czwartek, 21 stycznia 2016

Bratankowie z Niedzicy

Zarówno dla rodzimych Targowiczątek, jak i dla Berlina oraz Brukseli, regionalny sojusz jest senną zmorą.

I. Orban odczarowany

A więc w końcu góra i Mahomet się zeszli – wygląda na to, że spotkanie Jarosława Kaczyńskiego i Victora Orbana do którego doszło w Niedzicy w święto Trzech Króli kończy etap absurdalnych dąsów na linii PiS – FIDESZ. Warto tu przypomnieć ubiegłoroczną, oficjalną wizytę węgierskiego premiera w Polsce (pisałem o tym w tekstach „Orban, czyli wróg publiczny w Warszawie” - „PN”nr 8 (78) 02-08.03.2015 oraz „Orban – zawiedziona miłość polskiej prawicy” - „PN” nr 9 (79) 09-15.2015), kiedy to Orban stał się obiektem zmasowanej nagonki polskich mediów oraz świata polityki – i to od lewa do prawa. Cóż, obowiązywała wówczas proukraińska histeria, której przywódca bratanków się nie podporządkował, dogadując się z Putinem w kwestiach energetycznych i upominając się o Węgrów zakarpackich. Jakoś nikomu wtedy nie chciało przejść przez gardło, że po pierwsze - premier Węgier poparł antyrosyjskie sankcje na forum UE, po drugie zaś – deale z Rosją zaczął przeprowadzać dopiero po tym, jak skutecznie zneutralizował trzęsące węgierską energetyką zagraniczne koncerny, w tym również wykupując akcje strategicznego przedsiębiorstwa MOL zajmującego się przetwórstwem ropy i gazu od rosyjskiego Surgutniefietgazu (2011 r.). Szef węgierskiego MSZ, Janos Martonyi, stwierdził wówczas:„Węgry zdołały przeszkodzić Rosjanom w uzyskaniu silnych wpływów ekonomicznych w Środkowej Europie”. Krótko mówiąc, Victor Orban mógł sobie pozwolić na rozmowy z Putinem z podmiotowej pozycji i wynegocjował korzystne warunki – porównajmy to chociażby z nieszczęsnym kontraktem gazowym Waldemara Pawlaka, kiedy na finiszu rozmów musiała interweniować Komisja Europejska, przestraszona rozmiarami tortu, który strona polska chciała ofiarować Moskwie. Poza wszystkim – Orban w relacjach z Rosją nie robił niczego, czego nie robiłyby inne kraje UE.

Wszystko to nie przeszkodziło jednak „obozowi patriotyczno-niepodległościowemu” wieszać psów na potencjalnie jedynym europejskim sojuszniku Polski, który, nawiasem mówiąc, już w 2010 roku, podczas swojej pierwszej zagranicznej wizyty (to w dyplomacji znaczący symbol) proponował nam w Warszawie regionalny sojusz i wspólną politykę wschodnią, nie ukrywając, że widzi w Polsce środkowoeuropejskiego lidera. Został wtedy odprawiony z kwitkiem, podobnie jak w roku ubiegłym – i to nie tylko przez chodzący na niemieckiej smyczy rząd Tuska, a później Kopacz, lecz również przez prawicową opozycję. Innymi słowy, Orban do flirtowania z Putinem został wręcz zmuszony, zarówno wrogością Zachodu, jak i nieżyczliwą obojętnością głównych sił politycznych Polski. Symptomatyczne były tu medialne występy Mariusza Błaszczaka oskarżającego Węgry o łamanie „europejskiej solidarności”, czym idealnie wpasował się w propagandową narrację gabinetu Ewy Kopacz. Odmowa spotkania ze strony ówczesnego lidera opozycji Jarosława Kaczyńskiego była kolejnym „samobójem”, który mógł jedynie utwierdzić Orbana w przekonaniu, że niezależnie od wyników wyborów, nie będzie miał w Polsce z kim rozmawiać. Późniejsze dementi otoczenia węgierskiego premiera, jakoby spotkanie z przywódcą PiS nie było w ogóle planowane, wyglądało jedynie na skrojoną post factum próbę zbagatelizowania afrontu.

II. Budapeszt-Warszawa, wspólna sprawa

Przypominam te wszystkie zaszłości, by zobrazować wagę rozmów w Niedzicy. Na marginesie, samo miejsce spotkania było znaczące, położona na Spiszu Niedzica to bowiem dawne polsko-węgierskie pogranicze. Dwa zamki – węgierska Niedzica i polski Czorsztyn przyglądają się sobie od stuleci przedzielone jedynie doliną, dziś zalaną przez sztuczne jezioro spiętrzone na Dunajcu. Grunt do przełamania – no, może nie tyle lodowej tafli, ile gęstej kry – przygotowała ofensywa dyplomatyczna prezydenta Andrzeja Dudy, z mini-szczytem regionalnych członków NATO w Bukareszcie i wspólnym sprzeciwem wobec projektu Nord Stream 2. Można powiedzieć, że zbliżenie wymusiła sama sytuacja międzynarodowa. Polska po objęciu rządów przez „niesłuszną” opcję znalazła się pod analogicznym ostrzałem zachodnich mediów i polityków orkiestrowanym z Berlina, co orbanowskie Węgry. Dodatkowo, rząd PiS musi się borykać z wewnętrzną opozycją jawnie wyczekującą na jakąś formę zagranicznej interwencji – zupełnie jak węgierscy postkomuniści i liberałowie sponsorowani hojną ręką przez George'a Sorosa. Tu Orban ma nad nami ponad pięć lat przewagi w „zaprowadzaniu faszyzmu” i „niszczeniu demokracji”, albo, mówiąc normalnym językiem – przywracaniu państwa narodowi i windowaniu go na niezawisłość.

Niezależnie jednak od krajowych zgryzot, z pewnością nie zabrakło również i innych wspólnych tematów do omówienia, o czym świadczy chociażby absolutnie ponadnormatywny, sześciogodzinny wymiar czasowy spotkania. Węgry poszukują ewidentnie sposobu na wyjście z politycznej izolacji i pilnie potrzebują sojuszników – przypomnijmy sobie wrześniowe spotkanie Orbana z premierem Bawarii i szefem CSU Horstem Seehoferem podczas którego jednomyślnie krytykowali politykę imigracyjną firmowaną przez Angelę Merkel. Wizyta w Polsce wpisuje się zatem w pewien szerszy trend, potwierdzany przez węgierskie media – montowania sojuszu niezadowolonych z berlińskiego dyktatu, co daje nam sposobność do zaczerpnięcia głębszego oddechu na arenie międzynarodowej. W przeciwieństwie do wielu „dobrze poinformowanych” nie będę udawał, że wiem o czym rozmawiali obaj przywódcy, spróbuję jednak ułożyć katalog spraw do załatwienia.

Z pewnością główną osią porozumienia jest opozycja wobec niemieckiej hegemoni. Europa Środkowa jest dla Berlina, co niejednokrotnie podnosiłem, przestrzenią kolonialnej ekspansji zarówno politycznej, jak i gospodarczej – współczesną odsłoną Mitteleuropy realizowaną pod unijnymi sztandarami. Dlatego, w kontekście zbliżającego się szczytu NATO w Warszawie, należy utwierdzić wspólne stanowisko w kwestii wzmocnienia wschodniej flanki Sojuszu, również poprzez zainstalowanie w naszym regionie stałych baz wojskowych. Następna rzecz, to przeciwdziałanie wszelkimi dostępnymi środkami budowie Nord Stream 2, skazującego nas na marginalizację jako obszaru tranzytowego. W dalszej perspektywie winniśmy zaktywizować starania w kierunku powstania południkowego systemu połączeń gazociągowych, docelowo od Świnoujścia aż po mający powstać terminal na chorwackiej wyspie Krk. Kolejnym tematem jest wymiana doświadczeń w gospodarczej dekolonizacji i polityce prospołecznej, wyrwanie się spod dominacji międzynarodowego kapitału i globalnych instytucji finansowych w rodzaju Międzynarodowego Funduszu Walutowego. No i wreszcie – wspólne stanowisko przeciw obłąkańczej polityce imigracyjnej Niemiec, w szczególności zaś, wobec przymusowego mechanizmu „relokacji” uchodźców.

Aspektem bardziej ogólnym, acz o potencjalnie najbardziej dalekosiężnych konsekwencjach, mogłoby być powstanie osi Warszawa-Budapeszt przyciągającej ku sobie pozostałe państwa regionu. Inaczej mówiąc, widziałbym tu zalążek Międzymorza, którego twardym jądrem byłyby kraje Grupy Wyszehradzkiej plus Rumunia, zaś „jądrem w jądrze” - sojusz polsko-węgierski. Warto również zastanowić się nad ewentualnością opuszczenia struktur unijnych w jakiejś perspektywie czasowej – zwłaszcza po wygaśnięciu obecnego budżetu i związanym z tym radykalnym obcięciem euro-funduszy. Przejście do EFTA (Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu – Norwegia, Islandia, Liechtenstein, Szwajcaria), współtworzącego z UE Europejski Obszar Gospodarczy pozostawiłoby nam korzyści płynące z wymiany handlowej, za to zdjęłoby polityczno-biurokratyczną „czapę” Brukseli. W tym kontekście dobrze byłoby wspólnie wysondować, czy Stany Zjednoczone byłyby skłonne (i na jakich warunkach) sprawować geopolityczny patronat nad ewentualnym „exitem” naszego regionu, tak by zminimalizować ryzyko jakichś poważniejszych turbulencji.

III. Unia warczy...

Na zakończenie warto odnotować reakcje na spotkanie obu przywódców. Zarówno dla rodzimych Targowiczątek, jak i dla Berlina oraz Brukseli przymierzających się do „dyscyplinowania” Polski, regionalny sojusz jest senną zmorą. „Orban pewnie powiedział Kaczyńskiemu, że Unia warczy, ale nie gryzie” - to zdanko z komentarza „Sueddeutsche Zeitung” mówi w zasadzie wszystko, tym bardziej, że Orban już zapowiedział, iż Węgry nie poprą żadnych europejskich restrykcji wobec Polski. „Bratnia pomoc” zatem oddala się, ku nieskrywanemu żalowi armii renegatów liczących na to, że „sankcje” i codzienny nacisk zagranicy skorelowany z lokalnymi kryteriami ulicznymi doprowadzą do obalenia rządu PiS. A że Niemcy pogrążają się w coraz większym imigracyjnym chaosie, to wychodzi, że mamy niepowtarzalną szansę by wybić się na podmiotowość nie zważając na bezsilne ujadania – trzeba tylko zręczności i determinacji.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Orban na linie”

„Orban, czyli wróg publiczny w Warszawie”

„Orban – zawiedziona miłość polskiej prawicy”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3163-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 2 (13-19.01.2016)

Pod-Grzybki 34

Łał, jedyny konsekwentny wśród armii celebrytów zapowiadających emigrację. Eks-bokser, Przemysław Saleta ogłosił, że wyprowadza się do Tajlandii z powodu tego „co robi teraz PiS” - a poza tym, ma już w Syjamie ulokowane swoje biznesy. Zapewne dlatego zapracowany nie dostrzegł, iż krajem tym rządzi wojskowa junta. Dobra rada – niech Pan unika w swej nowej ojczyźnie konfliktów z prawem. Nie od rzeczy byłoby również poczytać o urokach tajskiego więziennictwa.

*

Tajlandia słynie także z największej na świecie liczby operacji zmiany płci. Taki Krzysztof Bęgowski na przykład, wyjechał, zaczerpnął tajskiego powietrza... i powrócił stamtąd jako Anna Grodzka. Panie Przemysławie, jak by tu rzec... proszę na siebie uważać...

*

Muzułmańscy imigranci w ramach sylwestrowej zabawy postanowili w kilku niemieckich miastach wyleczyć miejscowe kobiety z ksenofobii, a przy okazji nieco sobie poużywać. Warto przypomnieć, że w islamie funkcjonuje coś takiego jak „dżizja” - podatek płacony przez niewiernych na znak poddaństwa. Jak widać, „dżizję” można odbierać również w naturze.

*

Zaglądam na strony „Kretyniki Politycznej”, ciekaw co też o niemieckich zajściach napisze pani Kinga Dunin, która zasłynęła ze stręczenia „książąt Orientu” polskim kobietom w charakterze małżonków. Donoszę, że pani Kinga niezmiennie orbituje w równoległym wszechświecie – winien jest brak miłosierdzia, bo biedni, niepewni jutra przybysze, widząc tuż obok „święta na bogato”, zapragnęli z nich uszczknąć coś dla siebie, a poza tym, nikt nie mówił, ze pomaganie „nie wiąże się z żadnymi kosztami”. Jak rany, pani Kingo – co Pani tu jeszcze robi? Książęta Orientu czekają tuż za płotem! Należy im się jakaś chwila radości – choćby od ostatniej pociechy pułku Mameluków.

*

Jednym z miast, w których napastowano kobiety był Hamburg. I tu przypomniał mi się wywiad, jakiego inny eks-bokser, Dariusz Michalczewski (ksywka „Tiger”), udzielił „Szechter Cajtung”, zachwalając niemieckie multi-kulti. Hm, w zasadzie „Tiger”, jako powszechnie znany bywalec hamburskich przybytków rozkoszy, ale i działacz charytatywny (co chętnie rozgłasza), powinien otworzyć teraz sieć darmowych, wiadomych placówek „nur für Muslime“. Ozdobami byliby Kinga Dunin i Przemysław Saleta – ten drugi już po stosownej operacji, oczywiście.

*

Po spotkaniu Kaczyński – Orban na powrót wielką miłością do Węgrów zapałała „Zona Wolnego Słowa”. Tak, ta sama, która jeszcze niespełna rok temu nie zostawiała na Orbanie suchej nitki za jego konszachty z Putinem (choć jako żywo nic się tu nie zmieniło) i gromko odwoływała wyjazd Klubów „Gazety Polskiej” na Węgry. „Nasze starania w budowaniu relacji polsko-węgierskich, wspólne wyjazdy i uroczystości już dziś procentują” - napisał Tomasz Sakiewicz, który ponownie wdrapuje się na cokół współczesnego Józefa Bema. Jedno jest pewne – gdy już postawią Sakiewiczowi pomnik, jego miedziane czoło będzie lśniło z daleka niczym latarnia morska.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 2 (13-19.01.2016)

czwartek, 14 stycznia 2016

Kto tu jest kolonizatorem?

Nie na darmo pan L. za swą wysługę nagrodzony został synekurami wraz z możliwością spijania tłustych euro-rosołów.

„PiS zachowuje się w sprawach gospodarczych jak kolonizatorzy na zdobytym terenie. Chce wycisnąć z gospodarki pieniądze na przynajmniej częściowe spełnienie wyborczych obietnic” - raczył się wyjęzyczyć podczas zorganizowanej w Sejmie konferencji prasowej eurodeputowany i były komisarz UE, Janusz Lewandowski. Zaczynam od tej wypowiedzi z dwóch powodów. Po pierwsze, jest ona przykładem tego rodzaju zakłamania i bezczelności, które wywołują u mnie wyjątkową irytację. Po drugie zaś, kwestia kolonializmu i „wyciskania” gospodarki skupia jak w soczewce wątki poruszane przeze mnie w felietonach dla „Gazety Finansowej” na przestrzeni minionego roku. Przyjrzyjmy się zatem, kto jest prawdziwym kolonizatorem grabiącym naszą gospodarkę.

Podatki bankowy i od supermarketów do których pije w swej wypowiedzi europoseł PO mają przynieść szacunkowo budżetowi państwa odpowiednio ok. 6 mld i 3-3,5 mld zł. W sumie łącznie wpływy nie przekroczą 10 mld zł w skali roku. Tymczasem według najnowszego raportu amerykańskiego watchdoga „Global Financial Integrity” („Illicit Financial Flows from Developing Countries: 2004-2013”) w latach 2004-2013 wyprowadzono z Polski środki na łączną kwotę 90,017 mld USD, co daje średnią 9,002 mld USD rocznie. Przy aktualnym zaokrąglonym średnim kursie NBP 3,9 zł daje to 35,1 mld zł rocznie, co jest jednak o tyle mylące, że od 2008 obserwujemy skokowy wzrost – powyżej 10 mld USD. W rekordowym 2013 roku suma wyprowadzonego kapitału sięgnęła 16,793 mld USD, co daje ok. 65,5 mld zł. W zestawieniu obejmującym 149 państw znajdujemy się na 20 pozycji – między Filipinami a Białorusią.

Śmiem twierdzić, iż poczesne miejsce w powyższym procederze należy do międzynarodowych koncernów, w tym banków i wielkich sieci handlowych. Weźmy dla przykładu CIT: 10 największych banków zapłaciło w 2014 łącznie 2.603,7 mld zł CIT, jednak jeśli odjąć największego płatnika – polski bank PKO BP – zostaje 1.969,1 mld zł. Z kolei 10 największych sieci handlowych zapłaciło łącznie ok. 500 mln zł CIT. Kto zatem jest tutaj kolonizatorem drenującym gospodarkę? W piętnowanych przez Lewandowskiego podatkach chodzi więc o przynajmniej częściowe odzyskanie tego, co „prawem i lewem” transferowane jest za granicę – do central i rajów podatkowych – oraz o przymuszenie kolonizatorów do finansowej partycypacji w utrzymaniu państwa, które eksploatują.

Owa eksploatacja przybiera zresztą różne formy. Samo wyprowadzanie pieniędzy to dalece nie wszystko. Wielki biznes wylobbował sobie najbardziej elastyczny rynek pracy w UE z rzeszami (dotąd nikt nie policzył tego dokładnie, osobny skandal) pracowników na groszowych „śmieciówkach”, bądź wypchniętych na samozatrudnienie. Wg danych Komisji Europejskiej udział płac w PKB wynosi w Polsce 46% - niżej plasują się jedynie Litwa, Łotwa i Słowacja. Skutkuje to zjawiskiem „working poor” („pracującej biedoty”) - ludzi, którzy mimo podjęcia pracy nie są w stanie zaspokoić podstawowych potrzeb i często kwalifikują się do uzyskania różnych form pomocy socjalnej, której koszty ponosi państwo i samorządy. Krótko mówiąc, kolonizatorzy maksymalizując zyski i tnąc koszty pracy, przerzucają zarazem część swych zobowiązań wobec pracowników na sektor publiczny. Kto za to płaci? Mówiąc „Rejsem”, pan płaci, pani płaci, społeczeństwo - lokalni przedsiębiorcy i zwykli ludzie, którzy nie mają możliwości „zoptymalizowania” zobowiązań podatkowych. Wynikiem jest m.in. skandalicznie niska kwota wolna od podatku plasującą się poniżej minimum socjalnego, co jak kilkukrotnie pisałem, skutkuje tym, że najubożsi płacą de facto podatek od nędzy. Ale państwo musi przecież skądś pozyskać pieniądze... Osobnym efektem zaniżonych wpływów do budżetu jest wzrost zadłużenia, tak na poziomie centralnym, jak i samorządowym – bo sektor publiczny sam się nie sfinansuje. No i wreszcie, jak by nie patrzeć, kolonizatorzy korzystają chociażby z publicznej infrastruktury, również wybudowanej i konserwowanej z publicznego grosza – czyli pieniędzy zabranych innym podmiotom w formie podatków, bądź pożyczonych. Takie są w telegraficznym skrócie różnorakie koszta finansowe i społeczne kolonialnej eksploatacji.

I na to wszystko wychodzi pan Janusz Lewandowski oznajmiając, iż kolonizatorem jest rząd, który powyższe patologie związane z rozmaitymi formami „renty kolonialnej” chce przynajmniej częściowo ukrócić. Warto przypomnieć, że jako minister przekształceń własnościowych Janusz Lewandowski sam brał czynny udział w owej kolonizacji, chociażby wyprzedając za bezcen narodowy majątek, że o przekrętach w rodzaju Programu Powszechnej Prywatyzacji nie wspomnę - i teraz również wypowiada się w interesie swych rzeczywistych mocodawców, niczym nadzorca oddelegowany do stłumienia buntu miejscowych niewolników. No, ale nie na darmo pan L. za swą wysługę nagrodzony został synekurami wraz z możliwością spijania tłustych euro-rosołów – a to oznacza, że już dozgonnie musi chronić interesy tych, którzy go owymi rosołami karmią.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3118-pod-grzybki

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/bangladesz-europy

http://blog-n-roll.pl/pl/czy-polsk%C4%99-sta%C4%87-na-bied%C4%99

http://www.blog-n-roll.pl/drena%C5%BC-kolonialny

http://blog-n-roll.pl/pl/podatek-od-n%C4%99dzy

http://blog-n-roll.pl/pl/nowoczesne-niewolnictwo

http://www.blog-n-roll.pl/pl/%E2%80%9Epomys%C5%82y-rodem-z-budapesztu%E2%80%9D-jednak-przejd%C4%85

http://blog-n-roll.pl/pl/te-ubogie-supermarkety

http://blog-n-roll.pl/pl/podatkowa-ruletka

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 2 (08-14.01.2016)

Strajk sędziowski? Popieram!

Czcigodni sędziowie – strajkujcie i to jak najprędzej. Im wcześniej zaczniecie, tym szybciej będzie można zrobić z wami porządek.

„Szechter Cajtung” na potrzeby „batalii trybunalskiej”, tudzież bitwy o demokrację, postanowił użyczyć łamów Włodzimierzowi Cimoszewiczowi (swoją drogą, przypomina mi się rysunek Andrzeja Krauzego z podpisem: „Dzieci i wnuki komunizmu bawią się w demokrację”), którego na wspomniane okoliczności odpytała Ewa Siedlecka. Cóż zatem radzi, tak po leninowsku („Szto diełat'?”), tow. Cimoszewicz struchlałemu Obozowi Beneficjentów i Utrwalaczy III RP? Oto postuluje ni mniej, ni więcej, tylko powszechny strajk wymiaru sprawiedliwości, który miałby trwać aż do uchylenia przeforsowanej przez PiS ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. „Jeśli zastrajkuje kilka tysięcy sędziów, to pokażą światu, jak brutalnego dokonano ataku na niezależność sądów i niezawisłość sędziów. Bo to nie jest atak tylko na sąd konstytucyjny. Dziś Trybunał - jutro Sąd Najwyższy, pojutrze sądy administracyjne i powszechne”. Tako rzecze bezkompromisowy demokrata Cimoszewicz.

Proszę Państwa, to jest doskonały pomysł.

Przypomnę, że środowisko sędziowskie po 1989 roku nie przeszło żadnej weryfikacji. Pierwszy niekomunistyczny prezes Sądu Najwyższego, prof. Adam Strzembosz, stwierdził nawet, iż „środowisko sędziowskie samo się oczyści”, co okazało się tragiczną pomyłką tego skądinąd prawego i zasłużonego człowieka. Nie oczyściło się, co więcej – kierując się korporacyjną lojalnością do upadłego broniło stalinowskich morderców sądowych i sędziów stanu wojennego przed jakąkolwiek odpowiedzialnością. W międzyczasie zaś uzupełniało się, jak każda mafia, przez kooptację, kształtując młody narybek na swój obraz i podobieństwo – rekrutując go zresztą często spośród słusznych, resortowych rodzin, lub wręcz na nieformalnej zasadzie „dziedziczenia” rozpowszechnionej wśród prawniczych dynastii. A teraz obecna prezes SN, Małgorzata Gersdorf, łka podczas listopadowej konferencji poświęconej „niezależności sądownictwa”, że sądy chętnie przedstawiane są jako »mafia w togach«. Zero autorefleksji.

Powszechny strajk sędziowski stanowiłby świetną okazję do kuracji przeczyszczającej. Co najlepsze, Cimoszewicz, jak by nie patrzeć, były minister sprawiedliwości, najwyraźniej zapomniał, że sędziowie i prokuratorzy nie mają prawa do strajku. Taka forma protestu stanowiłaby więc znakomity powód do przeniesienia ich w stan spoczynku, bądź wręcz dyscyplinarnego wydalenia z zawodu – jeśli trzeba, to za pomocą specjalnej ustawy. A patrząc na blitzkrieg, jaki nowa władza funduje trzęsącej dotąd Polską oligarchii, chyba nikt nie wątpi, że stosowny akt prawny mógłby zostać uchwalony w ekspresowym tempie. Z wymiarem sprawiedliwości opartym o obecną, w dużej mierze zdeprawowaną i rozbezczelnioną, nieodpowiedzialną przed nikim kadrę sędziowską, z jawnie zaangażowanymi politycznie środowiskowymi autorytetami, reformy i uzdrowienie państwa będą grzęzły niczym w zastygłym bajorze.

Cimoszewicz wyraża nadzieję, iż społeczeństwo poparłoby strajk, co jest kolejnym objawem syndromu odklejenia elit III RP od rzeczywistości. Urągające poczuciu elementarnej sprawiedliwości wyroki począwszy od głośnych, medialnych spraw, skończywszy zaś na szarej rzeczywistości prowincjonalnych sądów rejonowych, często usitwowionych i zblatowanych z lokalnymi układami sprawia, że większość społeczeństwa z radością powita pogonienie „mafii w togach”. A że będzie paraliż wymiaru sprawiedliwości? Jeżeli już, to chwilowy. Po pierwsze - przy obecnej przewlekłości postępowań przerwa nie będzie aż tak odczuwalna; po drugie – zastrajkuje jedynie część sędziów i niejako przy okazji będzie to probierz upolitycznienia ułatwiający „odsiew”; po trzecie wreszcie – założę się, że asesorzy czekający na sędziowską nominację aż przebierają nogami by zastąpić starszych kolegów. Nie zapominajmy też, że rokrocznie mury uczelni opuszczają tysiące absolwentów prawa. Taki nagły, masowy nabór będzie dla nich błogosławieństwem i – przy odpowiednio przeprowadzonej weryfikacji – realnym odblokowaniem i oczyszczeniem zawodu.

Na wspomnianej wyżej konferencji prezes sędziowskiego stowarzyszenia Themis, Irena Kamińska, wprost wzywała do rokoszu i solidarnego sabotowania przez prezesów sądów poleceń ministra, które uznaliby za „sprzeczne z prawem” („Macie telefony, trzeba się między sobą porozumiewać”). Cimoszewicz z kolei liczy na to, że strajk „pokaże światu”, iż trzecia władza, doprowadzona do ostateczności, podejmuje bezprecedensową próbę obrony pryncypiów”. Jak rozumiem po to, by „świat” odpowiednio zareagował. Rysuje się więc scenariusz skorelowanej eskalacji napięcia wewnętrznego i międzynarodowego. Zatem, czcigodni sędziowie – strajkujcie i to jak najprędzej. Im wcześniej zaczniecie, tym szybciej będzie można zrobić z wami porządek.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3118-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 01 (08-14.01.2016)

wtorek, 12 stycznia 2016

Pogadanka o autorytetach

Są dwie instytucje zdolne do kreowania autorytetów - Kościół i bezpieka.

Przełom starego i nowego roku sprzyja różnym remanentom, zatem z góry przepraszam Czytelników, że oderwę się dziś nieco od spraw bieżących, lecz mam odłożonych kilka refleksji, jakie naszły mnie wkrótce po śmierci Władysława Bartoszewskiego (którego, zgodnie z życzeniem Zmarłego, zdążył jeszcze pochować jako prezydent Bronisław Komorowski, co dowodzi, że Pan Bóg ma jednak poczucie humoru). Trwała kampania wyborcza, były pilniejsze sprawy i tak temat stopniowo sobie „stygł” - aż nagle odżył mi w głowie wskutek działalności płomiennych obrońców demokracji, za sprawą których powyłaziły ze swych nor rozmaite autorytety, by przez dwa kolejne weekendy straszyć nas na ulicach. Otóż wspomniane refleksje dotyczą właśnie natury tego dość osobliwego zjawiska, jakim są tzw. autorytety oraz ich społeczna funkcja. Gdyby zapytano mnie, która z osób żyjących obecnie, tu i teraz, jest dla mnie autorytetem, najpierw zacząłbym się zastanawiać. A skoro zacząłbym się zastanawiać, oznaczałoby to tylko jedno: takich autorytetów po prostu nie ma. Autorytet to bowiem ktoś, kogo wymienienie przychodzi w sposób naturalny, jak oddychanie. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego od lat obserwujemy posuchę na rynku autorytetów, nad czym boleją liczni ludzie dobrej woli stroskani, że naród nasz nie ma, panie kochany, przewodnika? Boleją zresztą zupełnie niepotrzebnie, ale o tym za chwilę.

Otóż brak współczesnych autorytetów związany jest moim zdaniem z uwiądem instytucjonalnym, autorytety nie pojawiają się bowiem ot tak, same z siebie. Twierdzenie, że ktoś stał się autorytetem bez instytucjonalnego backgroundu, samą mocą własną, to zwykłe zawracanie głowy, które zazwyczaj ma na celu ukrycie czegoś przed profanami. Tak to już jest, że gawiedzi podaje się na tacy produkt finalny do wielbienia, skrzętnie skrywając kuchnię, która ów produkt wypichciła.

W praktyce wygląda to następująco. Są dwie instytucje zdolne do kreowania autorytetów - Kościół i bezpieka. Wszystko inne to chińskie podróbki. Kościół jest domeną Ducha Świętego, który, jak wiadomo, tchnie kędy chce. Nie są to zatem nasze kompetencje i możemy się co najwyżej pomodlić, by w stosownym momencie pojawił się ktoś na miarę kardynała Wyszyńskiego, bądź Jana Pawła II. Przy czym, autorytet takowy nie musi być osobą duchowną, rzecz bowiem w instytucji promującej, nie w przynależności „stanowej” kandydata. Tacy ludzie, naznaczeni charyzmatem, po śmierci są często wynoszeni na ołtarze.

Jeśli zaś chodzi o bezpiekę, to wiadomo - lepiej się trzymać od niej z daleka. Wszelkie flirty, podejmowanie gier, są z góry skazane na klęskę, gdyż ten organizm ma to do siebie, że wszystkich zadufanych w sobie cwaniaczków połknie, przetrawi i wydali. Tu znów ważne zastrzeżenie - autorytet wykreowany przez bezpiekę wcale nie musi być konfidentem. Może, ale nie musi. Wystarczy, że bezpieka namierzy kogoś, kogo z jej punktu widzenia warto lansować, bo jest osobą z jakichś względów użyteczną. Sądzę, że był to właśnie przypadek Władysława Bartoszewskiego, który wcześniej, owszem, był znany i szanowany, lecz na ober-autorytet został wylansowany dopiero, gdy pokłócił się z Kaczyńskimi i przeskoczył do obozu Platformy. Natomiast próby samodzielnego kreowania autorytetów przez jakieś grupy, środowiska, bądź media, prędzej czy później kończą się kompromitacją i niesmakiem - tak jak to się stało przy okazji sprawy prof. Witolda Kieżuna. Ba, skoro w pewnym momencie mógł zostać strącony z piedestału sam Adam Michnik, którego po aferze Rywina bezpieka postanowiła skarcić, to o czym tu mówić?

Przypadkiem osobnym i oryginalnym wyjątkiem jest postać marszałka Piłsudskiego. Jego nie tyle wykreowała bezpieka, ile to on kazał bezpiece się wykreować w masowej świadomości. To jak z tym dowcipem o Chucku Norrisie i spodniach („Chuck Norris nie nosi spodni. To spodnie noszą Chucka Norrisa”).

Tak więc, przestańmy się martwić o autorytety. Kiedy nadejdzie pora, zostaną one nam objawione (mowa o autorytetach proweniencji kościelnej), lub podstawione (autorytety rodem z bezpieki). Stanie się tak, gdy któraś z tych instytucji odzyska właściwą jej moc sprawczą. Prędzej czy później będziemy mieli tę swoją latarnię morską, lub błędne ogniki na bagnach – w zależności od tego, która z sił o jakich tu mowa będzie stała za aktem kreacji – i ludzie pogrążeni dziś w mentalnym stuporze nareszcie będą wiedzieli co myśleć i robić. I to w zasadzie tyle w kwestii społecznej funkcji autorytetu: ująć masy w karby i poprowadzić je gdzie trzeba – ku zbawieniu, bądź na zatracenie. My jednak - nawiązując do wspomnianych na wstępie stroskanych ludzi dobrej woli - póki co, spokojnie róbmy swoje, bez oglądania się na różnych „starszych i mądrzejszych”.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3118-pod-grzybki

Ilustracja: Andrzej Krauze

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 53 (31.12.2015-07.01.2016)

Lekcja „niepokorności”

Redaktorstwo z Czerskiej i okolic odbiera właśnie pierwszą, dość bolesną lekcję „dziennikarstwa niepokornego”.

Ci z Państwa, którzy śledzą prawicowy internet pewnie już o tym wiedzą, ale na wszelki wypadek poinformuję, bo to miły prezent świąteczny. Oto „Szechter Cajtung” naprawdę zaczyna ostro robić bokami, co ujawnił były redaktor gazety, Piotr Pacewicz w desperackim wpisie na „Facebooku”, cytuję: „proszę: wykupcie prenumeratę (chodzi o internetową prenumeratę wyborczej.pl - PL), bo w ten sposób też bronicie demokracji. Serio, Sytuacja "GW" jest finansowo trudna, a może być jeszcze gorzej, bo przeciwnicy będą kombinować. A świat bez GW byłby jednak gorszy, prawda? Nawet dla ludzi, którzy jej nie lubią, czy mają rozmaite pretensje. Panuje przekonanie, że Wyborcza i Agora to potęga finansowa. Tymczasem sprzedaż papierowej Wyborczej spadła w XXI wieku ponad dwukrotnie (!), reklam jest (pip) razy mniej, a duże czytelnictwo w sieci nie przynosi dochodu, bo ludzie uważają, że 'jak w sieci to za darmo'. Redakcja jest znacznie zredukowana, zarobki ograniczone, pracują jak wściekli.

No, czyż to nie urocze? Redaktorstwo z Czerskiej i okolic odbiera właśnie pierwszą, dość bolesną lekcję „dziennikarstwa niepokornego”. Otóż, szanowni Państwo, dziennikarska niepokorność, z której tak lubiliście dworować, wiąże się z pewnymi niezbyt miłymi aspektami dnia codziennego. Z Waszych różnych enuncjacji wnioskuję, iż do tej pory sądziliście, że to taka odmiana „pluszowego krzyża” do którego z nieukrywaną radością zaczęliście się przymierzać zaraz po wyborach parlamentarnych, bo uwierała Was łatka „dziennikarzy reżimowych” i „pluszaków władzy”. Pamiętam twitterową wypowiedź Tomasza Lisa, przemawiającego jak rozumiem w imieniu całego Waszego środowiska: „teraz to my jesteśmy niepokorni”. Cóż, zacytowany tu wpis Pacewicza świadczy, że chyba pomału zaczyna do Was docierać, co to w praktyce oznacza.

„Niepokorność” to nie jest bynajmniej jedynie mołojecka sława bezkompromisowych opozycjonistów – i to na dodatek zdobywana tanim kosztem przy poklasku tłumów. Niepokorność to również praca w biedującej gazecie za niskie wynagrodzenie, które na dodatek nie wiadomo kiedy i w jakiej wysokości zostanie wypłacone. To codzienna niepewność, czy danemu tytułowi uda się przetrwać na rynku. To odcięcie od reklam i ogłoszeń różnych publicznych instytucji oraz spółek Skarbu Państwa. To również niechęć reklamodawców prywatnych, którzy nie chcą narazić się władzy sponsorując opozycyjne media. To, krótko mówiąc, długi marsz o głodzie i chłodzie bez gwarancji końcowego sukcesu. Przetrwać można jedynie dzięki gronu oddanych czytelników, na szacunek których trzeba sobie wpierw solidnie zapracować. Czy „Wyborcza” ma takich? O tym przekonamy się wkrótce. Zobaczymy, jaki odzew będzie miał apel redaktora Pacewicza. Być może niedługo doczekamy chwili, gdy któryś z wice-Michników zacznie prosić, by kupować po dwa egzemplarze „GW”, lub przeczytany egzemplarz podarować sąsiadowi propagując w ten sposób „wolne słowo” dławione przez kaczystowski reżim. A tymczasem możecie skorzystać z porady Rafała Ziemkiewicza, który niedawno podpowiedział Wam właściwą drogę: zakładajcie Kluby „Gazety Wyborczej”, „Rodziny Radia Tok FM” i urządzajcie miesięcznice „zamachu trybunalskiego” - takie „eventy” mają bowiem silny walor integracyjny. Od siebie dodam, że nie od rzeczy byłoby organizowanie spotkań po świetlicach i salkach parafialnych z autorami wynagradzanymi na zasadzie „co łaska” z puszczonego wśród publiczności koszyczka. Docierajcie do rozsianej po świecie Polonii, którą do tej pory tak pogardzaliście. Zakładajcie portale blogerskie i internetowe radio w których będziecie całymi latami działać jako wolontariusze, dla czystej idei i satysfakcji z tego, że coś się zrobiło. Mogę nawet podzielić się z Wami własnymi doświadczeniami z tego typu działalności. Jestem niezwykle ciekaw efektów i tego, czy zdołacie przetrwać dwie kadencje postu bez różnych finansowych kroplówek. To taka lekcja niepokorności gratis ode mnie.

Zmieniając nieco temat. Kolejną dobrą informacją jest zapowiedź Ministerstwa Skarbu o odejściu od zamieszczania ogłoszeń w mediach, co przyniesie oszczędności rzędu 6-8 mln zł. Ogłoszenia mają być publikowane na stronach internetowych poszczególnych instytucji, ewentualnie w Biuletynie Informacji Publicznej. Dobra nasza, jak tak dalej pójdzie, będę mógł uznać pierwszy z postulatów, które zamieszczam na końcu każdego tekstu za „odhaczony”. Państwowe instytucje wycofują się również z prenumeraty „Wyborczej”. Pozostaje pytanie, czy gazetę będzie teraz stać na przygarnięcie Tomasza Lisa, co dość pochopnie obiecał red. Michnik – zwłaszcza, że pan Tomasz przywykł do gwiazdorskiego traktowania i takichże stawek? Szczęśliwie, nie jest to nasze zmartwienie – Wesołych Świąt!

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3118-pod-grzybki

Ilustracja: Wirtualne Media

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 52 (23-30.12.2015)

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Portret KOD-owca

W miarę liczny udział w manifestacjach jest reakcją obronną KOD-owców na uczucie pogłębiającego się dyskomfortu.

I. Na tropie KOD-owca

Kiedy przeglądam sobie w internecie relacje z dwóch kolejnych antyrządowych „sobotnic” („sobótek”? „subotników”?), zastanawia mnie jedno – kim jest większość uczestników? Nie sądzę bowiem, by te kilka-kilkanaście tysięcy osób składało się wyłącznie z partyjnych działaczy, opłacanych najemników, rodzin prominentów, resortowych dzieci, dyszących nienawiścią sierot po Palikocie i generalnie – kasty „nachapanych” broniących stanu posiadania. To znaczy, oni wszyscy oczywiście w jakimś stopniu są tam obecni, moderują przekaz, wykorzystują sobotnie „eventy” dla swoich celów – niemniej jednak „na oko” większość demonstrantów stanowią zwykli ludzie i to, patrząc choćby po ubiorze, często tacy, którzy symboliczne „ośmiorniczki” jadają jedynie ustami swych przedstawicieli. A jednak coś powoduje, że przychodzą, przynoszą te własnoręcznie wykonane transparenty, utożsamiają się z KOD-em i gotowi są robić za darmowe, demonstracyjne mięso armatnie.

Kim zatem jest przeciętny uczestnik demonstracji – taki, który wychodzi na ulicę, bądź zapisuje się do KOD-u powodowany wewnętrzną potrzebą, a nie ze względów polityczno-organizacyjnych? Myślę, że próba wyjaśnienia tej kwestii jest o tyle istotna, że pomoże nam zrozumieć co tak naprawdę dzieje się w sferze społecznej w Polsce przełomu 2015 i 2016 roku.

Sądzę, że znam odpowiedź na to pytanie – a przynajmniej jej dość istotną część.

Na trop naprowadził mnie wywiad, jakiego „Gazecie Wyborczej” udzielił w połowie października Michał Bilewicz, kierownik działającego na Uniwersytecie Warszawskim Centrum Badań nad Uprzedzeniami. Tu mała dygresja naświetlająca kontekst: owo Centrum Badań nad Uprzedzeniami, jak sama nazwa wskazuje, jest silnie lewicowo zorientowanym projektem, prowadzącym dość wytężoną pracę ideologiczną ubraną w szaty socjologicznych badań z zakresu „stereotypów, uprzedzeń, rasizmu, dyskryminacji i innych zagadnień z obszaru stosunków międzygrupowych”. Poczytuję sobie od czasu do czasu produkowane tam raporty w rodzaju „Postawy wobec mniejszości muzułmańskiej w Polsce”, „Postawy antyizraelskie, a antysemityzm w Polsce”, na podobnej zasadzie, jak zaglądam na strony „Krytyki Politycznej” czy „Wyborczej” - bo zawsze lepiej choć w przybliżeniu wiedzieć, co lęgnie się po tamtej stronie. Tym bardziej, że oni również nie próżnują jeśli chodzi o prześwietlanie prawicy, o czym świadczy chociażby raport „Podłoże prawicowych preferencji wyborczych młodych Polaków”, w którym rozłożono wyborców PiS, Kukiz'15, KORWIN-a i narodowców z przedziału wiekowego 18-29 lat na czynniki pierwsze.

II. „Negatywny autostereotyp”

W każdym razie, wspomniany Michał Bilewicz, młody, 35-letni profesor (co, swoją drogą, pokazuje na czym obecnie warto robić karierę akademicką), przynajmniej na użytek zewnętrzny potrafi wznieść się od czasu do czasu ponad obowiązujące w mainstreamie schematy i w całkiem ciekawy sposób zdiagnozować społeczne podziały, co czyni m.in. w przywołanym wywiadzie dla „GW” - momentami całkiem nie po linii „michnikowszczyzny”. Gros rozmowy dotyczy wprawdzie prawicowej i antyimigranckiej „mowy nienawiści”, lecz na jej marginesie pojawiają się również bardziej interesujące wątki.

Spójrzmy na kilka cytatów. Oto, odnosząc się do zaostrzenia języka publicznej debaty w Polsce, Bilewicz wskazuje jako źródło problemu „podział smoleński”, podkreślając, że początkowo grupa wierząca w zamach była o wiele mniej uprzedzona do grupy wierzącej w wypadek lotniczy, niż na odwrót. Za wzrost agresji odpowiadają głównie zwolennicy hipotezy „wypadkowej” - grupa ta „izolowała się, a często też ustami różnych naukowców, w tym psychologów, używała pogardliwego języka. To wtedy zaczęto mówić o »sekcie smoleńskiej«, o tym, że niektórych trzeba wysłać do psychiatry”. Nałożył się na to podział społeczny: „z jednej strony mamy zamożną »Warszawę«, z drugiej »mohery«, »kiboli«, »prowincję«, z którymi »Warszawa« nie chce mieć wiele do czynienia, bo to świat ludzi zwykle biedniejszych, który uważamy za trochę kompromitujący, a my chcemy być tacy jak Europa”. I dalej: „mamy tendencję do zamykania się w takich bąblach, gdzie już każdy, kto nawet je inaczej: schabowy z ziemniakami zamiast eko, jest postrzegany jako ten gorszy”. (…) „Myślę, że stąd ich reakcja na wypowiedź Tokarczuk - oni czuli, że pisarka nie bije się we własne piersi”.

No i wreszcie clou: „przeprowadzałem badania wśród młodych mieszkańców dużych miast i pojawiło się w nich coś dziwnego, co nie pojawiło się w żadnych innych znanych mi badaniach tego typu w Europie czy w Stanach Zjednoczonych. (…) Negatywny autostereotyp. Kiedy zapytaliśmy ich o to, kim są Polacy, usłyszeliśmy, że to złodzieje, narzekacze, lenie i pijacy. Badania robione na próbach reprezentatywnych na wsi i w małych miastach zupełnie nie pokazywały takiego negatywnego autostereotypu” (...) Wygląda na to, że Polacy w dużych miastach zapytani o to, kim są Polacy, nie myślą o sobie. Oni są »warszawiakami«, »ruchami miejskimi«, »liberalnymi pracownikami korporacji«, »pracownikami mediów«, »naukowcami«. A Polacy to dla nich, z grubsza mówiąc, elektorat PiS-u.

III. „Orientacja na dominację”

I tu chyba właśnie mamy odpowiedź na postawione we wstępie pytanie. W kontekście zacytowanych powyżej diagnoz, dotyczących zarówno genezy podziałów jak i wyższościowych aspiracji przepajających, nazwijmy to umownie, wielkomiejską klasę średnią, wychodzi na to, że ludzie ci między innymi zaspokajają emocjonalną potrzebę dowartościowania się. Chcą poczuć się znów przez moment członkami „lepszego towarzystwa”. Przywykli do tego, że „ich” (czy może – podsunięte im) poglądy są jedynie słuszne, że „mohery” z prowincji są wprawdzie straszno-śmieszne, lecz w gruncie rzeczy skazane na wymarcie, że „wszyscy ludzie na poziomie” sądzą... i tu wpisz dowolne, co akurat sądzić wypada. Słowem – że należą do lepszej kasty „już-prawie-europejczyków”, że sprawy muszą iść w dobrym kierunku, skoro chwali nas Berlin i Bruksela, Tuska zaś zrobiono „królem Europy”. A Polacy? Polacy to banda ciemnych nieudaczników, którzy nadają się co najwyżej do klęczenia w kruchcie, lub w najlepszym razie do roboty na zmywaku w Londynie.

Wygrana PiS im to wszystko odebrała.

To musiał być dla nich szok. „Pisowcy” dorwali się do władzy i będą „ten kraj” urządzać teraz po swojemu? Te wąsate Janusze konsumujące schabowe i browary z „Biedronki” mają rządzić? A co z nami? No i, mówiąc Telimeną – „co świat powie na to”? Taki wstyd... W miarę liczny udział w manifestacjach jest reakcją obronną na uczucie pogłębiającego się dyskomfortu. Ta cała obrona demokracji, konstytucji i czego tam jeszcze jest jedynie wtórnym racjonalizowaniem opisywanych tu emocji. Dlatego tak rzucili się na zmanipulowaną wypowiedź Kaczyńskiego o „gorszym sorcie Polaków”. To przekorne określanie się w ten sposób (tak jak prawica na własny użytek obezwładniła inwektywy typu „ciemnogród”) jest formą oporu przeciw uzurpacji prowincjonalnych chamów – nawet jeśli owa „prowincja” zaczyna się nie za rogatkami Warszawy, lecz w blokowiskach Bródna czy innego Bemowa. Chronią w ten sposób poczucie własnej wartości związane z symboliczną przynależnością do lepszego świata. Rolę kastowych totemów może pełnić cokolwiek, co odróżnia „nas” od „onych” - opornik, konstytucja, Trybunał... I dlatego teraz gotowi są dać się pokroić za establishment III RP walczący desperacko o ochronę swych habitatów i żerowisk – bo ów mainstream, ci sędziowie, politycy, też stali się swoistymi totemami. Jakkolwiek absurdalnie by to nie zabrzmiało, ci tzw. „zwykli ludzie” demonstrujący pod Sejmem i Trybunałem, utożsamili się z elitami właścicieli III RP. Bo to ich we własnych oczach wyróżnia spośród roszczeniowego motłochu, który zagłosował na obietnicę 500 zł „na dziecko” i chroni przed deklasacją. Logika plemiennego podziału idealnie wpasowała się w suflowaną im atmosferę zagrożenia. Smutne to, lecz prawdziwe.

Na zakończenie – w uczonych raportach Centrum Badań nad Uprzedzeniami, dość istotną kategorią – przypisywaną, rzecz jasna, prawicy – jest „orientacja na dominację społeczną” („Social Dominance Orientation”, SDO). Oznacza ona „przekonanie, że hierarchia grup ludzkich jest naturalna i potrzebna oraz, że dominacja jednych grup nad innymi jest pożądana; osoby o wysokim poziomie SDO na ogół przeciwstawiają się wszelkim próbom ograniczania nierówności społecznych, a także cechują się wyższym poziomem uprzedzeń”. Wypisz-wymaluj, postawa opisywanych tu „oporników”. Przewrót na politycznej scenie dowartościowujący pogardzaną prowincję jest uderzeniem w ich poczucie społecznej hierarchii. A to powoduje z kolei, że będą bronić swego – niechby i wyimaginowanego – statusu. Ta zimna wojna, niestety, prędko się nie skończy.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3118-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 50-52 (23.12.2015-12.01.2016)

Pod-Grzybki 33

Mediodajnie donoszą, że na łono ISIS trafiły już setki ochotniczek z całego świata, by oddawać się tamtejszym bojownikom w ramach „Jihad al-Nikah”, czyli „seksualnego dżihadu”. A Kinga Dunin opiewająca powaby „książąt Orientu” ciągle w Polsce? Pani Kingo, lepiej się pośpieszyć, bo konkurencja wciąż rośnie.

*

A może, skoro góra nie chce przyjść do Mahometa, to Mahomet przyjdzie do góry? Już widzę te łajby pełne Sindbadów Żeglarzy ze smartfonami w rękach, pracowicie wyszukujących gdzie, na Allaha, mieści się redakcja tej całej „Krytyki Politycznej”.

*

Działania Swetru i animowanie „społecznego sprzeciwu” skojarzyły mi się z informacją wg której w samym 2012 roku Soros przekazał antyorbanowskiej opozycji na Węgrzech pół miliarda forintów. Któż jest „Sorosem” pana Swetru? I tu natrafiłem na wypowiedź dr Żukowskiego: „Mamy do czynienia z sytuacją, że wielki kapitał ma do wyboru: albo płacić 40 mld zł rocznie, których nie chce płacić, albo znaleźć jakiś ruch, sztuczny i plastikowy, jakąś formację, aby go wykreować, żeby obalić rząd, który chce te pieniądze dać na 500 zł dla zwykłych ludzi”. I to by się kleiło – modus operandi wedle którego za każdą „oddolną” rewolucją stoi jakaś finansowa granda sprawdza się w całej rozciągłości.

*

Tradycyjny kącik „Deutsche Welle” wsparty „Szechter Cajtung”. Oto dowiadujemy się, że „PiS przeraża Niemców”, zaś „w Berlinie kończy się cierpliwość wobec polskiego rządu”, a na domiar złego „Urząd Kanclerski ma z kolei Warszawie za złe, że z kancelarii Beaty Szydło nie nadeszła żadna propozycja terminu jej wizyty w Berlinie. Mimo iż Angela Merkel wysłała już zaproszenie. - To niebywałe postępowanie – mówią Niemcy”. I cóż tu powiedzieć? Może to, że właśnie Warszawie powinna „skończyć się cierpliwość” do hegemonistycznych uroszczeń Berlina? I że do Niemców jakoś nie chce dotrzeć, że właśnie skończyły się czasy, gdy premier polskiego rządu kursował do Kancelarii Rzeszy na gwizdek?

*

Hm, teraz wiadomo, dlaczego Thomas Mueller nie pozwolił Robertowi Lewandowskiemu wykorzystać karnego w ostatnim meczu jesieni, przez co nasz Robert nie strzelił swojej 50 bramki w tym roku dla Bayernu Monachium. To wszystko zemsta za upokorzenie „mutter Angeli”.

*

Żeby nie było tak różowo. Media donoszą, że premier Beata Szydło na ostatnim unijnym szczycie bardzo złagodziła polskie stanowisko w sprawie powołania Europejskiej Straży Granicznej i Przybrzeżnej, która miałaby przejmować kontrolę nad granicami zewnętrznych krajów UE (czyli potencjalnie również Polski) „nie radzących” sobie z imigrantami - nawet wbrew ich woli. Czyżby powracała stara zmora polskiej polityki – tu, w kraju, na użytek wewnętrzny ostro gardłujemy w stylu „Nicea albo śmierć”, a w Brukseli nagle robimy się wielce „konstruktywni” i układni? Obym nie był złym prorokiem...

*

Ech, zostawmy te zgryzoty - przed nami Boże Narodzenie. Drodzy Państwo, Wesołych, spokojnych, rodzinnych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 50-52 (23.12.2015-12.01.2016)

czwartek, 7 stycznia 2016

Partycypacja podatkowa

Czas złotych żniw dobiega końca - pora wreszcie uregulować rachunek za lata eksploatacji.

Po podatku bankowym, który opisywałem tu ostatnio, rząd PiS – zgodnie z wyborczą obietnicą – zabrał się za opodatkowanie sklepów wielkopowierzchniowych. Tutaj jednak zaczynają się schody. Pierwotnie nowa danina miała mieć postać podatku obrotowego w wysokości 2 proc. dla wszystkich sklepów o powierzchni powyżej 250 m2. Tu jednak larum podniosły polskie firmy, przekonując, że taka forma zagrozi im w konfrontacji z zachodnimi gigantami handlowymi. Dlatego rozważane są propozycje alternatywne – podniesienie limitu powierzchni do 400 m2, lub wprowadzenie podatku progresywnego przy ewentualnym zwolnieniu dla sklepów poniżej 100 m2. Każde z tych rozwiązań niesie ze sobą pewne ryzyko – np. wielkie sieci mogą zacząć inwestować w małe placówki, co ostatecznie dobiłoby rodzimych drobnych sklepikarzy. Ponadto małe sklepy sieciowe działają na ogół na zasadzie franczyzy – formalnie przedsiębiorcą jest Jan Kowalski prowadzący swojego „Żuczka”. Trzeba by zatem uściślić, że podatek pobierany byłby od obrotów w całej sieci franczyzowej – tylko jak odbiłoby się to na wspomnianym Kowalskim, czy sieć nie przerzuciłaby na niego kosztów? Z kolei kryterium wysokości obrotów – tak w wariancie progresywnym, jak i liniowym – mogłoby skutkować sztucznym dzieleniem sieci na mniejsze podmioty w ramach tej samej grupy kapitałowej. Jaki problem wymienić szyldy w „Biedronkach” na, dajmy na to, „Motylki” czy inne „Chrabąszcze”?

Z dwojga złego, chyba jednak progresywny podatek obrotowy byłby stosunkowo najbardziej skuteczny – tu jednak wiele zależy od skalkulowania spodziewanej kwoty do zapłacenia w konfrontacji z kosztami „parcelacji” sieci i promocji nowych „marek”. W każdym razie, coś zrobić trzeba, bowiem wielkie sieci handlowe, podobnie jak inne międzynarodowe koncerny, poczynają sobie w Polsce (i szerzej – w krajach naszego regionu) niczym w podbitej kolonii – mordując rodzimą konkurencję, wyzyskując na różne sposoby dostawców i transferując zyski za granicę. Dotąd obowiązywała u nas wolna amerykanka – w przeciwieństwie do wielu krajów Europy Zachodniej, gdzie funkcjonują chociażby regulacje dotyczące lokalizacji sklepów wielkopowierzchniowych, czy zakaz handlu w niedziele. W Polsce potężne lobby wielkich sieci jak do tej pory skutecznie blokowało wszelkie tego typu inicjatywy – przypomnijmy sobie jaki kataklizm gospodarczy wieszczono gdy wprowadzano zakaz handlu w dni świąteczne. Skutkowało to w ciągu minionego ćwierćwiecza agresywną ekspansją, której ofiarą padł przede wszystkim rodzimy handel. Przykładowo, w moim kilkunastotysięcznym miasteczku działa osiem sieciowych marketów spożywczych i do tego trzy przemysłowe. Łatwo sobie wyobrazić, jak odbiło się to na miejscowych drobnych przedsiębiorcach.

Efektem powyższego są nieustające złote żniwa. Dla handlowych gigantów Polska – głównie wskutek nieefektywnego i nieszczelnego systemu podatkowego – stała się de facto rajem podatkowym. Dość powiedzieć, że w 2014 r. 10 największych sieci handlowych w Polsce zapłaciło raptem 500 mln zł. CIT przy przychodach niemal 110 mld zł. Sieci tłumaczą się wysokimi wydatkami na nowe inwestycje, jednak gołym okiem widać, że mamy do czynienia z „optymalizacją” i to szytą wyjątkowo grubymi nićmi. Kilka miesięcy temu było głośno o analizie prof. Dominika Gajewskiego z SGH, który wyliczył polską lukę w ściągalności CIT na 46 mld zł rocznie, z kolei wcześniejsze szacunki Komisji Europejskiej przy okazji „afery Junckera” (wyprowadzanie zysków do Luksemburga) mówiły o 20 mld zł. W tym kontekście warto dodać, że sieci handlowe zanotowały w 2014 roku obroty w wysokości 168 mld. A zyski? Firma KPMG podaje w swym raporcie, że spośród 20 największych sieci 5 zanotowało w ubiegłym roku stratę, a w kilkunastu innych oficjalny zysk nie przekroczył 1,5 proc. Powszechną praktyką jest stosowanie tzw. cen transferowych, czyli arbitralnie ustalanych wewnątrz danej korporacji cen różnych dóbr, które są używane w rozliczeniach między podmiotami działającymi w różnych krajach – np. zagraniczną spółką-matką a krajową spółką-córką. W ten sposób można legalnie wyprowadzać zyski do centrali choćby pod postacią opłat licencyjnych (prawa do marki, logo itd.), przy bezradności fiskusa cierpiącego na dodatek na chroniczny brak urzędników specjalizujących się w tej tematyce. Ocenia się, że rocznie wyprowadzanych jest z Polski ok. 70 mld zł, w czym największy udział mają właśnie koncerny handlowe.

Podatek od sieci handlowych, to nie tylko doraźna potrzeba załatania budżetu i znalezienia pieniędzy na wyborcze obietnice socjalne w rodzaju 500 zł na dziecko, podniesienia kwoty wolnej od podatku, czy obniżenia wieku emerytalnego. Chodzi również o wyrównanie szans między podmiotami krajowymi a zagranicznymi, a nade wszystko – by wielkie, międzynarodowe koncerny zaczęły wreszcie łaskawie partycypować w funkcjonowaniu państwa na którym dotąd bezkarnie żerowały. Czas złotych żniw dobiega końca - pora wreszcie uregulować rachunek za lata eksploatacji.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/%E2%80%9Epomys%C5%82y-rodem-z-budapesztu%E2%80%9D-jednak-przejd%C4%85

http://blog-n-roll.pl/pl/te-ubogie-supermarkety

http://blog-n-roll.pl/pl/podatkowa-ruletka

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 51-52-01 (18.12,2015-07.01.2016)

Bratnia pomoc coraz bliżej

Ustawę 1066” należy jak najszybciej uchylić, zanim ktoś zdąży zrobić z niej użytek.

Można było przewidzieć, że UE postara się spożytkować kryzys migracyjny do kolejnego ograniczenia suwerenności państw członkowskich i zamachu na te nieliczne prerogatywy, które jeszcze pozostają w ich gestii. Oto, jak doniosło na swych stronach radio RMF FM, z inicjatywy Francji wniesiony został do Komisji Europejskiej projekt powołania Europejskiej Straży Granicznej i Przybrzeżnej, która miałaby zastąpić obecnie działającą agencję ds. granic Frontex. Nowa służba dysponowałaby własnym budżetem, sprzętem, oraz – co najistotniejsze – oddziałami szybkiego reagowania. Zasadniczo owa „straż” miałaby zajmować się np. ratowaniem i poszukiwaniem osób znajdujących się w niebezpieczeństwie (czyli co – wyszukiwaniem „uchodźców”, którzy zabłądzili po drodze do europejskiego raju?), mogłaby również działać poza granicami Unii (ciekawe, na jakich zasadach – wkraczałaby, ot tak sobie, do Serbii czy Macedonii w poszukiwaniu zbłąkanych owieczek?). Jednak gwoździem programu są możliwości interwencyjne nowego organu. Oto w przypadku, gdyby Bruksela stwierdziła, że jakiś kraj „nie radzi sobie” z ochroną zewnętrznych granic UE, co zagraża funkcjonowaniu strefy Schengen, mogłaby (po uprzednich ostrzeżeniach i wezwaniach do usunięcia nieprawidłowości) wysłać oddziały ESGiP, by te przejęły kontrolę nad granicą. Działoby się tak nawet wówczas, gdyby dane państwo stwierdziło, że nie zachodzi potrzeba interwencji, lub wręcz przy jego sprzeciwie.

Rysuje się więc realne zastosowanie „doktryny Breżniewa” pod pozorem uszczelnienia granic. Jak łatwo zauważyć, jej ofiarami w pierwszym rzędzie mogą stać się państwa graniczne Unii – w tym również Polska, tym bardziej, że postulowana formacja miałaby również uprawnienia dotyczące zwalczania międzynarodowej przestępczości zorganizowanej i terroryzmu. Można sobie zatem spokojnie wyobrazić, że euro-straż z upoważnienia Brukseli wkracza do akcji po tym, jak na teren UE uda się przeniknąć jakimś mafiozom bądź terrorystom nie wychwyconym w porę przez miejscowe służby. Na ile dowolnie będzie można interpretować zapisy pokazuje dominująca w Brukseli opinia, iż z masami imigrantów „nie radzą” sobie... Węgry. Te same Węgry, które jako pierwsze postawiły na granicy płot, za co spotkały się ze zmasowaną krytyką i postulowały restrykcyjną politykę imigracyjną, robiąc jako bodaj jedyne państwo graniczne strefy Schengen to co należy. W tym samym czasie Niemcy i Austria w antyorbanowskim amoku zapraszały do siebie tabuny migrantów z którymi teraz nie wiadomo co począć. Dopiero niedawno władze Austrii zaczęły na gwałt stawiać płot na granicy ze Słowenią – ale nie, Austria i Niemcy radzą sobie znakomicie, podobnie jak Francja, której służby dopuściły niedawno do paryskiej masakry, choć teoretycznie miały ponoć zagnieżdżonych w Europie dżihadystów pod kontrolą...

Widać jak na dłoni, iż wszystko zmierza do zepchnięcia odpowiedzialności z głównych winowajców obecnej sytuacji i przerzucenia jej na europejskie peryferia. Opisywany tu projekt stanowi także bezpośrednie zagrożenie dla Polski. Po pierwsze, jesteśmy krajem granicznym. Po drugie, jeżeli sprawdzą się informacje o zmianie tras przerzutu migrantów, możemy stać się państwem frontowym – mówi się, że kolejne fale „uchodźców” zaczną napływać z kierunku ukraińskiego. Po trzecie wreszcie – mamy rząd, któremu Bruksela na polecenie Niemiec gotowa jest pod byle pretekstem dokopać na równi z Węgrami Orbana, choćby właśnie poprzez pozbawienie nas kontroli nad własnymi granicami i wysłanie tu zbrojnych formacji pod pozorem „bratniej pomocy”. No i nade wszystko – od lutego 2014 obowiązuje u nas ustawa o udziale zagranicznych funkcjonariuszy lub pracowników we wspólnych operacjach lub wspólnych działaniach ratowniczych na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, zwana potocznie „ustawą 1066”. Ten akt prawny legalizuje z góry wszelkie tego typu działania, przewidując m.in. używanie broni i środków przymusu bezpośredniego przez obcych funkcjonariuszy na terenie Polski, a także „wwozu na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej i posiadania broni palnej, amunicji oraz materiałów pirotechnicznych i środków przymusu bezpośredniego”. Tajemnicą poliszynela jest, iż ustawa została uchwalona na życzenie Niemiec i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ktoś tu zawczasu przewidział możliwość wywierania za jej pomocą na nas różnych nacisków – pogróżki Schulza o użyciu siły nie biorą się znikąd. Dodatkowe niebezpieczeństwo stwarza ewentualność przyjęcia 7 tys. „uchodźców” - wyobraźmy sobie, że „podrzucono” by nam między nimi zamachowców. Byłby pretekst do „antyterrorystycznej interwencji”? Krótko mówiąc – „ustawę 1066” należy jak najszybciej uchylić, zanim ktoś zdąży zrobić z niej użytek.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 51 (18-22.12.2015)

Podzielić Niemcy

Jeżeli na serio myślimy o politycznej emancypacji Polski spod kurateli Berlina, musimy poderwać jego europejską hegemonię.

I. Dywersja

Zabrzmi to jak political-fiction, ale na miejscu zwierzchników odzyskiwanych właśnie dla Polski służb specjalnych poważnie rozważyłbym możliwość wykreowania secesjonistycznej partii... w Bawarii. Nierealne? A może przynajmniej warto spróbować? Za chwilę postaram się Państwu wyjaśnić, dlaczego sądzę, że warto zainwestować w taką „kombinację operacyjną”, ale wpierw zastanówmy się, czy „tutajkrajowe” służby byłyby w ogóle zdolne coś takiego przeprowadzić.

Otóż, jeżeli w kontekście działalności służb specjalnych III RP można mówić w ogóle o jakiejkolwiek skuteczności, to niewątpliwie na konto – przyznaję, że dość specyficznych - „sukcesów” należy zaliczyć umiejętność kreowania bytów politycznych. Zdolność ta, odziedziczona w „pamięci genetycznej” po PRL-u, została wraz z odpowiednimi kadrami przeniesiona do PRL-bis. Rękę starych sprawdzonych fachowców oraz wyszkolonych przez nich następców było znać przy wylansowaniu Stanisława Tymińskiego, później przy Lepperze sprawnie kanalizującym społeczne frustracje tak by burze omijały rząd Leszka Millera a nie omijały Jarosława Kaczyńskiego, przy narodzinach PO której jednym z akuszerów był Gromosław Czempiński, następnie wokół Palikota z Dukaczewskim i Urbanem w tle, ostatnio zaś – przy narodzinach „Nowoczesnej” Ryszarda Petru bez problemu otrzymującej wielomilionowe kredyty „na start”, zanim jeszcze na dobre rozpoczęła działalność.

Zatem, jak widać kompetencje są i warto, by wreszcie zagrały one na korzyść Polski – trzeba tylko je przenieść na pole zagraniczne. Zwerbować agenturę spośród sfrustrowanych, odsuwanych na margines działaczy politycznych i społecznych, niespełnionych rewolucjonistów, nacjonalistów wrogich berlińskiej administracji itd. Swojego czasu znakomicie dawali sobie z tym radę Sowieci konstruując i sponsorując na Zachodzie różne lewackie struktury, dziś to dzieło kontynuuje putinowska Rosja wspomagając ugrupowania nacjonalistyczne – te wszystkie Fronty Narodowe, PEGID-y, Złote Świty... Gra na ekstremizmach – zarówno lewicowych, jak i prawicowych – należy do stałego repertuaru Kremla i nie ma powodów, byśmy na własną miarę nie mieli skorzystać z tej odbywającej się na naszych oczach lekcji.

II. Bawarski kocioł

No dobrze, powie ktoś, ale właściwie czemu akurat Bawaria? Ano dlatego, że osłabienie Niemiec leży w naszym najlepiej pojmowanym interesie. Jeżeli na serio myślimy o politycznej emancypacji Polski i szerzej – Europy Środkowej – spod kurateli Berlina, musimy poderwać jego europejską hegemonię. Sprowokowanie wewnętrznych kłopotów w najbogatszym landzie zmusiłoby Niemcy do skoncentrowania się w znacznej mierze na własnych problemach i ograniczenia mocarstwowych zapędów. A tak się składa, że właśnie w Bawarii na skutek zalewu przez hordy migrantów jest obecnie największy potencjał społeczny do postulowanej tu dywersji. To trochę tak jak z naszym Śląskiem – zaniedbanie tego regionu i upadek przemysłu doprowadziły do masowej frustracji, która dała pożywkę RAŚ. Chyba nikt nie ma wątpliwości komu i czemu służy działalność Gorzelika i ferajny. Spójrzmy tylko ile kłopotów zdążyła przysporzyć Polsce ta marginalna w gruncie rzeczy organizacja. Czas odpłacić pięknym za nadobne.

Wracając do Bawarii. Samobójcza polityka Angeli Merkel stworzyła korzystne dla nas podglebie nastrojów. Przytaczałem niedawno pokrótce na łamach „Warszawskiej Gazety” relację pewnego mieszkającego w Niemczech od 35 lat Polaka – właściciela dobrze prosperującej firmy, który w 1980 wyjechał ze Śląska za chlebem do „Reichu” i tam się „zasymilował”. Tutaj nieco tę relację poszerzę. Bawarczycy są generalnie wściekli na Merkel, uważają, że wpuszczając do „heimatu” tabuny obcych, zdradziła własny naród. Ludzie są przerażeni zarówno skalą migracji, jak i nastawieniem przybyszów, którzy „od progu” pytają gdzie są te przygotowane dla nich domy... Muzułmanie zwykli np. wchodzić do „Aldiego”, brać z półek całe zgrzewki napojów (oczywiście nie płacąc), następnie przed tym samym dyskontem wylewać je na ziemię i wracać z opróżnionymi butelkami, by... sprzedać je jako surowce wtórne. Zastraszona obsługa nie śmie protestować. Można sobie wyobrazić jakie są reakcje zwykłych Niemców na takie obrazki.

Wnuki osoby, której relację tu przytaczam, mówią już bardzo słabo po polsku. Pochodzą z mieszanych małżeństw, a rodzice chcieli, by bez problemów wtopiły się w niemieckie otoczenie. Teraz na gwałt rodzice postanowili uczyć je polskiego – na wypadek, gdyby trzeba było z powrotem ewakuować się na Śląsk. Może więc okazać się, że czeka nas fala powrotów – ale nie emigrantów z Wysp Brytyjskich, tylko tych, którzy jeszcze za PRL-u wyjechali do RFN „na saksy” i już tam zostali. Część z nich „przypominała sobie” na tę okoliczność o niemieckich korzeniach – być może zaczną sobie teraz przypominać o Polsce...

W każdym razie, popularna wśród Bawarczyków teoria spiskowa głosi, iż Merkel, Obama i Putin to ilumianaci, którzy postawili sobie za cel rozwalić Niemcy i Europę. Zostawiając na boku kwestię przynależności organizacyjnej światowych przywódców, sam fakt powodzenia tego typu teorii świadczy o panujących nastrojach. Niemcy czują się oszukani i zdradzeni – i to nie tylko przez klasę polityczną, ale przez elity jako takie – w tym również media. Zatem, jeśli faszeruje się nas „opiniotwórczymi” niemieckimi gazetami, to warto mieć świadomość, że prezentowane w nich poglądy rozjeżdżają się całkowicie z opiniami zwykłych Niemców. Bo trzeba dodać, że Bawarczycy mają obecnie dwóch idoli – Victora Orbana i Jarosława Kaczyńskiego. Ów Ślązak, do niedawna zagorzały „kaczkożerca” powiedział wręcz, że gdyby mógł, to Kaczyńskiego serdecznie by wyściskał. Poza sprzeciwem wobec imigrantów, Niemcy liczą, że polityka Węgier i Polski doprowadzi do osłabienia UE, a może wręcz do rozpadu (bo za zaistniały stan rzeczy Niemcy winią również Brukselę) – a wtedy będą mogli wreszcie zaprowadzić u siebie porządek. Na podobnej zasadzie nagle „Wessi” (Niemcy z dawnego RFN) zapałali sympatią do „Ossi” (Niemców z byłej NRD), których do niedawna traktowali niewiele lepiej niż innych mieszkańców byłych „demoludów”. Płonące ośrodki dla uchodźców i generalny sprzeciw wschodnich landów wobec ich przyjmowania stały się istotnym czynnikiem przełamującym lody.

III. Bawarscy secesjoniści

Powyższe widzi również premier Bawarii i szef CSU, Horst Seehofer – w szczycie kryzysu imigracyjnego ostentacyjnie wręcz spotykał się z Orbanem, za nic mając opinię Berlina. Oczywiście, CSU nie zerwie ani koalicji z CDU, ani nie wystąpi z federacji. Dlatego właśnie należy wykreować odrębny byt polityczny prący w tym kierunku lub wspomóc któryś z już istniejących. Za jego pośrednictwem należy przedstawiać Berlin jako źródło problemów, przekonywać, że Bawaria doskonale poradzi sobie sama (co jest zresztą prawdą). No i krzyczeć, że Merkel to iluminatka na pasku mrocznych, globalnych sił. Takie proste wytłumaczenie skomplikowanych problemów zawsze działa przynajmniej na jakąś część publiczności. W 2012 czołowy polityk CSU Wilfried Scharnagl wydał książkę „Bayern kann es auch alein” („Bawaria może być też sama”). W Bawarii funkcjonuje też Bayernpartei („Partia Bawarska”) żądająca „niepodległej Bawarii w zregionalizowanej Europie” – może by do nich zapukać? Zresztą, nasi służbowi specjaliści od zagospodarowywania społecznych nastrojów sami będą wiedzieli najlepiej.

Oczywiście, odłączenie Bawarii od Rzeszy... to jest, chciałem rzec, od Federacji to plan maksimum, raczej trudny do zrealizowania (choć, jak pokazuje przykład Katalonii, uruchomione wydarzenia mogą nabrać własnej dynamiki i kto wie, do czego ostatecznie doprowadzą). Na pewno jednak w naszym zasięgu jest wywołanie niepokojów, wewnętrzna destabilizacja i rozliczne zgryzoty tym wywołane. Sięgnę tu do jednej z moich ulubionych lektur - „Bolesława Chrobrego” Antoniego Gołubiewa. Jest tam taka scena, w której Bolesław każe wyłożyć przed sobą wszystkie zgromadzone kosztowności, po czym zaczyna je rozdysponowywać: temu możnowładcy w Niemczech wysłać tyle a tyle, tamtemu znowuż tyle... i tak dalej. Efektem jest wzmożenie wojny domowej w Cesarstwie i walki o koronę. Nawet jeśli to literacka wizja autora, to co do zasady tak właśnie winniśmy postępować i partia bawarskich secesjonistów byłaby tu pierwszym krokiem. Na to nie warto żałować, tak jak Niemcy nie żałują na systemową korupcję u nas. Niemcy borykające się z wewnętrznym kryzysem społeczno-politycznym to zarazem chwila oddechu dla nas i moment w którym będziemy mogli umocnić regionalną współpracę oraz sojusze w ramach Europy Środkowej – od Bałtyku po Morze Czarne. Z niemiecką, polityczną „czapą” dominującą w przestrzeni Mitteleuropy prawdziwie wielkiej i niepodległej Polski się nie zrobi.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 49 (16-22.12.2015)

Pod-Grzybki 32

Niniejsze „Pod-Grzybki” piszę 13 grudnia i w związku z kolejną rocznicą wojny polsko-jaruzelskiej naszła mnie taka myśl: skoro, jak nam mówią, „zamach na Trybunał Konstytucyjny” to „nowy 13 grudnia”, to w takim razie Kaczyński jest nowym Jaruzelskim. A zatem przysługuje mu zaszczytny tytuł „człowieka honoru”, dożywotnia ochrona przed jakąkolwiek odpowiedzialnością, po śmierci zaś – uroczysty pogrzeb z wojskową asystą na Powązkach.

*

Okazało się, że Petru opłaca swoich „obrońców demokracji” za manifestowanie na ulicach. Nic nowego – na Ukrainie funkcjonuje nawet taki przedsiębiorca, rozczarowany uczestnik „pomarańczowej rewolucji” (ach, któż jeszcze to pamięta?), który z idealisty przedzierzgnął się w cynika i prowadzi firmę wynajmującą ludzi na demonstracje. Obojętnie komu, byle kasa się zgadzała. Również w Niemczech działa agencja oferująca demonstrantów do wynajęcia: przeciw energii nuklearnej, wojnie, cięciom socjalnym – do wyboru, do koloru. Słowem, nie ma to jak słuszny gniew ludu za rozsądną cenę.

*

Ulicami Warszawy przeszedł spóźniony, halloweenowy Marsz Zombich III RP. Od tradycyjnych umarlaków różnią się tym, że zamiast mózgów spożywają ośmiorniczki – i chcą, by tak zostało. Co zaskakujące, do manifestowania udało im się nakłonić również nieco osób, które ośmiorniczki mogą spożywać co najwyżej ustami swych przedstawicieli. „Ukąszenie Michnika” najwyraźniej w ich przypadku okazało się nieodwracalne.

*

Folksdojcze z „Szechter Cajtung” idą na całość - Michał Kokot, Paweł Wroński i Roman Imielski zostali „blogerami” niemieckiego tygodnika „Die Zeit”, w którym będą relacjonować budowę „prawicowo-nacjonalistycznego państwa” w Polsce. W sumie tak zdrowiej – przynajmniej nie będą mogli z powrotem przedrukowywać swoich donosów jako „głosu niemieckiej opinii publicznej”.

*

Skoro „Pod-Grzybki”, to musi być i „Deutsche Welle”. Tym razem mam coś naprawdę mocnego. Tytuł: „Przysposobienie do seksu po niemiecku. Pluszowa edukacja seksualna”, następnie zaś: „Pluszowy penis zamiast podręcznika? Zobacz jak może wyglądać lekcja wychowania seksualnego. W Niemczech uczą się już tego nawet przedszkolaki”. A na dołączonym zdjęciu jakiś oblech prezentuje narządy płciowe w formie maskotek. Dalej czytamy: „W zestawie znajduje zarówno męskie jak i żeńskie narządy płciowe jak macica, penis, jadra, czy nawet cykl rozrodczy kobiety. Wykonane z pluszu nazywają się »Paomi« czyli part of me, co w tłumaczeniu oznacza »część mnie«”. I właśnie dlatego budujemy tutaj „prawicowo-nacjonalistyczne państwo”, właśnie dlatego.

*

Z ostatniej chwili. Ma powstać Europejska Straż Graniczna i Przybrzeżna – formacja m.in. z własnymi oddziałami szybkiego reagowania, które - jeśli kraje graniczne UE sobie „nie radzą” – mają przejmować kontrolę nad granicami nawet wbrew ich woli. A u nas już czeka w gotowości uchwalona zawczasu w proroczym natchnieniu „ustawa 1066”. Powiem tyle: NIKT nie robi takich rzeczy bez rozkazu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 49 (16-22.12.2015)