Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Merkozy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Merkozy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 marca 2012

Kosztowne euro-ambicje Tuska


Tusk zrobi wszystko, by zasłużyć na euro-nagrodę. Za te mrzonki zapłacimy wszyscy i to prędzej niż się wydaje.


I. Wielkie nadzieje

Skoro „Uważam Rze” powołuje się ostatnio na Grzyba, to i Grzyb powoła się na „Uważam Rze”;) Chodzi oczywiście o wiadomość Piotra Zaręby, jakoby Donald Tusk, z zawodu premier, miał być jedynym kandydatem Europejskiej Partii Ludowej (EPP) na Przewodniczącego Komisji Europejskiej po wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2014 roku. Nastąpiło wprawdzie błyskawiczne dementi i to z dwururki – premier „nic o tym nie wie”, zaś minister ds. Twittera, Radosław Sikorski oznajmił wręcz iż rozpuszczanie takich spekulacji jest „nieuprawnione i niepatriotyczne”. Ponieważ jednak zwykłem korzystać z dobrych wzorców i wierzę tylko w zdementowane informacje, to pozwolę sobie stwierdzić, iż z tą euro-posadą dla Ober-Admina Trzeciej RP musi być jednak coś na rzeczy.

Taka perspektywa tłumaczy bowiem całokształt przyjętej linii „nie-rządu” od 2007 roku, zarówno w polityce wewnętrznej, jak i międzynarodowej, która sprowadzała się do zasady: nie narazić się wpływowym graczom w kraju i za granicą. Do niedawna jedynie plotkowano o łasce, jaka miała spłynąć na szefa miejscowej Dyktatury Matołów w postaci jakiejś fuchy w Brukseli, natomiast obecnie znamy już stanowisko i horyzont czasowy – w każdym razie wiemy, do kiedy Tusk musi dodryblować, zanim tu wszystko pierdyknie. Deadline to rok 2014 i wybory do europarlamentu po których nasz Ober-Matoł ma zostać szefem KE.

II. Polityka masowania

To wszystko oczywiście złudzenia - obietnice łakoci, podrzucane przez Merkozego ambitnemu frajerowi usadowionemu na czele wasalnego rządu. Realnie Tusk może liczyć na jakieś pomniejsze stanowisko w Brukseli – może komisarza od prostowania bananów na desce, a może wręcz złapie tylko trzeciorzędną fuchę w banku jak Marcinkiewicz, gdzie będzie zarabiał na chlebek z masełkiem dzieląc się wiedzą na temat Polski i tego ile się z niej jeszcze da wycisnąć. Rostowski już o tym pomyśli, spokojna rozczochrana.

Ten trop wyjaśniałby determinację z jaką tandem Tusk-Rostowski zadłużał Polskę w ostatnich latach (niemal dwukrotny przyrost długu publicznego od 2007 roku), a wiadomo że tzw. „rynki”, czyli międzynarodowi grandziarze finansowi, lubią takie państwa które od nich pożyczają a następnie zwracają z sowitym procentem. I tu jesteśmy niezawodni – obsługa długu Skarbu Państwa to bodaj jedyna systematycznie rosnąca pozycja w budżecie, zaś w tym roku na pokrycie bieżących zobowiązań pójdzie cały płacony przez nas PIT i jeszcze trzeba będzie trochę dołożyć z podniesionego do 23% VAT (więcej w notce „Budapeszt czy Ateny?”). A że „rynki” mają sporo do powiedzenia w Zjednoczonej Europie, to i warto robić im zawczasu dobrze.

Na podobnej zasadzie wyjaśnia się polityka masowania Niemiec, czyli europejskiego hegemona, bez którego wiedzy i zgody nic w Europie zdarzyć się nie może, przedstawiana tubylczej gawiedzi jako „płynięcie z głównym nurtem europejskiej polityki”. To nie tylko słynny „hołd berliński” Radosława Sikorskiego, który zapewne marzy o „twitterowaniu” z fotela zajmowanego obecnie przez baronessę z awansu społecznego - Catherine Ashton. To cały szereg zaniechań poczynionych wbrew fundamentalnym interesom Polski:

- dopuszczenie do upadku stoczni (konkurencja dla Niemiec);

- bierność w sprawie bałtyckiej rury i przyblokowania portów Szczecin-Świnoujście (konkurencyjnych wobec Niemiec);

 - rezygnacja z aktywnej polityki w regionie (konkurencyjnej wobec sami-wiecie-kogo) posunięta do tego stopnia, że polskie władze bały się nawet uczestniczyć w pogrzebie Vaclava Havla;

- „reset” w stosunkach z Rosją na smoleńskich trupach (na życzenie Niemiec);

- pasywny styl europrezydencji i przyklepywanie na wyprzódki rozmaitych różności urodzonych na unijnych szczytach wraz z ostatnim paktem fiskalnym, na dodatek razem z tajemniczymi załącznikami;

- przekazanie 6 miliardów z rezerwy NBP na dofinansowanie MFW (na życzenie...itd.);

wreszcie:

- symboliczna wymiana szefa delegacji PO w Parlamencie Europejskim z Jacka Saryusza-Wolskiego, który od czasu do czasu próbował się stawiać euro-decydentom na spolegliwie entuzjastyczną Różę Marię Gräfin von Thun und Hohenstein.

III. Nie dla psa kiełbasa

No dobrze, ale czemu uważam, że mimo tych wszystkich lokajskich zasług Donald Tusk w 2014 roku obejdzie się smakiem? Ano dlatego, że gdyby faktycznie chciano go namaścić na Przewodniczącego KE, to oszczędzono by mu rozlicznych afrontów, które musiał znosić ostatnimi czasy z zaciśniętymi zębami i przymilnym uśmiechem na facjacie. Afrontów oszczędzono by choćby po to, aby nie podrywać powagi urzędu, który ma rzekomo objąć. „Podrywanie godnościowych podstaw” w imię partykularnych interesów to zabawa dla naszych piłkarzyków, na europejskich salonach robi się poważną politykę, poważnymi środkami.

Nie kazano by więc Donkowi czekać w korytarzu na wieści o tym, co przedstawią mu do podpisania dorośli, jak miało to miejsce w przypadku paktu fiskalnego, nie odstawiono by go od gremium decydującego o gospodarczej przyszłości Europy, nie zlekceważono by demonstracyjnie naszych interesów w kwestii Nord Streamu (przedstawicieli Polski nie zaproszono nawet na otwarcie gazociągu, mimo iż zyskał status inwestycji unijnej, a Polska sprawowała wtedy prezydencję), wreszcie – to ostatnio – nie olano by naszego weta w sprawie pakietu klimatycznego stwierdzeniem, że rujnujące nas ustalenia tak czy owak zostaną wdrożone. Skoro więc Polska została już koncertowo sprowadzona do parteru, do roli „obrotowej bliskiej zagranicy”, to jaki sens ma dopieszczanie i sztuczne podnoszenie znaczenia figuranta, który stanowisko zawdzięcza Fundacji Adenauera?

Chyba, że opisane wyżej pasmo upokorzeń to taki europejski rytuał inicjacyjny dla adeptów aspirujących do plemienia Brukselczyków. Wiecie: wśród ludów prymitywnych funkcjonują - na ogół dość przykre i bolesne - obrzędy, które każdy młodzian musi przejść, by zostać przyjętym do grona dorosłych wojowników, wykazując tym samym determinację jak bardzo mu zależy, tudzież szacunek wobec starszyzny i plemienia. Czyżby proces trybalizacji ludu brukselskiego zaszedł aż tak daleko? A może jednak jest tak, jak prognozuje Piotr Zaręba, że „Merkozy” podaruje jednak Tuskowi prominentną fuchę, traktując to jako element gry na osłabienie znaczenia Komisji Europejskiej, konkurencyjnej wobec niemiecko-francuskiego tandemu? Wiem, że to sprzeczne z tym, co napisałem nieco wyżej, ale powiedzmy, że słabo bo słabo, ale dopuszczam i taką możliwość.

IV. Kariera kosztem Polski

Swoją drogą, ciekawe kiedy Tusk dowiedział się o widokach na synekurę. Po wyborach w 2007? A może wcześniej były mgliste sygnały, natomiast konkretny przekaz otrzymał w początkach 2010, kiedy to zapałał nagłą niechęcią do „żyrandola” i z dnia na dzień zrezygnował ze startowania w wyborach prezydenckich? Czyżby poszedł komunikat: będziesz przewodniczącym KE, tylko masz bojowe zadanie – zostać na stanowisku premiera, wygrać po raz drugi wybory i dopilnować, by wszystko tutaj szło po naszej myśli? Kto mógł przekazać taką iskrówkę? Czy był to hipotetyczny „berliński łącznik” – Paweł Graś, który - być może - dodatkowo pilnuje z nadania Berlina, by Tusk się przypadkiem nie znarowił?

Po prawdzie, to z naszego punktu widzenia nie ma znaczenia, czy Tusk zasiądzie na brukselskim stolcu. Nawet jeśli (choć w to nie wierzę), to jak napisał jeden z komentatorów (przepraszam, nie pamiętam kto), Polska i tak będzie miała z niego tyle pożytku, co Portugalia z Barroso. Ważne jest co innego: to mianowicie, iż Admin wierzy w te obiecanki i zrobi wszystko, by zasłużyć na euro-splendory, co oznacza dalszy dryf naszego kraju „w głównym nurcie” i degrengoladę Polski w roli „obrotowej bliskiej zagranicy”. Za te mrzonki zapłacimy wszyscy i to prędzej niż się wydaje.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

Notki o zbliżonej tematyce:

http://niepoprawni.pl/blog/287/obrotowa-bliska-zagranica

http://niepoprawni.pl/blog/287/admin-donek-fiskalnie-wypaktowany

środa, 1 lutego 2012

Admin Donek fiskalnie wypaktowany


UE to Merkozy, a frajerzy z płucami odbitymi od poklepywania po plecach mogą co najwyżej robić dobrą minę do złej gry i bredzić coś o kompromisie.


I. Euro-prędkości

No proszsz... Tyle lat nam kładziono do głów, że powinniśmy grzecznie podżyrowywać wszystko co nadeślą nam z Brukseli, grać w jednej ekipie z wiodącymi zawodnikami i pozostawać „w głównym nurcie europejskiej polityki”, bo inaczej Europa nabierze dwóch prędkości... a tu koniec końców okazało się, że gdy Europa uznała za stosowne przy okazji paktu fiskalnego już nie dwie, ale wręcz cztery prędkości sobie zafundować, to po prostu to zrobiła, nie oglądając się na żadną „wspólnotowość” i inne dyrdymały opowiadane (do czasu) na użytek maluczkich. Po raz kolejny okazało się, że UE to Merkozy, z mocnym naciskiem na pierwszy człon, a frajerzy z płucami odbitymi od poklepywania po plecach mogą co najwyżej robić dobrą minę do złej gry i bredzić coś o kompromisie.

W sumie, czego się spodziewaliśmy? "Twarde jądro" UE wyciągnęło praktyczny wniosek z berlińskich nawoływań ministra Sikorskiego, który dla chwili poklasku postanowił robić za niemieckiego zapiewajłę i wzięło odpowiedzialność za Europę. Tego się domagaliśmy, prawda? Czy może coś przeoczyłem? No to mamy, czego chcieliśmy, ni mniej, ni więcej.

Naszemu, stojącemu na czele Dyktatury Matołów, pożal się Boże, Adminowi, wydawało się zapewne, że w zamian za bezwarunkowe poparcie udzielane na wyprzódki swemu Wielkiemu Patronowi dostanie w nagrodę miejsce przy stole, gdzie decyduje się o naprawdę istotnych sprawach, tymczasem po raz kolejny okazało się, że gdy dorośli zaczynają rozmawiać na poważne tematy, to uczniaki i inne dzieciuchy zostają grzecznie acz stanowczo wyproszone za drzwi.

II. Pakt fiskalny

Na dzień dzisiejszy sytuacja wygląda następująco: Polska podpisała pakt fiskalny (właściwie - „Traktat o stabilności, koordynacji i zarządzaniu w Unii Gospodarczej i Monetarnej") nakładający na nas rozliczne obowiązki, nie otrzymując niemal niczego w zamian. Wymienię kilka punktów:

- utrzymywanie deficytu budżetowego poniżej trzech proc. PKB i długu publicznego poniżej 60 proc. PKB;

- deficyt strukturalny (obliczany przez odjęcie wpływu cyklu gospodarczego) nie będzie mógł przekraczać 0,5 proc. PKB (jest to tzw. złota reguła wydatkowa, która znacząco ograniczy np. wydatki inwestycyjne – może to stworzyć problemy m.in. z wykorzystaniem unijnych środków, gdyż nie będzie nas stać na wkład własny – żegnajcie autostrady);

- na kraje, które nie przestrzegają dyscypliny budżetowej będą nakładane kary o wysokości do 0,1 proc. PKB, które ma orzekać Trybunał Sprawiedliwości UE;

- nadzór Komisji Europejskiej nad procedurą budżetową poszczególnych krajów (założenia budżetowe mają być przedstawiane wiosną każdego roku, projekt na jesieni, KE będzie miała prawo wydawania wiążących zaleceń – jest to znaczące osłabienie suwerenności państw narodowych).

Co ciekawe, Pakt ma wejść w życie 1 stycznia 2013 roku, przy założeniu, że do tego czasu będzie ratyfikowany przez 12 z 17 państw strefy euro. Czyli traktat zacznie funkcjonować po ratyfikacji przez mniejszość – 12 z 25 krajów, które go podpisały! Owszem, Polska, nie będąc w eurolandzie, nawet jeśli ratyfikuje traktat, nie musi wdrażać jego postanowień, póki nie przystąpi do strefy euro. No, chyba że, jak precyzuje umowa, „wyrazi intencję, że chce wcześniej być zobligowana postanowieniami umowy lub jej poszczególnymi elementami". Rostowski wprawdzie twierdzi, że wdrażać przed wejściem do strefy euro nie będziemy, ale Unia ma tę właściwość, że wszystko jest w niej rozkosznie płynne...

Co uzyskaliśmy? Ano, „kompromis”: będziemy uczestniczyli w dwóch z trzech rodzajów szczytów: wszystkich państw UE i państw – sygnatariuszy Paktu Fiskalnego. Nie będzie nas „tylko” tam, gdzie będą zapadały prawdziwe decyzje, czyli na szczytach państw strefy euro, co było naszym głównym postulatem negocjacyjnym.

III. Żadnych marzeń, panowie!

Taki despekt... A przecież nasz Donek, "Admin1" III RP, z postawy gorliwego prymusika uczynił sens swej europejskiej polityki. Gdy trzeba było podpisać pakiet klimatyczny - podpisał, gdy Unia kazała zamknąć stocznie – zamknął, gdy Niemcom nie pasowały regionalne sojusze państw Europy Środkowo-Wschodniej – wycofał się; podczas europrezydencji unikał jak ognia choćby cienia podejrzenia, że chce coś dzięki niej ugrać dla Polski, Buzek zgadzał się z każdym rozmówcą przez całe swoje pół kadencji... Cóż, po raz kolejny okazało się, że darmochy nikt nie ceni, a główny nurt europejskiej polityki gładko wypluwa na mieliznę tego, kto wskakuje weń nie stawiając żadnych warunków wstępnych i swą aktywność sprowadza do trzymania wytyczonego przez innych kursu, z pożyczonym sterem i takielunkiem na dodatek. Toteż Angeli ani w głowie było przekonywać Nicolasa, by dopuścił do splendorów jej protegowanego z Warschau.

Tusk mógł w ostateczności, gdy zawiodły wszelkie kalkulacje, prośby i zawodzenia, nie przystąpić do Paktu Fiskalnego – jak Czechy i Wielka Brytania. Ale nie odważył się – byłoby to zbyt jaskrawe przyznanie się do fiaska wieloletniej linii politycznej, w ramach której podał „unijnym partnerom” na srebrnej tacy swoje jaja wraz z dołączonym młotkiem. Zamiast tego postanowił zamulać sprawę, wygłaszając z ponurą miną na użytek zaprzyjaźnionych mediodajni „przekaz dnia” o sukcesie, bo spotkania eurolandu będą odbywały się po szczytach ogólnounijnych. Chyba, że zajdą „nadzwyczajne okoliczności”, czytaj – Niemcy postanowią inaczej.

Warto tu przypomnieć „transakcję wiązaną”, jaką była zgoda Polski na dofinansowanie MFW pożyczką z rezerwy rewaluacyjnej w wysokości ok. 6 mld euro oprocentowaną na 0,1-0,2 proc., podczas gdy nasza linia kredytowa z MFW jest oprocentowana na 5-6 proc. Ten gest hipergorliwości miał zapewne nabić Donkowi plusów przed negocjacjami – a tu kicha. Co gorsza, z obiecanej za bezdurno pożyczki nie możemy się już wycofać.

Przy okazji, wspomnijmy jeszcze pakt euro-plus, do którego Admin wcisnął nas na siłę w marcu 2011 roku, a która to umowa była przygrywką do obecnego paktu fiskalnego. Wyrażałem onegdaj obawę, że w praktyce ów pakt stanie się pasem transmisyjnym za pomocą którego przyszły „rząd gospodarczy” złożony z krajów strefy euro (czyli w praktyce – Niemcy) będzie narzucał swe rozwiązania państwom nie należącym do eurolandu. Wygląda na to, że ta obawa właśnie się konkretyzuje i nabiera za sprawą paktu fiskalnego niepokojąco realnych kształtów. Dwudziestka piątka członków paktu pogada sobie na picownej nasiadówce, a decyzje i tak podejmą Niemcy z jakimiś ustępstwami na rzecz Francji, po czym przedstawią je do przyjęcia pozostałym państwom na ekskluzywnym szczycie eurogrupy, jako „kompromis” wedle definicji Churchilla, że jedyne czego oczekuje to zaakceptowanie jego warunków po rozsądnej dyskusji. Reszta dowie się o wszystkim od woźnego na korytarzu, po czym gorliwie zadeklaruje niezłomną wolę przyjęcia euro, żeby również być informowanymi przy stole jakież to wspólne cele będą im od jutra przyświecały.

***

Z całej tej klapy pozostaje mi tylko schadenfreude, że Ober-Matoł chyba pomału żegna się z mrzonkami na eksponowaną europosadę. Wieść niosła, że ma chrapkę nawet na fotel Barroso – przewodniczącego Komisji Europejskiej. Nic z tego. Gdyby brano go poważnie pod uwagę w stanowiskowych kalkulacjach, nie zafundowano by naszemu Adminowi takiego upokorzenia. Donek może pochlebnymi artykułami w niemieckiej prasie wytapetować sobie ścianę nad łóżkiem - i tyle jego. Ale marna to pociecha, zważywszy, w co wplątał Polskę swoją naiwną, do cna frajerską polityką.

Gadający Grzyb

wtorek, 6 grudnia 2011

Nowa podmiotowość Lewiatana


Nasze elity nader skwapliwie zrzucają dziś ze swych barków gniotący ciężar suwerenności, cedując ją na rzecz „nowego porządku w Europie”.


I. Od podmiotowości...

Swojego czasu jednym z nielicznych powodów dla których warto było włączyć TVP Kultura był program „Trzeci punkt widzenia” prowadzony przez zespół „Teologii Politycznej” w składzie Marek Cichocki, Dariusz Gawin i Dariusz Karłowicz. Panowie dywagowali na tematy międzynarodowe, cywilizacyjne, filozoficzne - w duchu z gruntu odmiennym od tego, do czego przyzwyczaili widzów stale dyżurujący w reżimowych mediodajniach salonowi „eksperci”. Jednym z wątków, który przewijał się podczas tych spotkań była kwestia podmiotowości rozumianej, nieco upraszczając, jako wewnątrzsterowność, co w kwestiach publicznych przekładać się winno na prowadzenie suwerennej polityki – tak wewnętrznej, jak i zagranicznej – takiej, w której państwo jest podmiotem, a nie bezwolnym przedmiotem reagującym jedynie na posunięcia głównych rozgrywających.

Oczywiście, w ramach czyszczenia TVP z „pisowców”, programu od dawna nie ma już na antenie, bo też było – przyznajmy – niewyobrażalnym skandalem, by raz w tygodniu w niszowym kanale pojawiała się trójka facetów analizujących rzeczywistość z pozycji odmiennych od intelektualno-politycznego mainstreamu III RP.

Przypominam to ze względu na słynny już artykuł Marka Cichockiego w „Rzeczpospolitej” („Nowy porządek w Europie”), którym to tekstem autor z ideą podmiotowości państwa polskiego się żegna. W telegraficznym skrócie: wychodząc od hobbesowskiego Lewiatana, Cichocki przychyla się do formuły nowego europejskiego porządku, w którym nośnikiem podmiotowości w miejsce państw stałby się jakiś twór wyłoniony z obecnego kryzysu. Jak bowiem inaczej rozumieć zdanie: „Jedyną odpowiedzią jest dzisiaj, jak się zdaje, autorytatywnie, choć praworządnie zarządzany obszar rozwoju i stabilności, którego projekt już kreśli le Groupe de Francfort.”

Innymi słowy, należy pożegnać się z podstawowymi atrybutami suwerenności na rzecz jakiejś formuły „praworządnego autorytaryzmu” – w imię stabilizacji i zażegnania widma ogólnoeuropejskiego chaosu.

II. ...do Grupy Frankfurckiej

Kilka słów o „Grupie Frankfurckiej”, która ma nam ten „nowy porządek” urodzić. Otóż, jest to nieformalne ciało nieoczekiwanie powołane do istnienia 19 października, podczas spotkania eurodecydentów w gmachu frankfurckiej Starej Opery. W jego skład wchodzą:

- Angela Merkel (kanclerz Niemiec),

- Nicolas Sarkozy (prezydent Francji),

- Jean-Claude Juncker (szef eurogrupy – państw strefy euro),

- Christine Lagarde (dyrektor zarządzający Międzynarodowego Funduszu Walutowego),

- José Manuel Barroso (przewodniczący Komisji Europejskiej),

- Herman Van Rompuy (przewodniczący Rady Europejskiej),

- Mario Draghi (prezes Europejskiego Banku Centralnego),

- Olli Rehn (komisarz UE ds. gospodarczych i walutowych).

Podczas listopadowego szczytu G-20 w Cannes członkowie tejże grupy nazywanej „ósemką trzymającą władzę”, bądź wręcz „politbiurem” chodzili już z plakietkami „GdF” („Groupe de Francfort”). Pierwszymi zauważalnymi posunięciami były: utrącenie wierzgającego i grożącego referendum premiera Grecji Jeorjosa Papandreou, oraz – dotąd niezatapialnego – premiera Włoch, Silvio Berlusconiego. W ich miejsce powołano „swoich ludzi” - technokratów: Lukasa Papademosa (były członek zarządu EBC) i byłego eurokomisarza Mario Montiego.

Cechą charakterystyczną nowego „politbiura” jest jego niedemokratyczny charakter: tylko Merkel i Sarkozy pochodzą z wyboru, reszta to przedstawiciele europejskiej kasty dygnitarsko-urzędniczej, co stanowi swoiste usankcjonowanie kierunku w którym od dawna podąża Unia Europejska. Kolejna rzecz warta odnotowania, to fakt, iż owe „politbiuro” funkcjonuje obok jakichkolwiek formalnych przepisów czy umów międzynarodowych, z Traktatem Lizbońskim włącznie. Liczą się wyłącznie „dogadane” uzgodnienia, którym następnie nadaje się prawny pozór – wszak zmiany rządów Włoch i Grecji dokonały się de lege artis – rekami tamtejszych parlamentów!

Ciało to skupia potężną władzę, zdolną obalać niewygodnych przywódców i kreować nowych, posłuszniejszych. Jest ono zarazem formą przypieczętowania niemieckiej dominacji w Europie - to przemówienie kanclerz Merkel skarżącej się, że „wszystko dzieje się zbyt wolno” stało się impulsem do powołania Grupy i to Merkel (z koncesjami na rzecz Sarkozy'ego, żeby sprawy szły gładko) wyznacza polityczne cele dla „frankfurckiego” gremium. W ten oto sposób struktury międzynarodowe (unijne plus MFW) stają się machiną wzmacniającą niemiecką „miękką hegemonię” polityczno-gospodarczą w Europie.

III. Podmiotowość Lewiatana

Marek Cichocki zauważając w swym tekście, że kraje południa Europy nie mają wyboru, troska się zarazem czy Wielka Brytania i kraje skandynawskie zaakceptują „nowy stan rzeczy”. Stwierdza ponadto, że „Trudno także obecnie precyzyjnie powiedzieć, co nowy stan będzie oznaczał dla takich krajów jak Polska, a szerzej dla całej Europy Środkowej.” Doceniam żart, bo nie wierzę, by tak wytrawny znawca stosunków międzynarodowych mając przed oczyma przytoczone wyżej przykłady z odwołaniem premierów formalnie suwerennych krajów nie orientował się co do istoty nowego ładu, któremu będziemy z woli Grupy Frankfurckiej podlegali. I formuła prawna, którą ów „praworządny autorytaryzm” przybierze będzie doprawdy bez znaczenia.

W tym kontekście groteskowo brzmią nerwowe połajanki zawarte w jego odpowiedzi na oświadczenie Jarosława Kaczyńskiego o „nieumiejętności odróżniania bieżącej polityki partyjnej od refleksji intelektualnej”, a także zaklinanie, że nie opowiada się „za koniecznością podporządkowania Polski Niemcom”. Wiele tu po obu stronach goryczy narastającej od czasu niepotrzebnego „wywrócenia” przez Jarosława Kaczyńskiego linii przedlizbońskich negocjacji, które jako „szerpa” prowadził w imieniu polskiego rządu Cichocki (szło o system pierwiastkowy), a która wylała się ostatecznie przy okazji późniejszego rozłamu w PiS i powstania popartego przez „Teologię Polityczną” m.in. ze względów środowiskowych PJN-u.

Niemniej, abstrahując od tych animozji, nie sposób nie zauważyć, iż owa „polityczno-filozoficzna refleksja”, którą uraczył nas na łamach „Rzepy” redaktor „Teologii Politycznej”, przełożona na wymiar praktyczny oznaczać musi scedowanie podmiotowości państw członkowskich (w tym Polski) na rzecz pan-europejskiego Lewiatana. Lewiatana, który obecnie ma oblicze Grupy Frankfurckiej, a którym politycznie kręcić będą właśnie Niemcy, nikt inny – i to niezależnie od spisanych na papierze traktatowych reguł.

IV. Sikorski mówi Grupą Frankfurcką

W kontekście opisywanych tu europejskich „tryndów” trzeba jeszcze wspomnieć o zwieńczającym symbolicznie polską europrezydencję berlińskim wystąpieniu Radosława Sikorskiego. Otóż nie było to żadne „ponaglenie Angeli Merkel” do niezbędnych reform, jak chce „Wyborcza”, która przekraczając wszelkie granice błazenady obwieściła, iż „Europa mówi Sikorskim”. Nie. To Sikorski mówi Grupą Frankfurcką. Mówi to, kultywując linię „pozostawania w głównym nurcie europejskiej polityki”, która sprowadza się w praktyce do wyczuwania wiatrów i przyswajania kolejnych „mądrości etapu”.

Sikorski w Berlinie zgłosił akces swojego środowiska politycznego do „nowego ładu” - złożył gwarancję, że jego opcja polityczna będzie gorliwie i lojalnie ów wykuwający się porządek wspierać – w zamian za życzliwy patronat i może jakieś euro-konfitury dla wiernego Donalda i Radosława. Tak należy to czytać. Jest to gorliwość w pełni zrozumiała. Wszak obecna dyktatura matołów zadłużyła kraj w stopniu umożliwiającym „ósemce trzymającej władzę” zdmuchnięcie każdej ekipy w trybie natychmiastowym, co nawiasem mówiąc, marnie wróży wszelkiej patriotyczno-niepodległościowej opozycji, nawet jeśli jakimś cudem uda się jej przejąć rządy w naszym kraju. Kraju, którego elity tak skwapliwie zrzucają dziś ze swych barków gniotący je ciężar suwerenności.

Gadający Grzyb

Na podobny temat: „W uścisku Merkozy'ego”

środa, 23 listopada 2011

W uścisku Merkozy’ego


Euro od początku pomyślane było jako narzędzie gospodarczo-politycznej „miękkiej hegemonii” Niemiec w Europie.


I. „Przesilenie”

Eurodeputowany PiS, Konrad Szymański, podzielił się na łamach „Uważam Rze” ciekawą diagnozą zacytowaną następnie przez portal „wPolityce.pl”. Otóż przy okazji omawiania sytuacji gospodarczej Grecji powiedział, iż celowo i świadomie zbudowano obecny model eurolandu w takiej formie, by w pewnym momencie doszło do „przesilenia”. Czyli coś, co od początku wydawało się nonsensem – mianowicie łączenie w ramach wspólnej waluty gospodarek państw pozostających na różnym stopniu rozwoju, z różnymi politykami fiskalnymi, budżetowymi, monetarnymi itd. - nagle zyskuje ręce i nogi.

Plan był następujący: wspólna waluta miała stać się narzędziem zmian politycznych - doprowadzić słabsze gospodarki do kryzysu (czyli owego „przesilenia”), by następnie poddać je zarządzaniu z Brukseli. Rzecz w normalnych warunkach niewyobrażalna, ale całkowicie do zrobienia, gdy poważnie zadłużone, lub wręcz bankrutujące państwa zmuszone są udać się po prośbie do „centrali”. I to jest ten moment, w którym rozlega się tak głośny dziś alarm: ratujmy strefę euro! Wspólna waluta w potrzebie!

Ratowanie zaś oczywiście wymaga „zwiększonej integracji”, czyli w praktyce poddanie zewnętrznej kontroli tych nieodpowiedzialnych utracjuszy, którzy narazili „wielki wspólny projekt” na niebezpieczeństwo. Stąd te wszystkie „sześciopaki” wprowadzające rozwiązania wzmacniające „ład gospodarczy”, których wdrażanie monitorować ma Komisja Europejska, by zapobiec narastaniu „nierównowagi”. Nierównowagi, która, przypomnijmy, istniała w eurolandzie od początku i która była tolerowana z całą świadomością konsekwencji.

II. Euro-wirus

Innymi słowy, indukowano chorobę, by następnie zaordynować ustaloną zawczasu terapię. Gospodarczy wirus wszczepiono w strefę euro u samego zarania. Póki co jest to jedyne logiczne wyjaśnienie tłumaczące kilka niezrozumiałych spraw, które do tej pory usiłowano wyjaśniać integracyjnym ślepym pędem i przerostem zideologizowanej euro-polityki nad ekonomicznymi realiami.

Te sprawy, to m.in.:

- dlaczego przymykano oko na sprawozdawcze machloje Grecji, która nie powinna była nigdy zostać przyjęta do eurolandu;

- dlaczego nie usunięto Grecji ze strefy euro póki był jeszcze czas;

- dlaczego euro-decydenci tak gwałtownie reagowali na sugestię wystąpienia Grecji z „ekskluzywnego klubu” i straszyli efektem domina;

- dlaczego przyjmuje się do euro wszystkich chętnych po spełnieniu formalnego minimum, bez oglądania się na drastyczne rozbieżności potencjałów gospodarczych;

i wreszcie

- dlaczego tak naciska się na kraje spoza strefy euro, by jak najszybciej spełniły warunki akcesji.

Oczywiście, światowy kryzys spotęgował i przyśpieszył dzisiejszą sytuację, ale i bez niego w końcu musiała ona dojrzeć do obecnego „przesilenia”. W tym kontekście nowej mocy i znaczenia nabiera pamiętna deklaracja Romano Prodiego, że euro jest przede wszystkim projektem politycznym.

III. „Merkozy”

Mimo wszystko, przy całej celności, diagnoza Konrada Szymańskiego pozostaje niepełna. Grzeszy mianowicie zbyt „brukselocentrycznym” ujęciem problemu. Być może zresztą, brukselskim, kosmopolitycznym eurokratom wydawało się jeszcze do niedawna, że to faktycznie oni będą zarządzać Europą – niewykluczone, że pierwotny plan był właśnie taki. Jednakże kryzys obnażył całą fasadowość unijnych instytucji, które – przy zachowaniu pełni swych formalnych kompetencji – coraz bardziej zmieniają się w narzędzie polityki głównego rozgrywającego, czyli Niemiec (które, by sprawy szły gładko, poczyniają odpowiednie koncesje na rzecz drugiego co do wielkości gracza – Francji).

Na dzień dzisiejszy sytuacja wygląda tak, że kanclerz Merkel dogaduje się z prezydentem Sarkozym, następnie zaś uzgodnione rozwiązania są podawane do akceptacji pozostałym krajom członkowskim i Komisji Europejskiej. Formuła przyjęcia „sześciopaku” dokładnie odzwierciedla ten stan rzeczy – oczywiście z nieodzowną grą pozorów, jaką są „negocjacje” w ramach odgórnie ustalonych przez duet „Merkozy” widełek. Barroso może co najwyżej robić dobrą minę do złej gry i przyklepywać postanowienia. Van Rompuyem w ogóle nikt nie ma czasu zawracać sobie głowy, podobnie jak „polską prezydencją”, która może co najwyżej zorganizować spotkanie, tudzież porozstawiać na stołach mineralną i paluszki.

IV. Miękka hegemonia

W taki oto sposób docieramy do sedna: euro od początku pomyślane było jako narzędzie gospodarczo-politycznej „miękkiej hegemonii” Niemiec w Europie. Niegdyś, by podkreślić wiodącą rolę niemieckiej gospodarki, mówiło się o Europie, że jest „strefą Deutsche Mark”. Dziś jest strefą Deutsche Mark jeszcze bardziej, albowiem „wspólny” pieniądz służy temu, kto ma w jego sprawie najwięcej do powiedzenia – tym kimś były, są i będą Niemcy, a że współczesna „deutsche marka” nazywa się dla niepoznaki „euro”, to doprawdy, jedynie techniczny szczegół.

O Niemczech mówiono również, że są ekonomiczną potęgą, ale politycznym karłem. Wraz z kolejnymi etapami pogłębiania integracji, polityczny karzeł odszedł w zapomnienie. Jest hegemon podporządkowujący sobie unijny potencjał gospodarczy i spinający pod aksamitnym protektoratem Europę. Dzieląc się wpływami w niezbędnym zakresie z Francją. Pisałem o tym szerzej w tekstach „Deutsche euro” oraz „Polska w strefie rażenia rządu gospodarczego”, gdzie bardziej szczegółowo uzasadniam takie właśnie spojrzenie – zapraszam do lektury.

Nie tak dawno „Merkozy” zaproponował powstanie „rządu gospodarczego” państw strefy euro, nieco wcześniej uchwalono pakt Euro-Plus, którego rozwinięciem i następstwem jest przyjęty niedawno „sześciopak”. Ostatnio natomiast komisarz d/s gospodarczych i walutowych, Oli Rehn ogłosił, że Komisja Europejska chce mieć nadzór nad budżetami krajów strefy euro. Jak czytamy, „KE chciałaby mieć wgląd do narodowych planów budżetowych dwa razy do roku: najpierw przed 15 kwietnia oraz przed 15 października każdego roku, zanim zostaną ostatecznie uchwalone.” Ponadto „KE miałaby prawo wyrażać publiczną krytykę i żądać poprawek.”. Stąd już tylko krok do obowiązku przedstawiania planów budżetowych do zatwierdzenia w Brukseli, która chce, by wkrótce były one konstruowane „zgodnie ze wspólnym harmonogramem i jednolitymi regułami".

Łatwo zauważyć, że plany Komisji Europejskiej idealnie współgrają z posunięciami „Merkozy’ego”. To, że mocno zajęła się nimi niemiecka prasa również ma swoją wymowę. Kiedy wejdą w życie, będzie to oznaczało kres resztek suwerenności krajów eurolandu. Suwerenności scedowanej nie na rzecz takiej czy innej ponadnarodowej unijnej instytucji. Scedowanej na rzecz tego, kto tą instytucją kręci.

„Przesilenie” w strefie euro nadeszło. Teraz pora zebrać jego owoce.

Gadający Grzyb