piątek, 16 czerwca 2017

Alternatywne państwo „totalnej opozycji”

Na naszych oczach zaczyna tworzyć się opozycyjna republika-bis rządzona przez „sędziokrację” i zrewoltowana wobec oficjalnych struktur państwa.


I. Apartheid wg Markowskiego

Nie jest nam potrzebna sztuczna jedność. Trzeba pracować nad tym, żeby się skutecznie instytucjonalnie podzielić” - powiedział bliski Platformie politolog Radosław Markowski w rozmowie z Agnieszką Kublik pod koniec października 2010 r. Był to szczyt potęgi PO – niedługo po Smoleńsku i po objęciu prezydentury przez Bronisława Komorowskiego. Kilka tygodni wcześniej usunięto krzyż sprzed Pałacu Prezydenckiego – co działo się na Krakowskim Przedmieściu, wszyscy pamiętamy. I w takim właśnie momencie upojony triumfem swojego obozu prof. Markowski uznał, że warto posunąć się o krok dalej i zaprowadzić wewnątrzpolski apartheid, sprowadzający się do zinstytucjonalizowania różnic światopoglądowych, społecznych, politycznych i religijnych. Od tej pory ci, których nieco później zaczęto określać mianem „fajnopolaków”, oraz „mohery” mieliby osobno odprowadzać podatki na własne przedszkola, szkoły, żłobki, szpitale itd. Ów „funkcjonalny federalizm” jak go eufemistycznie określił Markowski, składający się z dwóch „filarów” - „oświeceniowo-świeckiego” i „katolicko-narodowego” - sankcjonowałby „na sztywno” społeczny podział, tak by ci „lepsi” mogli dla własnego komfortu maksymalnie odseparować się od „ludu smoleńskiego”.

Milczącym założeniem przewijającym się między wierszami wypowiedzi Markowskiego było przeświadczenie, że warstwa „oświeconych” stanowi odrębną kastę, w ogromnej mierze składającą się z wielkomiejskiej klasy średniej. W konsekwencji, „oświeceni” nie mieszają się z prowincjonalnym ciemnogrodem – starszym, mieszkającym w „Polsce powiatowej”, chodzącym do kościoła (a przynajmniej innych kościołów niż „liberałowie”), gorzej wykształconym, mniej zarabiającym, okupującym podrzędne miejsca pracy. I na odwrót - „oświeceni” mieli stanowić wyizolowaną elitę: zamieszkującą grodzone osiedla-zamki, pracującą na wyższych stanowiskach, lepiej wykształconą, zamożniejszą itd. Współczesna lewica takie myślenie nazywa „klasizmem”, ale dziwnym trafem, nikt np. z „Krytyki Politycznej” wówczas tego Radosławowi Markowskiemu nie zarzucił.

Kolejnym aspektem powyższego był niewypowiedziany historyczny determinizm – ci „gorsi” wskutek niedopasowania do nowoczesnego świata mieli „wyginąć jak dinozaury”, zaś niedobitki pełnić wobec elit funkcje służebne. Tyle, że w swej nadętej arogancji Markowskiemu nie przyszło do głowy policzyć, ilu jest tych „wielkomiejskich liberałów”, jaką mają rozrodczość i jak niby mają osiągnąć na stałe dominującą pozycję, skoro „ciemnogród” jest w stanie przykryć ich czapkami. Uczony profesor nie zadał sobie również pytania, jak niby kasta liberalna ma się uzupełniać w warunkach sztywnego podziału z zaburzoną fluktuacją elit i warstw społecznych. No i wreszcie – człowiek zajmujący się m.in. socjologią i psychologią społeczną (nie tylko on zresztą, można tu także wymienić prof. Czapińskiego czy Krzemińskiego) nie zdołał zaobserwować, że ówczesna optyczna przewaga „młodych wykształconych” przekładająca się na zwycięstwo PO i rządy Tuska wynikała z rozbudzonych aspiracji materialnych i godnościowych, które zaspokoić miała ogólnikowo formułowana „modernizacja” i „europeizacja” Polski. Gdy owe aspiracje nie doczekały się spełnienia, nastąpił bunt przejawiający się m.in. masowym zwrotem w stronę „tożsamościową”. I stała się rzecz niepojęta: skazywane na wymarcie „dinozaury” nie dość, że radykalnie odmłodniały, to jeszcze wygrały wybory.


II. Alternatywne państwo

Przypominam to wszystko nie tylko po to, by zilustrować mentalność „oświeconych”, lecz także dlatego, że wbrew pozorom postulat apartheidu Radosława Markowskiego bynajmniej wśród tej warstwy nie stracił na aktualności. Różnica jest taka, że nie przewidzieli, iż przyjdzie im realizować go w warunkach, gdy sami zastaną zepchnięci do narożnika. W swym zadufaniu sądzili, że zawsze będą na wierzchu i prawem dziejowego postępu z czasem niepodzielnie rozciągną swą dominację na całą przestrzeń życia publicznego. Dlatego też nie są w stanie przyjąć do wiadomości, nie wspominając już o zaakceptowaniu, rządów tych, których zwykli traktować jako barbarzyńców stojących na nieporównywalnie niższym szczeblu cywilizacyjnego rozwoju. Kolejnym policzkiem jest dla nich rozprzestrzenienie się w sferze publicznej postaw budzących w „oświeconych” środowiskach jedynie odrazę – patriotycznych, narodowych, suwerennościowych. A już prawdziwe przerażenie budzi w nich to, że nagle, na przekór wcześniejszym mocarstwowym urojeniom, zobaczyli jak wąską grupę stanowią, jaki przedział wiekowy dominuje na ich demonstracjach i do jakiego stopnia są wyizolowani z tkanki społecznej. Innymi słowy, przekaz Markowskiego o budowaniu „instytucjonalnego podziału” z pozycji siły uległ szokującemu urealnieniu.

Reakcją jest sekciarski mechanizm wyparcia. To nie oni przegrali, tylko państwo zostało „zawłaszczone” zaś legalnie wybrana władza „nie ma mandatu” do wprowadzania jakichkolwiek zmian naruszających interesy dotychczasowych elit. A że te interesy sankcjonowane przez „republikę okrągłego stołu” zwykli utożsamiać z demokracją jako taką (bo innej tak naprawdę nie znają), to wszelkie ich naruszenie traktują (najzupełniej szczerze) jako „zamach na demokrację”. Przy takim podejściu logicznym następstwem jest traktowanie państwa w którym zostali pozbawieni znacznej części wpływów (choć dalece nie wszystkich) jako struktury wrogiej i obcej. Krótko mówiąc – Polska pod rządami opcji innej, niż „obóz beneficjentów III RP” nie jest ich państwem. Nie są w stanie utożsamić się z żadną formą państwowości w której to nie oni są warstwą nadrzędną – zarówno materialnie, jak i na płaszczyźnie symboliczno-godnościowej „dystrybucji szacunku”.

Efekt jest taki, że dziś instynktownie przystępują do budowy własnego apartheidu – tyle, że z pozycji „opozycji totalnej”. Już nie po to, by dominować, lecz by przetrwać w nadziei na jakąś odmianę polityczno-społecznych wiatrów, które znów kiedyś wyniosą ich na przynależne im szczyty. Taka jest istotna funkcja „pełzającego rokoszu” - zwarcie szeregów, eliminacja jednostek nieprawomyślnych i ugodowców, oraz konsolidacja posiadanych zasobów. Zważywszy na mizerną bazę społeczną, o czym świadczy rachityczność tworzonych oddolnie „obywatelskich” struktur (nieudana kopia analogicznych środowisk budowanych przez lata po prawicowej stronie), w ich stanie posiadania są cztery obszary – zagraniczne instytucje nacisku, którym się wysługiwali; sprzyjająca im część mediów, głównie z zagranicznym kapitałem; pozostające w ich rękach struktury partyjno-samorządowe będące dziś bastionem starych porządków oraz te segmenty państwa, które uda się „wyłuskać” spod rządów PiS.

Podstawowym filarem instytucjonalnym, na którym „opozycja totalna” chce oprzeć swoje „alternatywne państwo” jest władza sądownicza i szerzej – środowiska prawnicze udrapowane w szaty „ajatollahów demokracji” orzekających co jest zgodne z demokratycznym standardem, a co nie. To dlatego wypowiedzenie porządku konstytucyjnego w którym naród mają zastąpić w roli suwerena „wartości” spotkało się z takim aplauzem. Oni wiedzą, że „wartości” każdorazowo będą interpretowane na ich korzyść i w ich interesie, co potwierdza niedawne orzeczenie Sądu Najwyższego (w odpowiedzi na zadane samemu sobie pytanie) ograniczające prezydenckie prawo łaski. W ten sposób zaczyna obowiązywać postulat prof. Safjana samozwańczej kontroli konstytucyjności przez władzę sądowniczą. Na naszych oczach zaczyna tworzyć się opozycyjna republika-bis rządzona przez „sędziokrację” i zrewoltowana wobec oficjalnych struktur państwa.


III. Pluszowy krzyż „totalnej opozycji”

Każdej rewolcie potrzebny jest przynajmniej cień propagandowego uzasadnienia i nimb męczeństwa – najlepiej na pluszowym krzyżu. Stąd chociażby prowokacje na smoleńskich miesięcznicach starające się nie tylko odgrzać dawne emocje, ale również wykreować bohaterów walk z „dyktaturą”. Jest to celowa gra obliczona na reakcję siłową władzy poprzez świadome łamanie prawa – czego lider „Obywateli RP” Paweł Kasprzak nawet nie ukrywa. Póki co, mieliśmy groteskowe męczeństwo Frasyniuka i garstki innych osób wyniesionych przez policję poza obręb demonstracji i spisanych – ale zdjęcia poszły w świat, sugerując, że mamy tu co najmniej „putinizm” i łamanie praw obywatelskich. Porównajmy to sobie z zajściami pod krzyżem z lata 2010, czy szykanami wobec uczestników pikiety „Solidarnych 2010”, kiedy to Straż Miejska usiłowała z całą brutalnością usunąć jej członków z Krakowskiego Przedmieścia. Przypomnijmy pałowanie i procesy polityczne wytaczane uczestnikom Marszy Niepodległości, pacyfikowanie środowisk kibicowskich w ramach „akcji widelec”, grzywny za skandowanie hasła „Donald matole, twój rząd obalą kibole”, czy zupełnie już niedawny wyrok na Zygmunta Miernika zakończony więzieniem. Jak na dłoni widać, że obecna, usiłująca zanarchizować państwo „totalna opozycja” ma wyjątkowo dobrze. Czy czasem nie za dobrze?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 24 (14-20.06.2017)

Pod-Grzybki 101

Zdumiewające – niemieckie media odkryły związek między islamem a terroryzmem. Jak na tamtejsze standardy jest to iście kopernikański przełom. Co prawda nie odnalazły jeszcze związku między radykalizacją środowisk muzułmańskich a imigracją, ale nie bądźmy zbyt wymagający jeśli chodzi o zdolność kojarzenia faktów – w końcu ponoć istnieją jeszcze na świecie ludy nie widzące korelacji między seksem a pojawianiem się dzieci. Na ich tle niemiecki establishment i tak wykonał ogromny wysiłek intelektualny.


*

Kto postawił się zamachowcom w jednym z londyńskich pubów? Okazało się, że był to kibic tamtejszego klubu Millwall, którego zwolennicy nie bez przyczyny owiani są chuligańską sławą. „Fuck you, I'm Millwall!” - wykrzyczał do uzbrojonych w maczety napastników. Tak podejrzewałem, że jeżeli ktoś może jeszcze uchronić Europę, to właśnie kibole – chyba ostatnia na kontynencie grupa społeczna, która chce i potrafi się bić.


*

Podczas smoleńskiej miesięcznicy dał o sobie znać Władysław Frasyniuk, którego policja musiała wynieść z nielegalnej blokady. Na tę okoliczność Ewa Siedlecka (też wyniesiona) zachwyciła się, że Frasyniuk wyglądał „jakby ubyło mu 40 lat”. W tym tempie, to na za miesiąc pana Władka przyniosą w beciku (o ile nie będzie miał kolki), a na kolejną okazję Frasyniuka trzeba będzie od nowa spłodzić – o ile uczestniczki „Czarnego Protestu” z rozpędu nie wyskrobią legendarnego bohatera.


*

Wyciekły kolejne „taśmy kelnerów”, na których główną rolę odgrywa znany ksiądz-celebryta „Kazek” Sowa. Okazało się, że wielebny nie dość, że jest patologicznym gadułą, który najzwyczajniej nie potrafi się zamknąć, to jeszcze dybał na „Zonę Wolnego Słowa”, a jego życie kręciło się wokół schematu – tu jakaś bibka, tam spółeczka, ówdzie winko i ploteczki... Na szczęście, abp Jędraszewski już wcześniej nakazał mu powrót do diecezji, więc istnieje szansa, że ks. Sowa wyląduje w jakiejś klasztornej celi. Może nawet przypomni sobie jak nosić sutannę i odmawiać pacierz?


*

Krytyka Polityczna” opublikowała wywiad z niejakim Wiktorem Okwarem – polskim obywatelem nigeryjskiego pochodzenia, który wpadł na pomysł założenia organizacji „Send me back to Africa”, która – na wzór analogicznej fundacji działającej w USA – ma zbierać pieniądze na powrót do Afryki dla mieszkających tutaj Murzynów, mających już dość szalejącego polskiego nacjonalizmu. Widzę tu pole do współpracy ze środowiskami narodowymi – tak jak przed wojną część endecji współpracowała z ruchami syjonistycznymi. Jest jeden problem – na portalu crowdfundingowym organizatorzy deklarują, że chcą pozyskać na początek 11 850 zł., tymczasem póki co wpłynęło... 30 zł. Oznacza to, że nawet „Krytyka Polityczna” poskąpiła grosza, co świadczy o odruchu zdrowego rozsądku naszych lewaków. Z ich punktu widzenia byłoby to czyste marnotrawstwo - no bo, jeśli wyprowadziliby się z Polski wszyscy kolorowi, to kogo Sierakowski i spółka broniliby przed rasizmem?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 24 (14-20.06.2017)

niedziela, 11 czerwca 2017

Kolejny kapłan na celowniku lewaków

Jak głęboko Kościół i hierarchowie gotowi są ugiąć się przed udającym „dialog” dyktatem wrogów katolicyzmu?


I. Ks. prof. Guz na celowniku

Wygląda na to, że lewactwo idzie za ciosem i postanowiło konsekwentnie tropić „nie-lewomyślnych” kapłanów – szczególnie tych znajdujących szeroki odzew wśród wiernych. Niewątpliwie skrzydeł wrogom Kościoła dodały niedawne sukcesy, takie jak doprowadzenie do nałożenia przez bp. Jana Tyrawę zakazu wypowiedzi na tematy polityczne na ks. prałata Romana Kneblewskiego, czy wcześniejsze „wypchnięcie” z kapłaństwa ks. Jacka Międlara. Tym razem pod lupę wzięto ks. prof. Tadeusza Guza.

Dla tych z Państwa, którzy nie wiedzą kto zacz, przedstawię na początek garść informacji. Ks. prof. Tadeusz Guz z wykształcenia jest teologiem (1984, KUL) oraz filozofem (1989, KUL). Doktoryzował się w 1996 r. na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie (dziś Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego) – tam też w 2001 r. zrobił habilitację. Tytuł profesorski z rąk prezydenta Andrzeja Dudy odebrał w 2017, wcześniej otrzymał tytuł profesora zwyczajnego na niemieckiej Gustav-Siewerth-Akademie, gdzie wykładał i w latach 2001-2003 był dziekanem Wydziału Filozofii. Autor szeregu publikacji w językach polskim i niemieckim, wykłada na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Przeciwnik lewicowych filozofii i ideologii – m.in. postmodernizmu, marksizmu i heglizmu. Przyjaciel Radia Maryja. W internecie dostępnych jest szereg jego wykładów i prelekcji nieodmiennie gromadzących licznych słuchaczy.

Na celowniku lewicy i okołokościelnych liberałów znalazł się z dwóch powodów – miażdżącej krytyki protestantyzmu oraz obnażania intelektualnych błędów i mielizn różnych modernistycznych prądów, czynionego m.in. z punktu widzenia chrześcijańskiej antropologii. Jak widać, ktoś taki nie mógł być przez siły postępu tolerowany, tym bardziej, że zaczął przyciągać coraz liczniejsze audytorium, któremu – co ważne – wykładał skomplikowane zagadnienia filozoficzne i teologiczne zrozumiałym językiem. Przystąpiono do kontrofensywy.


II. Młot na „ekologów”

Na początek odnotujmy najnowszą burzę wokół ks. prof. Guza. Otóż 13 maja wziął udział w zorganizowanej przez Ministerstwo Środowiska oraz związaną z Radiem Maryja Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu konferencji „Jeszcze Polska nie zginęła – wieś” z udziałem m.in. min. Jana Szyszko i o. Tadeusza Rydzyka. Wygłosił tam stosunkowo krótką (ok. 25 min.) prelekcję pt. „Filozoficzna analiza ideologicznych podstaw animalizacji człowieka i humanizacji zwierząt i drzew” w której, jak to się dziś mawia, „zmasakrował” ideologię ekologizmu. Piszę „ekologizmu”, ponieważ tradycyjnie rozumiana ekologia jest dyscypliną naukową, to zaś co obecnie jest głoszone przez „ekologicznych” aktywistów („ekologistów”) jest podszywającą się pod naukowy obiektywizm ideologią. I właśnie coś w tym guście przedstawił słuchaczom w swym wystąpieniu ks. prof. Guz, nazywając ekologię „ateistycznym, materialistycznym i nihilistycznym neokomunizmem”, „animalizującym” człowieka (czyli sprowadzającym go do poziomu zwierząt), za to „humanizującym” zwierzęta i rośliny. „Ta ideologia – i mówię to z całkowitą odpowiedzialnością – jest odmianą zielonego nazizmu - powiedział, zarzucając współczesnemu „ekologizmowi” dążenie do degradacji człowieka. Nagranie dostępne jest na You Tube na profilu „Naszego Dziennika” - zachęcam do wysłuchania.

Dla każdego myślącego zdroworozsądkowo człowieka obserwującego działalność organizacji „ekologicznych” słowa ks. prof. Guza są oczywistością. To w ich kręgach wsparcie znajdują m.in. projekty depopulacyjne, to ich domeną jest generalnie traktowanie człowieka i jego aktywności w kategoriach zagrożenia dla „planety”, to oni wreszcie promują neopogańskie z ducha postrzeganie Ziemi jako istoty żywej - „Gai”. Słowem, ideologia „ekologizmu” jest zaprzeczeniem chrześcijańskiego personalizmu, a w konfrontacji wartości człowiek – przyroda, „ekologiści” zawsze opowiedzą się przeciw człowiekowi. Nic więc dziwnego, że ksiądz profesor uznał, iż „zieloni” posuwają się dalej niż III Rzesza – bo naziści przynajmniej uznawali prawo do istnienia germańskiej „rasy panów”.

W odpowiedzi rozległ się skowyt oburzenia do którego – jakże by inaczej – czynnie włączyła się „Wyborcza”, produkując na łamach swojego lubelskiego dodatku stosowny artykuł. Jak dowiadujemy się z niego, 100 osób (aktywistów ekologicznych, „ludzi kultury” itp.) skierowało na ręce rektora KUL ks. prof. Antoniego Dębińskiego list otwarty w którym domagają się odsunięcia ks. prof. Guza od zajęć ze studentami. Szczególnym oburzeniem zapałał Radosław Gawlik ze Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA – były poseł i wiceminister środowiska w rządzie Jerzego Buzka - zarzucając ks. Guzowi poglądy „dyskredytujące” go z wykładania na uczelni. W samym liście zaś koronnym zarzutem jest dyżurny „argument” lewactwa – czyli „mowa nienawiści”. Słowem, mamy do czynienia z typową dla lewaków próbą założenia cenzorskiego knebla. Co gorsza, Lidia Jaskóła, rzecznik prasowy KUL, złożyła oświadczenie w którym oznajmiła, iż stwierdzenia ks. prof. Guza „szkodzą dobremu imieniu uniwersytetu”, a sam ks. profesor zostanie zobowiązany do przeprosin.


III. O protestantach dobrze, albo wcale

To nie pierwsze szykany, jakie spotykają księdza profesora. Już w marcu tego roku został „poproszony” przez swych przełożonych o nie wypowiadanie się publiczne na temat reformacji, której ks. prof. Guz jest zdecydowanym krytykiem – w szczególności luteranizmu jako źródła wszystkich późniejszych nurtów protestantyzmu. Lutrowi zarzuca m.in. traktowanie swej nauki jako „sądu samego Boga”, której nie może ktokolwiek oceniać, „również wszyscy aniołowie”. Więcej – to siebie ustanawia „sędzią aniołów”, jako ten, przez którego przemawia Bóg („I kto nie przyjmie mojej nauki, ten niech nie zostanie błogosławionym. Ponieważ moja nauka jest boską, a nie moją. Dlatego mój sąd jest także boskim, a nie moim”). Idąc dalej, ks. prof. Tadeusz Guz podnosi, iż protestanci zagubili różnicę między Bogiem a stworzeniem, albowiem wg Lutra wszystko, co zostało stworzone jest „sposobem istnienia boskości”. Bóg zaś w ujęciu luterańskim nie jest od początku doskonałym bytem i Kreatorem, lecz w jego miejsce „pojawia się fałszywa idea mówiąca o tym, że Bóg rozwija siebie permanentnie, stwarza Siebie ciągle dalej na drodze ewolucji”. Jest to, jak zaznacza ksiądz profesor, „karykatura boskości” wedle której „Pan Bóg jest niedoskonały i musi się wiecznie z pomocą czasu, przestrzeni i całego wszechświata rozwijać" – co jest „herezją totalną”. No i wisienka na torcie, czyli komentarz Lutra do Księgi Psalmów: „Zanim Bóg stał się Bogiem, musiał najpierw stać się szatanem”. W rezultacie, dla katolików protestanci mogą być braćmi jedynie na płaszczyźnie człowieczeństwa, albowiem z taką herezją „nie ma żadnego pomostu”. Logiczną konsekwencją jest więc, że wszelki „dialog” z protestantami jest zasadny jedynie wówczas, gdy ma na celu powtórne przyciągnięcie ich do Kościoła.

To tylko krótki wyimek obnażający fałszywe nauki protestantyzmu w ujęciu ks. prof. Guza. Jak łatwo się domyślić, takie słowa w obliczu obchodów 500-lecia reformacji, w które zaangażowali się również kościelni hierarchowie z samym papieżem Franciszkiem na czele, musiały napytać ks. Guzowi biedy. Nie dziwi również, że cieszący się popularnością wśród innowierców portal „ekumenizm.pl” wyraził radość, iż „kaznodzieja nienawiści” został „tymczasowo uciszony”, sugerując, że stało się tak wskutek „oczekiwań strony luterańskiej podnoszonych podczas wspólnych spotkań na wysokim szczeblu”.

Mamy zatem ponury paradoks – Kościół oficjalnie bierze udział w rocznicy tragicznego rozłamu, niebezpiecznie przypominającej radosną fetę, zaś duchowny wzywający do opamiętania zostaje „uciszony”. Powstaje pytanie – jak głęboko Kościół i hierarchowie gotowi są ugiąć się przed udającym „dialog” dyktatem wrogów katolicyzmu? Odnoszę bowiem wrażenie, że doszliśmy do ściany za którą jest już tylko bezwarunkowa kapitulacja.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 23 (09-15.06.2017)

Mit produktywności

Jesteś mało produktywny, bo wyprodukowane przez ciebie dobra są tanie – a są tanie, ponieważ mało zarabiasz i dzięki temu towar ma niższą cenę.


Dziś odejdę nieco od spraw bieżących na rzecz zajęcia się kolejnym fetyszem ekonomistów, za pomocą którego różne mądre głowy zwykły nam tłumaczyć, dlaczego Polacy muszą mało zarabiać, zaś wszelka presja na zwyżkę wynagrodzeń (jak choćby podnoszenie płacy minimalnej) jest „sztuczna” i „szkodliwa dla gospodarki”. Tyczy się to szczególnie co bardziej twardogłowych dogmatyków, nazwijmy to umownie, „balcerowiczowskiego” chowu, których świeżym reprezentantem na scenie politycznej jest prof. Andrzej Rzońca objawiony nam jako ekonomiczny guru ugrupowania Ryszarda Petru. Tym fetyszem jest mit „produktywności”. Polscy pracownicy rzekomo są mało wydajni na tle bardziej rozwiniętych państw, zatem odpowiednio mniej zarabiają. Proste? Proste.

Otóż powyższe ma tyle wspólnego z rzeczywistością, co inny mit – wzrostu PKB jako wyroczni opisującej stan gospodarki i zamożność obywateli (PKB per capita), czym – jako co wytrwalsi Czytelnicy może pamiętają – zająłem się swojego czasu w felietonie „Puste kalorie”. Generalnie produktywność oblicza się dzieląc PKB przez liczbę przepracowanych godzin. Im większa jest wartość towarów i usług wypracowanych w ciągu godziny, tym produktywność wyższa. A im szybciej w stosunku do liczby przepracowanych godzin rośnie PKB, tym większy jest wzrost produktywności. Patrząc w ten sposób, faktycznie powinniśmy się wstydzić – wg Eurostatu Polak wytwarza w ciągu godziny dobra o wartości 10,6 euro, przy unijnej średniej 32,1 – czyli jesteśmy o blisko 1/3 mniej wydajni. Jeżeli dodamy do tego informację, że zarobki w Polsce wynoszą 40 proc. unijnej średniej, to można wręcz stwierdzić, że w stosunku do naszej żałosnej produktywności zarabiamy za dużo i trzeba nam zredukować pensje o jakieś 7 proc.!

Tak wygląda w praktyce ilustracja słynnego stwierdzenia Churchilla o „kłamstwach, cholernych kłamstwach i statystyce”. Traktowanie nazbyt serio różnych wskaźników prowadzi do jawnie absurdalnych wniosków – to tak, jakby założyć, że rekordowe zyski sektora finansowego napędzające PKB sprawiają, że Polacy stają się bogatsi. Podobnie z produktywnością. Załóżmy, że mamy dwie fabryki wykałaczek – w Polsce i w Niemczech. Przyjmijmy dla uproszczenia, że oba zakłady używają identycznych technologii, a do wyprodukowania tej samej ilości wykałaczek w obu fabrykach potrzeba tyle samo czasu i takiej samej liczby pracowników. Mimo to, polskie wykałaczki (chociażby ze względu na niższe koszty pracy) będą tańsze od wykałaczek niemieckich – mimo tej samej ilości i jakości. Wynika z tego, że polski pracownik jest mniej produktywny od niemieckiego kolegi, bo wytworzony przez niego towar jest tańszy. Idźmy dalej – polski, żenująco nieefektywny pracownik od wykałaczek wyjeżdża do Niemiec i podejmuje pracę w tamtejszej fabryce, w której robi dokładnie to samo co w Polsce i wytwarza identyczną ilość towaru w takim samym czasie. Ale produktywność jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki idzie mu w górę, bo „jego” wykałaczki będą droższe. Inny przykład – powiedzmy, że kraje „starej unii” zlikwidują „dumping socjalny” i przeforsują nowelizację dyrektywy o pracownikach delegowanych w wyniku czego polscy kierowcy TIR-ów jadący do Niemiec będą wynagradzani za czas pobytu w tym kraju tak samo jak kierowcy niemieccy. Okaże się wówczas, że z chwilą przekroczenia granicy naszemu kierowcy produktywność skoczy w cudowny sposób aż pod niebo.

Rozumiemy już w czym rzecz? Jesteś mało produktywny, bo wyprodukowane przez ciebie dobra są tanie – a są tanie, ponieważ mało zarabiasz i dzięki temu towar ma niższą cenę. I z drugiej strony - ponieważ towar jest tani, to znaczy, że jesteś mało produktywny i dlatego mało zarabiasz... Błędne koło.

Osobną kwestią jest specyfika gospodarek „półperyferyjnych”, takich jak Polska. Ponieważ specjalizujemy się w podwykonawstwie i np. dostarczamy podzespoły do zagranicznych fabryk, gdzie dopiero wytwarzany jest produkt finalny – oczywiście odpowiednio droższy – to wynika z tego, że polski pracownik skręcający silnik przy taśmie montażowej jest mniej wydajny od pracownika fabryki w Niemczech, który wkłada ten silnik do samochodu. A jeszcze wahania kursowe – ten sam produkt w relacji do euro ma różną „wartość” w zależności od aktualnego kursu... Przykłady można mnożyć. Zresztą, nawet zakładając, że pracujemy nieco gorzej (co nie jest prawdą), to te braki powinny zostać nadrobione czasem pracy – a tu jesteśmy na drugim miejscu w Europie. Krótko mówiąc, pracujemy dużo i wydajnie – wbrew zaklęciom różnych mądralińskich.

No i wreszcie, wisienka na torcie – wg OECD nasza produktywność, nawet liczona tak kulawą metodą, jaką przyjęto stosować, wbrew wszelkim przeciwnościom, dynamicznie rośnie. W latach 2009-2014 wzrost wyniósł 3 proc., co daje nam drugą lokatę – za Litwą (4 proc.). Jest jednak coś, co konsekwentnie spada – to udział płac w PKB, co oznacza, że relatywnie, mimo wzrostu nominalnych wynagrodzeń, lwią część naszej produktywności zagarnia kto inny. I tu leży pies pogrzebany.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 23 (09-15.06.2017)

piątek, 9 czerwca 2017

Żegnaj, Brukselo!

Sprawa postawiona jest jasno – klub unijny ma funkcjonować wedle zasady „rubel za wejście, dwa za wyjście”.


I. Koniec pozorów

Wspominałem już w tym miejscu wielokrotnie, że polski rząd powinien mieć na wszelki wypadek przygotowaną „mapę drogową” opuszczenia Unii Europejskiej po 2020 r., kiedy to wejdzie w życie nowa perspektywa budżetowa – o wiele chudsza dla nas niż obecna (chociażby w artykule „Exodus z domu niewoli” - „PN” nr 4/2016). Teraz potrzeba ta staje się na naszych oczach wręcz palącą koniecznością, ponieważ Berlin i Bruksela przestały już nawet zachowywać pozory, że UE jest konfederacją niepodległych państw i wprost formułują szantaże mające postawić do pionu niepokornych członków wspólnoty, stających okoniem wobec rozmaitych prób politycznego dyktatu. Mowa tu oczywiście o niemieckim postulacie ograniczenia funduszy strukturalnych dla Polski i Węgier pod pozorem „łamania praworządności” i sprzeniewierzania się „europejskim wartościom”. Zauważmy przy tym, że „wartościami europejskimi” stają się każdorazowo aktualne zapotrzebowania polityczne Niemiec, ubierane na takie okazje w szaty „solidarności”. Na dzień dzisiejszy Niemcy mają do nas trzy interesy: żebyśmy zgodzili się na wtrynienie nam migrantów oraz żeby w Polsce nie rządziło PiS – a przynajmniej nie przeprowadziło zmian uniemożliwiających w przyszłości rozgrywanie przez Berlin naszego bantustanu. Trzecim celem pozostaje zagonienie nas do strefy euro, aby raz na zawsze zlikwidować konkurencyjność polskiej gospodarki i odciążyć niemiecki eksport od wahań kursowych, co tak pięknie udało się zrobić z krajami południa Europy ze znamiennym przypadkiem Grecji na czele.

Do tej pory UE, mimo różnych groźnych pomruków i wdrożenia operetkowej procedury „kontroli praworządności”, jeszcze się jakoś mitygowała. Nawiasem, po raz kolejny trzeba przypomnieć, iż owa „kontrola” nie ma żadnych umocowań traktatowych i jest czystą uzurpacją urzędników Komisji Europejskiej, co jasno stwierdza analiza Służby Prawnej Rady Unii Europejskiej z maja 2014 r. Dlaczego nasz rząd nie wykorzystuje tego argumentu na forum unijnym i nie odwołuje się do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości mając w ręku takiego „gotowca” - pozostaje dla mnie niezmiennie zagadką. W każdym razie, Bruksela poprzestawała na groteskowych sabatach w Parlamencie Europejskim, bądź pokrzykiwaniach Timmermansa połączonych z wymachiwaniem piąstkami. Berlin ze swej strony usiłował zakulisowo ekscytować w Polsce niepokoje społeczne, z kulminacją w postaci „ciamajdanu” z grudnia ubiegłego roku. Jedno i drugie nie zdało egzaminu – demonstracje „totalnej opozycji” topniały w oczach, zaś „polityka zawstydzania” na forum unijnym okazała się nieskuteczna, co dało komentatorowi „Sueddeutsche Zeitung” asumpt do melancholijnego stwierdzenia, iż „UE czasami szczeka, ale nigdy nie gryzie”.


II. Unii wyrosły zęby

Teraz sytuacja uległa zmianie. O ile do niedawna brukselskich mandarynów i reżim Angeli Merkel w znacznym stopniu paraliżował strach przed wzbierającą falą „populizmu”, co powodowało pewne samoograniczanie się w obawie, by jakieś aroganckie wyskoki nie podsycały jeszcze bardziej antyeuropejskich nastrojów – o tyle dziś, po powstrzymaniu Geerta Wildersa w Holandii, a nade wszystko, po zwycięstwie Macrona we Francji, unijny establishment wyraźnie odzyskał pewność siebie. Tu warto nadmienić, że Macron wygrał wybory prezydenckie w znacznej mierze dzięki odwołaniu się do mocarstwowych sentymentów Francuzów, obiecując, że Francja znów będzie jedną z rozgrywających sił w Europie. Okazało się to skuteczne, cokolwiek byśmy nie sądzili o zasadności takich uroszczeń – zwłaszcza w konfrontacji z rozpaczliwą sytuacją wewnętrzną tego kraju. Niemcom w to graj, bowiem zarysowała się szansa na odbudowanie niemiecko-francuskiego „silnika” UE z czasów tandemu „Merkozy” (Angela Merkel – Nicolas Sarkozy). W tym kierunku idą propozycje umocnienia „pierwszej prędkości” UE poprzez ustanowienie osobnego budżetu strefy euro, wspólnego ministra finansów oraz ujednolicenia systemów podatkowych i prawa pracy – a wszystko pod przewodnictwem duetu, nazwijmy to, „Mecron” (Merkel – Macron).

Równolegle z powyższym nastąpić ma pacyfikacja krnąbrnych kolonii z obszaru Mitteleuropy – i to tak, by nikomu w przyszłości nie zachciało się znów „brykać”. Odbywa się to kilkutorowo. Pacyfikacją pośrednią jest celowe zaostrzanie negocjacji w sprawie Brexitu, poprzez eskalację nieprzytomnych żądań finansowych – padają kwoty 40, 60 a nawet 100 mld. euro, zaś Juncker otwartym tekstem stwierdził, iż „Brexit nie może być sukcesem” - wszystko po to, by skutecznie odstraszyć potencjalnych naśladowców. Sprawa postawiona jest jasno – klub unijny ma funkcjonować wedle zasady „rubel za wejście, dwa za wyjście”. Pacyfikacja bezpośrednia natomiast objawiła się właśnie w postaci wspomnianych na początku żądań obcięcia funduszy strukturalnych („wy macie zasady, my mamy fundusze strukturalne”).

Groźby tego typu padały już wprawdzie wcześniej, były to jednak odosobnione głosy brukselskich urzędników, bądź polityków z poszczególnych państw, sfrustrowanych nieskutecznością UE w dyscyplinowaniu nieposłusznych krajów. Teraz jednak mamy nową jakość – po raz pierwszy taki szantaż został zawarty w oficjalnym dokumencie państwa sprawującego polityczne kierownictwo w Europie i będącego największym płatnikiem netto (to, że dzięki UE Niemcy finalnie zyskują wielokrotnie więcej, niż wpłacają do unijnego budżetu, jest w takich sytuacjach skrzętnie przemilczane). W dokumencie prezentującym oficjalne stanowisko rządu Niemiec w kwestii polityki spójności zgłoszony został wniosek, by sprawdzić „czy otrzymywanie unijnych środków z funduszy strukturalnych można powiązać z przestrzeganiem podstawowych zasad praworządności“. Jak komentuje niemiecka prasa, oznacza to „powiązanie przestrzegania podstawowych zasad praworządności z możliwością decydowania o udzieleniu unijnej pomocy na realizację konkretnych, wskazanych przez Komisję Europejską, przedsięwzięć strukturalnych”. Innymi słowy, w mechanizm budżetowy UE zostałaby wpisana możliwość permanentnej presji, której ofiarami padałaby mniejsze i słabsze państwa, jeśli tylko chciałyby wierzgnąć przeciw brukselskiemu ościeniowi.

Należy dodać, iż pod „naruszenie zasad praworządności” mogłoby zostać podciągnięte dosłownie wszystko, co nie spodoba się europejskim decydentom – bo to oni w praktyce, sterowani z tylnego fotela przez duet „Mecron”, orzekaliby co jest zgodne z unijnymi „standardami”. Może to być reforma sądownictwa, próba kontrolowania sponsorowanych z zagranicy NGO-sów, ale też chociażby wzbranianie się przed wprowadzeniem „małżeństw” homoseksualnych – cokolwiek, co stoi w sprzeczności z ideologiczną i polityczną agendą eurokratów. Nasuwa się tu analogia z „kopernikańską” wykładnią prof. Popiołka wygłoszoną na Kongresie Prawników Polskich, że suwerenem nie są wyborcy, lecz „wartości” zawarte w prawie, których strzegą sądy i sędziowie. Jest to myślenie charakterystyczne dla ogółu liberalnych elit - również tych unijnych – wedle którego „suwerenem” mają być liberalne wartości. Te zaś każdorazowo są objawiane i interpretowane przez samozwańczych strażników bez demokratycznej legitymacji („nie biorę swojego mandatu od Europejczyków” - jak swojego czasu szczerze wyznała komisarz Cecilia Malmström). W konsekwencji oznacza to nieustanne wtrącanie się w wewnętrzne sprawy państw członkowskich pod byle pretekstem.

Krótko mówiąc, Unii wyrosły zęby i zaczyna kąsać.

III. Czy mamy „mapę drogową”?

Jak łatwo zauważyć, funkcjonowanie w warunkach ciągłego sporu, w rytmie kolejnych wymuszeń, jest na dłuższą metę niemożliwe – chyba, że abdykujemy całkowicie z suwerenności i jakichkolwiek własnych aspiracji. Uważam zatem, że polski rząd powinien na pogróżki Berlina odpowiedzieć w adekwatny sposób – chociażby zapowiadając, że zastosuje zasadę wzajemności, tzn. tyle naszej składki, ile eurofunduszy. Jeżeli np. Bruksela obetnie nam fundusze o 15 proc. to my proporcjonalnie obniżymy naszą składkę odprowadzaną do budżetu UE. Tu naprawdę nie ma już na co czekać, bo wyraźnie widać, że Niemcy szykują się by, trawestując słynne zdanie stalinowca Krońskiego, „nauczyć myśleć Polaków racjonalnie, bez alienacji” - z tą różnicą, że Kroński w charakterze instrumentu dyscyplinującego widział sowieckie kolby, a Berlin – unijne pieniądze.

Niezależnie od powyższego, po 2020 r. cała ta impreza zwyczajnie przestanie się nam opłacać. Póki co, Polacy są euroentuzjastyczni, ale jednocześnie sprzeciwiają się obcym ingerencjom w nasze wewnętrzne sprawy – i na tym tle należy przeprowadzić zmasowaną kampanię uświadamiającą, że w kształcie jaki dziś przybiera Unia, takich interwencji będzie coraz więcej. To na początek niezbędne minimum, a czasu jest coraz mniej. Dlatego powtórzę po raz kolejny: czy polski rząd ma „mapę drogową” na wypadek konieczności opuszczenia UE i geopolityczny „plan B”, chociażby w postaci przystąpienia do EFTA? Czy też może wciąż w PiS pokutuje przekonanie, że „dla Unii Europejskiej nie ma alternatywy”?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 23 (07-13.06.2017)

Pod-Grzybki 100

Proszę Państwa, to już okrągłe, setne „Pod-Grzybki”. Ja w międzyczasie wprawdzie zrobiłem się nieco starszy i brzydszy, za to „Polska Niepodległa” jest coraz ładniejsza, co w sumie jestem skłonny zaakceptować. A zatem, jubileuszowo składam sobie życzenia tego i owego – a od przyszłego tygodnia zaczynamy nową setulę!


*

Polska została właśnie niestałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ. Głosowało za nami 190 państw, przy zeru głosów sprzeciwu. Teraz czekam, aż Mark Dekan z Ringier Axel Springer wyśle do swych podwładnych z tutejszych polskojęzycznych mediów cotygodniowy okólnik o treści: „Real Madryt kontra Juventus Turyn 4:1 – co to był za mecz! Jednak nie te rozgrywki zasłużyły na miano starcia tygodnia. Ta kategoria należała do Polski i polskiego rządu, który wygrał na arenie światowej 190:0! Razem z rządem Beaty Szydło wygrali Polacy...” - i tak dalej. Prawda, że tak właśnie Pan uczyni, Panie Dekan?


*

Z okazji Dnia Dziecka jak co roku odbyła się dość żenująca impreza o nazwie „Sejm Dzieci i Młodzieży”. Z reguły przy tej okazji lał się z mównicy jakiś nieznośny, euro-poprawny bełkot, odbierający ze szczętem wiarę w młode pokolenie – lecz nie tym razem. Ku zgrozie sił postępu jakiś – używając określenia Michnika - „gówniarz” podarł flagę Unii Europejskiej dodając za Katonem, że „UE powinna zostać zniszczona”. Zareagował na to Adam Szostkiewicz z „Polityki” dramatycznie pytając: „A gdyby chłopak podarł godło Polski?”. Odpowiem nieśmiertelną kwestią: „A gdyby tutaj staruszka przechodziła do domu starców, a tego domu wczoraj by jeszcze nie było, a dzisiaj już by był, to wy byście staruszkę przejechali, tak? A to być może wasza matka!”.


*

Na szczycie G-7 Macron, chcąc przełamać opór Trumpa wzdragającego się przed przystąpieniem do wojny z klimatem, ogłosił patetycznie: „uczyńmy naszą planetę znów wielką!”. Hm, takie zawołanie bardziej pasowałoby mi do Imperatora z „Gwiezdnych wojen” - „uczyńmy Galaktyczne Imperium znów wielkim”, czy coś w tym guście. Wychodzi więc na to, że Trump sprzeciwiając się globalnemu ekologizmowi i patronującym mu światowym (wszechświatowym?) elitom polityczno-biznesowym wciela się w rolę Luke'a Skywalkera. Skoro tak, to „may the Force be with you”, mr Luke!


*

W ostatnich dniach, za sprawą upublicznionych wyników kolejnych ekshumacji ofiar tragedii smoleńskiej, dowiedzieliśmy się tego, czego dotąd tylko się domyślaliśmy. I w tym momencie PO postanowiła uruchomić narrację, że tak naprawdę, to osobne groby były błędem i należało wszystkich pochować w zbiorowej mogile – niczym w sowieckich „dołach śmierci”. Na to zbydlęcenie mam tylko jedną odpowiedź. Wspólna mogiła? Znakomity pomysł. Chętnie w niej pochowam – na metr w głąb - Tuska i Kopacz, jeśli tylko zechcieli by na chwilę położyć się obok siebie, może jeszcze z Grasiem, Sikorskim i Arabskim do kompletu. Nie muszą nawet fatygować się umieraniem przed pochówkiem – to już zrobi się samo, po zakopcowaniu.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 23 (07-13.06.2017)

niedziela, 4 czerwca 2017

„Nadzwyczajna kasta” ogłasza się suwerenem

Po raz kolejny okazało się, że jedyną autentyczną emocją napędzającą „nadzwyczajną kastę ludzi” jest atawistyczna nienawiść do PiS-u.


I. Bunt „mafii w togach”

Kongres Prawników Polskich, który odbył się 20 maja w Katowicach, potwierdził kompletny zanik samokrytycyzmu prawniczych elit oraz związaną z nim predylekcję do tzw. „samozaorania”. Panujące na kongresie nastroje jakim dawali wyraz uczestnicy przekształciły spotkanie w rodzaj antyrządowego wiecu - wymachiwanie konstytucją, okrzyki, buczenie, demonstracyjne wychodzenie z sali, mówiły same za siebie. Wystarczyło, że przedstawiciele Kancelarii Prezydenta (Andrzej Dera) i Ministerstwa Sprawiedliwości (Marcin Warchoł) przypomnieli (w wyważonym tonie) o patologiach drążących środowisko – braku rozliczeń z okresem PRL, skłonności do ferowania politycznych ocen wobec innych organów władzy publicznej, źle rozumianej korporacyjnej solidarności, faktycznej bezkarności sędziów dopuszczających się różnych nadużyć, emocjonalnym odrzucaniu głosów krytyki – by wywołać histeryczne reakcje charakterystyczne raczej dla co ostrzejszych incydentów sejmowych, niż dla przedstawicieli warstwy społecznej pragnącej uchodzić za ostoję umiarkowania i rozsądku. Ostentacyjne opuszczanie miejsc w momencie, gdy wiceminister Warchoł przypomniał nazwiska stalinowskich sędziów, którym włos nie spadł z głowy, trudno odebrać inaczej niż polityczną deklarację. Jeżeli społeczeństwo potrzebowało dowodu impregnacji prawniczej „kasty” na jakiekolwiek głosy zewnętrznej krytyki oraz immanentnego braku zdolności do autorefleksji, to lepszego symbolu nie trzeba.

Aż nie chce się w tym miejscu przypominać nieszczęsnych słów profesora Adama Strzembosza, iż „środowisko samo się oczyści”. Cóż jednak począć, skoro dziś ten sam prof. Strzembosz - również na katowickim kongresie - całkowicie i bez zastrzeżeń staje po stronie kolegów, broniąc ich rzekomo zagrożonej „niezależności” (a w praktyce – bezkarności i nieodpowiedzialności)? Nie słyszałem, by w jakiejkolwiek publicznej wypowiedzi odniósł się krytycznie do swej diagnozy sprzed lat, teraz natomiast zaangażował bez reszty swój autorytet w obronie korporacyjnych interesów. Niestety, nie pierwszy to przypadek, gdy zasłużona skądinąd osoba brzydko się starzeje.

Obecna pierwsza prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf narzekała swojego czasu, że sędziowie postrzegani są w społecznym odbiorze jako „mafia w togach”. Trudno, by było inaczej, jeśli ludzie widzą obrazki w rodzaju tych opisanych powyżej, nie wspominając już o codziennej praktyce funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości. Dorzucę jeszcze jeden: otóż w momencie, gdy min. Warchoł przypomniał, iż „niezależny sąd ma być wolny od politycznych nacisków, ale też od korporacyjnych interesów środowiska prawniczego” na sali rozległ się wedle medialnych relacji „pomruk niezadowolenia”. Tylko na taką reakcję było stać urażoną w swym samozadowoleniu „nadzwyczajną kastę ludzi”.

Bo tak naprawdę na omawianym tu kongresie mieliśmy do czynienia z kolejną odsłoną pełzającego rokoszu – używając terminologii przywołanej przez prezes Gersdorf, był to bunt „mafii w togach”.


II. Kongres uzurpatorów

Jednym z jaskrawszych przejawów owej rebelii była sformułowana przez prof. Marka Safjana wizja równoległego, samozwańczego Trybunału Konstytucyjnego prowadzącego „stały monitoring” oraz wydającego „swoiste orzeczenia o konstytucyjności regulacji”. Patrząc od strony prawno-konstytucyjnej, jest to istne kuriozum polegające na budowaniu struktur alternatywnych wobec oficjalnych organów państwa, a wręcz otwarcie wobec tychże zrewoltowanych. Przypuśćmy, że wobec danego aktu prawnego dwa trybunały – ten oficjalny i ten „sędziowski”, postulowany przez prof. Safjana - wydadzą dwa różne „orzeczenia”. Które ma być stosowane przez sądy? A co zrobią, jeśli PiS zgodnie z zapowiedzią prezydenta Dudy doprowadzi do uchwalenia nowej konstytucji? Zignorują ją, bo „pisowska” i będą stosowali starą? Gołym okiem widać, że to recepta na anarchię prawną – a wszystko dlatego, że obecna władza i skład Trybunału Konstytucyjnego wywołuje u środowiskowych prowodyrów motywowany politycznie nerwowy szczękościsk.

Ale najdalej posunął się w swym słynnym wystąpieniu prof. Wojciech Popiołek z Uniwersytetu Śląskiego. Przypomnijmy ów historyczny cytat: „w demokratycznym państwie prawnym suwerenem nie są wyborcy. Suwerenem są wartości znajdujące się w prawie, a na straży tych wartości stoją niezależne sądy i niezawiśli sędziowie”. Tu już mamy otwarte zanegowanie porządku konstytucyjnego, bowiem w Art.4 p.1 Konstytucja stanowi, iż „władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”, precyzując w kolejnym punkcie, że „Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio”. Tymczasem dla prof. Popiołka suwerenem są bliżej nieokreślone „wartości” strzeżone przez władzę sądowniczą.

Cóż to oznacza w praktyce? Ano ni mniej, ni więcej, tylko na naszych oczach „nadzwyczajna kasta ludzi” ogłosiła się suwerenem. To bowiem do niej należałoby „odkrywanie” oraz interpretacja „wartości” zapisanych w prawie oraz orzekanie na ich podstawie – co zresztą współgra z przytoczonym wyżej postulatem prof. Safjana „sędziowskiej”, oddolnej „kontroli konstytucyjności” aktów normatywnych. Krótko mówiąc, stanowisko luminarzy prawa sprowadza się do zlikwidowania granicy między stosowaniem prawa, a prawotwórstwem. Jest to czystej wody uzurpacja środowisk prawniczych - obojętnie kogo tam motłoch wybierze do Sejmu i co władza ustawodawcza sobie uchwali, ostatnie słowo ma należeć do nas. Nic dziwnego, że wystąpienie prof. Popiołka spotkało się z entuzjastyczną reakcją sali – nie musiał nawet wykładać wszystkiego kawa na ławę, tam siedzieli przecież inteligentni, kuci na cztery nogi wyjadacze, którzy doskonale zdawali sobie sprawę z implikacji takiego postawienia sprawy.

Miarą arogancji i tupetu owych uzurpatorów jest to, że ci sami ludzie wymachiwali konstytucją, a zarazem niemal, przepraszam, pierdzieli na wargach na widok przedstawicieli konstytucyjnych organów państwa – by za chwilę obwieścić wszem i wobec, że jeden z kluczowych zapisów tejże konstytucji, o którą ponoć się upominają, mają w głębokim poważaniu. W sumie, nic dziwnego - środowisko prawnicze traktuje znajomość prawa, umiejętność jego interpretacji oraz rozumienia aktów prawnych w kategoriach magicznego wtajemniczenia, co we własnych oczach stawia ich nieskończenie wyżej od całej reszty profanów. Po prostu - mentalność sekty. To dlatego napompowane poczuciem własnej ważności ichniejsze autorytety zachowują się tak, jakby ktoś im wsadził w d... słomki i nadmuchał niczym żaby.


III. Ajatollahowie prawa

Nieżyjący już sędzia amerykańskiego Sądu Najwyższego, Antonin Scalia, komentując prawotwórcze uroszczenia swych kolegów (bo nie jest to tylko polska specyfika) mówił, iż są to „mułłowie w togach” – i coś w tym guście mieliśmy możność właśnie zaobserwować w przypadku naszych rodzimych „ajatollahów prawa”. I na nic się zdały rozpaczliwe napomnienia kolportowane przez biuro prasowe kongresu, by nie poruszać tematów „mogących mieć negatywny wpływ na postrzeganie zawodów adwokatów, radców prawnych i sędziów”. Nie pomogły instrukcje, by unikać „słów w rodzaju: kasta, nasza korporacja i podobnych znaczeń, które mogą zostać użyte przeciwko nam”, a także by skupić się na propagandowym przekazie, iż uczestnicy „działają w interesie obywatela a nie własnym” oraz zachować „powagę i uważność (!)”.

Już samo to, że służby medialne uznały za konieczne wydać ów kuriozalny instruktaż wiele nam mówi, ale i tak wszystko na nic. Zachowanie elementarnej samodyscypliny i opanowania okazało się ponad siły uczestników, kładąc na łopatki cały wizerunkowy efekt kongresu – skutkiem było wspomniane na wstępie „samozaoranie” prawniczego środowiska. Po raz kolejny okazało się, że jedyną autentyczną emocją napędzającą „nadzwyczajną kastę ludzi” jest atawistyczna nienawiść do PiS-u, zaś te wszystkie konstytucje, niezależność i inne takie służą wyłącznie racjonalizacji tych pierwotnych, zwierzęcych instynktów.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 22 (02-08.06.2017)

Asertywny jak Trump

Trump robi po prostu to, co obiecał wyborcom... oh, wait – właśnie TO z perspektywy europejskich elit politycznych jest nie do pomyślenia.


Podsumowując europejskie tournee Donalda Trumpa na które składał się udział w brukselskim szczycie NATO oraz sycylijskim szczycie G-7, można śmiało stwierdzić jedno – amerykański prezydent pokazał po raz kolejny, że czego jak czego, ale asertywności mu nie brakuje. Mówiąc bez ogródek, Trump spuścił po drucie wszystkich samozwańczych moralistów, lobbystów i specjalistów od wymagania od Stanów Zjednoczonych różnych „odważnych kroków”, których wspólnym mianownikiem jest to, że byłyby dla USA niekorzystne. Potrafił za to w tonie nie pozostawiającym wątpliwości sformułować swoje stanowisko, które sprowadzało się do jednego: koniec jazdy na gapę z Ameryką w roli sponsora wycieczki. Europejskie i światowe media, szczególnie te o lewicowej proweniencji (a takich jest większość) jęły z miejsca rozpowszechniać narrację o „klęsce” - nie tylko „szczytowania” (szczególnie G-7), ale też i samego Trumpa. Cóż, z punktu widzenia tych, którzy czegoś chcieli i tego nie dostali, to faktycznie jest „klęska”. Ale już z punktu widzenia USA – niekoniecznie.

Weźmy na początek szczyt NATO. Trump jasno dał do zrozumienia, że nie interesuje go sojusz, którego niemal cały ciężar ponosi jego kraj. Naciski Waszyngtonu na europejskich partnerów, by ci wreszcie raczyli dostosować się do założonych w Newport w 2014r. docelowych wydatków na obronność (min. 2 proc. PKB) są jak najbardziej zrozumiałe. Po rozpadzie ZSRR USA godziły się na mocno jednostronne jeśli chodzi o obciążenia funkcjonowanie NATO wyłącznie ze względów politycznych. W międzyczasie Europa (zwłaszcza „stara”, używając określenia D. Rumsfelda) przyzwyczaiła się do „militarnego sponsoringu”. Dzięki temu mogła ciąć własne wydatki na zbrojenia, rozwijając w zamian chociażby rozbudowane programy opieki socjalnej i przerzucając koszty bezpieczeństwa na amerykańskiego podatnika – ot, taki „militarny socjal” z cudzej kieszeni. Jeżeli dopiero teraz Niemcy ze swą nadwyżką budżetową i dodatnim bilansem handlowym w wielkich bólach obiecują, że poziom 2 proc. PKB osiągną do 2025 r., to mamy do czynienia z kiepskim dowcipem – zwłaszcza gdy np. uboższa Polska podjęła swoją część wysiłku zbrojnego i deklaruje zwiększenie nakładów do 2,5 proc. PKB. Przypomnienie o tym niewywiązywaniu się z elementarnych obowiązków ma być „zgrzytem”? Wolne żarty.

Idźmy dalej. W opinii komentatorów kompletną klapą miało się zakończyć spotkanie G-7 w Taorminie. Nie udało się wymóc na Trumpie zapowiedzi wypełnienia postanowień szczytu klimatycznego z Paryża, czemu trudno się dziwić. Gospodarka USA jest w nie najlepszej kondycji, zaś przyjmowanie kosztownych pakietów klimatycznych gwoli ukontentowania różnych lobbies produkujących „zielone technologie” i pozostających na ich pasku oczadziałych „ekologów” dodatkowo by ją pogrążyło. Zostawiając na marginesie zasadność teorii „globalnego ocieplenia” - obecnie presja ekologiczna to prostu biznes, dla którego warunkiem opłacalności jest przymuszenie jak największej liczby państw do przeprofilowania swoich „miksów energetycznych” (pod groźbą surowych kar) – co z jednej strony zmusiłoby je do importu odpowiedniej infrastruktury technologicznej, a z drugiej skutecznie zabiłoby konkurencyjność ich gospodarek. I Trump miał się na to zgodzić?

Po raz kolejny dostało się Angeli Merkel i niemieckiemu przemysłowi motoryzacyjnemu sprzedającemu miliony samochodów w Stanach, co jest „złe, bardzo złe” – tutaj niewątpliwie Trump nawiązywał do waluty euro, czyli „uwspólnotowionej” i zdewaluowanej marki, napędzającej niemiecki eksport. Ten – trawestując Macrona - „dumping walutowy” jest dla Trumpa solą w oku chyba na równi z chińskim juanem. Nas te napięte relacje na linii Berlin – Waszyngton mogą tylko cieszyć, tym bardziej, że w takiej atmosferze nie sposób myśleć o jakiejkolwiek reaktywacji TTIP – „konika” tandemu Merkel – Obama.

Organizacje humanitarne z kolei biadolą, że Trump nie zgodził się na dofinansowanie światowego programu żywnościowego. Tu trzeba jasno powiedzieć, że ów program nie ma żadnych sukcesów w długofalowej walce z głodem. Jest jedynie humanitarnym plasterkiem w ramach którego państwa rozwinięte upychają swoją nadprodukcję - za to potrafi dość skutecznie rozłożyć rolnictwo biednych krajów, bo produkcja żywności przestaje się opłacać, gdy jedzenie przypływa za darmo na statkach. O czarnym rynku „darów” i innych wygenerowanych przy okazji patologiach już nie wspomnę.

No i w końcu, Trump nie dał sobie wcisnąć kitu o konieczności wdrożenia globalnego programu rozwiązującego kryzys migracyjny (czytaj – przyjmowanie „uchodźców” jak leci), co i dla nas jest dobrą informacją.

Poza wszystkim – nie wiem skąd ten ton rozczarowania polityką Trumpa. Wszak jeszcze w kampanii wyborczej określił się jako przeciwnik globalizacji, migracji, wymuszeń ekologicznych, deklarując: „America first!”. Teraz robi po prostu to, co obiecał wyborcom... oh, wait – właśnie TO z perspektywy europejskich elit politycznych jest oburzające i nie do pomyślenia...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 22 (02-08.06.2017)