Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WSI24. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WSI24. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 listopada 2011

Zwycięstwo prowokacji

Nie tracąc nadziei, że płonący wóz transmisyjny stacji tow. Waltera stanowi dobry początek, trzeba uznać, że mieliśmy do czynienia ze zwycięstwem prowokacji.


I. Przedsmak Budapesztu

Trudno było mi powstrzymać odruchowy uśmiech i uczucie schadenfreude na widok płonącego wozu Tusk Vision Network i zdemolowanego automobilu Polshit News. Jak wieść niesie, w podobny sposób potraktowano również samochody Polskiego Radia i TVN Meteo. Prywatne auta nie ucierpiały, co jest dowodem, że nie mieliśmy tu do czynienia z bezmyślnym wandalizmem, tylko świadomym wyborem, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że z obywatelskim aktem sprzeciwu-zemsty za lata kłamstw i manipulacji uprawianych przez reżimowe mediodajnie.

Podobnie było kilka lat temu (2006r) podczas ulicznych bitew w Budapeszcie, wybuchłych po wycieku wypowiedzi ówczesnego postkomunistycznego premiera Ferenca Gyurcsány’ego, kiedy w gronie partyjnych towarzyszy-swojaków przyznawał się do łgarstw i czteroletniego nicnierobienia. Brzmi to bardzo znajomo, nieprawdaż? Z tą różnicą, że nasza dyktatura matołów nie musi uprawiać takich ekspiacji na wewnętrzny użytek, bo tam od dawna jest już wszystko jasne i nie ma po co strzępić jęzorów. Więc ober-matoł jęzora nie strzępi, tylko robi co jakiś czas wilcze oczy i flekuje sobie jakiegoś Schetynę.

Wracając do Budapesztu: otóż wówczas jednym z celów oburzonych demonstrantów - prócz budynków rządowych i siedziby Węgierskiej Partii Socjalistycznej – był gmach tamtejszej telewizji publicznej, opanowanej przez postkomunę w stopniu nie mniejszym niż u nas. Ludzie mieli dość skrajnie stronniczego, propagandowego przekazu i dali temu wyraz, co polecam tym, którzy biadolą, że wrogie otoczenie medialne nie pozwala PiS-owi wygrywać wyborów. Na Węgrzech bariera medialna była równie szczelna jak u nas.

W Warszawie 11 listopada nie doszło jeszcze wprawdzie do szturmu siedzib WSI24, Agory czy innych, równie zasłużonych propagandowych placówek obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, ale nie tracę nadziei, że jeszcze wszystko przed nami, zaś płonący wóz transmisyjny stacji tow. Waltera stanowi rozgrzewkę i w sumie niezły początek.

Żeby analogia była pełniejsza dodam, że „Wyborcza” zamieszki w Budapeszcie relacjonowała w podobnym duchu, co Marsz Niepodległości. Acha, ciekawostka: węgierskim demonstrantom udało się wtedy odpalić muzealny egzemplarz czołgu T-34, co poddaję pod rozwagę na przyszłość, tym bardziej, że Muzeum Wojska Polskiego ma fajną ekspozycję sprzętu pancernego na wolnym powietrzu. Stwarza to pewną nadzieję, że różnych takich wywiezie się z ich przeszklonych zamków tym samym sprzętem, na jakim przyjechali do Polski ich rodzice.

II. Oburzeni

Co ciekawe, funkcjonariusze mediodajni wydawali się być autentycznie zdumieni – zupełnie jakby zamknięci w swym medialno-korporacyjnym matrixie uwierzyli we własną propagandę i kreowany na użytek gawiedzi wizerunek obiektywnych dziennikarzy. Jakieś despekty mogłyby ich spotkać gdzieś na moherowej prowincji, tam wiadomo – tubylcy każdego złapanego eMWuzetWueM-a przywiązują do krzyża i batożą różańcami - ale w WARSZAWIE?

Na miejscu różnych wyrobników propagandowego frontu III RP dobrze zastanowiłbym się nad sensownością wzdychania za pojawieniem się w Polsce ruchu „oburzonych”, bo może się okazać, że ci „oburzeni” nie będą grzecznymi młodzieńcami z dobrych szkół, a ich oburzenie będzie, jakby tu rzec – bardziej autentyczne i wyładuje się m.in. na naszych dziennikarskich orłach-sokołach.

Owe orły-sokoły, jak na karnych i zdyscyplinowanych czynowników dyktatury matołów przystało, wiedzą kiedy należy zrobić tzw. atmosferę i usprawiedliwić sprowadzanie z Niemiec czerwonych bandytów z Antify kłamliwą wrzutką o rzekomym zapraszaniu „prawicowych radykałów” z innych krajów. Wiedzą również kiedy przemilczeć lewackie akcje ulicznego terroru, a kiedy nagłośnić zadymę wszczętą obok Marszu, najprawdopodobniej przez kiboli, którzy jak się zdaje postanowili przypomnieć ober-matołowi, że porachunki jeszcze się nie zakończyły. Chwilę wybrali nie najszczęśliwszą, ale jeśli gdzieś szukać oburzeniowego potencjału o autentycznych społecznych podstawach i przyczynach, to właśnie wśród nich i nie chciałbym być w skórze dziennikarzy, czy lewackich kawiarnianych gogusiów spod znaku „Krytyki Politycznej”, gdy ten kocioł w końcu eksploduje.

III. Zwycięstwo prowokacji

Wszystko to nie może jednak przesłonić faktu, że mieliśmy do czynienia ze zwycięstwem prowokacji. Lewacy i dyktatura matołów dostali to czego chcieli – spektakularną zadymę, mającą skompromitować patriotyczny przekaz w przestrzeni publicznej. Budowana pracowicie od tygodni atmosfera konfrontacji przyniosła oczekiwane efekty. I nie ma znaczenia, że sam Marsz Niepodległości odbył się spokojnie, zaś burda została wszczęta przez grupy nieuczestniczące w Marszu i niezależne od organizatorów. Integracyjny potencjał Marszu Niepodległości, który zaczął przyciągać różne środowiska z opcji patriotyczno-niepodległościowej i miał szansę stać się wydarzeniem, które za rok-dwa przyćmiłoby oficjalne obchody został zmarnowany, podobnie jak wizerunek ciepłej, rodzinnej imprezy.

O to chodziło prowokatorom. Jak napisałem w notce „Marsz Wolnych Polaków”:

„elementem uprawianej wobec Polaków antygodnościowej socjotechniki jest zohydzenie Święta Niepodległości – tak, by kojarzyło się przede wszystkim z ulicznymi zadymami.” (...)

„Pozaoficjalne obchody najważniejszego święta państwowego, urządzane w duchu niekoniecznie miłym władzy, mają zostać odarte z godności, tak by zbitka 11 Listopada = burdy i obciach wdrukowała się w zwoje odbiorców i zagnieździła w nich na dobre.

No bo, patrząc racjonalnie: udało się ze Smoleńskiem, udało się Krzyżem – to dlaczego nie miałoby się udać i tym razem?”

No właśnie. Wyartykułowane wyżej cele zostały zrealizowane. Przeciętny konsument telewizyjnego przekazu został nafaszerowany po gardło, po dziurki w nosie odpowiednimi obrazkami. I te obrazki w nim zostaną na długo, na bardzo długo. Co z tego, że my wiemy, jak bardzo zmanipulowany przekaz podano gawiedzi. Ludzie zapamiętają, że uczestnicy Marszu tłukli się z policją i tyle.

Swoją pieczeń upichciła również dyktatura matołów. Do rozstrzygnięcia pozostaje, czy wypychanie ludzi z Placu Konstytucji przez policję było obliczone na sprowokowanie zamieszek i czy podgrzewające konflikt zamieszanie z „delegalizacją” Marszu to celowa robota HG-W. Tak czy owak, ober-matoł już zdążył zrobić wilcze oczy i zapowiedzieć „karanie z całą bezwzględnością”, zaś ten drugi, o którym przez wzgląd na powagę urzędu prezydenta staram się pisać jak najrzadziej, zapowiedział inicjatywę legislacyjną obostrzającą prawo o zgromadzeniach. Jak znam życie, to możemy się też spodziewać wzmożonej aktywności służb specjalnych wobec środowisk opozycyjnych. Nadzorcy systemu pełzającej represjonizacji dostali właśnie jak na tacy idealną podkładkę i to – cóż za traf – akurat przed latami ciężkiego kryzysu i spodziewanych w związku z tym społecznych niepokojów.

Gadający Grzyb

wtorek, 29 marca 2011

Dziennikarstwo kontr-faktyczne po raz kolejny


Gwarancją przetrwania w dziennikarskim zawodzie jest przede wszystkim wiedza o tym, czego mówić się nie powinno.



I. O blogerskich pożytkach z mediodajni.


Do pewnego momentu powielałem dość popularny w blogosferze błąd polegający na śledzeniu z zapartym tchem wrażych mediodajni i punktowaniu na pełnym oburzenia przydechu jaką tam nową podłość wymyślili, jaką manipulacją uraczyli poddawane praniu mózgów tubylcze bydełko, jakież to nowe diapazony skurwienia osiągnięto i tak dalej. Od czasu do czasu śpieszyłem podzielić się swymi spostrzeżeniami na blogu. Po pewnym czasie jednak oświeciło mnie, że jest to czynność, delikatnie mówiąc, mało twórcza i konstruktywna. Manipulacje są bowiem tak toporne, tak przejrzyste dla każdego średnio kumatego odbiorcy i ograniczają się do na tyle wąskiego repertuaru zagrywek, że jedynie funkcjonujący na naszym rynku ściśle reglamentowany oligopol opinii sprawia, że wiadome mediodajnie mogą w swej propagandowej działalności pochwalić się jako taką skutecznością.


No, chyba że już zupełnie nie ma się o czym pisać – wtedy pobieżny nawet przegląd mediów, zarówno tych pisanych i utwierdzających ćwierćinteligentów w przekonaniu że są elitą, jak i tych obrazkowych, nie skrywających, że swą ofertę adresują do gawiedzi, może dostarczyć blogerskiego samograja ku ukontentowaniu autora i czytelników.


Nie ukrywam, że ostatnio jakoś mi „wychłódło”, ale cóż – trzeba coś tam skrobnąć od czasu do czasu, by klawiatura nie zarosła kurzem a człowiek na starość nie skonstatował z przerażeniem, że nie wie jak wyrazić swój „bul” i „nadziejię”, sięgnąłem zatem po ostatnią blogerską deskę ratunku i odpaliłem WSI24. Nie minął kwadrans i już znalazłem swój temat, którym zaprzątnę uwagę tych straceńców, którzy zerkają na moje wypociny.


II. Dziennikarz kontr-faktyczny pochyla się nad człowieczym losem.


Niegdyś pozwoliłem sobie zdiagnozować obowiązujący model nadwiślańskiej żurnalistyki, jako „dziennikarstwo kontr-faktyczne”, czyli jako formę propagandy uprawianej obok faktów, a gdy trzeba – wbrew faktom. Spektrum technik obejmuje chwyty od ordynarnego kłamstwa począwszy a na dyskretnych przemilczeniach skończywszy. I na takie przemilczenia właśnie natknąłem się w materiale, który zaatakował moje zmysły. Oto mamy doniesienie „z terenu”, mające u telewidza wytworzyć wrażenie, że dana stacja, walterownia znaczy się, to nie tylko jak zarzucają moherowi nienawistnicy „warszawka” z przyległościami. Nie! Dana stacja, moi mili, nie waha się pochylić z troską nad losem zwykłego człowieka, wysłać dzielną ekipę na eksplorację interioru i przedstawić w efekcie problemy z którymi borykają się szarzy obywatele – z troską, zrozumieniem i empatią.


Materiał dotyczył blokady trasy K-11. Otóż zdesperowani mieszkańcy Ujścia wyszli na drogę, by domagać się budowy obiecywanej im od lat obwodnicy. Rozumiem ich ból, jako że jestem szczęśliwym mieszkańcem miejscowości od kilku lat cieszącej się obwodnicą zbudowaną na bazie gierkowskich (!!!) jeszcze planów i mogę porównać sytuację „sprzed” i „po”. Z sączącej się z offu narracji wynikało podobne uwrażliwienie walterowców, tym bardziej, że protestujący przynieśli transparenty z nazwiskami posłów z regionu, którzy obiecywali obwodnicę i nie dotrzymali słowa. Jedynym posłem, który pojawił się na miejscu i rozmawiał z ludźmi był ktoś z PSL-u. Zapewnił, że „zrobi wszystko”, by obwodnica wróciła do planów po 2013 roku...


III. Dyskretne przemilczenia.


Wrróć! I tu właśnie dotykamy sedna sprawy, owych dziadowskich „dyskretnych przemilczeń”, które odróżniają dziennikarstwo dworskie, kontr-faktyczne, od dziennikarstwa bezprzymiotnikowego. Czego bowiem nie dowiedzieliśmy się z „informacji”, a co widz wiedzieć powinien, by poznać pełen kontekst wydarzeń? Ano, nie dowiedzieliśmy się, że pod koniec ubiegłego roku resort infrastruktury nadzorowany przez szefa platformerskiej „spółdzielni”, Cezarego „Kolejarza” Grabarczyka, wykreślił z planów budowy ileś tam drogowych projektów, bo raz że nie ma kasy, a dwa – bo ich realizacja napotyka na jakieś „nieprzezwyciężone trudności”. W efekcie pozostawiono inwestycje mniej skomplikowane by premier Donald mógł wykazać się mimo wszystko odpowiednim „kilometrażem”, a te trudniejsze odłożono ad calendas graecas. Ofiarą owej picownej „polityki infrastrukturalnej” padły m.in. liczne obwodnice.


Jak napisałem, tego z materiału się nie dowiedzieliśmy, było za to o mieście zajeżdżonym przez kawalkady samochodów i bliżej niesprecyzowanych „politykach”, którzy oszukali „człowieka prostego”. Proszę jak pięknie. Jaśnie państwo z TVN-u pochyliło się nad ludzką krzywdą? Pochyliło. Politycy to świnie? Świnie, panie kochany, każdy to powie. Widz został poinformowany? A gówno, nie został i o to w tej zabawie chodzi. O stworzenie wrażenia informacji.


W całym kilkuminutowym doniesieniu ani razu nie pada nazwa Platformy Obywatelskiej, ani słowem nie zatrącono o Cezarego „Czarusia” Grabarczyka i jego planie budowy dróg przez kasowanie, o Umiłowanym Przywódcy Donaldzie Tusku nie wspominając. Jest za to bliżej niesprecyzowana, łajdacka „klasa polityczna”, która okłamuje wyborców. No to ja może doprecyzuję i powiem czyje nazwiska wypisano na transparencie: Adam Szejnfeld – PO, Jakub Rutnicki – PO, Stanisław Chmielewski – PO, Piotr Waśko – PO, Tomasz Górski – PiS, Maks Kraczkowski – PiS, Romuald Ajchler – SLD, Stanisław Stec – LiD (klub – SLD), Stanisław Kalemba – PSL (on jako jedyny przybył na protest), Mieczysław Augustyn (senator) – PO i Piotr Głowski (senator) – PO. Na 11 nazwisk 6 to politycy rządzącej Platformy (w tym taka szycha jak Szejnfeld) plus 1 z PSL-u. Ale, jak widać, o tym „nie trzeba głośno mówić”, a jak wiadomo gwarancją przetrwania w dziennikarskim zawodzie jest przede wszystkim wiedza o tym, czego mówić się nie powinno.


IV. Standardy manipulacji.


Przepraszam, że truję o marginalnym w sumie zdarzeniu, ale obrazuje ono w modelowy sposób to, czego możemy ze strony wiodących mediodajni doświadczyć w kwestiach poważniejszych. Tak jak łódzkie zabójstwo ś.p. Marka Rosiaka dokonane przez byłego członka PO i byłego milicyjnego kapusia stało się nagle „zamachem na całą klasę polityczną” (bo ofiara była z PiS-u), tak za protest-blokadę trasy K-11 w Ujściu też nie wiedzieć czemu odpowiada cała „klasa polityczna” (bo winni tego stanu rzeczy są z rządzącej PO). Jednego nie można funkcjonariuszom walterowni odmówić – skrupulatnie czuwają nad standardami manipulacji tak w dużych sprawach jak i w małych.


Zapewne pamiętacie, jak świeżo po ogłoszeniu grabarczykowskich cięć niektóre media donosiły zdawkowo, że do Warszawy ruszają pielgrzymki samorządowców, by błagać aby „ich” inwestycji jednak nie blokowano. Jak łatwo się domyślić, jakieś tam szanse mieli ci, którzy dobrze żyli z partyjną „górą”. Warto, by jakiś dziennikarz prześledził efekty owych peregrynacji... no tak, jasne, już to widzę, rozmarzyłem się, przepraszam.


Nie wiem, czy jest to efekt niedawnej gospodarskiej wizyty premiera Donalda Tuska, kiedy to na antenie WSI24 pogawędził sobie łaskawie, jak człowiek, z kilkoma muzykami, czym każdy każdy władca od niepamiętnych czasów lubi pokokietować publikę, ale jeśli legendarna „wajcha” była kiedykolwiek wychylona nie w tę stronę co trzeba, to po emisji omówionego wyżej materiału nie mam wątpliwości, że powróciła do prawidłowego położenia.


No, widzę, że objętość tekstu podchodzi pod siedem tysięcy znaków, zatem będę kończył, bo jeszcze się zmęczę i dopadnie mnie „syndrom wypalenia”, a dla takich jak ja premier Tusk nie przewiduje dwuletnich wakacji.


Gadający Grzyb


ilustracja: http://www.zycie.pila.pl/duze-zdjecia/20110328-blokada-k11-w-ujsciu/protest-blokada-k11-ujscie-10.php

sobota, 5 marca 2011

Dubieniecki - parszywa owca


Parszywej owcy nie ma sensu bronić, szkoda prądu. Parszywą owcę separuje się od stada.



I. Szkoda prądu.


Pojawiło się ostatnio trochę blogerskich tekstów, których autorzy biorą w obronę Marcina Dubienieckiego. Rozumiem, postać ta znalazła się ostatnio „na rozdzielniku” wiodących reżimowych mediodajni, więc naturalnym odruchem każdego porządnego człowieka jest stanąć w obronie tego, komu rzucają się do gardła cyngle z „Wyborczej” czy hałastra z Tusk Vision Network / WSI24. Tyle, że akurat jeśli chodzi o pana Dubienieckiego, szkoda prądu, naprawdę.


Nieco modyfikując i rozszerzając swój krytyczny komentarz, który zamieściłem kilka dni temu pod tekstem Rosemanna „Marcin Dubieniecki, osoba prywatna”, powiem tak:


To „oczywista oczywistość”, że uderzenie wyprowadzone w Dubienieckiego jest tak naprawdę ciosem w Jarosława Kaczyńskiego. Nawet nie ma co się nad tym rozwodzić, każdy widzi. Równie „oczywistą oczywistością” jest, że przeróżni medialni Katoni, tudzież tuzy nadwiślańskiej palestry, którzy na użytek pana Dubienieckiego przypominają sobie o etyce i standardach, to śmiech na sali.


Tyle, że Dubieniecki dawał i daje wymarzone wręcz powody do ataków. Weźmy jego gardłowanie w kwestii odszkodowań dla ofiar katastrofy smoleńskiej, czego efektem było danie miejscowej „ludożerce” asumptu do roztrząsania pazerności Marty Kaczyńskiej, ponieważ gardłował jako jej pełnomocnik. Szkody wizerunkowe uderzyły oczywiście rykoszetem w Jarosława Kaczyńskiego i w PiS, podobnie jak publiczne, hucpiarskie dopominanie się o miejsca na listach wyborczych dla siebie i małżonki, co na opinii publicznej mogło wywrzeć wrażenie, że PiS to coś w rodzaju firmy rodzinnej, do której wystarczy się wżenić, aby mieć widoki na ciepłą posadkę. Trudno oszacować straty spowodowane tylko tymi dwoma wybrykami, a było przecież tego więcej.


Na szczęście Jarosław Kaczyński ma na Dubienieckiego alergię i wcale się mu nie dziwię. Obiektywnie rzecz biorąc, Dubieniecki szkodzi PiSowi - to gość o potencjale obciachu porównywalnym z obecną działalnością Migalskiego, jeśli nie gorzej. Zwyczajnie, nie wie kiedy się zamknąć. A media polują...


Osobiście uważam, że Dubieniecki to nadambitny cwaniaczek, z niepohamowanym parciem na szkło, który krzykliwie usiłuje podskoczyć wyżej własnych czterech liter. Sądzę, że temu bezideowemu karierowiczowi wszystko jedno czy wypłynie przy Ordynackiej, czy przy PiSie. I, niestety, nie jest osobą prywatną co czasem podnoszą jego obrońcy. W momencie, gdy z własnej woli opuścił sferę prywatności, dopominając się wrzaskliwie o możliwość robienia kariery politycznej, stał się postacią publiczną i od tej pory jego działalność podlega ocenie bez taryfy ulgowej.


Dodatkową obrzydliwością jest, że swoje ambicyjki usiłował realizować poprzez żonę, próbując uruchomić do tego celu w PiSie jakieś nepotyczne mechanizmy rodem z eseldowskich sitw z których wyszedł, ale które nie wyszły z niego. Niejednokrotnie stawiał przez to panią Martę Kaczyńską w bardzo niezręcznej sytuacji. O Marcie Kaczyńskiej dobrze świadczy, że stara się trzymać raczej na politycznym uboczu i pozbawiła M.D. pełnomocnictwa, zaś o Jarosławie Kaczyńskim to, że spuścił Dubienieckiego wraz z jego, przepraszam, gówniarskim tupeciarstwem po drucie. Przynajmniej tym razem nie zawiódł go instynkt w ocenie ludzi, co czasami zdarzało mu się w przeszłości (przykład „śpiocha” Janusza Kaczmarka).


II. Dlaczego teraz?


Interesujący jest jeszcze jeden aspekt sprawy: dlaczego postanowiono uderzyć w Jarosława Kaczyńskiego akurat teraz, na długo przed wyborami? Logiczne wydawałoby się wytoczenie tego typu armat w apogeum kampanii wyborczej, kiedy uwikłania męża bratanicy prezesa PiS miałyby maksymalną moc rażenia. Przecież teraz Kaczyński ma wystarczająco dużo czasu, by ostatecznie odciąć się od pętaka, który na nieszczęście stał się jego powinowatym, zaś „gorące” dziś oskarżenia za kilka miesięcy będą już tylko nieświeżym kotletem.


Istnieją według mnie następujące możliwości:


1) Postanowiono w ten sposób „zneutralizować” zbliżającą się rocznicę tragedii smoleńskiej i uniemożliwić odrodzenie się atmosfery Żałoby Narodowej, której wspomnienie wciąż powoduje ciarki na plecach szeroko rozumianego „Obozu III RP”.


2) Kolejny cel, to wytworzenie złej atmosfery wokół Marty Kaczyńskiej, jako silnego głosu wspierającego stryja. Rozwódka, która rzuciła męża dla szemranego kolesia o mentalności pasującej do prowincjonalnej mętowni charakterystycznej dla lokalnych struktur SLD z których zresztą się wywodzi – to nie wygląda dobrze. Dodajmy do tego rzucenie cienia na pamięć o Lechu Kaczyńskim ze względu na ułaskawienie przestępcy, którego łączyły z Dubienieckim biznesowe powiązania.


3) I wreszcie – być może sprawa Dubienieckiego jest na tyle „rozwojowa”, że tego paliwa starczy aż do wyborów i to co obserwujemy teraz jest zaledwie przygrywką, a właściwa bomba zostanie zdetonowana dopiero w kulminacyjnym momencie kampanii. Byłaby to najgorsza ewentualność.


***


Podsumowując, sądzę że Dubieniecki to szkodnik, który jeśli nikt nie wytłumaczy mu dobitnie, żeby wreszcie przestał marnować okazje aby siedzieć cicho, może swymi wyskokami odegrać bardzo negatywną rolę w kampanii wyborczej. Parszywej owcy nie ma sensu bronić – powtórzę jeszcze raz: szkoda prądu. Parszywą owcę separuje się od stada.


Dlatego piszę ten tekst teraz. Po to, bym nie musiał go pisać przed wyborami.


Gadający Grzyb

sobota, 22 stycznia 2011

Między wojną a hańbą


"Przywiozłem pokój!” - Neville Chamberlain/Donald Tusk.



 


I. Z czym mam problem.


Jakoś nie byłem w stanie wykrzesać z siebie oburzenia po opublikowaniu raportu krasawicy Anodiny. Z prostego powodu: niczego się po nim nie spodziewałem. No, może łajdacka „wrzutka” z alkoholem we krwi ś.p. gen. Błasika utrafiająca idealnie w zachodni stereotyp Polaka i zapotrzebowanie innostrannych mediodajni, pełnych agentów wpływu i pożytecznych idiotów... Ale co do meritum – nic, czego by nie mówiono od pierwszych niemal chwil po katastrofie. W tym sensie, z MAKowskim raportem nie mam problemu.


Mam za to problem z reakcją krajowych polityczno–medialnych „pudeł rezonansowych”. Owe „pudła” opętane nienawiścią do „Kaczora” gotowe są podżyrować każdą rosyjską bzdurę, każde urągliwe kłamstwo, byle wdeptać w ziemię, byle „pisiory” nie ugrały jakichś politycznych punktów. Oto poziom myślenia o państwie, oto postkolonialne rozumienie racji stanu w całej swej okazałości. No, dla zachowania pozorów, można napomknąć o jakichś drugorzędnych „uchybieniach” po stronie rosyjskiej, ale żeby podważać pryncypia, godzić w sojusze – o, co to, to nie.


II. Wypisy z hańby.


W tym kontekście warto odnotować materiał wyemitowany 19.01.2011 w programie Tomasza Sekielskiego o iście orwellowskim tytule „Czarno na białym” w WSI24, bowiem zarysowuje on aktualną linię nieformalnej spółki TVN-Anodina. Otóż, za wszystko co złe w polskim lotnictwie w ostatnich latach z katastrofą Casy włącznie, odpowiada gen. Błasik i pośrednio Lech Kaczyński, który go mianował. Wyciągnięto archiwalne wypowiedzi m.in. Bogdana Klicha i - tu szczególna obrzydliwość - wdów po ofiarach tragedii pod Mirosławcem. Słowem, popis koncesjonowanego pseudo-nonkonformizmu spod znaku agit-propu. To, że ś.p. generał Błasik był cenionym dowódcą NATO, po najlepszych polskich i zachodnich uczelniach z nalotem 1592 godzin, nie ma nic do rzeczy, a nawet stanowi - jak można się domyślać - okoliczność obciążającą, gdyż nie zalicza się do grona „starych sprawdzonych fachowców” po moskiewskich wojennych ucziliszczach.


Chyba nie ma sensu, by kontynuować wypisy. Zostawiam zatem wyzute z sumień karierowiczowskie szumowiny - te wszystkie Lisy, Olejniki, Kuźniary...tfu – imię ich Legion ...


Chociaż nie. Zatrzymam się jeszcze przy felietonie Jacka Fedorowicza, (w „GW”, gdzieżby indziej), którego niegdyś lubiłem i poważałem, a który stoczył się ze szczętem w odmęty zapiekłej salonowszczyzny. Widzicie Państwo - życie Jacka Fedorowicza stało się lepsze. Życie Jacka Fedorowicza stało się weselsze:



(...) jakoś raźniej się czuję w sklepie, w pociągu, na ulicy. Jeszcze jesienią patrzyłem na rodaków z prawdziwym przerażeniem: oto barwny tłumek przechodniów, idą sobie, wyglądają zupełnie normalnie, ale co drugi z nich jeszcze niedawno nie miał nic przeciwko temu, żeby prezydentem został JK. Na zarzut, że zaledwie co czwarty (głosowała połowa), odpowiadam, że według fachowców sympatie nie głosujących rozkładają się podobnie jak tych, co głosowali. Tragiczna konstatacja, że aż co drugi rodak ma trochę porobione w głowie, długo mnie nękała. (...)



Smutne. Jakiś czas temu napisałem w „Pod-Grzybkach”: „jak to jest, że nawet w miarę sympatyczni i – zdawałoby się – pozbawieni agresji przedstawiciele tzw. Salonu prędzej czy później zamieniają się w ociekających jadem, zacietrzewionych staruchów? Fatum jakieś, czy co?”


No właśnie. Ilu jeszcze dołączy do tej ponurej galerii?


Stęchły smród pogardy wylewa się z ekranów, gazet, eterów.


III. Ze Smoleńska przywiozłem pokój.


Stop. Dość już popłuczyn z medialnych garkuchni. Przejdźmy do popłuczyn z garkuchni politycznych. Wystąpienie Tuska podczas smoleńskiej debaty sejmowej było kopią pamiętnej agresywnej mowy podczas kampanii prezydenckiej. Wtedy też grunt usuwał się Platformie spod nóg, Jarosław Kaczyński zdobywał punkty i Tusk na konwencji „pojechał” z taką „wilczą” zaciekłością, że komentatorów na chwilę zamurowało – ale tamta mowa, zmultiplikowana w społecznym odbiorze przez wiodące pasy transmisyjne, zadziałała mobilizująco na platformerski elektorat. Teraz Tusk powtarza ten „myk” - robiąc z trybuny „wilcze oczy” ciska gromy na opozycję. Strasząc wojną, odwraca sytuację, wpierając PiSowi dziecko w brzuch, czyli działanie na korzyść Moskwy. Klasyczny mechanizm przeniesienia własnych intencji na przeciwnika. Igor Ostachowicz rzetelnie zarobił na swoje pieniądze.


Tyle, że... Tusk bredzący o tym, że „lepiej znać prawdę i nie mieć wojny” jako żywo przypomina Neville Chamberlaina na lotnisku A.D. 1938 po konferencji monachijskiej wymachującego świstkiem (czyżby załącznikiem nr. 13 do Konwencji Chicagowskiej?) i wykrzykującego „przywiozłem wam pokój!”. Warto nadmienić, iż Winston Churchill skomentował później tę fanfaronadę słowami - „Mieliście do wyboru wojnę, bądź hańbę. Wybraliście hańbę, a wojnę i tak będziecie mieli”.


I jeszcze to: wystawienie zaburzonego wicemarszałka Sejmu, Stefana Niesiołowskiego do prowadzenia części debaty sejmowej. Szalony Entomolog dał prawdziwy popis, wyłączając z małpią złośliwością mikrofony posłom PiS w pół słowa, jeszcze podczas pikania sygnalizatora upływu czasu.


To był wyraźny sygnał od małp, które obsiadły drzewo: będziemy bronić pozycji – wbrew wszystkiemu – bo to nasze drzewo i nasze gałęzie. I frukta też nasze.


IV. Długa zima ocieplenia.


Podsumowując, zjednoczone siły polit-medialne idą na całość. W zaparte. Będą zgodnie z tą knajacką taktyką bronić ministra Klicha, Arabskiego, Sikorskiego i kogo tam jeszcze, jak niepodległości - by nie wywołać efektu domina. Albowiem, może to szkodliwe, ale tylko pionki. Prócz nich, musieli by bowiem pójść w odstawkę wszyscy inni umoczeni w zatajanie prawdy i robienie „ociepleniowego" pijaru Rosjanom i MAKowi z włodarzami mediodajni i Premierem Rządu III RP, Donaldem Tuskiem, na czele.


Nie przeceniałbym też siły i skali społecznego oburzenia. Odnoszę wrażenie, że u większej części postkolonialnego „Polactwa" nastąpiło zmęczenie tematem, pilnie dopieszczane przez mediodajnie, które nawet teraz, jak „Wyborcza" w materiałach informacyjnych piszą/mówią jedno a w komentarzach drugie, bo też przez 9 m-cy uczestniczyły w tej samej ruskiej grze, co wspierany przez nie rząd. Ludzie są zdezorientowani i na Smoleńsk nawet teraz reagują „a dajcie wy mi wszyscy święty spokój". Nastój ten ma dodatkowo podsycić podła „wrzutka” z upublicznieniem wysokości proponowanego odszkodowania, tak by zawistna czereda tubylców zzieleniała z zazdrości – ile to pazerne wdowy i dzieci dostaną kasiory.


Cóż, minie trochę czasu, zanim to wszystko się z hukiem wy...li. Państwo przegnije, brak kiełbasy na grilla zajrzy w oczy - i dopiero wtedy ludziska przypomną sobie również o Smoleńsku.


Póki co, czeka nas długa zima ocieplenia.


Gadający Grzyb



pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl