Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofa po-smoleńska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofa po-smoleńska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 grudnia 2012

Smoleńsk jako doświadczenie formacyjne

Lud smoleński zgłasza gotowość do podjęcia „obowiązków polskich” - sekta pancernej brzozy nie chce nawet przyjąć do wiadomości ich istnienia.

I. „Lud smoleński”

W niegdysiejszej notce „Lemingi i mohery – małe studium podziału” postawiłem tezę, że Tragedia Smoleńska stała się doświadczeniem formacyjnym – i to dla obu stron społecznej barykady. Postaram się dziś – między kolejną miesięcznicą, a rocznicą stanu wojennego - tę myśl rozwinąć.

Dlaczego akurat Smoleńsk? Ano dlatego, że jest to wydarzenie przełomowe – przed Smoleńskiem różne kulturowo-polityczne podziały były jeszcze możliwe do zasypania, po Smoleńsku – już nie, a przynajmniej nie w dającej się przewidzieć perspektywie. Stosunek do tej tragedii, nawet odkładając chwilowo na bok spór o to, czy był to zamach, czy też splot nadzwyczajnych okoliczności, wyostrzył bowiem dwie fundamentalnie różne postawy. Z jednej strony mamy do czynienia z przebudzeniem sporej społecznej grupy, którą Rymkiewicz ochrzcił mianem „Wolnych Polaków”, reżimowa propaganda zaś pogardliwie nazwała „ludem smoleńskim”, z drugiej natomiast – z rzeszą ludzi kultywujących postawę „moja chata z kraja”, będących targetem „przemysłu pogardy”.

Ów „lud smoleński”, które to pojęcie warto by odczarować z pogardliwej otoczki, tak jak udało się odwojować epitety w rodzaju „moherów” i „oszołomów”, charakteryzuje się, najkrócej rzecz ujmując tym, że zarówno sam zamach, jak i tzw. „katastrofa po-smoleńska”, czyli wszystko to, co nastąpiło już po Tragedii, stały się dlań soczewką skupiającą całą niewydolność i wszechobecną degrengoladę obecnego państwa polskiego. Innymi słowy, kwestia wyjaśnienia tego co stało się na Siewiernym i pociągnięcie do odpowiedzialności winnych jest niezbędnym warunkiem i wstępem do wszechstronnej sanacji przegniłych struktur III RP. Państwo polskie bowiem nie zdało egzaminu, okazało się niezdolne do zabezpieczenia swych najbardziej fundamentalnych interesów. W wymiarze międzynarodowym okazało się bezwolne i podatne na rozgrywki ościennych mocarstw, w wymiarze wewnętrznym zaś – nie było w stanie przeprowadzić niezbędnych działań oczyszczających i naprawczych. Więcej nawet – kasta rządząca, aparat polityczno-urzędniczy, zaczął jawić się wręcz jako struktura wroga narodowi, skupiona na zabezpieczaniu własnych partykularnych korzyści kosztem dobra wspólnego.

Powyższa diagnoza legła u podstaw postawy z gruntu propaństwowej, jaką jest niezgoda na bylejakość szeroko rozumianego życia publicznego oraz na rezygnację z narodowych interesów i aspiracji. Nawiązując do Dmowskiego, „lud smoleński” zdaje sobie sprawę z istnienia „obowiazków polskich”, zgłasza gotowośc do ich podjęcia i wymaga tego samego od swoich elit. Jest to postawa z gruntu racjonalna i jedynie możliwa, jeśli chcemy zabezpieczyć jakąkolwiek wspólnotową przyszłość i byt państwowy. Dlatego też np. Ewa Stankiewicz i Solidarni 2010, odpierając zarzuty o rzekomy irracjonalizm i tworzenie „religii smoleńskiej” wskazują, że bez realizacji postulatów w sprawie wyjaśnienia i rozliczenia Tragedii nie sposób myśleć o jakiejkolwiek trwałej zmianie na lepsze.

II. Anty-smoleńszczyzna

Ale, ta konstytuująca się od 10 kwietna 2010 roku grupa „obudzonych” ze swą propaństwową postawą ma oczywiście swój rewers w postaci „antysmoleńszczyzny”, zwanej również „sektą pancernej brzozy”. Dla nich Smoleńsk również stał się wydarzeniem formacyjnym, tyle że w drugą stronę. Zostali bowiem poddani masowej psychomanipulacji polegającej na bombardowaniu kolejnymi, bez wyjątku fałszywymi „wrzutkami” (naciski, gen. Błasik w kokpicie itd.), skorelowanymi z nawrotem „przemysłu pogardy”.

Operację tę przeprowadzono na kilku poziomach. Po pierwsze, należało rozbić odradzajace się w pierwszych dniach Żałoby Narodowej poczucie jedności i wspólnoty, które przeraziło zarówno rządzących, jak i całą formację Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. Po drugie, miała na celu przerzucenie w powszechnym odbiorze winy za Tragedię na polityczne ambicje braci Kaczyńskich połączone z niekompetencją i brakiem asertywności pilotów, co odwracało uwagę od odpowiedzialności rządu Tuska i strony rosyjskiej. Po trzecie, wychodziła naprzeciw tchórzostwu ogromnej części Polaków i ich pragnieniu „małej stabilizacji” - nawet za cenę zabetonowania sumień. Bo gdyby się jednak okazało, że to nie „błąd pilota” i „naciski”, to należałoby się wybudzić z ogłupiającego błogostanu i podjąć – znów mówiąc Dmowskim - „obowiązki polskie”. A istnienia tychże „obowiązków” zdecydowana większość Polaków zwyczajnie nie chce przyjąć do wiadomości. Po czwarte wreszcie, erupcja przemysłu pogardy z jej kulminacyjnym punktem jakim była batalia o Krzyż na Krakowskim Przedmieściu, miała na celu uświnienie jak największej części społeczeństwa i emocjonalną mobilizację, zwłaszcza młodych, przeciw „pisuarom”, „moherom” i „oszołomom”.

Operacja ta powiodła się znakomicie, głównie dlatego, że spełniała zapotrzebowanie wszystkich tych, którzy jeszcze przed Tragedią dawali się prowadzić jak na sznurku suflowanemu rechotowi z „Kaczorów” i po Smoleńsku zaczynało robić im się łyso – a nikt nie lubi się tak czuć. To dlatego właśnie „antysmoleńska” część społeczeństwa skupiona wokół „sekty pancernej brzozy” reaguje emocjonalnym wyparciem na niezależne ustalenia, zadające kłam oficjalnej wersji wydarzeń zadekretowanej w raportach MAK i komisji Millera. Ustalenia te bowiem powodują u nich psychiczny dyskomfort. Gdyby je przyjęli, musieliby zarazem stwierdzić, że w sprawie Smoleńska zachowali się podle, jak ostatnie świnie - wybierające tchórzliwie własne korytko, niezdolne do skonfrontowania się z rzeczywistością i prawdą o stanie państwa. Swoje znaczenie ma również głęboko zakorzeniony, atawistyczny niemal lęk przez Rosją – bo gdyby się okazało, że to był zamach, to czeka nas „wojna”. To jest dokładnie ten sam sort ludzi, którzy po dziś dzień popierają Jaruzelskiego i stan wojenny.

III. Socjotechnika stanu wojennego

Proszę zwrócić uwagę, z jakim mamy tu do czynienia zapętleniem, z jakim pomieszaniem pojęć. Ci, którzy w Tragedii Smoleńskiej widzą odbicie stanu państwa, z jego wszechobecną bylejakością, tumiwisizmem i „jakoś to będzie”, których żądania w sprawie śledztwa i podważanie oficjalnych ustaleń wynikają z fundamentalnej troski o dobro wspólne, traktowani są jak zgraja irracjonalnych fanatyków. Z kolei tzw. „sekta pancernej brzozy”, która z tchórzostwa i krótkowzrocznego wygodnictwa woli łykać oficjalny przekaz, zaś na każdą negację swej postawy reaguje agresją i wrzaskiem „rzygam już tym Smoleńskiem”, przedstawiana jest w reżimowej propagandzie jako „zdrowy trzon” społeczeństwa, racjonalny i nie poddający się „histerii”. Pewną nadzieję na przyszłość daje co prawda rosnący stopniowo, w miarę sypania się kolejnych elementów „antysmoleńskiej narracji”, odsetek wątpiących w rządową wersję wydarzeń, ale na dzień dzisiejszy do jakiegoś przełomu jeszcze daleko, choć tendencja ta pokazuje, że walenie głową w mur w dalszej perspektywie może przynieść efekty.

Kiedyś już mieliśmy do czynienia z podziałem Polaków wedle podobnego klucza: „warchoły” i „ekstremiści” godzący w ustrojowe fundamenty i podważający sojusze, kontra spokojna większość chcąca pod kierownictwem Partii i Rządu budować ludową ojczyznę. Warto o tej odgrzewanej na naszych oczach socjotechnice pamiętać – i to nie tylko przy okazji kolejnej rocznicy stanu wojennego.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/lemingi-i-mohery-%E2%80%93-male-studium-podzialu

http://niepoprawni.pl/blog/287/smolenskie-status-quo

niedziela, 15 kwietnia 2012

Zniesmaczeni 2012


…czyli czego nie pojął redaktor Mazurek.


I. To se ne wrati

Po lekturze manifestu Roberta Mazurka „Więcej nie pójdę przed pałac” w pierwszym odruchu wzruszyłem ramionami i pomyślałem: obejdzie się, łaski bez. Jednak po namyśle stwierdziłem, że warto się do tego tekstu odnieść, sądzę bowiem, iż Mazurek zaprezentował stanowisko charakterystyczne dla nieco szerszej grupy osób, których razi „upartyjnienie”, tudzież „uwiecowienie” rocznicowych obchodów smoleńskiej katastrofy. Otóż wydaje mi się, że podstawowym błędem popełnianym przez grupę, nazwijmy to - „zniesmaczonych” - jest tęsknota za nastrojem podniosłej żałoby, zadumy, smutku i jedności, tak pięknie przeżywanych w pierwszych dniach po tragedii.

Nic z tego. To se ne wrati. Pierwszy cios obliczony na podzielenie Polaków i rozhuśtanie antysmoleńskich emocji został zadany już w trakcie Żałoby Narodowej za pomocą grupy krzykaczy zwerbowanych przez pracownika biura eurodeputowanej PO Róży Marii Gräfin von Thun und Hohenstein (de domo Woźniakowskiej), protestujących przeciw pochówkowi Pary Prezydenckiej na Wawelu. Potem przemysł pogardy i nienawiści ruszył już na powrót pełną parą, pracując niestrudzenie nad delegitymizacją społecznej pamięci o Smoleńsku.

II. Zimna wojna domowa

Przypominam te początki obecnej polsko-polskiej „zimnej wojny domowej”, gdyż Mazurek zdaje się brać w nawias wszystko to, co wydarzyło się przez ostatnie dwa lata. A wydarzyło się wiele, nastąpił jakiś upiorny ciąg zaniechań, przeniewierstw, kłamstw, została obnażona w całej swej zgniliźnie wszechstronna degrengolada struktur państwa – słowem, uwidoczniła się niespotykana w żadnym normalnym kraju pogarda wobec, mówiąc Dmowskim, „obowiązków polskich” dla których „należy poświęcić to, czego dla osobistych spraw poświęcić nie wolno”. Ta „katastrofa po-smoleńska”, jak określił Ziemkiewicz ów autodestrukcyjny korowód, jest dziś podstawowym paliwem dla ludzkich emocji wyrażanych na kolejnych miesięcznicach – i te emocje, naturalną koleją rzeczy, musiały zdominować również rocznicowe obchody.

Nie ma więc co tęsknić do spontanicznej manifestacji jedności narodowej z pierwszych chwil po tragedii, która zresztą wprawiła prywislańskie salony w stan nerwowej drżączki i sprowokowała redaktora Miecugowa do wygłoszenia na antenie reżimowej mediodajni słynnej frazy o „demonach polskiego patriotyzmu”, innych zaś do dywagacji na temat „kultu Tanatosa”. Tamte chwile należy zachować we wdzięcznej pamięci, ale ze świadomością, że dziś w ludziach, których obchodzi Polska i kwestia wyjaśnienia katastrofy – czyli walka o prawdę w wymiarze bliskim walki o prawdę na temat katyńskiego ludobójstwa - że w tych ludziach, którzy nie „rzygają Smoleńskiem”, w tej grupie 20-30% rymkiewiczowskich Wolnych Polaków dominuje głucha wściekłość i desperacja. Stąd szubienice i ostre hasła na transparentach.

Ludzie obecni w Rocznicę na Krakowskim Przedmieściu czczą pamięć ofiar i Prezydenta Lecha Kaczyńskiego nieustannie, w każdej chwili swego życia - ta pamięć stała się integralną częścią ich tożsamości. Natomiast 10 kwietnia przyszli pod Pałac przede wszystkim domagać się prawdy. Może mam słabe prawo, by na ten temat gardłować, bo zabrakło mnie tego dnia w Warszawie, ale sądzę, że zapoznałem się z przebiegiem uroczystości na tyle gruntownie i „czuję” tę sprawę na tyle głęboko, że niniejsze uwagi są usprawiedliwione.

III. Katastrofa polityczna

Katastrofa smoleńska, poza innymi wymiarami, była katastrofą stricte polityczną. Doszło do niej na skutek politycznej gry polskiego rządu i premiera Tuska osobiście. Gry prowadzonej wspólnie z rosyjskim, czekistowskim reżimem przeciw głowie własnego państwa. Polityczne było od samego początku zachowanie Rosji. Nie wyrokując ostatecznie, czy był to zamach (choć obecnie niemal wszystko na to wskazuje), trzeba jasno sobie powiedzieć, że polityczna tragedia wymaga politycznej odpowiedzi. Stąd taki a nie inny charakter rocznicowego wiecu na Krakowskim Przedmieściu, który tak zniesmaczył redaktora Mazurka.

Polityczny jest też strach rządzącej ekipy, by Tragedia nie dała wyborczego paliwa opozycji i Jarosławowi Kaczyńskiemu. Tym strachem właśnie podyktowane jest zadeptywanie pamięci oraz dziesiątki większych lub mniejszych szykan spotykających w różnych zakątkach Polski próby upamiętnienia Prezydenta, choćby w formie skromnej tablicy, czy popiersia na skwerku. Ta symboliczna przemoc polegająca na – powtórzę – delegitymizacji pamięci, ma polityczny charakter. Wszystko wokół Smoleńska aż ocieka polityką. I nie jest to bynajmniej wina PiS-u, „Gazety Polskiej”, czy Jarosława Kaczyńskiego. Tych nieestetycznych paroksyzmów rażących Mazurka i innych „zniesmaczonych” nie byłoby, gdyby katastrofa była wyjaśniana w cywilizowany sposób, a państwo polskie faktycznie zdało egzamin – i to z czegoś więcej, niż z organizacji pogrzebów.

Czy obchody na Krakowskim Przedmieściu były wiecem wyborczym? W znacznej mierze tak – ale inaczej być nie mogło. Albowiem, jeśli jeszcze cokolwiek można w sprawie Smoleńska wyjaśnić, jeśli jest jeszcze jakakolwiek szansa na odbudowę pozycji Polski choćby tylko w regionie i autorytetu państwa w oczach Polaków, można to osiągnąć jedynie poprzez obalenie obecnej, skurwionej do szczętu, władzy.

Kończąc - odnoszę wrażenie, że zarówno Mazurek jak i pozostali „zniesmaczeni 2012” czuli rumieniec wstydu i zażenowania na widok politycznych transparentów, politycznych okrzyków i politycznych wystąpień. Proszę mi wierzyć, ja ten wstyd i zażenowanie odczuwam na co dzień. Ale z zupełnie innych powodów.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

sobota, 21 stycznia 2012

Spór o „drugi obieg” z blogerskiego punktu widzenia


Dla spadochroniarzy z głównego nurtu stanowimy mierzwę, niczym – uczciwszy proporcje - „Solidarność” dla KOR-owskich „doradców”.


I. „Najważniejszy spór publiczny...”

Krzysztof Kłopotowski zauważył, że spór o „drugi obieg” „jest najważniejszym sporem publicznym od okresu zaczętego katastrofą smoleńską”. Rzecz jasna, obieg ów istniał na długo przed polemiką Warzecha-Ziemkiewicz, czego żywym i nieustającym dowodem jest blogosfera. Sam „około-przebudzeniowy” spór w „Rzepie” jedynie „usankcjonował” temat jako „dyskutowalny” w „oficjalnej” przestrzeni. Wcześniej, przy okazji premiery „Mgły”, o „drugim obiegu” powiedziała Joanna Lichocka, choć nie dam głowy, czy podświadomie nie zawężała – przynajmniej wtedy – wielkiego społecznego nurtu do wyautowanych koleżanek i kolegów dziennikarzy.

W każdym razie, fakt że dopiero teraz każdy kto żyw, z publicystami „Wyborczej” włącznie, uznaje za stosowne o drugim obiegu mówić, określać się jakoś wobec niego oraz roztrząsać zasadność jego istnienia i funkcjonowania, świadczy o głębokiej patologizacji naszej debaty publicznej, w której „problem” nie istnieje, dopóki z jakichś powodów nie uznają za stosowne podjąć go w ramach branżowych przekomarzanek żurnaliści. Bo widzicie, jakoś nie jestem przekonany, czy ci państwo tym całym istniejącym już szmat czasu „drugim obiegiem” zaprzątaliby sobie mądre głowy, gdyby kilka osób nie straciło roboty w publicznych mediodajniach, a wskazany przez Dyktaturę Matołów biznesmen nie przejął „Presspubliki”.

II. Na gotowe

Nieco na boku zostawiam tu „Gazetę Polską”, bo ona akurat, być może w odruchu samoobrony, hodując grono oddanych czytelników, czynnie ten „drugi obieg” współtworzyła: w czasach, gdy walczyła o przetrwanie, nie mogąc marzyć o obecnym poziomie sprzedaży, sponsorze takim jak SKOK, czy sfinansowaniu choćby najskromniejszej filmowej produkcji. Sakiewicz zakładał więc Kluby „Gazety Polskiej”, otwierał gazetę na różne środowiska (m.in. Akcję Alternatywną „Naszość” Lisiewicza), równolegle rozwijała się blogosfera, jakieś lokalne inicjatywy, wcześniej istniały już Rodziny Radia Maryja... - słowem, mozolnie powstawał drugi obieg. Mainstream ów obieg ignorował, czasem kwitował kpiną, my zaś olewaliśmy mainstream. Trwało to tak przez jakiś czas, aż nagle wybuchł Smoleńsk i „katastrofa po-smoleńska”, obnażająca wszechstronną degrengoladę państwa. Czas wstrząsu i przebudzenia dla wielu ludzi. Czas, kiedy ostatecznie okazało się, kto jest kim. Drugi obieg nabrał niesamowitej dynamiki, a równolegle Dyktatura Matołów uruchomiła przyśpieszone dożynanie watach w mediach publicznych i wszędzie gdzie tylko formalnie, bądź zakulisowo mogła to uczynić.

Joanna Lichocka, którą zresztą uważam za jedną z bardziej pozytywnych postaci tego towarzystwa, w rozmowie z Mazurkiem powiedziała: „Ja sobie drugiego obiegu nie wybrałam z kaprysu, ale zostałam do niego wrzucona” . Ta deklaracja mówi nam o środowisku „naszych”, „prawicowych” dziennikarzy więcej, niż chciałaby powiedzieć autorka. Bo oni wszyscy, z małymi wyjątkami (chcę wierzyć, że należy do nich Lichocka), zostali do nas – drugoobiegowców – wrzuceni wbrew sobie. Co, myśleliście, że sami przyszli, bo się w nas nagle zakochali? A skoro zostali już wyrzuceni na margines, to zaczęli się rozglądać i kombinować (nawyk zawodowy), jakby tu sobie urządzić odskocznię do powrotu gdy karta się odwróci i zagospodarować publikę. Łatwo im idzie, bo w sumie przyszli na gotowe, grunt przygotował kto inny. Tu uwaga - nie wątpię, że oni wierzą, przeżywają swą opozycyjność, nonkonformizm, walkę o lepszą Polskę itd. Umiejętność wzbudzania w sobie emocji stosownych do okoliczności jest cechą bardzo ułatwiającą funkcjonowanie w tym zawodzie.

III. Stado mustangów

Niemniej trzeba przyznać, że obecnie, po części zmuszeni okolicznościami, wykonują pożyteczną robotę, choć ich ambicje by pełnić role duchowo-intelektualnych przywódców, a także inne tego typu uroszczenia i uzurpacje wyglądają cokolwiek groteskowo. Ba, momentami dają wręcz do zrozumienia, iż to właśnie ONI – medialni wyjadacze - są drugim obiegiem! Oczywiście nie wątpię, że czują się do pełnienia podobnych funkcji wobec „Wolnych Polaków” predestynowani. Każdy, kto zna tyleż głęboko ugruntowane, co kompletnie bezzasadne poczucie wyższości przepajające dziennikarski światek z pewnością to potwierdzi. Wystarczy spojrzeć, jak traktowana jest przez nich „oszołomska” blogosfera (dobrym materiałem poglądowym jest Salon24, ale chodzi również o szerszy kontekst), by pozbyć się wszelkich złudzeń.

Teraz zmuszeni są od czasu do czasu poocierać się o nas, a nawet wydusić okazjonalnie kilka zdawkowych słów pochwały i pokokietować, bo przecież ktoś musi oglądać te filmy, kupić „Uważam Rze”, zapełnić salę na spotkaniu, nagłośnić w sieci jakąś inicjatywę, czy kliknąć na portal braci Karnowszczaków, ale nie łudźmy się. Dla spadochroniarzy z głównego nurtu stanowimy mierzwę, niczym – uczciwszy proporcje - „Solidarność” dla KOR-owskich „doradców”. Nie mówiąc już o tym, że patrzą na nas jak na frajerów, bo piszemy i działamy za darmo, a swe inicjatywy finansujemy ze zrzutek „co łaska”.

Jak to mówił Jacek Kuroń? „Rozpędzonego stada mustangów nie da się powstrzymać. Trzeba wskoczyć na grzbiet pierwszego, mocno trzymać się grzywy, a kiedy pęd osłabnie, powoli wykręcać". No właśnie.

Gadający Grzyb

czwartek, 29 grudnia 2011

Obrotowa „bliska zagranica”


Po 10.IV.2010 polityczne elity kraju zupełnie jawnie zaczęły się zachowywać tak jakby suwerenność była dla nich nieznośnym, gniotącym ciężarem.


I. Degrengolada

Koniec polskiej europrezydencji to niezły moment aby przyjrzeć się zmianom, które w ostatnim czasie dokonały się w naszej polityce zagranicznej. Zresztą, co tu się bawić w eufemizmy – trzeba wziąć pod lupę wszechstronną degrengoladę, jaka dotknęła naszą międzynarodową pozycję w ramach szeroko rozumianej „katastrofy po-smoleńskiej”. Przypuszczam, że przyszli historycy, gdy przyjdzie im analizować okres po 10.IV.2010, jako jedną z cech wyróżniających przyjmą dalece posuniętą abdykację Polski z podmiotowości na arenie międzynarodowej.

O ile do czasu smoleńskiej hekatomby Polska aspirowała jeszcze do odgrywania znaczącej roli w regionie, próbując z lepszym lub gorszym skutkiem prowadzić samodzielną politykę – taką, która nie byłaby prostą wypadkową układu sił między Rosją a Niemcami (choć w schyłkowej fazie owa podmiotowość stała się domeną wyłącznie ośrodka prezydenckiego, sabotowanego na wszystkich polach przez rząd RP), o tyle po cezurze 10.IV.2010 polityczne elity kraju zupełnie jawnie zaczęły się zachowywać tak, jakby suwerenność i związane z nią obowiązki były dla nich nieznośnym, gniotącym ciężarem, który najchętniej scedowałyby z nieskrywaną ulgą na jakieś zewnętrzne struktury.

Tę cesję suwerenności należało tylko ładnie opakować i nazwać, tak by była do przełknięcia dla niezorientowanych nadwiślańskich aborygenów – postanowiono więc nadać jej nazwę „polityki piastowskiej” w kontrze do „polityki jagiellońskiej” uprawianej przez – hasłowo rzecz ujmując - „obóz IV RP”. W propagandowym przekazie miało to oznaczać rezygnację z „potrząsania szabelką” - nieprzynoszącego wymiernych korzyści i konfliktującego nas z wielkimi sąsiadami - na rzecz skrzętnego dbania o swoje, czemu miało dotąd stać na przeszkodzie zbyt altruistyczne zaangażowanie w sprawy regionu kosztem własnych interesów.

II. Między „polityką jagiellońską” a „ polityką piastowską”

Jak to wygląda w praktyce?

Otóż, sprawująca obecnie swe nie-rządy dyktatura matołów, świadomie bądź nie, odrzuciła podstawową zasadę: pozycja Polski w kontaktach ze światem jest pochodną naszej pozycji w regionie. Innymi słowy, zależy ona od naszych kontaktów z innymi krajami Europy środkowo-wschodniej i polityka ta była realizowana jeszcze w czasach „przedkaczyńskich”, że wspomnę chociażby nasze zaangażowanie w „pomarańczową rewolucję” na Ukrainie. Dopiero na tej bazie możemy myśleć o układaniu sobie stosunków z „wielkimi” - Rosją, Niemcami, czy USA. To jest treść „polityki jagiellońskiej”, którą ekipa Platformy wyrzuciła do kosza, odwracając wektory o 180 stopni. Tusk z Sikorskim i Komorowskim umyślili sobie bowiem, że będą budować pozycję Polski na sojuszu z „wielkimi braćmi” przy jednoczesnym ignorowaniu mniejszych regionalnych partnerów.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Ostentacyjne podważanie jeszcze za życia ś.p. Lecha Kaczyńskiego roli głowy państwa w polityce międzynarodowej doprowadziło do dyplomatycznych porażek jak ta, tuż przed Katastrofą Smoleńską, podczas wizyty Prezydenta na Litwie. Litwini odczytali bowiem sygnały płynące z Warszawy, że z Kaczyńskim nie trzeba się już liczyć. Szkopuł w tym, że po śmierci Lecha Kaczyńskiego nie liczą się z nami tym bardziej. Na dodatek, w imię rzekomej „polityki piastowskiej” zaczęliśmy zachowywać się tak, by nie przysparzać kłopotów Niemcom i Rosji, do czego od dawna nas usilnie namawiano. Hardość Łukaszenki, dyskryminacja Polaków na Litwie i postawa Ukrainy dla której przestaliśmy być adwokatem europejskich aspiracji i która woli rozmawiać bezpośrednio z Berlinem, nie wzięły się znikąd.

Do tego, niczym grzeczni uczniowie, wiemy również z kim przyjaźnić się nie należy, gdyż byłoby to niemile widziane. Kontakty z orbanowskimi Węgrami leżą odłogiem, podobnie jak z lekko eurosceptycznymi Czechami, czego żenującym przykładem było zlekceważenie przez najwyższe władze państwowe pogrzebu Vaclava Havla. To symboliczny despekt i policzek, który nad Wełtawą nie zostanie szybko zapomniany. Grupa Wyszehradzka przestała w praktyce funkcjonować.

Co zyskaliśmy w zamian? Nic. Brak zakotwiczenia w systemie regionalnych sojuszy przypłaciliśmy bowiem klienckim statusem wobec „wielkich braci” z lekka tylko maskowanym okazjonalnym poklepywaniem po plecach i jakimiś zdawkowymi pochwałami. Nasza pozycja tak w UE, jak i w relacjach z Rosją sprowadzona została do roli potakiwacza i klakiera na koncercie mocarstw.

III. Od hołdu smoleńskiego...

Wyraźnie było to widoczne podczas negocjacji w sprawie przedłużenia kontraktu gazowego. Negocjatorzy z Waldemarem Pawlakiem na czele gotowi byli przystać na wszelkie warunki Rosji – z absurdalnie długim terminem obowiązywania umowy i oddaniem Gazpromowi kontroli nad polskim odcinkiem Gazociągu Jamalskiego włącznie. Dopiero na samym finiszu do rozmów wmieszała się Komisja Europejska (czytaj – Niemcy), która uznała, że Rosja wzięła sobie za duży kawałek tortu i wbrew polskiemu rządowi doprowadziła do względnego złagodzenia warunków kontraktu.

Zresztą, sięgnijmy do dokumentu „Budowa zintegrowanego systemu bezpieczeństwa narodowego Polski”, opracowanego na zlecenie Belwederu i omówionego jakiś czas temu przez Aleksandra Ściosa. Znajdujemy w nim na stronie 45 następującą rekomendację:

„Aby przezwyciężyć nieufność, która utrudnia percepcję Rosji przez polskich polityków i media należałoby podjąć zorientowaną na przyszłość politykę normalizacji stosunków wzajemnych i pojednania polsko-rosyjskiego. Warunki ku temu powstały już jesienią 2009 r., po udziale premiera FR Władymira Putina w obchodach 70-tej rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte, a zostały wzmocnione zbliżeniem polsko-rosyjskim po katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r. Jednak czołowa partia opozycyjna w Polsce – Prawo i Sprawiedliwość podjęła kilka miesięcy później działania na rzecz ponownego konfliktowania z Rosją, sugerując odpowiedzialność tego państwa za katastrofę. W tej sytuacji rząd Polski powinien szybko podjąć działania na rzecz ratowania szansy jaka szybko może zniknąć.” (wytł. moje - GG)

Teraz pytanie: czy władze szanującego się państwa mogłyby traktować bezprecedensową katastrofę, do której doszło w nader niejasnych okolicznościach i w której zginęła elita kraju z prezydentem na czele, jako okazję do poprawy stosunków z wrogim mocarstwem na terenie którego wydarzyła się tragedia? Potwierdzeniem stanu rzeczy wyłaniającego się z powyższego cytatu jest zachowanie polskich władz w sprawie smoleńskiego śledztwa. Od początku dbano przede wszystkim o to, by nie narazić się Rosjanom, zaś wszelkie dowody i opinie mogące wskazywać na winę strony rosyjskiej utrącano na szczeblu ministerialnym, czego świadectwo otrzymaliśmy niedawno w taśmach Edmunda Klicha. Wzmocniło to naszą pozycję wobec Rosji? Retoryczne pytanie. W przytoczonym dokumencie jest takich kwiatków znacznie więcej – zachęcam do lektury.

Trudno określić słynny uścisk Tuska i Putina inaczej, niż hołdem smoleńskim – jego długofalowe konsekwencje, niezależnie od intencji, były bowiem właśnie takie – hołdownicze.

IV. ...do hołdu berlińskiego

Nie lepiej wygląda nasza sytuacja w relacjach z Niemcami i szerzej – z Unią Europejską, czego jednym z wielu przykładów było zachowanie Niemiec w sprawie przyblokowania zespołu portów Szczecin–Świnoujście przez Gazociąg Północny. Warto nadmienić, że w międzyczasie Nord Stream zyskał status inwestycji unijnej, czemu Polska się nie przeciwstawiła. Ogłaszając „za darmo”, że celem samym w sobie jest „pozostawanie w głównym nurcie europejskiej polityki” Tusk z Sikorskim założyli Polsce na szyję dyplomatyczną pętlę – od tej pory każda próba twardszego zaakcentowania naszego stanowiska spotykać się musiała nieodmiennie z pomrukami, iż z owego „głównego nurtu” wypadniemy, a Europa nabierze „dwóch prędkości”. Nie mówiąc już o wizerunkowym blamażu na krajowej arenie politycznej.

W efekcie, jedynym rozwiązaniem było wejście w buty euro-prymusików i tu z pomocą pospieszył światowy kryzys gospodarczy, który w kontynentalnym wymiarze ma zostać zażegnany „pogłębioną integracją” w ramach „nowego europejskiego porządku” wykuwanego przez Grupę Frankfurcką. Dał temu wyraz Radosław Sikorski w słynnym „hołdzie berlińskim”. Sikorski, znany z tego że powie absolutnie wszystko co w jego mniemaniu pomoże mu w karierze, wprost wezwał do niemieckiego przywództwa w Europie, odsyłając tym samym wszelkie narodowe aspiracje Polski do lamusa historii. Klasyczna ucieczka do przodu – Sikorski, antycypując przyszłe wydarzenia, wyprzedził na moment „główny nurt europejskiej polityki”, werbalizując te cele Niemiec, których samym Niemcom ogłaszać tak otwartym tekstem nie wypadało.

Wszystko to oczywiście a propos groźby rozpadu strefy euro, co zagrażałoby utrwaleniu niemieckiej dominacji polityczno-gospodarczej w Europie. (Więcej na ten temat pisałem m.in. TU, TU i TU). Grupa Frankfurcka szykuje nowego pan-europejskiego Lewiatana, utrącając po drodze niewygodnych przywódców – jak w Grecji i we Włoszech, my zaś, w ramach „polityki piastowskiej” zapewne, zgłosiliśmy zawczasu do tegoż Lewiatana swój akces, dołączając do tzw. paktu „Euro-Plus”, który niepostrzeżenie stał się pasem transmisyjnym rozszerzającym zobowiązania i problemy krajów strefy euro na państwa, które zostają póki co przy walutach narodowych.

Na razie zapłacimy za przynależność do tego „elitarnego klubu” nadwyrężeniem naszej rezerwy rewaluacyjnej. Przypomnę tylko, że nieboszczyk Lepper również chciał swojego czasu część owej rezerwy spieniężyć - rzucenie tej dodrukowanej gotówki na rynek krajowy miało na celu pobudzenia popytu wewnętrznego. Ot, szkoła ekonomiczna rodem z Instytutu Schillera, ale Lepperowi przynajmniej o coś chodziło. Nie postulował, by oddać kasę MFW za bezdurno.

V. Obrotowa „bliska zagranica”, czyli zmęczenie niepodległością

Powyższe omówienie siłą rzeczy jest niepełne, bo na wymienienie wszystkich porażek międzynarodowych wołowej skóry by nie starczyło, skupiłem się więc na najbardziej charakterystycznych jak Smoleńsk, Nord Stream, konsekwencje „prymusowania” w Europie, czy zabagnienie stosunków z naszymi naturalnymi partnerami w regionie. Proszę również docenić fakt, iż starałem się ważyć słowa i programowo unikałem sformułowań o zdradzie stanu, agenturalności, jurgielcie i innych takich. Skupiłem się na interpretacji „życzliwej” - takiej mianowicie, że wszystko to jest efektem błędnej kalkulacji i niewłaściwych założeń wstępnych. Że to naiwność i głupota dyktatury matołów. Nawet tego wystarczy, by ta banda obwiesi trafiła przed Trybunał Stanu. Kiedyś. Może.

Kiedy prześledzimy bowiem zachowanie naszych mainstreamowych elit, możemy dojść do wniosku, że nastąpiło jakieś „zmęczenie suwerennością” - po co się szarpać, walczyć o swoje, czy to w Unii, czy poza nią – scedujmy jak najwięcej kompetencji, zwłaszcza strategicznych, na ponadnarodowe gremia i niech one się martwią, nawet jeśli za tymi gremiami stać będą Niemcy dogadujący kluczowe sprawy z Rosjanami. Zostawmy sobie kompetencje nadzorców autonomicznej prowincji i stosownie do tego zmniejszoną odpowiedzialność przed wyborcami.

Cóż, przed laty Antoni Słonimski we właściwym sobie stylu zakpił, że Polska jest „obrotowym przedmurzem”. Dziś należy powiedzieć dobitniej – stoczyliśmy się do roli obrotowej „bliskiej zagranicy”, której status wyznaczają ościenne potęgi, traktujące przestrzeń między Odrą a Bugiem jako strefę buforową i dzielące się w niej wpływami. Jak to w kondominium.

Gadający Grzyb