niedziela, 16 lipca 2017

Zielony szwindel nie przeszedł w Hamburgu

Niemiecką racją stanu pozostaje zniszczenie konkurencji, zanim same zostaną zmuszone zamknąć swój ekologiczny supermarket z prądem.

Okiełznanie Trumpa nie powiodło się – tak można by skomentować efekty szczytu G-20 w Hamburgu. Amerykański prezydent ani myślał wycofać się ze swojego stanowiska zaprezentowanego na wcześniejszym sycylijskim szczycie G-7 i twardo obstaje przy odrzuceniu ustaleń paryskiej konferencji klimatycznej, co stawia pod znakiem zapytania dalszą sensowność całego projektu. Nawet gdyby przyjąć za dobrą monetę teorię antropogenicznych (tj. spowodowanych przez człowieka) przyczyn tzw. globalnego ocieplenia lansowaną przez wyznawców ideologii ekologizmu i naukowców konsumujących tłuste granty od różnych instytucji, to zerwanie porozumień przez jednego z największych emitentów gazów cieplarnianych sprawia, że cała „walka z klimatem” z miejsca bierze w łeb.

Dlaczego zatem pozostałe kraje z uporem maniaka trzymają się czegoś, co w obecnych warunkach nie ma prawa zadziałać? Po części odpowiada za to dogmatyczne zacietrzewienie – lewicowe organizacje ekologiczne we współpracy z aparatem masowego ogłupiania (media plus przemysł rozrywkowy) zdołały w ogromnym stopniu zindoktrynować zachodnie społeczeństwa, które uważają „efekt cieplarniany” za niepodważalny fakt. W konsekwencji politycy, zwłaszcza z obozu lewicowo-liberalnego, nie mogą odstąpić od „pro-klimatycznego” kursu nie narażając się swoim wyborcom. Drugim powodem jest urażona duma i chęć zademonstrowania przed amerykańskim przywódcą, wciąż uważanym na światowych salonach za kogoś w rodzaju uzurpatora, jedności pozostałych graczy – do tej maskarady włączyły się nawet pokryte smogiem i toksycznymi wyziewami Chiny, byle tylko zaprezentować się jako konstruktywny i obliczalny partner (w domyśle – w odróżnieniu od USA). Lecz przede wszystkim chodzi tu o biznes w który zainwestowano ciężkie miliardy i wciąż się je ładuje w nadziei, że kiedyś się zwrócą. To dlatego z takim uporem naciska się na „dekarbonizację” i zaniechanie pozyskiwania energii z paliw kopalnych, mimo rozwoju czystych technologii. Donald Trump przeforsował zresztą włączenie do dokumentu końcowego zdania o tym, że Stany Zjednoczone będą współpracować przy „bardziej czystym i efektywnym korzystaniu z kopalnianych źródeł energii”, co wywołać miało liczne kontrowersje.

Owe kontrowersje podyktowane były nie tylko względami ideologicznymi. Tak się składa, że przyszła opłacalność produkcji energii z odnawialnych, „zielonych” źródeł oraz rozwijanych pod tym kątem technologii będzie możliwa jedynie wówczas, gdy zlikwiduje się konkurencję – czyli właśnie owe czyste i bardziej efektywne pozyskiwanie energii z paliw kopalnych. Tak się kreuje sztuczny rynek – zakazując alternatyw i zmuszając do tego kolejne państwa, przekształcając je tym samym z producentów w klientów i rynki zbytu dla „zielonych” potentatów, takich jak Niemcy. Dla krajów, których gospodarki oparte są na tradycyjnych surowcach, oznacza to zamordowanie konkurencyjności wskutek gigantycznego wzrostu kosztów produkcji, towarów, usług, a także utrzymania gospodarstw domowych.

Przykładowo Niemcy – główny obok bazującej na atomie Francji, orędownik „walki z klimatem” - od lat destabilizują europejski rynek energetyczny poprzez gigantyczne dotacje do własnej produkcji. Tylko w 2016 r. Berlin subsydiował swoją energię odnawialną astronomiczną kwotą 26 mld. euro, a rocznie idzie na ten cel średnio 25 mld. euro – podczas gdy realna wartość konsumowanego przez niemiecką gospodarkę prądu (ze wszystkich źródeł) wynosi 18-20 mld. euro – podaje cytowany przez portal wGospodarce.pl Konrad Purchała z Polskich Sieci Energetycznych. Warto dodać, że z OZE Niemcy pozyskują 25-30 proc. energii elektrycznej. Innymi słowy, Niemcy stosują permanentny dumping cenowy przekładający się na atrakcyjność eksportową ich prądu - czego jakoś dziwnym trafem „nie zauważa” Komisja Europejska, tak skora do interwencji w przypadkach nieuczciwej konkurencji stwierdzanej u mniejszych krajów.

Do powyższego dochodzi żerowanie na sieciach przesyłowych sąsiadów, co podnosiłem przed dwoma laty w felietonie „Wampiryzm energetyczny” - otóż niemieckie sieci nie są w stanie zaabsorbować raptownych wzrostów produkcji energii z farm wiatrowych na północy kraju przesyłanej do południowych landów i Austrii. Wskutek tego nadmiarowa energia obciąża systemy sąsiadów – w tym Polski. Rocznie oznaczało to dla nas dodatkowe koszty rzędu 100 mln. euro – na szczęście od tamtej pory zainstalowano na granicy przesuwniki fazowe, co zredukowało koszty, lecz nie wyeliminowało całkowicie problemu – wciąż są to dla nas miliony euro.

Podsumowując, nie dziwi, że Trump nie dał się wciągnąć w ów eko-szwindel – i nie dziwi zarazem, że Niemcy tak prą do „dekarbonizacji”, bo nawet tak bogaty kraj nie jest w stanie dopłacać do swojej „zielonej” produkcji w nieskończoność. Toteż ich racją stanu pozostaje zniszczenie wszelkimi dostępnymi metodami (dumping plus unijne i globalne regulacje) konkurencji, zanim same zostaną zmuszone zamknąć swój ekologiczny supermarket z prądem.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

Wampiryzm energetyczny

Asertywny jak Trump


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 28-89 (14-27.07.2017)

piątek, 14 lipca 2017

Cierpienia muzułmańskiej wycieczki

Dla większości była to pierwsza i zapewne ostatnia wizyta w Polsce” - podsumowuje swą relację portal „Deutschlandfunk”. I o to właśnie chodzi!


I. Gehenna młodych muzułmanów

A więc, drodzy Państwo, mamy kolejną wersję „spalenia kukły Żyda”. Tamta kukła z Wrocławia już się, nomen omen, wypaliła, bo ileż można do znudzenia epatować tym samym, zatem media rzuciły się na nową sensację – mianowicie, męczeństwo muzułmańskich uczennic z Berlina podczas wycieczki do Polski. Robert Winnicki wprawdzie twierdził, iż czyn Piotra Rybaka dał „Wyborczej” paliwo na następne 10 lat, ale w dzisiejszym pędzącym świecie trzeba podsuwać konsumentom papki wciąż nowe podniety, by utrzymać ich w stanie emocjonalnego rozdygotania, zatem znaleziono kolejnego bulwersującego newsa – czyli rzeczoną wycieczkę. Od momentu, gdy niemiecka rozgłośnia „Deutschlandfunk” opublikowała na swoich stronach internetowych stosowny materiał, skwapliwie nagłośniony w Polsce przez tutejsze pasy transmisyjne, nie było wręcz dnia, by postępowi publicyści nie odnieśli się do rzekomego „oplucia muzułmanki” na ulicy Lublina – oczywiście w duchu potępienia polskiej „islamofobii”. Ostatnio w weekendowym magazynie „GW” pani Paulina Wilk kazała się nam za to „wstydzić”, wygłaszając przy okazji pochwałę „pedagogiki wstydu”, której jakoby dziś bardzo nam brakuje.

Tymczasem wszystko wskazuje na to, że rozpętany na bazie niemieckich doniesień tzw. „shitstorm” (dość rozległy, bo temat podchwyciła też BBC, wiążąc go - jakże by inaczej – z antyimigracyjną polityką obecnego rządu), jest wypreparowanym na zimno tzw. fake newsem wedle recepty znanej z dowcipów o Radiu Erewań. Prawdą w tym wszystkim jest bodaj tylko to, że faktycznie takowa wycieczka się odbyła. Przypomnijmy może jednak dla porządku, jakichże to utrapień mieli doświadczyć w Polsce młodzi muzułmanie. Otóż w wycieczce wzięli udział pochodzący z imigranckich rodzin uczniowie z berlińskiego liceum im. Teodora Heussa, którzy założyli w swej szkole grupę roboczą o nazwie „Erinnern” („Wspominać”) w ramach której uczestniczą w wyjazdach mających przybliżyć im historię holocaustu. W Polsce zwiedzali Treblinkę, Majdanek, a także Lublin, Łódź i Warszawę.

Wycieczka ta miała przerodzić się w nieustające pasmo upokorzeń. W Lublinie uczennicę ubraną w muzułmańską chustę miał opluć jakiś przechodzień. Poinformowani o zdarzeniu policjanci mieli się „śmiać” i odmówili interwencji. Towarzysząca grupie tłumaczka polskiego pochodzenia (nie była świadkiem zajścia) chciała interweniować u policjantów, lecz ostatecznie się „nie odważyła” (ciekawe, dlaczego? Bała się, że ją spałują?). W tymże Lublinie ochrona nie wpuściła grupy do synagogi, na starówce odmówiono im sprzedania wody, a ktoś inny miał rzucić im pod nogi... wibrator (!). W innych miastach nie jest lepiej – na widok hidżabu padają groźby obrzucenia jedzeniem, jakiś mężczyzna wyjmuje z kieszeni nóż (a może widelec, dokładnie nie wiadomo), inna muzułmanka zostaje wyproszona ze sklepu w centrum handlowym za rozmawianie przez telefon po persku, a jakaś kobieta rzekomo oblewa ją i jej kamerę napojem. I tak na każdym kroku – wyzwiska, nieprzyjazne gesty, groźby. Co ciekawe, wycieczka (wraz z dorosłymi opiekunami) poczuła się do tego stopnia sterroryzowana, że zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa zgłoszono... dopiero niemieckiej policji po powrocie do Berlina.


II. Anatomia „fake newsa”

Przepraszam, ale nawarstwienie tych wydarzeń jest tak nieprawdopodobne, że nie jestem w stanie traktować tego poważnie. Od biedy uwierzyłbym w jeden – dwa incydenty, ale tutaj aparat propagandowy preparując całą tę historyjkę zwyczajnie przedobrzył. Wyczuli to nasi lewacy, którzy w swym przekazie skrupulatnie pomijają groźby za pomocą widelca i atak wibratorem, jako jawny absurd, koncentrując się na opluciu jednej z dziewczyn i wokół tego nakręcając histerię. Za granicą natomiast, jak świadczy reakcja BBC, opowieść przyjmowana jest z pełną powagą, bo dobrze wpisuje się w propagandowy wizerunek Polski jako kraju ksenofobicznego, rządzonego przez „nacjonalistyczny” reżim PiS.

Tyle, że nawet owo oplucie to najprawdopodobniej ściema. Tak się składa, że fragment ulicy na którym miało do tego dojść objęty jest miejskim monitoringiem, którego zapis nie potwierdza zajścia. Policji było tam wówczas sporo, bo zabezpieczała trwające wówczas mistrzostwa Europy do lat 21 w piłce nożnej. Zrozumiałe też, że policjanci oddelegowani do zabezpieczenia imprezy i kibiców nie mogli oddalać się samowolnie z wyznaczonych miejsc. Podobnie z oblaniem napojem w centrum handlowym – takie miejsca standardowo objęte są monitoringiem i jakoś nic nie słychać o nagraniach potwierdzających incydent.

Co do synagogi – oświadczenie wydała już warszawska Gmina Żydowska. Uczniów nie wpuszczono, bo synagoga jest częścią zamkniętego kompleksu hotelowego wynajętego wówczas w całości przez jedną z reprezentacji wspomnianego już młodzieżowego Euro. W zamian zaproponowano grupie zwiedzanie cmentarza żydowskiego, co odbyło się bez przeszkód – ale cóż to szkodzi trochę nakłamać? Podobnie można się zastanawiać nad stopniem utraty wzroku u nastoletniej dziewczyny, która nie potrafi odróżnić noża od widelca i nie może się zdecydować jakim konkretnie sztućcem groził jej napastnik.

No i wreszcie ten nieszczęsny wibrator – dobrze, że nie wybuchł, bo z opisu wynika, że ktoś rzucając go pod nogi chciał wykorzystać to narzędzie w charakterze granatu. Zważywszy na nagromadzenie kibiców już bardziej możliwe byłoby rzucenie petardy – najwyraźniej w pogoni za bulwersującą sensacją nie przemyślano zeznań pod kątem prawdopodobieństwa. Jaka jest statystyczna szansa, że na trasie wycieczki znajdzie się akurat osoba mająca przy sobie wibrator i na dodatek nie wahająca się go użyć? Czepiam się tego frywolnego sprzętu, bo najlepiej obrazuje on absurdalność tej opowieści. W internecie ktoś zauważył, że obrzucanie się wibratorami to staropolska tradycja sięgająca czasów Mieszka I, tyle że wtedy były one strugane z lipowego drewna – i niech to posłuży za komentarz.

Nade wszystko zaś – gdzie są zdjęcia, filmy? Uczniowie mieli przy sobie telefony i kamery, jednak to co opublikowano w internecie pokazuje zwyczajną wycieczkę „odhaczającą” kolejne punkty programu. Mam swoje wyjaśnienie tych sprzeczności i posłużę się tu pewną analogią. Otóż wiadomo, że żydowscy uczniowie z Izraela przed obowiązkową wycieczką do Auschwitz poddawani są antypolskiemu praniu mózgu – zabrania się im np. przyjmowania od Polaków wody i jedzenia, bo mogą być zatrute. Sądzę, że podobnych bredni o polskim nacjonalizmie i islamofobii nasłuchali się uczniowie berlińskiego liceum i wszelkie wydarzenia filtrowali przez prymat tego, czym nafaszerowano ich mózgownice – tyle, że szkoła oczywiście się do tego nie przyzna. Ot, jakiś przechodzień mógł „odcharknąć” flegmę na chodnik (niekulturalnie, ale żadna zbrodnia), co zostało zinterpretowane jako usiłowanie „oplucia”. Swoje zrobiła też bariera językowa - funkcjonariusze nie znali i nie mieli obowiązku znać niemieckiego czy angielskiego. I przypuszczam, że tak było ze wszystkim - tu jakieś krzywe spojrzenie na widok muzułmańskich chust, które w Polsce wciąż stanowią niecodzienny widok na ulicach, tam jakieś nieporozumienie, ktoś może pomyślał, że władze samorządowe na własną rękę sprowadziły „uchodźców” na wzór „syryjskich sierot” Adamowicza - i dorobiono do tego całą „story” idealnie utrafiającą w zapotrzebowanie niemieckiej propagandy, tudzież jej miejscowych wyrobników. Faktów i tak nikt nie będzie sprawdzał, bo po co? Dodajmy, że histeria nakręciła się do tego stopnia, że jakaś grupa Polaków z Berlina opublikowała list otwarty z przeprosinami, o czym skwapliwie doniosło „Deutsche Welle” - i nawet znalazło się półtora tysiąca nawiedzonych idiotów, którzy go podpisali.


III. „Bad news” to „good news”!

A teraz, na zakończenie napiszę rzecz straszną i niedopuszczalną. Osoby o słabszych nerwach i rozchwianej wrażliwości uprasza się o zakończenie lektury w tym miejscu.

Już? No dobra, to jedziemy.

Otóż, nawet jeśli wszystko to było klasycznym „fejkiem”, to summa summarum dobrze się stało, że poszedł w świat w takiej formie. Z prostego powodu – tego typu historie mają istotny walor odstraszający i niech będzie o tym jak najgłośniej, tak by „uchodźcy” zapierali się przed relokowaniem ich do ksenofobicznej Polski rękami i nogami. Skoro Polacy są tak przesyceni nienawiścią i są takimi nacjonalistycznymi zboczeńcami, że napastują nawet muzułmańskie uczennice - i to wibratorem - to przysyłanie do tego szowinistycznego kraju imigrantów byłoby z gruntu niehumanitarne, narażałoby bowiem ich zdrowie, a może i życie na niebezpieczeństwo. Warto też rozpropagować, że dzicy Polacy są tak drapieżni, że gotowi są rzucać się na gości z widelcami - kto wie, czy nie w celach konsumpcyjnych. Możliwe też, że „oplucie” jednej z uczennic było efektem nienawistnego ślinotoku i żarłocznego apetytu. Dla większości była to pierwsza i zapewne ostatnia wizyta w Polsce” - podsumowuje swą relację portal „Deutschlandfunk”.

I o to właśnie chodzi.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 28 (12-18.07.2017)

Pod-Grzybki 105

Z kroniki kryminalnej „nadzwyczajnej kasty ludzi”. Sędzia Mirosław T., wiceprezes Sądu Okręgowego w Żyrardowie, został usunięty ze stanu sędziowskiego - przywłaszczył sobie na stacji benzynowej 50-złotowy banknot położony chwilę wcześniej na ladzie przez inną klientkę. Gdy ta na chwilę się odwróciła - świsnął kasę, a potem tłumaczył się, że zrobił to „nieświadomie”. Wynika z tego, że odruch brania pieniędzy miał zakorzeniony na poziomie najgłębszych instynktów. Druga rzecz – okazuje się, że presja ma sens, bo idę o zakład, że jeszcze niedawno cała sprawa zostałaby skrzętnie zamieciona pod dywan. No i po trzecie, teraz rozumiem wyrozumiałość sądów dla posłanki Sawickiej – dawali jej kasę, to wzięła, o co tyle krzyku?


*

Na marginesie szczytu Trójmorza i wizyty Trumpa odezwała się Ukraina z pretensjami, że nie zaproszono Poroszenki. Najwyraźniej Ukraina spodziewała się zaproszenia „pana czekoladki” w nadzwyczajnym trybie - tamtejsza prasa pisała wręcz o „teście przyjaźni”. I tak dobrze, że nie domagali się tzw. „dowodu miłości”, bo Waszczykowski jako człowiek już niemłody mógłby tych banderowskich amorów nie przetrzymać.


*

Lewackie mediodajnie skomentowały wizytę Trumpa w przewidywalnym stylu – że „nic nie powiedział”, miał niedopasowany garnitur i nie upomniał się o „praworządność”. Krótko mówiąc, miały pretensje do Trumpa, że nie jest Obamą. Z tego wszystkiego wyziera źle ukrywana zazdrość, bo teraz możemy im śmiało powiedzieć: nasz Donald jest fajniejszy niż wasz!


*

Od ponad dwóch tygodni polskojęzyczne przekaziory pomstują na polską ksenofobię, która kazała przedstawicielom tutejszego ciemnogrodu molestować szkolną wycieczkę młodych muzułmanów z Berlina. Co ciekawe, nie zachowały się żadne zdjęcia ani filmy, choć uczniowie mieli ze sobą smartfony i kamery. Swoją drogą, zawsze zastanawiało mnie jak filmowanie i robienie zdjęć ma się do koranicznego zakazu sporządzania wizerunków zwierząt i ludzi. Czyżby uznawano, że jeśli człowiek ograniczy się do wciśnięcia guziczka kamery, to reszta dzieje się już sama, z woli Allaha? „To Allah sprawia, że się nagrywa, nie ja” - no i najwyraźniej Allah postanowił, że akurat napastowanie biednych muzułmaniątek się nie nagra. Ot, kismet... A tak nawiasem, w kontekście ujawnionych właśnie krwiożerczych instynktów Polaków, zmuszanie „uchodźców” do relokowania ich nad Wisłę zakrawa na iście małpią złośliwość.


*

A tymczasem IBRIS opublikował przełomowy sondaż wg którego większość Polaków jest przeciw przyjmowaniu nachodźców – nawet gdyby wiązało się to z finansowymi sankcjami, a wręcz opuszczeniem UE. I to są nastroje, które należy „grzać” - bo niedługo Polexit stanie się palącą koniecznością i społeczne poparcie będzie nieodzowne do przeprowadzenia tej operacji. A tak poza tym – w takich chwilach jestem z rodaków zwyczajnie dumny, bo jednak brukselska mamona i wpajany kompleks niższości nie przesłoniły im najważniejszych priorytetów. Brawo my!



Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 28 (12-18.07.2017)

niedziela, 9 lipca 2017

Trump w Warszawie – patron Trójmorza?

Widać wyraźnie, jak bardzo wizyta Donalda Trumpa jest nie na rękę unijnym decydentom oraz ich tutejszym poputczykom.


I. Lewacka histeria

Państwo czytając te słowa będą ode mnie mądrzejsi o wiedzę na temat efektów wizyty Donalda Trumpa w Warszawie, jednak jeżeli wziąć pod uwagę natężenie histerii lewackich mediów można by dojść do wniosku, że Polskę na jej skutek czeka jakiś potworny kataklizm. Tu jednak na wstępie małe zastrzeżenie – nieco irytuje mnie również ton ośrodków prorządowych, którym udzielił się nastrój podniosłego wyczekiwania, niczym nie przymierzając, przed pielgrzymką papieża. Przylot amerykańskiego prezydenta jest każdorazowo istotnym wydarzeniem, owszem, ale przesada w demonstrowaniu entuzjazmu trąci klientelizmem. To jednak w sumie drobiazg, jeśli spojrzymy na reakcje drugiej strony – uderza zarówno zajadłość z jaką rzucono się krytykować samą wizytę, jak i prorokowanie przez obóz liberalno-lewicowy fatalnych następstw, które jakoby ma za sobą pociągnąć. Już samo to świadczy o wadze obecności Donalda Trumpa na szczycie państw Trójmorza (wymieńmy dla porządku tę „dwunastkę”: Polska, Austria, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Rumunia, Słowacja, Słowenia i Węgry).

Gdyby brać na serio ton tytułów związanych z „totalną opozycją” (i na ogół równie mocno – z Berlinem i Brukselą) można by mniemać, że do Polski przybywa jakiś parias światowej polityki, z którym nikt nie chce mieć do czynienia – ktoś w rodzaju Kim Dzong Una (bo już nie Putina, zważywszy na to z jaką czołobitnością te same redakcje witały go w 2009 r. - nie zapomnę rozentuzjazmowanej reporterki TVN-u, która raczyła wówczas palnąć, że na Westerplatte przywódcy będą ŚWIĘTOWAĆ rocznicę wybuchu II Wojny Światowej). Intencja jest ewidentna – ogłosić zawczasu, że szczyt z udziałem akurat Donalda Trumpa, zaproszonego przez ten konkretny rząd i tego polskiego prezydenta jest z definicji obciachowym, mało znaczącym propagandowym cyrkiem, który na dodatek jeszcze głębiej poróżni nas z „Europą”. W ferworze uprzedzającego dyskredytowania jakoś im umyka, że z prezydentem USA spotkają się przedstawiciele 12 krajów Unii Europejskiej – no, ale to jest ta „mniej ważna” Europa, bo jakaś taka za bardzo lokalna...


II. Niemiecki strach

Z tego wszystkiego przebija strach. Widać wyraźnie, jak bardzo wizyta Donalda Trumpa jest nie na rękę unijnym decydentom oraz ich tutejszym poputczykom. Sygnał do szturmu dała jak zwykle niezawodna prasa niemiecka, która ma to do siebie, że jeśli idzie o interes Berlina, zawsze prezentuje pryncypialnie jednolity front wyrażający stanowisko tamtejszego establishmentu. Już rok temu, po szczycie „dwunastki” w Dubrowniku rozgłośnia „Deutschlandfunk” alarmowała, że Trójmorze mogłoby w przyszłości „zastąpić struktury Unii Europejskiej w regionie” - czytaj, wyprowadzić Mitteleuropę spod wpływów Niemiec. Obecnie „Sueddeutsche Zeitung” wprost określa Międzymorze mianem „międzynarodówki autokratów”, widząc w wizycie Trumpa w przeddzień szczytu G-20 w Hamburgu wyraźny konfrontacyjny sygnał wysłany pod adresem „polityków wprowadzających ład w czasach postpopulizmu”. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” z kolei zastanawia się, czy „Trump podzieli Europę”, a ponadto – powołując się na „polskich ekspertów” - straszy wzmocnieniem Międzymorza, bowiem Kaczyńskiego z Trumpem „łączą autorytarne skłonności i ksenofobia”, wskutek czego „nowa Europa może nasypać piasku w tryby starej Europie”. Myśl tę kontynuuje „Die Zeit” podnosząc (cyt. za wPolityce.pl), iż Gdy w Berlinie i Brukseli narasta świadomość wyemancypowania się od USA, rząd w Warszawie demonstracyjnie szuka bliskości z Trumpem”.

Uderzająco zgodny chór, nieprawdaż? Widać jak na dłoni obawę przed wyemancypowaniem się Europy Środkowej spod berlińskiej kurateli, do czego wydatnie może się przyczynić amerykański patronat nad regionem, o czym zresztą nadmieniałem niedawno w tekście „Exit Wyszehradu?”. Tego samego lęka się Bartosz T. Wieliński z „Wyborczej” i jej były niemiecki korespondent, słynący z tego, że we wszystkich kwestiach spornych nieodmiennie bierze stronę Berlina. Podstawia mikrofon „analitykowi” Marcinowi Zaborowskiemu, by ten mógł stwierdzić, iż „Polska zostanie wykorzystana” i że w Europie przypną nam łatkę „konia trojańskiego”, lub wręcz „klienta Donalda Trumpa” - wcześniej zaś własnym piórem na łamach „New York Timesa” bije w dzwon, że „Trump przyjedzie do Polski pełnej niepokoju” oraz rytualnie już ostrzega przed „podzieleniem Europy”, przy okazji rysując obraz naszego kraju jako państwa autorytarnego i wzywając Trumpa, by ten skrytykował „erozję demokracji w Polsce”. Zaiste, sukces szczytu Trójmorza przypieczętowany zacieśnieniem relacji z USA w połączeniu z widmem osłabienia niemiecko-brukselskich wpływów w Polsce, musi „totalnej opozycji” spędzać sen z powiek. Widomym tego znakiem jest niezborna miotanina Platformy, która nie mogła się zdecydować, czy wizytę Trumpa ma zbojkotować, czy się na nią wprosić.


III. Dorosłe sprawy

Tymczasem, przechodząc od zarysowanego powyżej amoku do poważniejszych tematów, materiału do rozmów na linii Europa Środkowa – USA jest tyle, że wystarczyłoby na tydzień solidnego debatowania. Zbliżenie ze Stanami jest nam bowiem potrzebne choćby po to, by osłabić sojusz niemiecko-rosyjski realizowany obecnie (mimo sankcji) chociażby za pomocą projektu Nord Stream 2. Interes Rosji jest jasny: maksymalnie uzależnić od dostaw gazu Europę, co automatycznie przełoży się na wpływy polityczne Kremla. Surowce to dla Rosji nie tylko główne źródło utrzymania, ale nade wszystko narzędzie prowadzenia neoimperialnej polityki – dlatego lobbuje na wszelkie sposoby, by wywalczyć sobie wyłączenie spod zasad pakietu energetycznego rozdzielającego rolę dostawcy od operatora gazociągów. Interes Niemiec natomiast leży w tym, by to właśnie one stały się europejskim „hubem gazowym” rozprowadzającym rosyjski surowiec na kontynencie – w tym również, ma się rozumieć, do krajów naszego regionu, trwale je od siebie uzależniając.

Nasz interes jest z gruntu odmienny – musimy za wszelką cenę zdywersyfikować źródła dostaw, przestawiając przy tym kierunek ich transportu (ale też szlaków komunikacyjnych i handlowych) z osi wschód-zachód na północ-południe. To dlatego istotną częścią rozmów w gronie państw Trójmorza jest kwestia budowy interkonektorów, gazociągów, gazoportów – słowem, energetycznej niezależności. Dlatego również Polska sygnalizuje, że nie będzie przedłużać obecnej umowy gazowej z Rosja, przymierza się do budowy drugiego gazoportu i nakłania do tego typu strategicznych inwestycji infrastrukturalnych inne kraje regionu – docelowo bowiem ma zostać stworzona sieć powiązań uwalniających nas spod rosyjsko-niemieckiego dyktatu.

Interes USA polega zaś na tym, że chcą wrócić do czynnej gry w Europie i sprzedawać swój gaz LNG – i m.in. właśnie w charakterze akwizytora amerykańskiego gazu będzie występował w Warszawie Trump. Ameryka potrzebuje sojuszników i pragnie osłabić wpływy zarówno Niemiec, jak i Rosji, czego daje ostatnimi czasy znaczące przykłady. Pierwsze transporty amerykańskiego gazu do Świnoujścia to nie przypadek, podobnie jak nie są przypadkiem niedawne sankcje uderzające m.in. w firmy zaangażowane w Nord Stream 2, co wywołało prawdziwą furię Niemiec. Do tego Ameryka potrzebuje realnych członków NATO, czyli takich, którzy będą łożyli na siły zbrojne ustalone na szczycie w Newport min. 2 proc. PKB – a najlepiej, gdyby sprzęt kupowały właśnie w USA. My z kolei jesteśmy zainteresowani chroniącą nas przed Rosją obecnością militarną Waszyngtonu w regionie. Słowem, jest tyle nakładających się i wzajemnie uzupełniających interesów – i to dalece wykraczających poza bilateralne relacje polsko-amerykańskie - że na pewno będzie o czym rozmawiać. Proszę porównać sobie geostrategiczną wagę zarysowanych tu problemów z towarzyszącym wizycie medialnym kociokwikiem spod znaku „zły Trump przylatuje do złego Kaczyńskiego”. Można by rzec sprzedajnym gryzipiórkom – morda w kubeł, gdy dorośli rozmawiają o dorosłych sprawach.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

Exit Wyszehradu?

Media w Niemczech – na służbie władzy


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 27 (07-13.07.2017)

piątek, 7 lipca 2017

Symetryzm i postpopulizm – nowe zaklęcia liberałów

1) „Symetryści” to współczesna odmiana rewizjonistów. 2) Fala „populizmu” nie opadła - to politycy mainstreamu nauczyli się na niej jako-tako surfować.

I. Rewizjonistom twarde „nie”!

Jak Państwo wiedzą, od czasu do czasu w celach poznawczych dokonuję tu wiwisekcji liberalnych mózgownic, by sprawdzić co też tam nowego się urodziło. Śpieszę donieść, że na dzień dzisiejszy obóz lewicowo-liberalny ma dwa nowe słowa-zaklęcia: na gruncie krajowym jest to „symetryzm”, zaś na skalę międzynarodową - „postpopulizm”. Oba wytrychy pojęciowe mają jedną, podstawową cechę wspólną: niczego nie wyjaśniają i stanowią jedynie polityczno-ideową wersję antydepresantu, mającą podnieść u ich głosicieli samopoczucie, tudzież wywołać przeświadczenie, że obrany kurs jest słuszny – trzeba tylko zewrzeć szyki, uciszyć malkontentów i szturmować wraże pozycje. Jak to często bywa, takie sztuczne zagłuszanie percepcji powoduje skrajne rozmijanie się z rzeczywistością.

Zacznijmy od „symetryzmu”. Ów koncept opisał flagowy duet autorski tygodnika „Polityka”, czyli Mariusz Janicki – Wiesław Władyka w artykule „Symetryści i poputczycy”. Kim są owi „symetryści”? Otóż najprościej rzecz ujmując, jest to współczesna odmiana rewizjonistów. Okazuje się, że nie wystarczy być w opozycji wobec PiS. Należy przede wszystkim schować głęboko do kieszeni wszelki krytycyzm wobec rządów PO i szerzej – wobec dorobku III RP. Jeżeli uważasz, że PiS jest normalną partią polityczną mieszczącą się w demokratycznym porządku, a jej niechby i kontrowersyjne poczynania nie odbiegają ciężarem gatunkowym od tego co robiła Platforma – jesteś symetrystą. Jeśli sądzisz, że PO popełniła szereg błędów, które finalnie spowodowały jej porażkę – obiektywnie stajesz po stronie PiS. Jeżeli krytykujesz „błędy i wypaczenia” transformacji ustrojowej skutkujące pauperyzacją znacznej części społeczeństwa, poczuciem degradacji, zrodzoną z tego frustracją i generalnie nie uważasz III RP pod rządami jej beneficjentów za pasmo historycznych sukcesów – stajesz się „poputczykiem” Kaczyńskiego i w rezultacie, chcąc nie chcąc, grasz z nim w jednej drużynie.

Proszę zauważyć, że te oskarżenia kierowane są do wewnątrz i obliczone są na zdyscyplinowanie własnych szeregów oraz pacyfikację odstępców od jedynie słusznej linii „totalnej opozycji”. Innymi słowy, zarzut „symetryzmu” ma na celu wyeliminowanie wszelkiego krytycznego oglądu rzeczywistości i zapieczenie własnego środowiska w tępym dogmatyzmie spod znaku „żeby było tak, jak było”. A kto wykonuje krok w bok – ten odszczepieniec i „wróg ludu” pogrążający się w błędach „prawicowego odchylenia”. Takich nam nie potrzeba, bo osłabiają jedność moralno-ideową – można by streścić przesłanie Janickiego i Władyki, będących w tym przypadku głosem rządzących po opozycyjnej stronie gerontów „republiki okrągłego stołu”. Przypomina to potępieńcze połajanki z czasów PZPR na „jałowe krytykanctwo” i „wodę na młyn odwetowców z Bonn”. Wątpliwości, wahania, indywidualizm, niechęć do polityki, wszystkie te »naturalne« cechy niepisowskiego elektoratu ułatwiają marsz zwartych oddziałów Prawa i Sprawiedliwości” - kończą swój tekst autorzy „Polityki”. Słowem, jak to śpiewano w piosence „Różowe świnki” - „rewizjonistom twarde nie!”.


II. „III RP z ludzką twarzą”

Mamy tu w znacznej mierze spór generacyjny w obozie liberalnym, bo tak się składa, że oskarżani o „symetryzm” to często publicyści i politycy z młodszego pokolenia. Oto „dzieci” architektów III RP, podnoszą to, czego broniące własnych wyborów i biografii pokolenie ich „ojców” nie chce zauważać. Znów przypomina się PRL-owski schemat, kiedy to potomstwo stalinowców zaczęło walczyć o „socjalizm z ludzką twarzą”. Tu analogicznie – powodowane liberalną aksjologią (zostawiam na boku, co o „liberalnych wartościach” sądzę), młode pokolenie lewicowych liberałów pragnie „III RP z ludzką twarzą”. To co ich wyróżnia, to chociażby większa wrażliwość społeczna i empatia wobec pogardzanego przez okrągłostołowe elity „ciemnego ludu”. Dlatego m.in. doceniają program „500+” widząc jego rozliczne emancypacyjne skutki dla warstw do tej pory skrajnie upośledzonych. Upominają się o godność ludzi dotąd wykluczonych i nie partycypujących w „historycznym sukcesie”. Wystarczy prześledzić chociażby teksty Grzegorza Sroczyńskiego – bodaj jedynego publicysty „Wyborczej” nadającego się do czytania. Na podobnym gruncie stają również często publicyści internetowej „Kultury Liberalnej”. Inaczej rzecz ujmując: jeżeli Sadurski pomstuje, że Kaczyński dał „nieoświeconemu plebsowi poczucie dostępu do władzy”, to „symetryści” pytają: „a co w tym złego? I dlaczego »plebsowi« do tej pory tego odmawiano?”

W konsekwencji, „symetryści” przez „gerontów III RP” postrzegani są jako element niepewny, wciąż balansujący na granicy zdrady. Niedawno we wspomnianej tu „Kulturze Liberalnej”, która problemowi symetryzmu poświęciła jeden z ostatnich numerów, ukazał się wywiad z Rafałem Wosiem - „symetrystycznym dysydentem” z „Polityki” - z którego wynika, że we własnej redakcji jest ledwie tolerowany. I to jest dla, hasłowo rzecz ujmując, obozu patriotyczno-niepodległościowego, dobra wiadomość: „symetryści” bowiem uosabiają po stronie liberalnej głos elementarnego rozsądku – i ten głos jest systematycznie sekowany przez dominujących „twardogłowych” walczących z „pisowskim odchyleniem”. W zamian za to mamy erupcję destrukcyjnej (głównie dla nich samych) agresywnej histerii symbolizowanej przez „Wyborczą”, „Lisweeka”, a na ulicach – przez neo-palikociarnię spod znaku „Obywateli RP”. Michnik podczas jednego ze spotkań powiedział, że za komuny wystarczyło mu, że był „antykomunistą” i teraz też wystarczy mu, że jest „antypisowcem”. Jak długo po stronie opozycji będzie trwał taki układ sił, przejawiający się na zewnątrz totalnym negowaniem wszystkiego, bez żadnych konstruktywnych rozwiązań dla Polski i Polaków, to Kaczyński może spać spokojnie.


III. „Populizm” kolonizuje mainstream

Teraz drugie słowo-wytrych, czyli „postpopulizm”, którym wachlują się z lubością publicyści polityczni na Zachodzie. Jak się zdaje, ukuto je po zwycięstwie Macrona we Francji, odtrąbieniu „Europy wielu prędkości” i powrotu do niemiecko-francuskiego „silnika” Unii Europejskiej. Ów „postpopulizm” oznaczać ma klęskę ugrupowań i polityków „radykalnych”. Oto, prawią nam zwolennicy tej teorii, populistyczna fala się cofnęła, a Trump w USA i „Brexit” to były wypadki przy pracy – bolesne, ale jednak incydenty, ludzie ochłonęli z populistycznej gorączki i znów głosują jak trzeba. Ba, pisze się wręcz o „epoce postpopulizmu”. Krótko mówiąc, jest to wielkie westchnienie ulgi polityczno-medialnego mainstreamu – znów wszystko jest pod kontrolą.

A bullshit, że się tak z amerykańska wyrażę. Nic nie jest pod kontrolą, a „populizm” wcale się nie cofnął. Żeby Norbert Hofer przegrał w Austrii, trzeba było powtarzać drugą turę wyborów prezydenckich po ewidentnych przewałach za pierwszym podejściem i przy mobilizacji wszystkich dotychczasowych sił politycznych, które postawiły na kandydata dotąd marginalnego – czyli Alexandra Van der Bellena, bo na widok polityków z głównego nurtu ludzie dostawali mdłości. Geert Wilders w Holandii ze swoją Partią Wolności poprawił swój wynik o 3 pkt. proc. i 5 mandatów w parlamencie. Żeby go powstrzymać rząd nie zawahał się przed zorganizowaniem antytureckiej „pokazuchy” z policją i psami na ulicach – bo musiał się uwiarygodnić przed wnerwionymi wyborcami, że też potrafi twardo pograć z imigrantami. Podobnie we Francji – na zwycięstwo Macrona i jego „En Marche!” musiał się złożyć cały establishment od lewa do prawa i do ostatniej chwili drżał o wynik. Sam Macron, by wygrać z Marine Le Pen zmuszony był odegrać komedię, jakoby był człowiekiem spoza układu, a „En Marche!” nie było partią, lecz „ruchem społecznym” - wypisz-wymaluj PO u swego zarania. Do tego musiał się uciec do „populistycznych” zagrań w rodzaju pomstowania na „dumping socjalny” i odwołać do mocarstwowych sentymentów Francuzów – bo do tego sprowadzała się jego obietnica, że Francja znów będzie liczącym się graczem w Europie. W Niemczech natomiast AfD niemal na pewno wejdzie po raz pierwszy do Bundestagu i to być może z kilkunastoprocentowym poparciem.

Co to oznacza? Ano to, że „populistyczny” program kolonizuje mainstream od wewnątrz. Dziś, aby wygrać wybory politycy głównonurtowi muszą przechwycić i „oswoić” przynajmniej część haseł „radykałów” - by udowodnić, że nie zamykają oczu na rzeczywistość. Nade wszystko zaś, przeciw „populistom” musi grać cały polityczny establishment i trząść się do samego końca – rzecz do niedawna nie do pomyślenia. Podsumowując, fala „populizmu” nie opadła - to politycy mainstreamu nauczyli się na niej jako-tako surfować. Tyle, że każdy surfer kiedyś się wywróci, a my czytając o „symetrystach” i „postpopulizmie”, czy co tam nowego się wykluje, możemy ze spokojem obserwować jakież to intelektualne wygibasy muszą wyczyniać liberalni publicyści, by pogodzić realny obraz świata ze swymi idiosynkrazjami, fobiami i obsesyjnym, sekciarskim doktrynerstwem.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 27 (05-11.07.2017)

Pod-Grzybki 104

Gdzieś już chyba podnosiłem ten postulat, ale powtórzę – sędziowie powinni być poddawani okresowym badaniom psychiatrycznym, bo normalni ludzie tak się nie zachowują. Tym razem ochrona jakiegoś supermarketu przyłapała panią sędzię ze Szczecina na przeklejaniu cen na przewodnikach – miała w ten sposób zaoszczędzić 30 zł. Alternatywne wyjście – w ramach egzaminu sędziowskiego powinien być sprawdzian praktyczny z kradzieży sklepowych, żeby tak głupio nie wpadali. Potem taki sędzia osądza profesjonalnego złodzieja – i co? Wstyd jak beret – jak taki amator ma spojrzeć zawodowcowi w oczy?


*

Bolesław Wałęsa odgraża się, że przy okazji najbliższej miesięcznicy smoleńskiej rozsadzi się na Krakowskim Przedmieściu. To sprawa wielkiej wagi – i to w sensie dosłownym, bo Bolesław jest na oko ze dwa razy cięższy od takiego Frasyniuka i trudniej będzie go wynosić. Ale widzę rozwiązanie – należy ich obu zostawić, żeby zapuścili korzenie i obrodzili na wiosnę małymi „legendami Solidarności”. Wtedy minister Szyszko weźmie odrosty, zawiezie do Puszczy Białowieskiej na rozsady – a po kilku latach UNESCO wpisze teren na swoją listę jako rezerwat żywych legend.


*

Tomasz Piątek – człowiek, którego nawet lewacy z „Krytyki Politycznej” wywalili, bo uznali, że są pewne granice, a którego „Wyborcza” przyjęła z pełnym dobrodziejstwem inwentarza – otóż tenże psychotyczny fiksat napisał książkę z której ma wynikać, że Macierewicz jest agentem Putina i człowiekiem ruskiej mafii. To żadna nowość - wpisy tego typu regularnie pojawiają się na internetowym forum „Wyborczej” i Piątek postanowił pójść tym tropem. Macierewicz z kolei złożył zawiadomienie do prokuratury, lecz tu pojawia się problem, bowiem Piątek ma tzw. żółte papiery - co biorąc pod uwagę jego teksty nawet by się zgadzało - zatem może się zasłaniać niepoczytalnością objawiającą się np. urojeniami, których zapisy znalazły się w rzeczonej publikacji. Niemniej zakładam, że ci którzy książkę przyjęli do druku i wydali chyba są poczytalni - a może nawet podżegali Piątka do jej napisania. Ładnie to tak żerować na wariacie i wykorzystywać jego kondycję psychiczną dla paru groszy?


*

Co ciekawe, książkę wydało wydawnictwo „Arbitror” założone w tym właśnie celu przez niejakiego Marcina Celińskiego - nikt inny nie chciał się babrać w Piątkowym szaleństwie. Cóż, pan Marcin z panem Tomaszem może swoje zarobią, ale idę o zakład, że dzieciaki będą im rysowały brudnymi paluchami ch***e na samochodach.


*

Na marginesie – tezę, że Macierewicz jest hersztem polskiej siatki GRU jako pierwszy rzucił bloger Free Your Mind - autor teorii smoleńskiej „maskirowki”. Tenże FYM jednocześnie twierdził, iż Tusk jest wodzem Polskiego Państwa Podziemnego heroicznie walczącym o ocalenie niepodległości. Słowem, wariactwo działa na zasadzie magnesu i opiłków żelaza – i dlatego tym większego ch***a trzeba wysmarować na karoserii samochodu Celińskiego, który na tym cynicznie żeruje.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 27 (05-11.07.2017)

niedziela, 2 lipca 2017

Lebensraum dla synów proroka

W obecnej wersji „Generalplan Ost” przewiduje zainstalowanie na wschodzie możliwie dużej liczby migrantów – i to koniecznie muzułmańskich.


I. Powrót do Lebensraumu

To zadziwiające, jaką żywotność potrafią zachować niektóre idee, mimo zmienionych warunków, kontekstu i zdawałoby się ostatecznej, historycznej kompromitacji. Ot, weźmy chociażby koncepcję „Lebensraumu”, czyli „przestrzeni życiowej” jaką dla swego narodu chciał wywojować na wschodzie Europy lewacki wódz III Rzeszy, Adolf Hitler. Można by mniemać, iż idea ta została pogrzebana wraz z trupem fuhrera i przywalona gruzami Berlina – ale nie. Oto Ska Keller, eurodeputowana niemieckiej partii „Zieloni”, zgłosiła pomysł, by do krajów Europy Wschodniej (np. na Łotwę) przesiedlać całe syryjskie wioski, aby „uchodźcy” czuli się na nowych terenach bardziej swojsko i od samego początku funkcjonowali w większej grupie. Nawiasem mówiąc, „Zieloni” pełnymi garściami czerpią z ekologicznego dorobku NSDAP – nikt wówczas nie miał tak postępowego ustawodawstwa dotyczącego ochrony zwierząt, jak niemieccy narodowi socjaliści, a i sam Hitler ze swym wegetarianizmem plasował się w awangardzie postępu. Ale żeby powrócić do haseł Lebensraumu – to jest, przyznam, pewne zaskoczenie. I jak tu nie wierzyć ks. prof. Tadeuszowi Guzowi, że ekologizm to nic innego, jak „zielony nazizm”?

Sama Ska Keller wkrótce wycofała się ze swego postulatu twierdząc, że została „źle zrozumiana”. Najwyraźniej ktoś bardziej kumaty wziął ją na bok i wytłumaczył jakie są konotacje historyczne jej pomysłów - ale fakt, że ona sama nie zdawała sobie z tego sprawy świadczy dobitnie, że Niemcy nie tylko już dawno wybaczyli sobie wszystkie winy, ale również skutecznie o nich zapomnieli. Z ich perspektywy zbrodnie na słowiańskich „podludziach” można uznać za niebyłe, tym bardziej, że jak wiadomo owi „podludzie” gazowali Żydów w „polskich obozach”, więc jeżeli nawet spotkały ich z rąk „nazistów” jakieś przykrości, to swym zwierzęcym antysemityzmem solidnie sobie na taką karę zasłużyli. Przypomnijmy może jednak dla porządku, że będący próbą realizacji koncepcji Lebensraumu Generalny Plan Wschodni (Generalplan Ost), sporządzony pod okiem Heinricha Himmlera, zakładał eksterminację i wysiedlenie ludności słowiańskiej na obszarze do linii jezioro Ładoga – Morze Czarne i sprowadzenie tam niemieckich oraz innych germańskich kolonistów, co miało skutkować zaprowadzeniem Nowego Porządku Świa... to jest, przepraszam, „Nowego Ładu” („Neue Ordnung”).


II. Nowy „Generalplan Ost”

Dziś dosłowna realizacja „Generalplan Ost” w jego pierwotnym kształcie wprawdzie nie jest możliwa, choćby ze względu na lichą rozrodczość rdzennych Niemców (musieliby chyba osiedlać tu swoich emerytów), ale po niezbędnych modyfikacjach program ten znakomicie może uzupełniać i wspomagać projekt Mitteleuropy – czyli podporządkowania państw na wschód od Rzeszy ekonomicznym i politycznym potrzebom Berlina. W wersji obecnej zatem „Generalplan Ost” przewiduje zainstalowanie na wschodzie możliwie dużej liczby migrantów – i to koniecznie muzułmańskich, bo tacy Ukraińcy przebywający, pracujący i studiujący w Polsce w liczbie ok. 2 milionów jakoś nie robią na Niemcach wrażenia, podobnie jak liczne rosyjskie mniejszości w krajach nadbałtyckich. Mimo różnic, Ukraińcy i Rosjanie to z niemieckiego punktu widzenia wciąż element zbyt bliski kulturowo i podatny na asymilację, by użyć go w roli tarana rozsadzającego jednorodność krajów Mitteleuropy. Patrząc od tej strony, do funkcji takiego tarana cywilizacyjnego nadają się jedynie muzułmanie – i to z możliwie odległych stron, bo krymscy czy polscy Tatarzy, ma się rozumieć, również nie wchodzą w grę.

Wygląda więc na to, że deputowana Keller jedynie przesadziła z gorliwością i głupio wysypała zamysły swych mocodawców, być może jeszcze w jakimś przypływie kretyńskiej inwencji dodając coś od siebie – ale chwała jej za to, bo w ten sposób zostaliśmy ostrzeżeni. Niemiecką racją stanu jest doprowadzenie do stworzenia dużych islamskich skupisk w Europie Środkowo-Wschodniej poprzez masową migrację, najlepiej w ekspresowym tempie, tak by to, co w Europie Zachodniej zajęło dziesięciolecia u nas przeprowadzić w ciągu kilku lat. W oczywisty sposób spowodowałoby to chaos i bezwład polityczny państw poddanych takiemu eksperymentowi - a to z kolei oznaczałoby, że kraje te nie dość, że raz na zawsze musiałyby zrezygnować z jakichkolwiek aspiracji, całą energię marnując na gaszenie wewnętrznych pożarów, to jeszcze zmuszone by były wciąż wyciągać rękę po zagraniczną pomoc, uzależniając się trwale od Niemiec. Owo uzależnienie natomiast sprawiałoby, że stałyby się bezbronne wobec kolejnych uroszczeń władczych realizowanych za pośrednictwem Brukseli.

Warto zwrócić przy tym uwagę na kompletnie przedmiotowe traktowanie migrantów. No bo, co ma znaczyć owo „przesiedlanie” całych syryjskich wiosek? Przyjedzie na pustynię spec-komando, załaduje wszystkich na ciężarówki i wywiezie na Łotwę, jako – uwaga - „uchodźców”? Nawet jeśli w tym momencie doszła do głosu chora wyobraźnia pani Keller, to nie sposób nie zauważyć, że identycznie traktowani są migranci przebywający dziś w greckich i włoskich obozach – ludzka masa, dostarczona do Europy przez przemytnicze mafie zblatowane z „organizacjami humanitarnymi” przy cichym przyzwoleniu rządów, którą można przerzucać dowolnie z kąta w kąt w klimacie moralnego terroru. A żeby im nie było smutno, to najlepiej całymi wioskami – jak sądzę zresztą, jest to reakcja na niedawny komunikat litewskiego MSW wg którego z 309 przyjętych migrantów 230 wyjechało już z Litwy. Aby więc nie uciekali, należy im stworzyć odpowiedni habitat – Lebensraum dla synów proroka.

W tej sytuacji nie dziwi więc, że Berlin uruchomił swoje aktywa w postaci Platformy Obywatelskiej, która słodszymi od malin ustami Grzegorza Schetyny ogłosiła – i to w Brukseli – że zarządzane przez nią samorządy przyjmą „uchodźców” niezależnie od polskiego rządu. To jest bardzo dobra wiadomość, bo oznacza ona, iż PO tak się zaplątała na niemieckim sznurku, że gotowa jest obrać kurs na samozagładę, byle tylko dogodzić swym zagranicznym pryncypałom. Powinno się o tym mówić jak najgłośniej, gdyż zwiększa to szanse, że wystraszeni mieszkańcy pogonią w następnych wyborach samorządowych Platformę do wszystkich diabłów.


III. Rozszerzone samobójstwo

Niezależnie jednak od zarysowanych tu rachub Berlina, tudzież intryg różnych sprzedawczyków, chciałbym na zakończenie zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Wiele bowiem wskazuje na to, że Berlin czy Bruksela są jedynie narzędziem w rękach potężniejszych graczy, którzy w swej pysze i chciwości, świadomie bądź nie, planują rozszerzone samobójstwo. Nie tylko sami zginą, ale i nas pociągną za sobą próbując urzeczywistnić swe szaleńcze plany.

Odwołam się tutaj do znanego motywu popkulturowego, bo tak się składa, że kultura popularna potrafi czasem zadziwiająco trafnie zdiagnozować rozmaite zagrożenia. Chodzi mi o słynną serię filmów o „Obcym” – w omawianym kontekście bardzo niepoprawną politycznie i „ksenofobiczną”. Głównym czarnym charakterem jest w niej bynajmniej nie tytułowy Alien, lecz przewijająca się w tle megakorporacja „Weyland-Yutani”, która za wszelką cenę próbuje schwytać Obcego, widząc w nim potencjalne narzędzie maksymalizacji zysków – materiał do produkcji odpornych na skrajne warunki mutantów, czy broni biologicznej. Aby pozyskać egzemplarz ksenomorfa gotowa jest spisać na straty wysyłanych na jego spotkanie ludzi. A któż inny sprasza dziś nachodźców, jak nie globalne korporacje z Sorosem w tle, kręcące rządami, by zapewnić sobie tanią siłę roboczą? I tak samo są skłonne bez zmrużenia oka „wliczyć w koszta” chociażby ofiary zamachów? Tyle, że podobnie jak w „Obcym”, nie zdają sobie sprawy, że otwierają puszkę Pandory. Albo jeszcze inaczej – wiedzą, lecz zaślepieni krótkowzrocznym mirażem zysków wolą zamykać oczy na zagrożenie. W filmie powstrzymuje ich „ksenofobiczna” Ellen Ripley walcząca na dwa fronty – z kosmicznym monstrum i chciwą korporacją. W realnym świecie jest to nasze zadanie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 26 (30.06-06.07.2017)

Frankowy odlot

Frankowicza” czekają kolejne lata procesów i nerwy, banki zaś umocnią się w poczuciu bezkarności i nieodpowiedzialności za swe praktyki.


Być może pamiętają Państwo przełomowy wyrok sądu I instancji z kwietnia 2016 r. w sprawie wytoczonej mBankowi przez „frankowicza”. Na wszelki wypadek przypomnę, że za sprawą uchylenia abuzywnej klauzuli indeksacyjnej dotyczącej sposobu naliczania rat doszło do faktycznego przewalutowania kredytu na złotówki – bo bez tego zapisu nie sposób było określić wartości zobowiązania we frankach. Niestety, przed kilkoma dniami (22 czerwca) orzeczenie to zostało odwrócone o niemal 180 stopni przez sąd apelacyjny. Wyrok w II instancji (prawomocny, bo wartość sporu nie przekraczała 50 tys. zł.) trudno określić inaczej, niż jako kuriozalny. Sąd stwierdził w nim mianowicie, że wprawdzie rzeczona klauzula jest niedozwolona, lecz nie zmienia to samego charakteru umowy jako kredytu waloryzowanego kursem waluty obcej. Na dodatek uznał, iż klauzula wg której naliczano raty w oparciu o bankowe tabele kursowe była... uzgadniana z klientem indywidualnie i to na kliencie spoczywał obowiązek zaproponowania alternatywnego sposobu naliczania zobowiązania (np. w oparciu o średni kurs NBP). Ponieważ klient tego nie zrobił, pozew został oddalony w całości.

Mamy tu do czynienia z jakimś kompletnym odlotem logiki i zdrowego rozsądku. Już pomijam, że sąd kompletnie zignorował europejskie orzecznictwo w tej materii, podobnie jak istotne poglądy formułowane przez UOKiK oraz Rzecznika Finansowego – formalnie nie musiał ich brać pod uwagę, aczkolwiek dla samej przejrzystości mógłby się do nich odnieść w uzasadnieniu, skoro sąd I instancji częściowo właśnie na nich oparł swój wyrok. Ale jakim cudem sąd uznał, że klauzula będąca przedmiotem sporu była ustalana „indywidualnie”, skoro był to nie podlegający negocjacjom wzorzec umowy przedstawiany klientowi do podpisania – zabij, nie zgadniesz. Klient miał do wyboru – podpisać, albo zrezygnować z kredytu. Czy na orzeczenie sądu wpłynęłaby informacja, że klient zgłosił bankowi sposób innego naliczania rat, a bank tę propozycję zignorował (skoro to rzekomo na kliencie spoczywał obowiązek wykazania się taką inicjatywą)? Toż to jakiś absurd.

Jak podkreśla na stronie pomocfrankowiczom.pl dr Jacek Czabański, mamy obecnie sytuację, w której nie sposób wyliczyć wartości należnego świadczenia. Z jednej strony bowiem mamy uchyloną klauzulę, która to ustalała, a z drugiej – sama waloryzacja pozostaje w mocy, tylko że nie wiadomo według jakiego mechanizmu i jakiego kursu. Jest to więc scenariusz na kolejny proces, bo można się domyślać, że bank zaproponuje jakiś własny, arbitralny przelicznik, klient się na niego nie zgodzi – i cała zabawa zacznie się od początku. Dr Czabański zwraca ponadto uwagę, iż „Wyrok powiela niestety błędną argumentację SN o częściowej skuteczności klauzul abuzywnych, a więc przyjmuje, że w miejsce zakwestionowanego postanowienia umownego (tu: określającego mechanizm ustalania właściwego kursu) należy wprowadzić inny mechanizm oparty o zwyczaje rynkowe (nie istniejące wszak w tym zakresie, o ile pominąć nieuczciwe praktyki banków)”. Na zdrowy rozum, skoro sąd zdecydował się już na formułę „częściowej skuteczności” klauzul abuzywnych, to powinien powołać biegłego do ustalenia „właściwego” kursu – tego jednak nie uczynił. W konsekwencji, „frankowicza” czekają kolejne lata procesów i nerwy, banki zaś umocnią się w poczuciu bezkarności i nieodpowiedzialności za swe praktyki.

I na zakończenie historia z życia wzięta, obrazująca jakie skutki w wielu przypadkach kryją się za poczynaniami banków. Pewna moja znajoma została zmuszona do ogłoszenia upadłości konsumenckiej. Kilkanaście lat temu wzięła niby-kredyt frankowy na kupno niedużego, dwupokojowego mieszkania w jednej z podwarszawskich miejscowości. Dziś, po latach spłacania haraczu, rzeczoznawca wycenił mieszkanie na 120 tys. zł. - a do spłaty wciąż pozostaje wielokrotność wartości nieruchomości. Znajoma po latach szarpaniny stwierdziła, że dalej zwyczajnie nie da rady, doszła do ściany. Słowem - dramat, jakich przypuszczalnie wśród „frankowiczów” zdarza się wiele, bo wystarczy jakiś splot niefortunnych życiowych okoliczności, by uczciwy, ciężko pracujący człowiek stał się praktycznie bankrutem. I tu warto postawić kilka cisnących się na usta pytań: czy można uznać, że produkt finansowy oparty w ogromnej mierze na spekulacji kursem obcej waluty jest dostosowany do profilu przeciętnego klienta? Nie finansisty, nie giełdowego gracza, lecz zwykłego Kowalskiego – szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę obecną płynność rynku pracy? Czy oferowanie klientom długoletniego produktu wysokiego ryzyka w walucie w której nie zarabiają można uznać za zgodne z zasadami współżycia społecznego? Jak nazwać w cywilizowany sposób taki proceder, urągający poczuciu elementarnej uczciwości, którym trudnią się podmioty pragnące w społecznym odbiorze uchodzić za – uwaga - instytucje zaufania publicznego? Zostawiam to pod rozwagę Czytelników – i, mam nadzieję, sądów do których trafiają sprawy takie, jak opisana w niniejszym felietonie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 26-27 (30.06-13.07.2017)