo wszak na „odpolitycznioną” prokuraturę nie ma już wpływu, zaś nowa prawnicza korporacja prędzej odgryzie sobie... no, mniejsza co sobie odgryzie, niż wróci do tak niewygodnych i niezdrowych tematów. W praktyce funkcjonowania IIIRP prokuratura byłaby zdolna powrócić do „śmierdzących” spraw jedynie wskutek „nacisków”, czyli po prostu woli politycznej odpowiedniego ministra, dysponującego silną pozycją w rządzie i twardym poparciem większości parlamentarnej. Bardzo „eleganckie” pozbycie się odpowiedzialności. Rączki czyste, więc o co wam, pisowcy malkontenci, chodzi?


III. Platformerski pitawal.


Spójrzmy teraz na aferę hazardową. Mniejsza już o knajacki język wyzierający ze stenogramów pogwarek między Rychem a Zbychem, tudzież trącące gangsterskimi zwyczajami spotkania na stacji benzynowej i cmentarzu. Jak wiadomo, hazard pod każdą szerokością geograficzną powiązany jest z przestępczym półświatkiem, jeżeli zaś dodać wspomnianą wyżej specyfikę krajów postkomunistycznych – powiązania między mafijnym podziemiem a służbami – przestaje dziwić gorliwość prominentnych polityków Platformy w zaspokajaniu biznesowych potrzeb pana Sobiesiaka za bliżej nieokreślone (he, he) przysługi.


O tych przysługach mógłby pewnie więcej powiedzieć trzeci bohater afery - „Miro” Drzewiecki. W szczytowym jej okresie niechęć Donalda Tuska do ostatecznego pożegnania się z partyjnym „funflem” tłumaczono tym, że ów „funfel” jako długoletni skarbnik partii mógłby doznać nagłego przypływu szczerości i podzielić się swą rozległą wiedzą z ciekawską publicznością. Donald to wiedział i Miro wiedział również, zaś każdy z nich wiedział, iż ten drugi wie, że on wie. Tak funkcjonuje sieć mafijnych współzależności gwarantujących dyskrecję i – khe, khe – wzajemne „zaufanie”. Mafijne pieniążki, nawet jeśli zostały przytulone przed wieloma laty, sznurują usta bardzo skutecznie. Milczenie - „omerta” - jest tutaj nie tyle złotem, co wyrazem rozsądnej troski o własne zdrowie.


IV. Protegowani „Niewidzialnej Ręki”.


Taak... informacja o pranych przez „Drzewka” funduszach, które ułatwiły start „projektowi PO” jest ostatnim puzzlem ponurego obrazka, pokazującego, że rządzi nami banda obwiesi na usługach przestępczo-służbowej „niewidzialnej ręki”. A że zarówno część mafijna, jak i służbowa owej „ręki” ma swoje podwieszenie w odpowiednich strukturach w Rosji, przestają dziwić również pozostałe posunięcia obecnej ekipy - choćby bierność wobec Nord Stream’u, efekt negocjacji gazowych, odpuszczenie sobie aktywnej polityki wschodniej i – oczywiście – porażająca nieudolność w sprawie Katastrofy Smoleńskiej, a kto wie - może nawet i sama Katastrofa...


Zaprawdę, Miro Drzewiecki twierdząc, że Polska to dziki kraj, doskonale wiedział co mówi. W końcu zarówno on, jak i całe jego parszywe ugrupowanie konsekwentnie ów „dziki kraj” budowało – ku ukontentowaniu swych mocodawców.


Gadający Grzyb

sobota, 21 maja 2011

Dyktatura matołów


Ukryte przesłanie akcji przeciw właścicielowi strony AntyKomor.pl jest jasne: czujne oko Saurona widzi wszystko, więc lepiej nie szurać.

Stefan Kisielewski podsumował niegdyś gomułkowszczyznę dosadnym określeniem „dyktatura ciemniaków”. Jak wiadomo, odwdzięczono mu się za to łomotem spuszczonym przez tzw. „nieznanych sprawców”. A przecież Kisiel, choć popularny, nie był w stanie Gomułce realnie zagrozić. Dzisiaj wprawdzie metody anonimowych pobić się nie stosuje (na razie?), ale sam mechanizm wybiórczych, punktowych szykan wydaje się jakby znajomy.

I. Pełzająca represjonizacja.

Przyznam się, że kiedy premier Tusk ogłosił rządową wojenkę z „kibolami”, do której pretekstu dostarczyła tzw. prowokacja bydgoska zastanawiałem się, czy to nie jest aby poligon doświadczalny, swoiste testowanie wariantu siłowego w planowanej rozprawie z opozycją. Po ostatnich wydarzeniach doszedłem jednak do wniosku, że „waadza” postawiła na inne rozwiązanie. Zamiast wprowadzać coś w rodzaju stanu wyjątkowego i delegalizować PiS, co wywołałoby fatalne wrażenie w Europie (i to w trakcie polskiej prezydencji), zdecydowała się na „pełzającą represjonizację” życia publicznego, do której ideologicznego uzasadnienia dostarczył oszalały z nienawiści do „Kaczora” i „moherów” Salon, wrzeszcząc o groźbie faszyzacji Polski. Owa „pełzająca represjonizacja” ma na celu wytworzenie wrażenia, że lepiej trzymać gębę na kłódkę i nie gardłować przeciw „waadzy”, bo „waadza” ma długie łapy i może nimi przydusić każdego niekonstruktywnego krytykanta.

Taki to „edukacyjny” wymiar ma niedawna akcja ABW przeciw administratorowi strony AntyKomor.pl, o której do niedawna mało kto słyszał. I śmiem twierdzić, że padło na niego właśnie z powodu tej niszowości - ukryte przesłanie jest jasne: czujne oko Saurona widzi wszystko, więc lepiej nie szurać. Podkreślam jeszcze raz – cel ataku został wybrany z absolutną premedytacją. Na podobnej zasadzie, z zachowaniem wszelkich proporcji, uderzono np. w Stanisława Pyjasa, który wszak nie był pierwszoplanowym opozycjonistą. Tamto zabójstwo miało na celu pacyfikację krakowskich środowisk studenckich, podobnie jak obecne szykany wymierzone są w poszczególne grupy – póki co w kibiców i coraz śmielej wkraczających do „realu” prawicowych internautów.

II. Sfrustrowane matoły.

Trudno nie zadumać się nad tym, jak rządzące nami nieudaczne matoły stają się przewrażliwione na punkcie jakiejkolwiek krytyki pod swoim adresem – zwłaszcza, jeśli ta krytyka podszyta jest sarkazmem czy ironią. Zupełnie jak Kisielowi „ciemniacy” - mają niespotykaną dotychczas medialną ochronę, sondaże niezmiennie pokazują wyraźną przewagę nad konkurencją, sprawują niepodzielne rządy do spółki z wyjątkowo spolegliwym koalicjantem, a mimo to każda formułowana publicznie krytyka działa na nich jak płachta na rozjuszonego buhaja. Co więcej, odnoszę wrażenie, że boli ich samo istnienie środowisk wobec których oficjalnie okazują lekceważącą pogardę: jacyś „kibole”, jakieś „mohery”, jacyś internetowi „opluwacze”...

Śmiem twierdzić, że wiem, co za tymi nerwowymi reakcjami stoi: poczucie, że ich rządy to pasmo klęsk, że spieprzono wszystko, co tylko można było spieprzyć, na wszystkich polach. I strach, że ta świadomość dotrze w końcu także do podtruwanych propagandowym czadem wyborców. Życie w takim napięciu, z majaczącym na horyzoncie widmem Trybunału Stanu, musi bardzo frustrować naszych matołów.


III. Walka z „faszyzacją”.


Stąd te wszystkie podchody: dwukrotna próba wprowadzenia do internetu tylnymi drzwiami cenzury, notoryczne problemy z wynajmem sal na pokazy „drugoobiegowych” filmów, akcja Radosława Sikorskiego przeciw listom dyskusyjnym na portalach gazet, nasilenie działań przeciw Presspublice (dziwnym trafem akurat wtedy, gdy tygodnik „Uważam Rze” trafił na czoło rankingów sprzedaży), represje wobec namiotu Solidarnych 2010, delegalizacja zniczy i tulipanów, czy słynne już mandaty po 500 zł dla kibiców za anty-donaldowy transparent wystawione z wykorzystaniem artykułu Kodeksu Karnego będącego spadkiem po PRL-u. To ostatnie stanowi zresztą ostateczne potwierdzenie, że tzw. „chuligani” zaczęli Tuskowi przeszkadzać dopiero w momencie, gdy na trybunach pojawiły się antyrządowe treści, bo wszak na stadionach od lat nie było tak spokojnie jak ohttp://www.blogger.com/img/blank.gifbecnie.

Dowiedzieliśmy się przy okazji, że „Donald” jest konstytucyjnym organem państwa, ale co tam – nie takich rzeczy jeszcze pewnie się dowiemy. Na przykład tego, że jeśli punktowa „pełzająca represjonizacja” uzupełniona najwyższą w UE liczbą podsłuchów i orzecznictwem rozgrzanych sądów okaże się niewystarczająca, to godne, słuszne i zbawienne stanie się odwołanie do „nieznanych sprawców”, którzy wszak w przeszłości niejednemu gardłującemu „faszyście” dali już radę.


Gadający Grzyb


Ilustracja jest screenem ze strony AntyKomor.pl opublikowanym na portalu Niezalezna.pl.

czwartek, 19 maja 2011

Niewidzialny target


...czyli o "wykluczeniu konsumenckim" i zagłodzeniu prawicowych mediów słów kilka.



I. Wykluczenie konsumenckie.


Nie wiem, czy Państwo zdają sobie z tego sprawę, ale w naszym kraju istnieje wielosettysięczna, a może nawet i wielomilionowa rzesza ludzi, którzy niczego nie kupują – nie używają kosmetyków, nie jeżdżą samochodami, nie korzystają z telefonów komórkowych, nie jedzą, nie piją a mieszkają zapewne w ziemiankach. To jak funkcjonują, ktoś zapyta. Głowy nie dam, ale przypuszczam, że żyją czystą nienawiścią skondensowaną w czarnych, okrytych moherem duszach.


Tą grupą są czytelnicy prawicowych gazet. Jeżeli weźmiemy do ręki taki „Newsweek” czy inną „Politykę” a nawet, niech tam, coraz bardziej dołujący „Przekrój”, ujrzymy szpalty nafaszerowane reklamami dóbr wszelakich, bez których wedle rozeznania reklamodawców czytelnik tychże mediów obejść się nie może. Gdy z kolei zajrzymy do „Gazety Polskiej”, czy „Uważam Rze” zobaczymy strony zapełnione wyłącznie treściami wychodzącymi spod ręki redaktorów, reklam zaś albo wcale, albo co najwyżej kilka.


Nie może być inaczej – reklamodawcy uznali, że telefony komórkowe, środki higieny, pojazdy mechaniczne, napoje gazowane, komputery i cała reszta akcesoriów adresowanych do MWzWM jest tym średniowiecznym moherom doskonale zbędna.


II. Niewidzialny „target”.


Przedstawiciele domów mediowych gdy ich o to zapytać zbywają kwestię gładką formułką, że czytelnicy gazet reprezentujących wrażliwość, nazwijmy to, konserwatywno-niepodległościową, to „nie te ten target”, zupełnie jakby milcząco zakładali prawdziwość obiegowego schematu o „starszych, gorzej wykształconych, biedniejszych z małych ośrodków”.


Jest to oczywisty fałsz i ci łgarze od reklamy doskonale o tym wiedzą. Owszem, z punktu widzenia reklamodawcy najatrakcyjniejszym konsumentem jest, z tego co pamiętam, osoba między 20 a 50 rokiem życia, nieźle zarabiająca i nie obciążona zbyt liczną rodziną – taka, której chce się używać życia, za które to „używanie” uznaje się nie wiedzieć czemu kupowanie miliona najróżniejszych pierdół. Tyle, że wystarczy spojrzeć na demonstrację z 10.04, by przekonać się, że tzw. „mohery” reprezentują pełen przekrój społeczny i wiekowy, zaś telewizyjne obrazki prezentujące w kadrze wzorem Macieja Szczepańskiego garstkę staruszek mają się do rzeczywistości jak pięść do nosa.


Domy mediowe oczywiście muszą dysponować odpowiednimi badaniami, z których wynika absurdalność tezy, że czytelnicy np. takiego „Uważam Rze” to biedna wiocha, którą stać co najwyżej na alpagę. Zresztą, w każdym normalnym kraju sukces na niełatwym prasowym rynku tygodnika, który zaraz po debiucie przebojem wdarł się na podium, skutkowałby automatycznie sypnięciem się ofert. To samo tyczy się również „Gazety Polskiej”, która w ciągu roku wyskoczyła z niszy i doszlusowała nakładem do krajowej czołówki. Nie wspomnę już o największym tygodniku - „Gościu Niedzielnym” dzierżącym sprzedażową palmę pierwszeństwa.


III. Zagłodzić prawicowe media.


W zasadzie można by się cieszyć, że reklamowy kit nie zapycha naszych cennych mózgów, gdyby nie jeden szkopuł: otóż we współczesnych realiach sprzedaż to jedynie fragment dochodów gazety i to wcale nie największy, lwią część natomiast generują reklamy. Bez stabilnej pozycji na tym rynku żadne pismo nie ma co marzyć o rozwoju. I tu dotykamy sedna procederu, którego istotą jest „zagłodzenie” nieprawomyślnych mediów.


Jak zwykle bowiem, gdy dzieją się rzeczy niewytłumaczalne zdroworozsądkowo należy pamiętać o tym, że w Polsce, z jej systemem kartoflanej demokracji, interesy może robić ten, kto żyje dobrze z władzą i szeroko rozumianym establishmentem III RP zakorzenionym jeszcze w PRL-owskich „układach” - a na układy, wiadomo, nie ma rady. Natomiast wymienione wyżej pisma wspierają poglądy i postawy zagrażające najbardziej żywotnym interesom tegoż establishmentu, toteż odcięcie ich od reklam jest naturalną konsekwencją przyjętej linii programowej.


W ten sposób np. zagłodzono skutecznie w latach 90-tych „Czas Krakowski” - dziennikarze do dziś wspominają, jak potencjalni reklamodawcy sumitowali się mówiąc, że owszem, dali by reklamę, ale chcą mieć spokój w interesach, bo „waadzy” takie wspieranie prawicowej gazety by się nie spodobało. A że „waadza” gdy chce, może uziemić każdego, przekonał się Roman Kluska i wielu innych. Inny przykład, to przypadek „Gazety Polskiej”, kiedy to zawarła kontrakt reklamowy z państwowym wówczas „Hortexem” - wkrótce potem były wybory, do władzy doszło SLD, zmieniono szefostwo spółki i podpisany już kontrakt zerwano, narażając firmę na wypłacenie dużego odszkodowania, zaś managera odpowiedzialnego za umowę wywalono z roboty. „Życie” Wołka (cokolwiek byśmy o nim dziś nie sądzili) również padło po tym, jak reklamodawcy zaczęli uciekać w popłochu po opublikowaniu „Wakacji z agentem”. Dziś podobny mechanizm obserwujemy na przykładzie czarnego pijaru wokół SKOK-ów, które śmią od czasu do czasu zamieszczać reklamy w „Gazecie Polskiej” jako bodaj jedyna duża firma.


Jak widać, realia się nie zmieniły ani o jotę, zaś proceder „głodzenia” prawicowych mediów trwa w najlepsze. I żaden mityczny „target” ani biznesowa kalkulacja nie mają z tym nic wspólnego.


***


Pan Arłukowicz Bartosz został niedawno pełnomocnikiem d/s wykluczonych, których to wykluczonych ma być w Polsce cała masa. Proponuję zatem cel pierwszej kampanii, gdy już pan minister zadomowi się w nowym gabinecie: walka z wykluczeniem konsumenckim czytelników prawicowej prasy. Reklama dla każdego!


Gadający Grzyb

poniedziałek, 16 maja 2011

Euro-koalicja przeciw polskim łupkom?


Potencjał złóż gazu łupkowego w Polsce spędza sen z powiek nie tylko Gazpromowi, lecz również naszym „euro-sojusznikom”.



I. Niewygodne łupki.


Jak donosi „Dziennik Gazeta Prawna”, a wraz nim m.in. „Rzeczpospolita” i portal „wPolityce.pl”, francuski parlament pod naciskiem lobby atomowego uchwalił ustawę zabraniającą pozyskiwania gazu łupkowego metodą szczelinowania hydraulicznego, wzorując się na analogicznych rozwiązaniach kanadyjskiej prowincji Quebec i amerykańskiego stanu Nowy Jork. Pretekstem był rzekomo negatywny wpływ tej technologii na czystość wód gruntowych. Całkowicie zignorowano przy tym fakt, że ujęcia wód gruntowych znajdują się na głębokości maks. 500 – 600 m, tymczasem szczelinowania dokonuje się 2 – 3 tys. metrów pod ziemią. Jak z pakietem klimatycznym – była „wola polityczna” by uchwalić, to uchwalono - bez zawracania sobie głowy zbędnymi faktami.


Innymi słowy, właśnie okazało się, że potencjał złóż gazu łupkowego w Polsce spędza sen z powiek nie tylko Gazpromowi – jest równie niebezpieczny dla różnych branżowych i ideologicznych grup interesu, nazwijmy to – euroazjatyckich. Uruchomienie wydobycia gazu niekonwencjonalnego w Polsce (bo w żadnym innym europejskim kraju złóż w takiej skali jak nasza nie odkryto) uderza bowiem w obecny „porządek energetyczny”: stawia pod znakiem zapytania nie tylko francuski atom (możliwa konkurencja - elektrownie gazowe), ale również rosyjską dominację surowcową w regionie i plany ekspansji na Zachód, a także współpracę gazową Rosja – Niemcy przypieczętowaną świeżo położonym Gazociągiem Północnym oraz sens wydawania miliardów eurorubelków, które mają być wpompowane w różne „ekologiczne” projekty pozyskiwania energii.


Poza tym, może się okazać, że łupki sprawią, iż „pakiet klimatyczny” i związany z nim drastyczny skok cen energii w najbliższych latach, nie wyhamuje naszej gospodarki na tyle, na ile liczyli jego twórcy. Skandal!


II. Koalicjanci.


Chciałbym tu zwrócić uwagę, że wspólnota interesów sprawia, iż rysuje się nam arcyciekawa koalicja. „Ekolodzy” (a właściwie „ekologiści”, gdyż ekologia to nauka zaś ekologizm to ideologia, powtarzam to przy każdej okazji) podsypani jurgieltem Gazpromu idą w niej pod mankiet z lobby atomowym, do tego rządy potęg „starej Europy” - Niemiec i Francji – nie są, delikatnie mówiąc, zainteresowane by wyrosła im pod bokiem dynamiczna, „nowoeuropejska” konkurencja.


Dlatego też (obawa ta jest już formułowana) można się spodziewać, że Niemcy i Francja będą za jakiś czas próbowały przeforsować na forum unijnym (arcywygodne narzędzie!) rozwiązania uniemożliwiające eksploatację złóż gazu łupkowego. Wszystko z troski o naszą przyrodę rzecz jasna – wszak poligon doświadczalny jakim była „obrona doliny Rospudy” wykazał niezbicie, iż polska przyroda jest wspólnym europejskim dobrem, które należy chronić przed polskimi barbarzyńcami. Współgra z takim podejściem polityka Gazpromu organizującego już od dłuższego czasu rozmaite kursokonferencje na których cierpliwie tłumaczy jakim strasznym zagrożeniem ekologicznym jest wydobycie shale gas.


Euro-dyrektywy, których możemy oczekiwać uzyskają oczywiście pełne wsparcie „ekologistów”, tego możemy być pewni, albowiem podobnie jak z Rospudą, odbyło się już „próbne strzelanie”, którym było przekupienie przez Nord Stream niemieckich ekologów protestujących przeciw bałtyckiej rurze. Wystarczyło sypnąć 10 milionów euro na „Fundację Ochrony Przyrody Niemieckiego Bałtyku” i voila! (szerzej w notce „Ekologiści a Nord Stream”). Wpisuje się to zresztą w sowiecką tradycję sponsorowania zachodniego lewactwa, tyle że dziś odbywa się to już w pełni jawnie, legalnie i z poparciem „czynników rządowych” po obu stronach.


III. „Będziemy postępowali wedle własnego rozeznania” .


No dobrze, zagrożenia z grubsza naszkicowane, a co na to Polska? Ano, Gazprom rozwija swą ofensywę pijarowską bombardując zachodni świat polityki i środowiska opiniotwórcze antyłupkową eko-propagandą, nasz rząd natomiast ani du-du. Nie organizujemy własnych „sympozjów i seminariów”, by choć częściowo zneutralizować przekaz Kremla i wsparcie jakie ów przekaz uzyskuje w zachodnich ośrodkach polityczno-biznesowych.


Donald Tusk wprawdzie odgraża się, że „będziemy postępowali wedle własnego rozeznania” , ale jeśli to „rozeznanie” ma wyglądać tak jak w przypadku Nord Streamu, czy naszych, pożal się Boże, „reakcji” na przyblokowanie świnoujskiego gazoportu rosyjsko-niemiecką rurą, to marnie widzę. Tak się bowiem składa, że – jak wszystkim wiadomo – Gazociąg Północny został położony gdzie chcieli i jak chcieli jego twórcy, zaś rząd Tuska-Pawlaka nabrał wody w usta i dalej płynie sobie spokojnie „z głównym nurtem” kontentując się tzw. „dobrą prasą” w Niemczech i uzależniającą nas od Rosji długoterminową umową z Gazpromem.


Niezłą lekcją niemieckiego podejścia była wypowiedź wiceszefowej niemieckiego MZS, Cornelii Pieper dla „Rzeczpospolitej”, która najpierw stwierdziła, że „w Polsce obawy są przesadzone”, by zaraz dodać:



„jeżeli Polska będzie obstawała przy rozbudowie portu dla statków o większym zanurzeniu, to Niemcy są gotowe to poprzeć. Oczywiście jeżeli polskie plany pogłębiania dna morskiego nie będą naruszały europejskich praw o ochronie przyrody. Dziwię się, że podnosi się te problemy. Tyle dobrego się w stosunkach polsko-niemieckich dzieje, powinniśmy się skoncentrować na przyszłości.” (wytł. moje - GG)



O ile zakład, że „plany pogłębienia dna”, gdy przyjdzie co do czego, nie okażą się zgodne z „europejskimi prawami o ochronie przyrody”? Poza tym, nie zapominajmy, że na straży będą czuwać „ekologiści” z powołanej przez Nord Stream „Fundacji Ochrony Przyrody Niemieckiego Bałtyku”...


A poza tym, „tyle dobrego się dzieje”, więc wybierzmy przyszłość prawda? Na cholerę te wielkie statki zawijające do Polski. Wyręczymy was naszym portem w Rostocku...


IV. Postaw czerwonego sukna.


Z podobnym podejściem zapewne spotkamy się ze strony Niemiec, Francji, „ekologistów” i struktur unijnych gdy na ostrzu noża stanie kwestia wydobycia gazu łupkowego: „w zasadzie tak, ale...” - i tu padnie kilometrowa lista obostrzeń ekologicznych czyniących całą zabawę niewykonalną i/lub nieopłacalną. A Rosja będzie sobie stała skromnie z boku, zacierając ukradkiem spracowane czekistowskie ręce, do których to rąk tak dobrze pasuje twarda waluta.


Jeżeli już mam gdzieś wypatrywać jakiejś nadziei (pod obecnym rządem), to raczej w ekonomicznych interesach firm zainteresowanych eksploatacją gazu łupkowego. Tak się składa, że francuski koncern „Total” nie przejmując się stanowiskiem połączonych sił nadsekwańskich lobbies - atomowego i ekologicznego (sic!) - odkupił od amerykańskiego Exxon Mobil 49% udziałów w koncesji na poszukiwanie gazu łupkowego na Lubelszczyźnie. Firmy inwestujące w polskie łupki to poważna siła i poważne pieniądze. Mogą uruchomić własny lobbing, jeśli zaś przekupią obecny polski nie-rząd, to kto wie, może niespodziewanie i „nasi” zdecydują się stanąć okoniem „antyłupkowej” koalicji. Tyle, że po wszystkim może się okazać, iż w kwestii złóż znajdujących się na polskim terytorium Polska nie będzie miała nic do powiedzenia... rozdrapana niczym postaw czerwonego sukna.


Ale to dywagacje. Póki co, Gazprom ma u nas pozycję hegemona, jeżeli zaś prawdą jest, iż (jak podał portal „wPolityce.pl”) ponad 50% koncesji wydanych przez Ministerstwo Ochrony Środowiska na eksploatację złóż gazu łupkowego trafiło w ręce firm powiązanych z rosyjskimi służbami i rosyjską mafią (szerzej w notce „Polskie łupki dla Gazpromu”), to z pozyskania jednego z naszych największych bogactw wyjdą nici, zaś polska gospodarka przyduszona tzw. „pakietem klimatycznym” utkwi w marazmie na dziesięciolecia.


***


To naprawdę ostatni dzwonek, by odsunąć od władzy rządzącą ekipę i wziąć sprawy we własne ręce. Nikt inny tego za nas nie zrobi.


Gadający Grzyb

środa, 11 maja 2011

O naprawie Rzeczypospolitej


Blogerskie refleksje wokół Kongresu „Polska Wielki Projekt”.



I. Medialne otumanienie.


Tyle łez wylewano w mediodajniach nad mizerią intelektualnego zaplecza naszych bytów politycznych. Że to, panie kochany, nic się nie dzieje, brak systemowych koncepcji, partie wydają pieniądze podatnika na durne spoty i billboardy... A tu proszę, Instytut Sobieskiego zorganizował w zeszłym tygodniu wielki pięciodniowy kongres „Polska Wielki Projekt” (04 – 08.05.2011) podczas którego naszkicowano kompleksową diagnozę obecnego stanu państwa i podano rozwiązania mające służyć, że tak zaszyję Fryczem-Modrzewskim, „naprawie Rzeczypospolitej”. I co? Ano – nic. Ogarnięcie tematu najwyraźniej przerosło możliwości naszych luminarzy pióra, tudzież mikrofonu. A to jakaś na poły prześmiewcza notka w „Wyborczej”, a to wzmianka w jednej czy drugiej telewizji, gdzie zauważano co najwyżej briefing Jarosława Kaczyńskiego z obowiązkowym wtrętem, że miał miejsce podczas konferencji „prawicowych” czy wręcz „pisowskich” intelektualistów (trzeba było słyszeć jakim tonem wymawiano słowo „intelektualista” mające odnosić się do „pisiorów”)...


Doprawdy, obawiam się, że dziennikarska brać o mało nie skręciła sobie karków od starannego patrzenia przez te kilka dni w inną stronę. Wszyscy bowiem, jak jeden, żyli kolejną wrzutką rządu Tuska – Ostachowicza, czyli wojną z kibolami, która – takie odnoszę wrażenie – miała m.in. właśnie „przykryć” odbywający się Kongres. Co ciekawe, również „Rzeczpospolita” (jeden z medialnych patronów przedsięwzięcia) jakoś nie pokusiła się o szersze relacje z kolejnych paneli. Przeglądam dział „Opinie” i widzę tam tylko jeden programowy tekst prof. Krasnodębskiego (tekst piszę 10.05). Wszystkich już otumaniło?


II. Stać nas na IV RP.


Ale ja w zasadzie nie o tym chciałem. Otóż, gdy przeglądam na stronach Instytutu Sobieskiego materiały, gdy słucham nagrań wystąpień kolejnych prelegentów (choćby w Niepoprawnym RadiuPL), to widzę po stronie, nazwijmy to hasłowo, „propaństwowo-niepodległościowej” olbrzymi intelektualny potencjał, który do niedawna żył niejako w uśpieniu, lub co najwyżej w „drugim obiegu”, a który obecnie dobija się z coraz większą mocą o prawo głosu i traktowanie jako równorzędnego uczestnika debaty publicznej. Tego siły IIIRP nie będą w stanie na dłuższą metę ignorować.


Kongres pokazał bowiem jedną, podstawową rzecz: obóz IV Rzeczypospolitej stać na kompleksowy program przebudowy państwa, na spójną wizję dotyczącą zarówno najrozmaitszych aspektów polityki wewnętrznej, jak i spraw międzynarodowych, zaś jego podstawowym wyznacznikiem jest upodmiotowienie Polski i Polaków. Spójrzmy zresztą na poszczególne bloki tematyczne Kongresu:


1. Polska – wyzwania strategiczne


2. Infrastruktura. Na czym rozpędzić rozwój Polski?


3. Rządy i sądy w Polsce


4. Polska racja stanu


5. Jakie młodych Polaków chowanie?


6. Nauka i innowacje, czyli jak budować przewagę


7. Media publiczne, prywatne i społeczne


8. Nowoczesność – projekt tradycyjny (o postępie i roli inteligencji w polskiej tradycji intelektualnej)


9. Jak konserwatyści mogą kształtować polskie miasta?


Każdy z tych punktów oczywiście rozbity został na kilka wystąpień, prowadzonych przez liczne grono specjalistów z najróżniejszych dziedzin. Od siebie dodam, iż całościowy obraz wyłaniający się z poszczególnych wykładów, prelekcji i debat pokazuje daleko posuniętą degrengoladę budowanej i „modernizowanej” od 20 lat Polski. Innymi słowy – fiasko rzekomo bezalternatywnego projektu III RP. Państwo nie działa, albo działa wadliwie we właściwie wszystkich swych obszarach. Owo „państwo na niby” nie realizuje żadnego ze swych zadań – od zapaści samodzielnej polityki zagranicznej, poprzez sypiącą się infrastrukturę po sferę edukacji i sprawy społeczne. Co więcej, Polska ma poważny problem ze swą tożsamością i co za tym idzie – określeniem racji stanu.


Nie jesteśmy jednak w sytuacji bez wyjścia. Jeżeli Prawo i Sprawiedliwość, jedyna na dzień dzisiejszy realna siła opozycyjna, zechce sięgnąć w praktyce rządzenia po specjalistów (często bez jednoznacznych partyjnych afiliacji, wbrew temu co plotły media o „pisowskiej” rzekomo imprezie), którzy właśnie zbiorowym wysiłkiem zarysowali „wielki projekt”, to będą wszelkie dane po temu by wyjść z obecnego stanu degenerującego marazmu. A wszak, zasoby intelektualne IV RP nie ograniczają się jedynie do uczestników Kongresu.


III. Intelektualny bezwład „łże-elit”.


Kolejną refleksją, która się nasuwa, jest miałkość, by nie powiedzieć dosadniej, propozycji dla Polski coraz bardziej zgeronciałych „elit” IIIRP - owego „salonu” starającego się trzymać w słabnącej garści życie intelektualne współczesnej Polski. Zadam tu retoryczne pytanie: czy temu środowisku, mówiąc skrótowo – warszawce i krakówkowi - przyszło do głowy, by zorganizować podobną konferencję, mierzącą się bez złudzeń z kondycją naszego państwa i wyzwaniami, które przed nim stoją?


Nie, nie przyszło, gdyż dla tych państwa historia skończyła się na wejściu do Unii Europejskiej, zaś dalszy rozwój i modernizacja mają nastąpić niejako same z siebie wraz z wdrażaniem kolejnych urodzonych w Brukseli dyrektyw i zaleceń. Tyle, skrótowo rzecz ujmując, mają do zaproponowania społeczeństwu. Wszelkie antagonizmy, sprzeczne interesy, nierówności i braki roztopią się w europejskiej magmie, jeżeli zaś owa euro-modernizacja napotyka na jakieś przeszkody, to tylko z powodu kulturowego „zacofania” Polaków. Z oczywistych względów nie są w stanie dokonać krytycznej analizy dorobku III RP, gdyż sami ów dorobek w znacznej mierze współtworzyli.


Ach, zapomniałbym - na wszelkie udokumentowane diagnozy, pokazujące że zbudowany przez nich twór jest sypiącą się ruiną trzymającą się kupy chyba tylko z przyzwyczajenia, potrafią jedynie zatkać uszy i wrzeszczeć o „faszyzmie”.


Dlatego Kongres należało za wszelką cenę zamilczeć, bądź wyśmiać – każda próba merytorycznej polemiki skazana byłaby na porażkę i „saloniarze” doskonale o tym wiedzą. Bo – uchowaj Brukselo – miejscowa gawiedź mogłaby się przekonać, że po „tamtej stronie” nie stoi banda oszalałych „moherów” i „faszystów”, tylko kompetentni, propaństwowo nastawieni naukowcy i intelektualiści formułujący koherentną i realistyczną wizję sanacji Polski, zupełnie odmienną od urządzonego nam przez luminarzy IIIRP priwislańskiego grajdołka.


***


Na zakończenie dwie dobre wiadomości. Pierwsza – obecne „łże-elity” ustąpią pola, zmusi ich do tego „coraz bardziej otaczająca rzeczywistość”, to tylko kwestia czasu. Oni sami to zresztą przeczuwają i stąd te potępieńcze wrzaski. Druga – kongresy Instytutu Sobieskiego będą odbywać się co roku – z pożytkiem dla Rzeczypospolitej i nas wszystkich, jak sądzę.


Gadający Grzyb