czwartek, 23 maja 2013

Atrofia suwerenności

Rosyjskie zabiegi mają podstawową cechę wspólną: uległy znaczącemu nasileniu wkrótce po Tragedii Smoleńskiej.

I. Raport z postępów atrofii państwa

Oto garść doniesień tylko z ostatnich dni i tygodni (kolejność przypadkowa): petersburskie memorandum w sprawie budowy „pieremyczki”; będziemy kupować energię elektryczną z Kaliningradu; Jan Krzysztof Bielecki i Aleksander Kwaśniewski lobbowali na rzecz kupna przez Rosjan Azotów Tarnów – jednego z głównych odbiorców gazu ziemnego w Polsce; minister skarbu Mikołaj Budzanowski został odwołany na lekko tylko zakamuflowane życzenie Rosjan – sprzeciwiał się kupnu przez nich Azotów i był zwolennikiem gazu łupkowego, więc pewnie dlatego „ominięto” go przy podpisywaniu memorandum w Petersburgu; 1/5 przestrzeni powietrznej nad terenem Polski będą kontrolować Litwini; wreszcie – FSB na życzenie Putina „zacieśnia współpracę” z polskim kontrwywiadem – i SKW się oczywiście na to godzi...

Coś przeoczyłem? Jeśli nawet, to tylko tego co przytoczyłem powyżej wystarczy na Trybunał Stanu dla Tuska i jego ekipy. Mamy bowiem do czynienia z konsekwentnym zrzekaniem się suwerenności w kluczowych dla bezpieczeństwa państwa kwestiach. To już idzie na bezczela, na rympał, nawet bez zachowania jakichkolwiek pozorów równorzędnych, handlowych relacji między równoprawnymi partnerami. Ruscy żądają – Polska wykonuje, tak to wygląda. Zachodnie firmy, do tej pory zainteresowane poszukiwaniami i eksploatacją łupków, widząc co się dzieje – w jakim tempie Polska osuwa się w rosyjską energetyczną strefę wpływów – pakują manatki i się wynoszą.

II. W uścisku Putina

Część tych spraw była przygotowywana od dawna – np. informacje o imporcie prądu z Kaliningradu przemykały już wcześniej, co starałem się opisać w notkach „Pstryczek-elektryczek I”, „Pstryczek-elektryczek II” oraz „Pstryczek-elektryczek III”. Generalnie, rzecz dotyczy „zrobienia rynku” w Polsce dla energii z powstającej w Obwodzie Kaliningradzkim Bałtyckiej Elektrowni Jądrowej, dla której ekonomiczną racją bytu jest eksport do krajów regionu – głównie do Polski. I Polska była tak uprzejma, że w ostatniej chwili zrezygnowała z budowy elektrowni w Ostrołęce, która zaopatrywałaby przede wszystkim północno-wschodnią część kraju. Zamiast tego będziemy mieli most energetyczny z Kaliningradem. Już zadbają o to różne „Ałganowy” ulokowane tam gdzie trzeba.

O podchodach Akronu i Wiaczesława Kantora pod Azoty, podobnie jak o antyłupkowym lobbingu Gazpromu, również słyszy się od dawna. Wszystkie te zabiegi mają jednak podstawową cechę wspólną: uległy znaczącemu nasileniu wkrótce po Tragedii Smoleńskiej, gdzie wraz z Prezydentem Lechem Kaczyńskim i jego najbliższymi współpracownikami zginął ostatni ośrodek władzy zdolny do hamowania rosyjskiej neoimperialnej ekspansji. Jeśli ktoś wciąż zadaje sobie pytanie „po co Putin miałby zabijać Kaczyńskiego”, to ma odpowiedź – właśnie PO TO. Podobnie, jeżeli ktokolwiek ma wątpliwości w jak mocnym uścisku trzyma Putin Donalda Tuska po Smoleńsku, to również właśnie otrzymuje wyczerpującą odpowiedź. Tak jasną, że bardziej już nie można.

Obecnie obserwujemy bowiem zbliżanie się do finalizacji załatwiania rosyjskich interesów w Polsce. Łupki – „NIET”, gazoport – „NIET”, nowa elektrownia w Polsce - „NIET”, drugi gazociąg – „DA”, Azoty dla Rosji - „DA”, import energii elektrycznej z Kaliningradu - „DA”, urzędnicy niechętni Rosji - „WON!”. Plus, oczywiście, „zacieśniona współpraca” między FSB a Służbą Kontrwywiadu Wojskowego – wisienka na torcie...

Do listy z początku notki włączyłem sprawę nieszczęsnej umowy w wyniku której 1/5 przestrzeni powietrznej nad Polską (w tym Warszawa) w ramach Baltic FAB będzie kontrolowana przez Litwę. Nie wiem, czy jest to wynik żenującej niekompetencji, czy coś więcej, ale warto zauważyć, że na 32 litewskich pracowników kontroli obszaru powietrznego ponad połowę stanowią Rosjanie, że utracimy kontrolę nad obszarem graniczącym z Obwodem Kaliningradzkim i sporą częścią Białorusi i że rosyjscy kontrolerzy pracujący na Litwie będą zawiadywali lotami polskich samolotów wojskowych, w tym myśliwców F-16, które okresowo w ramach NATO patrolują również terytorium Litwy. To zresztą również nie jest nowa sprawa – pisałem o tym w marcu ubiegłego roku.

III. Imperialne żniwa

Te „imperialne żniwa” mają na celu zabezpieczenie rosyjskich interesów niezależnie od politycznych przetasowań w Polsce. Dlatego Rosjanie za wszelką cenę chcą zdążyć przed końcem obecnej kadencji, zanim Tusk ostatecznie wysadzony z siodła trafi tam gdzie trafi – do pierdla, lub pod ochronę brukselskiego immunitetu. A kiedy już dostaną co chcą, bardzo trudno będzie to odkręcić – nawet przy optymistycznym założeniu, że PiS z Jarosławem Kaczyńskim obejmie samodzielne rządy, w co można powątpiewać zważywszy na ruskie serwery obsługujące procedury wyborcze w Polsce. Taka jest różnica między poważnym państwem realizującym konsekwentnie swe interesy a ekipą kukiełek i piłkarzyków.

Zatem, jako się rzekło, Putin przystępuje do zbierania owoców swej polityki wobec Polski z ostatnich kilku lat – zapoczątkowanej wizytą w 2009 roku, podczas której, po słynnej rozmowie na sopockim molo, chyba ostatecznie przekonał się, że może z Tuskiem zrobić dokładnie wszystko, a zintensyfikowanej po 10.04.2010, kiedy to zniknęła ostatnia przeszkoda w postaci Lecha Kaczyńskiego i jego współpracowników. Tylko patrzeć jak na dar dożynkowy Ober-Matoł przyniesie Putinowi w zębach Lotos, tudzież inne interesujące go aktywa. A głównonurtowe mediodajnie po staremu będą ekscytowały się wypowiedziami Krystyny Pawłowicz, lub w najlepszym razie zegarkami ministra Nowaka.

Czy w efekcie tego, co zbiorczo zasygnalizowałem przed chwilą, Polska zniknie z mapy? Ależ nie, będzie na niej widniała jak gdyby nigdy nic. Tylko, że między nakreślonymi na tej mapie granicami nie będziemy mieli w jakiejkolwiek istotnej sprawie nic do powiedzenia.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

sobota, 18 maja 2013

Białe noski zamiast „białych kołnierzyków”

Wszystkie te bankiery i maklery to banda nabuzowanych ćpunów z upudrowanymi od „jechania krechy” kinolami.

I. „Kultura ekscytacji”

Jakiś czas temu natrafiłem na stronach „Rzepy” na pewną ciekawostkę. Oto były doradca brytyjskiego rządu do spraw polityki antynarkotykowej David Nutt (profesor neuropsychofarmakologii w Imperial College London) twierdzi, że kryzys finansowy został wywołany przez bankierów nadużywających kokainy. W kręgach finansowych panować ma tzw. „kultura ekscytacji”, której nieodłącznym elementem są silnie pobudzające narkotyki, sprawiające iż funkcjonujący w takich warunkach pracownicy sektora finansowego, goniąc za maksymalizacją zysków, skłonni są do podejmowania nadmiernego ryzyka.

Innymi słowy, te wszystkie bankiery, maklery tudzież insze „szpece” i magiki od robienia pieniędzy z niczego oraz kreowania i obrotu pochodnymi od pochodnych aktywów – to banda nabuzowanych ćpunów z upudrowanymi od „jechania krechy” kinolami. Kiedyś nazywano takich „białymi kołnierzykami”, dziś przyjdzie ich nazywać „białymi noskami”. Cóż, kiedy czyta się opowieści o przyczynach kryzysu na amerykańskim rynku nieruchomości, który zapoczątkował globalne domino, to trudno odmówić angielskiemu naukowcowi racji. Udzielanie na masową skalę kredytów tak zwanym „ninja” („no income, no job, no assets” - czyli „bez dochodów, bez pracy, bez aktywów”) przy założeniu, że kupiona tą drogą nieruchomość tak czy inaczej zachowa swą wartość, w związku z czym można na tej podstawie spokojnie budować piramidę pochodnych papierów wartościowych w które inwestowały kolejne podmioty na całym świecie – coś takiego mogło narodzić się tylko w odmętach znarkotyzowanego umysłu.

II. Horda „białych nosków”

Zapewne wszyscy słyszeliśmy historie o tym, jak to jakiemuś naćpanemu gówniarzowi wydało się nagle, że potrafi latać, po czym radośnie rzucał się z balkonu. No więc wychodzi na to, że „wysokiej klasy specjaliści” od finansów, po najlepszych uczelniach, robili dokładnie to samo z powierzanymi im funduszami – z pełnym poparciem swych zwierzchników zawiadujących instytucjami „zbyt dużymi, by upaść”. A my się czasami dziwimy, dlaczego giełda jest nieprzewidywalna i czasem reaguje irracjonalnie z byle powodu. A jak ma reagować, skoro kręci tym wszystkim horda narkomanów pogrążonych non-stop w kokainowym cyklu euforyczno-depresyjnym? Równie dobrze można by za tymi komputerami, w tych sterylnych boksach, usadzić stado pawianów. Pewnie nawet taniej by wyszło.

Zwróćmy uwagę, że ci naprani koką akolici „kultury ekscytacji” siedzą wszędzie – w bankach, funduszach inwestycyjnych, firmach ubezpieczeniowych, na giełdach i tak dalej. Bez kontaktu z rzeczywistością. Przerąbali w narkotycznym widzie niewyobrażalne sumy, ale że funkcjonują w ramach struktur „zbyt wielkich, żeby upaść”, to rządy potulnie wyasygnowały kolejne „pierdyliardy” (określenie Krzysztofa Rybińskiego) euro i dolarów pod zastaw dochodów przyszłych pokoleń na ratowanie finansowych molochów. Kumple od jechania krechy, czy jak?

III. „Ekscytujący” Rostowski

A teraz konstatacja dotycząca nas wszystkich tu i teraz. Oto ministrem finansów w rządzie Donalda Tuska jest niejaki Jan Vincent „no PESEL” Rostowski. Prościutko z centrum opisywanej tu „kultury ekscytacji”, czyli finansowego Londynu, zasiedlonego wedle prof. Nutta przez żuli w garniturach, którzy na dobrą sprawę powinni się zajmować zaspokajaniem dworcowych pederastów. Pod jego kierownictwem dług publiczny Polski zwiększył się dwukrotnie - z nieco ponad 500 mld zł w 2007 do ok. biliona w chwili obecnej (a tak naprawdę skali zadłużenia nikt nie jest w stanie dokładnie określić ze względu na „ekscytującą” księgowość prowadzoną przez sztukmistrza z Londynu). Do tego na koniec kwietnia bieżącego roku odnotowano 31,75 mld zł deficytu, co daje prawie 90% (dokładnie – 89,3%) całorocznego planu przewidzianego w ustawie budżetowej. Oto produkt finansowej „kultury ekscytacji” w działaniu.

Zresztą, obserwując różne publiczne wystąpienia pana ministra – z tymi szklistymi oczkami, dziwnie nieobecnym uśmiechem i podejrzaną mową ciała, autentycznie nie jestem w stanie dać głowy za jego trzeźwość. A wspomniawszy na słynne zdjęcie córuni – Mai „fuck me like the whore I am” Rostowskiej nabieram wręcz pewności, że mamy do czynienia z czystą patologią.

Maja Rostowska

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

środa, 15 maja 2013

Badania z cyklu „Diagnoza społeczna” służyły do tej pory prof. Czapińskiemu do uprawiania medialnej propagandy sukcesu.

I. „Wyfajnowani” fajnopolacy

Ojej, Obozowi Beneficjentów i Utrwalaczy III RP chyba naprawdę zaczyna palić się pod siedzeniem, skoro jeden z przedstawicieli jego, z przeproszeniem, „intelektualnego zaplecza”, czyli pan prof. Czapiński pobiegł w te pędy ostrzec Dyktaturę Matołów przed możliwym krachem wyborczym. Tak ma wynikać z ostatnich badań z cyklu „Diagnoza społeczna”. Oto rysuje się scenariusz wedle którego do wyborów w 2015 roku pójdzie niespełna 40% wyborców co miałoby zapewnić zwycięstwo PiS-owi, zaś przy frekwencji niższej o kolejne 4% Prawo i Sprawiedliwość mogłoby rządzić samodzielnie, a nawet uzyskać większość konstytucyjną. Perspektywa ta stała się prawdopodobna na skutek zniechęcenia i demobilizacji elektoratu PO – w tym najtwardszego i bezkrytycznego dotychczas jądra, czyli tzw. lemingów.

W zasadzie zdziwienie może budzić tu jedynie stopień zaskoczenia obozu władzy tymi hiobowymi wieściami. Czy naprawdę sądzili, że po dwóch kadencjach wciąż skuteczny będzie szantaż wyborczy polegający na straszeniu Kaczyńskim i Macierewiczem, szczególnie w warunkach narastającego bezrobocia i pogłębiającego się kryzysu? Czy sądzili, że bez końca można odwracać uwagę ludzi polityką kolejnych medialnych wrzutek? Taka strategia mogła przynosić owoce w latach prosperity, kiedy to w miarę syte społeczeństwo faktycznie chciało świętego spokoju, cieplej wody w kranach i błogiej konsumpcji, ale nie w dobie kryzysu, gdy miraż „zielonej wyspy” ostatecznie się rozwiał, zaś przez mgłę propagandowego odurzenia nieuchronnie przebija się twarda rzeczywistość.

Oczywiście, to nie jest tak, że dotychczasowi wyborcy PO nagle postanowią zagłosować na PiS – nienawiść do „Kaczora” i „pisiorów” została zbyt silnie wdrukowana w ich zwoje. Jednak dotychczasowe „antykaczystowskie” paliwo, którym stymulowano ich emocje nie będzie już wystarczające, by po raz kolejny poprzeć PO. „Fajnopolacy” się po prostu „wyfajnowali”, co można było zaobserwować chociażby na przykładzie fiaska akcji „Orzeł może” - szczególnie, jeśli skonfrontować frekwencję z kolejnymi miesięcznicami smoleńskimi.

II. Krach anty-smoleńskiej narracji

O sprawie Smoleńska wspomniałem nie bez przyczyny, bowiem do tej pory antysmoleńskie zacietrzewienie „sekty Pancernej Brzozy” (by Seawolf) było jednym z podstawowych czynników mobilizacyjnych stosowanych wobec antypisowskiego elektoratu. Ta emocjonalna stymulacja swe apogeum miała podczas zajść pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu i demonstracji „tarasowców”, zwanych też „młodymi z fejsbuka”. Rozpędu starczyło jeszcze na drugie zwycięstwo PO i sukces wyborczy Palikota, a następnie trend zaczął niepostrzeżenie wygasać. Obecnie – m.in. na skutek konsekwentnej pracy Zespołu Parlamentarnego pod kierownictwem Antoniego Macierewicza i ujawniania kolejnych kompromitacji rządu i prokuratury w smoleńskim śledztwie - dominuje nurt „smoleńskiego agnostycyzmu”, co z niepokojem odnotowali Janicki i Władyka w „Polityce”.

Bardziej szczegółowo pisałem o tym w notce „Smoleńsk jako narzędzie zmiany”, więc tu jedynie krótko powtórzę: Budowana i uzasadniana z benedyktyńską cierpliwością hipoteza zamachowa po pierwszym szoku i odruchu odrzucenia zakorzeniła się w społecznym obiegu. Ludzie się do niej przyzwyczaili, oswoili się z nią i zaczęli brać pod uwagę jako jedną z dopuszczalnych możliwości – tym bardziej, że w międzyczasie wychodziły na światło dzienne kolejne blamaże i matactwa rządu Tuska w sprawie wyjaśniania przyczyn Tragedii.”

Obecnie zatem mamy do czynienia z sytuacją, że ponad 50% respondentów badania TNS Polska nie deklaruje wprawdzie wiary w zamach, ale równocześnie twierdzi, że nie wiadomo co tak naprawdę się na Siewiernym wydarzyło – odrzuca zatem raport Millera i „oficjalną wersję wydarzeń”. W przełożeniu na politykę oznacza to, że nie da się używać dłużej antysmoleńskiego zacietrzewienia dla wyborczych celów Dyktatury Matołów, co obiektywnie sprzyja PiS-owi dysponującemu zdyscyplinowanym elektoratem.

III. Propagandysta społeczny

Wróćmy jeszcze do zasygnalizowanych na wstępie oznak paniki – bo trudno inaczej wytłumaczyć motywy, które kazały prof. Czapińskiemu lecieć z alarmem do Platformy, jeszcze przed ustaleniem ostatecznych wyników „Diagnozy społecznej” (jak sam przyznaje, do komputerów wprowadzono dotychczas połowę próby, czyli odpowiedzi ok. 15 tys respondentów). Muszę tu przypomnieć mój tekst z lipca 2012 roku „Propagandyści społeczni” , w którym starałem się opisać na przykładzie profesorskiej trójcy Markowski – Krzemiński – Czapiński, jak pod płaszczykiem nauki politolodzy, socjolodzy i psychologowie społeczni uprawiają propagandę w interesie PO, a szerzej – w interesie Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, której aktualną polityczną ekspozyturą jest obecna Dyktatura Matołów.

Otóż badania z cyklu „Diagnoza społeczna” służyły do tej pory prof. Januszowi Czapińskiemu do uprawiania medialnej propagandy sukcesu, nieodmiennie bowiem wynikało z nich, że „Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej”. Polacy mają więcej pralek, lodówek, telewizorów i generalnie są zadowoleni z życia, choć może niekoniecznie już z ogólnej sytuacji w kraju. Niemniej, dopóki z badań wynikało, że stają się posiadaczami coraz większej ilości dóbr materialnych i chwalą sobie życie osobiste, to resztę negatywnych ocen można było gładko zwalić na karb „polskiego malkontenctwa”, no bo przecież obiektywne dane wskazują, że jest dobrze i coraz lepiej.

Dodatkową podbitką interpretacyjną była dla pana profesora wykoncypowana przez niego „Cebulowa teoria szczęścia”, która – w telegraficznym skrócie – głosi, iż na jakimś poziomie (kolejne warstwy „cebuli”) człowiek niemal zawsze jest szczęśliwy, choćby dlatego, że żyje. To w pozytywnej warstwie interpretacyjnej. W warstwie negatywnej natomiast profesor miał na malkontentów bata w postaci „Teorii niewdzięczności społecznej” - gdzie z kolei twierdzi, że „Społeczeństwa są niewdzięczne ze swej konserwatywnej natury i nigdy nie docenią w pierwszym pokoleniu zmian w regułach życia codziennego, nigdy nie nagrodzą twórców tych zmian.” Prawda, że urocze? Po pierwsze, jesteś człowieku zadowolony z cudów transformacji ustrojowej, nawet, gdy sam nie zdajesz sobie z tego sprawy, a po drugie, jeśli twierdzisz, że nie jesteś szczęśliwy, to dlatego, że nie doceniasz, niewdzięczniku, ogromu zbawiennych reform, które światłe elity III RP ci zafundowały... Nie kijem go, to pałką.

I tak się to toczyło, aż do teraz. Wprawdzie nie wiadomo jeszcze do jakich ponurych szczegółów dokopał się profesor Czapiński w tegorocznej „Diagnozie”, ale muszą być naprawdę powalające, skoro zdecydował się na porzucenie wygodnej maski „bezstronnego autorytetu” i postanowił w tak spektakularny sposób zaalarmować umiłowaną Władzę. Czyżby obecnej „Diagnozy” nie sposób było spożytkować w służbie propagandy sukcesu?

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/propagandysci-spoleczni

http://niepoprawni.pl/blog/287/smolensk-jako-narzedzie-zmiany

 

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl

niedziela, 12 maja 2013

Smoleńsk jako narzędzie zmiany

„Oficjalna wersja wydarzeń” ma to do siebie, że istnieje tylko tak długo, jak reżim który ją wspiera.

I. Zwycięstwo Macierewicza

W okolicach kolejnej smoleńskiej miesięcznicy naszła mnie taka - może mało odkrywcza - refleksja, że Antoni Macierewicz wraz ze swym Zespołem Parlamentarnym tak naprawdę już wygrali. Jedyne wyzwanie przed którym stoją szeroko rozumiane środowiska opozycyjne, to doprowadzenie sprawy do końca tak, by nie zaprzepaścić zwycięstwa. Niemniej, zasadniczy „egzamin” - że nawiążę do nieszczęsnej wypowiedzi Bronisława Komorowskiego – został już zdany.

Zwycięstwo to polega na uprawomocnieniu hipotezy zamachowej w publicznej debacie. Tego już nie da się odwrócić, choćby „Wyborcza” wraz z przyległościami i Maciejem Laskiem na dokładkę nie wiadomo jak się natężali. Zwróćmy uwagę: przecież tezy z raportu Millera powtarzane są w kręgach Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP już tylko i wyłącznie siłą rozpędu. Tak naprawdę liczy się jedno - że, jak ujęła to Katarzyna Kolenda-Zaleska – „prawda już została ustalona, żadne fakty jej nie zmienią”. To oświadczenie jest dla nas fantastyczną wprost wiadomością. Oznacza ono bowiem ni mniej ni więcej, tylko uznanie swej porażki i wycofanie się do okopów „oficjalnej wersji wydarzeń”, zaś „oficjalna wersja wydarzeń” ma to do siebie, że istnieje tylko tak długo, jak reżim który ją wspiera.

II. W butach trepa

W jednym ze swych felietonów nieodżałowany Seawolf wspominał jakiegoś wykładowcę ze szkoły marynarskiej, który przed studentami twierdził, że jego obowiązkiem jako funkcjonariusza państwowego jest głoszenie oficjalnej – czyli sowieckiej – wersji o zbrodni katyńskiej. Niezależnie od wszystkiego, a w szczególności od faktów, on – lojalny funkcjonariusz PRL – zobligowany jest do popierania państwowej, jak byśmy to dziś ujęli, „narracji” i już. No więc dziś te wszystkie Laski, te „Wyborcze”, TVN-y i „Polityki” są w sytuacji właśnie tego uczelnianego trepa. Oni również „muszą popierać”, bo związali się z Dyktaturą Matołów na dobre i na złe. Tyle, że jak uczy nas przykład Katynia, siła propagandy zależna jest od siły reżimu, dlatego obecnie ich jedynym celem pozostało już tylko nie dopuszczenie Kaczyńskiego do władzy. Bowiem wojnę o utrwalenie w społecznej świadomości rosyjsko-Millerowskiej wersji Smoleńska już przegrali.

Poczuciu temu dali wyraz - z podobnie bezradną otwartością jak Kolenda-Zaleska – Janicki i Władyka w „Polityce” swym tekstem o „smoleńskich agnostykach”. Osią tego artykułu jest założenie, że ludzie wcale nie muszą masowo uwierzyć w zamach. Wystarczy, że dopuszczają hipotetycznie, obok innych, również i taką możliwość, szczególnie gdy wedle badań TNS Polska, 52% respondentów deklaruje, że nie wie co tak naprawdę wydarzyło się na Siewiernym. Już samo to, ów brak pewności jak się rzeczy miały, w opinii publicystów „Polityki” wystarczy, by „agnostycy smoleńscy” obiektywnie stali się grupą działającą na korzyść PiS-u. Tworzy to bowiem sytuację, w której PiS i Macierewicz zamiast „muru” trafiają na „przyjazną strefę buforową” podatną na „spiskowe toksyny”.

I jest to wielka zasługa Macierewicza oraz członków i ekspertów Zespołu Parlamentarnego. Budowana i uzasadniana z benedyktyńską cierpliwością hipoteza zamachowa po pierwszym szoku i odruchu odrzucenia zakorzeniła się w społecznym obiegu. Ludzie się do niej przyzwyczaili, oswoili się z nią i zaczęli brać pod uwagę jako jedną z dopuszczalnych możliwości – tym bardziej, że w międzyczasie wychodziły na światło dzienne kolejne blamaże i matactwa rządu Tuska w sprawie wyjaśniania przyczyn Tragedii.

Zresztą, spójrzmy na niedawny „anty-smoleński coming out” mecenasa Rogalskiego. Niezależnie od tego czy był to „kret” podstawiony Jarosławowi Kaczyńskiemu i rodzinom smoleńskim, czy też sfrustrowany ambicjoner mszczący się za uniemożliwienie mu kariery politycznej w PiS-ie, to jeśli „sekta Pancernej Brzozy” może liczyć jedynie na takich „Rogalskich”, to znaczy, że prawie jesteśmy w domu. Że „tamci” - niezależnie od tego ilu jeszcze „Rogalskich” czeka na odpalenie i swoje medialne pięć minut - ostatecznie wyprztykali się z ciężkiej amunicji.

III. Instrument zmiany

No dobrze, ale czemu zatytułowałem tę notkę „Smoleńsk jako narzędzie zmiany”? Ano dlatego, że kwestia Tragedii – jakkolwiek byśmy się nie oburzali na zarzuty o „instrumentalizowanie katastrofy” - takim narzędziem już się stała. Coś, co w opinii różnych mędrków miało być dla PiS-u i szerzej – obozu niepodległościowego – polityczną kulą u nogi uniemożliwiającą odniesienie sukcesu, może w połączeniu z pozostałymi czynnikami (jak np. bezrobocie i pogłębiający się kryzys) wynieść tenże obóz do władzy. I biada tym, którzy po drodze pod wpływem medialnego ciśnienia skrewią, jak onegdaj „PJoNki”. Znikną z horyzontu i nawet kurz po nich nie zostanie.

Uparte obnażanie wielopoziomowych przyczyn Tragedii w sprzężeniu z bezradnością obecnego rządu w załatwianiu najbardziej elementarnych potrzeb obywateli stwarza niepowtarzalną szansę uświadomienia szerokim rzeszom Polaków, że zwyczajnie nie opłaca się mieć państwa byle jakiego, bo to się mści na najróżniejsze sposoby. I prędzej czy później dotyka każdego z nas osobiście, w najbardziej przyziemnych aspektach codziennego życia. Opozycja ma w rękach niepowtarzalny instrument politycznej i społecznej przemiany Polski i Polaków, pozwalający na przekucie klęski w triumf. Ma przed sobą słabnącego przeciwnika okopanego na ostatniej linii obrony. Pozostało nie zaprzepaścić tej szansy – tym bardziej, że w gruncie rzeczy wystarczy tylko drążyć prawdę aż do końca i komunikować ją ludziom. Opłaca się być uczciwym.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

środa, 8 maja 2013

Przewodnik po III RP

… czyli Cezary Gmyz oprowadza nas po neo-peerelowskim „jądrze ciemności”.

I. Podróż do wnętrza systemu

Książka „Zawód: dziennikarz śledczy” to błyskawiczna i świetnie „czytająca się” podróż po patologiach III RP. Albo inaczej: nie tyle po patologiach, bo to sugeruje istnienie jakiegoś zdrowego trzonu, który jedynie tu i ówdzie uległ wynaturzeniu, ile po systemowych dysfunkcjach wbudowanych w ustrój społeczno-polityczny postokrągłostołowej Polski z pełną premedytacją – po to, by zainteresowani mogli czerpać z nich korzyści przez następne dziesięciolecia. Cezary Gmyz odpytywany przez Piotra Goćka oprowadza nas zatem po tym neo-peerelowskim „jądrze ciemności”, odkrywając kolejne obszary żerowisk formacji, którą pozwalam sobie nazywać Obozem Beneficjentów i Utrwalaczy III RP.

Wywiad-rzekę spina klamra, którą jest Tragedia Smoleńska. Lekturę zaczynamy od trotylu na wraku Tupolewa i okoliczności zwolnienia Cezarego Gmyza z „Rzeczpospolitej”, kończymy zaś opisem rozlicznych uchybień w trakcie smoleńskiego śledztwa (ze szczególnym uwzględnieniem roli Tomasza Turowskiego i generalnie polskiej dyplomacji, oraz Prokuratury Wojskowej). Nagromadzenie nieprawidłowości sprawia wręcz wrażenie celowego i systematycznego sabotażu uskutecznianego m.in. z powodu dojmującego strachu przed Rosją. Dość powiedzieć, że Andrzej Seremet przestrzegał Tomasza Wróblewskiego, że jeśli opublikują w „Rzepie” tekst o odkryciu śladów materiałów wybuchowych, to... będzie wojna. Ni mniej, ni więcej – wedle Prokuratora Generalnego jeden „nieodpowiedzialny” tekst w polskiej prasie może sprowokować Rosję do napaści. To pokazuje chyba najdobitniej skalę psychicznego sterroryzowania naszych elit przez reżim Putina. A tego typu kwiatków jest przytoczonych więcej. Wniosek jest jeden: ONI z własnej woli nie dopuszczą do odkrycia czegokolwiek, co mogłoby nie spodobać się Rosji.

II. Oblicza degrengolady

Ale cała ta „tragedia posmoleńska” jak nazwał kiedyś Ziemkiewicz to, co stało się po 10 Kwietnia, jest jedynie końcowym objawem wszechogarniającej degrengolady. W kolejnych częściach dowiadujemy się m.in. o skutkach lustracyjnego zaniechania i zbiorowym oporze wszystkich bez wyjątku wpływowych środowisk przed rozliczeniami. Przy okazji autor – znawca problematyki lustracyjnej – rozprawia się z całą mainstreamową antylustracyjną mitologią, obnażając zakłamanie i złą wolę dyżurnych przeciwników „grzebania w życiorysach”. Był to bez wątpienia jeden z grzechów założycielskich III RP skutkujący na najróżniejsze sposoby do dnia dzisiejszego. Choćby wspomniany wyżej Turowski – esbecki „nielegał” w Watykanie i jego tajemnicza rola w sprawie Smoleńska – przypomnijmy, że nagle, na miesiąc przed tragedią, został skierowany do Moskwy jako główny organizator wizyt dyplomatycznych...

W innym miejscu dowiadujemy się szczegółowo o sprawie willi Kwaśniewskich w Kazimierzu nad Wisłą, formalnie zarejestrowanej na kogo innego – z tego prostego powodu, że była para prezydencka nie byłaby w stanie udokumentować swymi legalnymi dochodami źródeł sfinansowania jej kupna. Akcja CBA została „utrącona” w ostatnim momencie – nadzorujący śledztwo przestraszyli się nazwisk...

Na mnie największe wrażenie wywarła jednak historia o nowelizacji prawa spółek handlowych napisanej pod zamówienie Ryszarda Krauzego – i jak można się domyślać – również innych oligarchów, pragnących uniknąć odpowiedzialności za wyprowadzanie pieniędzy ze swych przedsiębiorstw. Scena z noworocznego balu adwokatury na którym „środowiska biznesowe” wręczają ministrowi sprawiedliwości Krzysztofowi Kwiatkowskiemu pakiet zmian prawnych do realizacji, przebija nawet spoty PiS z kampanii w 2007 roku ze słynnym „Mordo ty moja” na czele. Dodam od razu, że w tej sprawie nie było niewinnych – wszystkie sejmowe ugrupowania w mniejszym bądź większym stopniu współtworzyły „partię Krauzego”, choć głównym rozgrywającym miał być Adam Szejnfeld z PO. W efekcie usunięto z Kodeksu Spółek Handlowych art.585, który mówił, iż kto działa na szkodę własnej spółki jest zagrożony karą pozbawienia wolności do lat pięciu. Nowelizacja weszła w życie bez vacatio legis i w takim trybie, że do ostatniej chwili nie wiedział o tym ani sąd ani prowadząca przeciw Krauzemu sprawę prokuratura. Na tydzień przed rozprawą... Tak się to robi, Panie i Panowie.

Wiele miejsca poświęcono również kwestii lustracji Kościołów różnych wyznań. Od razu powiem, że żadne nie zdało egzaminu (choć jedne „nie zdały mniej” a inne „nie zdały bardziej”). Przy okazji podważona została zasadność obiegowego stwierdzenia, iż konfidentami w Kościele Katolickim było maksymalnie 10% duchowieństwa. Niestety, odsetek TeWusiów był wyższy. W tym kontekście zostało rzucone ciekawe światło na słynne ubiegłoroczne „Orędzie” polskiego Kościoła Katolickiego i rosyjskiej Cerkwi, poprzedzone etapem „dyplomacji ikonowej”. Wielce czynny był tu długoletni konfident SB, arcybiskup Sawa – zwierzchnik Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego oraz – jakże by inaczej – słynny „Orsom” i „Ritter”, czyli dobrze nam znany Tomasz Turowski...

A do tego jeszcze opisy rzeźnickich metod polowania preferowanych przez Bronisława Komorowskiego, a jeszcze „detektywistyka historyczna” dotycząca II Wojny Światowej, a jeszcze smaczki z warsztatu dziennikarstwa śledczego (choćby instruktaż jak rozpoznać i zgubić „ogon” służb), a jeszcze... Tu już zmilczę, bo i tak boję się, że zdradziłem zbyt wiele, psując w ten sposób potencjalnemu czytelnikowi przyjemność lektury.

III. Ozdrowieńczy szok

Podsumowując, ogólną wymowę książki „Zawód: dziennikarz śledczy” można scharakteryzować następująco: obraz współczesnej Polski, jaki się z niej wyłania nie będzie może jakimś szczególnym zaskoczeniem dla czytelnika – nazwijmy go umownie - „prawicowego”, obcującego od lat z pozamainstreamowymi mediami. Niemniej, nawet dla niego parę rzeczy może stanowić niespodziankę, na zasadzie, że może być „aż tak”. Natomiast dla leminga, albo po prostu dla kogoś kto na co dzień sprawami publicznymi się nie interesuje, książka ta może być ozdrowieńczym szokiem (o ile nie odepchnie jej od siebie w odruchu niezgody na zburzenie obrazu świata w którym mimo pewnych tzw „bolączek” generalnie wszystko gra). Sądzę jednak, iż w miarę rozwoju sytuacji pod rządami Dyktatury Matołów, będą rosły szeregi ludzi gotowych przyjąć do wiadomości to, o czym opowiada im Cezary Gmyz. Dlatego pozycję tę warto nie tylko przeczytać samemu, ale pożyczyć, bądź polecić jej kupno znajomym.

No i na koniec jeszcze jedno: Cezary Gmyz to ostatni, bądź jeden z ostatnich Mohikanów dziennikarstwa śledczego z prawdziwego zdarzenia. Grupa ta – i tak niezbyt liczna w III RP – wykruszała się stopniowo, bądź popadając w różne wynaturzenia, bądź odchodząc z zawodu (pamiętacie chociażby Jacka Łęskiego?). I to jest kolejny powód dla którego warto się z tą książką zapoznać, bo kto wie, kiedy następnym razem pojawi się możliwość przeczytania czegoś podobnego.

Gadający Grzyb

„Zawód: dziennikarz śledczy”; z Cezarym Gmyzem rozmawia Piotr Gociek; Wydawnictwo Fronda PL sp. z o.o.; Warszawa 2013.

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

czwartek, 2 maja 2013

Seawolf – piszący sercem

„Kat Trójmiasta” i jego podkomendni żyją i mają się dobrze, a prawy Polak umiera nie doczekawszy wymierzenia sprawiedliwości czerwonym oprawcom.

I. Błyskotliwy

Z Seawolfem nie dane było mi spotkać się osobiście. Wymieniliśmy zaledwie trochę komentarzy na blogach i kilka maili, takich „technicznych” - z moim zaproszeniem na „Niepoprawnych”, gdy objawił się na Salonie24 (pisał na Niepoprawnych od maja 2010 roku aż do końca), z zapytaniem o zgodę na nagrywanie Jego notek dla Niepoprawnego Radia PL (przez długi czas jego teksty były niemal stałym punktem naszych audycji), wreszcie – gdy na długi czas zamilkł – z zapytaniem, co się dzieje. Odpisał mi lekko „no, trochę chorowałem” i zaraz dodał, że wraca, wraca... Nie wrócił. Nawet nie domyślałem się, że może tu chodzić o śmiertelną chorobę. Przypuszczałem, że nabawił się jakiegoś tropikalnego paskudztwa w dalekich krajach i wkrótce znów będzie zapełniał bloga swymi błyskotliwymi felietonami.

W „Alfabecie blogosfery” opisałem Go tak:

S – Seawolf. Facet, który strzela tekstami z prędkością karabinu M-16, tak że „nie nadanżam” z czytaniem jego notek na antenie Niepoprawnego Radia PL. Obiekt westchnień damskiej i zazdrości męskiej części populacji blogerskiego internetu, bo każdy też by tak chciał – mieć kwadryliony odsłon, sadzić codziennie skrzące się od fajerwerków teksty, no i być prawdziwym kapitanem prawdziwego statku. To aż nieprzyzwoite, więc dam w tym miejscu upust małostkowej zawiści: phi, Siłólf, też mi coś... Co z niego za kapitan, skoro nawet nie ma szlachetnie siwiejącej brody i nie pali fajki. A ja mam szpakowatą brodę i palę fajkę - ot, co!

Jakiś czas potem Seawolf wydał własny „Alfabet”, przy którym ja, ze swoją notką mogłem się schować.

II. Bezkompromisowy

Był blogerem bezkompromisowym. Gdy tylko zauważył, że w jakimś miejscu zaczyna robić się nieciekawie, odchodził. Tak było z „Nowym Ekranem”, który to projekt witał na początku z wielką radością, wołając „Łazarzu, poczynaj!”. Tak było również z Salonem24, gdzie od pewnego momentu był zwyczajnie sekowany – i to za to, co było jego największą siłą i atutem: szczerość, dosadność połączoną z warsztatową biegłością i odwagę w piętnowaniu różnych kanalii, ze szczególnym uwzględnieniem anty-smoleńskiej „sekty Pancernej Brzozy”. Mimo, że właśnie jako bloger S24 zdobył tytuł „Blogera Roku 2010” skończyło się tak, że On odszedł, a został Jaś „Flanelka” Osiecki i inni podobni... Tym większa radość i zaszczyt dla Niepoprawnych, że do samego końca był z nami.

O „sekcie Pancernej Brzozy” i „Jasiu Flanelce” wspominam nie bez przyczyny, Seawolfowi bowiem udało się to, co może być udziałem jedynie najlepszych piór i klawiatur: wprowadził do powszechnego obiegu sformułowania obecne do dzisiaj. Prócz wymienionych były to m.in. „jątrzyciele i dzieliciele”, „seryjny samobójca”, „Pan Prezydęt oby żył wiecznie” i wiele innych.

III. Patriota

Był zdeklarowanym antykomunistą. Pisał o sobie: „Oszołom. Jaskiniowy antykomuch”. Jako dziecko widział jak pod oknami jego mieszkania niesiono na drzwiach ciało Zbyszka Godlewskiego – zamordowanego podczas Masakry na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku. Opisał to w przejmującym tekście „Bonaparte i kat trójmiasta”. Życie dodało niedawno tu gorzką puentę w postaci skandalicznego wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie uniewinniającego „krwawego Kociołka” i kwalifikującego mord z 1970 roku jako „pobicie ze skutkiem śmiertelnym”. Pobicie za pomocą czołgów i kul karabinowych... Jak to jest? „Kat Trójmiasta” i jego podkomendni żyją i mają się dobrze, a prawy Polak, szczery patriota i uczciwy człowiek umiera nie doczekawszy wymierzenia sprawiedliwości czerwonym oprawcom.

Będzie mi Go brakowało – zaangażowanego ale bez zapiekłości, ironicznego lecz bez złej woli, człowieka piszącego sercem, nieustępliwego w obliczu Zła, niepodległego duchem i nie godzącego się z losem zgotowanym Polsce przez łże-elity III RP. Za to zresztą różne salonowe mizerne ludziki szczerze Go znienawidziły, co samo w sobie jest najlepszym komplementem i docenieniem zasług. A ja chyba już nie pozbędę się tej myśli z tyłu głowy na wieść o kolejnych łajdactwach/przekrętach/blamażach prywislańskich zaprzańców: „jakby to opisał Seawolf”?

***

Tomasz Mierzwiński „Seawolf” - niepoprawny bloger, felietonista, pisarz, podróżnik, kapitan Żeglugi Wielkiej. Zmarł 01.05.2013. Miał 48 lat. Odszedł na Wieczną Wachtę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

sobota, 27 kwietnia 2013

Żelazna logika III RP

Skazanie Sawickiej z punktu widzenia Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP stanowiłoby wysoce niebezpieczny precedens.

Kompletnie nie rozumiem oburzenia części blogerów i komentatorów z powodu uniewinnienia Beaty Sawickiej przez sąd apelacyjny. Wyrok ten przecież znakomicie wpisuje się w logikę III RP. Z punktu widzenia tejże logiki to raczej wyrok sądu pierwszej instancji skazujący panią Sawicką na 3 lata odsiadki był jakimś niezrozumiałym, bulwersującym i - powiedzmy sobie szczerze - nieodpowiedzialnym wyskokiem.

W związku z tym mam pewną teorię. Otóż sąd pierwszej instancji rozpatrując sprawę najwyraźniej był jeszcze nie rozgrzany. Ot, coś chwilowo zacięło się w trybikach systemu i stąd kuriozalny wyrok. Natomiast sąd apelacyjny, gdy trafiła już do niego sprawa, został rozgrzany w stopniu wystarczającym - również od strony doboru składu orzekającego - i wydał wyrok w poczuciu odpowiedzialności za „demokratyczne państwo prawne".

No bo, pomyślmy tylko - do czego by to doszło, gdyby eks-posłankę PO skazano prawomocnym wyrokiem za łapownictwo? Takie orzeczenie z punktu widzenia Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP stanowiłoby wysoce niebezpieczny precedens. Dziś Sawicka, a kto wie, na kogo trafiłoby innym razem? Toteż nic dziwnego, że niezawisły sędzia Rysiński niczym ów policmajster z petersburskiej anegdoty Telimeny „powinność swej służby rozumiał" i wydał wyrok z gruntu słuszny i na czasie, po linii i na bazie.

Warto również odnotować wskazanie nieubłaganym palcem niezawisłego wymiaru sprawiedliwości prawdziwego winnego - czyli CBA, którego „stalinowskie metody" czujnie napiętnował już sędzia Tuleya, co zapewne jest wstępem do ostatecznego rozliczenia „zbrodni IV RP". Zgodnie bowiem z żelazną logiką III RP, każdy kto śmie naruszyć fundamentalną zasadę „my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych" musi ponieść przykładne konsekwencje, by nikomu w przyszłości podobne pomysły nie wpadły już do głowy. Poza tym, skoro lemingom nie już czego „wrzucić do michy", to przynajmniej władza zafunduje im igrzyska.

No, a teraz nacieszmy się jeszcze w poczuciu dokonanej sprawiedliwości materiałem dowodowym, który w niewczesnym zamyśle „pisowskich siepaczy" miał obciążać posłankę Sawicką, a który jak sądzę, rychło stanie się koronnym dowodem przeciw CBA. Już tam niezależna prokuratura do spółki z sędziami Rysińskim, Strzelecką i Mrozik-Sztykiel o to zadbają. By żyło się lepiej! Rzecz jasna tym, którym z racji przynależności do kasty właścicieli III RP jest to pisane.

 

 

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

czwartek, 25 kwietnia 2013

Czarne oceany prof. Hartmana

„Bioetyka” - przynajmniej w laickim wydaniu – zajmuje się obecnie wynajdywaniem moralnego uzasadnienia dla kolejnych szaleństw cywilizacji śmierci.

I. Certyfikat trzeźwości

Profesor Jan Hartman, który od czasu gdy został wiceprzewodniczącym loży B'nai B'rith jakoś tak dziwnie zhardział i co rusz poucza ciemnych autochtonów w kwestiach etyki, wziął się ostatnio za wystawianie certyfikatu trzeźwości Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. Było to, jak pamiętamy, podczas imprezy inicjatywy Europa Plus, która miała być wesołym lewicowym spędem, a za sprawą ostrego nawrotu choroby filipińskiej eks-prezydenta skończyło się czymś w rodzaju „Kac Wawa”. I tu pan profesor poczuł się w obowiązku ratować sytuację poprzez wystosowanie publicznego zapewnienia, że przez dwie godziny siedział z Aleksandrem Kwaśniewskim „twarzą w twarz” przy „wodzie mineralnej” i ten miał być „trzeźwy jak dziecko” - co stoi w jaskrawej sprzeczności z tym co wszyscy widzieli w trakcie konferencji prasowej.

Przyznam się, że w pierwszej chwili naszło mnie brzydkie podejrzenie, że szacowny pan filozof specjalizujący się w zagadnieniach bioetycznych zwyczajnie kłamie w żywe oczy. Może zresztą został oddelegowany, żeby pilnować Kwaśniewskiego by ten się nie nawalił i nie narobił poruty, a teraz stara się wyłgać z niewykonanego zadania, jednak po namyśle dochodzę do wniosku, że między jego słowami, a stanem byłego prezydenta nie musi być sprzeczności. Wyobraźcie sobie bowiem, że spędzacie bite dwie godziny sam na sam z profesorem Hartmanem. Któż po takim doświadczeniu nie pognałby natychmiast na kilka głębszych?

II. Czarne oceany

Zapytacie może, dlaczego Kwaśniewski po tete-a-tete z Janem Hartmanem musiał, ale to zwyczajnie musiał się zalać i po co ja w ogóle wyciągam tę dość już przebrzmiałą historię? Ano dlatego, że praźródło całej kompromitacji znajduje się w poglądach głoszonych przez pana profesora, które z biegiem czasu formułowane są coraz śmielej i bardziej dosadnie, zaś dzięki temu iż pan ten robi od pewnego czasu za dyżurnego „autoryteta” od bioetyki, jego poglądy zakorzeniają się w debacie publicznej.

Najpierw jednak mała dygresja. Otóż genetyczne manipulacje, eugenika, kontrola urodzeń na masową skalę i związane z tym różnorakie skutki znajdują się nie od dziś w polu zainteresowania literatury science fiction. W tym kontekście warto wspomnieć o klasycznym opowiadaniu Philipa K. Dicka „Przedludzie” gdzie opisano możliwość dokonywania aborcji do 12 roku życia, albowiem Kongres w demokratycznym głosowaniu uznał, iż dopiero wtedy dusza wstępuje w ciało, co można poznać po tym, że dziecko w tym mniej więcej okresie nabywa zdolność przyswojenia algebry.

Na naszym podwórku podobną problematykę poruszył Marek S. Huberath w opowiadaniu „Kara większa”, nieco później zaś Jacek Dukaj w powieści „Czarne oceany”, przy której na chwilę się zatrzymam. W świecie Dukaja mamy do czynienia z rozdzieleniem seksu i prokreacji – dzieci klas uprzywilejowanych powstają niemal wyłącznie w wyniku sztucznego zapłodnienia, zaś ich genotyp jest „rzeźbiony” zgodnie z obstalunkiem zgłoszonym przez „rodziców” - mamy więc „fenoaryjczyków”, „fenoafrykanów”, „fenoazjatów” i tak dalej. Maluchy rozwijają się od zarodka w specjalnych inkubatorach, zaś akty płciowe między ludźmi regulowane są przez ściśle sformalizowane rytuały i przebiegają pod nadzorem rejestratorów wyspecjalizowanych kancelarii, które wszystko nagrywają dla celów dowodowych, by uniknąć pozwów o gwałt, molestowanie czy urażenie uczuć i związanych z tym rujnujących odszkodowań.

III. Prewencyjna eugenika profesora Hartmana

Pisarze S-F rzecz jasna konstruują tego typu ponure obrazy w celach ostrzegawczych – mówią nam „nie idźmy tą drogą”, bo w ostatecznym rozrachunku zafundujemy sobie piekło na Ziemi. Proszę sobie jednak wyobrazić, iż podobne wizje to dla prof. Hartmana sam miód i cymes. Oto bowiem w krążącej po sieci rozmowie z Grzegorzem Miecugowem z cyklu „Inny punkt widzenia”, pan profesor-bioetyk rozsnuwa przed nami świetlaną perspektywę prokreacji poddanej „kontroli etycznej” w ramach „eugeniki prewencyjnej”, która mocą postępowego determinizmu ma stać się powszechnym standardem.

Oddajmy głos profesorowi (cytaty podaję za redakcją Marzeny Nykiel):

„Jeśli człowiek może coś poddać regulacji i swojej władzy racjonalnej, to prędzej czy później tak się stanie. Będzie uważane za coś niemoralnego i niewłaściwego zdawać się na przypadek. W prokreacji prawdopodobnie ustali się etyczny standard, że prokreacja powinna być odpowiedzialna, a więc przebiegać pod kontrolą etyczną. (...) Nie ma żadnej oczywistości moralnej na rzecz przewagi moralnej którejkolwiek strony alternatywy: prokreacji całkowicie dowolnej, zdanej na przypadek i prokreacji ograniczonej i kierowanej. Nie ma tu żadnej oczywistej intuicji moralnej, że jedno jest lepsze od drugiego. Sądzę, że taka eugenika prewencyjna stanie się za jakiś czas standardem, a poza tym, ludzie mogąc wpływać na cechy swojego potomstwa, co najmniej na płeć, a pewnie na różne inne cechy, być może będą się na to decydować, chociaż może się to nam nie podobać.”

I dalej:

„To nam się wydaje próżne i paskudne, ale trzeba odróżnić swoje intuicje, czy jakieś odczucia, czy wrażenia od porządku przewidywania. Możemy przewidywać, że to przestanie być w wielu kręgach uważane za niewłaściwe, niestosowne, małoduszne, małostkowe i że ludzie się będą na to decydować, i że będzie przybywać ludzi udoskonalonych genetycznie. Nadal jeszcze ludzi. Może w przyszłości także istot, które będą bardziej zmanipulowane genetycznie, nie będą podpadały pod gatunek człowieka. Z tym też się musimy liczyć, w końcu gatunek ludzki istnieje niedługo”.

Proszę zwrócić uwagę, że o ile w „Czarnych oceanach” Dukaja mieliśmy jednak do czynienia z pewnym marginesem swobody, bo genotyp potomstwa „rzeźbiono” zgodnie z wytycznymi rodziców, którzy nie musieli pytać nikogo o zgodę, to u Hartmana mamy lekko tylko zawoalowaną zapowiedź czystego totalniactwa – do tego bowiem sprowadzają się zapowiedzi „kontroli etycznej” prowadzącej do „prokreacji ograniczonej i kierowanej” w ramach „prewencyjnej eugeniki”. Podobnie u Dicka, o zamordowaniu dziecka decydowali jednak rodzice, państwo zaś pełniło rolę, powiedzmy, „usługową” realizując zlecenie zabójstwa. Krótko mówiąc, wizja pana bioetyka przerasta mroczną wyobraźnię pisarzy – to ci umysł!

Nietrudno też zgadnąć, iż sam pan profesor czuje się niejako w naturalny sposób predestynowany do pełnienia roli nadrzędnej w całym tym frankensteinowskim z ducha interesie – jako ober-nadzorca i prorok wyznaczający „etyczne standardy” regulowanej prokreacji. Regulacji takowej będą przecież w praktyce strzegły jakieś omnipotentne struktury państwowe z samym panem profesorem, bądź jego intelektualnymi wychowankami na czele.

Nasuwa się przy okazji również szerszy wniosek – taki mianowicie, iż cała ta „bioetyka” - przynajmniej w laickim wydaniu – zajmuje się obecnie wyłącznie wynajdywaniem moralnego uzasadnienia dla kolejnych szaleństw cywilizacji śmierci. Tak kończy się duchowe wykorzenienie. A wydawałoby się, że z racji etniczno-kulturowych Hartman powinien mieć dobrze przyswojoną legendę o golemie wraz z nauką dotyczącą konsekwencji tego typu zabaw.

***

No i teraz powiedzcie sami – jeżeli prof. Hartman bawił Aleksandra Kwaśniewskiego przez dwie godziny tego typu prometejskimi wizjami, to czy można mieć pretensje, że ten po wszystkim musiał się napić? Nie każdy ma odporność Grzegorza Miecugowa, który wysłuchiwał profesora z kamienną twarzą. Zrozummy człowieka...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/post-natalni-przedludzie

http://niepoprawni.pl/blog/287/kill-hartman

niedziela, 21 kwietnia 2013

Strach i pogarda Zbigniewa Kowalskiego

Żarliwe, antysmoleńskie świergolenie Preisnera jest świadectwem dojmującego strachu, który go przeżera na samą myśl, ze mógłby zostać uznany za – o zgrozo – „pisowca”.

Pan Zbigniew Kowalski z Bielska-Białej postanowił złożyć antysmoleńskie wyznanie wiary, którego nie omieszkała nagłośnić niezawodna w takich razach „Wyborcza” do spółki z TokFM. Pan Kowalski, który niegdyś w ramach profilowania kariery postanowił przyjąć nazwisko „Preisner” obwieścił, iż nie zamierza być wycieraczką PiS-u, że sobie nie życzy by kojarzono go z sektą smoleńską i zamachem, a tak w ogóle, to pójdzie do sądu, bo na rocznicy pogrzebu pary prezydenckiej puszczono jakiś jego kawałek, a w każdym razie tak powiedzieli mu jego znajomi, „którzy to słyszeli na rogu Rynku i ul. Grodzkiej”.

Czy PiS puścił nagranie, czy nie – trudno orzec, bo organizatorzy zaprzeczają. Ja jednak ciekaw jestem, czy pan Zbigniew „Preisner” Kowalski rozstawiał swych współpracowników zawczasu, czy też przyszli sami z siebie, by z bezpiecznej odległości pofilować sobie na „moherów” i pozapowietrzać się we własnym, elitarnym i wielce krakówkowym gronie, że do czego to panie szanowny doszło – aby tu w Krakowie (w KRAKOWIE!) takie rzeczy...

***

Jak by to mogło wyglądać? Ano, może tak:

- Proszę spojrzeć, Smoleńskie oszołomy otwarcie gromadzą się na Rynku, panie profesorze – wstydu nie mają! - Tak, tak, panie mecenasie, kiedyś byłoby to nie do pomyślenia... Faszyzm i antysemityzm, chamstwo i drobnomieszczaństwo... Żeby jeszcze gdzieś w domu, po kryjomu, ale tak otwarcie, na polu? - Takie czasy, kiwa na to głową pan profesor, takie czasy – nie dla ludzi z naszej klasy... - A cóż to oni z głośników puszczają? Czy aby to nie kawałek naszego Zbyszka? - Jakiego Zbyszka, panie mecenasie? - Ano, tego Kowal... to jest, Preisnera, co sobie od małżonki takie światowe nazwisko obstalował? No wie pan, panie profesorze, ten militarystyczny, o zbrojeniach – o, mam - że trzeba zbroić się w milczeniu? - Czy może to być? Ja już trochę przygłuchy, ale może ma pan pod ręką jakiś dyktafonik, panie mecenasie? - A mam, od czasu gdy Adaś tego, rozumie pan, koszernego nagrywał, to się nie rozstaję, no i jest jak znalazł... - To włączaj, pan, włączaj! A potem do Zbyszka, pędzikiem!

No a potem poszło z górki. Pan Zbyszek, niegdyś z prowincjonalnej Bielsko-Białej, a obecnie z elitarnego Krakowa, otrzymał nagranie okraszone troskliwym zapytaniem, czy on aby, tego, no – nie doszlusował czasem do oszołomów od Smoleńska i w związku z tym nie został faszystą. A może do głosu doszły chamskie korzenie i trzeba będzie objąć pana kompozytora towarzyską anatemą? - Ależ skądże, panie profesorze, panie mecenasie – ukradli, zawłaszczyli i sponiewierali! Ja zawsze z wami, z nimi – nigdy, nic! - No to lećże Zbyszku do mediów, prostuj i odkręcaj – biegusiem! Bo jeszcze ktoś gotów pomyśleć, że nie jesteś człowiekiem inteligentnym i na poziomie...

***

Nie męczyłbym na tę całą żenadę klawiatury, gdyby zachowanie pana Kowalskiego vel Preisnera nie było tak arcyboleśnie typowe dla „ludzi zdolnych jedynie do naprzemiennego odczuwania strachu i pogardy” – jak charakteryzuje elity III RP (za Jerzym Dobrowolskim) Rafał Ziemkiewicz. Przy czym warto zauważyć, iż pan Kowalski osiągnął tu nowy poziom: on mianowicie odczuwa „strach i pogardę” nie „naprzemiennie” lecz jednocześnie, naraz. O głębokiej pogardzie dla pisowskiego, prowincjonalnego motłochu świadczy każde wypowiedziane przez niego słowo. (cyt. „- Oświadczam publicznie: nie jestem żadnym wyznawcą religii smoleńskiej, nic mnie z tą grupą ludzi nie łączy. Nie jestem żadnym oszołomem, który wierzy w jakiś zamach i tak dalej...” (…) „nie zamierzam być wycieraczką PiS” (…) „komitet Obrony Paranoi”)

Ale to żarliwe, antysmoleńskie świergolenie w jedynie słusznym duchu jest zarazem świadectwem dojmującego strachu, który go przeżera na samą myśl, ze mógłby zostać przez swój krakówek do owego motłochu zaliczony, że mógłby zostać uznany za – o zgrozo – pisowca. Wówczas niejako z automatu przestałby być wielkim Preisnerem z Krakowa, a stałby się na powrót prowincjonalnym, pospolitym Kowalskim z Bielska-Białej. Taki upadek!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

piątek, 19 kwietnia 2013

Organizacje pozarządowe jako agentura wpływu

Pozornie apolityczne organizacje mogą korumpować elity nominalnie suwerennego kraju, by realizować interesy swych mocodawców.

I. Pułkownik Putin... ma rację!

Od jakiegoś czasu tzw. „społeczność międzynarodowa” zapowietrza się z oburzenia na poczynania cara Władimira Władimirowicza Putina, który postanowił wziąć za twarz organizacje pozarządowe – zwłaszcza te, które finansowane są z zagranicy. „Siłowicy” robią kipisze w biurach, rekwirują twarde dyski, każą spowiadać się z dochodów i podatków – no, słowem, zgroza i rzecz nie do uwierzenia w „starych demokracjach”. Stary czekista uznał najwyraźniej, że „społeczeństwo obywatelskie” to wprawdzie wielce fajna rzecz dla międzynarodowego wizerunku i w ogóle, ale bez przesady i Rosja powinna paru pięknoduchom pokazać, że gołą d... nie nastraszą jeża, jak powiadają starzy knajacy. Ja oczywiście nie mam złudzeń, że zimnokrwisty satrapa nie robi tego w żadnym tam wzniosłym „interesie Rosji”, tylko w jak najbardziej przyziemnym interesie swoim i swojej czekistowskiej kliki, żeby mu się „raby” przypadkiem nie zbuntowały i nie urządziły jakiejś kolorowej rewolucji sponsorowanej przez nie wiadomo kogo - taki bowiem jest sens proklamowanej w Rosji „suwerennej demokracji”, która oznacza suwerenność władzy wobec społeczeństwa.

Dostało się nawet dwóm ekspozyturom „strategicznego partnera” w interesach – czyli niemieckim fundacjom: im. Konrada Adenauera (podpiętej pod CDU) oraz Fundacji im. Friedricha Eberta (której patronuje SPD). W związku z tym ponoć między Berlinem a Moskwą nastąpiła polityczna „epoka lodowcowa”, która jednakże nie przeszkadza obu stronom kręcić wspólnych biznesów. Kanclerz Angela Merkel podczas spotkania na Targach Przemysłowych w Hanowerze nie omieszkała nadmienić, iż „Niemcy opowiadają się za rozwojem (w Rosji) silnego społeczeństwa obywatelskiego z wieloma organizacjami pozarządowymi”, ale ponieważ jak wiadomo realizacja podobnych postulatów godziłaby w same podstawy „suwerennej demokracji”, to Putin odwinął się wypomnieniem, że NGO's (organizacje pozarządowe) otrzymały w ciągu ostatniego roku „28 mld rubli" (ok. 684 mln euro) z zagranicy. Tamci rzecz jasna protestują, że nieprawda i nie aż tyle, ale niewykluczone, że kremlowski kagiebista ma swoje dane o kwotach otrzymywanych przez żarliwych demokratów „pod stołem”.

Jak można się domyślać, ta masowa skala zagranicznego finansowania cokolwiek go niepokoi, w związku z czym on wolałby wiedzieć, choćby na wszelki wypadek, skąd pochodzą, jakimi kanałami i na co są przeznaczane te pieniądze. No i czy wszystkie „dotacje” są przez zachodnie jaczejki szczerze i uczciwie państwu rosyjskiemu deklarowane.

A teraz napiszę coś, co Czytelnikom znającym mój stosunek do Rosji i reżimu Putina może wydać się z lekka szokujące: otóż Putin w tym co robi ma cholernie dużo racji. Oczywiście, te szykany wobec rosyjskich NGO's uskutecznia w interesie swej dyktatury, czyli wspomnianej już „suwerennej demokracji”, ale nie zmienia to podstawowego faktu, że problem – w szerszym kontekście - jest realny.

II. NGO's, czyli „zabierz babci dowód”

Przyłóżmy bowiem sytuację do naszych uwarunkowań: u nas również działa od groma i ciut ciut pozapaństwowych instytucji krzewiących, a jakże, „społeczeństwo obywatelskie” i inne takie historie – i również w ogromnej mierze finansowane są z zagranicy.

No to usiądźmy i zastanówmy się: czy ich deklarowana działalność pokrywa się z realnymi celami, jakie chcą osiągnąć? Czy ich prominentni i potężni sponsorzy nie załatwiają w ten sposób jakichś swoich interesów? Czy, mówiąc krótko, nie mamy aby do czynienia z rozbudowanymi agenturami wpływu, finansowanymi tak przez tzw. „stare demokracje” i różne lobbies? Agenturami pozostającymi na dobrą sprawę poza kontrolą i bezkarnie korumpującymi miejscowe elity polityczne, biznesowe, naukowe i kulturalne? Jaki interes ma, dajmy na to, finansowa hiena George Soros w „rozwijaniu społeczeństwa obywatelskiego” w Polsce za pomocą Fundacji Batorego i indukowaniu Polakom do mózgownic różnych postępackich miazmatów rękoma nadwiślańskich kolaborantów? Albo dogmatu o konieczności przystąpienia do strefy euro?

Mnie osobiście, gdy usłyszałem o oburzeniu Angeli Merkel na wieść, że pułkownik Putin zrobił kuku rosyjskiej filii Fundacji Adenauera, przypomniał się pamiętny tekst Rewizora (czyli śp. Jacka Maziarskiego, dziś już chyba można to ujawnić) „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku”.

Dla tych, którzy jakimś cudem nie znają jeszcze wspomnianego artykułu, przedstawię go w telegraficznym skrócie. Otóż Autor opisał jak to Fundacja Adenauera (finansowana zresztą niemal w całości z niemieckiego budżetu) rękami swego „partnera” czyli Forum Obywatelskiego Rozwoju (m.in. Leszek Balcerowicz, Tadeusz Syryjczyk, Jan Wejchert, Władysław Bartoszewski, Andrzej Olechowski, Marek Safjan, Andrzej Zoll, Jacek Fedorowicz) rozpętała przed wyborami 2007 roku akcję „Zmień kraj. Idź na wybory”. Doproszono do tego przedsięwzięcia szereg innych organizacji zrzeszonych w ramach „koalicji 21 października.pl”, a spoty i reklamy prasowe zamieszczały bezpłatnie największe krajowe media. Cennikowy koszt – 3 mln zł.

Celem kampanii było zmobilizowanie młodych wyborców, z badań bowiem wynikało, iż są grupą najbardziej wspierającą Platformę. Przypomnę, że haniebne hasło „zabierz babci dowód” to właśnie dzieło rzeszy krajowych kolaborantów Fundacji im. Konrada Adenauera. Zamiar się powiódł. W raporcie końcowym czytamy: „3 mln wyborców, którzy zagłosowali pod wpływem kampanii, pokrywają się prawie całkowicie z wielkością grupy docelowej kampanii.” Istny majstersztyk. Umocowana w ten sposób u władzy Dyktatura Matołów z Ober-Matołem na czele rządzi nami po dziś dzień. Ze wszystkimi tego faktu konsekwencjami.

III. O polską podmiotową demokrację

Opisany powyżej przykład pokazuje z jaką łatwością pozornie apolityczne i szermujące szczytnymi hasłami organizacje mogą korumpować elity nominalnie suwerennego kraju i manipulować całymi segmentami społeczeństwa, by realizować interesy swych mocodawców. Szczególnie w Polsce - z jej długą tradycją jurgieltu, kolaboracji i zaprzaństwa – powinniśmy być wyczuleni na różne podchody zagranicznych wujków kokietujących nas brzęczącymi kusząco sakiewkami.

Swoją drogą, ciekaw jestem, czy powstają jakiekolwiek raporty zbiorcze dotyczące funkcjonowania „organizacji pozarządowych” uczestniczących w szeroko rozumianym życiu politycznym. W jaki sposób są finansowane, kto jest z nimi powiązany, jakie fundusze otrzymują z zagranicy, jakie podejmowały w ostatnim czasie inicjatywy i kto z nimi współpracował? Jeśli polskie służby specjalne powinny się czymś zajmować, to tego typu zagadnieniami w pierwszej kolejności. I publikować ogólnie dostępne raporty cyklicznie - rok do roku.

A wracając do pułkownika Putina, którego ostatnia działalność zainspirowała niniejszą notkę: ja tam oczywiście wszystkim agenturom pracującym w Rosji – tym całym „Adenauerom” i tak dalej - życzę długiej i owocnej działalności, bo im słabsza Rosja i im bardziej ciśnienie podbechtanego „społeczeństwa obywatelskiego” podminowuje tamtejszy system władzy, tym lepiej dla Polski. Ale uważam jednocześnie, że powinniśmy z tym zewnętrznie sponsorowanym i zadaniowanym tałatajstwem zrobić porządek na swoim podwórku. Po to, by stać się – tak, właśnie – prawdziwie suwerenną demokracją. Nie w znaczeniu putinowskim, lecz w naszym: własnym i podmiotowym – polskim.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

PS. Tekst Rewizora:

http://niepoprawni.pl/blog/80/jak-zmanipulowano-wybory-2007-roku

środa, 17 kwietnia 2013

Postkolonialny kulturkampf

Medialny mainstream Polski i Niemiec funkcjonuje w idealnej symbiozie – media obu krajów realizują niemiecki interes narodowy.

I. Drugie życie „Pokłosia”

Już wydawało się, że po kinowej klapie „Pokłosia” Pasikowskiego, na które to dzieło by uchronić je przed frekwencyjnym blamażem postanowiono jesienią zeszłego roku naganiać warszawską dziatwę szkolną, będziemy mogli od tego gniota odetchnąć. Jednak nie. Jakoś tak przed Wielkanocą bowiem mignęła mi w którejś z mediodajni reklama zachwalająca premierę na DVD – w formie dodatku do dwóch czasopism: plotkarskiego dwutygodnika „Gala” i miesięcznika „Focus”. Jest to o tyle niezwykłe, że do kolportażu pod postacią gazetowych dodatków przeznacza się na ogół filmy trzeciej świeżości – takie, które zarobiły już swoje w kinach i jako samodzielne wydawnictwa DVD. Najwyraźniej jednak sytuacja producenta jest na tyle rozpaczliwa, że zdecydował się sięgnąć po koło ratunkowe.

Osobną ciekawostką jest, kto te koło ratunkowe rzucił. Otóż zarówno „Gala”, jak i „Focus” należą do niemieckiego wydawnictwa Gruner+Jahr Polska, które z kolei jest częścią medialnego koncernu Bertelsmanna. Ponieważ Niemcy potrafią liczyć pieniądze, więc jakoś nie przypuszczam, by za tym gestem stała czysto biznesowa kalkulacja – no bo w końcu ilu lemingów wyceluje prawie 30 zł, na „Galę” z filmem, którego nie chcieli wcześniej oglądać w kinach? Osobiście sądzę, że w ten sposób symbolicznie wynagrodzono twórcę, który w odpowiednim momencie spełnił zapotrzebowanie niemieckiej polityki historycznej. I niech nikt mi nie mówi, że Bertelsmann to firma prywatna, tak się bowiem składa, że nawet najprywatniejsze z prywatnych niemieckich mediów by mieć prosto na dzielnicy starają się odczytywać mądrość etapu, a obecną mądrością etapu w Niemczech jest rozmywanie odpowiedzialności za holocaust i II Wojnę Światową oraz stopniowe przerzucanie w zbiorowej świadomości winy na Polskę. Pasikowski jako stary wyjadacz jest z pewnością tego świadom, nie od rzeczy byłoby również nadmienić o łatwo zauważalnej fascynacji reżysera teutońską tężyzną (zwróćmy uwagę, ilu „macho” w jego filmach nosi niemiecko brzmiące nazwiska).

II. Dzieci Szczypiorskiego

I tu docieramy do szerszego problemu, jakim jest kolaboracja naszych elit z różnymi zagranicznymi ośrodkami dyspozycyjnymi, sugerującymi w mniej lub bardziej zawoalowany sposób polskim twórcom, politykom, dziennikarzom swoją agendę i sposoby ujęcia poszczególnych tematów. Czynią to z reguły pod płaszczykiem „europejskości”, która to „europejskość”, tak się składa, każdorazowo zgodna jest z optyką niemiecką. Ludzie, którzy na to idą, stają się po prostu wyrobnikami obcego przemysłu propagandowego. Cel jest jeden: utrzymanie Polaków w poczuciu niższości i postkolonialnego zakompleksienia kulturowo-cywilizacyjnego wobec „metropolii”. O Pasikowskim była mowa wyżej, podam jeszcze dwa dość charakterystyczne przykłady.

Przykładem z branży prasowej może być postać dyżurnego dziennikarza „Wyborczej” od spraw niemieckich – Bartosza T. Wielińskiego. Niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę, ale chyba nigdy nie zetknąłem się z tekstem tego człowieka, w którym w jakiejkolwiek spornej sprawie między Polską a Niemcami wziąłby stronę Polski. Z reguły pan ten konstruuje swoje artykuły na zasadzie, że jesteśmy jak zwykle przewrażliwieni – że, dajmy na to, Jugendamty i wynaradawianie dzieci z mieszanych małżeństw to sprawa marginalna i nie ma co dramatyzować, a „polskie obozy koncentracyjne” to zaledwie edytorskie wpadki, bo przecież „każdy wie”, że chodziło jedynie o określenie geograficznej lokalizacji... – i tak dalej.

Nie inaczej było po emisji przez niemiecką telewizję publiczną ZDF serialu „Nasze matki, nasi ojcowie”. Przypomnijmy, że mamy w nim do czynienia z korelacją sentymentalnie przedstawionego „uwikłania” tzw. „zwykłych Niemców” w hitleryzm z paszkwilem na „polskich antysemitów” z AK. Wieliński staje na uszach, by zbagatelizować sprawę - że serial miałki, banalny, kiczowaty, a fragmenty o AK są jedynie skutkiem ignorancji i z pewnością nikt nie chciał zrobić nam krzywdy. A może jednak jest tak, że twórcy naczytali się promowanego przez „Wyborczą” Grossa, dowiedzieli się o filmie Pasikowskiego i uznali, że już mogą sobie na podobne wyczyny pozwolić? Warto też zapoznać się z wywiadem którego prof. Bogdan Musiał udzielił tygodnikowi „Sieci”, w którym opisał jak został przez ZDF poproszony – jeszcze przed ostatecznym montażem serialu – o historyczną konsultację. Prof Musiał usiłował sprostować co większe brednie, lecz oczywiście jego uwag nie uwzględniono, co raczej rozwiewa wszelkie wątpliwości co do intencjonalności poczynań niemieckiej telewizji. Ale tego od pana Wielińskiego już się nie dowiemy.

Czasami tego typu podejście rodzi istne kurioza. W zeszłym roku znajomy z redakcji Niepoprawnego Radia PL przesłał mi przedrukowany w „Forum” swoisty donos, jaki publicysta „Polityki” Adam Krzemiński opublikował w „Suddeutsche Zeitung”. Był to tekst zatytułowany „Gdyby Hitler nie miał wąsów” i sprowadzał się w zasadzie do steku kretyńskich oszczerstw wygłoszonych pod adresem współczesnej polskiej literatury political fiction. Autor używając określeń typu „narodowi konserwatyści z Warszawy” jedzie równo po megalomańskich, mocarstwowych, ksenofobicznych i na dodatek warsztatowo wtórnych projekcjach polskich autorów (Marcin Wolski, Marcin Ciszewski, Dariusz Spychalski), przedstawiających – o zgrozo - alternatywne historie w których Polska jest liczącym się państwem i nie dostaje od wszystkich po tyłku. Zacytuję dwie próbki stylistyki w jakiej utrzymany jest tekst Krzemińskiego: „po 1989 roku trywialna political fiction nastawiła się na bezpośrednie obsługiwanie historycznych traum czytelników, kompleksów niższości, chęci odwetu i lęków przed przyszłością"; „Fabuła tej niesmacznej bredni jest straszliwie poplątana, ale przekaz prosty: i ty możesz sobie pomarzyć, że jesteś zwycięskim mocarstwem" (to o powieści „Wallenrod” Wolskiego).

I tu zagwozdka – Krzemiński miał zamówienie na akurat taki tekst do niemieckiej prasy, czy sam z siebie chciał się popisać donosicielską gorliwością, by ostrzec Niemców jakież to demony czają się w czeluściach polskiego ideowego interioru? Jak by nie patrzeć, nie jest pierwszy – szlaki przetarł jeszcze za komuny Andrzej Szczypiorski fetowany w Niemczech za obsmarowywanie kołtuńskich i antysemickich Polaków. Zapewne – gdziekolwiek teraz jest – musi być dumny widząc swych obecnych naśladowców.

III. Postkolonialny kulturkampf

Można rzec, że medialny mainstream Polski i Niemiec funkcjonuje w idealnej symbiozie – media obu krajów realizują niemiecki interes narodowy. Trzeba tu dodać, że brzęczący jurgielt, tłumaczenia, fuchy w niemieckiej prasie, czy posady i granty z niemieckich fundacji zapewne nie są jedyną motywacją dla zaangażowania się w ten postkolonialny kulturkampf. Przypuszczam, że równorzędną rolę gra tu poczucie niższości, wobec cywilizacyjnej metropolii i przemożna chęć uchodzenia za „europejczyków” - połączone ze strachem i pogardą żywioną wobec polskiego „zaścianka”, który należy ucywilizować – nawet za cenę wyzbycia się narodowej tożsamości.

Ta podszyta służalczością wobec możnych patronów ojkofobiczna gotowość do utrzymywania ludności tubylczej w stanie mentalnego niewolnictwa jest równie groźna, co hegemonia polityczna czy gospodarcza. Sprawia bowiem, że psychicznie obezwładniony naród nie ma sił i woli by walczyć o swe interesy. W ten sposób buduje się społeczny grunt pod rekolonizację. Tworzy się atmosferę przyzwolenia na zdradę i obcą dominację na zasadzie – „skoro jesteśmy do niczego, nic nie potrafimy, to może faktycznie lepiej, gdy będą rządzić tu Niemcy – przynajmniej będzie porządek”. I nie wierzę, by robiący za liderów opinii jurgieltnicy ze świata mediów i kultury nie zdawali sobie sprawy z tych oczywistych współzależności.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

sobota, 13 kwietnia 2013

Antysmoleńskie opętanie

Potępieńcze wycia dobiegające z łamów "GW", znamionujące antysmoleński obłęd, lub zgoła opętanie, mają wspólny mianownik. Jest nim strach.

I. Wycie potępionych

Muszę przyznać, że w dni poprzedzające rocznicę Tragedii powodowany jakąś zwyrodniałą ciekawością śledziłem dość pilnie internetowe strony „Wyborczej”, ze szczególnym uwzględnieniem tekstów „smoleńskich”. I szczerze mówiąc, aż takiego natężenia skrajnych emocji i nienawistnej miotaniny antysmoleńskiej sekty z ulicy Czerskiej jednak się nie spodziewałem. Momentami przypominało to wręcz chóralne wycie potępieńców strąconych w najgłębsze otchłanie piekieł. Jednym słowem, ci wszyscy ludzie – Kublik, Wroński, Maziarski, Kurski i cała reszta agorowej menażerii, sprawiali wrażenie opętanych. Innego wytłumaczenia dla tego co wypisywali zwyczajnie nie widzę. To jest proszę Państwa opętanie w stanie czystym, co w sumie nie powinno dziwić, gdyż jeśli ktoś zaprzedaje się bez reszty w służbie złu, to prędzej czy później musi mieć to swoje konsekwencje.

Co ciekawe, kiedy dwa lata temu, przy okazji pierwszej rocznicy Smoleńska diagnozowałem „Strach rocznicowy” (również na podstawie okolicznościowej lektury gazetowyborczych tekstów), owo sekciarskie znerwicowanie miało znacznie łagodniejszy charakter. Dawało się wręcz odczuć nastawienie typu: prawda, są oszołomskie siły na które należy zwracać baczną uwagę i dawać w porę odpór, ale generalnie sytuacja jest pod kontrolą, i pozostało już tylko pracować nad ustawiczną delegitymizacją pamięci a wszystko dobrze się skończy. Przed rokiem byłem wręcz gotów skonstatować ze smutkiem, że ta operacja na żywej tkance świadomości narodu się powiodła i będziemy mieli jeszcze bardzo długo „Smoleńskie status quo” w moskiewskim cieniu: z 25% mniejszością „niezłomnych”, osamotnionych w swym bezsilnym wołaniu o prawdę – i całą resztą wykorzenionych konformistów ze skrupulatnie zabetonowanymi sumieniami, nie przyjmujących do wiadomości istnienia „obowiązków polskich”, nie wspominając już o jakiejkolwiek próbie ich podjęcia.

II. Wybudzanie z letargu

I oto jednak okazuje się, że niezłomny upór w demaskowaniu smoleńskiego kłamstwa popłacił, że odsetek osób odrzucających reżimową narrację powoli, lecz konsekwentnie się powiększa. Może nie wszyscy z „nawróconych” wierzą w zamach, zresztą nie o to chodzi, by z miejsca przyjęli tezy zespołu Antoniego Macierewicza czy „Gazety Polskiej”, jednak łączy ich wzrastający krytycyzm wobec oficjalnych „ustaleń” wyłożonych w raportach MAK i tzw. „komisji Millera”. Widzą luki, niedoróbki, drastyczne zaniechania, nieprzeprowadzenie elementarnych ekspertyz i badań, wreszcie – unikanie jakiejkolwiek konfrontacji i żenujące krętactwa, których symbolem była konferencja prokuratury w sprawie trotylu na wraku tupolewa skorelowana z propagandowym wzmożeniem reżimowych mediodajni usiłujących ludziom wmówić, że specjalistyczny sprzęt nie jest w stanie odróżnić materiałów wybuchowych od pasty do butów, czy namiotu z PCV. O niesławnym „metr w głąb” i skandalach z zamianą ciał ofiar już nie wspominając.

Tego powolnego wprawdzie i postępującego dość opornie, ale jednak skutecznego wybudzania opinii publicznej ze smoleńskiego letargu nie byłoby bez kilku współgrających ze sobą elementów. Po pierwsze, bez Zespołu Parlamentarnego pod kierownictwem Antoniego Macierewicza – tu szczególną rolę odegrały konferencje z udziałem naukowców polskich i zagranicznych, których nie da się „unieważnić”, bo stoi za nimi konkretny dorobek i renoma uczelni na których pracują. Po drugie, na skutek pacyfikacji „Rzeczpospolitej” oraz „Uważam Rze” przez nasłanego do Presspubliki reżimowego „słupa”, wypączkowały dwa tygodniki o ponad stutysięcznym nakładzie - „wSieci” oraz „Do Rzeczy” - skutecznie przełamujące monopol opcji prorządowej na rynku prasy i częściowo niewelujące przekaz elektronicznych mediodajni. Hajdarowicz chyba w najczarniejszych snach nie przypuszczał jak niedźwiedzią przysługę odda władzy jego aktywność. Po trzecie, tradycyjne opozycyjne media – grupa „Gazety Polskiej” oraz media toruńskie wraz ze swym społecznym zapleczem (Kluby „GP”, Rodziny Radia Maryja) z żelaznym uporem kontynuowały swą linię porzucając na szczęście propagowanie nieweryfikowalnych hipotez. No i po czwarte wreszcie – Drugi Obieg 2.0, czyli internet i różne oddolne społeczne inicjatywy funkcjonujące na zasadzie roju – pozwalające ominąć opiniotwórczy monopol Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP.

III. Film Gargas w TVP - tu was boli!

Wszystko, co wymieniłem powyżej wzięte razem do kupy stworzyło wartość dodaną. Ciśnienie okazało się na tyle mocne, że koniec końców nawet prezes rządowej TVP Juliusz Braun uznał za stosowne ugiąć się i wyemitować „Anatomię upadku” Anity Gargas, za co zebrał regularny ochrzan (pod pozorem wywiadu) od Agnieszki Kublik, pełniącej w medialnym światku III RP rolę swoistego supervisora od kadr i czystości linii programowej, wzmocniony jeszcze paranoidalną reakcją Janiny Paradowskiej.

I chyba właśnie ta decyzja władz TVP zabolała agorową sektę najmocniej i sprawiła, że antysmoleńska wścieklizna rozlała się na łamach „GW” bez żadnych ograniczeń, czego przykładem był choćby „smoleński dodatek” operujący retoryką rodem z „Żołnierza Wolności”. Tak po ludzku, to nawet ich rozumiem. Wiedzą, że bronią złej sprawy - z czystej, obsesyjnej nienawiści do „Kaczora” i tubylczego motłochu do którego czują wyłącznie podszytą strachem odrazę. Ta świadomość kłamstwa i współanimowania gigantycznej manipulacji na de facto rosyjskich warunkach sprawia, iż w okolicach rocznicy niejako sami z siebie popadają w najdziwniejsze stany świadomości, które byle odstępstwo od przewidzianego biegu rzeczy może przerodzić w nieopanowaną histerię. Co innego Pospieszalski w późnowieczornym paśmie TVP Info, a co innego produkcja Gargas i „Gazety Polskiej” we flagowej „Jedynce”. I jeszcze te dane o oglądalności – ponad 3 mln widzów...

IV. Lot kamikaze

Te potępieńcze wycia, znamionujące jakiś sekciarski, antysmoleński obłęd, lub - jak napisałem na wstępie – zgoła opętanie, mają wspólny mianownik. Jest nim strach. W swym zacietrzewieniu i matactwach zabrnęli tak daleko, że gdzieś po drodze sprawa utrzymania smoleńskiego kłamstwa stała się dla nich kwestią życia i śmierci. Stąd nawoływania, żeby rząd dał wreszcie odpór, żeby poszczuł „eksperta” Laska z przybocznymi, żeby nie oddawać pola... Stąd piana ściekająca na klawiatury redakcyjnych komputerów. Kres ich narracji oznacza bowiem, że do szerokiej publiczności dotrą wszystkie łajdactwa jakich w smoleńskiej sprawie dopuszczali się od kwietnia 2010 roku. A wtedy znikną. Po prostu ich nie będzie. Spakują manatki, bowiem taka kompromitacja będzie – poza wszystkim innym – biznesowym gwoździem do trumny i tak coraz cieniej przędącej „Agory”.

Najlepsze zaś jest to, iż działając niczym spanikowani obsesjonaci, popełniają na naszych oczach wizerunkowe seppuku. Okołorocznicowa furiacka miotanina jako żywo bowiem przypomina medialne wyczyny Michnika z okresu „rywingate” – akurat wtedy gdy szefostwo „Agory” prowadziło kampanię reklamową „nam nie jest wszystko jedno” mającą przywrócić „Wyborczej” nadszarpniętą reputację. Dla medium, które zbudowało swą markę jako pismo ludzi rozważnych, umiarkowanych i generalnie „na pewnym poziomie” jest to istny lot kamikaze. Nie powiem, żeby było mi szczególnie przykro.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Gazprom z Gazpromem, czyli memorandum

Skoro o inwestycji na terenie Polski porozumiewa się Gazprom z Gazpromem, to powiedzcie sami – po co tu jeszcze jakiś rząd?

I. Fasada państwowości

Jeśli ktokolwiek miał wątpliwości, że cała ta Dyktatura Matołów z Ober-Matołem na czele to tylko banda żałosnych figurantów, a realne decyzje podejmowane są gdzie indziej i przez kogo innego, to po awanturze z memorandum dotyczącym budowy gazociągu Jamał II (Petersburg, czwartek, 04.04.2013) musiał wyzbyć się ostatnich złudzeń. Niby w zasadzie człowiek wie, że cała ta III RP to fasada i pic na wodę, ale zawsze pożytecznie jest dla zachowania trzeźwej oceny sytuacji przekonać się o tym w tak dobitny sposób. Podpisanie memorandum przez przedstawiciela EuRoPol Gazu poza wiedzą ministra skarbu i premiera pokazuje bowiem, że państwa rozumianego jako pewien system współdziałających struktur zwyczajnie nie ma. Nie ma i już. Jest tylko luźny konglomerat różnych klik, reprezentujących partykularne interesy swych krajowych i zagranicznych mocodawców, a każda z tychże klik ciągnie w swoją stronę bez oglądania się na ekipę piłkarzyków.

Zresztą, wieść gminna niesie, iż Ober-Matoł notorycznie ucieka od wieści mogących zaburzyć mu dobre samopoczucie, nie czyta raportów wywiadu i innych tego typu papierzysk, zatem okoliczności podpisania memorandum są logiczną konsekwencją tej formuły sprawowania nie-rządów. No bo, zastanówmy się: po co premierowi Tuskowi wiedzieć takie rzeczy – czy będzie budowany u nas jakiś gazociąg, czy też nie? Jeszcze by się zestresował i nie strzelił karnego. Wystarczy, że wiedzą o tym ci, którzy wiedzieć powinni. Wie o tym prezydent Putin i szef Gazpromu, pan Aleksiej Miller, któremu Putin nakazał przed szczytem państw bałtyckich w Petersburgu powrócić do koncepcji Jamału II. Ze strony - nazwijmy to umownie - „polskiej”, wiedzieli zaś o tym ci, z którymi Gazprom prowadził jeszcze przed petersburskim szczytem rozmowy na poziomie korporacyjnym, czego nie omieszkał podkreślić Aleksiej Miller, by nikt nie miał złudzeń co do faktycznej hierarchii decydującej o tego typu sprawach.

II. Hierarchie nominalne i faktyczne

Spróbujmy tę hierarchię zrekonstruować. Najpierw prezydent Rosji podejmuje strategiczną decyzję, którą przedstawia do wykonania któremuś ze swych podwładnych (w tym przypadku - szefowi Gazpromu), następnie zaś uruchamiane są odpowiednie aktywa ludzkie w krajach satelickich (tym razem - w Polsce), którym komunikuje się (etap „korporacyjnych konsultacji”) co i kiedy zostanie podpisane, by otworzyć następny etap wdrażania inwestycji.

Jak widzimy z powyższego, angażowanie w proces decyzyjny takich marionetek, jak premier rządu RP, a tym bardziej jakiś tam minister skarbu, jest zbędną mitręgą i poważne przedsięwzięcia obliczone na dziesięciolecia mogą się bez nich doskonale obejść. Jeśli przypomnimy sobie, że EuRoPol Gaz ma strukturę własnościową w której PGNiG oraz Gazprom mają po 48% udziałów, a pozostałe 4% należą do Gas-Tradingu, który zawsze będzie trzymał ze stroną silniejszą w tym polityczno-biznesowym mariażu, to łańcuszek podwładności rysuje się nam jak na dłoni i nie ma co wierzgać przeciw ościeniowi.

To znaczy, tak dla publiki można zawsze ogłosić, że „ja nic nie wiem”, a poza tym „strategicznie rzecz biorąc nie chcemy zwiększać puli gazu rosyjskiego”, ale takie rzeczy pan premier może sobie ogłaszać o dowolnej porze dnia i nocy – no bo co to komu szkodzi? Poważni ludzie w poważnych gabinetach swoje już ustalili. Można również twierdzić, że owo memorandum nie ma żadnej mocy wiążącej – ot, taka deklaracja „wzajemnego zrozumienia” - i można wierzyć, że Putin oraz Aleksiej Miller nie mają do roboty nic lepszego, niż osobiście angażować się w błahe gry i zabawy.

III. Jak Gazprom z Gazpromem

Groteskowo na tym tle prezentuje się aktywność wicepremiera i ministra gospodarki Janusza Piechocińskiego, szefa PSL-u – chyba najbardziej prorosyjskiej partii. Zawdzięczamy jej w znacznej mierze ostatnią „renegocjację” umowy gazowej, przedłużającej nasze uzależnienie od rosyjskiego surowca, który dzięki Waldemarowi Pawlakowi będziemy jeszcze przez długie lata kupować najdrożej w Europie. Muszę przyznać, że to, co opisała na swoich stronach „Rzeczpospolita” - jak to wicepremier biegał po petersburskich korytarzach próbując wydębić jakiekolwiek informacje o planowanym gazociągu, jest modelowym wręcz pokazem niemocy (cyt. „Również wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński, który prowadził rozmowy z Rosjanami w Sankt Petersburgu, nie pozyskał zbyt wielu szczegółów o Jamale II”). Wprawdzie pan Piechociński odgraża się, że będzie dążył do odtajnienia „instrukcji negocjacyjnych” jakich mu udzielono, z których ma wynikać, cytuję „z jaką determinacją rząd Donalda Tuska i Janusza Piechocińskiego kładzie nacisk na kwestię bezpieczeństwa, suwerenności energetycznej, na realizację bardzo ambitnych planów wzmocnienia naszego potencjału i poszerzenia krajowego wydobycia energii", niemniej będzie stanowiło to jedynie bolesne potwierdzenie zarysowanej powyżej prawdziwej hierarchii, dla której poczynań akceptacja bądź sprzeciw tzw. „czynnika rządowego” są doskonale obojętne.

Symboliczne, że przewodniczącym Rady Nadzorczej EuRoPol Gazu jest Alexander Miedwiediew oddelegowany na to stanowisko przez Rosję (równocześnie pozostaje wiceprezesem Gazpromu). Co prawda w imieniu „strony polskiej” memorandum „o wzajemnym zrozumieniu” podpisał prezes zarządu Mirosław Dobrut, żeby było ładniej i bez nadmiernej ostentacji, niemniej nie sposób nie zauważyć, że robił on jedynie za okolicznościowego figuranta struktury decyzyjnej, której członem wykonawczym jest rosyjska delegatura Gazpromu ulokowana w EuRoPol Gazie. No więc, skoro o inwestycji na terenie Polski porozumiewa się Gazprom z Gazpromem, to powiedzcie sami – po co tu jeszcze jakiś rząd?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Witam ponownie Czytelników po dłuższej absencji spowodowanej tzw. złośliwością przedmiotów martwych. Spaliła mi się płyta główna w komputerze i trochę trwało nim nabyłem nowy sprzęt. Niemniej, wracam do obiegu i regularnego blogowania. Od najbliższego czwartku będzie też można mnie z powrotem usłyszeć w audycjach Niepoprawnego Radia PL.