Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marsz Niepodległości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marsz Niepodległości. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 listopada 2019

Pod-Grzybki 186

Aj! „Agora” podlicza straty. Czerscy wydali Tuskowi książkę pod kuriozalnym tytułem „Szczerze”, która miała ukazać się 12 grudnia i stać się sztandarem jego kampanii prezydenckiej – a tu Tusk bez ceregieli wystawił swych promotorów do wiatru, ogłaszając, że tak „szczerze”, to on jednak nie startuje. W efekcie, cały nakład można puścić na przemiał – bo w tej sytuacji przecież nikt o zdrowych zmysłach tego wyborczego gadżetu nie kupi. I tak, mówiąc „Siarą”, cały ich misterny plan poszedł w p...u. Ciekawe, czy byli na tyle naiwni, by zapłacić Tuskowi z góry honorarium? Nawiasem – w internetowych księgarniach, gdzie owo wiekopomne dzieło można zamawiać w przedsprzedaży, książka już w tej chwili jest... przeceniona. Mistrzowie, po prostu mistrzowie!


*

Jako swoisty ersatz Tuska w prezydenckim wyścigu ma wystąpić Szymon Hołownia – gwiazdor TVN-u, niedorobiony dominikanin i „katolik otwarty”. „Otwarty” do tego stopnia, że w iście Franciszkowym duchu pomylił katolicyzm z szamanistycznym pogaństwem rodem z „ekologii wyzwolenia”, twierdząc iż na Sądzie Ostatecznym będą osądzać go... zwierzęta. Cóż, jak wiadomo, obecnie największą partią opozycyjną jest TVN, więc nic dziwnego, że postanowił wystawić własnego kandydata. Wprawdzie swojego czasu ta sama stacja za podobne polityczne ciągoty wywaliła Tomasza Lisa – ale to była inna „mądrość etapu”, bo wtedy TVN lansował... Jolantę Kwaśniewską. Z Hołownią skończy się jak z panią Jolantą – ale co się w międzyczasie pobawimy, to nasze.


*

Tydzień bez Sylwii Spurek tygodniem straconym. Tym razem z jakiejś okazji zakazała kobietom jeść mięso, ogłaszając, iż „nie ma feminizmu bez weganizmu”. Biedaczka, ona w tym europarlamencie, gdzie nie chcą na stołówce serwować dań wegańskich, najwyraźniej ze szczętem już oszalała z głodu i pragnie, by reszta kobiet zwariowała tak samo, jak ona. Po raz kolejny potwierdza się teza, że nie ma większych wrogów kobiet, niż feministki.


*

Posłankini” Zielonych Urszula Zielińska wystąpiła z pomysłem „policji ekologicznej”, do której miano by zwerbować... emerytów, żeby mogli sobie dorobić. Coś takiego funkcjonuje ponoć w Szwecji, gdzie policjanci-emeryci sprawdzają, czy sąsiedzi prawidłowo segregują śmieci i nie palą jakimś szajsem w piecach. Wróżę tej inicjatywie wielkie powodzenie – wszyscy emerytowani ubole i ich szpicle zbiegną się pod zielone sztandary jak jeden mąż (i mężyni), by poczuć się jak za młodu. Ekologiczne ORMO czuwa!


*

Homolobby nie odpuszcza. Otóż w Kielcach w ramach „budżetu obywatelskiego” staną tęczowe ławeczki – 20 sztuk za jedyne 130 tys. złociszy. Ehem, coś mi mówi, że nie przetrwają nawet jednego sezonu, podzielając los tęczy na Placu Zbawiciela. Po drugie, weź tu człowieku i usiądź na czymś takim – a potem do końca życia tłumacz się przed znajomymi, że nie jesteś pedałem...


*

Lewactwo w panice – na ekranach kin święci triumfy antyaborcyjny film pt. „Nieplanowane”. Lewacy zanoszą się oburzeniem, bo jak można przypisywać ludzkie cechy jakimś tam „płodom” i „zlepkom komórek”? Tak więc, różne „zlepki komórek”, które miały to szczęście, że rodzice ich nie wyskrobali, dzięki czemu mogły się urodzić i dorosnąć, plują jadem w mediach, internecie, a nawet urządzają pikiety pod kinami. Żeby było ciekawiej, „Nieplanowane” wyświetlane jest również w należącej do „Agory” sieci kin „Helios”. Czekam teraz na feministyczną pikietę pod siedzibą „Agory” na Czerskiej. A nie, zaraz... przecież prym w nagonce na film wiodą redaktorki-aktywistki z „Wysokich Obcasów” - mogą więc urządzić protest u siebie, na miejscu, tropiąc krypto-prolajferów we własnych szeregach. Wszędzie lęgnie się to prawactwo, zgroza!


*

Swoją drogą, to aż nieprawdopodobne, że jeden skromny, niskobudżetowy film doprowadza lewactwo do takiego amoku. Ale to dobrze, mamy tu bowiem do czynienia z odwróceniem dotychczasowej prawidłowości. Dotąd to katolicy organizowali protesty przeciw różnym lewackim, prowokacyjnym produkcjom. Teraz role się odwróciły – co oznacza, że tym razem to tamci czują się niepewnie, zepchnięci do światopoglądowej, ideowej defensywy. I to jest bardzo optymistyczny znak czasów – tak trzymać!


*

Portal OKO.press, podążając za amerykańskimi mediami, „wyśledził”, iż nawrócenie głównej bohaterki „Nieplanowanego”, Abby Johnson (byłej dyrektorki placówki aborcyjnego koncernu „Planned Parenthood”) miało nie być szczere. Przystąpiła ponoć do organizacji pro-life, bo tam lepiej płacili. I sądzę, że tę informację, wbrew pozorom, warto nagłaśniać. Aborcjoniści! Nie ma sensu babrać się w tym zbrodniczym syfie dla marnych kilku dolców! Przejdźcie do prolajferów – będziecie mieli i pieniądze, i spokojne sumienie. Dwa w jednym!


*

Za nami 11 Listopada i kolejny „Marsz Niepodległości”, który już trwale stał się centralnym punktem Święta Niepodległości – co z rezygnacją odnotowały nawet lewackie media, skromnie jednak nie wspominając o wiekopomnej roli, jaką odegrała w propagowaniu i nagłaśnianiu tej imprezy „Gazeta Wyborcza” z przyległościami. Szczególne podziękowania należą się tu Sewerynowi Blumsztajnowi i rozdawanym przez niego gwizdkom, które miały w 2010 r. wypłoszyć z Warszawy „faszystów”, a w rezultacie wydatnie pomogły przekształcić Marsz w wydarzenie naprawdę masowe. Na miejscu organizatorów już za samo to zaproponowałbym mu dożywotnie miejsce na trybunie honorowej. Panie Sewku – dzię-ku-je-my!


*

O zasługach tej oddolnej inicjatywy niech zaświadczy rzut oka w przeszłość. Przed epoką Marszu, 11 Listopada był odbębniany nudnymi „oficjałkami”. Dopiero narodowcy i pozostali patrioci uczynili to święto naprawdę żywym i obywatelskim – co jest osiągnięciem tym cenniejszym, że krwawo wywalczonym w ulicznych starciach z reżimem Tuska oraz rodzimym i zagranicznym lewactwem. A zatem: Polska niech żyje – lewactwo niech wyje!


*

A tymczasem ekologiści ze zgrozą donoszą, iż tegoroczny październik był najcieplejszy w historii pomiarów. Hip, hip, hurra! Żegnaj „mała epoko lodowa” - i do niezobaczenia!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 46 (15-21.11.2019)

czwartek, 1 sierpnia 2019

„Tęczowi” w Białymstoku nie przeszli

Potrzeba nam całej determinacji, ale też i roztropności, by gejowski pochód deprawacji nie skończył się w Polsce tak, jak na Zachodzie.

I. Gdzie cię nie proszą...

Białystok to dziwne miasto. Z jednej strony, centrum bardzo konserwatywnego regionu Polski – Podlasia. Z drugiej jednak, pewna część mieszkańców miasta (szczególnie lokalnych elit) odczuwa jakiś kompletnie dla mnie niezrozumiały kompleks „warszawki”, wskutek którego starają się za wszelką cenę udowodnić, że u nich też może być nowocześnie, „europejsko” i postępowo. Nie bez przyczyny to w Białymstoku działał niesławnej pamięci „Teatr TrzyRzecze” oraz Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych malwersanta Rafała Gawła, a spektakl na podstawie książki innego lewackiego aktywisty Marcina Kąckiego „Białystok. Biała siła, czarna pamięć” (przedstawiającej miejscową społeczność jako bandę „faszystów”) grany był miesiącami mimo spadającej frekwencji. Żywą emanacją tych snobistyczno-parweniuszowskich aspiracji podszytych kompleksem prowincjusza jest rządzący już trzecią kadencję prezydent Tadeusz Truskolaski – odpowiednik Rafała Trzaskowskiego, Aleksandry Dulkiewicz czy Jacka Jaśkowiaka, który sobie umyślił, że wspólnie z zawodowymi homoseksualistami („Tęczowy Białystok”) urządzi gej-paradę, żeby było jak w Warszawie i by pokazać, że Białystok jest tak samo „gay-friendly”, jak Gdańsk, Poznań czy stolica. A tu zaskoczenie – nie wyszło. Jak to mówią, coś „nie pykło”.

Marsz propagujący ideologię LGBT forsowany był z uporem godnym lepszej sprawy – mimo ostrzeżeń, że będzie odebrany jako prowokacja, mimo zapowiedzi blokad oraz licznych zgłoszeń (w sumie ok. 60-ciu) alternatywnych imprez na trasie przemarszu lub w jej bezpośrednim pobliżu. Słowem, pomimo wyraźnych sygnałów, że tego typu demonstracja jest przez mieszkańców niemile widziana i może dojść do konfrontacji, prezydent Truskolaski i środowiska LGBT postawiły na swoim. Skutek był do przewidzenia – zamieszki i bijatyki z policją. Cóż, zaślepieni własnym „ideolo” lewacy zapomnieli o porzekadle: „gdzie cię nie proszą, tam kijem wynoszą”. W efekcie, Marsz Równości musiał kilkukrotnie zmieniać trasę i wręcz przebijać się przez kolejne blokady torowanymi przez policyjne oddziały prewencji alternatywnymi drogami, by wreszcie zakończyć się przedwcześnie, przed osiągnięciem zamierzonego celu marszruty. Do białostockiego Rynku Kościuszki i Ratusza pochód nie dotarł. „Tęczowi” nie przeszli – a przynajmniej nie tak, jak sobie zamierzyli.


II. Pięknym za nadobne

Tu porządkująca uwaga. Akty fizycznej agresji nie powinny mieć miejsca. Wrzucanie między ludzi petard, ciskanie różnymi przedmiotami, próby pobicia – to jest przekroczenie cienkiej granicy. Czym innym jest skandowanie haseł wyrażających dezaprobatę, czy ustawianie się na trasie przemarszu lub tzw. sitting (siadanie w poprzek ulicy) – czyli bierne formy protestu, a czym innym czynna napaść na – czy się to podoba, czy nie – legalną manifestację. Do tego szczyt głupoty pobił pewien tatuś, który uznał za dobry pomysł blokowanie marszu za pomocą dziecięcego wózka z maleńkim brzdącem w środku. Zdjęcia z tego zajścia jeszcze długo będą kursowały w mediach przyczyniając się do utrwalenia opinii o protestujących, jako o zgrai bezmózgich kretynów, używających na dodatek własnych dzieci w charakterze żywych tarcz. To niedopuszczalne.

Z drugiej strony, organizatorzy tej nieszczęsnej homo-prowokacji odczuli na własnej skórze czym kończy się uporczywe testowanie granic tolerancji - najwyraźniej sądzili, że demonstracja odbędzie się co najwyżej w asyście nielicznych grupek skandujących „homofobiczne” hasła, co da im asumpt do epatowania pluszowym męczeństwem, tak jak zdarzało się to już wcześniej. Nic z tego – skala mobilizacji środowisk patriotycznych, narodowych, kibicowskich (kibice skonfliktowanych na co dzień klubów zawarli na ten dzień pakt o nieagresji) przekroczyła najśmielsze oczekiwania i wydarzenia bardzo szybko wymknęły się spod kontroli. Na oko protestujących było kilkakrotnie więcej niż demonstrantów, a dodać należy, że wśród uczestników marszu pokaźną grupę stanowili bynajmniej nie miejscowi, białostoccy geje, lecz zawodowi aktywiści-prowokatorzy jeżdżący z miasta do miasta na kolejne parady. I niespodziewanie dla nich, ci wszyscy lewacy przyzwyczajeni do swej „tęczowej” strefy komfortu zostali skonfrontowani z brutalną rzeczywistością – zobaczyli, jak to jest znaleźć się nagle po drugiej stronie.

Tak właśnie, dobrze Państwo przeczytali – niezależnie od potępienia fizycznej agresji trzeba bowiem powiedzieć jasno, że wobec Marszu Równości nie zastosowano niczego, czego lewackie środowiska nie stosowałyby wcześniej wobec demonstracji patriotycznych, zwłaszcza wobec Marszu Niepodległości. Kiedy stawiano blokady przeciw środowiskom narodowym, gdy zapraszano niemieckich bandziorów z Antify, którzy urządzali sobie na warszawskich ulicach regularne polowania na członków grup rekonstrukcyjnych – wtedy było wszystko w porządku, bo wszak miało to służyć „wykopaniu faszyzmu ze stolicy”. Ci bandyci mogli liczyć na życzliwe schronienie w siedzibie „Krytyki Politycznej” w której później policja odkryła gaz, pałki, tarcze i kastety (co ciekawe, tych narzędzi nie znaleziono podczas wcześniejszej kontroli autokarów, musieli zostać w nie zaopatrzeni już na miejscu). A w przeciwieństwie do uczestników białostockiej parady, Marsz Niepodległości nie mógł wtedy liczyć na policyjną ochronę – przeciwnie, służby porządkowe pałowały i traktowały manifestantów gazem jak leci, a tajniacy spuszczali łomot każdemu, kto się nawinął (słynny przypadek przypadkowego przechodnia, który „zaatakował twarzą” but policjanta w cywilu). Na Zachodzie demonstracje pro-life notorycznie są atakowane przez lewaków i homoaktywistów i przechodzą w szpalerze nienawistnego wycia oraz haseł w rodzaju „wasze dzieci będą takie jak my”, co jest bodaj najlepszym odzwierciedleniem prawdziwych intencji stojących za homo-propagandą i seksualizacją nieletnich – i te obrazki oraz relacje nie giną w próżni, docierają także do Polski pokazując co nam grozi w niedalekiej perspektywie. Teraz, gdy cierpliwość się wyczerpała, a druga strona postanowiła odpowiedzieć tym samym i „wykopać ideologię LGBT” z Białegostoku – nagle lewactwo dostało bólu czterech liter.


III. Białostockie „Stonewall”

Powtarzam, nie pochwalam, ale rozumiem mechanizmy, które do tego doprowadziły. Jeżeli przez lata coraz bardziej bezczelnie i ostentacyjnie gwałci się ludzi przez oczy i uszy propagowaniem dewiacji, to należy liczyć się z konsekwencjami. Zajścia w Białymstoku pokazały, że prowokacje oraz szarganie świętości nie przechodzą bez echa, że to się zawsze gdzieś odkłada, aż wreszcie kończy się cierpliwość i puszczają nerwy. Niedawno pisałem, że Polacy mogą wiele znieść, ale profanowania wizerunku Matki Boskiej nie ścierpią. A wszak prócz „tęczowej” Maryi nalepianej na kiblach i śmietnikach mieliśmy w ostatnich tygodniach prawdziwy wysyp podobnych zachowań: parodię procesji z waginą na kiju w Gdańsku, profanację Mszy Św. podczas parady w Warszawie, atak na Jasną Górę, o zwolnieniu pracownika IKEI nie wspominając. Zbierało się, zbierało - aż się uzbierało.

Oczywiście, homośrodowiska się nie cofną – toczą przeciw tradycyjnemu społeczeństwu i jego wartościom kulturową wojnę i będą się starały politycznie wycisnąć białostocką zadymę do imentu. Niektórzy wręcz marzyli, by ktoś nie wytrzymał i walnął ich w dzban, aby mogli odcinać kupony od swojego męczeństwa i jeszcze nachalniej promować dewiacje, korzystając ze statusu ofiary. „Wyborcza” otwartym tekstem twierdziła, że tutejsi geje potrzebują „swojego Stonewall”, nawiązując do nowojorskich zamieszek z 1969 r. po policyjnym nalocie na nielegalną, prowadzoną przez mafię gejowską spelunę – to zresztą dla upamiętnienia tego wydarzenia organizuje się na świecie homo-parady. Teraz swoje wymarzone „Stonewall” wreszcie dostali. I potrzeba nam naprawdę całej determinacji, ale też i roztropności, by ów pochód deprawacji nie skończył się w Polsce tak, jak na Zachodzie.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ofensywa homozamordyzmu

Homo-sponsoring

„Karta LGBT+”, czyli akcja werbunkowa


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 30 (26.07-01.08.2019)

niedziela, 25 listopada 2018

Bitwa o Marsz Niepodległości

Z perspektywy PiS Marsz Niepodległości należy czym prędzej przejąć i spacyfikować – po pierwsze, by utrwalić swój „monopol na patriotyzm”, po drugie – by obezwładnić możliwe zarzewie ulicznego buntu po prawej stronie.

I. Niewygodny Marsz

Po ostatnim Marszu Niepodległości jedno jest pewne: czeka nas ostra batalia w jego obronie przed zakusami rządu pragnącego dokonać „wrogiego przejęcia” tego wydarzenia. Pisząc „nas” mam na myśli nie tylko bezpośrednich organizatorów, czyli środowiska narodowe zrzeszone w Stowarzyszeniu Marsz Niepodległości, lecz również wszystkich uczestników i sympatyków – całą, zbudowaną przez lata społeczność, której leży na sercu zachowanie Marszu w jego dotychczasowej, oddolnej i niezależnej formule. A trzeba przyznać, że kąsek jest apetyczny – Marsz Niepodległości stał się bezsprzecznie największą patriotyczną imprezą w Polsce, ewenementem na europejską, a może i światową skalę. To dlatego właśnie jest tak szkalowany przez światowe i tutejsze ośrodki lewicowo-liberalne – a z drugiej strony stał się obiektem podziwu i zazdrości dla „tożsamościowo” nastawionych zagranicznych komentatorów (casus Tommy Robinsona). Sukces tegorocznej edycji, kiedy to z Ronda Dmowskiego pod Stadion Narodowy przeszło wg ostrożnych policyjnych szacunków ćwierć miliona ludzi, stanowi tego dobitne potwierdzenie.

Nic więc dziwnego, że w latach 2010-2014 dla lansującej kosmopolityczny i wyprany z treści „nowoczesny patriotyzm” Platformy Obywatelskiej Marsz stał się ogromnym zagrożeniem i nie przebierano w środkach, by go zniszczyć, a w ostateczności – zohydzić w społecznym odbiorze. Fiasko groteskowych inicjatyw w rodzaju „urzędniczego” pochodu Bronisława Komorowskiego Krakowskim Przedmieściem czy niesławnej akcji „Orzeł Może” z czekoladowym pterodaktylem jedynie uwypuklało różnicę między autentycznym, społecznym i masowym ruchem, a drętwą bądź pseudo-luzacką rządowo-eliciarską celebrą.

Ale, co warto zauważyć, Marsz był niewygodny również dla PiS-u – i to jeszcze w opozycyjnych czasach, kiedy to teoretycznie wszystkie środowiska patriotyczne powinny były zwierać szyki. Nic z tego. PiS i zbliżone do niego ośrodki medialne zaczęły upatrywać w Marszu zagrożenie dla swojego monopolu na rząd dusz, czego widomym znakiem była rejterada czołowych polityków i Klubów „Gazety Polskiej” w Święto Niepodległości do Krakowa pod pretekstem, że nie chcą być kojarzeni z „ekstremą” i zadymami. Próżny trud. Z jednej strony w medialnym przekazie Marsz oraz uliczne bitwy i tak były PiS-owi przyszywane, z drugiej – w Warszawie 11 listopada maszerowali nie tylko narodowcy, lecz generalnie wszyscy poczuwający się do „opcji patriotyczno-niepodległościowej”, w tym również wyborcy PiS. Więcej – niektórzy uczestnicy wręcz średnio kojarzyli, że organizatorami są narodowcy, a medialne wrzutki o „faszystach” odbierali bardzo personalnie, co tylko „nakręcało” buntowniczy potencjał MN. W tym kontekście, „wyprowadzka” PiS do Krakowa jawiła się wielu jako co najmniej niezrozumiała.


II. Buntowniczy potencjał

No właśnie, wspomniałem o buntowniczym potencjale Marszu Niepodległości. Pisałem już o tym, ale warto powtórzyć: masowość imprezy wzięła się z gruntownej niezgody na rzeczywistość III RP, a hasła w rodzaju „obalić republikę okrągłego stołu”, czy (w wersji bardziej radykalnej) „obalmy k...a ten system” trafiały na podatny grunt. Dla tej rebelianckiej atmosfery wyrażanej hasłami, petardami czy blaskiem rac, warto było przyjeżdżać i ryzykować nałykanie się gazu, oberwanie pałą, czy sądowe procesy i inne szykany. To tu rodziło się podglebie dla sukcesu wyborczego PiS i Kukiz'15 w 2015 r.

Jednak ten sam buntowniczy Marsz, słabo poddający się odgórnej kontroli i w znacznej mierze żyjący własnym życiem, jest najwyraźniej traktowany przez partyjno-rządowy ośrodek władzy jako potencjalne zagrożenie. Idę o zakład, że myśli pisowskich macherów idą mniej więcej tym torem: „no dobrze, Marsz był przydatny, gdy byliśmy w opozycji, ale co za dużo to niezdrowo. Choroba wie, czy za rok-dwa ci sami ludzie nie wyjdą na ulice, żeby protestować przeciwko nam”. Zagrożenie z punktu widzenia obecnej władzy staje się realne tym bardziej, im większa frustracja będzie narastać w patriotycznym elektoracie. A przyczyn znalazłoby się wiele: ustępliwość wobec Ukrainy i Litwy połączona z lekceważeniem Polaków na Wschodzie, brak repolonizacji mediów, wycofywanie się pod naporem USA i Izraela z ważnej symbolicznie nowelizacji ustawy o IPN, chowanie głowy w piasek wobec amerykańskiej „ustawy 447”, buksująca w miejscu sprawa reparacji wojennych od Niemiec, brak rozliczeń afer z czasów PO, ustępowanie przed Brukselą w sprawie reformy sądownictwa... Tego nie daje się już zagłuszyć narracją o mądrym Naczelniku Kaczyńskim, który wie wszystko najlepiej i skoro robi tak a nie inaczej, to najwyraźniej tak trzeba, czy w wersji bardziej ordynarnej – wrzaskami o „ruskiej agenturze”. A doroczny Marsz Niepodległości jest idealną okazją, by w pewnym momencie, gdy cierpliwość radykalnych wyborców zostanie wyczerpana, dać upust rozgoryczeniu. Warto też nadmienić, że powyższe błędy i zaniechania PiS mogą się stać w naturalny sposób wodą na młyn narodowców – po prostu, po prawej stronie, po raz pierwszy od bardzo dawna, zaczyna się robić miejsce do zagospodarowania.

Toteż z perspektywy PiS Marsz Niepodległości należy czym prędzej przejąć i spacyfikować – po pierwsze, by utrwalić swój „monopol na patriotyzm”, po drugie – by obezwładnić możliwe zarzewie ulicznego buntu po prawej stronie.


III. Duch sanacyjnego myślenia

Do powyższego dochodzą jeszcze czynniki, nazwijmy to, historyczno-ideowe. Zarówno sam Jarosław Kaczyński, jak i najbliższy mu „zakon PC” bardzo poważnie traktuje swą piłsudczykowską spuściznę – i to „sanacyjne” myślenie jest odczuwalne na wielu polach. Oczywiście wpisana jest w nie permanentna nieufność (łagodnie rzecz ujmując) do środowisk narodowych, w których upatruje się zakamuflowanej opcji rosyjskiej. Ale jest również coś jeszcze – wiara w omnipotencję państwa, jako organizatora życia społecznego. Dobrze wyraża to art. 4 Konstytucji Kwietniowej z 1935 r.: „W ramach Państwa i w oparciu o nie kształtuje się życie społeczeństwa” - i w kolejnym punkcie mamy doprecyzowanie: „Państwo zapewnia mu swobodny rozwój, a gdy tego dobro powszechne wymaga, nadaje mu kierunek lub normuje jego warunki”. To z tego sanacyjnego ducha wypływa wypowiedź min. Glińskiego: „Jest oczywiste, że 11 listopada tego typu marsze powinny być organizowane przez polskie państwo”. Natomiast dotychczasowi organizatorzy Mają prawo czuć się gospodarzem, ale państwo polskie jest ważniejsze”. Rozumiemy już? Był „swobodny rozwój” lecz teraz „dobro powszechne” wymaga, by to państwo nadało Marszowi „kierunek” i „unormowało jego warunki”, gdyż to w oparciu o państwo „kształtuje się życie społeczeństwa”.

Krótko mówiąc, intencją PiS-u jest „znacjonalizowanie” Marszu. Może łaskawie dopuszczą do udziału narodowców – ale na własnych warunkach. Z przedsmakiem mieliśmy do czynienia już w tym roku, kiedy to usiłowano zabronić organizacyjnych flag i transparentów, tak by powstało wrażenie „jedności polityczno-moralnej narodu” zwołanego pod biało-czerwone sztandary przez przedstawicieli partii i rządu. Dobrze obrazuje to tweet min. Brudzińskiego, jakoby „Polacy odpowiedzieli na apel Prezydenta RP Andrzeja Dudy i Premiera Mateusza Morawieckiego (...)”. Celnie zripostował to dziennikarz KAI Dawid Gospodarek: „To szczyt bezczelności i cynizmu przywłaszczać sobie w ten sposób całą imprezę mimo trudnych negocjacji do ostatniej chwili (...)”. Sięgnięto jednak i po twardsze metody – by nie dopuścić do obecności na Marszu różnych „elementów niepożądanych”, wrócono do zastraszania, rozmów ostrzegawczych i rewizji, co sprawiło że, jak ujął to Robert Winnicki, po trzech latach spokoju „wrócił duch Bartłomieja Sienkiewicza”, w innym miejscu stwierdzając: „Poprzednia władza walczyła z Marszem Niepodległości, obecna chciałaby zawłaszczyć jego sukces”. W powyższe wpisuje się propaganda rządowej TVP Kurskiego, skrupulatnie „wygumkowując” z marszowej relacji narodowców, ale też represyjne działania cudownie uzdrowionej policji ścigającej demonstrantów za odpalanie rac czy spalenie unijnej „szmaty”.

Wiele wskazuje na to, że rząd będzie działał metodą faktów dokonanych – tak jak w tym roku, gdy po uprzednich dąsach „wprosił się” na MN wykorzystując chwilę zamieszania po bezprawnej decyzji HG-W, nie czekając na wyrok sądu. Na 100-lecie odzyskania niepodległości udało się jeszcze wypracować formułę „dwa w jednym”, ale za rok władza już takich skrupułów mieć nie będzie i zapewne zechce ustanowić własne, ugrzecznione „święto” w duchu poprawnej „akademii ku czci”. „Albo nasz marsz, albo żaden” - zdają się mówić przedstawiciele władzy, w czym swoją rolę zapewne odgrywa uczucie upokorzenia, że z 200-milionowym budżetem nie byli w stanie zorganizować niczego o porównywalnej skali i musieli podeprzeć się inicjatywą narodowców. To bardzo niebezpieczna droga – i dlatego już teraz wszyscy wspomniani na wstępie „ludzie dobrej woli” powinni PiS-owi wysyłać głośne i czytelne sygnały, że ten numer nie przejdzie.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Przed marszem miliona

Marsz przeszedł, ale...

Czy Roman Dmowski był w Wersalu?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr (21.11-04.12.2018)

Pod-Grzybki 142

Kilka dni przed Marszem Niepodległości nieco zamieszania wywołała tzw. „Tęczowa ekipa”, która miała pojawić się na manifestacji z gejowskimi flagami. I faktycznie, przyszli – wprawdzie na marsz w Krakowie, ale to szczegół. Rzecz w tym, że grzeczność zobowiązuje do złożenie rewizyty – w związku z tym, jak rozumiem, na przyszłoroczną „paradę równości” zawitają chłopaki z ONR-u z falangami. Tolerancyjni organizatorzy chyba nie będą mieli nic przeciwko temu? W końcu, jak sami głoszą „miłość nie wyklucza”.


*

A tymczasem, na warszawski marsz wprosili się Duda z Morawieckim i resztą pisowskiej ekipy rządowej, wykorzystując chwilę zamieszania po zakazie ogłoszonym przez HG-W. Przyszli, ustawili się na przedzie i poszli, oddzieleni od plebsu „kordonem bezpieczeństwa” - po czym na Rondzie Waszyngtona zapakowali się czym prędzej do limuzyn, nie czekając aż na miejsce dotrze reszta pochodu. Rodzi to uzasadnione pytanie – czy faktycznie „szli na czele marszu”, jak głosi rządowa propaganda, czy może raczej uciekali przed tymi z tyłu?


*

Podczas warszawskiej demonstracji członkowie Młodzieży Wszechpolskiej spalili brukselską szmatę z gwiazdkami, co u niektórych obserwatorów wywołało spazmy oburzenia, a cudownie uzdrowiona policja pod wodzą „Joja” Brudzińskiego zapowiedziała wyciągnięcie konsekwencji. Cóż, jak widać Unia Europejska jest przez wielu darzona nabożną czcią, zatem sprawcy będą zapewne ścigani z paragrafu o obrazie uczuć religijnych.


*

Różni esteci przy okazji Marszu oburzali się, że widziano na nim trochę nietrzeźwych uczestników. Ten nastrój radosnej biby udzielił się też najwyraźniej szefowi „Zony Wolnego Słowa”, któremu w upojeniu własną pychą rozmnożyli się w oczach manifestujący pod jego przewodem członkowie klubów „Gazety Polskiej” - „Sakiewka” ocenił ich liczbę na „20 tysięcy”. Oznaczałoby to, że stawili się wszyscy czytelnicy „GaPola”, co do jednego. No, taka armia to prawdziwy skarb – nie dziwi więc, że gazeta Sakiewicza tylko w pierwszym półroczu 2018 zainkasowała rządowe reklamy o cennikowej wartości 6,64 mln. zł. Wynika z tego, że każdy czytelnik „Gazety Polskiej” ma rynkową wartość ok. 332 tys. zł. Ciekawe, czy klubowicze o tym wiedzą – i czy zgłoszą się do „Sakiewki” po dywidendę?


*

Z innej beczki – IPN wydał europejski nakaz aresztowania przebywającego w Szwecji Stefana Michnika. W powszechnej opinii lewacka Szwecja jednak nie wyda stalinowskiego zbrodniarza sądowego – pozostaje zatem go porwać, tak jak Mossad Adolfa Eichmanna. W końcu, skoro upiekło się Izraelowi, to nam też powinno, prawda?


*

Samozwańcza seksedukatorka Anja Rubik znów zabrała głos. Tym razem podała w wątpliwość sens uczenia w szkołach o „teorii Pitagorasa” - bo poza szkołą wiedzę tę „wykorzystała może raz”, a „seks uprawiała wiele razy”. Pani Anju, jak by to ująć... Wszystko zależy od priorytetów – a konkretnie od tego, czy po zakończeniu edukacji ktoś zamierza zarabiać na życie głową, czy d...ą.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr (21.11-04.12.2018)

sobota, 20 stycznia 2018

Ręce precz od narodowców!

Jeśli już musicie, to zapalajcie sobie razem z Danielsem te chanukowe świeczki, róbcie sobie obchody Święta Niepodległości bez następców Dmowskiego – ale od narodowców wara.

I. Nagonka na narodowców

Wszystko zaczęło się od ostatniego Marszu Niepodległości, który jak co roku przeszedł ulicami Warszawy. Jak pamiętamy, wśród ponad 60 tys. uczestników znalazło się kilka bliżej niezidentyfikowanych grupek, które przyniosły ze sobą prowokacyjne transparenty typu „Europa będzie biała, albo bezludna” czy „Wszyscy różni, wszyscy biali”. Oliwy do ognia dolał rzecznik Młodzieży Wszechpolskiej, który wdał się w idiotyczne dywagacje na temat „separatyzmu rasowego”. Przesłanie tego typu jest oczywiście sprzeczne z polską tradycją narodową - dla przedwojennych przedstawicieli obozu narodowego liczył się bowiem głównie aspekt tożsamościowy i cywilizacyjno-kulturowy: czujesz się Polakiem, częścią naszej wspólnoty, tradycji, chcesz pracować dla dobra Polski – jesteś „nasz”, a pochodzenie etniczne ma znaczenie drugorzędne. Dlatego właśnie wśród narodowców można było znaleźć zasymilowanych Niemców, Żydów, Tatarów... O jawnie fałszywej alternatywie Europy „białej” albo „bezludnej” w ogóle szkoda gadać, ciekawe jaki mędrzec/prowokator ukuł ten wiekopomny slogan.

Powyższe potwierdzili również w specjalnym oświadczeniu przedstawiciele organizacji narodowych – Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, Młodzieży Wszechpolskiej oraz Obozu Narodowo-Radykalnego, odcinając się od ideologii rasistowskich i postaw szowinistycznych, podkreślając natomiast wagę wspomnianego czynnika tożsamościowego. Nic to nie dało – wokół Marszu rozpętano medialno-polityczną histerię, która swym zasięgiem wylała się poza granice Polski. Zbitkę o „60 tys. faszystów” na ulicach Warszawy powtarzano we wszelkich możliwych konfiguracjach, przechodząc do porządku dziennego zarówno nad stanowiskiem organizatorów, jak i nad tym, że rzecznik MW po swoim niefortunnym wystąpieniu został ekspresowo odsunięty od pełnienia funkcji.

Pół biedy, jeśli wrzask wydobywał się z gardzieli „totalnej opozycji” i lewackich mediów – tu po pierwsze, nie można się było spodziewać niczego innego, po drugie – pojawiły się wręcz elementy humorystyczne („kulson-gate”). Marsz Niepodległości od swego zarania, gdy był jeszcze niszową imprezą narodowców, wywoływał wściekłość kosmopolitycznej lewicy, która nota bene nagłośnionymi medialnie „gwizdkami Blumsztajna”, próbami blokad i zapraszaniem bandziorów z Antify walnie przyczyniła się do sukcesu inicjatywy i zmiany jej statusu z wydarzenia środowiskowego na największą demonstrację patriotyczną w Polsce. Gorzej, że odciąć się, potępić i napiętnować rzekomy „faszyzm” uznali za stosowne także prominentni przedstawiciele obozu „dobrej zmiany” - i to, jak wiele wskazuje, pod naciskiem środowisk żydowskich, o czym szerzej za chwilę.


II. Małostkowa „dobra zmiana”

Taka postawa to tchórzliwa głupota i skrajna nielojalność wobec setek tysięcy uczestników Marszu biorących w nim udział na przestrzeni ostatnich lat. Marsz Niepodległości nie jest bowiem wyłącznie imprezą narodowców. Idą w nim także m.in. zwolennicy PiS i szerzej – wszyscy ci, którzy w Święto Niepodległości chcą zamanifestować swój patriotyzm. To oni w znacznej mierze sprawili, że podczas rządów PO obóz niepodległościowy nie „wymarł jak dinozaury”, a postawy patriotyczne upowszechniły się w młodym pokoleniu Polaków. To oni dawali świadectwo – przychodząc bez względu na liczne prowokacje, często ryzykując spałowanie, areszt i procesy sądowe. To oni wreszcie, nadstawiając karku, w ostatecznym rozrachunku utorowali PiS-owi drogę do władzy. W podzięce usłyszeli, że są „faszystami”, bo PiS przestraszyło się przyklejanej mu przez media łatki „nacjonalistów”.

Ów strach przed „obciążeniem wizerunkowym” przebija również z wypowiedzi prezydenta Andrzeja Dudy, który jeszcze niedawno wysyłał do uczestników Marszu wzniosłe listy, a dziś na wyprzódki odżegnuje się od „chorobliwego nacjonalizmu” - z pełną świadomością, że rasistowskie poglądy są na Marszu (i szerzej – w Polsce) absolutnym marginesem marginesu. Nawiasem, wygląda na to, że prezydent w ten sposób skorzystał z okazji, by usprawiedliwić ex post brak zaproszenia dla przedstawicieli środowisk narodowych do honorowego komitetu upamiętniającego 100-lecie odzyskania niepodległości.

Sprawy jednak zaszły dalej, niż małostkowy koniunkturalizm jednego czy drugiego polityka. Do gry wkroczyła bowiem prokuratura, która wszczęła postępowanie dotyczące wykreślenia z rejestru stowarzyszeń Obozu Narodowo-Radykalnego, Młodzieży Wszechpolskiej oraz Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, o czym poinformował sam zastępca Prokuratora Generalnego Robert Hernand. Jeżeli rzecz się oparła o taki szczebel, to raczej wykluczone, by odbyło się to bez błogosławieństwa z samej góry.

I tu warto się na chwilę zatrzymać nad pewną koincydencją. Oto wkrótce po Marszu Niepodległości (17 listopada) doszło do spotkania przedstawicieli środowisk żydowskich (w tym naczelnego rabina Polski Michaela Schudricha i przewodniczącego Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP Lesława Piszewskiego) z Jarosławem Kaczyńskim, podczas którego jednym z głównym tematów był Marsz oraz rzekomo narastający antysemityzm. Jarosław Kaczyński był ponoć „zszokowany”, a wkrótce potem prokuratura wszczęła z urzędu postępowanie...


III. Żydowski kompleks prawicy

Swoje dołożyła również wiceminister kultury dr Magdalena Gawin, zgłaszając postulat delegalizacji ONR. Znamienna jest przy tym okazja, przy jakiej doszło do tej deklaracji. Otóż stało się to podczas konferencji „Zjawisko antysemityzmu w Polsce” (5 grudnia 2017) zorganizowanej przez Centrum Badań nad Uprzedzeniami i polski oddział Komitetu Żydów Amerykańskich (AJC). Otwarcie środkowoeuropejskiego biura AJC w Warszawie (w obecności ambasadora USA Paula W. Jonesa) było w marcu 2017 uroczyście fetowane przez przedstawicieli polskiego rządu, zaś prezydent Duda przygotował na tę okazję wylewny list powitalny. Ze swojej strony przedstawiciele AJC zapowiedzieli „walkę z ekstremizmem” oraz ma się rozumieć „antysemityzmem”. Z kolei Centrum Badań nad Uprzedzeniami to jawnie lewacka, ideologiczna jaczejka funkcjonująca na Uniwersytecie Warszawskim, zajmująca się diagnozowaniem ludności tubylczej pod kątem „nietolerancji” i „ksenofobii”. I w takich oto uroczych okolicznościach przyrody pani wiceminister, przez nikogo nie wywoływana do tablicy, poczuła się w obowiązku oznajmić, iż ONR powinien zostać zdelegalizowany, jako że jego działalność ma być „sprzeczna z konstytucją”. Zastanawiająca gorliwość, sprawiająca wręcz wrażenie dość żałosnego „pucowania się” z domniemanego zarzutu „faszyzmu”.

Osobnym wątkiem w tej historii jest aktywność „przyjaciela Polski” - niejakiego Jonny Danielsa, który po Marszu Niepodległości złożył do prokuratury zawiadomienie o „propagowaniu nienawiści i dyskryminacji” (zasłynął też wezwaniem do wyeliminowania z życia publicznego Grzegorz Brauna). Człowiek ten, robiący od pewnego czasu furorę na prawicowych salonach władzy i okolic, dał się poznać jako szef fundacji „From the Depths” będącej głównym organizatorem bezprecedensowej wyjazdowej sesji Knesetu w Auschwitz 27 stycznia 2014 r. Obecnie zaś ów piarowiec-lobbysta i były sierżant sztabowy izraelskich sił specjalnych robi za głównego łącznika między Izraelem i środowiskami żydowskimi, a Polską. Coś niebywałego – przybywa tu, ot tak sobie, ktoś kreujący się na swoistego następcę Szewacha Weissa (Weiss jest zresztą w radzie honorowej „From the Depths”) i z miejsca otwierają się przed nim wszystkie drzwi zarówno poprzedniej, jak i obecnej władzy. Powiedzmy więc wprost: jest to najpewniej agent wpływu od którego na kilometr czuć Mossadem, jego prawdziwe cele mogą być zgoła odmienne od deklarowanych - a polskie władze odprawiają wokół niego jakieś żenujące tańce, zaś prawicowa publika robi mu klakę tylko dlatego, że nie lubi go żydowska lewica od Hartmana i B'nai B'rith. Co więcej, ten „ktoś” bez cienia żenady zabiera się za orzekanie komu wolno działać w polskiej przestrzeni publicznej – i polskie elity patriotyczne przyjmują to z pełnym zrozumieniem.

Ów specyficzny „żydowski kompleks” polskiej inteligencji – również tej prawicowej i patriotycznej – jak ognia wystrzegającej się choćby cienia podejrzeń o antysemityzm, jest zaiste fenomenem godnym osobnych rozbiorów. W każdym razie, widoczny efekt jest taki, że prawicowe elity stają się zakładnikami różnych żydowskich uroszczeń, choćby w polityce historycznej, czy – jak w omawianym przypadku - dołączają do nagonki na legalnie działających narodowców. Nie dziwi więc, że posłowie Tomasz Rzymkowski, Bartosz Jóźwiak i Robert Winnicki zgłosili do ministra Glińskiego oficjalne zapytanie, czy polski rząd nadal podejmuje za pośrednictwem swoich służb działania operacyjne przeciw organizacjom narodowym i czy faktycznie zamierza je zdelegalizować. Ja ze swej strony dodam: łapy precz! Jeśli już musicie, to zapalajcie sobie razem z Danielsem te chanukowe świeczki, róbcie sobie swoje obchody Święta Niepodległości bez następców Dmowskiego – ale od narodowców wara.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Knesset From the Depths

… i po Knesecie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 02 (17-30.01.2018)

Pod-Grzybki 122

Ziemia się zatrzęsła, Macierewicz zdymisjonowany! „Zona Wolnego Słowa” w histerii! Nie dziwota, zważywszy, że Antoni Macierewicz jest ojcem chrzestnym dziecka Sakiewicza. W zemście za dymisję swojego kuma, ewidentnie przepchniętą przez prezydenta, Sakiewka zapowiedział, że już nigdy-przenigdy na Dudę nie zagłosuje. Już widzę te szpagaty w 2020 roku, gdy Kaczyński jednak wystawi Dudę w wyborach – od takiego rozkroku łatwo mogą pęknąć portki i nawet nie będzie czym ich załatać, bo zapewne wraz z Macierewiczem skończy się kasa z MON. Jeśli na dodatek Kaczyński straci cierpliwość do wodzowskich uroszczeń Sakiewicza, to wkrótce może się okazać, że wyschną również inne źródełka i szef „Zony” znów będzie musiał polegać na topniejącym gronie czytelników, świecąc przy tym golizną. I tak oto, wraz z portkami, pęknie balonik pychy samozwańczego „Michnika polskiej prawicy”.


*

Żeby była jasność – nie, żebym był zachwycony dymisją Macierewicza, bo nie jestem. Podobnie jak prezydenturą i różnymi zagrywkami Dudy. Ale, bezinteresownie cieszy mnie, że Pan Sakiewka przy okazji nieco schudnie – facet jest w wieku zawałowym, więc ostatecznie wyjdzie mu to tylko na zdrowie. Dudzie pewnie jednak za to nie podziękuje, niewdzięcznik jeden.


*

Generalnie jednak, serial pt. „Rekonstrukcja” okazał się jeszcze słabszy niż „Korona Królów” - i wątpię, czy możemy mieć po nim nadzieję choćby na „Wspaniałe Stulecie”.


*

Ale co tam rekonstrukcja – Petru ma plan! Dokładnie, „Plan Petru”, który jest Petru-planem, a nikt inny, tylko Petru ów Plan stworzył i Planem Petru jest ów Plan. Przynajmniej taki nieskomplikowany przekaz płynie z medialnych doniesień. A biznes-plan owego Planu Petru jest następujący: zmieniamy pracę i bierzemy kredyt. Pytanie tylko, czy jakikolwiek bank „umoczy” miliony w inicjatywie Petru po raz drugi, czy też Petru-planowi zostaną jedynie „chwilówki”? A swoją drogą - „Plan Petru”, „Ruch Palikota”... widać rękę tego samego kreatora. Jacy oni są przewidywalni...


*

Lewackie media czule i z sentymentem pożegnały „Bravo”. Młodszym wyjaśniam, że to taki niemiecki szmatławiec, który ukształtował sporą część młodzieży lat '90, redagowany wedle wzorów prasy gadzinowej, mającej na celu demoralizację miejscowej ludności. Lansował najgorszy muzyczny (i nie tylko) chłam, a jego ozdobą były wymyślane „listy czytelników” w których rzekomi 13-latkowie opisywali „swój pierwszy raz”. Teraz zdechł, a nam pozostaje mieć nadzieję, że jest to tzw. dobry początek.


*

W osobnym tekście piszę o sekowaniu narodowców pod dyktando m.in. środowisk żydowskich i pana Jonny Danielsa, który uznał się za powołanego do meblowania polskiej rzeczywistości. W związku z tym uważam, że kolejny Marsz Niepodległości powinien przejść pod hasłem: „Jonny Daniels – f***k off”. Jest to przekaz stosowny do okazji, czyli 100-lecia niepodległości: podmiotowy, treściwy i co najważniejsze – anglojęzyczny adresat choćby nie chciał, to zrozumie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 02 (17-30.01.2018)

sobota, 2 grudnia 2017

Pod-Grzybki 119

Na początku wrócę jeszcze do słynnej wypowiedzi Ursuli von der Leyen o tym, że trzeba „wspierać zdrowy demokratyczny opór młodego pokolenia Polaków”. Tak się składa, że owo „młode pokolenie” przeszło akurat przez Warszawę w Marszu Niepodległości. Czyżby niemiecka minister właśnie ich miała na myśli? Jestem pewien, że uczestnicy Marszu z niecierpliwością wyglądają pomocy ze strony pani Ursuli.


*

Na marginesie seksualnego „molestingu” uprawianego z zapamiętaniem przez Harveya Weinsteina przemknęła mi przez głowę taka oto refleksja: chyba nikt ostatnio nie narobił Żydom takich „tyłów” jak właśnie ów hollywoodzki potentat. Swoim postępowaniem potwierdził antysemicki stereotyp zdeprawowanego, lubieżnego Żyda. Istny „Żyd Suss” rodem z goebbelsowskiej propagandy – a jeśli dołożymy do tego jeszcze Polańskiego... Aż dziwne, że tamtejsza diaspora nie stara się od niego jakoś demonstracyjnie odciąć – a potem płaczą, że szerzy się „antysemityzm”.


*

A propos molestowania – syryjski „uchodźca” zgwałcił w berlińskim mini-zoo kucyka – i to na oczach dzieci. Nie dziwię się – sądząc po zdjęciach, kucyk był nader powabny, szczególnie w porównaniu z legendarną urodą Niemek. Pytanie: czy ktoś zadbał o psychoterapię dla „ubogaconego kulturowo” konika? Przecież zwierzak od tej pory może nerwowo reagować i kopać, gdy ktoś przypadkiem zajdzie go od tyłu. Albo może ktoś go chociaż „ohasztagował” na Twitterze w ramach akcji #MeToo?


*

Tymczasem u nas im bliżej rekonstrukcji rządu, tym ministrowie wpadają na coraz bardziej rozpaczliwe pomysły – Konstanty Radziwiłł wystartował z groteskową akcją, każąc Polakom brać przykład z królików, bo te żrą zdrowe zielsko i dzięki temu ciągle chce im się teges, więc nie mają problemów demograficznych. A nie lepiej było pokazać rodakom galerię „króliczków” Playboya?


*

Sprawa Cezarego P., zwanego „dilerem gwiazd” nabiera rozpędu. Przypomnijmy, że pan Cezary sprzedawał celebrytom, jak się to prawnie ujmuje, „zakazane substancje psychoaktywne”. Przy okazji plotkarskie media doniosły, że jedną ze stałych klientek dilera była... niejaka „Paulina M.”. Jeżeli jest to ta „Paulina M.” o której myślimy, to faktycznie – kto jak kto, ale ona akurat już od dłuższego czasu wykazywała daleko posuniętą psychoaktywność.


*

Powrócę jeszcze do Marszu Niepodległości. Otóż w internetach jakiś mędrek wyraził ubolewanie, że nie obchodzimy święta niepodległości tak jak Finowie – bo u nich wszyscy świętują razem, zgodnie i radośnie. Takie napomnienia przypominają mi „zawstydzającą” przemowę przedszkolanki: „a fe, Mateuszku, popatrz na Łukaszka, jak się ładnie bawi”. Cóż, najwyraźniej nie jesteśmy Łukaszkami...


*

Po skandalicznej uchwale europarlamentu popartej przez sześcioro deputowanych PO, Janusz Lewandowski oznajmił: „Wydaje mi się, że jesteśmy takimi pomnikami dawnego szacunku dla Polski”. Jakby to ująć... panie Januszu i reszto „pomników” - gdybym był gołębiem, to bym was wszystkich osrał.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 43 (29.11-12.12.2017)

niedziela, 24 września 2017

Czy Roman Dmowski był w Wersalu?

Najwyraźniej Marsz Niepodległości i jego organizatorzy postrzegani są w otoczeniu prezydenta jako rodzaj kłopotliwego wizerunkowo balastu.

I. 100-lecie niepodległości bez narodowców

Ktoś na postawione w tytule pytanie mógłby się popukać w głowę – przecież wiadomo, że to właśnie Roman Dmowski był w 1919 r. Delegatem Pełnomocnym Polski na konferencję paryską kończącą I wojnę światową. To jego pięciogodzinne przemówienie na tejże konferencji (tłumaczone przez niego samego symultanicznie na angielski i francuski) walnie przyczyniło się do poważnego potraktowania przez zwycięskie mocarstwa polskich postulatów. Wreszcie, to jego podpis (oraz Ignacego Paderewskiego) widnieje pod Traktatem Wersalskim przywracającym Polskę na mapę Europy. Zresztą, wielowymiarowych zasług narodowej demokracji dla szeroko rozumianej „sprawy polskiej” (obejmujących nie tylko działalność stricte polityczną, ale też społeczną, kulturalną, oświatową) nikt przy zdrowych zmysłach dziś nie kwestionuje, zaś endecka spuścizna odzyskuje po latach rugowania z narodowej świadomości należne jej miejsce. Niby zatem wszystko jest jasne... ale najwyraźniej nie dla wszystkich.

Oto niedawno, na podstawie okolicznościowej ustawy, powołano przy prezydencie Andrzeju Dudzie specjalny Komitet Narodowych Obchodów Setnej Rocznicy Odzyskania Niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej, mający na celu „upamiętnienie i uroczyste uczczenie wydarzeń oraz osób związanych z odzyskaniem i utrwaleniem przez Rzeczpospolitą Polską niepodległości” (cyt. za oficjalnym komunikatem ze strony prezydent.pl). Cel szczytny i słuszny, a pierwsze posiedzenie gremium odbyło się w poniedziałek 11 września. Sęk w tym, że gdy patrzymy na listę zaproszonych osób, zieje w niej wyraźna luka. Nie znajdziemy na niej bowiem ani jednego przedstawiciela współczesnych środowisk narodowych, nawiązujących do dziedzictwa Romana Dmowskiego. Nie wiem, kto personalnie jest odpowiedzialny za taki, a nie inny dobór członków Komitetu – domyślam się, że prezydent nie układał listy osobiście, zdając się na swoich współpracowników. Jednak na koniec chyba Andrzej Duda otrzymał zestaw nazwisk do wglądu i finalnej akceptacji – i nic nie rzuciło mu się w oczy?


II. Niewygodny Marsz Niepodległości

Podkreślmy to jeszcze raz – urzędnicy Kancelarii Prezydenta nie uznali za stosowne zwrócić się ani do Ruchu Narodowego, ani Młodzieży Wszechpolskiej, ani Obozu Narodowo-Radykalnego. Nade wszystko jednak nie zaproszono przedstawicieli Stowarzyszenia Marsz Niepodległości w skład którego wchodzą przedstawiciele organizacji narodowych.

Przypomnijmy, że Marsz Niepodległości organizowany co roku 11 listopada jest największą cykliczną manifestacją patriotyczną w Polsce, gromadzącą dziesiątki, a później nawet setki tysięcy uczestników. Przez lata rządów PO i medialnej dominacji salonowszczyzny był opluwany przez lewactwo jako demonstracja „faszystów”, stosowano wobec niego prowokacje w rodzaju słynnego spalenia „ruskiej budki” przez podwładnych ministra Sienkiewicza, wywoływano sztuczne zadymy mające skompromitować jego uczestników w oczach społeczeństwa (najlepszy dowód na prawdziwość tej tezy – w 2016 r. po oddaniu władzy przez PO, marsz odbył się bez żadnych ekscesów, nie sponiewierano nawet wypastowanego na czarno Jacka Hugo-Badera z „Gazety Wyborczej”). Wobec uczestników demonstracji stosowano policyjne represje i szykany polegające m.in. na wyłapywaniu „na sztukę” przypadkowych demonstrantów, po to, by media mogły alarmować o setkach zatrzymanych „chuliganów”. Zatrzymanych potem cichcem zwalniano (o czym media już nie donosiły), a wobec opornych, którzy nie chcieli podpisać się pod wyssanymi z palca protokołami stosowano często kilkumiesięczne areszty tymczasowe. Służby prawne Marszu miały pełne ręce roboty broniąc później ofiary reżimu Tuska i Kopacz przed sądami – na ogół z powodzeniem, choć znamy też przypadek sędzi Iwony Konopki, która skazała przechodnia skopanego po głowie przez policyjnego tajniaka w 2011 r.

Wszystko to nie odstraszało ludzi rok po roku coraz tłumniej biorących udział w kolejnych edycjach Marszu Niepodległości. Co więcej, mimo że wydarzenie jest organizowane przez środowiska narodowe, sam Marsz ma wyjątkowo „ekumeniczny” charakter. Demonstrować może każdy poczuwający się do polskości i patriotyzmu, niezależnie od sympatii historyczno-ideowych, politycznych, czy społecznej pozycji. Miejsce jest i dla „endeka” i dla „piłsudczyka”, dla zwolennika PiS i dla „kukizowca”, dla kibica z blokowiska i dla profesora.

Nie sposób przecenić roli i zasług Marszu Niepodległości dla budzenia patriotycznego ducha, dumy i woli oporu wobec antynarodowej ofensywy lewactwa. Ponadto, jest fantastycznym przykładem oddolnej samoorganizacji, która Świętu Niepodległości nadała należny, ogólnospołeczny wymiar. Czy PiS i prezydent Duda osobiście uważają, że nie mają tym tysiącom patriotów niczego do zawdzięczenia? Że ci ludzie nie głosowali w wyborach prezydenckich i parlamentarnych na „dobrą zmianę”? Czy brak zaproszenia dla przedstawicieli Marszu nie pachnie podejściem „murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść”? Jeszcze w 2016 r. przedstawiciel prezydenta odczytywał specjalny list skierowany do uczestników. Jak będzie 11 listopada 2018? Wrócimy do groteskowej „tradycji” Komorowskiego – z jednej strony Marsz Niepodległości, a z drugiej pochód prezydencki ze starannie wyselekcjonowanymi urzędnikami i gośćmi dobranymi „z klucza”?

To, co również boli, gdy patrzy się na skład prezydenckiego komitetu, to niemal całkowite pominięcie kombatantów. Owszem, znalazło się miejsce dla prof. Leszka Żukowskiego ze Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej (mimo, że prof. Żukowski nie szczędził obozowi rządzącemu słów krytyki – ostatnio podczas obchodów 73 rocznicy Powstania Warszawskiego) – ale nie zaproszono nikogo ze Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych – drugiej po AK sile polskiego podziemia. Zdumiewające, tym bardziej, że prezydent Duda objął w tym roku swym patronatem obchody 75-lecia powstania NSZ. Ale ktoś z Kancelarii zadbał o to, by i ten aspekt narodowej historii starannie „wygumkować”.


III. Race kontra kotyliony

Kogo zatem zaproszono? Oto kilka „kwiatków”. Z ramienia PO – Hannę Gronkiewicz-Waltz, doszczętnie skompromitowaną „carycę Warszawy”. Jest Rafał Bartek reprezentujący mniejszość niemiecką na Śląsku Opolskim (!). Z ramienia samorządowców znajdziemy prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza słynącego z czołobitności względem Niemców. Jest nawet Władysław Kosiniak-Kamysz jako reprezentant „Ludowych Zespołów Sportowych” i Waldemar Pawlak wydelegowany przez Związek Ochotniczych Straży Pożarnych. Mamy przedstawicieli (niczego nie ujmując) Związku Głuchych, Związku Niewidomych, artystów fotografików, pisarzy, architektów, muzealników, Henrykę Bochniarz z Konfederacji Lewiatan... Słowem, znalazło się miejsce dla niemal wszystkich organizacji, związków zawodowych i twórczych – tylko nie dla narodowców. Wśród ponad osiemdziesięciu członków Komitetu dla nich miejsca nie przewidziano. Oni nie mieli i nie mają zasług tak dla historycznej, jak i obecnej Rzeczypospolitej. Stąd moje tytułowe pytanie – czy Roman Dmowski był w Wersalu? Czy w ogóle ktoś taki istniał? Jak Pan sądzi, panie Prezydencie?

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że zadziałała tu swoista poprawność polityczna, a urzędnicy Kancelarii Prezydenta zwyczajnie się przestraszyli, że „Wyborcza” z przyległościami i generalnie lewactwo rozpęta awanturę z powodu zaproszenia „faszystów”. Najwyraźniej Marsz Niepodległości i jego organizatorzy postrzegani są w otoczeniu prezydenta jako rodzaj kłopotliwego wizerunkowo balastu. 11 listopada 2018 szykuje się więc następująco: z jednej strony urzędowe „oficjałki” i akademie „ku czci” - z drugiej spontaniczna, masowa demonstracja. Z jednej - „plebejskie” race i okrzyki, z drugiej – napuszone mowy i eleganckie kotyliony w klapach i na sukniach lepszego towarzystwa. Tu salony, tam – ulica. I w tym wszystkim zastanawia mnie na koniec jedno: czy prezydent i jego otoczenie nie widzą, jak gładko weszli w buty poprzednika?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 38 (22-28.09.2017)

piątek, 22 września 2017

Pod-Grzybki 114

Przy okazji 75-lecia powstania Narodowych Sił Zbrojnych „Soros-Szechter Cajtung” postanowił powyzwierzęcać się nad Brygadą Świętokrzyską, której imieniem kieleccy radni ochrzcili rondo. Repertuar zarzutów znany: żydożerstwo, zwalczanie komunistycznych band (zwanych w „S-SC” „partyzantką”) no i przede wszystkim – dogadanie się z Wehrmachtem w obliczu zbliżających się sowietów, dzięki czemu Brygada przedostała się na zachód. I to jest grzech, którego pogrobowcy KPP nie mogą wybaczyć: zamiast dać się pozabijać i powrzucać do bezimiennych dołów śmierci, NSZ-owcy z BŚ przeżyli. W ostatniej chwili wymknęli się z łap różnych Stefanów Michników, którzy już ostrzyli sobie na nich zęby. A to reakcyjne świnie!


*

Tymczasem dowiadujemy się, że do komitetu patronującego obchodom 100-lecia odzyskania niepodległości Kancelaria Prezydenta nie zaprosiła nikogo ze Stowarzyszenia „Marsz Niepodległości” organizującego co roku największą patriotyczną demonstrację w Polsce. Generalnie nie znalazło się ani jedno miejsce dla przedstawiciela środowisk narodowych. Zaproszono natomiast Hannę Gronkiewicz-Waltz, czy „strażaka” Waldemara Pawlaka – no comments. Nie zaproszono również nikogo z organizacji kresowych – jest za to przedstawiciel niemieckiej mniejszości na Śląsku Opolskim, co zakrawa już na celową drwinę. Czyli Kresów i endecji nie było, nie ma i być nie może, a ten cały Dmowski w ogóle nie wiadomo skąd się wziął jako polski delegat na konferencji wersalskiej. Nie przeszkodziło to jednak prezydentowi Dudzie w objęciu honorowym patronatem obchodów 75-lecia NSZ, by nieco poogrzewać się w patriotycznym ciepełku. Czyli Panu Bogu świeczkę, a diabłu... gromnicę. I coś mi się wydaje, że taki będzie nowy kurs polityczny „wyemancypowanego” pana prezydenta.


*

Powyższe skrytykował ostro Rafał Ziemkiewicz. Krytyka słuszna, ale zwrócę uwagę, że jeszcze niedawno RAZ snuł wizje jakiegoś nieformalnego sojuszu pałacu prezydenckiego z... kukizowcami i środowiskami na prawo od PiS. Tymczasem Duda, zamiast na prawo, skręcił w kierunku z którego przyszedł - w stronę Unii Wolności. I tak potwierdza się stara prawda, że człowiek może wyjść z UW, lecz Unia z człowieka nie wyjdzie nigdy.


*

PSL zgłosiło projekt zachowania na stałe czasu letniego, co jest bodaj jedyną sensowną inicjatywą ludowców odkąd pamiętam. Czas zimowy (mimo, że to właśnie on jest czasem „naturalnym”) niczemu dziś nie służy, za to godzina więcej dziennego światła w okresie jesienno-zimowym – bezcenna. Przypomnę jednak, że to ja swojego czasu zwróciłem się publicznie z takim postulatem w „Pod-Grzybkach” nr 26 z października 2015r. („PN” nr 42/2015), dodając, że każdy, kto by z tej rady skorzystał ma zapewnione w wyborach kilka procent głosów więcej od wdzięcznego narodu. Jak widać, po gruntownym, niemal dwuletnim namyśle, po głosy schyliło się PSL – co nawiasem świadczy o tym, że wprawdzie nikt się nie przyzna, ale wszyscy nas czytają.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 38 (20.09-03.10.2017)