piątek, 3 lipca 2015

Ziemniaczana waluta

...czyli rosyjska odpowiedź na kryzys.

Nie najlepiej dzieje się z rosyjską walutą. Rubel przyduszony sankcjami konsekwentnie traci na wartości, co skutkuje potężną inflacją. Według prognoz Instytutu Gajdara w 2015 inflacja ma wynieść 17,1 proc. w skali roku. Tendencja ta szczególnie dotkliwie odbija się na cenach żywności – przykładowo, w marcu produkty spożywcze były droższe o 23 proc. w porównaniu do analogicznego okresu w roku 2014. Na powyższe nakłada się spadek średnich realnych dochodów ludności – szacuje się, że w skali roku jest to nawet 10 procent. Do tego dochodzi odpływ kapitału – w samym 2014 wyprowadzono z Rosji 151 mld. dolarów. Efekt jest m.in. taki, że Rosjanie, zwłaszcza na prowincji, odczuwają chroniczny brak gotówki, wskutek czego do łask wraca stary, dobry handel wymienny. I tu na arenę wkracza ludzka pomysłowość, usprawniająca wymianę towarową między ludźmi.

Oto, jak donosi PAP, w rosyjskiej wsi Kolionowo niejaki Michaił Szlapnikow, miejscowy rolnik, były handlowiec i zarazem zwolennik anarchizmu spod znaku Bakunina, zaczął emitować własną quasi-walutę na potrzeby handlu barterowego między miejscowymi. Koliony, drukowane w nominałach od 1 do 100 służyły do wzajemnych rozliczeń i były rodzajem skryptów dłużnych. Łącznie, w 2014 pan Michaił wyemitował 20 tys kolionów. Co ciekawe, ów „pieniądz” nie podlegał inflacji, miał bowiem zakorzenienie w namacalnym towarze. Ustalono mianowicie, iż 5 kolionów jest równowartością wiadra kartofli, czyli 10 kg. Ten „ziemniaczany parytet” powodował, iż koliony były bardziej stabilne od pikujących „państwowych” rubli, których zresztą i tak mieszkańcom wsi chronicznie brakowało. Przykładowo, według badań przeprowadzonych w supermarketach w Samarze przez rosyjską Izbę Obrachunkową, cena ziemniaków na początku 2015 roku była aż o 67 proc. wyższa, niż w roku 2014. Kolionami nie można było wprawdzie płacić w sklepach, ani wypłacać nimi wynagrodzeń, jednak w prywatnych rozliczeniach między ludźmi sprawdzały się znakomicie.

Policzmy sobie – wg branżowego portalu fresh-market.pl w marcu kilogram ziemniaków kosztował w Rosji ok 24 rubli. Zatem 5 kolionów (10 kg ziemniaków) to 240 rubli, czyli wedle przelicznika z początku marca 1 kolion wart był 48 rubli. Jak pamiętamy, pan Szlapnikow wypuścił 20 tys kolionów – a więc w obiegu była równowartość 960 tys rubli! Wedle oceny Szlapnikowa, jego waluty używa około 100 ludzi, czyli na głowę przypada średnio 200 kolionów, co daje 9600 rubli. Wymienione tu liczby świadczą o ogromnym zapotrzebowaniu na „twardą” walutę, nie podlegającą różnym złodziejskim w swej istocie machinacjom polegającym na okradaniu ludzi z pieniędzy, bo do tego de facto sprowadza się „podatek inflacyjny”. Tymczasem otrzymując za jakiś towar lub usługę koliony, można było je w dowolnym momencie wymienić na kartofle, jaja, kury itp. wedle tego samego, stałego kursu. Zresztą Szlapnikow wyraził to dobitnie w nadruku na swoich banknotach: „bilet stanowi własność rezerwy walutowej wsi Kolionowo. Nie podlega inflacji, dewaluacji, stagnacji i innej falsyfikacji. Nie stanowi środka wzbogacenia i spekulacji. Zabezpieczony własnymi zasobami Kolionowa. Za podrabianie można ten, tego...”.

Niestety, przedsięwzięcie skończyło się smutno. Ktoś doniósł gdzie trzeba, rosyjski bank centralny pozwał Szlapnikowa, a łebskiemu rolnikowi grozi więzienie. Nie dziwię się – emitowanie alternatywnego pieniądza, opartego na stałym parytecie jakiegoś konkretnego dobra – niechby nawet i kartofli – musi stanowić senną zmorę bankierów. Zarówno państwowych, zarabiających na inflacji emitowanej przez siebie waluty, jak i prywatnych specjalistów od „wypłukiwania złota z powietrza”. Nie po to przez dziesięciolecia demolowano światowy system walutowy odchodząc od parytetu złota i ustaleń z Bretton-Woods, otwierając bramę dla pieniądza fiducjarnego i konsekwentnie dążąc do zupełnej wirtualizacji waluty, by teraz ktoś tylnymi drzwiami miał znów wprowadzać „konkretyzację” pieniądza, stawiając tym samym tamę nieograniczonej spekulacji, jaka obecnie ma miejsce. Jak mogliśmy się przekonać choćby na przykładzie ostatniego światowego kryzysu, współczesny rynek finansowy tak dalece oderwał się od jakichkolwiek materialnych podstaw, że większość będących w obrocie „walorów” jest tak naprawdę stertą bezwartościowego śmiecia. Dodatkowo, receptą na kryzys był lawinowy dodruk pieniądza, co tylko pogłębiło istniejące patologie, wskutek czego kolejny krach będzie jeszcze gorszy. Ludzie to czują, stąd waluty alternatywne, zakorzenione w czymś, czego można realnie dotknąć, lub oparte np. na przeliczniku wykonanej pracy, zaczynają cieszyć się coraz większym powodzeniem. I już na zakończenie – swojego czasu bodajże LPR sformułowała postulat oparcia złotówki na parytecie miedzi. Wówczas wyśmiano ten pomysł, jako rojenia ekonomicznych ignorantów. Zastanawiam się jednak, czy aby nie była to jedyna rozsądna droga chroniąca naszą gospodarkę przed nieuchronnym zawaleniem się globalnej piramidy finansowej?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 26 (26.06-02.07.2015)

czwartek, 2 lipca 2015

Pod-Grzybki 9

Kalisz Mielony i jego była wciąż nie dają o sobie zapomnieć. Niedawno Ryszard Osiem Kotletów stwierdził, iż uznał dziecko ze swego związku z Ingą Pietrasińską, choć mógł mieć co do swego ojcostwa „duże wątpliwości”. Hm, patrząc na Kalisza, ja również mam wątpliwości. Zrobił co mógł, wyszło jak zawsze. I pani Inga musiała zatrudnić inseminatora.

*

Jak się dowiedzieliśmy z publicznych przekomarzanek tej jakże romantycznej pary, pani Inga i pan Ryszard poznali się w pracy. Ona - aspirująca dziennikarka, on - polityczna (i majętna) gwiazda. Polecam panu Ryszardowi bon-mocik popularny wśród ludzi dobrej roboty: „gdzie się mieszka i pracuje, tam się ch... nie wojuje”.

*

Panią Ingę natomiast skonkluduję ludową przyśpiewką: „matuś moja, daj mnie za mąż / albo mi ją nitką zawiąż / albo zalep mi ją gliną / bo już dłużej nie wytrzymom”. Hej!

*

Kończą wątek - unikajcie Kalisza, drodzy Rodacy. Albo Was zeżre, albo wytentego...

*

… a potem zostawi z dzieckiem.

*

Czesław Kiszczak został skazany na dwa lata w zawieszeniu. Wyrok ten oznacza, że jeśli jeszcze raz założy związek o charakterze zbrojnym i wprowadzi stan wojenny, to nie będzie zmiłuj i pójdzie siedzieć. Tylko kto go wtedy będzie w stanie zamknąć do więzienia?

*

Ewa Kopacz najpierw udała się z pielgrzymką do Watykanu, następnie zaś ekspresowo przeforsowała ustawę o in vitro, otwierającą furtkę do homoadopcji. Jak mniemam, pani premier papieża uważnie wysłuchała, ale nic nie zrozumiała, bo mówił do niej po argentyńsku.

*

Z tego co słyszałem, in vitro jest metodą weterynaryjną – uzyskuje się tą drogą np. bydło o pożądanych cechach osobniczych, zaś w polskich klinikach zajmujących się tym procederem pracują weterynarze-embriolodzy. Czyżby był to sposób klasy politycznej na przetrwanie? Już widzę te kliniki z szyldami „hodowla elit III RP” - a w środku weterynarz miksujący na szkiełku genotypy Niesiołowskiego i Wandy Nowickiej.

*

Stary Józwa z PSL-u postanowił jednak nie ubiegać się o fotel marszałka sejmu, wskutek czego wakat po Radosławie Sikorskim obsadziła swymi kształtami pani Małgorzata Kidawa-Błońska. Zważywszy, iż pani Małgorzata jest prawnuczką premiera Grabskiego i prezydenta Wojciechowskiego, stanowi ona – obok Bartłomieja Sienkiewicza – kolejny żywy dowód na postępującą degenerację elit. Jeżeli teraz Sienkiewicz usiłował zaimponować kanajakom brzydkimi wyrazami, to w przyszłym pokoleniu będą smarkać w palce i bekać na znak, że smakowało.

*

Ajajaj! Radek Sikorski jednak nie będzie „jedynką” w „Bydgoszczu”! Żona próbowała załatwić mu robotę w amerykańskim think-tanku Atlantic Council, lecz pracownicy zapowiedzieli, że jeśli im przyślą z Polski tego nadętego pajaca, to złożą pozew o odszkodowanie za pracę w szkodliwych warunkach. Ale – ale! Panie Radku, podobno w „Bydgoszczu” jest do obsadzenia inna „jedynka” – konkretnie, kasa nr1 w „Biedronce” na Dworcowej 46. Tylko biegusiem, bo na tę fuchę ma chrapkę również Rostowski...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 25 (01-07.07.2015)

środa, 1 lipca 2015

Adam Bodnar – prymus tolerancjonizmu

Rzecznik Praw Obywatelskich, czy rzecznik lobby LGBT?

Platforma Obywatelska i SLD zgłosiły kandydaturę dr Adama Bodnara na funkcję Rzecznika Praw Obywatelskich w miejsce ustępującej Ireny Lipowicz. Sądzę, że warto przyjrzeć się jego karierze i dorobkowi, jest on bowiem żywym ucieleśnieniem współczesnej, lewackiej euro-poprawności wraz z jej ideologicznymi szaleństwami oraz zapędami w stronę inżynierii społecznej spod znaku genderyzmu i wojującej homo-propagandy. Niespełna czterdziestoletni doktor praw, Adam Bodnar, piastuje obecnie funkcję wiceprezesa zarządu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka - czyli jest drugą osobą w tej instytucji. Przyznacie Państwo, że to imponujące osiągnięcie w tak stosunkowo młodym wieku. W 1999 roku ukończył Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, następnie zaś – i to był wstęp do jego obecnej pozycji – ukończył roczne studia podyplomowe w zakresie prawa konstytucyjnego porównawczego na Central European University w Budapeszcie. Placówka ta została założona przez George'a Sorosa i zajmuje się m.in. promocją „społeczeństwa otwartego” oraz „szkoleniem przyszłych liderów procesów demokratyzacyjnych we wszystkich regionach świata”. Jest to zatem nie tyle ośrodek naukowy, ile projekt ideologiczny i kuźnia kadr światowego postępactwa. Po kilkuletniej pracy w kancelarii Weil Gotshal & Manges, w 2004 rozpoczął działalność w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. W międzyczasie, w 2006 roku został doktorem nauk prawnych, jest również adiunktem w Zakładzie Praw Człowieka Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego.

Czym jest HFPC, której Bodnar zawdzięcza w dużej mierze swą karierę i jak się zdaje – pewny awans na stanowisko ombudsmana? Formalnie zajmuje się ona monitorowaniem przestrzegania praw obywatelskich i interwencjami w przypadku ich łamania. W praktyce jej działalność często sprowadza się do lewackiej tresury społecznej i wywierania nacisku na władze państwowe w kwestii ustawodawstwa i praktyki stosowania prawa tak, by – pod pozorem urzeczywistniania „praw człowieka” - wdrażano w życie projekty godzące w tradycyjne normy społeczne. Pojęcie praw człowieka i swobód obywatelskich interpretowane jest bowiem niezwykle szeroko. Nieco światła na tę kwestię rzuca współpraca HFPC z Agencją Praw Podstawowych Unii Europejskiej (dawniej Europejskie Centrum Monitorowania Rasizmu i Ksenofobii), która szczególny nacisk kładzie na zwalczanie „rasizmu, ksenofobii, homofobii oraz antysemityzmu”. Jak łatwo się domyślić, za wymienione tu „świeckie grzechy główne” uchodzi niemal wszystko, co nie sprowadza się do bezwarunkowej akceptacji, czy wręcz afirmacji rozmaitych mniejszości oraz ich uroszczeń. Mamy więc do czynienia z tolerancjonistyczną jaczejką intensywnie lobbującą na rzecz urzeczywistnienia lewicowej utopii społecznej.

Poglądy Adama Bodnara są idealnie zbieżne z powyższymi założeniami programowymi. Od 2008 roku jest członkiem zarządu HFPC i jednocześnie ekspertem Agencji Praw Podstawowych. W 2011 roku otrzymał Nagrodę Tolerancji przyznawaną od 2006 roku przez środowiska LGBT podczas Międzynarodowego Dnia Przeciw Homofobii w Niemczech, Francji, Polsce i Hiszpanii. Polską edycje nagrody otrzymał Bodnar z rąk Stowarzyszenia Lambda Warszawa i Kampanii Przeciw Homofobii. Czym się zasłużył? Otóż jako osoba nadzorująca w latach 2004 – 2008 Program Spraw Precedensowych HFPC „doprowadził do wyroku Trybunału w Strasburgu z 3 maja 2007 r., (…) stwierdzającego niezgodność z Europejską Konwencją Praw Człowieka zakazu Parady równości w Warszawie w 2005 r. W 2005 r. wsparł również proces przeciwko b. poznańskim politykom PiS Przemysławowi Aleksandrowiczowi i Jackowi Tomczakowi, za porównanie orientacji seksualnej do pedofilii, nekrofilii i zoofilii (...)”. Ponadto nagroda była „wyrazem uznania za całokształt jego działalności na rzecz lesbijek, gejów, biseksualistów i osób transpłciowych (LGBT)” (cytaty za portalem KPH). Jak łatwo się domyślić, Adam Bodnar jest zwolennikiem homomałżeństw i homoadopcji, ponadto wspierające jego kandydaturę SLD wyraża nadzieję, iż nowy RPO zajmie się „rozdziałem Państwa i Kościoła”. Kandydaturę Bodnara popierają też takie organizacje jak Polskie Towarzystwo Prawa Antydyskryminacyjnego, Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny oraz Greenpeace Polska.

Na zakończenie pozwolę sobie na małą niedyskrecję. Otóż tak się składa, że znam Adasia, bo w akademiku mieszkaliśmy w sąsiednich pokojach. Prywatnie sympatyczny chłopak i dobry kolega, aczkolwiek stuprocentowy abstynent i trochę typ prymusika, choć trzeba mu oddać, że nieprzeciętnie inteligentny, pilny i jak to się mówi - poukładany. Wówczas (druga połowa lat '90) twardy wyborca postkomuny, konsekwentnie głosujący na SLD i Kwaśniewskiego. Obecnie, jak widać, przechrzcił się na europeizm i genderyzm. Słowem - od postkomunizmu do tolerancjonizmu. Brawo Adamie, zawsze czułem, że ze swoim umeblowaniem światopoglądowym zajdziesz wysoko...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1945-pod-grzybki-9

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 26 (26.06-03.07.2015)

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Co z tą Białorusią?

Warto odejść od polityki izolowania Białorusi w oczekiwaniu na „demokratyczny przewrót” i zacząć się wreszcie z „Batką” Aleksandrem dogadywać.

I. Dyplomata wojenny

Do napisania niniejszego tekstu zainspirował mnie felieton Grzegorza Brauna z ostatniego numeru „Polski Niepodległej” pt. „Chińczyki trzymają się mocno”. Autor zwraca w nim uwagę na wymianę ambasadorów USA w Polsce – Stephena Mull'a zastąpi Paul Wayne Jones. Ten drugi, prócz niebagatelnego doświadczenia dyplomatycznego ma również za sobą epizod wojskowy – kurs w Wyższej Szkole Wojennej Marynarki Stanów Zjednoczonych (Naval War College), był także łącznikiem między Departamentem Stanu a Departamentem Obrony. „Możemy więc jasno rozumieć, że jest albo wojskowym delegowanym do dyplomacji, albo dyplomatą akredytowanym przy siłach zbrojnych imperium amerykańskiego” - pisze Braun i dodaje - „Zasadnicze pytanie brzmi więc: czy przyjeżdża do nas sprzątać po poprzedniej wojnie, czy raczej zacząć następną?”. Następnie stawia tezę, że jesienią może nas czekać „nowy »Majdan«, tym razem w Mińsku białoruskim, zorganizowany tam siłami agentury amerykańskiej za przyzwoleniem Kremla, bądź też odwrotnie – oczywiście pod hasłem zaprowadzania tam »demokracji«. Powodem miałoby być zbyt szerokie otwarcie się Łukaszenki na chińskie inwestycje, co „nie może się podobać ani Moskwie, ani Waszyngtonowi”.

Cóż, Paul Wayne Jones faktycznie ma doświadczenie w działaniu w zapalnych punktach świata. Jak podaje na swoich stronach ambasada USA, w latach 2009-2010 był zastępcą specjalnego przedstawiciela ds. Afganistanu i Pakistanu. Ponadto pełnił m.in. funkcję zastępcy szefa misji w ambasadzie USA w Skopje (lata 1996 – 1999) oraz w Manili na Filipinach (2005 – 2009), a także w Amerykańskim Przedstawicielstwie przy OBWE w Wiedniu (od 2004 do 2005 roku). Prócz tego, pracował m.in. na placówkach w Bośni i Hercegowinie, w Kolumbii i Rosji. Wychodzi więc, iż jest to „dyplomata wojenny”, co zważywszy na sytuację na Ukrainie nie powinno dziwić.

II. Pod parasolem protektora

Czy jednak przybył tu po to, by zająć się montowaniem Majdanu w Mińsku i to już jesienią? Moim zdaniem, nie i to z kilku powodów. Podstawowym bólem głowy w naszym regionie pozostaje wojna rosyjsko-ukraińska i to raczej na tym kierunku będzie działał nowy ambasador, pilnując byśmy w naszym entuzjazmie dla „samostijnej Ukrainy” przypadkiem nie wychłódli – choćby z powodu coraz bardziej ostentacyjnego fetowania przez Kijów banderowskiej spuścizny. Wygrana Andrzeja Dudy i perspektywa objęcia władzy jesienią przez proamerykański PiS była zapewne jednym z impulsów, które skłoniły Waszyngton do przysłania nowego ambasadora. Tu warto zwrócić uwagę na przewijający się czasem w różnych analizach wątek, jakoby postępująca dekompozycja „projektu PO”, była efektem zmian geopolitycznych i powrotu USA do odgrywania czynnej roli w regionie. Być może zatem ekscelencja P. W. Jones będzie miał baczenie, by wybory parlamentarne - również za przyzwoleniem chwilowo skonfliktowanych z Rosją Niemiec - wygrała siła przyjazna Ameryce i wroga Putinowi. Zawsze lepiej mieć u władzy rzeczywistego, „twardego” sojusznika, w miejsce lawiranckiej i koniunkturalnej Platformy.

Przyznam się, że takie meblowanie naszej sceny politycznej przez kolejne potęgi średnio mi się podoba – choćby z tego względu, że w ten sposób każda zmiana układu sił między naszymi „protektorami” będzie wywoływać w Polsce trzęsienie ziemi, detonowane zapewne rękoma służb pozostających na obcym żołdzie. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że PiS jest świadome reguł gry i traktuje amerykańskie wsparcie jedynie jako wygodną trampolinę, nie zaś jako zadzierzgnięcie jakichś nieodwracalnych zobowiązań. Innymi słowy – chciałbym widzieć po jesiennym przesileniu realizację polskiej racji stanu, nie zaś „robienie laski” Amerykanom w Starych Kiejkutach i to na dodatek za frajer, lub za iluzję regionalnej mocarstwowości, ta bowiem winna wypływać z naszej własnej siły i znaczenia, nie zaś z geopolitycznych protez, które z dnia na dzień mogą zostać odebrane, gdy tylko nasi „patroni” z powrotem uznają za korzystne dogadać się z Kremlem.

III. Majdan w Mińsku?

No dobrze, ale co z tą Białorusią? Otóż póki co, w kontekście ukraińskich paroksyzmów, Mińsk stał się ostoją stabilności w regionie i żadnej ze stron nie opłaca się naruszać tego stanu rzeczy – przynajmniej dopóki sytuacja na Ukrainie nie wyklaruje się w jedną bądź w drugą stronę. Dlatego nie sądzę, by doszło do ekscytowania w Mińsku jakichś antyłukaszenkowskich ruchawek. Poza tym, takowe sztucznie wzniecane bunty skazane byłyby na niepowodzenie. Na Białorusi, w przeciwieństwie do Kijowa, nie ma obecnie potencjału rewolucyjnego. Większość Białorusinów autentycznie popiera Łukaszenkę na zasadzie – „Batka” jest jaki jest, ale nie ma wojny, emerytury i wypłaty są na czas, może trochę tu zamordystycznie i siermiężnie, ale w gruncie rzeczy da się żyć. Ewentualny bunt nie znalazłby po prostu społecznej akceptacji i skończyłby się szybciej, niż zaczął. Na Ukrainie było inaczej – bieda, korupcja, oligarchowie, rozgrabianie państwa, przepastne różnice w poziomie życia, bezhołowie, skompromitowana klasa polityczna (zarówno „niebiescy” jak i „pomarańczowi”). Na to wszystko nałożyła się odżywająca tradycja kozacka i banderowska z której wykluwa się współczesny ukraiński patriotyzm, czy wręcz nacjonalizm. Na domiar wszystkiego, Janukowycz odmawiając w ostatniej chwili podpisania umowy stowarzyszeniowej i popychając Ukrainę w stronę rosyjskiej Eurazji odebrał Ukraińcom nadzieję na lepsze, dostatnie życie „jak na Zachodzie”. Rosja Ukraińcom nie imponuje, Europa – owszem. Jak silne są tego typu emocje w postkolonialnych krajach mogliśmy przekonać się również tutaj, w Polsce, gdzie „kompleks Europy” wciąż trzyma się mocno. Dopiero na takim podglebiu autentycznych społecznych frustracji i aspiracji można montować przewrót, co skutecznie wykorzystała skonfliktowana z Janukowyczem część oligarchów przewerbowując się na stronę Niemiec i USA, by zapewnić międzynarodową ochronę dla Majdanu.

Białorusini natomiast, mówiąc językiem banderowców, są w znacznej mierze „schłopiali” - nie mają tradycji niezawisłości, choć ostatnio próbują nawiązywać do spuścizny Wielkiego Księstwa Litewskiego, uznając za „swoich” np. ród Radziwiłłów. Opozycja poza Mińskiem praktycznie nie istnieje, resztę narodu, mimo różnych bolączek zadowala „mała stabilizacja” i poczucie, że co jak co, ale w kraju przynajmniej panuje porządek. Do jakiegoś poważniejszego fermentu mogłaby doprowadzić jedynie katastrofa gospodarcza i nagłe osunięcie się dużych grup społecznych w otchłań nędzy, ale z tym niebezpieczeństwem jak do tej pory Łukaszenka sobie radzi całkiem nieźle. Nawet światowy kryzys nie zachwiał tamtejszą gospodarką na tyle, by stało się to zarzewiem masowego niezadowolenia. Paradoksalnie, Białorusi wyszła tu na dobre izolacja i stosunkowo słabe powiązania z resztą świata.

IV. Dogadać się z „Batką”

Na koniec, trzeba sobie też jasno powiedzieć, że destabilizacja Białorusi absolutnie nie leży w naszym interesie. Choćby dlatego, że stacjonują tam rosyjskie wojska, a Putin Mińska nie odpuści. Mielibyśmy więc wojnę nie gdzieś w Donbasie, czy nad Morzem Azowskim, lecz tuż u naszych granic. Niech Rosja z Ukrainą trwają w korzystnym dla nas klinczu – im dłużej, tym lepiej. Analogiczny scenariusz gdzieś pod Puszczą Białowieską, to stanowczo zbyt duży hazard. Warto natomiast odejść od bezsensownej polityki izolowania Białorusi w oczekiwaniu na „demokratyczny przewrót” i zacząć się wreszcie z „Batką” Aleksandrem dogadywać. Tym bardziej, że samemu Łukaszence nie uśmiecha się totalne uzależnienie od Rosji i co jakiś czas wysyła sygnały w drugą stronę, starając się w miarę możliwości balansować, chociażby wierzgając od czasu do czasu Kremlowi. Białoruś, ku nieskrywanej irytacji Putina, czynnie „reeksportowała” objęte rosyjskim embargiem produkty, co nie byłoby możliwe bez aprobaty Łukaszenki. Kilka miesięcy temu Mińsk odmówił eksportu do Rosji produkowanych na Białorusi paliw, żądając przejścia we wzajemnych rozliczeniach na dolary (układ jest taki, że Rosja dostarcza Białorusi ropę po krajowych cenach, którą ta z kolei przerabia na paliwo eksportowane do Rosji). Rezygnacja Łukaszenki z uczestniczenia w moskiewskich obchodach Dnia Zwycięstwa również ma swoją wymowę. Poza tym, Białorusini są generalnie wobec nas przyjaźni - nie mają antypolskich kompleksów i resentymentów tak żywych obecnie na Litwie, czy Ukrainie.

Najlepszym rozwiązaniem dla nas byłaby zatem Białoruś jako strefa buforowa między wschodem a zachodem – i jak się zdaje, taka perspektywa odpowiadałaby również Łukaszence. O tym warto z dyktatorem rozmawiać, proponując mu konkretne interesy – a wówczas może się okazać, że i polskiej mniejszości pod rządami „Batki” będzie żyło się lepiej niż dotychczas. Z pewnością natomiast nie powinniśmy się pozwolić wmanipulować w żadne awanturnicze próby sterowanej „demokratyzacji” w imię cudzych rozgrywek, bo możemy tym ściągnąć sobie na głowy śmiertelne zagrożenie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1945-pod-grzybki-9

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 24 (24-30.06.2015)

niedziela, 28 czerwca 2015

Nowoczesne niewolnictwo

Jutro „zasoby ludzkie” mogą wedrzeć się do korporacyjnych open space'ów i powywieszają „specjalistów od HR” na najbliższych latarniach.

O tym, że polski rynek pracy naznaczają liczne patologie jest od dłuższego czasu coraz głośniej. Wpływ na to ma swoisty kult outsourcingu i taniej siły roboczej połączony z tymczasowymi formami zatrudnienia, co niedawno potwierdziła Państwowa Inspekcja Pracy. W 2014 PIP skontrolowała 10 tys. firm i przyjrzała się ponad 52 tys. umów cywilnoprawnych – okazało się, że w około 12 tys. przypadków pracownicy de facto wykonywali pracę etatową, co powinno znaleźć odzwierciedlenie w umowie o pracę. Warto tu przypomnieć, iż zgodnie z prawem etat przysługuje osobie, która ma jasno określone obowiązki i przełożonego wskazującego co, gdzie i w jakich godzinach pracownik powinien wykonywać. W takim przypadku mówimy o nawiązaniu stosunku pracy, który powinien zostać ujęty w prawne formy przewidziane Kodeksem Pracy – stosowanie umów zleceń, o dzieło itp. jest tutaj niedopuszczalne. Trzeba dodać, że pracownik zatrudniany w trybie „pozakodeksowym” nie jest chroniony prawem pracy, w razie konfliktu nie może odwołać się do sądu pracy, tylko musi wytoczyć swojemu „pracodawcy” proces cywilny, co dodatkowo upośledza jego pozycję w relacjach z zatrudniającym.

Tymczasem w Polsce reguły te są notorycznie łamane – zarówno przez małe i średnie firmy, jak i przez potentatów, zaś PIP ma ograniczone możliwości działania – może nieuczciwego pracodawcę ukarać mandatem na 2 tys zł, lub w przypadku recydywy – 5 tys, lub skierować sprawę do sądu pracy o ustalenie stosunku pracy. Dlatego też coś, co elegancko nazywa się „rynkiem HR”, a w istocie jest współczesnym targiem, czy może raczej - wypożyczalnią niewolników, przeżywa prawdziwy rozkwit. Dość powiedzieć, że według danych Polskiego Forum HR obecnie funkcjonuje 5210 agencji zatrudnienia, a tylko w 2014 zarejestrowano 1268 tego typu podmiotów. Według przewidywań w bieżącym roku wartość rynku pracy tymczasowej powinna wzrosnąć o 15%, co jest zresztą zgodne z ustaleniami raportu OECD „Employment Outlook 2014” wedle którego Polska jest europejskim liderem „elastycznych form zatrudnienia”, na świecie zaś plasuje się na drugim miejscu – po Chile.

Oczywiście, w przytłaczającej większości przypadków o żadnej „tymczasowości” nie ma mowy. Mamy do czynienia z normalną pracą np. przy taśmie produkcyjnej, na magazynie, bądź w call-center. Są grafiki, godziny pracy od-do, sprecyzowany zakres obowiązków, relacja zwierzchnik – podwładny itd. Różnica polega na tym, że formalnie taki pracownik rekrutowany jest przez agencję zatrudnienia i jedynie „oddelegowany” do firmy na rzecz której świadczy swą pracę, nie przysługują mu prawa pracownicze, urlop, chorobowe - obciążony jest natomiast wszelkimi obowiązkami właściwymi dla „normalnej” pracy. W praktyce – jeśli pracownik chce wziąć wolne, to po prostu nie podpisuje się z nim na dany okres umowy, natomiast choroba często traktowana jest jako „oszustwo” i skutkuje natychmiastowym wyrzuceniem na bruk. W efekcie, pracownicy w obawie przed zwolnieniem przychodzą do pracy chorzy. Taka sytuacja może ciągnąć się latami, bowiem agencje często „wymieniają się” pracownikami, by zamaskować proceder i przedłużać „tymczasowość” zatrudnienia w nieskończoność – ot, kolejny element specyfiki nowoczesnego niewolnictwa.

Dynamika branży „wypożyczalni niewolników” jest, jak już wspomniałem, duża, stąd też dochodzi do sytuacji, gdy na pewnych obszarach znalezienie pracy w sposób inny niż przez agencję zatrudnienia graniczy z cudem. Dotyczy to szczególnie tzw. specjalnych stref ekonomicznych, które nota bene stanowią odrębną patologię. Mamy zatem np. montownię, lub centrum logistyczne w specjalnej strefie – firma należy do obcego kapitału, korzysta z rozlicznych zwolnień podatkowych oraz innych przywilejów, zatrudniając przy tym „tymczasowo” na umowach śmieciowych i za śmieciowe pieniądze pracowników zwerbowanych i „wypożyczonych” do roboty przez agencję. I tak latami. Słowem, wielopłaszczyznowy wyzysk – zarówno w wymiarze ludzkim, jak i ogólnogospodarczym, bowiem gospodarka narodowa de facto nic z tego nie ma, poza groszowymi pensjami wydawanymi w większej części w lokalnym dyskoncie. Zyski wyprowadzane są w taki czy inny sposób za granicę.

Ale przecież to tylko „zasoby ludzkie” - do wymiany, gdy się zużyją. „Human resources” - jak to określa się w korporacyjnym wolapiku. Outsourcing pracowniczy, optymalizacja kosztów i procesu rekrutacji... Nikt nie przejmuje się społeczną ceną i napięciami, jakie to generuje, bowiem tego rodzaju firmy-wampiry charakteryzują się tym, że dziś są w Polsce, jutro w Bangladeszu. Tyle, że tych napięć nie da się na dłuższą metę spacyfikować. Dziś „wkurzeni” ograniczają się do popierania Kukiza, bądź Stonogi. Jutro jednak owe „zasoby ludzkie” mogą wedrzeć się do korporacyjnych open space'ów i boksów, czyjeś ręce po prostu chwycą za garniturki, żakieciki, krawaciki, białe koszule, bluzeczki i powywieszają „specjalistów od HR” na najbliższych latarniach. Nie grożę – przewiduję tylko możliwy bieg wydarzeń.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Czy Polskę stać na biedę?”

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 25 (19-25.06.2015)

piątek, 26 czerwca 2015

A co, jeśli Niemcy powiedzą „nie”?

Lepiej nie poruszać kontrowersyjnych spraw, bo jeszcze Niemcy się nie zgodzą – i co wtedy?

„Minister nowego prezydenta pręży muskuły. A co, jeśli Niemcy powiedzą »nie«? - taką zajawką na stronach „Wyborczej” opatrzony jest felieton Bartosza T. Wielińskiego dotyczący postulatu Krzysztofa Szczerskiego sformułowanego w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, że nasza polityka względem Niemiec powinna ulec pewnemu przewartościowaniu. Generalnie, wypowiedź przyszłego ministra w kancelarii Andrzeja Dudy można sprowadzić do oczywistej konstatacji, iż w ostatnich latach stosunki polsko-niemieckie były rażąco niesymetryczne i polegały zasadniczo na podżyrowywaniu polityki Berlina przy jednoczesnym unikaniu jakichkolwiek kwestii spornych. A kwestie te istnieją jak najbardziej realnie i w tym kontekście Szczerski wymienia takie sprawy jak przestrzeganie praw Polaków w Niemczech, poszerzenie „formatu normandzkiego” o Polskę, blokowanie przez Berlin powstania u nas baz NATO oraz potrzebę uwzględnienia w polityce klimatycznej i energetycznej specyfiki naszej bazy surowcowej – czyli węgla. Wydawałoby się, nic nadzwyczajnego – ot, jest kilka problemów do rozwiązania i prezydencki minister zapowiedział ich podjęcie. Zwróćmy ponadto uwagę, że nie ma tu uderzenia w żadne radykalne tony. Polska nie dąży do konfliktu z sąsiadem, co więcej – Szczerski zapowiada, że prawdopodobnie Andrzej Duda ze swoją pierwszą wizytą uda się do Berlina, co wydaje się logiczne, bo z powyższego wynika, iż jest o czym rozmawiać.

Ale nawet te wyważone zapowiedzi wywołują u publicysty „Wyborczej” nerwowy dygot. Zresztą, nie zaprzątałbym tym Państwa uwagi, gdyby nie fakt, że mamy tu do czynienia z bardzo charakterystycznym dla elit III RP i jej mediów przejawem neokolonialnej mentalności. Tym, którzy nie śledzą aktywności Bartosza T. Wielińskiego śpieszę donieść, iż dziennikarz ten – były korespondent „GW” w Berlinie – w niemal wszystkich sprawach spornych konsekwentnie stawał po stronie Niemiec, włącznie z kłamliwym usprawiedliwianiem używania w niemieckich mediach terminu „polskie obozy koncentracyjne” (jakoby chodziło jedynie o „geograficzną lokalizację”), bagatelizowaniem wymowy filmu „Nasze matki, nasi ojcowie”, czy wybielaniem germanizacyjnej działalności Jugendamtów w stosunku do dzieci z mieszanych małżeństw. Krótko mówiąc – wszystko co płynie zza Odry jest w prezentowanej przezeń optyce z zasady bardziej wartościowe i nam pozostaje jedynie dostosowywanie się do oczekiwań Berlina. Podobnie i w przywoływanym tu artykule – lepiej nie poruszać kontrowersyjnych spraw, bo jeszcze Niemcy się nie zgodzą – i co wtedy?

Jak się okazuje, sformułowana przez zmarłego niedawno Władysława Bartoszewskiego doktryna „brzydkiej, nieposażnej panny na wydaniu” wciąż stanowi myślowy dogmat, w imię którego powinniśmy zrezygnować z jakiegokolwiek upodmiotowienia Polski na arenie międzynarodowej, gdyż może to skutkować pomrukami niezadowolenia ze strony naszych „strategicznych partnerów”. Wedle tego podejścia tragedią jest nieprzychylny artykuł w niemieckiej prasie, karykatura prezydenta w jakiejś gazetce to „ośmieszenie” Polski, zaś nieprzychylne sygnały ze świata niemieckiej polityki jawią się jako geopolityczna katastrofa. Ten kompleks parweniusza zaszczepiany był przez ostatnie 25 lat Polakom, którym kazano ekscytować się poklepywaniem po plecach przez niemieckich kanclerzy naszych, pożal się Boże, przywódców, czerpać dumę z wręczanych polskim politykom zagranicznych nagród i medali, zaś okazjonalne przemówienie Bartoszewskiego w Bundestagu miało być szczytem dyplomatycznego sukcesu. Pytanie, jaką cenę płaci nasz kraj za owe błyskotki, oraz co realnie dla nas z tego wszystkiego wynika – wzbronione. Pozostawanie w „głównym nurcie” ma nas satysfakcjonować samo w sobie.

Tymczasem, mamy problem z niesymetrycznym statusem polskiej mniejszości w Niemczech, które notorycznie uchylają się od spełnienia postanowień polsko-niemieckiego traktatu o dobrym sąsiedztwie z 1991 roku, forsowana przez Niemcy polityka klimatyczna grozi „wygaszeniem” polskiego górnictwa, zaś sprzeciw wobec NATO-wskich baz jest celową grą na ograniczanie naszego znaczenia w ramach Sojuszu i swoistym serwitutem na rzecz obecnych i przyszłych stosunków z Rosją dokonanym naszym kosztem. Typowe, że dla Wielińskiego Berlin jedynie „skąpi pieniędzy” na naukę polskiego w szkołach (my na naukę niemieckiego jakoś „nie skąpimy”), Ewa Kopacz w kwestii klimatu wynegocjowała „dobry kompromis”, poszerzenie „formatu normandzkiego” nie ma sensu dopóki na Ukrainie trwa „rozejm” (jaki rozejm?!), zaś ekwiwalentem baz NATO ma być symboliczna „stała, rotacyjna obecność” amerykańskich jednostek realizowana obecnie. Wszystko co ponadto - to niepotrzebna „eskalacja żądań” i „prężenie muskułów”.

Doprawdy, warto czasem wczytać się w tego rodzaju głosy. Choćby po to, by docenić zmianę jaka ma szansę się dokonać w naszej pozycji międzynarodowej dzięki niedawnym - i mam nadzieję, że również jesiennym - wyborom.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 25 (19-25.06.2015)

czwartek, 25 czerwca 2015

Pod-Grzybki - 8

To już może nieco zgrane, ale nie mogę oprzeć się pokusie. Była kochanka Ryszarda Kalisza oskarża go, że przestał się nią interesować po narodzinach dziecka, a w końcu ją porzucił. „Niestety, zamiast wsparcia słyszałam uwagi o tym, jaka jestem gruba. I pomyśleć, że to mówił człowiek, który na obiad zjadał osiem mielonych kotletów” - i już wiadomo, skąd wzięli się „zmieleni.pl” Pawła Kukiza. Platforma wcale nie zmieliła w niszczarce podpisów w sprawie JOW-ów. To Kalisz przerobił je na kotlety i zeżarł.

*

Daniel Olbrychski został zatrzymany przez policję za jazdę pod wpływem. Okazało się, że nasz Kmicic narodowy był mocno „wczorajszy”. Ale najlepsze jest usprawiedliwienie aktora. Pan Daniel miał poprzedniego dnia wypić z żoną „butelkę” wina i tłumaczył, że może było to „o dwa kieliszki za dużo”. Jeśli wziąć pod uwagę, że alkomat wykazał 0,9 promila o 14:00 dnia następnego, to ja tylko się zapytam – panie Danielu, gdzie sprzedają wino w cysternach? A może kolega Depardieu dosyła beczułki?

*

Ta-daaam! PiS przedstawił kandydatkę na premiera w osobie pani Beaty Szydło. Cóż, przy obecnym trendzie PiS wygrałby wybory nawet gdyby wystawił stracha na wróble. Chociaż pani Beacie trzeba oddać, że wbrew znanemu powszechnie medialnemu emploi (ilekroć widzę ją w TV, sprawia wrażenie dopiero co wybudzonej z głębokiej narkozy) udało się jej nie zasnąć podczas własnego przemówienia. Red Bull dodaje skrzydeł?

*

Michnik wręczając Komorowskiemu nagrodę „Bronisława Roku” wygłosił laudację z której wynikało, że w Polsce jest dobrze, a mogło być jeszcze dobrzej, tylko motłoch nie wiedzieć czemu nie posłuchał „GW” i nieprawidłowo zagłosował. Hm, panie redaktorze – a może zapytałby się pan redakcyjnego hipstera, Wojciecha Orlińskiego, dlaczego w takim razie już trzy lata temu razem z Magdaleną Żakowską założył w „Agorze” komórkę NSZZ „Solidarność”? Czy aby nie dlatego, by w tym kwitnącym kraju ochronić tyłek przed wywaleniem na bruk w ramach firmowej „restrukturyzacji”? Ot, „gówniarz” jeden, nie docenił zalet „elastycznego rynku pracy” i kurczowo trzyma się etatu...

*

W dość zgodnej opinii obserwatorów w minionej kampanii dużą rolę odegrał internet, powodując, że „Bronisław Roku” musiał swą nagrodę odbierać w jakiejś takiej niezręcznej cichości. Skaranie boskie z tymi internetami... A prof. Marcin Król już w 2009 roku na łamach „Dziennika” przestrzegał: „Blogi są czymś wręcz idiotycznym – bo pozwalają każdemu wygłaszać opinie na każdy temat anonimowo. To psuje życie publiczne. Anonimowość pozwala ludziom na swobodę, która bywa niebezpieczna. Niegdyś wielu filozofów politycznych uważało, że tego rodzaju swobody powinny być ograniczone”. I co, nie posłuchaliście pana profesora, to teraz macie. Zamiast zatrudniać „stu hejterów” proponuję szkolenie w Chinach – tam sobie z internetem jakoś poradzili. Chociaż, zaraz – czy to nie w Chinach właśnie gościł niedawno Schetyna? Oj, będzie się działo...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 24 (24-30.06.2015)

środa, 24 czerwca 2015

POgrzeb na raty

Do jesieni z Platformy zostaną zgliszcza, zaś szarpanina jaką obserwujemy obecnie przypomina pogrzeb na raty.

I. Polityka maniakalno-depresyjna

Wygląda na to, że przegrane wybory prezydenckie wpędziły Platformę Obywatelską w swoistą cyklofrenię. Najpierw mieliśmy fazę depresyjnego stuporu, ostatnio zaś PO, bez żadnych etapów pośrednich, przeskoczyła gładko w stan hiperaktywności – jak to czasem bywa na moment przed agonią, gdy choremu się polepsza i pełen optymizmu zaczyna snuć plany na przyszłość. Jak wyczytałem, w fazie „maniakalnej” u pacjenta występują m.in.: gonitwa myśli, halucynacje lub urojenia, podniecenie psychoruchowe, przymus mówienia, zawyżona samoocena i brak krytycyzmu. Wszystko się zgadza. Najpierw mieliśmy sabat w Jachrance na którym pani premier oznajmiła, że lekiem na całe zło i kluczem do wygrania wyborów parlamentarnych będzie wynajęcie stu „hejterów” do robienia PiS-owi czarnego piaru w sieci; następnie myśl tę rozwinęła twórczo pani Kidawa-Błońska formułując skrzydlaty postulat, że członkowie Platformy mają przejść hejterskie szkolenie; w międzyczasie zaś ukuto teorię, iż wszystko generalnie jest OK, Polska rośnie w siłę, ludziom żyje się dostatniej, jest wzrost PKB, budują się autostrady, tylko ogłupiały naród tego nie rozumie, bo Partia oderwała się od mas i zapomniała o tym wszystkim społeczeństwu powiedzieć. Jak poprawi się „komunikację społeczną” i aparat przestanie się alienować, to wszystko wróci do normy i będzie gites-tenteges. Nie było żadnych afer, arogancji władzy, wszystkie niepowodzenia są winą „płatnych sk...synów” - słowem, pełna lewitacja w innym wymiarze, z całkowitym ignorowaniem rzeczywistości.

Co ciekawe, podobna przypadłość na tle urojeniowym udzieliła się części wyznawców przewodniej siły narodu, czego widomym znakiem był nadesłany do „Wyborczej” list niejakiego dr Kazimierza Bulandry w odpowiedzi na krytyczny felieton pozycjonującej się pod nowe rozdanie Moniki Olejnik: „uważam, że zarówno premier Tusk, jak i wicepremier Bieńkowska zostawili nasz kraj w kwitnącej kondycji”, minister Sienkiewicz jedynie „wyrażał w PRYWATNEJ rozmowie swój niepokój o stan państwa”, a w ogóle, to „rząd - zamiast się samobiczować, dowodząc gawiedzi swych wyimaginowanych win - powinien poprawić politykę informacyjną”. Doprawdy, żal mi wyborców, którzy do tego stopnia zaangażowali się emocjonalnie po jedynie słusznej stronie, bo muszą przeżywać teraz niezłą traumę, a będzie już tylko gorzej.

II. Państwo, to k... MY!

Jednocześnie mamy do czynienia z nasilającymi się objawami demencji, co uwidacznia się w niezbornej miotaninie, której najnowszą odsłoną jest postawienie na wariant „socjalistycznej odnowy”, bo tak należy odczytywać falę dymisji po upublicznieniu przez Stonogę akt śledztwa w sprawie afery podsłuchowej. Że wicie-rozumicie, może jednak faktycznie z tymi taśmami wyszło nieładnie, ale my tutaj, prawda, odsuniemy towarzyszy, którzy zawiedli zaufanie, partia się oczyści i teraz będzie po nowemu. Do tego, partyjna nomenklatura – niczym za nieboszczki PZPR – stopiła się we własnym mniemaniu z państwem jako takim do tego stopnia, że zwyczajnie nie potrafi się już komunikować z odbiorcami inaczej, niż językiem aparatu. Zwróćmy uwagę na kuriozalne przeprosiny Ewy Kopacz: „Wiemy, jak wiele trudnych chwil mieli w ostatnim czasie, a może w ciągu ostatniego roku, wyborcy Platformy Obywatelskiej, którzy bardzo często oburzeni, poirytowani, słuchali tych nagrań. Im się należą przeprosiny. I ja dzisiaj w imieniu Platformy Obywatelskiej bardzo serdecznie przepraszam”.

Innymi słowy, Kopacz przeprasza „wyborców PO” - nie Polaków. Ustępujący urzędnicy mówią, że to dla „dobra Platformy” - nie „dobra Polski”, a tak w ogóle, to nie czują się winni, tylko nie chcą stanowić wizerunkowego obciążenia dla Partii i Rządu. Wniosek nasuwa się jeden: oni są tak odklejeni, tak wsobnie skoncentrowani na wewnętrznych rozgrywkach, że nawet nie są w stanie zdobyć się na hipokryzję, by choćby udawać, że coś takiego jak Polska i Polacy jest na liście ich priorytetów. Utożsamienie państwa z własną kliką stało się dla nich po ośmiu latach czymś równie naturalnym jak oddychanie. „Państwo to k... MY” - kolesie, koterie, biznesy, przewały, intrygi, dojenie kasy - i w imię tego możemy przeprosić, a nawet się poświęcić, to są wartości zrozumiałe, uszyte na naszą miarę.

No dobrze, ale kogo w szczególności miała na myśli pani Kopacz mówiąc o „wyborcach platformy”? W kontekście powyższego, to chyba oczywiste. Zrośnięty z partią aparat urzędniczo-biurokratyczny i zblatowany biznes czerpiący profity na styku ze światem polityki – jak w przypadku tych miliardów wyprowadzanych z KGHM o których mówił Paweł Wojtunik w rozmowie z Bieńkowską. Oni teraz faktycznie mają prawo być wściekli i przerażeni, partia ewidentnie zawaliła sprawę jako gwarant układu, dostatnie życie za chwilę może się skończyć, zostaną za kilka miesięcy pogonieni w diabły, biznesy na publicznej kasie się urwą, wypracowane dojścia i kontakty szlag trafi... tak, im należą się przeprosiny. Bo przecież nie tym jeleniom, którzy głosowali myśląc, iż w ten sposób kupują sobie symboliczną przynależność do lepszej, nowoczesnej Polski, by z tych pozycji napawać się poczuciem wyższości nad „moherami”.

III. Gra służb

W tle natomiast toczy się gra rodzimych „siłowików”. Spójrzmy - do dymisji podał się „cywil”, czyli Jacek Cichocki, koordynator ds. służb specjalnych, ale palcem nie tknięto żadnego z szefów bezpieczniackich koterii. Paweł Wojtunik, szef CBA, zwyczajnie odmówił ustąpienia ze stanowiska i zapewne włos z głowy mu nie spadnie do końca kadencji. Wykreowanie Zbigniewa Stonogi na nowego trybuna ludowego bliźniaczo przypomina lansowanie Leppera – znać tu sznyt charakterystyczny dla kolejnych „konstruktów” służb. Kolejna poszlaka, to determinacja, by dotrwać do końca kadencji – gdy prosta logika nakazywałaby „ucieczkę do przodu” w postaci wcześniejszych wyborów, kiedy jeszcze możliwe jest zachowanie jakiegoś stanu posiadania. Do jesieni z Platformy zostaną zgliszcza, zaś szarpanina jaką obserwujemy obecnie przypomina pogrzeb na raty. Jeżeli mimo wszystko, wbrew elementarnemu instynktowi samozachowawczemu, Platforma samobójczo dąży do jesiennych wyborów, to jest widomy znak, że bezpieczniackie koterie postawiły na „projekcie PO” krzyżyk i potrzebują tylko czasu na dokończenie swych gier – choćby na wykreowanie „swojego antysystemowca” pokroju Stonogi, by ten urwał ile się da głosów Kukizowi, a może nawet spacyfikował jego inicjatywę i popierających go samorządowców, którym nagle się zamarzyło odgrywanie roli samodzielnego bytu politycznego. Taki „Kukiz na sterydach” epatujący radykalizmem byłby najlepszym hamulcowym jakichkolwiek istotnych zmian – atakując i torpedując program naprawy państwa właśnie z nieprzejednanych, skrajnych pozycji.

Osobną kwestią jest wpływ zmian geopolitycznych oraz interesów poważnych graczy międzynarodowych pod których „podłączeni” są nasi bezpieczniacy. Platforma była użyteczna w roli notariusza kwitującego podział wpływów w niemiecko-rosyjskim kondominium, przy desinteressement USA. W momencie gdy USA powróciły do gry, a cesarzowa Angela pokłóciła się z carem Władymirem o zasięg Mitteleuropy i Eurazji, okazało się, że w Polsce jest potrzebne nowe rozdanie polityczne oraz zmarginalizowanie wpływów rosyjskich. A że podpięta pod Moskwę frakcja bezpieki nie chce łatwo ustąpić - przynajmniej nie bez jakichś łupów na odchodnym – to mamy wojnę gangów dodatkowo pogrążającą rząd PO. Swoją drogą, Donald Tusk musi sobie gratulować ewakuacji do Brukseli. Zresztą, kto wie – może odpalenie rok temu afery przez tygodnik uchodzący za „drukarkę” służb, uświadomiło mu ostatecznie, że nie ma co kopać się z koniem, tylko trzeba uciekać „do Europy”, bo właśnie rozpoczął się proces likwidacji Platformy? Jeśli tak, byłby to pierwszy akord rozbrzmiewającego dziś tak głośno marszu żałobnego i wyjaśnienie, czemu Donald Tusk nie ukręcił sprawie łba w sposób znany z afery hazardowej, tylko - cytując pretensje Moniki Olejnik - „zostawił to g... swojej następczyni”. Koresponduje z tym opinia cytowanego przez „Wyborczą” jednego z działaczy PO, twierdzącego, iż „pod koniec rządów Donald zamknął się w swoim gabinecie. Mało kogo słuchał, zbyt wolno reagował”. Czyżby wiedział, że żadne „reakcje” tu nie pomogą?

Niezależnie jednak od schadenfreude z jaką można obserwować ostatnie konwulsje partii, która jeszcze do niedawna „nie miała z kim przegrać”, trzeba sobie powiedzieć, iż wizja wedle której „zaprzyjaźnione” mocarstwo przeorganizowuje nam scenę polityczną – nawet jeżeli wskutek owego „przeorganizowania” dojdzie do władzy siła mogąca rozpocząć proces naprawy kraju – musi budzić niepokój. Choćby dlatego, że przy kolejnym obrocie geopolitycznej karuzeli może zostać zdmuchnięta powiewem następnego „resetu”, Polska zaś pozostanie tym, czym jest obecnie – narzędziem w rękach potężniejszych graczy, pozbawionym własnej podmiotowości, zewnątrzsterownym i beznadziejnie uzależnionym od kaprysów światowych koniunktur.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1877-pod-grzybki-8

Artykuł opublikowany (pod zmienionym tytułem „To już jest koniec”) w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 23 (17-23.06.2015)

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Grecja jak Islandia?

W „eurozonie” nie można ot tak sobie zbankrutować, pozostawiając głównych macherów ze stosem dłużnej makulatury.

„Wierzyciele przystawili Grecji pistolet do piersi” - utrzymane w tym tonie komentarze obiegły niedawno media, kiedy to ważyły się losy spłaty kolejnej raty greckich zobowiązań wobec Międzynarodowego Funduszu Walutowego i uzależnione od tego uruchomienie następnej transzy pomocowej. Wierzyciele z MFW i krajów strefy euro żądają dalszych cięć budżetowych i „reform” sprowadzających się de facto do wyprzedaży greckiego majątku narodowego i zwiększonego fiskalizmu. Ogółem Grecja ma w czerwcu spłacić do MFW ok. 1,55 mld euro, transza pomocowa wynieść ma 7,2 mld euro – inaczej Grecja zbankrutuje. Tymczasem Grecja już jest bankrutem, tylko nikt nie chce tego głośno powiedzieć w obawie przed polityczno-gospodarczymi perturbacjami. Nie ma co się oszukiwać – te wszystkie „transze pomocowe” są jedynie galwanizowaniem zdechłej żaby – jedną ręką dajemy, drugą zabieramy, zaś grecki budżet jest jedynie przepompownią pieniędzy. Grecki dług publiczny wynosi ponad 320 mld euro, co stanowi 175% tamtejszego PKB. W samym 2015 Grecja musi zwrócić 20 mld. Ogółem w latach 2010 – 2014 do Grecji trafiło 240 mld euro kredytów pomocowych, które Grecja musi zwrócić – z czego 30 mld należy do MFW, 53 mld do krajów strefy Euro, zaś 141 mld do Europejskiego Funduszu Stabilności Finansowej, do tego dochodzi jeszcze „Greek Loan Facility” z wcześniejszej fazy kryzysu, na którą to linię kredytową złożyły się kraje eurogrupy.

Trzeba jasno powiedzieć – grecki dług jest nie do spłacenia i jeśli nic się nie zmieni, kraj ten stanie się wiecznym „chorym człowiekiem Europy”, wstrząsanym rozlicznymi ekonomiczno-społecznymi paroksyzmami. Zabójcza na dłuższą metę jest również polityka narzucana przez MFW, zawsze wg jednego wzoru – zwiększone podatki i cięcie wydatków we wszelkich możliwych obszarach, co w efekcie prowadzi do zamrożenia gospodarki. Przypomnijmy, że MFW podobnych „reform” oczekiwał od Węgier, te zaś poszły odmienną drogą, dziękując Funduszowi za współpracę. Dziś ten sam MFW nie może się nachwalić, jak orbanowskie Węgry wychodzą z kryzysu.

Owszem, Grecji nikt nie kazał zadłużać się ponad miarę, czy organizować olimpiady w 2004, należy jednak zwrócić uwagę na okoliczności. Po pierwsze - motywowane politycznie przyjęcie tego kraju do strefy euro, które nie powinno mieć miejsca (np. Goldman Sachs pomagał Grecji maskować zadłużenie swapami walutowymi). Po drugie – unijne fundusze, przedstawiane jako dobrodziejstwo, wymuszają na rządach partycypowanie w kosztach, co napędza spiralę zadłużenia. Po trzecie – euro silniejsze od drachmy stało się hamulcowym eksportu, przyczyniło się zaś do zwiększania importu, np. z Niemiec, który zresztą kredytowany był hojnie przez niemieckie instytucje finansowe w ramach poszerzania rynków zbytu.

W kontekście powyższego warto przypomnieć casus Islandii sprzed kilku lat. Po uderzeniu kryzysu finansowego w 2008 tamtejszy rząd początkowo starał się „ratować” banki – podobnie jak czyniły to inne kraje - i żebrał gdzie się da o pożyczki, by w końcu pod społeczną presją (nowe wybory, referendum przeciw „ustawie kompensacyjnej”), odmówić spłacania bankowych długów z publicznych pieniędzy. Banki zostały objęte wpierw zarządem komisarycznym (Kaupthing Bank, Glitnir Bank i Landsbank), a następnie... przekazano bankrutów wierzycielom, wraz z bólem głowy. Pomoc publiczną skierowano do zwykłych ludzi – pod postacią np. zwrotu bankowych depozytów, czy umorzenia długów hipotecznych powyżej 110% wartości nieruchomości. Do tego w 2010 islandzki Sąd Najwyższy uznał kredyty indeksowane w obcych walutach za nielegalne. Ostatecznie, po reformach, pożyczce w wysokości 6 mld dolarów, Islandia wyszła na prostą zbijając deficyt z 13,5% do 2% PKB, bezrobocie do 5% i notując kilkuprocentowy wzrost gospodarczy.

Czy powyższy wariant możliwy jest w Grecji? Są istotne różnice – Islandia ma własną walutę, którą może zdewaluować, nie jest członkiem UE, zaś jej problemy wynikały z prywatnego długu banków (choć rząd Wlk. Brytanii, której instytucje finansowe „umoczyły” w islandzkich bankach, naciskał na jego „upublicznienie”). Wierzycielami Grecji są obecnie państwa, bowiem kraje strefy euro dokonały swoistej „nacjonalizacji” wierzytelności przejmując je od swych instytucji finansowych. Według brytyjskiego think tanku Open Europe 60% greckiego długu należy do państw strefy euro, 10% do MFW, 6% do Europejskiego Banku Centralnego, 3% do greckich banków, 1% do banków zagranicznych. Jedynym ratunkiem więc pozostaje oficjalne ogłoszenie bankructwa, powrót do drachmy i jej dewaluacja – czyli słynny „grexit”. To jest jednak czarny sen Niemiec, bojących się reakcji łańcuchowej obejmującej całe południe Europy, więc starają się do takowego scenariusza nie dopuścić wszelkimi sposobami. Wychodzi więc na to, że w „eurozonie” nie można ot tak sobie zbankrutować, pozostawiając głównych macherów ze stosem dłużnej makulatury. Trawestując znane rosyjskie powiedzonko – tutaj jest euro za wejście i dwa za wyjście.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2012/02/o-greckich-kozojebcach-i-bankructwie-w.html

http://podgrzybem.blogspot.com/2014/03/a-tymczasem-na-islandii.html

 

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 24 (12-18.06.2015)

czwartek, 18 czerwca 2015

Pod-Grzybki 7

Premierzyca Kopacz utrąciła wniosek o komisję śledczą w sprawie afery podsłuchowej twierdząc, iż taka komisja służyłaby tylko „politycznemu teatrowi”. Zważywszy, że sejmową większość ma PO i PSL, a co za tym idzie – zdominowałyby również komisję, pani premier niechcący wyszło świetne podsumowanie rządów koalicji.

*

Histeria! Stonoga odpalił akta taśmowe, seria dymisji w rządzie i okolicach, a Szalony Stefan swoje: „PiS-owski jazgot, kłamstwo, które się wyrywa, te spocone ręce, które wyciągają po Polskę ręce… Polskę przed PiS-em należy bronić!”. Proszę docenić wyjątkową urodę tego cytatu, zwłaszcza te spocone ręce. A dlaczego nie spocone nogi? Dokładnie - sto nóg Stonogi wyciągających się po Polskę. To jest coś!

*

Panika! Z internetowych łamów „Wyborczej”: „Kolejno wzywała (Ewa Kopacz – PL) do siebie ministrów, przedstawiając im propozycję nie do odrzucenia. Najdłużej opierał się marszałek Sejmu Radosław Sikorski”. Niech zgadnę – trzymał się biurka, zapierał nogami i krzyczał „chcę jedynkę w »Bydgoszczu«”?

*

Przy okazji zarysowała się nam ciekawa gradacja: na tle Stonogi Kukiz wygląda na umiarkowanego, z kolei na tle Kukiza na umiarkowany wygląda PiS, zaś Platforma na tle PiS-u... nie, jednak PO w tej chwili w ogóle nie wygląda.

*

To znaczy, jakoś tam wygląda – konkretnie, jak Ewa Kopacz w dniu ogłaszania dymisji: roztrzęsiona i spłakana, jakby za chwilę miała powtórzyć numer „na Sawicką” i wysmarkać się przed kamerami, biorąc ludzi na litość. Niestety, pani premier, to już nie te czasy. Teraz jest jak w piosence Taty Kazika „W czarnej urnie” - „słyszę twój stłumiony głos / mówisz słowa gorzkie przez łzy / lecz już we mnie tylko złość / zimna wściekłość, już nie Ty”.

*

Ludowcy zaglądnęli do głów swoich i umyślili, że nowym marszałkiem Sejmu miałby zostać Józef Zych, który przeszedł do historii pamiętnym coming-outem: „Wysoka Izbo, nie po raz pierwszy staje mi...”. Chłopy, zostawcie starego Józwę w spokoju. Jeszcze znowu stanie mu przed Wysoką Izbą i będzie skandal, zgorszenie oraz „sexual harassment”.

*

Kancelaria Bronisława Boleściwego na gwałtu-rety podpisuje nowe umowy o pracę, wypłaca nagrody, zawiera kontrakty – słowem, trwoni budżet tak, by nowy prezydent nie mógł zwalniać współpracowników Bronisława z powodu braku funduszy na ustawowe odprawy. Potraktujmy to ze spokojem. W końcu małpia złośliwość to ostatnie, co im pozostało.

*

Tomasz Sakiewicz z „Zony Wolnego Słowa” doniósł z satysfakcją, że PO jest „rozrywana na strzępy” wskutek zmian geopolitycznych – dekodując, przestała być potrzebna jako gwarant balansu wpływów niemiecko-rosyjskich, zaś do gry wkroczyli Amerykanie. Przepraszam, ale we mnie wizja rozgrywania i ustawiania naszej sceny politycznej przez obce służby, choćby „sojusznicze” i popierające „naszych” jakoś nie wywołuje entuzjazmu. Ale może jestem jakiś dziwny i nie znam się na patriotyzmie – w przeciwieństwie do redaktora Sakiewicza, ma się rozumieć.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 23 (17-23.06.2015)

środa, 17 czerwca 2015

Platforma banksterów

Banki przestraszyły się wizji objęcia władzy przez PiS do tego stopnia, że postanowiły powołać własną partię – taką „Platformę Banksterów”.

„Prognozy, że frank będzie niedługo kosztował 4 zł są oderwane od rzeczywistości. Szwajcarzy bowiem już parę lat temu zablokowali kurs franka na poziomie: 1,22 franka =1 euro, i bronią tego kursu. Ponieważ mocny frank oznacza problemy dla szwajcarskiej gospodarki” - tak na początku listopada 2014 mówił na antenie programu pierwszego Polskiego Radia Ryszard Petru. W tym czasie przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich miał własny kredyt we frankach już od wielu lat przewalutowany na złotówki. Zrobił to w październiku 2008, po wybuchu kryzysu finansowego. Jak widać, cwana z niego gapa – jako bankowy „insider” doskonale zdawał sobie sprawę w którą stronę wieje wiatr, a mimo to do samego końca w publicznych wystąpieniach utrzymywał wersję „dla maluczkich”, wedle której kredyty frankowe są bezpiecznym rozwiązaniem dla milionów Polaków. Kurs franka bił kolejne pułapy, zaś Petru, który przewalutował dwie części kredytu, gdy frank odpowiednio był po 2,79 i 2,81 zł, konsekwentnie zapewniał, że cena szwajcarskiej waluty teraz to już z pewnością nie wzrośnie. „Jeżeli nie będzie jakiejś megakatastrofy, typu upadek Ukrainy, to jest duża szansa, że poziomu 3,20 zł za franka już nie zobaczymy” - wypowiedź dla PAP w 2008, po wybuchu kryzysu. „Zbytnie umocnienie franka zabije szwajcarską gospodarkę. Nie może się więc utrzymać w dłuższej perspektywie czasu” - to z kolei rozmowa z „Super Expressem” z 2011, gdy frank jest już po 3,9 zł. Dwa miesiące po cytowanej na wstępie wypowiedzi, Szwajcarzy uwolnili walutę i frank poszybował w okolice 5 zł.

Petru twierdzi, iż na przewalutowaniu „stracił”. Owszem, doraźnie tak – tyle, że zarazem uchronił się przed większymi stratami w przyszłości, zatem adekwatnym określeniem byłoby „zminimalizował straty” - i to w samą porę, zanim kurs franka zaczął naprawdę szaleć. Jednocześnie wciąż namawiał Polaków do pozostania przy szwajcarskiej walucie, czyli do brnięcia w powiększające się lawinowo zadłużenie, z którego sam w ostatniej chwili się wywikłał. Innymi słowy, mamy do czynienia z bankowym lobbystą, funkcjonującym w przestrzeni publicznej i wykorzystującym dostęp do mediów (a jego aktywność medialna była bardzo intensywna), by w interesie sektora bankowego uspokajać nastroje kredytobiorców pozostających w pułapce zastawionej za pomocą toksycznego produktu finansowego. Jednocześnie opowiadał się przeciw jakiejkolwiek ingerencji państwa w sprawę kredytów walutowych: „oczekiwanie, że w tej sytuacji może coś zrobić polski rząd – jest nierealistyczne. Zgodnie z naszym prawem nie ma bowiem żadnych możliwości” - to dalsza część wypowiedzi dla radiowej „Jedynki” z listopada 2014. I dalej: „problem z frankiem szwajcarskim polega na tym, że zmienił się kurs. Ale to nie oznacza wcale, że państwo ma pomagać. (…) Chyba, że będziemy pomagać tak jak na Węgrzech, poprzez interwencję i zapłacą za to banki, a potem banki przerzucą te koszty ma klientów”.

Dziś tenże Petru zakłada ugrupowanie polityczne, będące w zasadzie jawną ekspozyturą interesów finansowej oligarchii i generalnie - wielkiego biznesu. Ich celem jest utrzymanie obecnego status quo – czyli systemowego drenowania Polski z kapitału i zakonserwowanie pozycji milionów Polaków jako taniej siły roboczej. Wszystko to zaś pod atrakcyjnie brzmiącymi hasłami rozwoju, wolności gospodarczej, wzmocnionymi straszeniem, że jakakolwiek interwencja państwa przyniesie opłakane skutki. Obecność na konwencji założycielskiej Rafał Brzóski – właściciela firmy „InPost”, zwanego „królem śmieciówek” nie jest przypadkiem. Przedsięwzięciu, jak całej karierze Ryszarda Petru, patronuje w tle Leszek Balcerowicz – czyli podwykonawca planu Jeffreya Sachsa zwanego na użytek miejscowych „planem Balcerowicza” i stróż patologicznego modelu naszej transformacji. Na marginesie warto zauważyć, że inicjatywa Ryszarda Petru - „Nowoczesna.pl” - zaczęła swe funkcjonowanie od plagiatu. Pretensje w sprawie myląco podobnej nazwy zgłasza lewicowa fundacja „Nowoczesna Polska” Jarosława Lipszyca, związanego z „Krytyką Polityczną”.

Podsumowując, najwyraźniej banki przestraszyły się wizji objęcia władzy przez PiS do tego stopnia, że postanowiły powołać własną partię – taką „Platformę Banksterów”, grupującą strażników i beneficjentów kompradorskiego systemu III RP. Warto tu przypomnieć, że rok 2006 – za rządów PiS – był jedynym, w którym nie odnotowano znaczącego wypływu kapitału z Polski i perspektywa powtórki musi zleceniodawców pana Petru bardzo niepokoić. Już teraz wg „Rzeczpospolitej” sektor bankowy boi się scenariusza węgierskiego – korzystnego dla państwa i obywateli, lecz godzącego w miliardowe zyski branży (ponad 16 mld zł netto w 2014). Frazesy o wolności gospodarczej i przyjaznym państwie są warte tyle samo co analogiczna retoryka KL-D, czy Platformy Obywatelskiej. Tu są konkretne geszefty do przypilnowania i właśnie do tego zadania został oddelegowany pan Petru ze swoją ekipą.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1815-pod-grzybki-7

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 24 (12-18.06.2015)

wtorek, 16 czerwca 2015

Polscy judeochrześcijanie

Czy nasi „konserwatyści” zdają sobie sprawę, że przeszczepiają obcą nam polityczno-religijną doktrynę, powstałą w odmiennych warunkach historycznych?

I. Żydzi dostali co chcieli

Przez moment małą burzę w internecie wywołała informacja podana na portalu Kresy.pl za dziennikiem „Jerusalem Post”, jakoby w polskim Sejmie powstała proizraelska grupa lobbystyczna z posłem PiS Janem Dziedziczakiem na czele. Na szczęście, poseł szybko zdementował tę wiadomość. Według komunikatu Sejmu, doszło jedynie do kurtuazyjnego spotkania Polsko-Izraelskiej Grupy Parlamentarnej z delegacją Światowego Kongresu Żydów, w którym poseł Jan Dziedziczak brał udział jako przedstawiciel delegacji do Zgromadzenia Parlamentarnego NATO. Mówiono m.in. o polityce historycznej, co więcej „Izraelscy goście dostrzegli, że w mediach światowych pojawiają się nieprawdziwe określenia »polskie obozy śmierci« i »polskie obozy koncentracyjne«. (…) Ambasador Izraela w Warszawie, obecna na spotkaniu, zaapelowała do przedstawicieli Światowego Kongresu Żydów o dalsze wsparcie polskich wysiłków na rzecz propagowania prawdy o wydarzeniach wojennych i o tym, kto był sprawcą, a kto ofiarą ludobójstwa i Holocaustu”.

Brzmi całkiem miło, warto jednak zauważyć, że sformułowania o „polskich obozach” zagnieździły się również w mediach izraelskich i jakoś nie było słychać sprzeciwu Światowego Kongresu Żydów. Kolejną wątpliwość budzi ton izraelskich mediów, które ani słowem nie wspominają o obronie dobrego imienia Polski, za to z zachwytem piszą o wspomnianym już „lobby” oraz „publicznym wsparciu dla państwa żydowskiego”. Ktoś tu ewidentnie mija się z prawdą i mam tylko nadzieję, że nie jest to Jan Dziedziczak.

Sam poseł w internetowym wpisie, prócz dementi przyznał, iż rozmawiano o wsparciu dyplomatycznym dla Izraela w konflikcie bliskowschodnim – i, jak rozumiem, ten właśnie aspekt został uwypuklony przez media izraelskie przy całkowitym przemilczeniu drugiego elementu spotkania, czyli polityki historycznej. W świat poszedł jedynie „mesydż” o naszym bezwarunkowym poparciu dla państwa żydowskiego, rozbudowany o element „lobbyingu”, zaś to na czym zależało stronie polskiej zostało kompletnie pominięte. Innymi słowy, zostaliśmy ograni jak dzieci, nie pierwszy raz zresztą.

II. Polska – Izrael - USA

Warto na moment zatrzymać się nad owym „wsparciem w konflikcie bliskowschodnim”. Jan Dziedziczak stwierdził m.in., iż „Izrael jest bramą dla radykalnego islamu dla naszej cywilizacji” (rozumiem, że bramą zamkniętą – PL), i dzięki istnieniu żydowskiego państwa, Żydzi „nie muszą uciekać np. do Polski”. Wyraził również swój jednoznaczny sprzeciw wobec żydowskich roszczeń „odszkodowawczych”. Ja ująłbym to tak – z naszego punktu widzenia korzystna jest sytuacja permanentnego klinczu Izraela ze światem muzułmańskim, dzięki temu bowiem znaczna część sił islamistów związana jest na Bliskim Wschodzie i nie może zostać wykorzystana przeciw Zachodowi. Ponadto, z oczywistych względów lepiej, że Żydzi pozostają w Palestynie, niż gdyby mieli zacząć nagle masowo „przypominać sobie” o polskich korzeniach i chcieli tu wrócić. O kwestiach „rewindykacji majątkowych” nie może być, rzecz jasna, mowy.

Tyle, że właśnie w tej ostatniej sprawie Izrael stanął na wrogich nam pozycjach, oficjalnie współuczestnicząc w Projekcie HEART, mającym na celu wydębienie „odszkodowań” - i tu powstaje pytanie, czy polscy parlamentarzyści powinni tak ochoczo deklarować swe wsparcie dla Izraela bez żadnych warunków wstępnych? Zdaję sobie sprawę, że jest to pochodna naszego sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi, ale nadgorliwość, szczególnie darmowa, jest gorsza od faszyzmu... Swoją drogą, ciekawe, czy wątek ten pojawi się w rozmowie Andrzeja Dudy z Jeb'em Bushem – być może przyszłym prezydentem USA. Czy prezydent-elekt zdobędzie się na sugestię, że dla dobra wzajemnych stosunków Stany Zjednoczone powinny wycofać się ze wspierania żydowskich roszczeń majątkowych?

III. Chrześcijański syjonizm

I w tym momencie dochodzimy do arcyciekawego wątku. Otóż do niedawna sądziłem, że amerykańskie zaangażowanie po stronie Izraela oraz środowisk żydowskich wynika wyłącznie z racji geopolitycznych i jest pokłosiem Zimnej Wojny, kiedy to USA musiały mieć jakiegoś sojusznika w strategicznym regionie. Okazuje się, że nie tylko, przyczyny są o wiele głębsze i mają swe korzenie w religijnej tradycji Stanów Zjednoczonych. Źródła amerykańskiego filosemityzmu sięgają samych początków tamtejszej państwowości, a nawet jeszcze głębiej – czasów reformacji i są w prostej linii efektem antykatolickiej herezji. Przyznam się, że nie byłem powyższego świadom do chwili, kiedy kilka tygodni temu przeczytałem na łamach „Plusa-Minusa” esej „Filosemityzm bez Żydów” autorstwa Philipa Earla Steele'a, mieszkającego w Polsce amerykańskiego historyka, tłumacza i członka Kościoła Prezbiteriańskiego.

Otóż, protestantyzm po zniesieniu kultu świętych, musiał czymś wypełnić powstałą lukę – i tę próżnię zaludnili bohaterowie Starego Testamentu. Stąd we wspólnotach protestantów ewangelikalnych popularność starotestamentowych imion, a także biblijne nazwy wielu amerykańskich miejscowości. W warstwie polityczno-religijnej przekłada się to na nurt „chrześcijańskiego syjonizmu”. W skrócie, chodzi o to, że przed końcem świata i ponownym nadejściem Chrystusa, Izraelici mają ponownie zebrać się z rozproszenia i zasiedlić Ziemię Świętą, zaś obowiązkiem chrześcijan jest dołożyć starań, by biblijne proroctwo dopełniło się jak najprędzej. Jak łatwo zauważyć, taka postawa stawia docześnie chrześcijaństwo w pozycji służebnej wobec „ludu Izraela” - ze wszelkimi tego konsekwencjami, stąd też najaktywniejszym lobby żydowskim w USA są nie tyle sami Żydzi, których jest tam stosunkowo niewielu, ale protestanccy Amerykanie, szczególnie z tzw. „pasa biblijnego”. Już w 1649 roku do brytyjskiej Rady Wojennej wpłynęła „Petycja Cartwrightów”, której purytańscy autorzy żądali, by brytyjska flota przetransportowała do Palestyny europejskich Żydów, albowiem Anglia ma „Bożą misję” restytucji żydowskiego państwa. Ze względu na wojnę domową do realizacji planu nie doszło, acz petycja została ZAAPROBOWANA. Inna sprawa, że Żydzi mieli wówczas swój „Paradisus Judaeorum” w Rzeczypospolitej Obojga Narodów i nigdzie się nie wybierali... Idea „chrześcijańskiego syjonizmu”, zwanego wówczas „restauracjonizmem” rozkwitła również w brytyjskich koloniach w Ameryce Północnej i następnie, już po wywalczeniu niepodległości, w Stanach Zjednoczonych. Jako ciekawostkę warto podać fakt, że na amerykańskich uniwersytetach przez długi czas język hebrajski był przedmiotem obowiązkowym.

Chrześcijański syjonizm przewijał się przez politykę zarówno brytyjską jak i amerykańską przez cały XIX wiek i przejawiał się np. współpracą z syjonistami żydowskimi. Anegdotyczna jest postać angielskiego duchownego działającego na rzecz syjonizmu, wielebnego Williama Hechlera, którego „najwyższą życiową ambicją było zostać biskupem Jerozolimy i osobiście przywitać Zbawiciela przy bramie miasta”. W dzisiejszej Ameryce wielebny Hechler miałby wzięcie, bowiem „79 proc. chrześcijan w Ameryce oczekuje powtórnego przyjścia Chrystusa – i 20 proc. z nich sądzi, że nastąpi to za ich życia”, z kolei „zdaniem 42 proc. mieszkańców USA Bóg dał Żydom ziemię Izraela na wieczność; dla 35 proc. dzisiejszy Izrael jest spełnieniem proroctw biblijnych”. Dodajmy, iż jest to największe zaplecze wyborcze Republikanów. Jak widać z powyższego, dosłowne odczytywanie biblijnych proroctw wytwarza potężne społeczne oraz intelektualne ciśnienie, co z kolei przekłada się na sferę polityki i doktrynę trwającą nieprzerwanie od XVII stulecia po dziś dzień.

IV. Polscy „judeochrześcijanie”

Piszę o tym wszystkim, bowiem proamerykańska i sympatyzująca z Republikanami część głównego nurtu polityczno-medialnego polskiej prawicy usiłuje bezkrytycznie zaadaptować ową doktrynę na gruncie polskim, ubierając ją w szaty „judeochrześcijaństwa”. Jest to swoisty paradoks – np. tradycjonalista Terlikowski piętnujący protestanckie nowinkarstwo przenikające do Kościoła Katolickiego, sam jednocześnie jest gorliwym wyznawcą idei wywodzącej się z protestanckiej herezji. Ciekawe, czy nasi „konserwatyści” zdają sobie sprawę, że czynnie przykładają się do przeszczepiania obcej nam polityczno-religijnej doktryny, powstałej w odmiennych warunkach historycznych? Tymczasem wychodzi na to, że „judeochrześcijaństwo” jest dla naszej prawicy intelektualną obsesją taką samą, jak genderowe szaleństwa dla lewaków – i potencjalnie równie niszczycielską.

Portal Jewishpress.com opisując parlamentarne spotkanie polsko-żydowskie podkreślił, iż jego uczestnicy zebrali się, by „budować dalsze wsparcie dla państwa Izrael, na bazie wspólnie wyznawanych judeo-chrześcijańskich wartości”. Bardzo charakterystyczny to cytat, pokazuje bowiem do czego w istocie owo „judeochrześcijaństwo” służy – jest to ideologiczny wytrych mający na celu ułatwienie realizacji rozmaitych żydowskich interesów, przeważnie naszym kosztem, co polecam licznie rozmnożonym u nas „chrześcijańskim syjonistom” pod rozwagę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1815-pod-grzybki-7

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 22 (10-16.06.2015)

sobota, 13 czerwca 2015

Pod-Grzybki – 6

Dziś „Pod-Grzybki” nieco monotematyczne, a to za sprawą Ewy Kopacz, która pozazdrościła sławy niejakiej Barbarze Kwarc i postanowiła zostać królową internetu. W tym celu zatrudniła już 50 hejterów a w planach jest okrągła setka. Skoro już o setkach mowa – ja na coś takiego nie wpadłbym nawet po setce żołądkowej.

*

Pomysł pani premier pokazuje, że Platforma jest jak Bourbonowie okresu Restauracji o których mówiono, że niczego nie zapomnieli i niczego się nie nauczyli. I bardzo dobrze – patrząc po reżimowej propagandzie, „hejty” będą zgredowskim, sklerotycznym pierniczeniem. Takie skrzyżowanie Kuczyńskiego z Niesiołowskim powinno stać się w najbliższych miesiącach głównym dostarczycielem tzw. „lolkontentu”.

*

Zastanawiam się, jak mogłoby wyglądać hejtowanie w wydaniu działaczy PO. Może tak: „ja, gówniarze, w waszym wieku musiałem żreć szczaw i mirabelki, a za sanacji tośmy każdą zapałkę dzielili na czworo”. Nada się?

*

Jako pierwsza lolkontentu dostarczyła pani Kidawa-Błońska, wyrażając pragnienie, aby „po przeszkoleniach wszyscy członkowie Platformy byli aktywni i zachowywali się jak hejterzy”. Używając obcobrzmiącego słowa „hejter” pani Kidawa-Błońska sądziła zapewne, że to coś supernowoczesnego i młodzieżowego – sugerującego dynamizm oraz dobry kontakt z młodymi ludźmi. Taki piarowiec na sterydach, można powiedzieć. Tłumaczę – pani poseł, „hejter” to inaczej nienawistnik. Płatny sku...syn, krótko mówiąc, że odwołam się do przenikliwej diagnozy Pani wybitnego kolegi, Adama Szejnfelda.

*

Aha, słowo „lolkontent” to też nie to, co Pani myśli. Nie oznacza pozytywnego przekazu dnia, tylko tzw. „bekę”. „Beka” natomiast, to nie taki duży pojemnik na piwo, tylko coś wywołującego efekt określany jako ROTFL. ROTFL zaś... a nie, nie powiem – niech Pani sobie sprawdzi w internecie. Internet to takie coś, co siedzi m.in. w tabletach i smartfonach, a młodzi ludzie - czyli gówniarze i płatne sku...syny - używają tego zamiast TVN-u.

*

A może ja tez mógłbym zostać hejterem? Mam kwalifikacje – od najmłodszych lat pieczołowicie kształtuję w sobie wyjątkowo podły charakter, a narzeczona mówi, że jestem złośliwym małpiszonem. Całkiem jak Stefan Niesiołowski.

*

Na koniec zmiana tematu. Bankierzy tak się przestraszyli PiS-u, że postanowili powołać własną partię z Ryszardem Petru na czele, czyli bankowym lobbystą, którego miejsce w łańcuszku zależności to rola podwykonawcy Balcerowicza, który jest z kolei podwykonawcą Sorosa i Sachsa. Podwykonawcami Petru są natomiast wszyscy frankowicze, których ten zapewniał, że frank nigdy nie podskoczy powyżej 4 PLN. Za poputczika wziął sobie pana Rafała Brzóskę, właściciela firmy „In Post” zwanego „królem śmieciówek”. I to jest, droga młodzieży, ich oferta dla Was – banksterski naganiacz wciskający Wam kredyty, które będziecie spłacać groszami zarobionymi u Brzóski. Już samo to mówi, kim dla nich jesteście – jeleniami i tanią siłą roboczą. Idziecie na to?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 22 (10-16.06.2015)