niedziela, 11 marca 2012

Post-natalni przedludzie


Pozwoliliśmy państwu decydować o naszym życiu, zatem nie zdziwmy się, kiedy państwo zacznie decydować również o naszej śmierci.


I. Między fikcją a rzeczywistością

Dość często, gdy na tapetę wchodzi temat aborcji, w blogerskiej publicystyce przywoływane jest znakomite opowiadanie Philipa K. Dicka „Przedludzie” („The Pre-Persons”), które w Polsce ukazało się w przekładzie Lecha Jęczmyka w tomie „Ostatni Pan i Władca”. Do tej pory sceptycy mieli prawo uważać świat w nim przedstawiony za mocno przerysowany wykwit paranoidalnej fantazji autora i powołujących się na niego blogerów, ale okazuje się, nie po raz pierwszy zresztą, że fantastyka, szczególnie ta o zabarwieniu społecznym, trafniej antycypuje rozwój pewnych procesów, niż prognozy uczonych głów z uniwersyteckimi tytułami.

Tym, którzy jakimś cudem z twórczością amerykańskiego mistrza SF się nie zetknęli wyjaśniam, iż w przywoływanym opowiadaniu mamy do czynienia z wizją Ameryki, w której dziecko nabywa pełnię praw ludzkich dopiero po ukończeniu 12 roku życia. Staje się wówczas w oczach prawa pełnowartościowym człowiekiem, podlegającym pełnej ochronie. Do tego czasu pozostaje przed-człowiekiem, zaś jego istnienie uzależnione jest od dobrej woli rodziców.

W nowelce Dicka Stany Zjednoczone nie pozostają pod władzą krwiożerczej dyktatury, jak ktoś mógłby się spodziewać. Bynajmniej – prawo zostało w jak najbardziej demokratyczny sposób uchwalone przez Kongres, po konsultacji z „Kościołem Świadków” jako – uwaga – rozwiązanie kompromisowe, postanawiające, iż człowiek w wieku 12 lat nabywa duszę. Cezurę tę przyjęto, gdyż mniej więcej w tym wieku dziecko opanowuje na podstawowym poziomie algebrę. Niechcianego przez rodziców „przed-człowieka” chwytają krążące po okolicy specjalne ciężarówki aborcyjne, które odwożą delikwenta do Centrum Powiatowego (rodzaj schroniska), gdzie – jeśli nikt go nie adoptuje w ciągu 30 dni – zostaje uśmiercony. Skojarzenia typu właściciel-pies-hycel są jak najbardziej uprawnione. Skrobanki są zresztą w opisanej rzeczywistości dość modne i stanowią temat towarzyskich pogwarek między koleżankami.

W Wikipedii można doczytać, iż opowiadanie było reakcją na sprawę Roe v. Wade z początku lat 70., w wyniku której Sąd Najwyższy USA uznał dopuszczalność aborcji podczas całego trwania ciąży (z pewnymi ograniczeniami dotyczącymi ostatniego trymestru), co stało się dla autora inspiracją do napisania „Przedludzi”. Z kolei „W 1979 roku, biolog i embriolog Clifford Grobstein zaproponował nazywanie embrionów ludzkich młodszych niż 14 dni "przedembrionami", żeby – jak przyznał – zredukować status młodych płodów, które nazwał "przedludźmi".” Tak oto „szyte na miarę” zabawy semantyczne zaczęły doganiać literacką fikcję i przekładać się na świat realny, albowiem, jak czytamy „Choć przedembrion i przedczłowiek nie są oficjalnymi terminami medycznymi, to są używane w anglojęzycznych artykułach dotyczących nauki i etyki.”.

II. Praktyczny aspekt aborcji postnatalnej

Tyle Philip K. Dick i Wikipedia. Niedawno natomiast światu zostało objawione, iż rzeczywistość zaczyna wychodzić naprzeciw wizji pisarza. Trochę to trwało, gdyż opowiadanie zostało opublikowane w 1974 roku, ale jak to mawiają postępowcy – lepiej późno niż wcale.

Otóż, jak być może wielu Czytelników już wie, dwoje młodych, hiper-postępowych włoskich „etyków” (ETYKÓW!) Alberto Giubilini i Francesca Minerva, współpracujących z uniwersytetami w Oksfordzie, Mediolanie i Melbourne w artykule opublikowanym na łamach „The Journal of Medical Ethics" zaproponowało, by rodzice mogli decydować o zabiciu już narodzonego dziecka. Jak donosi „Rzeczpospolita”, wydawcą „etycznego” periodyku jest Julian Savulescu – profesor promujący również eutanazję i głoszący m.in., iż „najlepszym sposobem zwalczania biedy jest selekcja embrionów w celu wyeliminowania ludzi z niskim IQ” - ale to tak na marginesie.

W każdym razie, owa etyczna trzódka bez zbędnego obcyndalania stwierdziła, że „noworodek nie jest osobą, nie ma więc moralnego prawa do życia” i raźno postuluje wprowadzenie „aborcji po urodzeniu” („after-birth abortion”), co miałoby się przyczynić do eliminowania „wadliwych” noworodków, obciążonych nie zdiagnozowanymi wcześniej schorzeniami (np. wady genetyczne). Co więcej, dziarscy etycy nie zatrzymują się kunktatorsko w pół drogi, tylko dodają, by aborcję postnatalną stosować również z tzw. „względów społecznych” - gdyby wychowanie dziecka „oznaczało zbyt duże obciążenie dla rodziców, jak również dla społeczeństwa", gdyż „Nowe stworzenie wymaga ze strony rodziców energii, opieki i pieniędzy, których często nie ma w nadmiarze.". (za tekstem „Rzeczpospolitej” „Zabić noworodka”)

W sumie, pomysł wart rozważenia, albowiem takie wybrakowane przed-ludzkie egzemplarze zawsze można by zużytkować w charakterze części zamiennych – choćby dla światłego profesora Savulescu, gdy już ze szczętem spierniczeje, a i rzutcy etycy, choć dziś jeszcze młodzi, też zapewne pragnęliby zabezpieczyć się na przyszłość. Również nasi „Umiłowani Przywódcy” (© S. Michalkiewicz) – zarówno jawni jak i utajnieni nie byliby od tego, bowiem wiadomo, że na oświecone elity należy chuchać i dmuchać, bo inaczej któż będzie nas prowadził drogą Postępu? Poza tym, czy wiesz, durny narodzie, ile utrzymanie takich ludzkich bubli kosztuje władzę?

Prócz tego, Pepsi czeka już zapewne z liniami produkcyjnymi gotowymi do wyrobu napitków z ludzkich linii komórkowych, a wiadomo jak ważne jest rozwijanie wytwórczości w czasach kryzysu gospodarczego. Póki co wprawdzie Pepsi trochę się krępuje i poprzez kooperanta, firmę Senomyx, wykorzystuje zaledwie jedną linię komórkową - HEK 293 z nerek abortowanych płodów, ale kto wie, jakie będzie następne słowo? Przecież grunt to innowacyjność. Poza tym, czy Pepsi ma być jedyna? Czyż inni przedsiębiorcy nie mogliby skorzystać? I to w ciut bardziej dosłowny sposób – tyle „ludziny” się bezproduktywnie każdego dnia marnuje, zatem niewykluczone, że prócz wizji Dicka doczekamy się również urzeczywistnienia innego czarnego proroctwa science-fiction, mianowicie słynnej „zielonej pożywki”.

III. Przesuwanie granic

Dałem się ponieść? Nie łudźmy się – zarysowana powyżej tendencja będzie narastać i jeszcze za naszego życia doczeka się realizacji. W co bardziej „postępowych” okolicach (USA) od dawna dopuszczalna jest part-birth abortion („aborcja przez częściowe urodzenie” – wywołuje się poród i miażdży pojawiającą się główkę dziecka), będąca pokłosiem sprawy Roe v. Wade, i w zasadzie nie ma przyczyny dla której granica legalności zabijania w majestacie prawa nie miałaby być przesuwana coraz dalej i dalej - na podstawie instrumentalnie dobieranych, arbitralnych kryteriów. Równie dobrze można demokratyczną większością głosów uznać, że nabycie potencjalnej zdolności do rozwiązywania podstawowych zadań algebraicznych oznacza wstąpienie w ludzkie ciało duszy, bo właściwie – czemu nie?

Jeśli coś takiego wejdzie w życie (a w końcu wejdzie), to miejmy świadomość, że państwo – oczywiście dla naszego wspólnego dobra – też będzie chciało mieć w tej sprawie coś do powiedzenia. Jestem absolutnie przekonany, że powstaną regulacje wedle których spec-urzędnik od rozwałki, albo po prostu lekarz-aborcjonista ze specjalizacją „aborter post-natalny/eutanazista” będzie mógł arbitralnie rozstrzygać, które dziecko „rokuje” na przyszłość - wedle urzędowo opracowanych „obiektywnych” kryteriów, bez pytania się o zdanie rodziców, skażonych subiektywno-biologicznym podejściem do swego potomstwa.

Np. po zdiagnozowaniu u noworodka jakichś wrodzonych schorzeń taki pan doktor uruchomi odpowiednią symulację komputerową, która obliczy ile pieniędzy publicznych będzie zaangażowanych w leczenie i podtrzymywanie „mniej wartościowego” życia na całej spodziewanej przestrzeni czasowej jego istnienia... Albo, jeśli dziecko pochodzi z biednej rodziny – ile będzie kosztowało opiekę socjalną... Po czym, z wydrukiem w garści, przedstawi rodzicom trudną, acz konieczną ze względów społecznych decyzję o wdrożeniu procedury „godnej śmierci” wobec ich potomka. Być może owa procedura - jeśli zostanie wprowadzona w wersji „light” - uwzględniać będzie również stanowisko rodziców, ale jeżeli już, to co najwyżej w formie niewiążącej opinii.

W Polsce mieliśmy do czynienia z tego rodzaju przypadkiem przy głośnej sprawie całkowicie uznaniowej sterylizacji pani Wioletty Woźnej, mamy Róży. Na razie „tylko” sterylizacji...

Cóż, pozwoliliśmy państwu w znacznym stopniu decydować o naszym życiu, przerzucając na władzę publiczną coraz więcej zobowiązań pozostających niegdyś domeną sfery prywatnej, zatem nie zdziwmy się, kiedy państwo zacznie decydować również o naszej śmierci.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

środa, 7 marca 2012

W służbie Władimira-Katechona


...czyli nowo-stara polityczna miłość konserwatystów od Wielomskiego.


I. Wysyp „katechonów”

Jakiś czas temu panowie z Konserwatyzm.PRL poznali za sprawą swego naczelnego ideologa, prof. Adama Wielomskiego, nowe słówko - katechon" (z gr. „ten, który powstrzymuje"), a ponieważ brzmi ono strasznie konserwatywnie, godnie i uczenie, to jak łatwo się domyślić, zaczęła się jazda na zadawanie szyku za pomocą owego „katechona”. Przypuszczalnie uznano, iż użycie tego pojęcia gwarantuje wywołanie u czytelników wrażenia przepastnej głębi myśli autora. Posmakujmy zatem i my. Uwaga - rozprowadzamy dyskretnie sylaby na językach i szepczemy w cichym upojeniu: „ka-te-chon”. Prawda, że czujemy się od razu lepsi, bardziej dystyngowani, zaś mniemanie o naszej erudycji i ogólna samoocena podniosła się na nowe, niedostępne do tej pory poziomy?

I o to właśnie chodzi. O ten intelektualny sznyt i polor, który tnie blaskomiotnym ostrzem po oczach czytelniczej gawiedzi, która tym samym czuje się wyróżniona i dowartościowana, że też już wie i rozumie, co to takiego ów „katechon” - i to zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Ba, co bardziej wnikliwy ma szansę nawet poznać tajniki gramatyczne, bo to, panie kochany, raz się pisze „tego katechonu”, innym zaś razem „tego katechona” w zależności, czy termin donosimy do czegoś, czy do kogoś.

W każdym razie, na Konserwatyzm.PRL zaroiło się od „katechonów” - istny wysyp, opędzić się nie sposób. Kto tam już nie był obwoływany katechonem! I Tusk, i Leszek Miller, i Benedykt XVI, i Jaruzelski, i Kaddafi... Ostatnio zaś „katechonem” mianowano Władimira Władimirowicza Putina - a to za sprawą wygranych przezeń wyborów prezydenckich. Redakcja Konserwatyzm.PRL nie omieszkała wystosować przy tej okazji listu-adresu gratulacyjnego do ambasady sowiec... to jest, rosyjskiej, utrzymanego raczej w duchu pamiętnego „przy Tobie Najjaśniejszy Panie stoimy i stać chcemy”, niż oświadczenia obywateli suwerennego państwa.

II. „Przy Tobie, Najjaśniejszy Katechonie...”

Chciałbym widzieć jak podwładni ober-czekisty w ambasadzie duszą się ze śmiechu nad tą epistołą, przekazując sobie to kuriozum między wódką a kawiorem, zwłaszcza że rzecz napisana jest oczywiście z tym nieznośnym, groteskowym zadęciem, charakterystycznym dla pióra Adama Wielomskiego, kiedy to ów mąż uczony pragnie dodać sobie dostojeństwa, a swym kolaboranckim ciągotom - godnościowego splendoru.

Zaczyna się mocno:

W imieniu Polskiej prawicy (wytł. moje - GG) pragniemy złożyć panu Prezydentowi Władimirowi Putinowi szczere gratulacje z okazji ponownego wyboru na stanowisko Prezydenta Rosji.”

I dalej:

„Jakkolwiek na hałaśliwej i zrewoltowanej duchowo polskiej tzw. prawicy nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, ale prezydent Rosji jest obecnie jedynym znaczącym politykiem, który może powstrzymać ofensywę społeczno-politycznego demoliberalizmu, homopropagandy i sodomii.”

Zatem wiemy już, że „polska prawica”, to pan ober-monarchista Wielomski z kolegami (w tym, jak się domyślam, z PAX-owskim weteranem Engelgardem), zaś godnego siebie partnera upatrują w nad-czekiście Władimirze Władimirowiczu, który jak się zdaje, zaskarbił sobie ich względy pałowaniem pedziów na ulicach.

Wobec takich zasług w obronie chrześcijańskiego światopoglądu naturalnym jest, że należy taktownie usunąć w zapomnienie „wysadzenie Rosji” i ofiary z Bujnakska, Moskwy, Wołgodońska, które utorowały drogę do rozpętania na nowo ludobójstwa w Czeczenii, zaś samemu „katechonowi” otworzyły wrota Kremla. Furda mordowani opozycjoniści, dziennikarze, urzędnicy państwowi, furda czekistowska „krysza” rozpostarta nad skorumpowanym systemem polityczno-gospodarczym, furda odbudowywanie sowieckiej strefy wpływów spychające konsekwentnie Polskę do roli rynku zbytu dla Gazpromu, furda Smoleńsk... Długo by wymieniać, czego to uczony profesor Wielomski z kolegami nie mogą dostrzegać, by móc z czystym sumieniem wyrażać podziw dla rozmachu działań rosyjskiego „katechona” o mentalności czekistowskiego bandziora z naganem. Mało łby im nie poodpadają od odwracania wzroku w coraz to inną stronę.

III. Lojalizm po „wielomsku”

Doprawdy nie pojmuję, jakież to emocjonalne potrzeby drzemiące na dnie duszy pan Wielomski zaspokaja obskakując a to różnych kacyków, a to krwawych pogrobowców Dzierżyńskiego, w rodzaju „katechona” Putina, bo że z realizmem politycznym nie ma to nic wspólnego, widać gołym okiem. Rosja, jako mocarstwo bandyckie, z bandycką władzą, nie uznaje partnerskich stosunków, dopóki nie zostanie do nich zmuszona siłą i żadne rojenia tego nie zmienią. „Realizm” Wielomskiego polega na tym, że Polska ma spolegliwością zaskarbiać sobie rosyjską wdzięczność. Ile to jest warte, pokazały ostatnie negocjacje gazowe, za które będziemy jeszcze długo płacić - więcej, niż kraje zachodniej Europy, czy ustępliwość Polski w kwestii katastrofy smoleńskiej. Ale tu akurat Wielomski mógłby się ścigać z TVN i „GW” w odsądzaniu od czci i wiary „maniaków od Smoleńska”.

Spójrzmy jeszcze na ten fragment kremlowskiego adresu redakcji Konserwatyzm. PRL:

„Mamy nadzieje, że nowa kadencja przyczyni się do wspólnej pracy na rzecz poprawy i umocnienia stosunków rosyjsko-polskich i rozwoju konstruktywnej, rzeczowej współpracy w najróżniejszych sprawach w tym również pozytywnego rozwiązania kwestii historycznych.”

Co za żałosne pitu-pitu. „Katechon” Jaruzel w tym duchu pewnie zwracał się do Breżniewa. Nie ma to jak głęboka internalizacja sprawdzonych wzorców...

Może to patologiczna potrzeba służalstwa, takie charakterologiczne lizusostwo, któremu imponuje naga siła władzy w miejsce demoliberalnego rozmamłania? Nie wiem, ale mam graniczące z pewnością przekonanie, że jeśli tylko objawiłby się u nas jakikolwiek silnoręki co to potrafi dobrze przyp...ć, szczególnie taki z „prawicową” nawijką, to pan Wielomski nie pozwoliłby nikomu wyprzedzić się w intelektualnych łamańcach usprawiedliwiających „realizmem”, „konserwatyzmem” i czym tam jeszcze swych karesów wobec nowego „katechona”. A gdy ten „katechon” jemu też spuści manto, to profesor Wielomski obetrze krwawe smarki i poprosi o jeszcze. To jak z PAX-owcami: Jaruzel posłał ich do diabła, gdy tylko przestali być potrzebni, a ci wciąż tęsknie wzdychają do tego sowieckiego manekina w polskim mundurze, bo tak pięknie dokopał znienawidzonym przez nich „solidaruchom”. Ot, taka masochistyczna potrzeba „lojalizmu”.

Swojego czasu prof. Jacek Bartyzel scharakteryzował Wielomskiego jako „politycznego ateistę”, dla którego „jedyną 'prawdą polityczną', w jaką naprawdę wierzy jest lojalne stanie przy każdym bydlaku u władzy, dzierżącym grubą pałę w ręku. Oczywiście tylko do czasu, gdy „zbuntowana tłuszcza” wytrąci mu tę pałę i poderżnie gardło, po czym wyłoni z siebie nowego bydlaka, którego „realistycznie” znów trzeba będzie poprzeć.”

Trudno się nie zgodzić.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

piątek, 2 marca 2012

O dobrym Lechu i złym Bolesławie


Lech Wałęsa przez całe życie prześladowany był przez złego brata-bliźniaka o imieniu Bolesław, który wciąż dostarcza żeru przeróżnym karłom moralnym i opluwaczom.


I. Spiskologia

Namnożyło się ostatnio trochę teorii na temat zagadek związanych z przeszłością Autorytetu i naszego eksportowego Mędrca Europy. Budyń 78 wysnuł przypuszczenie o sobowtórze hodowanym od dzieciństwa przez esbecję, która dzięki usługom jasnowidzów przewidywała przyszłość potomka cesarza Walensa i jego wiekopomną rolę w obaleniu komunizmu. Ówże sobowtór miał popełniać wszystkie te szkaradne występki opisane przez Pawła Zyzaka i późniejsze, których ślady zachowały się w odrażających esbeckich papierach przewertowanych przez „karłów moralnych” - Cenckiewicza i Gontarczyka. Wszystko po to, by skompromitować przyszłego Noblistę.

Z kolei Rafał Ziemkiewicz podał hipotezę, iż jest „Wałęsów dwóch” - a to tym sposobem, że nasze Dobro Narodowe funkcjonuje na zasadzie dr Jekylla i Mr Hyde'a – raz jest niezłomnym bojownikiem z komuną, innym zaś razem małym krętaczem, który wyrywa „na rympał” dokumenty z teczki TW „Bolka”, nie pamięta co mówił wczoraj, przed tygodniem, przed miesiącem, przed rokiem i wciąż zasypuje publikę coraz to nowymi wersjami swej pogmatwanej przeszłości – a każda z tych wersji jest śmieszniejsza od poprzedniej, jak na wielokrotnego doktora „humoris causa” przystało.

Niedawno sam zainteresowany wyskoczył z nową „koncepcją” tłumaczącą słynną historię z motorówką, odgrzebaną na nowo przez „Nasz Dziennik” przy okazji publikacji rozmowy agentów wojskowej bezpieki – pułkowników Leszka Tobiasza i Aleksandra Lichockiego, z której wynikało, iż Wałęsę do Stoczni Gdańskiej dowiózł kuter (torpedowy?) Marynarki Wojennej. „Koncepcja” ta mianowicie, polegała na wersji z sobowtórem, który zastąpić miał Lecha, sam „Lechu” zaś miał zostać zamordowany. „Koncepcja” wprawdzie nie wyjaśnia, co się z owym sobowtórem stało, czy obecnie mamy do czynienia z oryginałem Wielkiego Człowieka, czy też z jego kopią, ale powiedziałem sobie - cierpliwości, coś z pewnością się urodzi...

II. Nowa koncepcja

I urodziło się! Oto bowiem na blogu Lecha pojawił się kolejny wpis, który zacytuję w całości, by Czytelników nie ominęła okazja obcowania z oryginalną polszczyzną naszego doktora „humoris causa”. To tak w ramach akcji „Ojczysty – dodaj do ulubionych”:

Historia do poprawki ;

Popełniłem wielki błąd nie dając wiary w koncepcje z motorówką .

Uważałem , że to zmyślone fantazje i fanaberia moich przeciwników .

Skupiłem się na Bolku , ale na Bolku , też skupili się moi przeciwnicy .

Dziś widać że Bolek , to pi kuś , miał nas tylko pokłócić i odciągnąć od ,,Prawdy''.

Prawie się to udało .

Dlatego dziś proponuje zostawmy na chwilę Bolka , do tego wrócimy , jeśli nie

wyjaśni się to wcześniej rozszyfrowując co z tą ,, MOTORÓWKĄ'' .

Proponuję Centkiewiczowi ,politykowi Rydzykowi , Wyszkowskiemu i innym podobnym

zawieśmy na chwilę Bolka , a wspólnie w zgodzie rozszyfrujmy sprawę motorówki i Sobowtóra .

Przysięgam na wszystko co można , ja nie uczestniczyłem , ani teoretycznie , ani praktycznie

w koncepcji z motorówką .Klucz do wyjaśnienia i zrozumienia wielu spraw tu leży .

Ktoś mną i nami porządnie zamanipulował .

Pytania .

Kiedy przybliżona data i godzina ten fakt z motorówką miał miejsce .To było jak się wydaje poza wiedzą Gdańskiej SB.

Więc kto , jakie i czyje służby , krajowe , czy zagraniczne za tym stały ?..

Zapraszam Przyjaciół i Nieprzyjaciół do spotkań i wspólnego rozszyfrowania największej zagadki i manipulacji w powojennej historii .

Dziękuję , pozdrawiam Lech Wałęsą

 

Przyznajmy, że walor formalny tego wpisu zahacza o awangardową poezję, ale mniejsza. Otóż skoro sam Noblista zaprasza do „wspólnego rozszyfrowania największej zagadki i manipulacji w powojennej historii”, to nie wypada odmówić. Bo nie wypada, czyż nie? Tym bardziej, że okazuje się, iż Bolek to „pi kuś”, który odciąga nas od „Prawdy” (czyli od lektury zasłużonej sowieckiej gazety, czy jak? - bo Żywa Legenda pojechała w swym wpisie wyraźnie tytułem tego pamiętnego dziennika... no, nieważne).

III. Bolesław Wałęsa to „pi kuś”

No więc ja uważam, że Lech Wałęsa przez całe życie prześladowany był przez złego brata-bliźniaka o imieniu Bolesław, który jak to ze złymi bliźniakami bywa, stał się jego cieniem i nemezis, skręcanym zazdrością o osiągnięcia i zasługi zdolniejszego i godniejszego brata. Prawdopodobieństwo takowej koncepcji potwierdzi każdy widz latynoskich seriali dokumentalnych, zwanych u nas nie wiedzieć czemu „telenowelami”. Czarna zawiść popychała owego zwyrodnialca do spłodzenia nieślubnego dziecka, sikania do chrzcielnicy, wreszcie do podpisywania różnych „esbeckich świstków czterokrotnie kserowanych” (i to jak bezczelnie, po prostu jako „Bolek”) i podwiezienia do stoczni kutrem-motorówką, czy też torpedową „kutrówką”, w celu wyburzenia fragmentu ogrodzenia w miejscu gdzie przeskoczył przezeń prawdziwy Lechu Wałęsa, który nadludzkim wysiłkiem woli sforsował czterometrowy mur, albowiem jest Wielkim Człowiekiem.

Czy można więc się dziwić, że Żywa Legenda i Postać Historyczna, będąca polskim Skarbem Narodowym starała się jak mogła zacierać hańbę rodzinną, niszcząc ślady przestępczej działalności Bolesława Wałęsy – wyrywając kartki z jego teczki, czy wysyłając UOP by skonfiskował jego akta personalne i wszelkie inne udokumentowane zaszłości od czasów szkolnych począwszy? Bo, że w stosunku do samego złego brata-bliźniaka nie ma żadnych złudzeń ani sentymentów, to widać wyraźnie po jakże gorzkim stwierdzeniu, że „Bolek to 'pi kuś'”, który „miał nas tylko pokłócić”. Co więcej - „Prawie się to udało”!

Wczujmy się w dramatyzm sytuacji i zrozummy człowieka. Zatem „Centkiewiczu”, „polityku Rydzyku” i ty, Wyszkowski, oraz „inni podobni” - „zawieśmy na chwilę Bolka”! (czemu tylko na chwilę? nie lepiej gada powiesić na dobre?), „a wspólnie w zgodzie rozszyfrujmy sprawę motorówki i Sobowtóra”.

IV. Dziejowe wyzwanie

Powiedzcie sami, czyż nie jest to wyzwanie na dziejową skalę? Przecież Lechu wyraźnie daje sygnał, by wyrodnego brata-Bolesława skazać za jego postępki na wiekuistą banicję z kart historii. Nic nowego – podobny los spotkał już w początkach polskiej państwowości nieślubnego syna Mieszka II zwanego – uwaga! - Bolesławem Zapomnianym, o którym nie wiemy literalnie nic, poza tym, że historycy z uporem utrzymują, iż był to tak naprawdę Bezprym - pierwszy syn Bolesława Chrobrego spłodzony z węgierską księżniczką. Uczmy się więc, jak radzić sobie z wyrzutkami, na wzór egipskich kapłanów skuwających ze świątynnych murów wizerunki przeniewierczych faraonów.

Jeszcze słówko do służb tajnych, widnych i dwupłciowych. Do diaska, potrafiliśmy przetrzymywać w Klewkach afgańskich talibów i to tak, że prawie nikt się nie dowiedział, a nie potrafimy unieszkodliwić jednego Bolka, który hasa po wolności i bruździ, dostarczając żeru przeróżnym karłom moralnym, jątrzycielom i opluwaczom? Co to, nie stać nas na własnego więźnia stanu, Bolesława w Żelaznej Masce?

A dla Skarbu Narodowego wielki szacun – szacun humoris causa.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

czwartek, 1 marca 2012

Bitwa o pamięć


„Polskie obozy koncentracyjne” i Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” w optyce „fejginiątek”.


I. Mobilizacja przed 1 Marca

Na temat komunistycznych łagrów w okupowanej przez sowietów Polsce przez długie lata panowało w establishmentowych mediodajniach, z „Wyborczą” na czele, głuche milczenie. Może napomykano coś niecoś przy takich okazjach jak sprawa ekstradycji Salomona Morela, ale generalnie uznano, że nie należy zaprzątać głów ludności autochtonicznej tego typu zaszłościami, mogącymi rzucać cień na rodzinno-towarzyskie koneksje rozmaitych a wpływowych „fejginiątek” (że tak pożyczę określenie Jerzego Targalskiego), stanowiących dziś elitę obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP.

Tak było do momentu, kiedy to jakiś spryciula wpadł na genialny w swej prostocie pomysł, by tych prywislańskich łagrów użyć do uderzenia w pamięć historyczną Polaków i ożenić je z określeniem „polskie obozy koncentracyjne”. Jestem dziwnie pewien, iż od tej pory owe „polskie obozy” będą powracać przy najróżniejszych okazjach, albowiem zostały szczęśliwie wyegzorcyzmowane przez kapłanów sekty z Czerskiej i pobłogosławione jako kolejny element antypedagogiki wstydu, mającej permanentnie zaniżać samoocenę Polaków, by tresowana w antynarodowym duchu lumpeninteligencja tym chętniej „wyrzekła się polskości”.

Moment na ofensywę został wybrany nieprzypadkowo. Przypadający na 1 marca Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” - w rocznicę wykonania w więzieniu mokotowskim wyroku śmierci na siedmiu członkach IV Komendy Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość" – i związane z nim obchody będące kolejnym przejawem oddolnej, społecznej samoorganizacji „Wolnych Polaków” musiał poskutkować wzmożoną mobilizacją i koniecznością zakomunikowania wyznawcom, co powinni sądzić o czasach II konspiracji.

II. „GW” w taktycznym sojuszu z pruskim rewizjonistą

Pretekstu dostarczył film Pawła Siegera „Polskie obozy koncentracyjne” opowiadający o powojennych gułagach na Śląsku. Film można obejrzeć na stronie o wdzięcznej nazwie „siegersraum.com” - pisanej charakterystyczną, gotycką czcionką. Sam autor definiuje siebie jako „Prusaka” (cyt. „Być Niemcem to nie honor - to wyzwanie dla wybitnie odważnych, albo totalnie durnych. Dlatego wolę mówić, że jestem Prusak. Choć Prusak i Niemiec ze mnie jak z cegły myśliwiec bombardujący. Ale jednak Prusak... Albo coś na kształt... A czym jest SIEGERSRAUM? Jest moim „Raum". Moim miejscem, moim Lebensraum.” http://siegersraum.com/pl/index_pl.php?op=1&it=3 ).

Jak widać, dla „GW” nie ma wroga, gdy trzeba poprzez anty-politykę historyczną zrobić kolejny podkop w ramach podrywania godnościowych podstaw patriotyzmu. Może być nawet taktyczny sojusz z pruskim rewizjonistą lansującym przy wsparciu Ruchu Autonomii Śląska zredefiniowany termin, z którym usiłują z różnym powodzeniem walczyć ludzie dobrej woli na całym świecie. I absolutnie nie przeszkadza, że pod innymi względami pan Sieger jest przeciwieństwem kulturowo-obyczajowej linii „Wyborczej”, gromiąc w swym manifeście multikulturalizm i odejście Europy od swych cywilizacyjnych korzeni („Jestem rewizjonista i konserwatysta. I libertarianin. Może, gdybym był homoseksualnym związkowym działaczem bzykającym jakiegoś małego Turka, czy Kurda, albo gdybym był dość odrażającą aktywistką feministyczną, dla której "orgazm" to jedynie termin z Wikipedii, to może mówiłbym/ mówiłabym inaczej.”). To nieistotne, tego się czytelnikom nie powie – no bo ilu z nich zada sobie trud, by zajrzeć na internetową stronę Siegera?

Na gorzką ironię zakrawa fakt, że „GW” zaangażowała się w lansowanie prusko-rewizjonistycznej narracji wkrótce po tym, jak największa amerykańska agencja prasowa Associated Press dzięki akcji Fundacji Kościuszkowskiej i Alexa Storożyńskiego zrezygnowała z używania terminu „polskie obozy koncentracyjne”, co zostało wpisane do firmowego „style booka”.

III. Anty-polityka historyczna

Teraz uwaga. To nie jest tak, że środowisko salonowszczyzny nie uprawia polityki historycznej. Uprawia, jak najbardziej, tylko po swojemu. Ta, jak napisałem wyżej, anty-polityka historyczna jest elementem szerszej antygodnościowej socjotechniki, mającej obezwładnić moralnie Polaków - żeby sobie nie wyobrażali za dużo, tylko pokornie przełykali wstyd i stali się powolną, spętaną kompleksami, łatwo sterowalną masą, nieświadomą własnej historii. Przeszłość ma się jawić jako pasmo czarnych plam, ciąg hańby i śmieszności. Z jednym wyjątkiem – komunistycznych zdrajców. Ci zawsze mogą liczyć na ciepłe słowo i zrozumienie dla „dramatycznych okoliczności” w jakich przyszło im funkcjonować. Kiedy zaś oprawców nie da się usprawiedliwić w żaden sposób, jak w przypadku nadzorców powojennych łagrów, należy zwekslować dyskurs na to, że byli to po prostu Polacy działający z ramienia legalnych władz ówczesnego polskiego państwa, a więc kolejny powód do wstydu.

Otóż nie. Byli to odszczepieńcy, kierujący się mottem Moczara z 1948 roku: „Związek Radziecki jest nie tylko naszym sojusznikiem - to jest powiedzenie dla narodu. Dla nas, partyjniaków, ZSRR jest naszą Ojczyzną, a granice nasze nie jestem w stanie dziś określić, dziś są za Berlinem, a jutro będą na Gibraltarze". Byli to zdrajcy polscy, żydowscy, rosyjscy, którzy wyrzekli się własnych narodowych tożsamości na rzecz komunizmu i którzy w „klasowym patriotyzmie” realizowali się o tyle, o ile utożsamiał się on z sowieckimi interesami. Polacy którzy nie chcieli iść w ich ślady byli wrogiem – jako naród, jako masa do przerobienia, mierzwa pod nowy komunistyczny świat – i to oni od Władywostoku po Śląsk ginęli w komunistycznych koncłagrach z rąk czerwonych oprawców dla których internacjonalistyczna ojczyzna była tam, dokąd sięgały Sowiety.

„Fejginiątka” i ich akolici boją się takiego postawienia sprawy. Zbyt wiele mają rodzinnych i towarzyskich zaszłości, za bardzo boją się Polaków i zbyt mocno uwierzyli w wykreowana przez siebie legendę „endeckiego ciemnogrodu” podbudowaną środowiskową martyrologią Marca 1968, kiedy to w ramach partyjnych rozgrywek niedawny żarliwy internacjonalista Moczar użył narodowo-komunistycznej pałki do wykoszenia konkurencji. Dlatego też powodowani swoistą wewnątrzpolską ksenofobią ruszają do kolejnej bitwy o pamięć, albowiem zadekretowane zostało, iż marzec w społecznej świadomości kojarzyć się winien wyłącznie z ICH Marcem – mitologią „komandosów” mającą stanowić coroczną okazję do walenia tubylców po głowach kłonicą „wyssanego z mlekiem matki antysemityzmu” i utrzymywania polskiej tłuszczy w permanentnym poczuciu winy.

IV. Bitwa o pamięć

Pamięć zbiorowa nie znosi konkurencji, dlatego też marcowe święto ku czci Żołnierzy Wyklętych należy zdezawuować i unieważnić już na starcie, by nie zdołało się zagnieździć w powszechnej świadomości. Tak jak Marsz Niepodległości kojarzyć miał się z burdami i obciachem, tak również i Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” należy obwołać świętem „pisowców” i „moherów”, co jasno zaznaczył przodujący w pracy ideologicznej i wyszkoleniu bojowym Seweryn Blumsztajn, grzmiąc: „Zawsze ci sami: "żałobnicy smoleńscy", skrajna nacjonalistyczna prawica (ONR, Młodzież Wszechpolska, NOP), kluby "Gazety Polskiej", patriotyczni kibole, nieodzowny profesor Jan Żaryn. I oczywiście działacze PiS.” Po tak jednoznacznym wskazaniu ideowego dywersanta, pan Seweryn kończy paradnym finałem: „I zapalając świeczkę na grobie jakiejś stalinowskiej ofiary, będziemy się teraz zastanawiali, w czyim imieniu i komu to służy.”

Szczerze mówiąc, jakoś nie wyobrażam sobie Seweryna Blumsztajna zapalającego choćby ogarek w jakimkolwiek miejscu pamięci, kaźni Żołnierzy Wyklętych. Mentor z „Wyborczej” tylko uczula wczytanych w jego nauki lumpeninteligentów, by przypadkiem żadnemu z nich taka zdrożna myśl w młodym wykształconym łbie nie postała, bo zostanie wyrzucony do czeluści zewnętrznych, gdzie tylko „smoleńscy żałobnicy” i „pisowcy”. Obowiązująca wersja jest bowiem taka, że skoro członków antykomunistycznego podziemia mordowali w „polskich obozach koncentracyjnych” inni „Polacy” o przeciwnych zapatrywaniach politycznych, to mamy do czynienia z jeszcze jedną historyczną hańbą, którą szanujący się leming powinien omijać z daleka.

A gdyby który co bardziej tępy „obrazowaniec” nie zakumał, to „Wyborcza” poczęstuje go łopatologicznym tekstem utrzymanym w militarystycznej retoryce godnej „Żołnierza Wolności”: „W całym kraju zgromadzenia i przemarsze. Zapłoną znicze, w kościołach będą odprawiane uroczyste msze. W tym roku środowiska prawicowe i narodowe z rozmachem przygotowują obchody Dnia Pamięci 'Żołnierzy Wyklętych'” Straszne, prawda? Ale to nic, atmosfera się bowiem zagęszcza: „Chwilę po ukonstytuowaniu sprzymierzeni ogłosili mobilizację wśród polskich patriotów.” I dalej: „Najmocniejsze patriotyczne uderzenie zapowiadane jest w stolicy. Zacznie się na Dworcu Centralnym (...)”. „'Koncentracja' grup biorących udział w obchodach nastąpi przed Grobem Nieznanego Żołnierza. (...)” (wytłuszczenia moje - GG)

Jeśli komuś jeszcze mało, to obok mamy link do zeszłorocznego wywiadu z prof. Rafałem Wnukiem, w którym czytamy: „'Żołnierze wyklęci' byli bardzo różni. Niektórych nie można stawiać za wzór współczesnego obywatelskiego patriotyzmu, bo pod dzisiejszą Polską by się nie podpisali i nie o taką walczyli.

I tutaj pozostaje tylko się zgodzić z diagnozą pana profesora. Pod III RP w jej obecnym kształcie bohaterowie antykomunistycznej II konspiracji nie podpisaliby się z całą pewnością.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

niedziela, 26 lutego 2012

O greckich kozojebcach i bankructwie w Zjednoczonej Europie


Jeśli ktoś sądzi, iż w Zjednoczonej Europie można ot tak sobie zbankrutować, to pozostaje w tzw. „mylnym błędzie”.


I. Pastuchy

Że Grecy są kozojebcami, to rzecz powszechnie wiadoma. Jesteśmy z tą wiedzą oswojeni i musimy jakoś żyć ze świadomością plugawych obyczajów tych poturczonych pseudo-europejczyków. Koza Amaltea od której się wywodzą, miałaby coś na ten temat do powiedzenia – szczególnie po traumatycznych przejściach z przyssanym do jej cyca niejakim Zeusem w pewnej zacisznej jaskini na Krecie. Ówże Zeus, słynący ze swych nieposkromionych chuci zaspokajanych na wszelkie możliwe i niemożliwe sposoby, odłamawszy Amaltei róg podczas igraszek, uczynił go rogiem obfitości i od tej pory Grecy są przekonani, że wszystko im się należy.

Bo też, przyznajmy, trzeba mentalności umysłowego pastucha, żeby zadłużać swój kraj, wydając go w ten sposób na żer lichwiarzy, a w konsekwencji – wyrzekając się suwerenności. My pod tym względem zresztą, wybierając na dwie kadencje specjalistów od ciepłej wody w kranie za pożyczone pieniądze, podążamy podobnym tropem i kto wie, czy wkrótce nie przyjdzie mi pisać notki o polskich, dajmy na to, świniojebcach.

II. Kosztowna Europa

Jednak nurtuje mnie pytanie, czy źródeł obecnego bankructwa Hellady upatrywać należy wyłącznie w greckim πορνείο i notorycznym kozojebstwie, czy też dołączyły również inne czynniki. Otóż uważam, iż wrodzone kozojebstwo jest wprawdzie elementem sprzyjającym, lecz nie wystarczającym do upadłości. Czynnikiem ostatecznie przechylającym szalę jest członkostwo w Unii Europejskiej, a zwłaszcza w „projekcie politycznym” (słowa Romano Prodiego) jakim jest strefa euro zmontowana wbrew jakiejkolwiek racjonalności ekonomicznej, z teorią optymalnego obszaru walutowego na czele.

Zjednoczona Europa wymaga bowiem spełnienia najrozmaitszych kosztownych warunków, z zagwarantowaniem socjalu, płaceniem składek i wcielaniem w życie przeróżnych „dyrektyw” i „zaleceń” na czele. A wszystko to generuje wydatki, wydatki i jeszcze raz wydatki. Co więcej – również czołowe dobrodziejstwo, jak nam przedstawia się unijne fundusze, może stać się niebagatelnym składnikiem decydującym o niewypłacalności! Albowiem, aby pozyskać fundusze na upragnione inwestycje przy których można się pożywić, należy wpierw zagwarantować wkład własny. Skąd zaś wziąć wkład, skoro ni ma? Ano, należy sfinansować go z pożyczek, obligacji itp. W Polsce dały się w ten destrukcyjny mechanizm wrobić liczne gminy i inne jednostki samorządowe, budując na potęgę baseny i aquaparki, bo wicie-rozumicie, jest „trynd” i presja, by te fundusze jakoś wykorzystywać, nie odstawać i w ogóle. No i budują, mury pną się do góry opatrzone unijnymi tabliczkami, a piramida długów rośnie i rośnie - aż do szczęśliwego krachu, bo te inwestycje, już po finalizacji, tyż trza z czegoś utrzymać.

Własna waluta daje jeszcze jakieś pole manewru, ale gdy kraj na poziomie Grecji, nijak nieprzystający do Niemiec czy Francji, wejdzie do „ekskluzywnego klubu” strefy euro, to kaplica. Tym bardziej, jeśli surowe warunki uczestnictwa nałożą się na mentalność cwanego niewolnika, który widzi świat pod postacią swego stada kóz, a wyłoniona spośród pastuchów „elita polityczna” musi siłą rzeczy dostosować się do wymagań współziomków, rozwydrzonych starożytnymi przekazami o kozim rogu obfitości. To musi skończyć się plajtą, kompromitacją i ogólnym smrodem.

III. Zapomnijmy o dobrodziejstwie bankructwa...

Grecy w sumie mają za swoje, ponieważ to oni wymyślili Unię Europejską (wówczas nazywało się to Związkiem Ateńskim i niech no tylko które polis spróbowało wystąpić z tego hiper-demokratycznego i ab-so-lut-nie dobrowolnego związku! No!) i byli nawet prekursorami promocji rozmaitych zboczeń – nie tylko kozojebstwa. Wszak znaczna część tych antycznych popaprańców żyła – uwaga – nad Morzem E-Gejskim, zatem dzisiejsza UE jest także pod tym względem epigonem Hellenów.

Niemniej, jeśli ktoś sądzi, iż w Zjednoczonej Europie można ot tak, sobie ogłosić niewypłacalność, to pozostaje w tzw. „mylnym błędzie”. O, co to – to nie! Euro-Shylockowie nie odpuszczą, dopóki nie wydoją ostatniej kozy, a i Niemcy – ten dobry wujek Euro-zony – nie zezwolą, by ktokolwiek wyłamał się z obszaru wspólnej waluty, która tak stymuluje teutoński eksport. Ale, oczywiście, samo miętoszenie kozich wymion nie wystarczy, zatem należy zaordynować kontynentalną zrzutkę w postaci kolejnych transzy pomocowych, które to transze via grecki budżet trafią do szacownych wierzycieli będących w posiadaniu sterty papierów (bez)wartościowych.

Również i my w tej ściepie weźmiemy udział, nadwyrężając naszą rezerwę rewaluacyjną, czyli robiąc dokładnie to, co onegdaj postulował nieboszczyk Lepper, z tym że on chciał przynajmniej rzucić te pieniądze na polski rynek, by pobudzić popyt wewnętrzny, zgodnie z naukami „trzeciej drogi” wyniesionymi z Instytutu Schillera. Tymczasem, obecnie mamy wycelować do Międzynarodowego Funduszu Walutowego jakieś 6 miliardów na „dokapitalizowanie”, aby z kolei MFW był w stanie pomóc braciom-Grekom i ich kozom. Zatem, może opodatkujmy „sektor finansowy”, który i tak nie jest nasz na te 6 mld i po ściągnięciu daniny wytransferujmy ją do MFW? Bo póki co wynika, że to polski podatnik sfinansuje „naszą” zrzutkę poprzez VAT podniesiony do 23%.

Coś w tym guście zaproponował ostatnio PiS, zgłaszając zamiast 23% VAT projekt tzw. „podatku bankowego” w wymiarze 0,39% od aktywów instytucji finansowych, co przyniosłoby ok. 5 mld zł, ale nieoceniony minister Rostowski zagrzmiał, iż „pomysły rodem z Budapesztu tutaj nie przejdą” i koniec końców ten „kredyt” udzielony MFW na oszałamiające 0,1-0,2% (podczas gdy nasza linia kredytowa z MFW jest oprocentowana na 5-6%) sfinansują, jako się rzekło, polscy konsumenci w cenach towarów i usług.

A za tę hojność koza Amaltea popatrzy na nas w podzięce swymi wielkimi, lekko wilgotnymi oczami.

Gadający Grzyb

PS. Bonus:

KOZY, śmierdzący rodzaj zwierząt, w Piśmie Świętym znaczą grzesznych i potępionych, mających stać na dniu ostatnim na lewicy. Według Naturalistów uszyma i nosem oddychają, w nocy widzą jak koty, sowy, puhacze, nietoperze. Wątrobę kozią jedząc, wzrok ludzki naprawuje się, owszem oddala się ślepota. Tygrys zwierz mięsa koziego nigdy nie jada, pierwej na śmierć, niż na tę potrawę rezolwowany. Taka między kozami jest sympatia, że czasu jednego gdy koza z kozą na ciasnym bardzo mostku czyli kładce zeszły się, i nazad obrócić się jedna nie mogła, położyła się, aby druga przezeń przeszedłszy, kontynuowała podróż swoją. Plinius, libr. 9. cap. 5. W Indyi zaś zachodniej, alias w Ameryce, według Gwilelma Pizona w Historii Naturalnej libr. 3. znajdują się kozy dzikie, a raczej Sarny, w których żołądku Kamień Bezoar rodzi się.

(x. Benedykt Chmielowski „Nowe Ateny...”)

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/budapeszt-czy-ateny

http://niepoprawni.pl/blog/287/kryzysowy-korkociag

http://niepoprawni.pl/blog/287/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze

czwartek, 23 lutego 2012

Berliński łącznik?


Czy Paweł Graś pełni rolę „berlińskiego łącznika” Donalda Tuska?


I. Umorzenie przez ukręcenie

Jak niedawno poinformowały nas mediodajnie, śledztwo w sprawie spółki Agemark i państwa Grasiów zostało szczęśliwie umorzone (a właściwie - „ukręcone”). Przypomnijmy, iż chodziło o poświadczenie nieprawdy w oświadczeniach majątkowych, które Paweł Graś złożył w latach 2007-2008, kiedy pełnił w Kancelarii Premiera funkcję sekretarza stanu - pełnomocnika rządu ds. bezpieczeństwa i koordynatora służb specjalnych. W tym czasie Graś pozostawał członkiem zarządu spółki Agemark, o czym świadczą podpisywane przez niego dokumenty w latach 2007-2009.

Ponieważ oznaczało to złamanie przepisów ustawy antykorupcyjnej, Prokuratura Okręgowa w Warszawie wszczęła śledztwo. Aby wywikłać się z kłopotów, Graś stwierdził, iż nie pamięta czy to jego podpisy, a do fałszerstwa przyznała się żona – Dagmara. Warszawska prokuratura w 2010 roku umorzyła śledztwo „z braku dowodów”, zaś wątek fałszerstwa został wyłączony do odrębnego postępowania i przekazany do Prokuratury Okręgowej w Krakowie. Po roku badań (!) biegły grafolog stwierdził, iż podpisy Pawła Grasia na dokumentach spółki są autentyczne, jednak pani Dagmara nie poniesie konsekwencji karnych za składanie fałszywych zeznań, gdyż zgodnie z wykładnią Sądu Najwyższego osoba, która skłamie składając zeznania jako świadek, nie popełnia przestępstwa, w przypadku gdy zeznanie może godzić w jej prawa do obrony, lub zaszkodzić bliskiej osobie. Postępowanie w sprawie żony polityka umorzono, jednakże prokuratura warszawska najwyraźniej nie zamierza wznawiać postępowania w sprawie złamania ustawy antykorupcyjnej przez obecnego rzecznika rządu. Dlaczego? Bo nie.

Oczywiście, powyższe jest zaledwie odpryskiem grubszej sprawy związków Pawła Grasia ze spółką Agemark należącą do niemieckiego przedsiębiorcy Paula Roglera. Powszechnie znana jest historia słynnej zabytkowej willi z 1901 r. przy ul. Krakowskiej 149 w Zabierzowie, będącej formalnie siedzibą Agemarku, którą Graś wynajmuje nieodpłatnie, rzekomo na podstawie umowy o świadczeniu wzajemnym, w zamian za opiekowanie się posiadłością (czyli – za tzw. „cieciowanie”). Spółka ponosi wszelkie koszty (ogrzewanie, energia elektryczna, woda, ścieki, podatek od nieruchomości), a Graś wraz z żoną „użytkują”, gdyż oboje zameldowani są w domach swych rodziców. Sęk w tym, iż owej umowy nikt nie widział na oczy, żadna ze stron nie uiszcza z jej tytułu podatków, a oświęcimski urząd skarbowy, gdy o sprawie zrobiło się głośno wszczął postępowanie, które następnie... umorzył. Warto tu nadmienić, że wynajem takiej posiadłości (willa plus półhektarowy park) po cenach rynkowych to suma w okolicach 5 tys. złotych miesięcznie i od takiej kwoty należałoby uiścić podatek – wraz z odsetkami. A że Graś wynajmuje willę od 1996 roku, to zaczyna się zbierać nader ciekawa sumka...

II. Historia pewnej przyjaźni

Teraz wycieczka w historię. Znajomość Grasia i Roglera sięga 1989 roku, kiedy to poznali się w ówczesnych Niemczech Zachodnich. W 1990 roku Rogler, który jeszcze w 1987 roku prowadził punkt ksero w bawarskim Selb, pojawił się w Polsce jako właściciel informatycznej firmy Rotronik EDV-Entwicklungen i założył filię przedsiębiorstwa pod nazwą Pro-Holding. Jej dyrektorem został Graś, który w 1993 roku wykupił ponadto firmę Agemark (w latach '80 - Agencję Marketingową Agemark Spółdzielnia Pracy) od sekretarza rady nadzorczej w Pro-Holding za równowartość dzisiejszych 200 zł. Okazyjna cena, zważywszy, iż Agemark w tamtym momencie miała obroty w wysokości obecnych 71 tys. zł i 2,4 tys. zysku. W roku 1994 Agemark zakupiła willę w Zabierzowie, zaś część pomieszczeń w budynku wynajął Pro-Holding oraz Rogler, który początkowo był również prezesem zarządu Agemarku, lecz wkrótce zrezygnował na rzecz Pawła Grasia.

W 1996 roku Graś miał dosyć „sprawdzania się w biznesie” i postanowił postawić na politykę, a Rogler odkupił od niego Agemark – za identyczną kwotę, jak 3 lata wcześniej Graś – 200 zł. Był to czas montowania AWS-u w skład którego wszedł Ruch Stu z ramienia którego Graś kandydował do Sejmu. Początkowo bez powodzenia – posłem został „tylnymi drzwiami” w 1998 roku, kiedy przejął mandat po ustępującym Marku Nawarze. Graś do 2003 roku był jeszcze prezesem Pro-Holding, ale Rogler sprzedał firmę w związku z generowanymi przez nią stratami (57 tys. zł na minusie pod koniec działalności) i Graś musiał odejść. Co ciekawe, Rogler sprzedał Pro-Holding za 47,5 tys. zł i w tym samym, 2003 roku, podniósł kapitał zakładowy Agemarku o... 49 tys. 900 zł (!).

Do 2009 roku, gdy Graś złożył skuteczną rezygnację z funkcji w zarządzie, sytuacja Agemarku wyglądała następująco: 100% udziałów w spółce ma Paul Rogler; wiceprezesem zarządu i księgową na umowę-zlecenie z pensją ok. 150 zł/mies jest Dagmara Graś; pełnomocnikiem Roglera i członkiem zarządu był Paweł Graś. Walne zgromadzenie? „Pełnomocnik” referuje żonie stan spółki, zaś ta udziela mu absolutorium...

Przez cały ten czas Grasiowie zamieszkiwali w willi, zaś spółka Agemark praktycznie nie przynosiła dochodów, a często kończyła rok na minusie. Po skandalu w 2009 roku Graś wprawdzie zerwał formalne związki z Agemarkiem, jednak wciąż mieszka, gdzie mieszkał, natomiast jego żona jest aktualnie prezesem zarządu spółki.

III. Pytania biznesowe ze służbową karierą w tle

W świetle powyższego nadszedł chyba czas, by postawić kilka pytań.

- Jaki interes ma niewielki w sumie przedsiębiorca z małej bawarskiej mieściny w utrzymywaniu w Polsce niszczejącej willi i nieodpłatnym użyczaniu jej polskiemu politykowi?

- Jaki ma ponadto interes w utrzymywaniu firmy-krzak, która nie prowadzi żadnej realnej działalności, nie przynosi zysków, zaś jej jedynym godnym odnotowania majątkiem jest willa zajmowana przez państwo Grasiów?

- Dlaczego tenże biznesmen po sprzedaniu generującego straty przedsiębiorstwa ładuje całą kwotę z górką w fikcyjną firmę, której jedynym powodem istnienia jest zapewnienie lokum Grasiowi?

- Dlaczego wreszcie Paul Rogler (dziś ponoć emeryt) nie zwinie działalności w Polsce i nie spróbuje odzyskać choć części pieniędzy sprzedając prestiżową, zabytkową willę, lub wynajmując ją na rynkowych zasadach?

- Czy którekolwiek z opisanych tu posunięć ma uzasadnienie z biznesowego punktu widzenia?

Warto w tym kontekście przyjrzeć się politycznym zainteresowaniom Grasia, które niemal od zawsze lokowały się w okolicach służb specjalnych. Tak się bowiem składa, iż obecny rzecznik rządu ma za sobą szkolenia z dziedziny bezpieczeństwa i obronności w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie oraz w Centrum Marshalla w Bawarii. Ale nie tylko:

- W 1998 roku był doradcą premiera Buzka ds. bezpieczeństwa i obronności państwa (współpracował wtedy m.in. z GROM-em). A więc już wtedy musiał się odznaczać kompetencjami w tym zakresie. Gdzie i jak zdobytymi, skoro wcześniej był tylko przedsiębiorcą u pana Roglera?

- Jako poseł zasiadał m.in. w Komisji Spraw Zagranicznych, Komisji Obrony Narodowej, następnie w Sejmie IV kadencji był członkiem Komisji Nadzwyczajnej ds. rządowego projektu ustawy o Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Agencji Wywiadu.

- W Sejmie V kadencji przewodniczył stałej Podkomisji ds. Współpracy z Zagranicą i NATO.

- Od kwietnia do czerwca 2006 był wiceprzewodniczącym Komisji Nadzwyczajnej do rozpatrzenia projektów ustaw o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego i Służbie Wywiadu Wojskowego (jednocześnie likwidujących Wojskowe Służby Informacyjne).

- Od 26 czerwca 2007 był przewodniczącym Komisji ds. Służb Specjalnych.

- No i wreszcie od listopada 2007 do stycznia 2008 pełnił funkcję pełnomocnika rządu ds. bezpieczeństwa i koordynatora służb specjalnych.

Warto nadmienić, że w 2007 roku uczestniczył w słynnym spotkaniu u marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, wraz z Bondarykiem i płk Tobiaszem, od którego zaczęła się „afera marszałkowa”.

IV. Berliński łącznik? Pospekulujmy...

Sporo tego. I taki facet pielęgnuje długoletnią przyjaźń z tajemniczym niemieckim biznesmenem, który w Polsce nie prowadzi żadnych konkretnych interesów, za to latami sponsoruje mu luksusową chatę (nawiasem mówiąc, za komuny uważaną za miejsce libacji esbeków z którymi „zaprzyjaźniony” był jeden z poprzednich właścicieli). Przy okazji - „informatyczna” firma Rotronik nie ma nawet strony internetowej i adresu e-mail, zaś miasteczko Selb za komuny położone między RFN, NRD a Czechosłowacją jak raz nadawało się na miejsce kontaktów ówczesnych służb specjalnych. Ciekawią również okoliczności w których Graś poznał w 1989 roku Roglera. Wybrał się ni z tego ni z owego do Bawarii i rok później Rogler powierzył mu – wówczas studentowi – stanowisko dyrektora polskiej filii swojej firmy?

Pozwolę sobie teraz pospekulować. Otóż, wszystkie okoliczności nasuwają podejrzenie, że Graś jest starannie hodowanym agentem, natomiast Paul Rogler albo go prowadzi, albo jest „slupem” za którego plecami stoi ktoś jeszcze. Wskazuje na to wyraźnie pretekstowy charakter jego działalności gospodarczej, staranne unikanie kontaktu z mediami, czy podawanie nieaktualnych informacji przed niemieckim sądem, że jednym ze źródeł dochodów Agemarku jest czynsz od Pro-Holding, jakby wyleciało mu z głowy, że sprzedał tę firmę w 2003 roku...

Graś uznawany jest za „cień” Donalda Tuska i najwierniejszego z wiernych. I tego najwierniejszego pretorianina Tusk przesuwa ze stanowiska związanego ze spec-służbami na dekoracyjną funkcję rzecznika rządu, którą Graś demonstracyjnie lekceważy. Dziennikarzom trudno jest się do niego dodzwonić, a gdy już coś palnie przed kamerami, to ręce opadają. Do tego jeszcze „afera willowa”... Nie takich jak on Tusk wywalał bez sentymentów za mniejsze „pijarowskie” zbrodnie, tymczasem Graś trwa – zupełnie, jakby jego aktualne stanowisko było tylko przykrywką dla zupełnie innej funkcji.

Narzucają się wręcz porównania z innym „niezatapialnym” - szefem ABW Krzysztofem Bondarykiem - który trwa na stanowisku bez względu na wszystko i o którym mówi się, że nie tyle Tusk mógłby zwolnić jego, ile on Tuska. Zupełnie, jakby sprawował nad Dyktaturą Matołów nadzór z ramienia Niewidzialnej Ręki...

Co do Grasia, to jego rola może być nieco odmienna. Wiemy, jak drastycznemu przeorientowaniu uległa polska polityka zagraniczna po dojściu do władzy PO w 2007 roku, a zwłaszcza po Katastrofie Smoleńskiej. Widzimy jak Tusk, wbrew wszystkiemu, ze zdrowym rozsądkiem na czele, robi za „europejskiego prymusika”, co w praktyce przekłada się na realizowanie linii niemieckiej na wszelkich możliwych odcinkach. Czy możliwe zatem jest, że Graś pełni rolę „berlińskiego łącznika” dbającego o kontakty premiera z niemiecką „centralą”? A przy okazji jest aniołem-stróżem, mającym baczenie na to, co dzieje się w polskim rządzie? Czy Paweł Graś jest berlińskim okiem i uchem w Warszawie?

Spiskomania? To przypomnijmy sobie w jaki sposób niemiecka Fundacja Adenauera rękami polskich sprzedawczyków i pożytecznych idiotów zmanipulowała wybory w 2007 roku, co znakomicie opisał onegdaj Rewizor. Skoro nasz Wielki Brat zza Odry był w stanie „przekręcić” wybory za pomocą kampanii mobilizującej 3 mln wyborców we właściwej grupie docelowej, to jakim problemem jest postawić swojego „ciecia” przy polskim premierze? Premierze, który zawdzięcza temuż niemieckiemu Bratu swe rządy? Wszak kontrola jest najwyższą formą zaufania...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

sobota, 18 lutego 2012

Budapeszt czy Ateny?


„- Pomysły rodem z Budapesztu tutaj nie przejdą” - zagrzmiał Rostowski. No to, prędzej czy później, będą Ateny...


I. Rząd się żywi

Jan Vincent Rostowski, oddelegowany aktualnie do pilnowania nad Wisłą interesów międzynarodowej finansjery, pokrzyczał sobie z sejmowej mównicy na niekonstruktywną opozycję. No bo, przyznajmy, posiadanie przez opozycję jakichkolwiek pomysłów wykraczających poza palenie zioła i skrobanki na życzenie, jest wyjątkową bezczelnością, a już zwłaszcza gdy są to pomysły, które godzą w jedynie słuszną linię ekonomiczną Zielonej Wyspy, gwarantującą nam stabilny wzrost gospodarczy.

Co prawda, jak napisałem niedawno, z tego osławionego, czteroprocentowego wzrostu nic nie wynika, o czym świadczą dane Eurostatu ogłaszające zdumionej gawiedzi, iż 10 milionów Polaków czyli 27,8% jest zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem społecznym. Te 10 milionów, to jedna czwarta tubylczej populacji, ćwierć narodu. I to pomimo wpompowanego w polską gospodarkę strumienia unijnych pieniędzy, trzystu miliardów pożyczonych w ciągu czterech lat przez rząd Tuska (rekord świata!) oraz kaski przesyłanej rodzinom przez zarobkowych emigrantów rozsianych po Europie. Jeśli dołożymy do tego bezrobocie na poziomie ponad 13% (w tym 25% wśród młodych) i ponaddwumilionową rzeszę tzw. „pracującej biedoty” (working poor), to pytanie o owe „pozytywne wskaźniki” za które ponoć tak chwali nas Europa staje się całkiem zasadne.

Tu, po namyśle, muszę sprostować swe radykalne stwierdzenie sprzed chwili, że z polskiego wzrostu gospodarczego „nic nie wynika”. Zależy, jak dla kogo. W ciągu czterech lat rządu Tuska w szeroko rozumianej administracji (wliczając ZUS, KRUS i NFZ) przybyło blisko sto tysięcy urzędników (538 tys w 2011 w stosunku do ok. 440 tys w 2007 – wzrost o 23%), zaś średnia płaca w administracji państwowej podniosła się o 1000 zł (30-procentowy wzrost). Można się domyślać, że większość z tej rzeszy głosuje na swych dobroczyńców z PO. Tak się hoduje lojalny elektorat, związany klientelistycznymi zależnościami ze swym patronem. Krótko mówiąc, wzrost gospodarczy ma pracować na władzę, by ta – niczym za Urbana - mogła sama się wyżywić. Czyż nie jest to ze wszech miar słuszne podejście?

II. Wzrost i kapitał

No, ale wszak rząd, choć żarłoczny, nie jest w stanie samodzielnie przejeść owoców wzrostu. To znaczy jest w stanie, jak najbardziej, ale chcąc nie chcąc musi doprosić do stołu tych, dzięki którym ów wzrost wzrasta i wzrasta – i jeszcze wzrasta... Oczywiście, jak nas uczą różni mądrzy ludzie, tegoż mitycznego wzrostu, którego nikt z nas na oczy nie widział, chyba że pod postacią entuzjastycznych słupków w mediodajniach - tegoż bezcennego wzrostu powiadam, nie wypracowują miliony takich jak my szaraczków na śmieciowych umowach czy znoszący codzienną gehennę prowadzenia small-businessu drobni przedsiębiorcy bez podwieszeń i układów w rozmaitych sitwach. Ten wzrost, mianowicie, generują ponoć „inwestorzy” na czele ze szlachetną rasą bankierów i w związku z tym powinniśmy całować ich po piętach, łykając przy tym łzy wdzięczności.

Owi dobroczyńcy z workami złota przybywają do nas z zagranicy, by wspomóc, zasilić i ucywilizować gospodarczych Irokezów, zatem zrozumiałe jest, że każde próby brużdżenia muszą spotkać się z odporem światłych kół rządzących oraz beneficjentów i utrwalaczy III RP, którzy nie po to przecież zostali dopuszczeni do komitywy i pousadzani na różnych posadach, by teraz kąsać rękę, która im chleb daje. Tym bardziej, że światłe koła rządzące dobrze znają tzw. „sytuację ogólną” oraz „generalne uwarunkowania”, które sprawiają, iż „obiektywne rynkowe okoliczności” są takie a nie inne.

Skomplikowane? Już wyjaśniam. Otóż, jak wiadomo, polskiego sektora finansowego nie ma. Nie ma i już. Są tylko filie wielkich międzynarodowych koncernów, światowych macherów od pieniądza i jego kreacji. To by nawet pasowało do hasła „kapitał nie ma narodowości”, ale takie ględzenie dobre jest na czas prosperity. W czasie kryzysu kapitał sobie o narodowości przypomina, bo potrzebuje pieniędzy podatników na „dokapitalizowanie” po poniesionych w wyniku własnej chciwości stratach. A i narodowość sobie przypomina o kapitale - o tym, że jednak te wszystkie jaskinie spekulacji są formalnie niemieckie, włoskie, angielskie i warto grać na ich korzyść, bowiem one po wyżyłowaniu „rynków wschodzących” na których grasowali „budując” tamtejszy „wzrost gospodarczy”, wytransferują jakoś prawem i lewem te fundusze do rodzimych central i puszczą w obieg u siebie, co jest cichym warunkiem rządowego „dokapitalizowywania”. Ot, symbioza taka. U nas również poniewczasie się w tym mechanizmie połapano i zaczęto przebąkiwać o zrobieniu jakiegoś polskiego konsorcjum, które wykupiłoby („udomowiło”) jedną czy drugą filię zachodniego banku, ale zapewne „rynki” („ponadnarodowe” oczywiście) zmarszczyły brwi i na gadaniu się skończyło.

III. Konsumowanie owoców wzrostu

Powyższy przydługi szkic sytuacyjny przedstawiłem dlatego, gdyż daje on nam odpowiedź na przyczyny furii, która ogarnęła nieocenionego Jana Vincenta na sejmowej mównicy podczas debaty z posłami opozycji. Albowiem, jak wiemy, nasz sztukmistrz z Londynu w ramach programu żywienia rządu i podtrzymywania słupka wzrostu gospodarczego zapożyczył nas u scharakteryzowanych powyżej rekinów spekulacji tak skutecznie, że pod koniec zeszłego roku musiał uciekać się do iście cyrkowej ekwilibrystyki, by dług publiczny nie przekroczył progu ostrożnościowego 55% PKB. Czego to nie było!Rozpaczliwe rozpisywanie wydatków na kolejne rubryczki i fundusze, wypychane następnie na papierze poza zobowiązania Skarbu Państwa, no i spektakularna interwencja, by utrzymać relację złotówki do innych walut na poziomie umożliwiającym odnotowanie, że oto na 31.XII.2011 prześlizgnęliśmy się pod gilotyną.

Tym razem się udało, ale nie zmienia to faktu, że siedzimy w kieszeniach „banksterów” po same uszy i nie możemy im podskoczyć, gdyż to właśnie oni sfinansowali państwowe zobowiązania oraz wyżywienie rządu w ramach napędzonego pożyczkami „wzrostu gospodarczego”. A że teraz mają walizki pełne polskich papierów dłużnych i to coraz bardziej „rentownych”, czyli wypisywanych wraz z upływem czasu na coraz wyższy procent, zatem oczywiste jest, iż nasza dyktatura matołów musi ich dopuścić do żłobu, by mogli pospołu z władzą konsumować owoce tegoż ciężko wypracowanego „wzrostu”, czyli wpuszczonego w gospodarkę via budżet państwa pożyczonego pieniądza.

Owa konsumpcja zaś ma polegać na tym, by na owych pieniądzach wpuszczonych w obieg zarobić podwójnie. Pierwszy raz – obracając nimi, bo wszak obracanie pieniędzmi odbywa się w przytłaczającej mierze za pośrednictwem banków i firm zależnych – a nie czynią tego przecież za darmo, tylko liczą sobie najrozmaitsze opłaty, odsetki i prowizje. Drugi raz – zarobić na nich poprzez nasze podatki, którymi rząd spłaci zaciągnięte wobec „rynków” zobowiązania.

IV. „Na tym się świata ład opiera, że jeden sieje, drugi zbiera”

W tej sytuacji nie dziwi wzburzenie oddelegowanego na polski odcinek finansowego lobbysty Jana Vincenta, gdy niekonstruktywna, pisowska opozycja wniosła – o zgrozo – projekt opodatkowania aktywów banków, towarzystw ubezpieczeniowych i funduszy inwestycyjnych zamiast 23% stawki VAT na towary i usługi. Wprawdzie proponowany podatek bankowy w wysokości 0,39% (!) przyniósłby wg danych Komisji Nadzoru Finansowego i GUS te same 5 miliardów złotych co zwiększony do 23% VAT (4,1 mld zł od aktywów banków, 538 mln zł od aktywów zakładów ubezpieczeń oraz 405 mln zł od aktywów funduszy inwestycyjnych), ale przecież - jak wykazałem powyżej - nie po to „rynki finansowe” wsadziły sobie państwo polskie do kieszeni, żeby teraz płacić temuż państwu z tego tytułu podatki. To my jesteśmy od tego, by naszymi podatkami, w tym dwudziestotrzyprocentowym VAT-em, spłacać papiery dłużne państwa, to chyba oczywiste. Inne rozwiązanie byłoby wbrew naturze, albowiem „na tym się świata ład opiera, że jeden sieje, drugi zbiera”.

Na dzień dzisiejszy owo „sianie i zbieranie” wygląda tak, że w 2012 roku prognozowane wpływy z PIT przyniosą ok. 42,4 mld, zaś obsługa długu Skarbu Państwa wyniesie... ok. 43,8 mld złotych (TU). Czyli, nasze PIT-y idą w całości na pokrycie odsetek i wykup roczny państwowych papierów wartościowych!

Histeryczną obroną finansowej oligarchii uskutecznioną przez Jana Vincenta Rostowskiego dyktatura matołów pokazała jasno (który to już raz?) po czyjej stoi stronie i gdzie ma obywateli jako potencjalnych beneficjentów wzrostu gospodarczego. Wiadomo, że słodkich pierniczków dla wszystkich nie wystarczy, zatem plony wspólnego wysiłku zbierać będzie „waadza” do spółki z grandziarzami. Dla tubylców przewidziana jest rola taniej siły roboczej, mordercze podatki i obszary nędzy nakreślone w cytowanych na wstępie danych dotyczących ubóstwa.

„- Pomysły rodem z Budapesztu tutaj nie przejdą” - zagrzmiał Rostowski. No to, prędzej czy później, będą Ateny...

Gadający Grzyb

(Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL)

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/kryzysowy-korkociag

http://niepoprawni.pl/blog/287/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze

czwartek, 16 lutego 2012

Gnoje


Napatrzmy się, jak pseudo-legalistycznym bełkotem można przykryć każde zaprzaństwo, zaś płk Kuklińskiego przemianować na wyrzutka.

I. Profanacja

Kilka dni temu (11.02.) doszło do dewastacji popiersia płk Ryszarda Kuklińskiego, stojącego w Alei Wielkich Polaków w krakowskim Parku Jordana. Do podobnego aktu doszło w rocznicę stanu wojennego, nocą z 12 na 13 grudnia zeszłego roku.

Łajno wyłazi z człowieka właśnie w takich chwilach. Przepraszam, ale trudno inaczej odnieść się do wymalowania na pomniku w rocznicę śmierci tego wybitnego Polaka i Patrioty celtyckiego krzyża, symbolu falangi i koślawych napisów „CIA” oraz „zdrajca”. Nie mam tu zamiaru wyłuszczać jaka jest różnica między wypowiedzeniem posłuszeństwa zbrodniczemu, komunistycznemu reżimowi a zdradą. Historia działalności płk Kuklińskiego i jego roli w otwarciu Zachodowi oczu na rzeczywiste plany i agresywny charakter Układu Warszawskiego jest od dawna powszechnie znana – podobnie jak cena, którą zapłacił za swój dramatyczny wybór. Jeśli fakty nie przekonały kogoś do tej pory, to próżny mój trud.

II. Maoistyczna Falanga

Warto natomiast odnieść się przy tej okazji do sprawców i tych, którzy im przyklaskują. Do profanacji niemal wprost przyznała się małopolska „Falanga”, zamieszczając na swej stronie oświadczenie sformułowane ze względów procesowych tak, by nie można było go potraktować jako dowodu w sprawie. (przykładowe cytaty: „Cieszy nas, że temu sprzeciwowi wobec kultu zdrajcy, mającego być w oczach różnych środowisk usprawiedliwieniem serwilistycznej postawy wobec USA i NATO, towarzyszy użycie symboli polskiego (falanga) i europejskiego (krzyż celtycki) nacjonalizmu.” oraz „Kimkolwiek byli sprawcy nazwania zdrajcy zdrajcą, popieramy ich stanowisko i pozdrawiamy na sposób rzymski, z tradycyjnym zawołaniem: Czołem Wielkiej Polsce!”).

Jako ciekawostkę podam, iż ci, pożal się Boże, „falangiści” od 2010 roku współpracują... z polskimi maoistami (tak!) funkcjonującymi najpierw pod nazwą Rewolucyjnej Lewicy Komunistycznej, przemianowanej następnie na Organizację Czerwonej Gwardii im. Kazimierza Mijala (przyjmowani są zresztą chętnie w ambasadzie Korei Północnej). Obie bandy – czarnokoszulowcy z maoistami - urządzają sobie wspólne demonstracyjki, podczas których piętnują „imperialistów”, jak ta w 2010 roku pod ambasadą USA przy okazji rocznicy powstania NATO. Już za sam taki „czerwony sojusz” przedwojenni RNR-owcy obiliby tych gnoi pałami. Przynajmniej ci, którzy po wojnie nie przeszli na żołd komuny.

III. Endokomuna

A skoro już jesteśmy przy czerwonych. Osobną sprawą jest zachowanie endokomuny z portalu konserwatyzm.pl (a raczej – „konserwatyzm.PRL”) . Doprawdy, nie pojmuję co trzeba mieć we łbie, jaką zas...ą sieczkę, by pod notką o zbezczeszczeniu pomnika zamieścić taki oto redakcyjny komentarz:

„Jakkolwiek nie popieramy idei dewastacji pomników (czyichkolwiek), to fakt, że ludzie jeszcze pamiętają, że PRL była jednak Państwem Polskim a Kukliński przysięgał temu państwu wierność, cieszy. [aw]”.

Tak gwoli wyjaśnienia dla niezorientowanych: publicyści portalu „konserwatyzm.PRL” na czele z Janem Engelgardem dość aktywnie przy różnych okazjach wybielają PRL (to jest, przepraszam - „Państwo Polskie”), ze szczególnym uwzględnieniem Jaruzelskiego, zaś Engelgard rocznicę wprowadzenia Stanu Wojennego „uczcił” tekstem o wszystko mówiącym tytule: „Większość Polaków nie wierzy w propagandę IPN”, w którym to dawał wyraz swej satysfakcji, iż „większość Polaków nadal uważa wprowadzenie stanu wojennego za uzasadnione”. Wszystko z pozycji narodowo-demokratycznych (albowiem panowie ci uważają się za jedynych uprawnionych spadkobierców dziedzictwa Romana Dmowskiego), legalistycznych, konserwatywnych i „realistycznych”. W tym kontekście nie dziwi ich reakcja na krakowską profanację, skoro pułkownik Kukliński zrobił kuku ich idolowi – sowieckiemu generałowi w polskim mundurze - i walnie przyczynił się do upadku PRL.

Dodajmy jeszcze przeszłość i zakotwiczenie polityczno-ideowe w środowiskach PAX-owskich, rehabilitację „narodowych komunistów” od Albina Siwaka i tworów w rodzaju ZP „Grunwald”, oraz usprawiedliwianie „politycznym realizmem” kolaboracji w ramach PRON a la Maciej Giertych. Powyższe w naturalny sposób skutkuje antyzachodnim kursem skorelowanym z prorosyjskimi ciągotami i wyraża się chociażby w piętnowaniu „oszołomów od Smoleńska”, którzy godzą w stosunki z ruską neo-kacapią.

IV. „Prawica” postkomunistyczna

Tak więc mamy postkomunistyczną „prawicę”, która śmiało może ścigać się z PZPR-owskim betonem w antyamerykanizmie i prorosyjskości, a z „Wyborczą” w nobilitowaniu sowieckiego satrapy i wyśmiewaniu „religii smoleńskiej”. Tak, tak – napatrzmy się, jak pseudo-legalistycznym, niby-konserwatywnym bełkotem i „realizmem” politycznym można przykryć każde zaprzaństwo, każdą zdradę, zaś pułkownika Kuklińskiego przemianować na wyrzutka, wycierając sobie przy okazji gębę patriotyzmem.

Falangiści głoszą w zasadzie to samo, tylko w sprymitywizowanej formie, dołączając uwielbienie dla wszelkich groteskowych dyktatur w rodzaju Łukaszenki, czy Kadafiego, plus sympatie nacjonal-bolszewickie. No i żydożerstwo, ma się rozumieć. Wedle tej optyki Kukliński był zły, bo „zdradziecko” wysługiwał się „USraelowi” - nie to, co szczery patriota Jaruzelski, który „patriotycznie” robił za sługusa najbardziej ludobójczego systemu w dziejach ludzkości.

Dziwią jedynie dąsy konserwatystów od Wielomskiego i Engelgarda na romans kolegów-falangistów z maoistami. Wszak gnojki w czarnych koszulach tylko wyciągnęły logiczne wnioski z ich własnej politycznej linii.

Gadający Grzyb

niedziela, 12 lutego 2012

Zielona wyspa w czarnej dziurze


O wzroście gospodarczym z którego nic nie wynika.


I. Zielona wyspa czy czarna dziura?

Oto mały materiał poglądowy, jak można w skrajnie odmienny sposób zinterpretować to samo badanie w zależności od politycznego zapotrzebowania. „Gazeta Wyborcza” i „wPolityce.pl” wzięły na warsztat ten sam raport Eurostatu dotyczący ubóstwa i wykluczenia społecznego. Wnioski? Spójrzmy:

„Wyborcza” entuzjastycznie: Ubywa nam biednych najszybciej w całej Unii. Liczba Polaków, którzy nie mogą związać końca z końcem, w sześć lat zmniejszyła się z 13 do 5 milionów - wynika z najnowszego raportu Eurostatu”.

„wPolityce” apokaliptycznie: „To nie są badania instytutu nadzorowanego przez wrednych polityków opozycji. Unijne biuro statystyczne Eurostat podał, że 115 milionów osób w UE, czyli 23,4 proc. ludności, było w 2010 r. zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem społecznym. W Polsce jeszcze więcej: 27,8 proc., czyli ponad 10 mln.”

Czyli z jednej strony żyjemy na fenomenalnie rozwijającej się „zielonej wyspie”, bezrobocie spada, postępy postępują, Polska rośnie w siłę a ludziom żyje się dostatniej. Z drugiej zaś zieje czarna dziura w której ponad jedna trzecia obywateli (10 mln) zagrożona jest ubóstwem, co przekłada się na znacząco wyższy odsetek niż wynosi unijna średnia. Wyjątkowo ponuro wygląda to w odniesieniu do dzieci, gdyż tu mamy 30,8% zagrożonych biedą lub wykluczeniem społecznym. Ciekawe, że „Wyborcza” podaje jedynie dane dotyczące osób zdiagnozowanych jako ubogie (5 mln – 14,2%), zaś „wPolityce” podaje szerszą formułę - osób zagrożonych ubóstwem.

II. Balans nad otchłanią

Prawda zaś jest taka, że mamy pięć milionów ubogich (czyli takich, którzy spełniają cztery z 9 kryteriów: np. nie stać ich na opłacenie mieszkania i rachunków, nie posiadają urządzeń takich jak pralka, telewizor czy telefon, nie stać ich na wakacje), i drugie tyle balansujących nad przepaścią (czyli żyjących na granicy ubóstwa - 688 zł na osobę w gospodarstwie domowym, nawet doliczając pomoc społeczną; mających ciężką sytuację materialną np. nie mogących opłacić rachunków lub żyjących w gospodarstwach domowych o tzw. niskiej intensywności pracy). Warto przy tym wziąć pod uwagę, iż bieda jest u nas tematem krępującym i ludzie często wstydzą się podawać prawdę o swej sytuacji, by nie wyjść na nieudaczników.

Ja bym jeszcze uwzględnił dodatkową podkategorię, mianowicie tzw. „working poor”, t.j. „pracującą biedotę” - „osoby aktywne zawodowo, które starają się utrzymać na rynku pracy, podejmując nisko płatną pracę etatową, czasową, dorywczą, w niepełnym wymiarze godzin, zatrudniając się w agencjach pośrednictwa pracy lub wykonując prace interwencyjne lub publiczne. Nie mogą oni korzystać z przywilejów przysługujących bezrobotnym, a jednocześnie ich dochody nie wystarczają na godne życie. Większość z nich nie jest w stanie zmienić swojej sytuacji materialnej.” (za artykułem prof. Ewy Polak z Uniwersytetu Gdańskiego). Takich osób wg badania CBOS z 2008 roku jest w Polsce 2,1 mln i nie są to bynajmniej „robole” od kopania rowów, tylko często np. pracownicy umysłowi zatrudnieni na tzw. umowach śmieciowych.

III. Rozwój na protezach

No, ale ubóstwo przecież jednak maleje, prawda? Tylko, czy ów spadek jest świadectwem żywotności i rozwoju naszej gospodarki, czy też jest efektem działania pewnych protez, po usunięciu których sytuacja wróci do dawnego poziomu? Otóż, należy zwrócić uwagę na odciążenie polskiego rynku pracy emigracją zarobkową, która wyrzuciła na zewnątrz jakieś 2 miliony osób w wieku produkcyjnym, najczęściej młodych. To pierwsza proteza. Ludzie ci ponadto zasilają często rodzinę w kraju przysyłanymi pieniędzmi, a jeśli nawet stracili pracę za granicą, to wolą żyć na angielskim, czy irlandzkim socjalu niż wracać. To proteza druga. No i wreszcie strumień unijnych funduszy wpompowywanych w rolnictwo, zarówno w postaci dopłat bezpośrednich, jak i w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich. Do tego dochodzą inne programy unijne. To proteza trzecia. Wyobraźcie sobie sytuację po ich wyeliminowaniu, gdyż każdy z tych „amortyzatorów biedy” kiedyś się zużyje, z euro-funduszami włącznie.

Generalnie, wychodzi na to, iż wzrost gospodarczy w znikomym stopniu przekłada się na poprawę sytuacji materialnej Polaków. Wypracowywane bogactwo nie ścieka w dół, jak to powinno się dziać w zdrowej gospodarce i jest to zjawisko charakterystyczne dla różnych bananowych republik - będące efektem rozmaitych patologii, typowych dla krajów postkolonialnych.

IV. Miasto, wieś a rynek pracy

Dodałbym do tej diagnozy jeszcze jeden czynnik, wpływający na rozwój zjawiska „pracujących biednych” i psujący w dużym stopniu rynek pracy. Rzecz, jak się zdaje, nie jest do tej pory opisana i słabo widać ją z Warszawy, ale silnie odczuwa się ją na prowincji, w małych miejscowościach. Otóż jedną z zalet Polski jest dla inwestorów stosunkowo tania siła robocza. Skąd bierze się owa taniość? Ano w znacznej mierze z rolniczych przywilejów, takich jak KRUS, czy dopłaty bezpośrednie. W efekcie, zakład lokowany w małym miasteczku nie tyle daje zatrudnienie „miastowym” bezrobotnym, ile ściąga do siebie okolicznych małorolnych, zwożonych do pracy masowo firmowymi busami. Wiem co piszę, gdyż obserwuję to na co dzień.

Jak działa ten mechanizm? Otóż, koszty utrzymania na wsi są niższe niż w mieście – nawet małym. Rolnik jest ubezpieczony w KRUS-ie, więc pracodawcy odpada horrendalny ZUS, którym obciążona jest płaca „miastowego”. Do tego dochodzą unijne dopłaty rolnicze, które w dużym stopniu pokrywają nakłady na gospodarstwo. Tak więc, „wsiowy” może sobie pozwolić na zatrudnienie się za niską płacę i na śmieciowej umowie, bo w robocie zarobi gotowy grosz, małohektarowe gospodarstwo i tak „się obrobi” wspólnymi silami rodziny, plony z tych kilku hektarów sprzeda się w sezonie na rynku, dach nad głową jest ten sam od pokoleń i aby tylko na prąd starczyło, woda podciągnięta ze studni, szambo (bez murowanego dna) się spuści nocą do rowu... jednym słowem, da się żyć.

Z takiego małorolnego „chłoporobotnictwa” żyją w mojej okolicy całe wsie i to całkiem całkiem, co widać szczególnie dwa razy w tygodniu, w dni targowe, zwane u mnie „świętem dyszla”, kiedy to do miejscowej „Biedronki” rusza okoliczna klientela. Porównawczy rzut oka na zawartość wózków „wsiowych” i „miastowych” mówi wszystko. „Miastowy”, siłą rzeczy pracujący za tę samą stawkę netto co „wsiowy”, przy wielokrotnie wyższych kosztach utrzymania, obejrzy z każdej strony serek, który „wsiowy” bez namysłu i w większej ilości wrzuci do wózka. W niespełna 20-tysięcznej mieścinie prosperuje 8 sieciowych dyskontów i supermarketów, ulokowanych strategicznie przy ulicach wylotowych, bądź w okolicy targowiska. Nie muszę chyba dodawać jak wpływa to na kondycję miejscowych sklepikarzy.

Ja na szczęście nie jestem zawistny, po prostu notuję co widzę, ale gdy porozmawiać z ludźmi... Grupowe przywileje niszczą rynek - każdy rynek, nie tylko pracy. Do tego przyczyniają się do społecznych antagonizmów. Dziel i rządź? Ach, te okoliczne firmy z płacami i umowami jakby zaprojektowanymi pod rozwój „working poors” oczywiście lokują się w „specjalnych strefach ekonomicznych”, oczywiście tonące w długach gmina i powiat guzik z nich mają i oczywiście, przyczyniają się do naszej „zielonej wyspy” i jej wzrostu gospodarczego. Wzrostu, z którego nic nie wynika.

Gadający Grzyb

czwartek, 9 lutego 2012

Incitatus na miarę czasów i możliwości


Mógł Kaligula mianować senatorem Incitatusa, to nasz Admin Trzeciej RP może mianować ministrem sportu panią Joasię.


Mógł Kaligula mianować senatorem swego ulubieńca – Incitatusa (młodym wykształconym wyborcom PO wyjaśniam, iż był to ukochany koń wyścigowy cezara), to nasz Admin Trzeciej RP postanowił mianować ministrem sportu panią posłankę Joasię Muchę. A co! Czy ona gorsza? Rozumu ma tyle samo, urodą i tzw. prezencją ogólną zapewne nie ustępuje szlachetnemu ogierowi, no i na zagadnieniach powierzonego sobie resortu zna się w równym stopniu, co Incitatus na sprawach Imperium Romanum.

Uszczęśliwiona gawiedź z każdym dniem ma okazję upewniać się, że oba splendory są podobnego ciężaru gatunkowego i śmiem twierdzić, iż wypływają z podobnych pobudek. Kaligula swym gestem wyraził pogardę dla spodlonego senatorskiego stanu, podkreślając zarazem swą wszechwładzę. Ober-Matoł podobnie: pokazał świeżo, po raz drugi z rzędu wydudkanemu elektoratowi, gdzie ten może mu skoczyć - „Oni mogą panu majstrowi skoczyć tam, gdzie pan może pana majstra w d... pocałować”. Mianuję kretynkę ministrem i co mi zrobicie, frajerzy? No właśnie – nic nie zrobią, albowiem jak dowodzą badania, spora część „elektoratu” nie kojarzy premiera z jakością pracy rządu na którego czele stoi, o poszczególnych ministrach już nie wspominając.

Mamy zatem na czele rządu Kaligulę wraz z Incitatusem - oboje na miarę naszych czasów i możliwości. Nie da się zresztą ukryć, iż Admin z biegiem lat nawet fizycznie się upodabnia do pierwowzoru: ten sam maniacki wytrzeszcz oczu, kędziory na łepetynie, te same zapadłe policzki i zacięte usta szaleńca – kto nie wierzy, niech zerknie na załączoną w charakterze materiału poglądowego ilustrację. Nawet obyczaje, poczynając od brylowania na cyrkowej arenie (choć, zamiast rydwanów, boski Donald preferuje piłkę kopaną) a na wybuchach niekontrolowanej furii skończywszy, ma iście cesarskie – od oryginału różni go jedynie skala możliwości, ale nie mentalność. Kaligula swe ofiary mordował, bądź doprowadzał do samobójstwa, Donald musi poprzestawać na dymisjonowaniu i posyłaniu w odstawkę tych, których w swych paranoidalnych wyobrażeniach uważa za konkurentów do władzy. Zamiast nich woli mianować na resort konia, czy też raczej klacz, jak stało się to w przypadku minister Muchy.

Jak podają przekazy, dostojny Incitatus rezydował w marmurowej stajni ze żłobem wyłożonym kością słoniową, obdarowywany był kosztownościami, zaś do obsługi oddelegowano odpowiednich niewolników. Jej Ekscelencja, minister Mucha, podobnie – do żłobu wprawdzie nie zaglądałem, ale tuszę, iż zaopatrzony jest suto, odpowiednio do wysokiego stanowiska, a i spożywać swego owsa Jej Ekscelencja z pewnością nie musi z juchtowego worka czy gazety. Znając zamiłowanie naszej klasy panującej do przepychu, przypuszczam, że i nuworyszowskich marmurów w siedzibie ministerstwa nie brakuje, zaś problem niewolników, nasza dzielna klacz właśnie rozwiązuje we własnym zakresie, na początek sprowadzając sobie fryzjera. Manikiurzyści, wizażyści oraz cała reszta niezbędnej obsługi, przynależnej każdej nowoczesnej i wyzwolonej kobiecie na pewnym poziomie tłoczą się już u bram, gdyż bycie ikoną lajfstajlowego feminizmu zobowiązuje.

Tylko, choroba, ktoś niestety wrąbał się pani ministerce w kompetencje i do Superpucharu Polski wybrał nie te drużyny, ale spokojnie – wydobędzie się z kazamatów pana Rysia Forbricha - „Fryzjera” (a bo to współczesnej kobiecie z ambicjami jeden fryzjer wystarczy?) i w przyszłym sezonie zagrają już ci co trzeba, po castingu na najbardziej gustowne i wystrzałowe stroje, koniecznie harmonizujące z iluminacją Stadionu Narodowego, żeby nie ucierpiały wysublimowane gusta pani Joanny i jej fryzjerczyków.

Wprawdzie nie wiadomo, czy ten cały stadion będzie do tego czasu przejezdny, ale najwyżej wyleje się beton, lub położy parkiecik w jodełkę i zamiast tej nudnej piłki urządzimy konkurs tańca nowoczesnego, albo w ogóle coś bardziej dla ludzi, tak do śmichu i pogibania raczej, żeby nie trzeba było się zastanawiać, którzy to „nasi” i kto wygrywa, nie mówiąc już o obczajaniu o co chodzi z tym spalonym. Zawsze wprawdzie można spytać się Donka, ale jeszcze zakuma, że pani minister ze sportem jest cokolwiek nie teges i gotów zabrać tę fajoską stajnię ze żłobem i fryzjerami. To już lepiej się nie odzywać i ładnie wyglądać, bo parytety są, wiecie Państwo, bardzo twarzowe w tym sezonie. A jakby się jakiś Kołtoń czepiał, to oberwie z karata.

Gadający Grzyb