Pokazywanie postów oznaczonych etykietą homopropaganda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą homopropaganda. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 sierpnia 2019

Czy LGBT podpali Polskę?

Mamy jasno zarysowaną strategię – prowokować, stać się ofiarą przemocy, przypisać „patronat” nad eskalacją agresji PiS-owi i dzięki temu wygrać.

I. LGBT – nowe mięso armatnie

Wszystko wskazuje na to, że ruch LGBT stał się nowym pomysłem na polityczną i społeczną destabilizację Polski. Nie powiodło się z KOD-em i ich radykalną wersją w postaci „UBywateli RP”, nie wyszedł ciamajdan, „czarne marsze” skompromitowały się za sprawą rozwrzeszczanych feministek epatujących różnymi wariacjami kobiecych narządów płciowych, rokosz sędziowskiej kasty po chwilowym wzmożeniu i manifestacjach w obronie „wolnych sądów” również się wypalił, oparty na opozycyjnych samorządowcach ruch społeczny mający w planach skupić się wokół Tuska skichał się, zanim wystartował – zatem w kolejnej odsłonie postawiono na homopropagandę. To właśnie im – gejowskim aktywistom - przekazano pałeczkę w tej destrukcyjnej sztafecie i rzucono na pierwszą linię frontu, wyznaczając jasne zadanie: podpalić Polskę. Nie bądźmy naiwni - te wszystkie hasła o tolerancji, równouprawnieniu, „miłości która nie wyklucza”, a nawet ideologiczne postulaty w rodzaju małżeństw jednopłciowych, adopcji dzieci przez pary homoseksualne czy szkolnej seksualizacji nieletnich nie są tu celem samym w sobie. Są jedynie pozorem, narzędziem służącym do osiągnięcia czegoś zupełnie innego – odsunięcia PiS od władzy. Homoaktywiści stali się po prostu kolejnym mięsem armatnim wysłanym na odcinek walki z rządem. Inna sprawa, że owładniętych atawistyczną nienawiścią do prawicy oraz wszystkiego co kojarzy się z tradycją, religią i konserwatywnymi wartościami działaczy nie trzeba było długo zachęcać. Nie wykluczam nawet, że wielu z nich naprawdę się wydaje, iż walczą o głoszone na transparentach postulaty – podobnie, jak wielu zmanipulowanym kobietom, a nawet etatowym feministkom wydawało się, że PiS faktycznie chce się „dobrać do ich macic”, zaś co bardziej oczadziali kodziarze sądzili, że walczą w obronie konstytucji i praworządności. Podobnie było z wielkomiejską młodzieżą, która dwa lata temu uwierzyła, że paląc świeczki Małgorzacie Gersdorf i jej klice staje w obronie „niezawisłego” sądownictwa. Wszystkie te dotychczasowe protesty łączy jedno: miały w swej istocie służyć restauracji starego porządku, a wszelkie deklarowane na danym etapie górnolotne idee były jedynie przynętą dla naiwnych, parawanem mających osłonić powrót do władzy, wpływów i pieniędzy beneficjentów Republiki Okrągłego Stołu – żeby było tak, jak było.

Nie inaczej jest i tym razem. W tym roku jesteśmy świadkami bezprzykładnej mobilizacji nie tylko środowisk LGBT, lecz wszelkiej maści zaprzyjaźnionego z nimi skrajnego lewactwa z cichym (a chwilami głośnym) poparciem Platformy i reszty „totalnej opozycji”. Świadczy o tym chociażby intensyfikacja parad gejowskich. Do tej pory organizowano tego rodzaju przemarsze w Warszawie i kilku innych „postępowych” miastach typu Gdańsk czy Poznań. W tym roku nastąpiła eskalacja – ambicją stało się „zaliczenie” wszystkich miast wojewódzkich plus prowokacyjny spęd pod Jasną Górą. Wszystko według precyzyjnego scenariusza – tam, gdzie możemy liczyć na przychylność „jedziemy po bandzie” (profanacje Najświętszego Sakramentu w Gdańsku i Mszy Św. w Warszawie), natomiast w bardziej konserwatywnych miejscach idziemy „grzeczniej” udając pozytywnych, uśmiechniętych ludzi pragnących jedynie zrozumienia, miłości i akceptacji. Ale jednocześnie jesteśmy nieustępliwi – gdy spotkamy się z odmową, idziemy do sądu, który oczywiście stanie po naszej stronie uchylając zakaz miejscowych władz.

Zarazem, cała ta heca jest bardzo umiejętnie rozciągnięta w czasie, tak by „paliwa” wystarczyło do jesieni. Jesteśmy świadkami swoistego, gejowskiego objazdowego cyrku. W kolejnych miastach, na kolejnych imprezach, widzimy wciąż te same twarze jeżdżących z manifestacji na manifestację etatowych demonstrantów, mających sprawiać wrażenie, że w każdym miejscu Polski tysiące homoseksualistów cierpi opresję. To sprytny manewr, bo gdyby nagle aktywiści LGBT mieli zrobić równolegle swoje marsze w kilkunastu miastach, okazałoby się, że poza Warszawą mogą liczyć na śladową frekwencję – a tak, można pokazać do kamer kilkutysięczne, lub przynajmniej kilkusetosobowe grupy.

Powtórzę – ta aktywizacja jest bez precedensu, czegoś podobnego nie widzieliśmy chociażby za rządów „liberałów” z PO, na których teoretycznie łatwiej było wymusić realizację homo-postulatów. Teraz natomiast mamy... nie, wbrew pozorom wcale nie gej-parady, tylko regularne demonstracje „totalnej opozycji” ubrane w szaty „walki o prawa osób LGBT”. Autentyczni „geje” są na nich w mniejszości, choć to ich naturalnie wystawia się na afisz w charakterze organizatorów firmujących kolejne „eventy”. W rzeczywistości, trzon kolejnych „Marszy Równości” stanowi stary, dobrze nam znany aktyw – niedobitki KOD-u i „Obywateli RP” ze słynną „Rudą”, pamiętani m.in. z blokad miesięcznic smoleńskich oraz partyjny aparat „Razem”, „Zielonych” i lokalnych działaczy PO incognito – a do tego trochę zmanipulowanej młodzieży w wieku licealnym, której wmówiono, że walczy o równouprawnienie i sprzeciwia się „faszyzmowi”.


II. Anatomia prowokacji

Cel jest jasny – za pomocą umiejętnie eskalowanych prowokacji rozgrzać społeczne emocje. Piszę ten artykuł już po zajściach w Białymstoku, gdzie wszystko mogliśmy ujrzeć jak na dłoni. Tu muszę się przyznać do pewnej naiwności – wcześniej sądziłem, że wulgarne ekscesy polegające na profanowaniu drogich Polakom i katolikom symboli i świętości były wyłącznie inicjatywą poszczególnych narwańców, którzy myśleli, że zrobią sobie „bekę” z „katoli”. Tymczasem, coraz więcej wskazuje na to, że popaprańcy pokroju Szymona Niemca czy tych wariatów z Gdańska od profanacji procesji Bożego Ciała, mogli wprawdzie dawać upust autentycznym, targającym nimi klerofobicznym emocjom – ale już ci, którzy wystawili ich na widok i zarządzają całym tym interesem działali z pełną premedytacją. Tak to funkcjonuje – wysuwa się do kamer kilku pożytecznych w danym momencie, pokręconych obsesjonatów, by za ich pomocą uszyć na zimno prowokację. Przerabialiśmy to zresztą na własnej skórze, tylko z innej strony – dość wspomnieć podesłanych w 2010 r. na Krakowskie Przedmieście prowokatorów w rodzaju Andrzeja Hadacza czy „Joanny spod Krzyża”, którzy swoimi szaleństwami skutecznie kompromitowali obecnych tam ludzi. W przypadku gej-parad mamy nieco inny wariant tej samej sztuczki – epatowanie agresywnymi zboczeńcami, tak by wywołać reakcję drugiej strony. Cel udało się osiągnąć w Białymstoku.

Przyjrzyjmy się ciągowi wydarzeń. Najpierw etap podgotowki: antykatolickie prowokacje w „przyjaznym” otoczeniu (Gdańsk, Warszawa), w międzyczasie „tęczowa” profanacja wizerunku Matki Boskiej i „nalot” na Jasną Górę oraz dudniąca ze wszystkich głównych przekaziorów coraz bardziej nachalna homopropaganda połączona z festiwalem pogardy wobec rzekomych „homofobów”. A potem, gdy emocje oburzonych i obrażanych ludzi sięgnęły zenitu, wyjazd na gościnne występy do Białegostoku, stolicy tradycjonalistycznego Podlasia, znanego z aktywności środowisk narodowych i kibicowskich oraz konserwatyzmu mieszkańców. A że „lokalsi” złożyli petycję przeciw Marszowi Równości z ponad 27 tys. podpisów? Że zapowiedziano protesty, blokady i alternatywne imprezy na trasie marszu i w jego bezpośrednich okolicach? Tym lepiej, znaczy, że mamy zapewnioną odpowiednio gorącą i spektakularną konfrontację - kamery (zwłaszcza „zaprzyjaźnione”, „nasze”) to uwielbiają. Wszystko przebiega zgodnie z planem, można przystąpić do sfinalizowania scenariusza prowokacji.

Zwróćmy uwagę - na białostockiej paradzie nie było profanowania symboli religijnych, nie było ostentacyjnej defilady przegiętych i wulgarnych „ciot”. Tutaj „format” imprezy był z tych „grzecznych”, taktyka została dobrana pod kątem okoliczności i celu. Była grupka „zawodowych” gejów ze stowarzyszenia „Tęczowy Białystok” (formalnego organizatora), byli „objazdowi demonstranci” z KOD-u, Razem i Zielonych, paru gejowskich celebrytów w rodzaju pisarza Jacka Dehnela oraz – jako bonus – sporo idealistycznie nastawionych białostockich licealistów. Wszyscy programowo kolorowi, z tęczowymi akcesoriami, uśmiechnięci, podrygujący do przebojów ABBY. I tak to miało wyglądać – z jednej strony pokojowy przemarsz, z drugiej – oszalała, wyjąca tłuszcza, rzucająca się z pięściami i tłukąca się z policją torującą drogę pozytywnemu Marszowi Równości, którego uczestnicy wesoło machają do zgromadzonych za kordonem nienawistników. Tatuś ustawiający przed szpalerem sił prewencji dziecięcy wózek z ssącym smoczek „bombelkiem” był z ich punktu widzenia już tylko super-gratisem, wisienką na torcie.

A potem idą w świat dramatyczne relacje i obrazy – wrzaski, pały, gazy, helikopter, armatka wodna, pobici, zatrzymani... Co z tego, że później okazuje się, iż rzekomo skopany przez kiboli chłopak zaraz po imprezie nagrywa bez śladu obrażeń filmik na You Tube i jakoś nie kwapi się do zgłoszenia pobicia na policji, a nagranie z zajścia puszczone w slow motion pokazuje, że wszystkie groźnie wyglądające ciosy były markowane? Chłopaczyna na internetowym nagraniu zaś bredzi, że „czuje się pobity psychicznie”? Co z tego, że zakrwawiona kobieta – rzekoma ofiara „nazioli” - okazuje się być uczestniczką kontrdemonstracji skutecznie „spacyfikowaną” przez policję? Do ilu odbiorców to dotrze? Zamiast tego, przez najbliższy rok w mediach przy każdej okazji i bez okazji królować będą te same kadry, przebijając swym autentyzmem i siłą przekazu „urodziny Hitlera”. Zadanie wykonane, misja udała się w stu procentach.


III. Walka o status ofiary

O co chodziło? Otóż środowiska LGBT oraz stojący za nimi polityczni macherzy poczuli, że tracą swój najważniejszy atut – status ofiary. Wizerunek uciskanej i represjonowanej mniejszości stawał się w społecznym odbiorze nie do pogodzenia z coraz wyraźniejszym obrazem rozwydrzonego, aroganckiego i agresywnego pedała, usiłującego prawem kaduka narzucić w przestrzeni publicznej swą ideologiczno-obyczajową agendę. Rozbestwionego dewianta, profanującego religijne i narodowe świętości, odgrażającego się, że wejdzie ze swym przekazem do szkół z błogosławieństwem lokalnych władz i mającego w jawnej pogardzie opinię „heteronormatywnej” większości. Podobnie z inną „mniejszością” - feministkami, epatującymi otoczenie coraz bardziej wulgarnymi happeningami i przerabiającymi powstańczą kotwicę Polski Walczącej na cycki. Tak samo, nie sposób pogodzić narracji o spychanej na margines i prześladowanej grupie z realiami funkcjonowania wpływowych i ustosunkowanych (w każdym znaczeniu tego słowa) homoaktywistów, spijających w swych organizacjach śmietankę krajowych i zagranicznych grantów, cieszących się jawnym poparciem włodarzy największych miast, wiodących ośrodków medialnych oraz – jak pokazała warszawska gej-parada – wielkiego, międzynarodowego biznesu, który też ma tu swój kawałek tortu do ugrania.

Ofiarami za to, w powszechnym przekonaniu, coraz częściej zaczęli się stawać zwykli, szarzy ludzie, którzy nieopatrznie stanęli na drodze walca homopropagandy – ciągany po sądach drukarz z Łodzi, zwolniony pracownik IKEI... To z nimi może utożsamić się przeciętny Polak, to widząc ich przykład może pomyśleć – skrytykuję gejów, wychylę się, to może spotkać mnie to samo. Polacy zaczęli sobie uświadamiać, że żyją w coraz bardziej duszących oparach „tęczowej” kryptocenzury, bombardowani na dodatek groźbami prawnych reperkusji za „homofobię” i „mowę nienawiści”. Homolobby zaczęło stopniowo być postrzegane jako stosujący przemoc symboliczną niebezpieczni agresorzy, którym należy się przeciwstawić. Tę śmiertelnie dla nich niebezpieczną tendencję należało za wszelką cenę odwrócić. Zajścia w Białymstoku nadają się do tego idealnie.

Tak działa, niestety, mechanizm społecznej sympatii – ludzie bardziej skłonni są współczuć temu, kto sprawniej wykreuje się na ofiarę agresji. Na przykład, zahukanej gromadce osaczonej przez wielokrotnie liczniejszy, wrogi tłum. Metoda w gruncie rzeczy jest prostacka: prowokować ile wlezie, a gdy ktoś nie wytrzyma i walnie prowokatora w sagan – uderzyć w płacz i jechać na naturalnym odruchu empatii otoczenia. Dlatego na przyszłość nie wolno im dawać pretekstu do drapowania się w szaty męczenników. Przykładowo, gdyby kontrdemonstranci zrobili na ulicy tzw. sitting i zastosowali inne metody biernego oporu (chociażby prześmiewcze transparenty, które zawsze doprowadzają lewactwo do wściekłości), to oni wówczas staliby się ofiarami homoseksualnej inwazji na ich rodzinne miasto – tak, jak w 2015 r. Anna Kołakowska blokująca z narodowcami gejowski przemarsz w Gdańsku. Usiłując czynnie zaatakować manifestację, pomogli jej inicjatorom się uwiarygodnić i osiągnąć tym samym zamierzony cel.


IV. Strategia wyborcza – podpalić Polskę!

Podsumowując, aktywiści LGBT oraz ich zleceniodawcy upiekli kilka pieczeni na jednym ogniu. Po pierwsze, odświeżyli w powszechnej pamięci stereotyp narodowca i kibola jako tępego zadymiarza, nieco zatarty dzięki ostatnim, spokojnym Marszom Niepodległości. To też ich uwierało – bo jak tu w kółko gardłować o „faszyzmie”, skoro rzekomi „faszyści” sobie raz na jakiś czas spokojnie demonstrują, a ich polityczni przedstawiciele prezentują się przed kamerami w kulturalnych garniturach, udzielając składnych i sensownych (na ogół) wypowiedzi? Po drugie – znów udało się im skutecznie wejść w buty prześladowanych ofiar. Tu pozostają dwie kwestie – jak długo w tych butach wytrzymają i na ile krótką pamięć mają Polacy. Czy maglowani obrazami z Białegostoku zapomną o dotychczasowych „dokonaniach” tęczowego lobby? Po trzecie – udało się im skutecznie napuścić narodowców na PiS. Gazowani i pałowani protestujący (słychać to na filmach) całkiem logicznie utożsamili policję z obecną władzą, pomstując, że ta staje przeciw zwykłym obywatelom w obronie zboczeńców. Ton ten podchwyciły narodowe media. Po czwarte wreszcie i najważniejsze – dostarczyli lewactwu i totalnej opozycji wyborczego paliwa, którego wystarczy do jesieni, tym bardziej, że planowane są kolejne „marsze przeciw nienawiści” i ma się rozumieć, homoparady.

To wokół emocji wywołanych białostockim marszem będzie się od tej pory kręciła kampania (a nie wokół żałosnego programu Schetyny i KO) – i jest to potencjalnie niebezpieczne, o ile PiS nie zdoła jakoś spacyfikować tego przekazu i narzucić własnego. Platforma już wyczuła krew, obwiniając o zajścia marszałka województwa podlaskiego z PiS, który zorganizował Piknik Rodzinny w pobliżu trasy przemarszu. Uaktywnił się Tusk, rzucając na Twitterze przekaz na kampanię: „Kibole, antysemici, homofobia – nic nowego. Tragedią jest władza, która jest ich patronem”. No i wreszcie, zupełnie jawnie karty odkrył Janusz Palikot: „Robić Marsze Równości non stop. I dać się pobić. Stać i czekać, aż cię zjedzą biciem. Zero reakcji. Milczenie. Być pobitym w milczeniu. To da zwycięstwo.”. Mamy zatem jasno zarysowaną strategię – prowokować, stać się ofiarą przemocy, przypisać „patronat” nad eskalacją agresji PiS-owi i dzięki temu wygrać. I nie ma znaczenia, że dla narodowców PiS jest bandą zdrajców i amerykańsko-żydowskich pachołków, a dla PiS-u narodowcy to „ruska agentura”. Ważne jest to, co uda się aparatowi propagandy wdrukować w masową świadomość. Chodzi o to, by przestraszyć ludzi wizją ciągłych zamieszek, destabilizacji i wbić do głów skojarzenie: PiS = przemoc. I nad tym będą pracowały sztaby macherów, posyłając na ulice kolejnych miast szeregi swych lewackich i gejowskich hunwejbinów. Będą mieli sprzymierzeńców nie tylko w tradycyjnych mediach obozu III RP, lecz również (a może przede wszystkim) w internetowych gigantach, takich jak Facebook i Google, otwarcie wspierające i sponsorujące ideologię LGBT przy jednoczesnym bezwzględnym sekowaniu konserwatywnego przekazu. Czy zatem uda się im podpalić Polskę? Wiele zależy tu od nas samych – czy będziemy zdolni do roztropnego powiedzenia „non possumus”, skutecznego przypominania co i kto stoi za rzekomymi „ofiarami” oraz do czego to towarzystwo jest zdolne i jakie są jego prawdziwe intencje.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Cele i strategia ruchów LGBT

„Tęczowi” w Białymstoku nie przeszli

Ofensywa homozamordyzmu

Homo-sponsoring

„Karta LGBT+”, czyli akcja werbunkowa

Mowa nienawiści – knebel na prawicę


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 09 (Sierpień 2019)

czwartek, 1 sierpnia 2019

„Tęczowi” w Białymstoku nie przeszli

Potrzeba nam całej determinacji, ale też i roztropności, by gejowski pochód deprawacji nie skończył się w Polsce tak, jak na Zachodzie.

I. Gdzie cię nie proszą...

Białystok to dziwne miasto. Z jednej strony, centrum bardzo konserwatywnego regionu Polski – Podlasia. Z drugiej jednak, pewna część mieszkańców miasta (szczególnie lokalnych elit) odczuwa jakiś kompletnie dla mnie niezrozumiały kompleks „warszawki”, wskutek którego starają się za wszelką cenę udowodnić, że u nich też może być nowocześnie, „europejsko” i postępowo. Nie bez przyczyny to w Białymstoku działał niesławnej pamięci „Teatr TrzyRzecze” oraz Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych malwersanta Rafała Gawła, a spektakl na podstawie książki innego lewackiego aktywisty Marcina Kąckiego „Białystok. Biała siła, czarna pamięć” (przedstawiającej miejscową społeczność jako bandę „faszystów”) grany był miesiącami mimo spadającej frekwencji. Żywą emanacją tych snobistyczno-parweniuszowskich aspiracji podszytych kompleksem prowincjusza jest rządzący już trzecią kadencję prezydent Tadeusz Truskolaski – odpowiednik Rafała Trzaskowskiego, Aleksandry Dulkiewicz czy Jacka Jaśkowiaka, który sobie umyślił, że wspólnie z zawodowymi homoseksualistami („Tęczowy Białystok”) urządzi gej-paradę, żeby było jak w Warszawie i by pokazać, że Białystok jest tak samo „gay-friendly”, jak Gdańsk, Poznań czy stolica. A tu zaskoczenie – nie wyszło. Jak to mówią, coś „nie pykło”.

Marsz propagujący ideologię LGBT forsowany był z uporem godnym lepszej sprawy – mimo ostrzeżeń, że będzie odebrany jako prowokacja, mimo zapowiedzi blokad oraz licznych zgłoszeń (w sumie ok. 60-ciu) alternatywnych imprez na trasie przemarszu lub w jej bezpośrednim pobliżu. Słowem, pomimo wyraźnych sygnałów, że tego typu demonstracja jest przez mieszkańców niemile widziana i może dojść do konfrontacji, prezydent Truskolaski i środowiska LGBT postawiły na swoim. Skutek był do przewidzenia – zamieszki i bijatyki z policją. Cóż, zaślepieni własnym „ideolo” lewacy zapomnieli o porzekadle: „gdzie cię nie proszą, tam kijem wynoszą”. W efekcie, Marsz Równości musiał kilkukrotnie zmieniać trasę i wręcz przebijać się przez kolejne blokady torowanymi przez policyjne oddziały prewencji alternatywnymi drogami, by wreszcie zakończyć się przedwcześnie, przed osiągnięciem zamierzonego celu marszruty. Do białostockiego Rynku Kościuszki i Ratusza pochód nie dotarł. „Tęczowi” nie przeszli – a przynajmniej nie tak, jak sobie zamierzyli.


II. Pięknym za nadobne

Tu porządkująca uwaga. Akty fizycznej agresji nie powinny mieć miejsca. Wrzucanie między ludzi petard, ciskanie różnymi przedmiotami, próby pobicia – to jest przekroczenie cienkiej granicy. Czym innym jest skandowanie haseł wyrażających dezaprobatę, czy ustawianie się na trasie przemarszu lub tzw. sitting (siadanie w poprzek ulicy) – czyli bierne formy protestu, a czym innym czynna napaść na – czy się to podoba, czy nie – legalną manifestację. Do tego szczyt głupoty pobił pewien tatuś, który uznał za dobry pomysł blokowanie marszu za pomocą dziecięcego wózka z maleńkim brzdącem w środku. Zdjęcia z tego zajścia jeszcze długo będą kursowały w mediach przyczyniając się do utrwalenia opinii o protestujących, jako o zgrai bezmózgich kretynów, używających na dodatek własnych dzieci w charakterze żywych tarcz. To niedopuszczalne.

Z drugiej strony, organizatorzy tej nieszczęsnej homo-prowokacji odczuli na własnej skórze czym kończy się uporczywe testowanie granic tolerancji - najwyraźniej sądzili, że demonstracja odbędzie się co najwyżej w asyście nielicznych grupek skandujących „homofobiczne” hasła, co da im asumpt do epatowania pluszowym męczeństwem, tak jak zdarzało się to już wcześniej. Nic z tego – skala mobilizacji środowisk patriotycznych, narodowych, kibicowskich (kibice skonfliktowanych na co dzień klubów zawarli na ten dzień pakt o nieagresji) przekroczyła najśmielsze oczekiwania i wydarzenia bardzo szybko wymknęły się spod kontroli. Na oko protestujących było kilkakrotnie więcej niż demonstrantów, a dodać należy, że wśród uczestników marszu pokaźną grupę stanowili bynajmniej nie miejscowi, białostoccy geje, lecz zawodowi aktywiści-prowokatorzy jeżdżący z miasta do miasta na kolejne parady. I niespodziewanie dla nich, ci wszyscy lewacy przyzwyczajeni do swej „tęczowej” strefy komfortu zostali skonfrontowani z brutalną rzeczywistością – zobaczyli, jak to jest znaleźć się nagle po drugiej stronie.

Tak właśnie, dobrze Państwo przeczytali – niezależnie od potępienia fizycznej agresji trzeba bowiem powiedzieć jasno, że wobec Marszu Równości nie zastosowano niczego, czego lewackie środowiska nie stosowałyby wcześniej wobec demonstracji patriotycznych, zwłaszcza wobec Marszu Niepodległości. Kiedy stawiano blokady przeciw środowiskom narodowym, gdy zapraszano niemieckich bandziorów z Antify, którzy urządzali sobie na warszawskich ulicach regularne polowania na członków grup rekonstrukcyjnych – wtedy było wszystko w porządku, bo wszak miało to służyć „wykopaniu faszyzmu ze stolicy”. Ci bandyci mogli liczyć na życzliwe schronienie w siedzibie „Krytyki Politycznej” w której później policja odkryła gaz, pałki, tarcze i kastety (co ciekawe, tych narzędzi nie znaleziono podczas wcześniejszej kontroli autokarów, musieli zostać w nie zaopatrzeni już na miejscu). A w przeciwieństwie do uczestników białostockiej parady, Marsz Niepodległości nie mógł wtedy liczyć na policyjną ochronę – przeciwnie, służby porządkowe pałowały i traktowały manifestantów gazem jak leci, a tajniacy spuszczali łomot każdemu, kto się nawinął (słynny przypadek przypadkowego przechodnia, który „zaatakował twarzą” but policjanta w cywilu). Na Zachodzie demonstracje pro-life notorycznie są atakowane przez lewaków i homoaktywistów i przechodzą w szpalerze nienawistnego wycia oraz haseł w rodzaju „wasze dzieci będą takie jak my”, co jest bodaj najlepszym odzwierciedleniem prawdziwych intencji stojących za homo-propagandą i seksualizacją nieletnich – i te obrazki oraz relacje nie giną w próżni, docierają także do Polski pokazując co nam grozi w niedalekiej perspektywie. Teraz, gdy cierpliwość się wyczerpała, a druga strona postanowiła odpowiedzieć tym samym i „wykopać ideologię LGBT” z Białegostoku – nagle lewactwo dostało bólu czterech liter.


III. Białostockie „Stonewall”

Powtarzam, nie pochwalam, ale rozumiem mechanizmy, które do tego doprowadziły. Jeżeli przez lata coraz bardziej bezczelnie i ostentacyjnie gwałci się ludzi przez oczy i uszy propagowaniem dewiacji, to należy liczyć się z konsekwencjami. Zajścia w Białymstoku pokazały, że prowokacje oraz szarganie świętości nie przechodzą bez echa, że to się zawsze gdzieś odkłada, aż wreszcie kończy się cierpliwość i puszczają nerwy. Niedawno pisałem, że Polacy mogą wiele znieść, ale profanowania wizerunku Matki Boskiej nie ścierpią. A wszak prócz „tęczowej” Maryi nalepianej na kiblach i śmietnikach mieliśmy w ostatnich tygodniach prawdziwy wysyp podobnych zachowań: parodię procesji z waginą na kiju w Gdańsku, profanację Mszy Św. podczas parady w Warszawie, atak na Jasną Górę, o zwolnieniu pracownika IKEI nie wspominając. Zbierało się, zbierało - aż się uzbierało.

Oczywiście, homośrodowiska się nie cofną – toczą przeciw tradycyjnemu społeczeństwu i jego wartościom kulturową wojnę i będą się starały politycznie wycisnąć białostocką zadymę do imentu. Niektórzy wręcz marzyli, by ktoś nie wytrzymał i walnął ich w dzban, aby mogli odcinać kupony od swojego męczeństwa i jeszcze nachalniej promować dewiacje, korzystając ze statusu ofiary. „Wyborcza” otwartym tekstem twierdziła, że tutejsi geje potrzebują „swojego Stonewall”, nawiązując do nowojorskich zamieszek z 1969 r. po policyjnym nalocie na nielegalną, prowadzoną przez mafię gejowską spelunę – to zresztą dla upamiętnienia tego wydarzenia organizuje się na świecie homo-parady. Teraz swoje wymarzone „Stonewall” wreszcie dostali. I potrzeba nam naprawdę całej determinacji, ale też i roztropności, by ów pochód deprawacji nie skończył się w Polsce tak, jak na Zachodzie.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ofensywa homozamordyzmu

Homo-sponsoring

„Karta LGBT+”, czyli akcja werbunkowa


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 30 (26.07-01.08.2019)

niedziela, 7 lipca 2019

Ofensywa homozamordyzmu

Chciałbym zaapelować do czytelników o bojkot konsumencki sklepów i produktów z IKEI. Niech kupują tam wyłącznie ci, których firma ta pragnie tak nachalnie promować...


I. Homo-koncerny w natarciu

Wygląda na to, że na froncie toczącej się w Polsce wojny kulturowej nastąpiła zmiana warty – główny ciężar batalii, po tym jak Koalicja Europejska przejechała się w euro-wyborach na wymachiwaniu tęczowym sztandarem, wzięły na siebie globalne koncerny, powtarzając tym samym drogę, jaką rewolucja LGBT pokonała na Zachodzie. Tam również na pewnym etapie w promocję ideologii „środowisk nieheteronormatywnych” włączyły się światowe korporacje – kiedy tylko zorientowały się, że „społeczność LGBT+” to doskonali klienci: lojalni, często dobrze zarabiający, wydający relatywnie więcej od „heteryków” na przyjemności, nie obarczeni utrzymywaniem rodzin, ponadto pracujący nierzadko w istotnych z punktu widzenia promocji branżach, takich jak reklama i marketing, media, nowe technologie. Efektem była swoista symbioza: wielkie firmy zaczęły reklamować się jako „gay friendly” i jęły wspierać „tęczowe” postulaty w przestrzeni publicznej, równocześnie lobbując w świecie polityki za wcieleniem w życie żądań homoaktywistów – czasem zakulisowo, a czasem jawnie. Np. we wrześniu 2018 r. szereg koncernów (m.in. Coca-Cola, IBM, Bank of Ireland, Santander, Deloitte) wspólnie z lewacką organizacją Amnesty International wystosowały list do autonomicznego rządu Irlandii Północnej oraz brytyjskiej premier Theresy May z żądaniem ustanowienia małżeństw jednopłciowych. Swoją drogą, Wlk. Brytania dopiero w 1982 r. zniosła karalność kontaktów homoseksualnych, podczas gdy Polska dokonała tego już w 1935 r. wraz z wprowadzeniem nowego kodeksu karnego (tzw. lex Makarewicz), co Antoni Słonimski uczcił fraszką: „cieszy się podex / że nowy kodeks”.

Obecnie ta ofensywa dotarła do Polski, czego widomym przykładem była tegoroczna warszawska gej-parada, do której swój akces zgłosiły światowe potęgi biznesowe, takie jak Google, Universal, Microsoft, IBM, Nielsen, Ben&Jerry's (Unilever), Levi's, Discovery, Netflix, JP Morgan, MTV, Procter&Gamble, Goldman Sachs, City Bank. Coca-Cola z kolei wypuściła specjalną serię puszek Sprite'a z tęczowym logo, okraszając inicjatywę reklamowym bełkotem o „DNA marki”. Zaczynamy zatem na własnej skórze przerabiać marketingowe rozmiękczanie postaw społecznych, wg którego tzw. „płynna tożsamość” jest synonimem nowoczesności, europejskości, luzu i „bycia sobą”. Oczywiście, w tej manipulatorskiej obróbce chodzi o wyhodowanie idealnego konsumenta, łykającego bezkrytycznie każde wciskane mu badziewie - z pełnym przekonaniem, że w ten właśnie sposób realizuje swoje aspiracje. Ot, taki zasuflowany odgórnie „bunt” i „nonkonformizm” wg recepty PR-owskich specjalistów od robienia wody z mózgu.


II. IKEA – kulturowy imperializm

Żeby jednak ta operacja na żywym społecznym organizmie odniosła sukces, wymagana jest pełna lojalność i dyscyplina we własnych, korporacyjnych szeregach – począwszy do managementu, aż po szeregowych pracowników z pierwszej linii frontu. Tu już nie ma miejsca na „luz i spontan” - obowiązuje żelazny zamordyzm i zasada zera tolerancji dla odstępców. Przekonał się o tym pracownik sieci IKEA, pan Tomasz K., który został zwolniony po tym, jak wyraził sprzeciw wobec firmowej „akcji afirmacyjnej” lansującej ideologię LGBT+. Przypomnijmy, że poszło o zaordynowane przez kierownictwo firmy obowiązkowe „świętowanie” IDAHOT (Międzynarodowego Dnia Przeciw Homofobii, Bifobii i Transfobii), co przekładać się miało na walkę o „prawa” mniejszości seksualnych. Z tej okazji przypomniano tolerancjonistyczne zasady obowiązujące w firmie, z podkreśleniem, iż „włączenie LGBT+ jest obowiązkiem każdego z nas”. Tu warto nadmienić, że w odróżnieniu od zwykłej tolerancji, w tolerancjonizmie chodzi o aktywną afirmację odmienności w połączeniu z tzw. „tolerancją represywną” wobec osób nie podporządkowujących się wymaganej postawie. W praktyce oznacza to dyskryminację opornych i opresywną kontrolę sumień rodem z Orwella.

Pan Tomasz K. o tym nie wiedział i w swej prostoduszności opublikował w wewnętrznej firmowej sieci komentarz, w którym przypomniał, co o homoseksualizmie mówi Pismo Św. Oto wpis: Akceptacja i promowanie homoseksualizmu i innych dewiacji to sianie zgorszenia. Pismo Święte mówi: »biada temu, przez którego przychodzą zgorszenia, lepiej by mu było uwiązać kamień młyński u szyi i pogrążyć go w głębokościach morskich«. A także: »ktokolwiek obcuje cieleśnie z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą, popełnia obrzydliwość. Obaj będą ukarani śmiercią, a ich krew spadnie na nich«”. IKEA zareagowała natychmiastowym zwolnieniem niepokornego pracownika, w specjalnym oświadczeniu zarzucając mu „agresję słowną”, „naruszenie dóbr i godności” innych pracowników oraz wykorzystanie cytatów ze Starego Testamentu mówiących „o śmierci, krwi w kontekście tego jaki los powinien spotkać osoby homoseksualne”, dodając iż „wielu pracowników poruszonych tym wpisem kontaktowało się z naszym działem kadr”. Jak widać, firmowe donosicielstwo ma się w IKEI dobrze, zgodnie ze starymi, bolszewickimi praktykami, do czego zresztą firma sama zachęca, pouczając w jednym z okólników: „reaguj, gdy ktoś słyszy homofobiczne, dyskryminujące uwagi, żarty lub plotki”.

Sprawą pana Tomasza zajął się instytut „Ordo Iuris”, który w jego imieniu złożył przeciw sieci IKEA pozew – zwolnienie jest bowiem oczywistą formą dyskryminacji ze względu na poglądy religijne. Od siebie dodam, że jeżeli firma chce być „transparentna” światopoglądowo, to nie powinno być w niej miejsca na promowanie żadnej religii czy ideologii. Tymczasem IKEA ostentacyjnie promuje dewiacje, zamykając jednocześnie usta katolikom – jest to jawna forma imperializmu kulturowego, poprzez narzucanie pracownikom określonego światopoglądu w duchu opisanego wyżej „agresywnego tolerancjonizmu” przy jednoczesnym lekceważeniu (a wręcz zwalczaniu) norm społecznych kraju w którym funkcjonuje. Zarazem, ów aktywizm jest wybiórczy i nie dotyczy krajów muzułmańskich, gdzie homoseksualizm nierzadko karany jest śmiercią. Wrogiem jest jedynie system wartości ufundowany na korzeniach chrześcijańskich i dekalogu. Poza wszystkim, firmy uprawiające homopropagandę wysyłają czytelny sygnał do pracowników – chcesz liczyć u nas na karierę, musisz „ćwierkać” z lewackiego klucza. W ten oto sposób zaadaptowano wzorce znane z systemów totalitarnych, przekuwając je w „kulturę korporacyjną”.

Co ciekawe, w przypadek pana Tomasza zaangażował się Rzecznik Praw Obywatelskich, Adam Bodnar, co na kilometr zalatuje faryzejską obłudą – dotąd bowiem obecny RPO dał się poznać ze skrajnej, lewackiej ideologizacji pełnionego urzędu. Cóż, po kompromitacji z obroną mordercy 10-letniej Kristiny, najwyraźniej uznał, że musi się jakoś „wypucować” przed opinią publiczną...

Trzeba dodać, że IKEA nie jest jedyna. Niedawno wrocławska fabryka Volvo uznała za stosowne powołać „społeczność LGBT”, emitując w firmie reklamy i faworyzując tym samym jedną, ściśle określoną opcję światopoglądową. Kierownictwo wycofało się z pomysłu dopiero po protestach pracowników i związków zawodowych - jednak nie łudźmy się, to dopiero początek.


III. Bojkot konsumencki IKEI!

Mam to szczęście, że nigdy nie kupiłem niczego w IKEI - tak się złożyło, że nigdy w życiu nie byłem nawet w żadnym sklepie tej firmy. Teraz wiem, że tak już zostanie. Na zakończenie chciałbym zaapelować do czytelników „Warszawskiej Gazety” o bojkot konsumencki sklepów i produktów z IKEI. Pokażmy swój sprzeciw wobec dyskryminacji religijnej, braku poszanowania polskiej tradycji, tożsamości i zwyczajów oraz narzucania nam kulturowego imperializmu. Co więcej, jak wykazała afera „LuxLeaks”, koncern ten zarejestrowany jest w Luksemburgu – raju podatkowym, do którego wyprowadza zyski wypracowane m.in. w Polsce, unikając w ten sposób płacenia podatków. Z naszego punktu widzenia jest zatem firmą pasożytniczą. Zachęcajmy do bojkotu nasze rodziny i znajomych. Niech kupują tam wyłącznie ci, których firma ta pragnie tak nachalnie promować...


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Homo-sponsoring


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 27 (05-11.07.2019)

Pod-Grzybki 167

No i po Konfederacji. Marek Jakubiak i Piotr „Liroy” Marzec odchodzą i zakładają własną formację o oryginalnej nazwie... Federacja. Tylko dlaczego, skoro jest ich tylko dwóch, „podprowadzili” na odchodnym staremu ugrupowaniu większą część nazwy? Ładnie to tak zostawiać byłym kolegom marne „Kon”? Moim zdaniem, powinno być jak przy rozwodzie – proces o sprawiedliwy podział politycznego szyldu. Wygranymi będą ci, przy których zostanie człon „racja”.


*

Co ja czytam? Do Federatów dołącza sam Artur Zawisza – weteran wszystkich prawicowych kanap i kanapek oraz tysiąca rozłamów. No, to teraz Federaci są skazani na sukces – skoro Zawisza z nimi, to któż przeciw nim? Tylko patrzeć, jak panowie pojawią się w IKEI – wystarczy wybrać model, skręcić kanapę i gotowe!


*

Chociaż nie, chyba jednak wybiorą inny salon meblowy. Po tym, jak IKEA popisała się słynną „tolerancją represywną” wywalając pracownika, który nie chciał obchodzić gejowskiego święta, pojawienie się akurat tam trójki facetów wybierających kanapę, mogłoby nasunąć dość frywolne skojarzenia. Swoją drogą, do lansowanej przez szwedzki koncern homopropagandy jako żywo pasuje cytat z „Seksmisji”: „no nie róbcie z nas pederastów!”.


*

W ślady IKEI poszło Volvo, które zapragnęło zorganizować w swej wrocławskiej fabryce „społeczność LGBT” i zaczęło pracowników gwałcić przez oczy, emitując podczas przerw obiadowych odpowiednio „tematyczne” reklamy. Słowem, obłęd. Do tej pory sądziłem naiwnie, że przy linii produkcyjnej preferencje seksualne nie mają znaczenia, bo do pracy przychodzi się pracować, a nie uprawiać seks. Co będzie następne? Darkroomy pracownicze, żeby geje mogli się podczas przerwy bezstresowo „bzyknąć”? W każdym razie, od tej pory śmiało można głosić, że Volvo jeździ na pedałach.


*

Tak się zastanawiam – w Polsce panuje obyczaj, że różne inwestycje na starcie święci ksiądz, a nierzadko nawet biskup. Nie wiem, czy było tak również w przypadku fabryki Volvo, ale jeśli tak, to trzeba stwierdzić, że „pokropek” się nie przyjął. Może kolej na egzorcyzmy? Ze szczególnym uwzględnieniem porąbanego managementu tej firmy. A może by tak katoliccy pracownicy wystąpili z petycją o urządzenie zakładowej kaplicy? To byłby dopiero dla postępackiego zwierzchnictwa prawdziwy test na tolerancję!


*

Jak wiadomo, synalek Adama Bodnara zaczął się trudnić crowdfundingiem i wspólnie z koleżkami zbierał datki pod szkołą. Problem w tym, że opornym podczas kwesty świecono „kosą” w oczy. Widzę tu rodzicielskie zaniedbania – tata powinien wszak wytłumaczyć latorośli, że do takich celów to najpierw zakłada się fundację...


*

Aj! Nowoczesny Swetru odchodzi z polityki i wraca do biznesu! Przypomnę, że Swetru to taki biznesmen, który przepisał na żonę majątek w tym samym czasie, gdy ucinał sobie romansik na boku – i co gorsza, dał się na tym przyłapać, co skończyło się rozwodem. Wniosek – tego człowieka-porażkę należy trzymać jak najdalej od wszelkich pieniędzy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 27 (05-11.07.2019)

wtorek, 25 czerwca 2019

Homo-sponsoring

Zarówno koncerny, jak i skrajna lewica mają wspólny interes – inżynierię społeczną, której celem jest wykorzenienie z ludzi jakiejkolwiek trwałej tożsamości.

Tegoroczna gej-parada w Warszawie była wyjątkowa pod jednym, szczególnym względem – po raz pierwszy w takiej liczbie uaktywnił się wielki, międzynarodowy biznes, afiliując się przy wydarzeniu jako siła wspierająca postulaty ruchu LGBT(QWERTY). Jak zauważyli komentatorzy, wkroczenie globalnych korporacji do gry po stronie środowisk „nieheteronormatywnych” (proszę darować mi tę pokraczną nowomowę, ale odzwierciedla ona postępy political correctness – gdybym zaczął tu używać normalnego języka, nazywając rzeczy po imieniu, niechybnie posypałyby się oskarżenia o „homofobię”) stanowi przeniesienie na nasz grunt trendu panującego od lat na Zachodzie, gdzie wielkie koncerny już dawno wpisały ideologiczne zaangażowanie na rzecz homoaktywistów do swych biznesowo-wizerunkowych strategii. A więc, „doganiamy Europę”. Brawo my.

A zatem, w warszawskiej Paradzie Równości mieliśmy platformy i sektory, w których można było zobaczyć przedstawicieli Google, Universal, Microsoft, IBM, Nielsen, producenta lodów Ben&Jerry's (Unilever), Levi's, Discovery, Netflixa, JP Morgan, MTV, Procter&Gamble, Goldman Sachs, City Bank, a należący do Coca-Coli Sprite wypuścił okolicznościową serię puszek z tęczowym logo... Wydarzenie wspierał również Empik oraz Agora, która uczestnikom rozdawała darmowe kody do internetowej prenumeraty „Gazety Wyborczej”. Wszystkie te firmy pragną uchodzić za „gay friendly” i wcielić się w powszechnym odbiorze w bojowników o równouprawnienie. Smaczku całej sytuacji przydaje okoliczność, że w tej samej paradzie wzięły udział różne skrajnie lewicowe organizacje – m.in. walczące o ochronę środowiska i prawa pracownicze (Greenpeace, Pracownicza Demokracja, Zieloni), które na co dzień mają z globalnymi koncernami (przynajmniej oficjalnie) mocno na pieńku. Tym razem jednak musiały jakoś przełknąć dewastowanie przyrody, zasobów wodnych, lasów tropikalnych i półniewolniczy wyzysk pracowników w krajach trzeciego świata. Jak widać, są sprawy ważne i ważniejsze.

Skąd ten nagły przypływ aktywizmu ze strony zimnego i cynicznego biznesu? Przecież nie chodzi o żadne „prawa obywatelskie”, bądźmy poważni. Gdyby koncernom leżało na sercu dobro społeczeństw krajów w których funkcjonują, to płaciłyby podatki tam, gdzie wypracowują swoje gigantyczne zyski, zamiast uciekać do rajów podatkowych i nie eksploatowałyby w kolonialnym stylu państw do których przenoszą produkcję. Otóż wydarzenia typu Parada Równości są przede wszystkim gigantycznym, PR-owym oknem wystawowym – i najprawdopodobniej uznano, że polskie społeczeństwo (przynajmniej w największych miastach) „dojrzało” już do takiej ostentacji w promowaniu „odmienności seksualnych”. Specom od marketingu wyszło po prostu, że „geje” są wymarzonymi klientami – często są dobrze sytuowani materialnie, zazwyczaj nie są obarczeni rodziną o dzieciach nie wspominając, prowadzą „luźniejszy” od większości społeczeństwa tryb życia, więcej wydają na różnego rodzaju przyjemności, ciuchy, gadżety, rozrywkę... Do tego pracują w mediach i nowych technologiach, modzie, reklamie – warto zatem zainwestować w takich sprzymierzeńców. Przy tym, zindoktrynowani na punkcie „walki z dyskryminacją” gejowscy aktywiści stanowią wyjątkowo lojalną grupę i wybierają produkty tych firm i marek, które robią im pozytywną kampanię w przestrzeni publicznej. Jeżeli więc ktoś się zastanawiał dlaczego np. na portalach społecznościowych bezwzględnie tnie się zasięgi profili, osób i kanałów promujących treści konserwatywne pod pretekstem „homofobii” (a do przyklejenia takiej łatki wystarczy już nie tylko krytyka homoseksualizmu, lecz nawet brak tzw. „afirmującej tolerancji”) - to właśnie ma odpowiedź. Wiernemu „targetowi” konsumenckiemu trzeba robić dobrze.

Wszystko to ma jednak również wymiar głębszy. Mianowicie, zarówno koncerny, jak i skrajna lewica (nie tylko LGBT itd.) mają wspólny interes – inżynierię społeczną, której celem jest wykorzenienie z ludzi jakiejkolwiek trwałej tożsamości. Z punktu widzenia globalnego biznesu, osoby z „płynną tożsamością” (również płciową, jak poucza wujek gender) są bowiem bardziej podatne na kolejne lansowane mody – a to oznacza wychowywanie dla swych potrzeb konsumentów kupujących każdy badziew, jaki podetknie się im pod nos.

Toteż tradycjonalistyczna część społeczeństwa nie cieszy się względami firm takich jak te, które postanowiły się promować na warszawskiej paradzie. Zbyt często ogląda każdą złotówkę, większość dochodów przeznacza na artykuły pierwszej potrzeby, na urlop pojedzie co najwyżej raz w roku i też raczej bez szaleństw... Komu tacy są potrzebni? Na pewno nie wielkim koncernom. Coca-Cola przypomni sobie o „rodzinnych wartościach” raz do roku przed Bożym Narodzeniem, kiedy to wszędzie będzie straszył przerośnięty gnom w czerwonej czapie – i wystarczy. To dlatego jakoś nie ma chętnych, by promować się przy okazji odbywających się równolegle wielotysięcznych Marszy Dla Życia i Rodziny. No bo, kto niby miałby tam wywieszać bannery? Biedronka?

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 24-25 (14-27.06.2019)

niedziela, 24 grudnia 2017

Homopropaganda pod patronatem kardynała

Najwyraźniej kardynał Christoph Schönborn należy do tej grupy uczonych mędrków, którym się wydaje, że mogą sobie lepić Pana Boga na swój obraz i podobieństwo.

I. Profanacja katedry

Kardynał Christoph Schönborn powinien uznać się za szczęściarza, że Pan Bóg nie spopielił wiedeńskiej katedry św. Szczepana niczym Sodomy i Gomory. Otóż z okazji „Światowego Dnia AIDS” świątynia została udostępniona na „spotkanie modlitewne” organizacjom homoseksualnym, a wspomniany kardynał wygłosił podczas uroczystości okolicznościowe kazanie. Na tę okazję katedra obwieszona została gejowskimi banerami i tęczowymi flagami, zaś kard. Schönborn powiedział m.in. „Bóg nie przyszedł, by potępić, ale zbawić” i w związku z tym mamy „Nie osądzać, nie wykluczać, nie przywoływać do porządku” (cyt. za „Bibuła.com”). Dostojnikowi wtórował znany transwestyta Thomas Neuwirth, występujący pod pseudonimem Conchita Wurst (któremu/której kardynał zresztą gratulował swojego czasu triumfu w konkursie Eurowizji), ubolewając nad „dyskryminacją” osób LGBT(QWERTY), natomiast całość imprezy zwieńczyły słowa homoaktywisty Gerry’ego Keszlera, iż „nie ma znaczenia, kogo kochamy lub w kogo wierzymy”. W doniesieniach nie ma niestety informacji, jakie konkretnie modlitwy (i do kogo) odmawiano podczas owego „modlitewnego spotkania”.

Jeżeli nie jest to profanacja, po której na dobrą sprawę należałoby katedrę zamknąć aż do uroczystego nabożeństwa przebłagalnego, to nie wiem, co jeszcze musiałoby się wydarzyć. Przypomnę, że w Polsce mieliśmy do czynienia z podobnym przypadkiem w 2013 r., kiedy to w kościele warszawskiej parafii św. Augustyna odbył się bluźnierczy pokaz mody projektanta Macieja Zienia z roznegliżowanymi modelkami, przy wtórze muzyki z „Dziecka Rosemary” i gejowskiego „westernu” „Tajemnica Brokeback Mountain”. Wybiegiem była główna nawa świątyni – cała ta półpornograficzna defilada odbyła się zatem przed tabernakulum. Efektem była konieczność odprawienia nabożeństwa przebłagalnego – i nie miało znaczenia, że proboszcz parafii został wprowadzony w błąd, bo organizatorzy powiedzieli mu, że będzie to zamknięty pokaz sukien ślubnych. Jednak w odniesieniu do imprezy w wiedeńskiej katedrze zastanawiam się, kto mógłby takowe nabożeństwo poprowadzić, skoro głównym winowajcą jest miejscowy książę Kościoła?


II. Sodoma pod okiem kardynała

W przypadku kard. Christopha Schönborna trudno mówić o nieświadomości celu zgromadzenia – gejowska symbolika jaką zostało wypełnione wnętrze kościoła w połączeniu z treścią przemówień pokazuje jasno, że nie chodziło tu o żadną modlitwę, tylko o symboliczne zawłaszczenie dla potrzeb homopropagandy przestrzeni sakralnej, którą potraktowano jak zdobyty teren. Pismo Święte, zarówno w Starym, jak i w Nowym Testamencie nie pozostawia złudzeń co do zapatrywań Stwórcy w kwestii „zachowań nieheteronormatywnych” - czego widomym dowodem jest los wzmiankowanych na wstępie Sodomy i Gomory. Nadmieńmy, że wedle biblijnego przekazu, Bóg obiecał oszczędzić Sodomę, jeśli znajdzie się tam dziesięciu sprawiedliwych. Ponieważ zapewne Sodoma liczyła sobie więcej mieszkańców niż liczba zgromadzonych w katedrze, nomen omen, sodomitów, to być może miejsce to zostało uratowane dzięki obecności choć jednego sprawiedliwego, który się tam przypadkiem zaplątał. Na miejscu kardynała jednak na przyszłość nie igrałbym z Bożą cierpliwością, bo jeśli następnym razem nawet tego jednego sprawiedliwego zabraknie, to finał może być nagły i bolesny. Szczególnie, gdyby jego ekscelencji w przypływie ekumenicznego szaleństwa wpadło do głowy zaprosić grupę satanistów (skoro „nie ma znaczenia w kogo wierzymy”), by mogli sobie uczcić rogatego kozła – co poniekąd, tylko w lekko zawoalowanej formie, właśnie się odbyło.

Najwyraźniej jednak kardynał Christoph Schönborn należy do tej grupy uczonych mędrków, którym się wydaje, że poprzez „twórczą reinterpretację” Pisma Świętego i spirytystyczne w swej istocie wywoływanie „ducha czasu”, mogą sobie lepić Pana Boga na swój obraz i podobieństwo, wedle doraźnych zachcianek – na przykład jeśli chodzi o bezwarunkowe zbawienie ostentacyjnych i aktywnych pederastów. Jeśli jest tak w istocie, to już mu współczuję, bo wątpię czy Stwórca zechce się podporządkować tym zuchwałym uroszczeniom i zasadniczo należałoby się tu zastanowić nad modlitwą do św. Rity – orędowniczki w sprawach beznadziejnych.


III. Gejowskie „święto”

Warto poświęcić chwilę okazji z jakiej urządzono opisaną tu bluźnierczą farsę. Z tego co mi wiadomo „Światowy Dzień AIDS” póki co nie został wpisany do kalendarza liturgicznego, zaś ofiary tej choroby nie są wynoszone na ołtarze w charakterze męczenników. Dzieje się tak dlatego, że poza absolutnie marginalnymi sytuacjami (np. przypadkowe zarażenie w szpitalu bądź gwałt), chorobą tą zarazić się można jedynie w następstwie grzechu – rozwiązłości lub zażywania narkotyków. „Światowy Dzień AIDS” jest po prostu jednym z pseudo-świąt taśmowo produkowanych przez lewackie agendy ONZ (w tym przypadku – WHO), którym „niepolitycznie” jest przyznać, że jedyną skuteczną radą jest wstrzemięźliwy tryb życia.

Inaczej jednak rzecz się ma w optyce części środowisk homoseksualnych. Mianowicie w kreowanej przez nie mitologii, AIDS jest rodzajem mistycznego fetyszu, zaś nosiciele wirusa HIV cieszą się rodzajem „namaszczenia”. Ta quasi-sakralizacja śmiertelnej choroby widoczna jest niekiedy w „gejowskiej” sztuce (chociażby „Anioły w Ameryce” Tony'ego Kushnera) i doprowadziła do zjawiska „Bug Chasers” - czyli osób „polujących” na możliwość zakażenia się wirusem, który traktowany jest jako przekazywany sobie kolejno „dar”. Dla nich zatem „Światowy Dzień AIDS” jest środowiskowym świętem, formą nobilitacji homoseksualnych „męczenników”. Zastanawiam się, czy kard. Schönborn organizując uroczystość mającą „upamiętnić 36 milionów zmarłych i dać sygnał przeciwko uprzedzeniom” był świadom tych konotacji? A może mu one nie przeszkadzały?


IV. Boże Narodzenie jako obszar starcia cywilizacji

Dodać należy, że ten homoseksualny wiec w katedrze odbył się u progu Adwentu, przez co – zważywszy na stosunek homoaktywistów do Kościoła, ich obsesję na punkcie postaci Jezusa czy Świętej Rodziny – cała sytuacja nabiera dodatkowego, ponurego kontekstu. Niestety, już od lat Boże Narodzenie i okres mu towarzyszący, zamiast być radosnym świętem „ludzi dobrej woli”, staje się polem wojny cywilizacyjnej w której agresorem jest skrajna lewica (w tym homolobby) oraz jej nowy sojusznik – islamiści. Co roku jesteśmy bombardowani informacjami, że pod dyktatem politycznej poprawności uginają się kolejne kraje zakazujące publicznego eksponowania szopek, choinek, szkolnych jasełek i generalnie rugujące aspekt religijny świąt z przestrzeni publicznej. Do tego nieodmiennie pojawiają się akcenty bluźniercze, jak niedawna „homo-szopka” wystawiona przez działaczkę LGBT prezentująca dwóch Józefów w różowych strojach czuwających nad Dzieciątkiem Jezus.

W Polsce ten trend na razie dopiero raczkuje, co nie znaczy, że lewactwo i u nas nie próbuje wdrożyć swej agendy. Instytut „Ordo Iuris” poinformował niedawno o alarmujących sygnałach, że w szkołach i przedszkolach rodzice-ateiści powołując się na „świeckość państwa” usiłują wymusić zakaz jasełek i kolędowania. W przeszłości mieliśmy prowokacyjne manifesty sfanatyzowanych feministek deklarujących popełnienie aborcji w Wigilię (Katarzyna Bratkowska), bądź 6 stycznia (w Święto Trzech Króli – homoaktywistka Anna Zawadzka). To wręcz niesamowite, jakie spazmy wściekłości Narodziny Pańskie wywołują u różnych „osobistych nieprzyjaciół Pana Boga”. Na szczęście jest też światełko w tunelu – prezydent Donald Trump właśnie oznajmił, że najwyższy czas znów życzyć sobie „Merry Christmas” zamiast idiotycznego, promowanego przez lewactwo „happy holidays”.

Wracając na koniec do głównego wątku - jeżeli czytają nas rodacy zamieszkali w Wiedniu, doradzałbym omijanie katedry św. Szczepana szerokim łukiem. Jeszcze na pasterce wystąpi kardynał Schönborn z jakimś właściwym sobie przekazem i cały podniosły nastrój trafi szlag. Lecz tymczasem – Wesołych Świąt!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 51 (22-28.12.2017)