Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prowokacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prowokacje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 sierpnia 2019

Czy LGBT podpali Polskę?

Mamy jasno zarysowaną strategię – prowokować, stać się ofiarą przemocy, przypisać „patronat” nad eskalacją agresji PiS-owi i dzięki temu wygrać.

I. LGBT – nowe mięso armatnie

Wszystko wskazuje na to, że ruch LGBT stał się nowym pomysłem na polityczną i społeczną destabilizację Polski. Nie powiodło się z KOD-em i ich radykalną wersją w postaci „UBywateli RP”, nie wyszedł ciamajdan, „czarne marsze” skompromitowały się za sprawą rozwrzeszczanych feministek epatujących różnymi wariacjami kobiecych narządów płciowych, rokosz sędziowskiej kasty po chwilowym wzmożeniu i manifestacjach w obronie „wolnych sądów” również się wypalił, oparty na opozycyjnych samorządowcach ruch społeczny mający w planach skupić się wokół Tuska skichał się, zanim wystartował – zatem w kolejnej odsłonie postawiono na homopropagandę. To właśnie im – gejowskim aktywistom - przekazano pałeczkę w tej destrukcyjnej sztafecie i rzucono na pierwszą linię frontu, wyznaczając jasne zadanie: podpalić Polskę. Nie bądźmy naiwni - te wszystkie hasła o tolerancji, równouprawnieniu, „miłości która nie wyklucza”, a nawet ideologiczne postulaty w rodzaju małżeństw jednopłciowych, adopcji dzieci przez pary homoseksualne czy szkolnej seksualizacji nieletnich nie są tu celem samym w sobie. Są jedynie pozorem, narzędziem służącym do osiągnięcia czegoś zupełnie innego – odsunięcia PiS od władzy. Homoaktywiści stali się po prostu kolejnym mięsem armatnim wysłanym na odcinek walki z rządem. Inna sprawa, że owładniętych atawistyczną nienawiścią do prawicy oraz wszystkiego co kojarzy się z tradycją, religią i konserwatywnymi wartościami działaczy nie trzeba było długo zachęcać. Nie wykluczam nawet, że wielu z nich naprawdę się wydaje, iż walczą o głoszone na transparentach postulaty – podobnie, jak wielu zmanipulowanym kobietom, a nawet etatowym feministkom wydawało się, że PiS faktycznie chce się „dobrać do ich macic”, zaś co bardziej oczadziali kodziarze sądzili, że walczą w obronie konstytucji i praworządności. Podobnie było z wielkomiejską młodzieżą, która dwa lata temu uwierzyła, że paląc świeczki Małgorzacie Gersdorf i jej klice staje w obronie „niezawisłego” sądownictwa. Wszystkie te dotychczasowe protesty łączy jedno: miały w swej istocie służyć restauracji starego porządku, a wszelkie deklarowane na danym etapie górnolotne idee były jedynie przynętą dla naiwnych, parawanem mających osłonić powrót do władzy, wpływów i pieniędzy beneficjentów Republiki Okrągłego Stołu – żeby było tak, jak było.

Nie inaczej jest i tym razem. W tym roku jesteśmy świadkami bezprzykładnej mobilizacji nie tylko środowisk LGBT, lecz wszelkiej maści zaprzyjaźnionego z nimi skrajnego lewactwa z cichym (a chwilami głośnym) poparciem Platformy i reszty „totalnej opozycji”. Świadczy o tym chociażby intensyfikacja parad gejowskich. Do tej pory organizowano tego rodzaju przemarsze w Warszawie i kilku innych „postępowych” miastach typu Gdańsk czy Poznań. W tym roku nastąpiła eskalacja – ambicją stało się „zaliczenie” wszystkich miast wojewódzkich plus prowokacyjny spęd pod Jasną Górą. Wszystko według precyzyjnego scenariusza – tam, gdzie możemy liczyć na przychylność „jedziemy po bandzie” (profanacje Najświętszego Sakramentu w Gdańsku i Mszy Św. w Warszawie), natomiast w bardziej konserwatywnych miejscach idziemy „grzeczniej” udając pozytywnych, uśmiechniętych ludzi pragnących jedynie zrozumienia, miłości i akceptacji. Ale jednocześnie jesteśmy nieustępliwi – gdy spotkamy się z odmową, idziemy do sądu, który oczywiście stanie po naszej stronie uchylając zakaz miejscowych władz.

Zarazem, cała ta heca jest bardzo umiejętnie rozciągnięta w czasie, tak by „paliwa” wystarczyło do jesieni. Jesteśmy świadkami swoistego, gejowskiego objazdowego cyrku. W kolejnych miastach, na kolejnych imprezach, widzimy wciąż te same twarze jeżdżących z manifestacji na manifestację etatowych demonstrantów, mających sprawiać wrażenie, że w każdym miejscu Polski tysiące homoseksualistów cierpi opresję. To sprytny manewr, bo gdyby nagle aktywiści LGBT mieli zrobić równolegle swoje marsze w kilkunastu miastach, okazałoby się, że poza Warszawą mogą liczyć na śladową frekwencję – a tak, można pokazać do kamer kilkutysięczne, lub przynajmniej kilkusetosobowe grupy.

Powtórzę – ta aktywizacja jest bez precedensu, czegoś podobnego nie widzieliśmy chociażby za rządów „liberałów” z PO, na których teoretycznie łatwiej było wymusić realizację homo-postulatów. Teraz natomiast mamy... nie, wbrew pozorom wcale nie gej-parady, tylko regularne demonstracje „totalnej opozycji” ubrane w szaty „walki o prawa osób LGBT”. Autentyczni „geje” są na nich w mniejszości, choć to ich naturalnie wystawia się na afisz w charakterze organizatorów firmujących kolejne „eventy”. W rzeczywistości, trzon kolejnych „Marszy Równości” stanowi stary, dobrze nam znany aktyw – niedobitki KOD-u i „Obywateli RP” ze słynną „Rudą”, pamiętani m.in. z blokad miesięcznic smoleńskich oraz partyjny aparat „Razem”, „Zielonych” i lokalnych działaczy PO incognito – a do tego trochę zmanipulowanej młodzieży w wieku licealnym, której wmówiono, że walczy o równouprawnienie i sprzeciwia się „faszyzmowi”.


II. Anatomia prowokacji

Cel jest jasny – za pomocą umiejętnie eskalowanych prowokacji rozgrzać społeczne emocje. Piszę ten artykuł już po zajściach w Białymstoku, gdzie wszystko mogliśmy ujrzeć jak na dłoni. Tu muszę się przyznać do pewnej naiwności – wcześniej sądziłem, że wulgarne ekscesy polegające na profanowaniu drogich Polakom i katolikom symboli i świętości były wyłącznie inicjatywą poszczególnych narwańców, którzy myśleli, że zrobią sobie „bekę” z „katoli”. Tymczasem, coraz więcej wskazuje na to, że popaprańcy pokroju Szymona Niemca czy tych wariatów z Gdańska od profanacji procesji Bożego Ciała, mogli wprawdzie dawać upust autentycznym, targającym nimi klerofobicznym emocjom – ale już ci, którzy wystawili ich na widok i zarządzają całym tym interesem działali z pełną premedytacją. Tak to funkcjonuje – wysuwa się do kamer kilku pożytecznych w danym momencie, pokręconych obsesjonatów, by za ich pomocą uszyć na zimno prowokację. Przerabialiśmy to zresztą na własnej skórze, tylko z innej strony – dość wspomnieć podesłanych w 2010 r. na Krakowskie Przedmieście prowokatorów w rodzaju Andrzeja Hadacza czy „Joanny spod Krzyża”, którzy swoimi szaleństwami skutecznie kompromitowali obecnych tam ludzi. W przypadku gej-parad mamy nieco inny wariant tej samej sztuczki – epatowanie agresywnymi zboczeńcami, tak by wywołać reakcję drugiej strony. Cel udało się osiągnąć w Białymstoku.

Przyjrzyjmy się ciągowi wydarzeń. Najpierw etap podgotowki: antykatolickie prowokacje w „przyjaznym” otoczeniu (Gdańsk, Warszawa), w międzyczasie „tęczowa” profanacja wizerunku Matki Boskiej i „nalot” na Jasną Górę oraz dudniąca ze wszystkich głównych przekaziorów coraz bardziej nachalna homopropaganda połączona z festiwalem pogardy wobec rzekomych „homofobów”. A potem, gdy emocje oburzonych i obrażanych ludzi sięgnęły zenitu, wyjazd na gościnne występy do Białegostoku, stolicy tradycjonalistycznego Podlasia, znanego z aktywności środowisk narodowych i kibicowskich oraz konserwatyzmu mieszkańców. A że „lokalsi” złożyli petycję przeciw Marszowi Równości z ponad 27 tys. podpisów? Że zapowiedziano protesty, blokady i alternatywne imprezy na trasie marszu i w jego bezpośrednich okolicach? Tym lepiej, znaczy, że mamy zapewnioną odpowiednio gorącą i spektakularną konfrontację - kamery (zwłaszcza „zaprzyjaźnione”, „nasze”) to uwielbiają. Wszystko przebiega zgodnie z planem, można przystąpić do sfinalizowania scenariusza prowokacji.

Zwróćmy uwagę - na białostockiej paradzie nie było profanowania symboli religijnych, nie było ostentacyjnej defilady przegiętych i wulgarnych „ciot”. Tutaj „format” imprezy był z tych „grzecznych”, taktyka została dobrana pod kątem okoliczności i celu. Była grupka „zawodowych” gejów ze stowarzyszenia „Tęczowy Białystok” (formalnego organizatora), byli „objazdowi demonstranci” z KOD-u, Razem i Zielonych, paru gejowskich celebrytów w rodzaju pisarza Jacka Dehnela oraz – jako bonus – sporo idealistycznie nastawionych białostockich licealistów. Wszyscy programowo kolorowi, z tęczowymi akcesoriami, uśmiechnięci, podrygujący do przebojów ABBY. I tak to miało wyglądać – z jednej strony pokojowy przemarsz, z drugiej – oszalała, wyjąca tłuszcza, rzucająca się z pięściami i tłukąca się z policją torującą drogę pozytywnemu Marszowi Równości, którego uczestnicy wesoło machają do zgromadzonych za kordonem nienawistników. Tatuś ustawiający przed szpalerem sił prewencji dziecięcy wózek z ssącym smoczek „bombelkiem” był z ich punktu widzenia już tylko super-gratisem, wisienką na torcie.

A potem idą w świat dramatyczne relacje i obrazy – wrzaski, pały, gazy, helikopter, armatka wodna, pobici, zatrzymani... Co z tego, że później okazuje się, iż rzekomo skopany przez kiboli chłopak zaraz po imprezie nagrywa bez śladu obrażeń filmik na You Tube i jakoś nie kwapi się do zgłoszenia pobicia na policji, a nagranie z zajścia puszczone w slow motion pokazuje, że wszystkie groźnie wyglądające ciosy były markowane? Chłopaczyna na internetowym nagraniu zaś bredzi, że „czuje się pobity psychicznie”? Co z tego, że zakrwawiona kobieta – rzekoma ofiara „nazioli” - okazuje się być uczestniczką kontrdemonstracji skutecznie „spacyfikowaną” przez policję? Do ilu odbiorców to dotrze? Zamiast tego, przez najbliższy rok w mediach przy każdej okazji i bez okazji królować będą te same kadry, przebijając swym autentyzmem i siłą przekazu „urodziny Hitlera”. Zadanie wykonane, misja udała się w stu procentach.


III. Walka o status ofiary

O co chodziło? Otóż środowiska LGBT oraz stojący za nimi polityczni macherzy poczuli, że tracą swój najważniejszy atut – status ofiary. Wizerunek uciskanej i represjonowanej mniejszości stawał się w społecznym odbiorze nie do pogodzenia z coraz wyraźniejszym obrazem rozwydrzonego, aroganckiego i agresywnego pedała, usiłującego prawem kaduka narzucić w przestrzeni publicznej swą ideologiczno-obyczajową agendę. Rozbestwionego dewianta, profanującego religijne i narodowe świętości, odgrażającego się, że wejdzie ze swym przekazem do szkół z błogosławieństwem lokalnych władz i mającego w jawnej pogardzie opinię „heteronormatywnej” większości. Podobnie z inną „mniejszością” - feministkami, epatującymi otoczenie coraz bardziej wulgarnymi happeningami i przerabiającymi powstańczą kotwicę Polski Walczącej na cycki. Tak samo, nie sposób pogodzić narracji o spychanej na margines i prześladowanej grupie z realiami funkcjonowania wpływowych i ustosunkowanych (w każdym znaczeniu tego słowa) homoaktywistów, spijających w swych organizacjach śmietankę krajowych i zagranicznych grantów, cieszących się jawnym poparciem włodarzy największych miast, wiodących ośrodków medialnych oraz – jak pokazała warszawska gej-parada – wielkiego, międzynarodowego biznesu, który też ma tu swój kawałek tortu do ugrania.

Ofiarami za to, w powszechnym przekonaniu, coraz częściej zaczęli się stawać zwykli, szarzy ludzie, którzy nieopatrznie stanęli na drodze walca homopropagandy – ciągany po sądach drukarz z Łodzi, zwolniony pracownik IKEI... To z nimi może utożsamić się przeciętny Polak, to widząc ich przykład może pomyśleć – skrytykuję gejów, wychylę się, to może spotkać mnie to samo. Polacy zaczęli sobie uświadamiać, że żyją w coraz bardziej duszących oparach „tęczowej” kryptocenzury, bombardowani na dodatek groźbami prawnych reperkusji za „homofobię” i „mowę nienawiści”. Homolobby zaczęło stopniowo być postrzegane jako stosujący przemoc symboliczną niebezpieczni agresorzy, którym należy się przeciwstawić. Tę śmiertelnie dla nich niebezpieczną tendencję należało za wszelką cenę odwrócić. Zajścia w Białymstoku nadają się do tego idealnie.

Tak działa, niestety, mechanizm społecznej sympatii – ludzie bardziej skłonni są współczuć temu, kto sprawniej wykreuje się na ofiarę agresji. Na przykład, zahukanej gromadce osaczonej przez wielokrotnie liczniejszy, wrogi tłum. Metoda w gruncie rzeczy jest prostacka: prowokować ile wlezie, a gdy ktoś nie wytrzyma i walnie prowokatora w sagan – uderzyć w płacz i jechać na naturalnym odruchu empatii otoczenia. Dlatego na przyszłość nie wolno im dawać pretekstu do drapowania się w szaty męczenników. Przykładowo, gdyby kontrdemonstranci zrobili na ulicy tzw. sitting i zastosowali inne metody biernego oporu (chociażby prześmiewcze transparenty, które zawsze doprowadzają lewactwo do wściekłości), to oni wówczas staliby się ofiarami homoseksualnej inwazji na ich rodzinne miasto – tak, jak w 2015 r. Anna Kołakowska blokująca z narodowcami gejowski przemarsz w Gdańsku. Usiłując czynnie zaatakować manifestację, pomogli jej inicjatorom się uwiarygodnić i osiągnąć tym samym zamierzony cel.


IV. Strategia wyborcza – podpalić Polskę!

Podsumowując, aktywiści LGBT oraz ich zleceniodawcy upiekli kilka pieczeni na jednym ogniu. Po pierwsze, odświeżyli w powszechnej pamięci stereotyp narodowca i kibola jako tępego zadymiarza, nieco zatarty dzięki ostatnim, spokojnym Marszom Niepodległości. To też ich uwierało – bo jak tu w kółko gardłować o „faszyzmie”, skoro rzekomi „faszyści” sobie raz na jakiś czas spokojnie demonstrują, a ich polityczni przedstawiciele prezentują się przed kamerami w kulturalnych garniturach, udzielając składnych i sensownych (na ogół) wypowiedzi? Po drugie – znów udało się im skutecznie wejść w buty prześladowanych ofiar. Tu pozostają dwie kwestie – jak długo w tych butach wytrzymają i na ile krótką pamięć mają Polacy. Czy maglowani obrazami z Białegostoku zapomną o dotychczasowych „dokonaniach” tęczowego lobby? Po trzecie – udało się im skutecznie napuścić narodowców na PiS. Gazowani i pałowani protestujący (słychać to na filmach) całkiem logicznie utożsamili policję z obecną władzą, pomstując, że ta staje przeciw zwykłym obywatelom w obronie zboczeńców. Ton ten podchwyciły narodowe media. Po czwarte wreszcie i najważniejsze – dostarczyli lewactwu i totalnej opozycji wyborczego paliwa, którego wystarczy do jesieni, tym bardziej, że planowane są kolejne „marsze przeciw nienawiści” i ma się rozumieć, homoparady.

To wokół emocji wywołanych białostockim marszem będzie się od tej pory kręciła kampania (a nie wokół żałosnego programu Schetyny i KO) – i jest to potencjalnie niebezpieczne, o ile PiS nie zdoła jakoś spacyfikować tego przekazu i narzucić własnego. Platforma już wyczuła krew, obwiniając o zajścia marszałka województwa podlaskiego z PiS, który zorganizował Piknik Rodzinny w pobliżu trasy przemarszu. Uaktywnił się Tusk, rzucając na Twitterze przekaz na kampanię: „Kibole, antysemici, homofobia – nic nowego. Tragedią jest władza, która jest ich patronem”. No i wreszcie, zupełnie jawnie karty odkrył Janusz Palikot: „Robić Marsze Równości non stop. I dać się pobić. Stać i czekać, aż cię zjedzą biciem. Zero reakcji. Milczenie. Być pobitym w milczeniu. To da zwycięstwo.”. Mamy zatem jasno zarysowaną strategię – prowokować, stać się ofiarą przemocy, przypisać „patronat” nad eskalacją agresji PiS-owi i dzięki temu wygrać. I nie ma znaczenia, że dla narodowców PiS jest bandą zdrajców i amerykańsko-żydowskich pachołków, a dla PiS-u narodowcy to „ruska agentura”. Ważne jest to, co uda się aparatowi propagandy wdrukować w masową świadomość. Chodzi o to, by przestraszyć ludzi wizją ciągłych zamieszek, destabilizacji i wbić do głów skojarzenie: PiS = przemoc. I nad tym będą pracowały sztaby macherów, posyłając na ulice kolejnych miast szeregi swych lewackich i gejowskich hunwejbinów. Będą mieli sprzymierzeńców nie tylko w tradycyjnych mediach obozu III RP, lecz również (a może przede wszystkim) w internetowych gigantach, takich jak Facebook i Google, otwarcie wspierające i sponsorujące ideologię LGBT przy jednoczesnym bezwzględnym sekowaniu konserwatywnego przekazu. Czy zatem uda się im podpalić Polskę? Wiele zależy tu od nas samych – czy będziemy zdolni do roztropnego powiedzenia „non possumus”, skutecznego przypominania co i kto stoi za rzekomymi „ofiarami” oraz do czego to towarzystwo jest zdolne i jakie są jego prawdziwe intencje.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Cele i strategia ruchów LGBT

„Tęczowi” w Białymstoku nie przeszli

Ofensywa homozamordyzmu

Homo-sponsoring

„Karta LGBT+”, czyli akcja werbunkowa

Mowa nienawiści – knebel na prawicę


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 09 (Sierpień 2019)

niedziela, 22 listopada 2015

Demony patriotyzmu

Nagle okazało się, że policja może zabezpieczać wydarzenie w nieinwazyjny sposób, a prowokatorom można tego dnia dać wolne.

I. Media chcą zadym!

A więc stało się – 11 listopada znów wyległy na ulice polskich miast demony patriotyzmu, przy czym, tradycyjnie, najliczniej stawiły się w Warszawie demonstrując swój bestialski nacjonalizm. Tak to przynajmniej wyglądało w przekazie medialnego mainstreamu, którego relacje sprowadzały się do gorączkowego wyczekiwania, kiedy wreszcie rozpoczną się zadymy. To oczekiwanie było wręcz namacalne – idą i nic... „marsz wciąż przebiega bez zakłóceń” - no, co jest? Race? Kilka petard i okrzyków? Jakieś transparenty? To nie jest news! My tutaj, w studio, chcemy pełnokrwistej burdy, demolki, kilkuset aresztowanych i kostki brukowej fruwającej w powietrzu! A tymczasem – czoło pochodu wchodzi już na błonia przy Stadionie Narodowym – i nadal nic. No nie, tak nie może być. Nikt niczego nie spalił, nikogo nie pobito, nawet nie rozwalono żadnej wiaty przystanku? Jak rany - od czego w końcu jest ta policja?

Trzeba jednak przyznać, że telewizyjne redaktorstwo wraz zaproszonymi „ekspertami” i „komentatorami” (tymi samymi co zwykle) wychodziło ze skóry, by udramatyzować wydarzenie. Przede wszystkim, unikano jak ognia nazwy „Marsz Niepodległości” - np. w TVN24 na żółtym pasku obowiązywała forma „marsz narodowców”. Kolejnym zabiegiem było omawianie w histerycznym tonie haseł z transparentów i wznoszonych okrzyków, tudzież przewodniego motywu Marszu: „Polska dla Polaków, Polacy dla Polski” (na ogół pomijając drugi człon). Dowiedzieliśmy się zatem o erupcji nacjonalizmu, ksenofobii, islamofobii, szowinizmu – wszystko w tonie, którego nie powstydziłby się narrator „Zapisków oficera Armii Czerwonej”, młodszy lejtnant Miszka Zubow, perorujący o „zezwierzęconych faszystach”.

I w tym momencie winien jestem telewizorniom wyrazy wdzięczności. Nie ma to bowiem jak werbalna panika skonfrontowana z żywym obrazem przedstawiającym płynącą ulicami biało-czerwoną ludzką rzekę. Jeśli dodać do tego informację policji, że tegoroczny Marsz Niepodległości był najliczniejszy w całej swej dotychczasowej historii i śmiało można mówić o stu tysiącach uczestników, a przedstawicielka warszawskiego Ratusza dociskana na okoliczność domniemanych „incydentów” była w stanie wydusić z siebie jedynie, że rzucono z Mostu Poniatowskiego kilka rac na Wisłostradę - to trudno o lepszą reklamę. Na dodatek, uporczywe mówienie o „marszu narodowców” (choć wiadomo, że w wydarzeniu biorą udział uczestnicy poczuwający się do najróżniejszych patriotycznych opcji) może skutkować jedynie tym, że telewidz dojdzie do wniosku – może ci narodowcy nie są jednak tacy straszni?

Generalnie, medialny mainstream „przegrzał” temat dokładnie na takiej samej zasadzie, jak przegrzał podczas kampanii wyborczej motyw straszenia PiS-em, Kaczyńskim i IVRP – z wiadomym efektem. Dobrze to wróży na przyszłość.

II. Idzie nowe?

Spokojny przebieg tegorocznego Marszu Niepodległości jest najlepszym dowodem, czyją „zasługą” były zadymy z poprzednich lat. Nagle okazało się, że policja może zabezpieczać wydarzenie w nieinwazyjny sposób, a prowokatorom można tego dnia dać wolne. Oto jak w ciągu kilkunastu dni od wyborów może się zmienić klimat i mądrość etapu. Swoją drogą – nie wątpię, że gdyby termin wyborów przypadał na okres po Święcie Niepodległości, to mielibyśmy na Marszu największe zamieszki z dotychczasowych.

Jeśli chodzi o polityczny kontekst Marszu – dobrym ruchem było wystosowanie zaproszenia do prezydenta Andrzeja Dudy, choć oczywiście wiadomo było z góry, że prezydent go nie przyjmie. Trudno, by zapomniał o dotychczasowych nieprzytomnych wrzaskach wsadzających PiS do jednego worka z „bandą czworga”, czy okrzykach typu „PiS-PO, jedno zło”. O ubiegłorocznym wygwizdaniu kombatanta AK po tym, jak zapowiedział, że będzie głosował na PiS aż żal wspominać, bo takie stężenie zacietrzewionego buractwa zwyczajnie zapiera dech. Z drugiej strony – różne „niezależne” i „niepokorne” media w tym roku dały sobie spokój z zapisywaniem narodowców do „ruskiej agentury” i „V kolumny Putina”. List prezydenta Dudy wystosowany do uczestników Marszu to również swoisty symbol nowych czasów. Zawsze jest to jakaś odmiana rokująca nadzieję chociażby na przyjazną neutralność obu odłamów polskiej prawicy.

Nigdy nie ukrywałem, że moim marzeniem jest sojusz „dwóch płuc polskiego patriotyzmu” - wywodzących się zarówno z tradycji endeckiej jak i piłsudczykowskiej - czemu dawałem wyraz w szeregu tekstów publikowanych zarówno w blogosferze, jak i na łamach „Polski Niepodległej”. Dlatego też potępieńcze swary ostatnich lat wywoływały u mnie nieodmiennie skrajną irytację. Współpraca szeroko rozumianego obozu patriotyczno-niepodległościowego jest warunkiem niezbędnym do prawdziwej odbudowy Polski. Kilka lat temu, zanim jeszcze nastąpił rozbrat, a w Marszu Niepodległości uczestniczyli również politycy PiS, czy Kluby „Gazety Polskiej”, ktoś stwierdził, że dziś Dmowski i Piłsudski staliby po tej samej stronie barykady. Proszę Państwa – ta diagnoza wciąż jest aktualna, nic się nie zmieniło. Może obie strony przyjdą w końcu do opamiętania, a gesty poczynione przy okazji Marszu A.D.2015 zostaną zapamiętane jako początek zakopywania toporków? Może... W każdym razie, warto tę linię kontynuować – czy będzie nadmiernym „chciejstwem” z mojej strony nadzieja, że prezydent Andrzej Duda mógłby być tu pośrednikiem przy wypracowywaniu jakiegoś porozumienia?

III. Przebudzenie „demonów”

Biorąc pod uwagę ostatnie kilka miesięcy, wyniki wyborów, przebieg Marszu Niepodległości, warto zadać pytanie – czy mamy do czynienia z narodowym przebudzeniem, co wieszczą już niektórzy komentatorzy? Albo z drugiej strony – czy „demony polskiego patriotyzmu” rozszalały się na dobre, przyprawiając o drgawki redaktora Miecugowa i jemu podobnych? Hmm, aż tak optymistyczny bym nie był. Sądzę, że mamy raczej do czynienia z pewnym procesem, czymś w rodzaju stopniowego wybudzania ze śpiączki. Proces postępuje dość konsekwentnie, dobrze prognozuje na przyszłość, ale droga jeszcze daleka. Póki co, można zaobserwować uodpornianie się organizmu na propagandową truciznę. Polacy w coraz większej liczbie odrzucają zarówno „pedagogikę wstydu”, jak i „pedagogikę strachu”, czego dowodem było fiasko wyborczej nagonki uprawianej przez reżimowe mediodajnie i zepchnięcie do defensywy Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP.

Kolejnym krokiem powinno być wyzbycie się kompleksu niższości – do niedawna bowiem bardzo skutecznie zarządzano zbiorowymi emocjami społeczeństwa, podtykając mu pod oczy co złego lub dobrego napisano o nas w zagranicznej, zwłaszcza niemieckiej, prasie. Za co nas poklepano po pleckach, a za co pryncypialnie obsztorcowano. Mam nadzieję, że stopniowo do masowej świadomości przedziera się fakt, iż traktuje się nas niczym tubylców z kolonii, dyscyplinowanych na dodatek często przez wynajętych do tej roboty tutejszych, dziennikarskich folksdojczów.

Ciekawym lusterkiem jest polskojęzyczny serwis „Deutsche Welle” zamieszczający m.in. przedruki i streszczenia z niemieckich mediów, kolportowane następnie w nadwiślańskich gadzinówkach. Oto próbka dotycząca Marszu Niepodległości: „Polska w szale nacjonalizmu” („Der Tagesspiegel”), „Święto niepodległości: Radykalizm staje się w Polsce głównym nurtem” (zeit.de), „Polska Polakom” („Frankfurter Rundschau”), „Dziesiątki tysięcy żądają »Polski dla Polaków«” („Die Welt”), „Polscy nacjonaliści demonstrują przeciwko cudzoziemcom” („Deutsche Welle”), „Polska prawica maszeruje przeciwko UE i islamowi” („Berliner Zeitung”), „Wrogie wobec cudzoziemców protesty w Warszawie” (tagesschau.de).

Wiecie co? Czytam to jazgotanie i zacieram ręce, ba – wręcz pragnę, by cytowano je możliwie najszerzej i w najbardziej napastliwej formie. Sądzę bowiem, że efekt będzie identyczny jak w przypadku straszenia „IV RP”: przegrzanie tematu i koniec końców – odrzucenie przez Polaków w geście zniecierpliwienia tego, co o nas sądzą różni „wielcy bracia”. Tak, tak – jeszcze może się okazać, że niemieccy treserzy mimowolnie wykonali dla przebudzenia „demonów patriotyzmu” kawał dobrej roboty.

*

Na zakończenie – w niedawnym tekście dla siostrzanej „Warszawskiej Gazety” zgłosiłem trzy postulaty dotyczące mediów, gospodarki i służb specjalnych, których spełnienie będzie dla mnie symbolicznym dowodem na determinację nowej ekipy w rozprawieniu się z III RP. Są to: zaprzestanie „dokarmiania” prywatnych mediów publicznymi pieniędzmi, uchwalenie ustawy o „frankowiczach” i odtajnienie aneksu do raportu o rozwiązaniu WSI. Zapowiedziałem też, że odtąd (wzorem katońskiego „Ceterum censeo Carthaginem esse delendam” ) każdy swój tekst będę kończył przypomnieniem o tych sprawach – dopóki nie zostaną załatwione. Taki mój permanentny, obywatelski monit. Zaczynam od dziś.

Tak więc:

- kiedy wprowadzony zostanie zakaz zamieszczania przez podmioty publiczne reklam i ogłoszeń w prywatnych mediach?

- kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

- kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/narodowy-dzie%C5%84-prowokatora

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2834-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 45 (18-24.11.2015)

poniedziałek, 24 listopada 2014

Narodowy Dzień Prowokatora

Święto Niepodległości nie powinno być zawężane do jednej opcji. Ani w Warszawie nie świętują wyłącznie narodowcy, ani w Krakowie – piłsudczycy.

I. Reżimowe modus operandi

Nie uczestniczyłem w tegorocznym Marszu Niepodległości, ale z przekazów medialnych i blogerskich wynika, że wszystko przebiegało według znanego od lat, przewidywalnego do znudzenia schematu. Idzie więc generalnie spokojny, kilkudziesięciotysięczny tłum, a na jego obrzeżach przemykają grupki zamaskowanych osobników. To na chwilę wmieszają się w kolumnę marszową, to znów z niej wyskoczą, by w końcu niczym na umówiony sygnał rozpętać burdę ze służbami porządkowymi. Cholera wie, kim tak naprawdę są – kibolami wykorzystującymi Marsz do wyrównania swoich rachunków z policją? Zadaniowanymi prowokatorami? Wiadomo natomiast, że ich obecność jest policji najwyraźniej bardzo na rękę, bo mimo iż widać że nie są uczestnikami Marszu, to aż do momentu zadymy nie są w żaden sposób niepokojeni. Miałem możność obserwowania tego modus operandi dwa lata temu, gdy doszło do starć na Marszałkowskiej. Zamaskowane grupki, ewidentnie niezainteresowane demonstracją, kręciły się swobodnie, przebiegając przez policyjne szpalery ustawione na chodnikach wzdłuż trasy przemarszu, choć można było przynajmniej znaczną ich część prewencyjnie wyłapać. Wygląda na to, że z podobną planową biernością mieliśmy do czynienia i tym razem. Innymi słowy – zamieszki wybuchły wtedy, kiedy miały wybuchnąć.

Ta sekwencja – grupki chuligańskie, atak na policję, zatrzymanie czoła Marszu, budowanie atmosfery zagrożenia komunikatami z megafonów i wreszcie odpalenie gazu, sikawek i salwy z broni gładkolufowej w tłum – jest doprawdy aż nadto czytelna. W dalszej kolejności pojawiają się komunikaty o poszkodowanych funkcjonariuszach, liczbie zatrzymanych wandali, stratach materialnych, w międzyczasie media obiegają filmy i zdjęcia z zadymy pokazujące w kółko kilka tych samych scen z różnych ujęć, by powstało wrażenie regularnej, długotrwałej bitwy ulicznej, słowem – cała ta propagandowa pożywka mająca wywołać społeczny strach przed „faszystowskim zagrożeniem”. Dla kontrastu skonfrontuje się to jeszcze z radosnym prezydencko-urzędniczym spacerem skrzętnie skrywając liczbę uczestników tegoż i gotowe. Przekaz poszedł w świat. Ważne tylko, by nikt z medialnych propagandystów nie zapomniał się i nie podał ilu spośród zatrzymanych zostało potem faktycznie skazanych, bo tu już liczby nie wyglądają tak imponująco i burzyłyby narrację. Jak tak dalej pójdzie, to w miejsce Święta Niepodległości trzeba będzie ogłosić Narodowy Dzień Prowokatora, bo to dla tych ludzi najwyraźniej najważniejszy sprawdzian sprawności operacyjnej w ciągu roku.

Przy okazji – o tym, że policja interweniuje bądź nie, zgodnie z politycznymi wytycznymi, można było się przekonać choćby podczas zajść pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, kiedy to biernie przyglądała się pijanej tłuszczy atakującej modlących się ludzi, a prowokatorzy w rodzaju Zbigniewa S. ps „Niemiec”, czy Andrzeja H. dokazywali w najlepsze. Tak, co jak co, ale hodowanie zamieszek i eskalowanie napięcia służby mają opanowane.

II. Rzeczywistość medialna

Jednak w tym roku mimo wszystko poszło coś nie tak. Straż Marszu w miarę skutecznie odgradzała zadymiarzy od pochodu, za co zresztą oberwała podwójnie – zarówno od zamaskowanych bojówek, jak i od policyjnych pacyfikatorów. Nawet reżimowe media musiały tym razem półgębkiem przyznać, że burdy wywołały osoby z zewnątrz. Zapewne ochrona byłaby jeszcze skuteczniejsza, gdyby część strażników nie została przetrzymana przez policję w drodze do Warszawy. Komuś zależało, by porządkowych było na demonstracji jak najmniej? Te policyjne „trzepanki” autokarów – kolejny stały element rytuału 11 listopada, wraz z nękaniem narodowców w dniach poprzedzających manifestację – przybierają niekiedy wymiar wręcz groteskowy. Prof. Jan Żaryn w środowej rozmowie na antenie Niepoprawnego Radia PL opowiadał o proboszczu, który wybrał się na Marsz wraz ze swoimi parafianami – ich autokar również został z całą surowością skontrolowany pod kątem „niebezpiecznych narzędzi” i „zagrożenia dla porządku publicznego”.

Ale, ta dezorientacja była tylko chwilowa i medialna propaganda szybko wróciła w utarte w ubiegłych latach koleiny spod znaku „narodowi ekstremiści niszczą Warszawę”. Dla pozorów wiarygodności zaroszono do jednego czy drugiego programu liderów Ruchu Narodowego, by tłumaczyli się przed kamerami za nie swoje winy... tak jak przy okazji poprzednich Marszy. Ten ton został skwapliwie podchwycony przez media niemieckie - jak wiadomo szczególnie predestynowane do tego by uczyć Polaków kultury politycznej, umiaru i tolerancji - natomiast „Spiegel” na tę okoliczność przepytał Rafała Pankowskiego z „Nigdy Więcej”, który wzorem słynnej reporterki z TVN-u załamywał ręce nad ksenofobicznym hasłem „Bóg – Honor – Ojczyzna”. Przypomnijmy, że „Nigdy Więcej” to organizacja zajmująca się m.in. szkoleniem-indoktrynacją prokuratorów w tematyce tropienia „mowy nienawiści” oraz współpracująca z PZPN w tępieniu rasizmu na stadionach, w efekcie czego wśród niedopuszczalnych na trybunach symboli znalazł się tzw „mieczyk Chrobrego”, czy znak Rodła, przy jednoczesnym przyzwoleniu na symbolikę komunistyczną.

III. Skłócone „dwa płuca”

Omawiając medialne echa, warto nadmienić o nowej jakości jaką jest radykalna zmiana stosunku do Marszu Niepodległości przez część mediów prawicowych. Czytając „portal poświęcony” bądź Niezależną.pl można odnieść chwilami wrażenie, że jesteśmy na stronach „Wyborczej”. Narodowcy, panie, nie dość, że urządzili burdę na Rondzie Waszyngtona, to jeszcze są agenturą na pasku wiadomych, antypolskich sił. Prymitywizm tych propagitek jest momentami wręcz porażający. Rekord pobiła pierwsza strona „Gazety Polskiej Codziennie” z krzyczącym tytułem „Warszawa płonie, Kraków świętuje”. No, przy takim poziomie nic dziwnego, że sprzedaż im leci na łeb. Krótko mówiąc – kto nie podziela bezkrytycznego entuzjazmu nad post-majdanową Ukrainą i nie pojechał do Krakowa by kibicować wręczeniu Sakiewiczowi odznaczenia przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy, ten „ruski agent”, bądź w najlepszym razie „pożyteczny idiota”. Kilkadziesiąt tysięcy ruskich agentów, bądź pożytecznych idiotów Putna na Marszu? No, ładnie... Przy czym, dla wygody wrzuci się do jednego worka Ruch Narodowy z Falangą, Korwinem i NOP... odbiorca musi mieć jednolity przekaz, bez zbędnych niuansów. Tak topornej zbitki nie można tłumaczyć ignorancją – to ewidentna zła wola. W przywoływanej już rozmowie w Niepoprawnym Radiu PL zwrócił na to uwagę prof. Żaryn, ubolewając nad sposobem potraktowania przez środowisko „Gazety Polskiej” księdza Isakowicza-Zaleskiego.

Na zakończenie jeszcze jeden aspekt, na który zwrócił uwagę prof. Żaryn, będący zresztą członkiem Komitetu Honorowego poprzednich Marszy. Otóż Marsz Niepodległości zatraca swą „ekumeniczną” formułę, w której jest miejsce dla różnych opcji niepodległościowych (endeckiej, piłsudczykowskiej, ludowej itd.) na rzecz docenienia jednego tylko nurtu, tj. narodowego. Wprawdzie w tym roku ze względu na 150 rocznicę urodzin Romana Dmowskiego okazja by właśnie jego dorobek podkreślić w sposób szczególny jest wyjątkowa, jednak Święto Niepodległości nie powinno być zawężane do jednej opcji. Nie wiem doprawdy, czy logika walki politycznej jest aż tak bezwzględna, by PiS z Klubami „GP” fetował w Krakowie Piłsudskiego, a Ruch Narodowy w Warszawie – Dmowskiego, tym bardziej, że spektrum poglądów uczestników poszczególnych demonstracji jest naprawdę o wiele szersze niż organizatorów. Ani w Warszawie nie świętują wyłącznie narodowcy, ani w Krakowie – piłsudczycy. Będąc niepoprawnym zwolennikiem poglądu, że tradycja endecka i piłsudczykowska to dwa płuca polskiego patriotyzmu, które powinny ze sobą kooperować odkładając do lamusa zarówno historyczne jak i bieżące konflikty tudzież ambicje i urazy, stoję na stanowisku, że racja stanu rozumiana jako wybicie się Polski na podmiotowość takiej współpracy bezwzględnie wymaga.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://www.podgrzybem.blogspot.com/2012/11/co-dalej-z-marszem.html

http://niepoprawni.pl/blog/346/dwa-pluca-polskiego-patriotyzmu

http://blog-n-roll.pl/pl/dwa-p%C5%82uca-polskiego-patriotyzmu#.VHOpUmfYiGc

Artykuł ukazał się w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 46 (17-23.11.2014)

czwartek, 17 kwietnia 2014

Zmierzch sekty z ulicy Czerskiej

Oni nie mają już niczego, co pozwoliłoby przejąć im inicjatywę strategiczną, nie mówiąc już o potędze społecznego oddziaływania z czasów batalii o Krzyż.

I. Antysmoleńska drżączka

Jak co roku w okolicach 10 Kwietnia „sekta pancernej brzozy” z ulicy Czerskiej doznała antysmoleńskiego wzmożenia przejawiającego się publicystyczną drżączką. Niby nic nowego, ja jednak odnotowuję te podrygi, gdyż dają one obraz postępującej z roku na rok degrengolady i utraty wpływów gazetowyborczego środowiska. Przypomnijmy sobie, co działo się jeszcze niespełna cztery lata temu i nieco później. Wielka, polityczno-medialna ofensywa: począwszy od nagłośnienia protestu przeciwko pochówkowi Pary Prezydenckiej na Wawelu, poprzez systematyczne propagowanie kolejnych ruskich wrzutek, zadekretowanie „pojednania” z reżimem kremlowskiego czekisty, groteskowa akcja palenia świeczek na grobach krasnoarmiejców, pomnik dla bolszewickich najeźdźców w Ossowie przy osobistym zaangażowaniu arcyboleśnie prostego prezydenta... W międzyczasie zaś operacja socjotechniczna na ogólnopolską skalę mająca na celu rozpętanie zimnej wojny domowej i rozbicie Polaków na dwa zwalczające się obozy – smoleński oraz antysmoleński plus zobojętniałą większość kontentującą się grillem i ciepłą wodą w kranie.

Nad tą operacją warto zatrzymać się przez chwilę, pokazuje ona bowiem jak pod lupą ojkofobię salonowszczyzny - strach przed własnym narodem, który jawi się jej niczym wrogi, obcy motłoch. Na widok tłumów na Krakowskim Przedmieściu gremia uzurpujące sobie rolę przewodników nadwiślańskiego stada zawyły ze zgrozy, zdawał się bowiem spełniać ich najgorszy koszmar: naród zjednoczony na bazie zwalczanych przez nie wartości – patriotyzmu, tradycji, poczucia własnej wartości i narodowej samoidentyfikacji. Propagandowa machina, napędzana obsesyjnymi lękami ruszyła z kopyta. Jęki o „kulcie Tanatosa”, „mesjanistycznych oparach”, „demonach polskiego patriotyzmu”... Lecz to wszystko było mało, antynarodowym łże-elitom grunt usuwał się spod nóg, potrzeba było mocniejszego uderzenia, zorganizowanego przy ewidentnym udziale służb.

II. Ostatnia ofensywa

Takim uderzeniem stała się „akcja Krzyż” zapoczątkowana niesławnym wywiadem Bronisława Komorowskiego dla „Gazety Wyborczej”. Napędzono ni z tego ni z owego stado młodocianych barbarzyńców pod wodzą niezrównoważonego wioskowego głupka, Dominika Tarasa. W ten sposób rozpętała się wielomiesięczna orgia ohydy na Krakowskim Przedmieściu, kiedy to pijani zwyrodnialcy atakowali modlących się obrońców Krzyża przy nakazanej odgórnie bierności policji i przy aktywnym udziale zmobilizowanej agentury. Dwa najbardziej jaskrawe przykłady prowokatorów, to Zbigniew S. pseudonim „Niemiec” - król warszawskich sutenerów, oskarżony w sprawie szantażu senatora Piesiewicza, zawsze obecny, gdy trzeba było w godzinach nocnych podgrzać atmosferę, oraz niejaki Andrzej Hadacz, zwany „Andrzejem spod krzyża” - istne utrapienie obrońców, zawsze wpychający się przed kamery by wykrzykiwać jakieś nieprzytomne, kompromitujące brednie, a który koniec końców objawił się u boku Palikota („konstrukt służb”) na gej-paradzie. Wszystko zaś było podawane medialnymi pasami transmisyjnymi monopolizującymi wówczas społeczny przekaz. Efektem tej socjotechnicznej operacji jest obecny podział, nie do zasypania na przestrzeni pokolenia.

Była to jednak ostatnia ofensywa. Od tamtej pory, wraz z kolejnymi kompromitacjami antysmoleńskich „wrzutek”, jak choćby tej o pijanym gen. Błasiku w kokpicie tupolewa, sekta pancernej brzozy krok po kroku traciła teren. Ogromną rolę odegrał tu Zespół Parlamentarny pod kierunkiem Antoniego Macierewicza, który mimo iż nie ustrzegł się potknięć, walnie przyczynił się do odkłamywania w społecznej świadomości oficjalnych ustaleń raportów Anodiny-Millera. Do tego gwałtowny rozwój antysalonowych mediów, najbardziej widoczny w segmencie prasowym i w internecie, ze szczególnym uwzględnieniem prawicowej blogosfery. Nagle patriotyzm przestał być w powszechnym odbiorze obciachem, czego żywym świadectwem stały się wielotysięczne rzesze na kolejnych Marszach Niepodległości w trakcie których, prócz narodowców, spotykały się różne odłamy szeroko rozumianego obozu patriotyczno-niepodległościowego.

III. Dinozaury z Czerskiej

Jak sytuacja wygląda w roku 2014? Mainstreamowi symbolizowanemu przez dwie „gwiazdy śmierci” z Czerskiej i Wiertniczej pozostało bezsilne ujadanie i propagowanie nieudolnych krętactw Laska, czy prokuratora Szeląga. W zasadzie jedyne na co dziś stać „Wyborczą”, to kuriozalny cykl „Smoleńskie dzieci”, napisany charakterystyczną manierą – tak by nie skłamać i prawdy nie powiedzieć. Jak napisałem na wstępie, publicystyczna drżączka i to o coraz bardziej kurczącym się wraz ze spadkiem nakładu „GW” zasięgu, sprowadzająca się do dętych zarzutów o robienie polityczno-medialnego biznesu na Tragedii Smoleńskiej, okraszonych ploteczkami o wzajemnych animozjach w środowisku prawicowych mediów.

Proszę spojrzeć, jakie to słabe. Oni nie mają już niczego, co pozwoliłoby przejąć im inicjatywę strategiczną, nie mówiąc już o potędze społecznego oddziaływania z czasów batalii o Krzyż. Została im tylko ordynarna, toporna parodia i prymitywna szydera skierowana do najbardziej zakutych lemingów. „Agenda" sekty z Czerskiej jest typowo reaktywna: a to opędza się przed Macierewiczem, to usiłuje się odgryzać patriotycznym mediom, to znów buduje nastrój grozy przed kolejnymi Marszami Niepodległości - i tak w kółko. Gdy zaś próbuje zrobić cokolwiek sama z siebie, kończy się blamażem, o czym świadczy chociażby fiasko zeszłorocznej akcji z czekoladowym „możełem". Dziennik z Czerskiej przed bankructwem ratują już tylko transfery finansowe ukryte pod pozorem płatnych ogłoszeń różnych publicznych instytucji. Wyobcowane, kawiarniane lewactwo z „Krytyki Politycznej”, które ostatnio skolonizowało ideologicznie „Wyborczą”, funkcjonuje jedynie dzięki grantom i dotacjom. Słowem - to oni są dziś w sytuacji „dorzynanych watah” i to oni wraz z postępującym uwiądem skazani są na wymarcie „jak dinozaury”.

Gadający Grzyb

Artykuł ukazał się w tygodniku „Polska Niepodległa” nr.15-16 2014

 

 

czwartek, 10 kwietnia 2014

Sebastian Wasiak kontra Dyktatura Matołów

Sprawa Sebastiana Wasiaka jest charakterystyczna dla systemu pełzającej represjonizacji wdrażanego konsekwentnie przez rządzącą Polską Dyktaturę Matołów.

I. Uniewinnienie uczestnika Marszu Niepodległości

Z niekłamaną radością przeczytałem komunikat o uniewinnieniu przez Sąd Rejonowy Warszawa-Śródmieście Sebastiana Wasiaka, uczestnika Marszu Niepodległości z 11 Listopada 2012. Jest to wprawdzie dopiero wyrok w pierwszej instancji, a obrońca mec. Łukasz Moczydłowski przypuszcza, że prokuratura wniesie apelację, jednak mamy wreszcie pierwszą konkretną decyzję przybliżającą Sebastiana do kresu policyjno-sądowego korowodu trwającego już bez mała półtora roku.

Nie ukrywam, że mam do tej sprawy stosunek szczególny, bowiem to do mnie zwrócił się pod koniec grudnia 2012 kolega Sebastiana Wasiaka z prośbą o nagłośnienie bezpodstawnego zatrzymania (Sebastian siedział już wtedy w areszcie śledczym na Białołęce). Opublikowałem na swoich blogach list przysłany przez Sebastiana z aresztu, zaś kilka dni później tekst „Sprawa Sebastiana Wasiaka”, w którym opisałem okoliczności bezprawia jakie spotkało go ze strony organów państwa. Artykuł ten następnie ukazał się w kilku innych miejscach w internecie, m.in. zamieściła go na swojej stronie pani Ewa Stankiewicz, co przyczyniło się do rozgłosu sprawy - w efekcie, pomocy Sebastianowi udzielił Komitet Prawny Marszu Niepodległości. Teraz, 31 marca, doczekaliśmy szczęśliwego finału postępowania w I instancji, jeśli zaś prokuratura będzie miała na tyle tupetu, by się odwoływać, zapewne za jakiś czas orzeczenie podtrzyma Sąd Apelacyjny.

II. „Szkoda,że to nie '86, bo wtedy nie wiadomo, czy byście stąd żywi wyszli"

Jak uczestnicy tamtego Marszu zapewne pamiętają, doszło wówczas do sprowokowanej zadymy, w trakcie której policja użyła przeciw maszerującym gazu i broni gładkolufowej. Awantura była starannie hodowana aż do momentu, gdy policja zatrzymała wyznaczoną odgórnie liczbę demonstrantów, zaś reżimowe mediodajnie miały nakręcone swoje materiały o „burdach w stolicy” i masowych aresztowaniach „chuliganów”. Potem trasę Marszu odblokowano i demonstracja bez dalszych incydentów mogła odbyć się do końca.

Wśród zatrzymanych tego dnia był Sebastian Wasiak, który wyszedł przed policyjny szpaler z rozpostartymi rękami, nawołując do spokoju. Został błyskawicznie powalony na glebę, skuty i zapakowany do radiowozu. Oddajmy teraz głos Sebastianowi, oto fragment jego listu z Białołęki (pisownia oryginalna, wytłuszczenia i skróty moje):

„Dwa dni po zatrzymaniu, jadąc windą na posiedzenie sądu, na którym zadecydowano o zastosowaniu wobec mnie środka zapobiegawczego w postaci aresztu - oczywiście skuty kajdankami i w asyście dwóch policjantów po cywilu - usłyszałem od policjanta, który wszedł po drodze takie słowa : ,,Szkoda,że to nie 86`, bo wtedy nie wiadomo, czy byście stąd żywi wyszli". Funkcjonariusze 11 listopada mieli polecenie maksymalnie wypełnić radiowozy zatrzymanymi. Pierwszym pytaniem z ich strony - już na komendzie - było: ,,Czy jesteś z jakiegoś stowarzyszenia?''. Protokoły spisywane były z pominięciem wszelkich procedur, otwarcie mówiono o odgórnym ,,prikazie'', zarzuty przeczyły zdrowemu rozsądkowi. Na 176 zatrzymanych osób cztery nie przyznały się do winy i to wobec nas wyciągnięto konsekwencje, reszta zatrzymanych przyznała się do zarzucanych, a w większości niepopełnionych czynów. Sąd i prokuratura nie nadstawiały uszu na logiczne argumenty (…) ci, którzy to zaplanowali i ci, których nazwiska widnieją na papierach w naszej sprawie powinni tu być zamiast nas.”

Sebastian Wasiak przesiedział w areszcie na Białołęce dwa miesiące (w tym Boże Narodzenie). Pechowo dla oskarżycieli, jego zatrzymanie zostało zarejestrowane na kilku nagraniach video dostępnych powszechnie w internecie, na podstawie których udało się obalić postawiony mu zarzut „czynnej napaści na funkcjonariusza”. Oskarżenie formułowane było na podstawie zeznań jednego (!) świadka – policjanta. Sąd ostatecznie uznał, iż funkcjonariusz się „pomylił” - ewidentny wybieg, gdyż inaczej należałoby wobec mundurowego „świadka” wszcząć postępowanie o składanie fałszywych zeznań.

III. Pełzająca represjonizacja

Sprawa Sebastiana Wasiaka jest charakterystyczna dla systemu pełzającej represjonizacji wdrażanego konsekwentnie przez rządzącą Polską Dyktaturę Matołów, jak pozwalam sobie nazywać trwające od 2007 roku rządy Donalda Tuska. Skąd takie określenie? Otóż, Stefan Kisielewski nazwał swego czasu rządy Gomułki „dyktaturą ciemniaków”, za co został pobity przez tzw. „nieznanych sprawców”, zaś kilka lat temu Piotr „Staruch” Staruchowicz wymyślił hasło „Donald, matole – twój rząd obalą kibole” za które został aresztowany pod dętym pretekstem pobicia i handlu narkotykami, stając się tym samym na wiele miesięcy „prywatnym więźniem Donalda Tuska”. Jak widać, czasy się zmieniają, ale metody pozostają podobne.

Współczesna „pełzająca represjonizacja” różni się od państwa totalitarnego jedynie skalą. Zamiast stosować prześladowania masowe, wybiera punktowe uderzenia mające z perspektywy Dyktatury Matołów walor odstraszający: nie wychylaj się, bo zatrujemy ci życie szykanami jak „Staruchowi”, Wasiakowi i innym, którym zachciało się wierzgać przeciw jedynie słusznej władzy. A żebyś sobie nie myślał, że reżim nie wie kto z kim i co przeciw niemu knuje, to mamy dziesięć służb specjalnych uprawnionych do inwigilacji obywateli bez postanowienia sądowego, co jest europejskim rekordem. Gdyby natomiast nie udało się spacyfikować społecznego niezadowolenia o własnych siłach, to jest jeszcze ustawa o „bratniej pomocy” w myśl której rząd będzie mógł wezwać zagranicznych interwentów dysponujących takimi samymi uprawnieniami jak miejscowe „organy”.

Dziś jednak Sebastian Wasiak odniósł nad Dyktaturą Matołów swoje własne zwycięstwo. Było ono możliwe dzięki zaangażowaniu tych, którzy udzielając mu pomocy, okazali swą solidarność w obliczu bezprawia. Pamiętajmy o tym, bo na jego miejscu mógł znaleźć się każdy z nas.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:
http://www.podgrzybem.blogspot.com/2012/12/sprawa-sebastiana-wasiaka.html
http://www.podgrzybem.blogspot.com/2013/01/sprawa-rafaa-jurkowskiego.html

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa”

piątek, 5 października 2012

Śladami Wielkiego Brata

...czyli putinowskie inspiracje Dyktatury Matołów.

I. „Porzundek” musi być!

To symboliczne, że kilka dni po największej demonstracji w historii III RP, jaką był marsz „Obudź się Polsko!”, Wielki Strażnik Żyrandola z ramienia Dyktatury Matołów, prezydent Komorowski, podpisał nowelizację ustawy o zgromadzeniach, która w znaczącym stopniu ogranicza tę jedną z podstawowych swobód obywatelskich.

Przypomnijmy dla porządku, że ustawa m.in. umożliwia władzom lokalnym zakazanie dwóch lub więcej demonstracji w tym samym miejscu i czasie, jeśli uznają, że nie jest możliwe ich oddzielenie, lub że może prowadzić to do zagrożenia zdrowia, życia lub mienia. Jak łatwo zauważyć, kryterium uznaniowości jest tu na tyle szerokie, że będzie można zakazać demonstracji pod byle pretekstem. Ach, zgłoszenie należy dostarczyć właściwemu organowi gminy najwcześniej na 30 a najpóźniej do 3 dni roboczych przed planowanym terminem zgromadzenia.

Ponadto, nowelizacja przewiduje kary grzywny dla przewodniczącego zgromadzenia, jeśli nie przeciwdziała naruszeniom porządku publicznego, a także dla demonstrantów, którzy nie podporządkują się poleceniom przewodniczącego. Zastanówmy się – jakież to możliwości „przeciwdziałania” ma „przewodniczący zgromadzenia” na kiludziesięcio-, czy kilkusettysięcznej demonstracji? Każdy, kto próbował zapanować choćby nad kilkudziesięcioosobową grupą ludzi wie, że jest to zwyczajnie niemożliwe, nawet, jeśli ma im grozić jakaś kara za niesubordynację. Bo taka kara na masowym spędzie będzie siłą rzeczy fikcją – ewentualni zadymiarze rozbiegną się na cztery wiatry, a na pobojowisku zostanie „przewodniczący”, na dodatek doskonale znany organom z personaliów, jako twarz całego zamieszania. Wymarzone pole do działania dla wszelkiej maści prowokatorów, a co potrafią, mogliśmy się przekonać podczas zeszłorocznego Marszu Niepodległości.

Dodajmy, że jeśli władza chce zamieszek, to zawsze uda się je wywołać, zaś przerzucenie ciężaru odpowiedzialności za utrzymanie porządku z organów do tego powołanych na organizatorów ma aspekt dwojaki. Po pierwsze, wpisuje się idealnie w logikę demontażu państwa z jaką mamy do czynienia pod rządami Tuska i jego kamaryli, po drugie zaś – stanowi potencjalnie doskonałe narzędzie zohydzania w powszechnym odbiorze niewygodnych politycznie „awanturników”.

Wsłuchajmy się jeszcze w spiżowy głos Kancelarii Prezydenta, głoszący iż „konstytucja w art. 57 zapewnia każdemu wolność organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich. - Nie jest to jednak wolność o charakterze absolutnym, bo może być, w zgodzie z Konstytucją, ograniczona ustawą wtedy, gdy jest to konieczne dla bezpieczeństwa lub porządku publicznego, zdrowia lub praw innych osób - podkreślono.” (cyt. za gazeta.pl).

Nowelizacja wejdzie w życie po tegorocznym Marszu Niepodległości – oficjalnie po to, by podmioty zgłaszające manifestacje były traktowane jednakowo, ja jednak pozwolę sobie zauważyć, iż tutejsze lewactwo znów skrzykuje teutońskie bojówki na zadymę, która – ośmielę się twierdzić - będzie co najmniej równie spektakularna co zeszłoroczna, by już nikt nie miał wątpliwości, że wystarczy tego bezhołowia i w kwestii ograniczania prawa do zgromadzeń „słuszną linię ma nasza władza”.

Bo swobody swobodami, ale „porzundek” musi być i już.

II. Polska jak Rosja

Przy tej okazji naszło mnie pewne skojarzenie, któremu dałem wyraz w tytule niniejszej notki. Oto wyczytałem na stronach „Rzeczpospolitej”, iż przewodniczący Dumy Państwowej Federacji Rosyjskiej, Siergiej Naryszkin, odwołał wyjazd na sesję Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, motywując swą decyzję „rusofobią” rzeczonego gremium. Ja wiem, że Rada Europy to takie operetkowe ustrojstwo, przeznaczone głównie do jałowego gardłowania o prawach człowieka, niemniej głosy stamtąd dobiegające współtworzą tzw. „atmosferę międzynarodową” wokół różnych państw, która to „atmosfera” w pewnych okolicznościach może posłużyć jako wygodny pretekst do całkiem konkretnych politycznych posunięć i restrykcji. Nie wobec Rosji, oczywiście, za krótkie łapki, ale już wobec takiej Polski – proszę bardzo.

Spójrzmy zatem, na czym ta „rusofobia” Rady Europy miałaby polegać. Ano, na tym, iż miał zostać przedstawiony raport w sprawie wypełnienia zobowiązań wobec Rady Europy przez Federację Rosyjską – a „zobowiązania” te w znacznej mierze dotyczą swobód obywatelskich. Ponadto spodziewana była „ostra rezolucja” i dyskusja w trakcie której miały paść pod adresem Rosji pytania „w sprawie Pussy Riot, zaostrzenia przepisów dotyczących organizacji zgromadzeń publicznych i wprowadzenia odpowiedzialności karnej za zniesławienie, a także pozbawienia mandatu deputowanego przedstawiciela Sprawiedliwej Rosji Giennadija Gudkowa (...)”. Ponadto, a propos „Pussy Riot” „autorzy raportu wzywają też Moskwę do niewywierania presji na sądownictwo.” (cytaty za „Rzeczpospolitą”)

Jak to się ma do prywislańskiej Dyktatury Matołów? Ano tak, że wszystkie zastrzeżenia Rady Europy wobec Rosji można równie dobrze odnieść do Polski pod rządami Tuska.

III. Pełzająca represjonizacja

Gotowi? No to jedziemy.

Odpowiednikiem „sprawy Pussy Riot” są choćby sprawy: Antykomora (ograniczenie wolności i prace społeczne), młodziaka który wypisał na murze obelżywe hasło pod adresem premiera (zawiasy), kiboli skandujących hasło „Donald, matole...” (grzywny), a nade wszystko opozycyjnego szefa kibiców „Legii”, Piotra Staruchowicza, który siedzi już któryś miesiąc w areszcie, bo prokuratura nie jest w stanie sklecić żadnych sensownych zarzutów – w jego przypadku środek zapobiegawczy w postaci aresztu tymczasowego stał się formą represji politycznej.

Idźmy dalej. „Zaostrzenie przepisów dotyczących organizacji zgromadzeń publicznych” właśnie przerabiamy – omówiłem to w pierwszej części notki.

Co tam jeszcze? Aha - „wprowadzenie odpowiedzialności karnej za zniesławienie” - ależ my to już mamy w postaci osławionego artykułu 212 Kodeksu Karnego, a do tego jeszcze osobne artykuły o znieważeniu konstytucyjnych organów (art. 226 par. 3 KK) i prezydenta (art. 135 par. 2 KK).

Poza tym, Rada Europy troska się „pozbawieniem mandatu deputowanego” - i tu również nie odstajemy, przypomnijmy sobie sprawy mandatów poselskich prokuratorów w stanie spoczynku – Bogdana Święczkowskiego i Dariusza Barskiego.

No i na koniec „wezwane Moskwy do niewywierania presji na sądownictwo”. Sądzę, że wiele mogłyby na ten temat powiedzieć nasze „rozgrzane sądy”, ze szczególnym uwzględnieniem „sędziego na telefon”, Ryszarda Milewskiego, który obiecywał wyznaczenie do składu orzekającego „pewnych ludzi”, a który tak rozkosznie potrafił się bawić w towarzystwie premiera na meczu pokazując kibicom rywali „faka”. No, ale Milewski to „odosobniony przypadek”. Oczywiście, oczywiście.

O inwigilacji obywateli Rada Europy nie wspomniała, a szkoda – ogromnie jestem ciekaw jak putinowska Rosja by wypadła w porównaniu z Polską. Bo że przodujemy pod tym względem w Unii Europejskiej, to już wiemy.

Swojego czasu pisałem o pełzającej represjonizacji z jaką mamy do czynienia pod rządami Dyktatury Matołów (np. TU i TU). Jak widać, proces ten postępuje w najlepsze.

IV. Śladami Wielkiego Brata

Jakiś malkontent mógłby zauważyć, że u nas to wszystko w porównaniu z Rosją jest takie bardziej złagodzone, że gdzie naszemu Ober-Matołowi do putinowskiego zamordyzmu. Niby racja, ale weźmy pod uwagę miejscową specyfikę. Już za PRL-u byliśmy „najweselszym barakiem w obozie”, takimi Sowietami w wersji light – zatem przerabiamy pod tym względem powtórkę z rozrywki. No i nade wszystko – to wszak Moskwa była od zawsze stolicą „przodującego ustroju”, naszym „Wielkim Bratem” stanowiącym dla tutejszych kacyków niewyczerpane źródło inspiracji. Sądząc po wymienionych w tekście przykładach, w dobie polsko-rosyjskiego „pojednania”, tudzież „zacieśniania braterskich stosunków”, owe inspiracje znów stają się nader aktualne.

Ciekawe tylko, kiedy nadejdzie moment, gdy marszałek Sejmu Ewa Kopacz, wzorem swego rosyjskiego odpowiednika, Siergieja Naryszkina, będzie wolała nie pojawiać się w Strasburgu, tłumacząc to „polonofobią” Rady Europy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/dyktatura-matolow

http://niepoprawni.pl/blog/287/dyktatura-matolow-ii

http://niepoprawni.pl/blog/287/zwyciestwo-prowokacji