wtorek, 13 października 2015

Kopacz pod sąd!

Minister Piotrowska i jej zwierzchniczka, premier Ewa Kopacz, dopuściły się zdrady stanu, godząc we wszechstronne interesy Polski.

Postępowanie przedstawicieli polskiego państwa – minister Teresy Piotrowskiej oraz premier Ewy Kopacz w kwestii przyjęcia nielegalnych imigrantów zwanych dla niepoznaki „uchodźcami” spełnia wszelkie kryteria zdrady – zarówno w sensie potocznym, jak i prawnym tego pojęcia. Jest to, dodajmy, zdrada wielopoziomowa. Otóż, po pierwsze - zdradziliśmy sojuszników z Grupy Wyszehradzkiej. Piszę „my”, bo reakcje chociażby czeskich polityków i mediów nie pozostawiają wątpliwości, że naszą zgodę na brukselskie „kwoty” i wyłamanie się ze wspólnego stanowiska Grupy uznano za wiarołomstwo polskiego państwa jako takiego, a nie konkretnego rządu, czy tym bardziej poszczególnych polityków. Włos na czworo możemy sobie dzielić na użytek wewnętrznych sporów, za granicą nikt w takie szczegóły nie wnika. Skoro polski legalny rząd zajął takie a nie inne stanowisko, to znaczy, że to Polska jako państwo, zmieniając w ostatniej chwili front, sprzeniewierzyła się wspólnym ustaleniom, koniec kropka. Mamy zatem tu do czynienia ze zdradą dotyczącą polityki międzynarodowej i kolejnemu rządowi będzie bardzo trudno odbudować zaufanie regionalnych partnerów, co może się mścić w kolejnych latach, gdy zajdzie potrzeba zmontowania sojuszu mającego – jak to było w kwestii kryzysu imigracyjnego – zablokować decyzje godzące w nasze interesy.

Grupa Wyszehradzka pozostawała do tej pory albo ciałem dekoracyjnym, albo służyła wręcz jako pas transmisyjny Berlina i Brukseli, przekazujący „na dół” oczekiwania naszych europejskich „patronów”. I właśnie w momencie, gdy Wyszehrad stanął przed niepowtarzalną szansą przynajmniej częściowego wyemancypowania się spod politycznej kurateli Niemiec, dostał cios w plecy od swego kluczowego członka i potencjalnego lidera. Jest to jedno z wielu kukułczych jaj, które gabinet Ewy Kopacz pozostawia następnemu rządowi. Zabagnione relacje z teoretycznie najbliższymi nam krajami sprawią, że ciężko będzie mówić o regionalnym przywództwie Polski – można się domyślać, jak na tego typu uroszczenia zareaguje Budapeszt, Praga i Bratysława, skoro w decydującej chwili wykazaliśmy się skrajną nielojalnością.

Zostawiamy naszą część Europy w słusznym przeświadczeniu, że pilot do polskiej polityki znajduje się w rękach Angeli Merkel. Działa to następująco - „cesarzowa ojropy” komunikuje swe zapotrzebowanie ulokowanemu w Brukseli Tuskowi, ten z kolei przekazuje wolę naszego hegemona namaszczonej przez siebie polskiej premier, a ta odpowiednio zawiaduje swymi podwładnymi. Ten łańcuszek zależności dał znać o sobie w momencie, gdy „prezydent Europy” zastosował prawny kruczek, dzięki któremu wiążące ustalenia zapadły nie na brukselskim szczycie przywódców państw Unii, lecz na dzień wcześniejszym spotkaniu ministrów spraw wewnętrznych, tak by nie było możliwości skorzystania z prawa veta. Od tej pory jasne było, że Polska zgodzi się na wszystko, argumentując że „i tak by nas przegłosowali”, a Ewa Kopacz w ramach Grupy Wyszehradzkiej uprawiała jedynie chwilową grę pozorów. Słynny telefon minister Piotrowskiej do Warszawy pokazuje, że przybyła ona na spotkanie jako bierna plenipotentka wyczekująca tylko na komunikat: „podpisuj!”.

Ale zdrada wspólnych interesów regionu to jedno. Drugim poziomem było wystąpienie przeciw interesom Polski, naszej racji stanu i podmiotowości w ramach europejskich struktur. Dopuściliśmy do niebezpiecznego precedensu pozwalając, by zewnętrzne ośrodki (formalnie Bruksela, w praktyce – Berlin), narzuciły nam swą polityczną wolę. Uginając się przed szantażem wymuszającym na nas „europejską solidarność” otworzyliśmy wrota dla następnych podobnych działań, ilekroć Niemcy uznają je za pożądane ze swojego punktu widzenia – i nie miejmy złudzeń, zostanie to skwapliwie wykorzystane przeciw nam.

Trzecia warstwa wreszcie, to sprowadzenie bezpośredniego zagrożenia wewnętrznego na Polskę i Polaków w postaci potencjalnych ataków terrorystycznych. Nie jest tajemnicą, że islamiści prowadzą wśród imigrantów intensywną akcję werbunkową. Pół biedy, jeśli wyjadą od nas mordować ludzi na Bliskim Wschodzie, ale równie dobrze mogą spróbować swych sił na naszym terenie. Dodatkowo nałożyliśmy na siebie obowiązek przetrzymania „uchodźców” w granicach Polski, mimo iż większość z nich chce pozostać w Niemczech i generalnie – tam, gdzie jest bogatszy „socjal”. Powstrzymamy ich siłą? Już teraz w Niemczech dochodzi do zamieszek, są ranni, i tylko patrzeć, jak z podobnymi scenami spotkamy się i u nas.

Reasumując, minister Piotrowska i jej zwierzchniczka, premier Ewa Kopacz, dopuściły się zdrady stanu, godząc we wszechstronne interesy Polski. Przypominam tu art. 129 KK dotyczący zdrady dyplomatycznej: „Kto, będąc upoważniony do występowania w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej w stosunkach z rządem obcego państwa lub zagraniczną organizacją, działa na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10”. A więc – Ewa Kopacz pod sąd!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2545-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 40 (02-08.10.2015)

Opuścić Eurokołchoz!

Eurokołchoz niech się dławi własnym tłuszczem i gnije rozdrapywany przez hordy muzułmańskich najeźdźców. BEZ NAS.

I. Grupa, której nie było

Twór międzynarodowy o nazwie Grupa Wyszehradzka został zaprojektowany jako byt wirtualny - stworzony do robienia dobrego wrażenia na użytek maluczkich, wspólnych fotografii – lecz, nie daj Boże, do ustalania jakichś regionalnych strategii. Do czego służą takie wirtualne byty? Otóż, są one kanałami transmisyjnymi. Geopolityczne „byty wyższe” za pomocą różnych „grup wyszehradzkich” komunikują się z bytami niższymi i zgłaszają im swe zapotrzebowania. A to na wykup zasobów interioru, to znów na siłę roboczą... oraz podbechtują aspiracje. Aspiracji nie należy lekceważyć - to dzięki nim klasa polityczna była tak zdeterminowana, by dołączyć do „lepszego świata”, w czym miała poparcie społecznej, również aspirującej, większości. Przypomnijmy sobie chociażby tęskne westchnienia zarejestrowane u „Sowy i Przyjaciół”, by trafić do Brukseli i zostać wreszcie „dużym misiem” oraz zostawić za sobą „ten cały syf” i „folklor”. Społeczna większość została oszukana, klasa polityczna się wyżywiła... ale to temat na osobną pogadankę. W każdym razie, bodaj jedynym konkretem, jaki urodził się w wyniku funkcjonowania Grupy Wyszehradzkiej było zawarte w 1992 roku Środkowoeuropejskie Porozumienie o Wolnym Handlu (CEFTA). Aspiracja została zinstytucjonalizowana na poziomie międzypaństwowym, jako wstępny krok do Unii, oraz poręczne narzędzie samodysplinowania się. Tak, niewątpliwie w mechanizmie integracyjnym, konstruowanym ponad naszymi głowami, Grupa Wyszehradzka bywała przydatnym instrumentem.

Po wejściu do struktur euroatlantyckich aspiracyjne spoiwo przestało istnieć i każdy skupił się na zabieganiu w brukselskich korytarzach o własne, partykularne interesy. Zresztą, Polska, Czechy, Słowacja oraz Węgry i tak często radykalnie różniły się między sobą w politycznych kierunkach, choćby wobec Rosji, choć wszystkie pospołu były intensywnie kolonizowane politycznie i gospodarczo zarówno ze wschodu jak i z zachodu, co Węgry omal nie doprowadziło do bankructwa. Z biegiem lat okazało się, że wszystkie państwa Grupy zaczynają jakoś tak coraz ciaśniej orbitować wokół już nawet nie tyle Brukseli, co Berlina. O czym więc miano dyskutować, a zwłaszcza – decydować, skoro wskutek „integracji” pogłębiającej się nieuchronnie niczym dół cmentarny i wzrastających wpływów Niemiec wracających w nowych warunkach do projektu Mitteleuropy, zostawiono w naszej gestii co najwyżej jakieś trzeciorzędne sprawy?

Swoją rolę odegrały tu również kolonialne, lokalne elity poszczególnych państw, nie zainteresowane zdefiniowaniem wspólnego obszaru interesów, których warto by bronić pod szyldem Grupy. Nawet w kwestii Traktatu Lizbońskiego dogadywali się między sobą co najwyżej Lech Kaczyński z Vaclavem Klausem, przy bierności Słowacji i Węgier, za to pod potężnym polityczno-medialnym ostrzałem zarówno zewnętrznym, jak i wewnętrznym. Nie byliśmy w stanie namówić partnerów z pozostałych stolic do aktywnego lobbowania na rzecz Ukrainy czy Gruzji i redukowania wpływów rosyjskich, co wiązało się z wejściem na kurs kolizyjny z Kremlem trzymającym rękę na gazowym kurku. Być może traktowano to jako awanturniczą dywersję inspirowaną przez Stany Zjednoczone (pamiętajmy, że w naszej sympatii do USA byliśmy wyjątkiem). Nieobecność przedstawicieli Czech, Słowacji i Węgier w Tbilisi w 2008 była wymowna. My z kolei zbyliśmy milczeniem propozycję regionalnego sojuszu złożoną jesienią 2010 roku w Warszawie przez Viktora Orbana podczas jego pierwszej zagranicznej podróży – rząd Tuska od lat był już wtedy na niemieckim kursie, uzupełnionym przez dopiero co wybranego Komorowskiego o gwarancję respektowania interesów rosyjskich i nie w głowie były mu jakieś tam Węgry... i tak to się turlało.

II. Aborcja sojuszu

Grupa Wyszehradzka była więc forum dekoracyjnym, pozbawionym jakiejkolwiek mocy sprawczej i co najważniejsze – woli, by wypełnić je jakąkolwiek realną treścią. Aż nagle wybuchł kryzys imigracyjny w trakcie którego Berlin zerwał z ostatnimi pozorami i pokazał jasno kto w tej całej Unii rządzi, kogo i kiedy obowiązują traktaty; instytucje unijne ostentacyjnie wręcz ujawniły się jako polityczne narzędzie Niemiec służące tresowaniu Europy w ramach „solidarności”, pojawiły się – niespotykane dotąd - groźby użycia siły, obcięcia funduszy strukturalnych itd. I wtedy stał się cud – Grupa Wyszehradzka zmartwychwstała i przemówiła jednym głosem. Głosem tym przemawiała również Ewa Kopacz, bo inaczej w danym momencie nie wypadało, wyczekując jednocześnie na wytyczne z brukselskiej kwatery Tuska. A potem, gdy instrukcje już nadeszły – bez żenady zdradziła swych sojuszników.

Ewa Kopacz na rozkaz Donalda Tuska, będącego z kolei pasem transmisyjnym Angeli Merkel, złożyła Grupę Wyszehradzką do grobu, zanim ta zdążyła się tak naprawdę odrodzić. Abortowała ją po prostu. Była to zdrada w najczystszej postaci – i gdyby to była chociaż zdrada w interesie Polski, można by taki ruch zrozumieć. Polityka międzynarodowa nie zna pojęcia honoru, czy przyjaźni – to kategorie z dziedziny prywatnej, międzyludzkiej, zupełnie nieadekwatne do relacji między państwami. Kategorią adekwatną do poruszania się po arenie międzynarodowej jest pojęcie interesu. I właśnie w obliczu dyktatu Berlina w sprawie imigranckich „kwot” nasze interesy w ramach Grupy Wyszehradzkiej były zbieżne jak nigdy. Mamy więc przeniewierstwo dubeltowe – nie tylko względem koalicjantów, lecz przede wszystkim wobec polskiego interesu narodowego. A wystąpienie przeciw interesom własnego kraju kwalifikuje się jako zdradę stanu.

Ten wspólny opór przeciwko niemieckiej hegemonii do którego pretekst dał problem imigracji mógł się stać zarzewiem bardziej trwałego sojuszu. Z czterema kluczowymi krajami Europy Środkowej Niemcy nie dałyby sobie tak łatwo rady. Przy wszystkich różnicach, była szansa na wypracowanie modelu współdziałania w ramach Unii - przynajmniej w jakichś kluczowych dla wszystkich obszarach. Takim czynnikiem spajającym mogła się stać obawa przed niemiecką dominacją. Tymczasem, dzięki rejteradzie Polski, kanclerz Merkel wykorzystała swą supremację, przeforsowując bardzo niebezpieczny dla słabszych krajów precedens – obarczania ich konsekwencjami niemieckiej polityki, przy zachowaniu całkowitej swobody Berlina, czego świeży dowód otrzymaliśmy w postaci umowy na gazociąg Nord Stream 2. Jak słusznie zauważono przy tej okazji – europejska solidarność leży dziś na dnie Bałtyku. My zaś – bo w stolicach regionu zostało to odczytane nie jako posunięcie pani Ewy Kopacz, lecz jako działanie polskiego państwa – wyrzuciliśmy rodzący się sojusz do kosza. Skutki tego co zaszło będą do nas wracały w najróżniejszych sytuacjach jeszcze przez długie lata. Podkreślam – w opisie tej sytuacji nie chodzi o czcze emocje, lecz o sprzeniewierzenie się przez nominalnie polski rząd najbardziej żywotnym interesom naszego kraju.

III. Opuścić eurokołchoz!

Odbudować ledwie co zarysowującą się wspólnotę regionalną będzie, po ciosie jaki na zlecenie Niemiec zadała jej Ewa Kopacz, niezwykle trudno. Jest to jednak konieczne z podstawowego względu: będziemy musieli wkrótce opuścić Unię Europejską i dobrze byłoby, gdybyśmy uczynili to w większym gronie krajów. Realnie funkcjonująca Grupa Wyszehradzka byłaby bardzo dobrym narzędziem takiego „exitu”. Celem Polski i szerzej – naszej części Europy - w najbliższych latach powinno być opracowanie strategii wyjścia ze struktur UE i przeniesienie się do EFTA (Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu - obecnie należą do niego Norwegia, Islandia, Liechtenstein i Szwajcaria), które wraz z UE tworzy Europejski Obszar Gospodarczy. Zachowalibyśmy wówczas korzyści związane z wymianą handlową z krajami Europy, a pozbylibyśmy się biurokratyczno-politycznej „czapy” Brukseli i – zwłaszcza – Berlina. Zamiast obijać się niczym pijany między trójkątem Berlin-Moskwa-Waszyngton, winniśmy stanąć na własnych nogach i nawiązać możliwie ścisłą współpracę ze Skandynawią, która również ma powoli dosyć europejskich dobrodziejstw i hegemonii Niemiec.

Co tak naprawdę trzyma nas w UE? Poza wymianą handlową (której w ramach EOG nie stracimy) dwie sprawy: strefa Schengen i unijne fundusze. Dla tych dwóch korzyści pozwalamy się kolonizować międzynarodowym koncernom, patrzymy biernie na wyprowadzanie z Polski miliardów dolarów rocznie, prowadzimy politykę wasalną wobec Niemiec z pogwałceniem własnych interesów i wdrażamy miliardy prawnych kretynizmów produkowanych przez brukselską administrację. Lecz teraz Schengen rozpada się na naszych oczach – strefę rozwaliły Niemcy swą idiotyczną polityką (najpierw otwierając granice dla „uchodźców”, by potem na gwałtu-rety owe granice zamykać). Europejskie fundusze natomiast skończą się w 2020 wraz z wygaśnięciem obecnej perspektywy finansowej Unii. I właśnie po 2020 roku winniśmy Brukseli podziękować za współpracę. A eurokołchoz niech się dławi własnym tłuszczem i gnije rozdrapywany przez hordy muzułmańskich najeźdźców. BEZ NAS.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„EFTA – alternatywa dla Polski?”

„Projekt „Międzymorze” - strategiczny cel Polski”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2545-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 38 (30.09-06.10.2015)

Pod-Grzybki 22

Nie ma to jak wyposzczona feministka, gdy dorwie się do klawiatury. Kinga Dunin z „Krytyki Politycznej”, zwanej popularnie „Kretyniką”, zaliczyła kolejny ze swych odlotów, widząc w najeżdżających Europę muslimach „pięknych książąt Orientu”, co to jako jedyni będą potrafili uszczęśliwić polskie kobiety. Wynika z tego, że marzeniem Polek wg Dunin jest spędzenie życia z nierobem na zasiłku, rodzenie mu kolejnych dzieci i patrzenie jak z roku na rok tyje (pani Kingo, Arabowie są tacy przystojni tylko do pewnego momentu, potem zamiłowanie do tłustej baraniny i lepkich słodkości nieuchronnie robi swoje). W zasadzie, gdyby Ferdek Kiepski przeszedł na islam, spełniałby wszystkie kryteria. A jeśli pani Kinga woli młodszego „chłopczyka”, to Walduś byłby jak znalazł.

*

Pani Kinga słynie z tego, że gdy poczuje „wolę Bożą”, to robi się namolna do tego stopnia, że potrafi zgwałcić nawet tak szczerego pedała, jak pisarz Karpowicz, potwierdzając tym samym ludową mądrość mówiącą, że „w starym piecu diabeł pali”. Z orientalnymi Adonisami miała by więc jak w (se)raju. Swoją drogą, niezła paranoja: lewactwo tak nienawidzi „polskiego, katolickiego ciemnogrodu”, że gotowe jest zamienić go na cokolwiek – może być nawet taliban.

*

Byłbym zapomniał: „książęta Orientu” wedle pani Kingi są „dzielni i zaradni”. I tu się wyjątkowo zgodzę: orientalni Kiepscy niezwykle „dzielnie i zaradnie” doją socjal gdziekolwiek się znajdą. Receptura jest następująca: Arab poślubia kilka żon, zgodnie z Koranem, następnie produkuje gromadkę dzieci, szanowne małżonki oficjalnie rejestrują się jako samotne matki – i już. Rodzinka ustawiona jest do końca życia. Kończąc wątek, dedykuję pani Kindze znaną biesiadną piosenkę: „Czy chciałaby Pani Araba? / Araba, Araba ach nie / bo Arab to pedał, zaraz by mnie sprzedał...”.

*

Niech żyje europejska wolność! Oto jak donoszą mediodajnie, Polska przyjmie łącznie 6,5 tys. imigrantów, lecz - uwaga! - nie z nakazu Brukseli, ale „z własnej woli”. I któż śmie zaprzeczyć komunistycznej maksymie, że „wolność, to uświadomiona konieczność”? Szczególnie w eurokołchozie.

*

„Der Spiegel” donosi, że Miriam Shaded, szefowa fundacji „Estera”, została obwołana w internecie „piękną twarzą ksenofobii”, gdyż chce sprowadzać z Syrii chrześcijan, a nie muzułmanów. Cóż, porównując „ksenofobiczną” twarz pani Miriam i „tolerancyjną” facjatę Schulza, stwierdzam, że wybór jest oczywisty.

*

W pełni zgadzam się z opinią Marcina Hałasia z ostatniej „Polski Niepodległej” - antysystemowcy nie zdali egzaminu z politycznej dojrzałości, a kieszonkowi mężykowie stanu dowiedli, że mentalnie utkwili gdzieś na poziomie Konwentu św. Katarzyny. W warunkach obecnej ordynacji pozostaje zatem głosowanie na PiS i nadzieja, że za kilka lat kanapowi wodzowie dojdą do przytomności, zaś w tych wyborach Kukiz mimo wszystko zrobi dywersję na tyłach PO i jednak uda mu się uszczknąć te kilka procent zniechęconych do Platformy lemingów.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 38 (30.09-06.10.2015)

piątek, 9 października 2015

Kiedy nastąpi „polski exit”?

Najwyższy czas opracować strategię stopniowego wygaszania naszego członkostwa w UE – bo kiedy wskutek unijnych dobrodziejstw pójdziemy z torbami, będzie już za późno.

Pamiętamy niedawną histerię z powodu możliwości „grexitu”, czyli opuszczenia przez Grecję strefy euro? Pamiętamy. No to ja mam inną propozycję: zostawmy może chwilowo na boku Grecję z jej problemami i zastanówmy się nad opłacalnością dalszej przynależności do Unii Europejskiej... Polski. Tak się bowiem składa, że w świetle pojawiających się ostatnio danych, właśnie ta kwestia powinna stanąć na porządku dziennym. Swojego czasu postulowałem, by ktoś policzył jaki wpływ na wzrost polskiego zadłużenia ma nasze uzależnienie od unijnych funduszy – i wygląda na to, że właśnie uczynił to pan Tomasz Cukiernik, ekspert Instytutu Globalizacji, publicysta „Najwyższego Czasu” i autor książki „Dziesięć lat w Unii. Bilans członkostwa”.

Na papierze wszystko wygląda zachęcająco: w latach 2004-2013 otrzymaliśmy „na czysto” (czyli po odliczeniu składek) 61 mld euro, a w perspektywie budżetowej 2014-2020 ma to być łącznie 75 mld euro (dane Min. Finansów). Natomiast „Süddeutsche Zeitung” podał ostatnio jeszcze bardziej optymistyczne wyliczenia – otrzymać mamy 106 mld euro przy składkach własnych wynoszących ok. 16,2 mld euro, zatem bylibyśmy „do przodu” aż o niemal 90 mld. Tyle, że te liczby określają maksymalny pułap tego, co się nam należy „z rozdzielnika” - powstaje pytanie, ile z tego zdołamy „zaabsorbować”. Z kolei, ponieważ wysokość unijnej składki zależy m.in. od PKB, może się okazać, że nasze wpłaty do unijnej kasy będą realnie znacznie wyższe. Janusz Szewczak (główny ekonomista SKOK) szacuje, że zapłacimy w sumie ok. 200 mld zł (20-27 mld zł rocznie) – czyli blisko połowę maksymalnej sumy jaką będziemy mogli pozyskać z Brukseli. Zatem już na tym etapie korzyści z euro-funduszy drastycznie maleją.

Teraz sprawa unijnych funduszy jako generatora długu. Wg. zestawienia Tomasza Cukiernika, Polska w 2004 roku miała dług publiczny na poziomie 431 mld zł, co było równowartością 47 proc. PKB. W 2014 roku dług wynosił już ok. biliona zł, czyli 58 proc. PKB. Ów mechanizm zadłużeniowy w znacznej mierze napędzany jest absorpcją unijnych pieniędzy: aby sfinansować jakąś inwestycję niezbędny jest „wkład własny”, ten zaś na ogół, zgodnie z unijnymi przepisami, musi pochodzić z kredytu – zarówno jeśli chodzi o podmioty publiczne, jak i prywatne. Prowadzi to do narastania spirali – im więcej środków europejskich wydajemy, tym więcej musimy pożyczać. Janusz Szewczak podaje, że na 350 mld zł unijnych funduszy wydanych w latach 2007-2013 musieliśmy dołożyć blisko 250 mld. z pożyczonego „wkładu własnego”. W efekcie np. zadłużenie samorządów na koniec 2014 roku wynosiło 72,1 mld zł, co oznacza, że w ciągu 10 lat wzrosło o 290 proc! Obecnie nawet 300 gmin w Polsce musi ratować się „chwilówkami”. Kto bierze tego rodzaju lichwiarskie pożyczki? Ci, dla których są one ostatnią deską ratunku, zatem te 300 gmin już teraz balansuje na krawędzi upadłości. Taki jest koszt rewitalizacji miejskich ryneczków, eleganckiej kosteczki, basenów, aquaparków itd. Zwróćmy też uwagę, że te inwestycje na siebie nie zarabiają i nie ma szans by zarabiały – trzeba będzie do nich dopłacać długimi latami, co oznacza kolejne koszty i długi.

Następną pozycją jest rozmnożenie urzędników dzielących fundusze. Unia zaleca, by było to nawet 2,5 urzędnika na 1 mln euro dotacji – mamy zatem skokowy rozrost biurokracji i wynikających z tego kosztów. Ponadto, doliczyć należy nakłady na przygotowywanie skomplikowanych wniosków o dotacje: do połowy 2014 roku złożono 297 tysięcy wniosków, z czego ostatecznie podpisano umowy z 99 213 beneficjentami. Oznacza to, że cała reszta wysiłku i wydatków związanych z opracowaniem niezbędnej dokumentacji poszła na marne.

No i wreszcie problem wyprowadzania z Polski kapitału – łącznie w latach 2003-2012 wytransferowano 82,393 mld USD, przy czym skokowy wzrost obserwujemy po 2007 roku, czyli od wejścia w życie perspektywy finansowej 2007-2013. Zaryzykuję hipotezę, iż owa koincydencja wynika chociażby z tego, że wiele inwestycji realizowały zagraniczne firmy, bądź wykorzystywano w nich sprzęt i materiały kupione od zagranicznych podmiotów – a jeszcze dochodzą zyski banków będące skutkiem wspomnianego wcześniej obligatoryjnego kredytowania dotowanych przedsięwzięć z „wkładu własnego”. I te korzyści są następnie transferowane do central, z czego wniosek, że znaczna część z unijnych pieniędzy jest u nas tylko „na chwilę”.

Na koniec trzeba wspomnieć o implikacjach politycznych płynących z naszego uzależnienia od euro-funduszy. Wskazał na to Jarosław Kaczyński w przemówieniu podczas sejmowej debaty o „uchodźcach” mówiąc, iż w ten sposób państwa zachodniej Europy kupują sobie możliwość politycznej i gospodarczej ingerencji w naszym kraju. Ostatni szantaż „uchodźcy, albo wstrzymanie dotacji” jest tego dobitnym przykładem. Biorąc pod uwagę powyższe, najwyższy czas opracować strategię stopniowego wygaszania naszego członkostwa – bo kiedy wskutek unijnych dobrodziejstw pójdziemy z torbami, będzie już za późno.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Dekolonizacja Polski”

„Drenaż kolonialny”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2545-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 39 (25.09-01.10.2015)

Bankructwo Angeli Merkel

Problem muzułmańskiego naporu na Europę może stać się przyczyną politycznego bankructwa Angeli Merkel.

Niedawno napisałem dla „Polski Niepodległej” tekst w którym wskazywałem, iż Niemcy używają kryzysu imigracyjnego do ugruntowania swej hegemonii w Europie – szczególnie względem krajów naszego regionu, z Polską na czele. I wszystko to jak najbardziej pozostaje w mocy, o czym najlepiej świadczy dyktat Berlina w sprawie imigranckich „kwot” - Niemcy chcą wpędzić państwa „Mitteleuropy” w kryzys wewnętrzny, tak by zajęte własnymi problemami nie były w stanie zawiązać regionalnego sojuszu i wyzwolić się spod dominacji „mutter Angeli”, jak niedawno ironicznie nazwał niemiecką kanclerzycę tygodnik „Der Spiegel”. Jednakże, sytuacja jest dynamiczna i w międzyczasie okazało się, że Niemcy, jak to się mówi, „przefajnowały”, a problem muzułmańskiego naporu na Europę może stać się przyczyną politycznego bankructwa Angeli Merkel.

Przypuszczalnie, cesarzowa „ojropy” nie zdawała sobie sprawy ze skali odzewu z jakim spotka się jej deklaracja o otwartych granicach i przyjmowaniu wszystkich przybyszów „jak leci” - bez choćby próby selekcji. Besztanie Węgier, które jako jedyne w Unii Europejskiej robiły co do nich należy usiłując uszczelnić granice, nie wytrzymuje konfrontacji z późniejszym postępowaniem Niemiec, kiedy to przerażone masowością napływu islamskich przybyszów musiały z dnia na dzień zamknąć granice – czyli w praktyce zrobić to samo, co wyklinany Wiktor Orban. Zwróćmy uwagę, że zarówno „otwarcie”, jak i „zamknięcie” się Berlina na tzw. „uchodźców” było decyzją czysto arbitralną, podjętą bez konsultacji z europejskimi partnerami, oraz – co równie istotne – z kompletnym lekceważeniem traktatów międzynarodowych, które teoretycznie powinny obowiązywać Niemcy na równi z pozostałymi krajami „wspólnoty”. Tymczasem Niemcy zachowały się niczym metropolia wobec kolonialnych prowincji, na dodatek arogancko pouczając inne państwa na okoliczność „europejskiej solidarności”, która w praktyce oznacza dostosowanie się całej reszty do bieżących potrzeb Berlina i partycypowanie w konsekwencjach niemieckiej polityki. Owo przerzucanie odpowiedzialności próbuje się dopiero teraz, post factum, ubrać w pozory legalności za pośrednictwem europejskich instytucji, co zauważa nawet przywołany wyżej „Der Spiegel” stwierdzając, że polityka Angeli Merkel skłóca Europę.

Efektem jest faktyczna dekompozycja strefy Schengen – być może nieodwracalna – którą przedstawiano nam jako jedno z największych dobrodziejstw i osiągnięć współczesnej Europy. Może to nieść dalekosiężne skutki w postaci powolnego rozkładu Unii Europejskiej jako takiej. A wszystko za sprawą Niemiec, które po raz kolejny w swej historii dostały mocarstwowej małpy, dążąc do podporządkowania sobie kontynentu – i jak zwykle nawarzone przez nich piwo będą pić wszyscy dokoła.

Ten paroksyzm imperialnej buty nie zostanie Angeli Merkel zapomniany – i to nie tylko w krajach Europy Środkowej. Międzynarodowy autorytet „matki Angeli” został już chyba trwale zachwiany. Słowacja i Czechy zdecydowanie oświadczyły, że nie podporządkują się żadnym ustaleniom narzucającym obowiązkowe przyjmowanie islamskich najeźdźców – taki bunt podrzędnych europejskich prowincji wcześniej byłby nie do pomyślenia. Inne kraje również z rosnącym przerażeniem patrzą na wlewającą się do Europy ludzką falę. Finlandia wprowadziła kontrole na granicy ze Szwecją, zapowiedziała również obniżenie zasiłków dla imigrantów, wcześniej to samo zrobiła Dania, obecnie zaś podobny ruch planują... same Niemcy.

Również na krajowym rynku pozycja Angeli Merkel, dotąd niekwestionowana, ulega stopniowej erozji. Telewizyjne obrazki z Niemcami obściskującymi przybyszów to jedno, natomiast drugie - to gwizdy podczas publicznych wystąpień kanclerz, podpalenia ośrodków dla uchodźców, czy wizerunkowe „samozaoranie” jakim było umieszczenie przybyszów w obozach koncentracyjnych w Buchenwaldzie i Dachau. Choć, kto wie – może dzięki temu świat zada sobie pytanie, jakim cudem „polskie obozy” znalazły się na terenie Niemiec...

Na dodatek, bawarski premier Horst Seehofer z sojuszniczej CSU otwarcie wystąpił przeciw polityce berlińskiej centrali, chwaląc za to postępowanie Wiktora Orbana. Sondaże wprawdzie wciąż pokazują, że większość Niemców jest za udzielaniem azylu imigrantom, jednak niemieckie media, poza rytualnym młotkowaniem państw Grupy Wyszehradzkiej coraz częściej zwracają uwagę, że należy wziąć pod uwagę również opinie niechętnej przybyszom mniejszości. Poza tym, powstaje pytanie, na ile wyniki sondaży są efektem przemocy symbolicznej wymuszającej konformizm deklarowanych postaw i typowo niemieckiego, zdyscyplinowanego podążania za polityczno-ideologicznymi wskazaniami aktualnego establishmentu. Jak by nie patrzeć – niemiecka kanclerz w swych mocarstwowych zapędach posunęła się „o jeden most za daleko”, co może przypłacić własnym upadkiem, a jej europejskie przywództwo zakończy się w zgiełku starć z islamskimi watahami i w dymie płonących schronisk.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2545-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 39 (25.09-01.10.2015)

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/niemiecki-d%C5%BCihad#.VhgaI25vA-8

Kampania w cieniu sztandaru Proroka

O ile jeszcze do niedawna można było się zastanawiać, czy PO osiągnie w przyszłym Sejmie mniejszość „blokującą”, o tyle teraz można ze spokojem stwierdzić, że jesteśmy świadkami uwertury do pogrzebu tego ugrupowania.

I. Uwertura do pogrzebu

Histeryczna reakcja Ewy Kopacz na przemówienie Jarosława Kaczyńskiego podczas sejmowej debaty o imigrantach może służyć za podręcznikowy przykład politycznej autodestrukcji. Do niedawna Platforma niszczyła wyłącznie poszczególne obszary polskiego państwa, topiąc je w bagnie korupcyjnych układów, bądź zwyczajnej nieudolności – obecnie ów gen zniszczenia obrócił się przeciw niej samej. Inna sprawa, że wystąpienie prezesa PiS było swoistym majstersztykiem – nie dość, że podkreślając zagrożenia związane z napływem muzułmańskich imigrantów utrafił idealnie w społeczne nastroje, to jeszcze spowodował „wkręcenie” Platformy w proimigracyjną narrację serwowaną nam przez reżimowe mediodajnie. Symboliczna była tu scena, gdy na skierowane do ław koalicyjnych pytanie Kaczyńskiego, czy chcą, by Polacy przestali być gospodarzami we własnym kraju, poseł PO Jerzy Fedorowicz odkrzyknął: „Tak!”. W ten oto sposób schemat radykalnego „antykaczymu”, na którym Platforma opierała latami swą propagandową narrację, obrócił się przeciw niej samej. Rekord „samozaorania” należał jednak do Ewy Kopacz, która zmuszona sytuacją sejmowej konfrontacji, chcąc nie chcąc, musiała ustawić się w kontrze do lidera opozycji, wchodząc tym samym w rolę zwolennika przyjmowania przybyszów – i to pod nieskrywanym szantażem Berlina – co, jak można się spodziewać, pogrzebało ostatecznie szanse Platformy na jakikolwiek przyzwoity wynik wyborczy. Słowem – mistrzostwo świata.

Opinia Polaków jest jednoznaczna: nie chcemy w kraju żadnych przybyszów z Bliskiego Wschodu i Afryki. Widzimy w nich potencjalne zagrożenie i czynnik destabilizujący nasze państwo. Do tego dochodzą standardy socjalne, które należy zapewnić „uchodźcom” - znacznie powyżej tego, na mogą liczyć rzesze rodaków wegetujących poniżej progu ubóstwa. Co więcej, podobne stanowisko podziela w zdecydowanej większości - i tak systematycznie topniejący - elektorat PO. Jak tak dalej pójdzie, to wkrótce zostanie z niego jedynie garstka fanatyków, którym strach przed Kaczyńskim do reszty zaburzył ogląd rzeczywistości. Być może Ewa Kopacz, która miast merytorycznej polemiki wybrała po raz kolejny wariant demonizowania lidera PiS – tym razem w wersji „jak PiS dojdzie do władzy, to wyprowadzi Polskę z Unii” - złożyła pokłon właśnie temu twardogłowemu segmentowi swych wyborców, ale jeśli faktycznie taka była jej intencja, to świadczy ona jedynie o pogłębiającej się desperacji pani premier.

Sprawa kryzysu imigracyjnego będzie wiodącym tematem kampanii wyborczej i nie uda się jej przykryć fajerwerkami w rodzaju propozycji przedstawionych na ostatniej konwencji PO – na dodatek rzuconych w formie luźnych pomysłów, które dopiero należy doprecyzować i zrobić konkretne wyliczenia, bo póki co, najtęższe ekonomiczne głowy nie są w stanie zgodzić się, ile będą kosztowały konsekwencje „rewolucji” w progach podatkowych, czy budżetowego „dopłacania” do składek ZUS i NFZ. Natomiast kwestia imigrantów jest nośna, utrafia w społeczne (zupełnie uzasadnione, dodajmy) lęki i w naturalny sposób gra na korzyść opozycji. Tak więc, o ile jeszcze do niedawna można było się zastanawiać, czy PO osiągnie w przyszłym Sejmie mniejszość „blokującą”, o tyle teraz można ze spokojem stwierdzić, że jesteśmy świadkami uwertury do pogrzebu tego ugrupowania.

II. Medialna młotkownia

Dodatkowo, rząd Ewy Kopacz pogrążają sojusznicze media, serwujące społeczeństwu w obliczu imigracyjnego najazdu propagandową kanonadę połączoną z waleniem po łbach opornych. Z prawdziwą radością stwierdzam, że nie wyciągnięto żadnych wniosków z przegranej kampanii Komorowskiego i postanowiono funkcjonować na zasadzie: więcej tego samego! Niczym Bourbonowie okresu Restauracji o których mówiono, że niczego nie zapomnieli i niczego się nie nauczyli, rządowe media postanowiły młotkować Polaków w tym samym stylu, co dotychczas – nabzdyczonych, przepojonych poczuciem wyższości pouczeń. Różnica jest jedynie taka, że podczas kampanii prezydenckiej wbijano nam do głów, że powinniśmy odczuwać dumę z 25-lecia III RP, teraz natomiast peroruje się równie mentorskim tonem, co światły Europejczyk i „człowiek na poziomie” powinien sądzić o „uchodźcach”, jeśli nie chce zostać zaszeregowany do grona ksenofobicznego, prowincjonalnego ciemnogrodu. W obu przypadkach mamy do czynienia z kompletnym rozjechaniem się przekazu z odczuciami potężnych grup społecznych, zatem i efekt siłą rzeczy będzie podobny. To wygląda wręcz na wizerunkowe samobójstwo – zupełnie, jakby medialni funkcjonariusze wraz ze swymi redakcjami postanowili wykopać sobie grób na tym samym cmentarzu, tuż obok mogiły ustępującej partii władzy.

Jeżeli podczas wspomnianej tu sejmowej debaty telewizja pokazuje jednocześnie starcia na węgierskiej granicy, żywym obrazem zaprzeczając temu, co pada z ust przedstawicieli rządu z sejmowej mównicy, to u widza może to skutkować jedynie przeświadczeniem, że „oni”, ze swoimi zapewnieniami, że nie ma się czego obawiać, kompletnie już odkleili się od rzeczywistości. Medialny mainstream nie wyciągnął również wniosków ze sprawności z jaką internet jest w stanie obnażyć kolejne wrzutki. Innymi słowy, propagandyści działają tak, jakby wciąż funkcjonowali w warunkach opiniotwórczego monopolu jedynie słusznej opcji – a to już od lat dawno i nieprawda. Dobrym przykładem jest fiasko akcji „Więcej wiedzy, mniej strachu” w którą zaangażowało się 40 redakcji. Internauci z miejsca zaczęli przypominać, co te same redakcje pisały o islamskich radykałach jeszcze nie tak dawno temu.

W momencie, gdy tuzy salonowego dziennikarstwa z Tomaszem Lisem, Jackiem Żakowskim, Piotrem Kraśką, Pawłem Wrońskim i całą resztą tej lewackiej menażerii próbują narodowi wmówić, że przygarnięcie najeźdźców szturmujących unijne granice - w większości młodych, zdrowych mężczyzn - oznacza dla nas samo dobro, „ubogacenie” i generalnie, zaistnienie „kolorowej Rzeczypospolitej”, to każdy przytomny odbiorca dojdzie do wniosku, że albo jest to bredzenie paranoików, albo, że ci ludzie zwyczajnie nienawidzą Polski i zrobią wszystko, by ją zniszczyć – wraz z naszą kulturą, tradycjami, wiarą, stylem życia. Niemal każdy ma członka rodziny, bądź kogoś ze znajomych na emigracji i w związku z tym wie z pierwszej ręki, jak owo zachwalane nam „otwarte społeczeństwo” funkcjonuje w praktyce. Jeżeli przepojeni ojkofobicznymi projekcjami medialni pałkarze wrzeszczą na nas, że musimy wykazywać się „europejską solidarnością” pod dyktando kanclerzycy Merkel, bo „Unia nam płaci” i mamy wobec Zachodu dług wdzięczności, na dodatek donosząc na Polaków do niemieckich gazet (vide - enuncjacje Grossa i Michnika w „Die Welt”) i szczując zagraniczną opinię publiczną na nasz kraj – to odpowiedzią może być jedynie odruch buntu przeciw werbalnej przemocy. Chyba od czasu żałoby po Smoleńsku i pomstowania na „duszne opary polskiego mesjanizmu” wyobcowanie z narodowej tkanki samozwańczych elit wraz z ich postępackimi mądrościami nie objawiło się z taką wyrazistością.

III. Kres politycznego Frankensteina

Platforma – i tu zgadzam się z diagnozą Rafała Ziemkiewicza – nie przetrwa w opozycji. Sitwę tę spaja jedynie możliwość kręcenia lodów, stołki, apanaże i pozostałe profity władzy. Spójrzmy na inne partie – SLD, mimo podziałów, łączy w znacznej mierze wspólnota komunistycznych biografii i związana z nią środowiskowa lojalność – przynajmniej na jakimś elementarnym poziomie. PSL jest partią branżową i tu również trudno wyobrazić sobie dezintegrację, choćby ze względu na umocowanie w licznych strukturach samorządowych. PiS, pomimo secesji „PJoNków” i ziobrystów, posiada ideowy kręgosłup, a przede wszystkim Jarosława Kaczyńskiego, dzięki któremu partia nie rozlazła się przez osiem lat opozycyjnego postu; nie wolno też zapominać o cementującym wymiarze smoleńskiej traumy. Platforma nie spełnia żadnego z powyższych warunków zachowania spoistości. Jest sztucznym tworem, politycznym Frankensteinem, powołanym do życia w znacznej mierze dzięki zaangażowaniu ludzi służb oraz ich podwykonawców (Gromosław Czempiński, Andrzej Olechowski), zwycięstwo wyborcze w 2007 i trwanie przy władzy zawdzięcza poparciu Niemiec (przypominam tekst śp. Rewizora „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku” - do „wyguglania”, naprawdę warto) – zatem procesy gnilne rozpoczną się zaraz po odłączeniu od aparatury władzy.

Możemy tylko się domyślać jak poważne uwikłania wchodzą w grę, skoro Ewa Kopacz postanowiła – wbrew stanowisku Grupy Wyszehradzkiej - przypieczętować swą klęskę zgodą na odgórne, unijne „kwoty” (w czym dopomógł jej Donald Tusk proceduralnym kruczkiem, tak by formalne zobowiązanie zostało podjęte na dzień przed szczytem Rady Europejskiej, na spotkaniu ministrów spraw wewnętrznych). Ta sprawa nie przyschnie do wyborów, a reakcją będzie potężny ładunek wściekłości, która znajdzie ujście w październiku przy urnach, kiedy całe to sprzedajne towarzystwo zostanie pognane do wszystkich diabłów.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2545-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 37 (23-29.09.2015)

Pod-Grzybki 21

Doktor Ewa postanowiła zafundować dziatwie szkolnej dietetyczny faszyzm, w wyniku którego ze sklepików szkolnych zniknęły nie tylko chipsy i cola, ale również poczciwe drożdżówki. W efekcie, na szkolnych korytarzach rozkwita czarny rynek nielegalnych produktów: przedsiębiorczy uczeń kupuje przed lekcjami np. 20 słodkich bułeczek i upłynnia je kolegom z odpowiednią przebitką. Nauczyciele, świadomi bezsensu rządowej kampanii, patrzą na ten proceder przez palce. Młodzież zaś nabywa bezcennego doświadczenia funkcjonowania w warunkach „szarej strefy” - i sądzę, że będzie ono procentować bardziej, niż wszystkie dyplomy uzyskane w toku korzystania z państwowego systemu oświaty.

*

Ale-ale! Jak uczy historia, gdzie „czarny rynek”, tam i służby proponujące pokątnym handlarzom „kryszę” w zamian za różne usługi. Nie jest wszak tajemnicą, że np. w PRL-u każdy cinkciarz miał swojego esbeka. Nie zdziwmy się zatem, jeśli wkrótce pod szkołami zaroi się od „smutnych panów”. Uprzedzam – to nie będą pedofile, tylko złaknieni wyników oficerowie wszystkich dziesięciu operujących u nas służb specjalnych, usiłujący zwerbować nową agenturę.

*

Jest jeszcze jeden smaczek – w ramach walki z „junk food” reklamy chipsów, słodkich napojów itp. miały pierwotnie zniknąć z pasm telewizyjnych adresowanych do dzieci... ale Polska Organizacja Producentów Żywności i Związek Stowarzyszeń Rady Reklamy „wylobbowały” sobie usunięcie stosownego zapisu z ustawy. I to jest kwintesencja rządów PO – potężne koncerny spożywcze i domy mediowe załatwiły sobie co chciały, a po tyłkach oberwali drobni przedsiębiorcy prowadzący szkolne sklepiki, których obroty drastycznie spadły. Bo rząd musiał się wykazać, że dba o zdrowie dzieci - „żeby nie były grubaskami”. By żyło się lepiej!

*

Wygląda na to, że Unia (czytaj – Berlin) wtryni nam jednak „kwoty” imigrantów, których zadaniem będzie „wzbogacenie” naszej kultury o koloryt różnych odcieni Orientu. Ja tam z miejsca posłałbym wojsko na granicę i kazał strzelać do autobusów, pociągów, czy czym tam ich przywiozą. Pytanie – czy nasza armia będzie skłonna walczyć, szczególnie, jeśli „azylantów” chronić będzie Bundeswehra? Rozwiązanie mam następujące: kogo serdecznie nie cierpi prawdziwy, liniowy żołnierz? Biurokratów udających wojskowych, a takich jest w naszych siłach zbrojnych zatrzęsienie. Wywlec zatem tych pasibrzuchów zza biurek, ubrać w polowe mundury, sformować specjalne bataliony i pognać w pierwszej linii na rozpoznanie bojem. A z tyłu – żandarmeria wojskowa z cekaemami. Ręczę, że po takim zabiegu duch bojowy w naszych szeregach wzrośnie o sto procent.

*

„Polska Niepodległa” staje się pismem coraz bardziej opiniotwórczym – ledwo co opublikowaliśmy na „jedynce” wizerunek Makreli w muzułmańskiej chuście, a już „Der Spiegel” zareagował okładką z kanclerzycą ucharakteryzowaną na Matkę Teresę. Ale nic to – jak przejmiemy „Spiegla” to dopiero zmłotkujemy szkopów pedagogiką wstydu!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 37 (23-29.09.2015)

czwartek, 24 września 2015

Postępowi donosiciele

Wygląda na to, że prawdziwa tolerancja rozkwitać może jedynie w warunkach państwa policyjnego.

Ponieważ okazało się, że rozliczne zagrożenia związane z inwazją muzułmańskich przybyszów na Europę są dla większości Polaków tak oczywiste, że nie da się ich ogłupić proimigrancką propagandą, ani selektywną cenzurą, w rodzaju tej wprowadzonej na internetowych stronach „Wyborczej”, postanowiono koniec końców sięgnąć po aparat przemocy. Oto, jak donoszą mediodajnie, prokuratura będzie z całą bezwzględnością ścigać przejawy tzw. „mowy nienawiści” - czyli przestępstw ujętych w art. 119, 256 i 257 Kodeksu Karnego, dotyczących m.in. gróźb karalnych, nawoływania do nienawiści, bądź znieważania ze względu na przynależność narodową, etniczną, rasową, wyznaniową albo z powodu bezwyznaniowości – co, w zależności od przestępstwa, zagrożone jest karami do 2, 3 i 5 lat pozbawienia wolności. Jak widać, spektrum penalizowanych w ten sposób zachowań może być bardzo szerokie, a motywacja ścigania – czysto ideologiczna i podyktowana jakimiś doraźnymi potrzebami, toteż prokuratura bez stosownych poleceń sama z siebie nie pali się zazwyczaj do działania. Potrzebny jest zatem odpowiedni bodziec – np. w postaci zachęcających pomruków rządu, chcącego wykazać się poprawnością na użytek wewnętrzny, lub – częściej – zewnętrzny, przed „europejskimi partnerami”.

No dobrze, ale skąd pobudzona do działania prokuratura ma wiedzieć, gdzie szukać różnych nienawistników i kiedy wszczynać „z urzędu” śledztwa? Potrzebny byłby cały pion do śledzenia mediów, internetu, napisów na murach, w szaletach publicznych itd. I tu z pomocą przychodzi stara, sprawdzona, instytucja delatorstwa. Osobliwą predylekcję do donosicielstwa wykazują różne lewackie organizacje, które z denuncjacji uczyniły wręcz swoją rację istnienia i źródło utrzymania, będąc za swe konfidenckie usługi wynagradzane strumieniem grantów. Tak oto rozproszone, amatorskie „strzelanie z ucha” zyskało nowe, sprofesjonalizowane oblicze. Weźmy takie Stowarzyszenie przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii „Otwarta Rzeczpospolita”. Wydało ono mianowicie broszurę, będącą swoistym vademecum kapusia, zatytułowaną „Poradnik obywatela. Co możemy zrobić, gdy zetkniemy się z mową nienawiści?”. Jak poucza nas stosowna adnotacja na okładce, owa broszurka licząca sobie 12 stron została sfinansowana przez „Islandię, Liechtenstein i Norwegię ze środków Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego oraz Norweskiego Mechanizmu Finansowego oraz budżetu Rzeczypospolitej Polskiej w ramach Funduszu dla Organizacji Pozarządowych, a także dzięki wsparciu Fundacji im. Stefana Batorego w ramach programu »Przeciwdziałanie nietolerancji«”. Czyż to nie miłe, że tyle państw i instytucji pragnie nas wyleczyć z nietolerancji? Publikacja już w pierwszych słowach poucza czytelnika, że wg art. 304 § 1 KPK „Każdy, dowiedziawszy się o popełnieniu przestępstwa ściganego z urzędu, ma społeczny obowiązek zawiadomić o tym prokuratora lub Policję”; kończy się zaś komsomolskim wezwaniem: „nie bądźmy bierni! Mamy wiele możliwości reakcji na to, co nam się nie podoba i co nas oburza. Korzystajmy z nich! Nie bójmy się działać!”.

Aby dodatkowo ulżyć potencjalnym denuncjatorom, „Otwarta Rzeczpospolita” stworzyła specjalną stronę internetową, której nazwy celowo tu nie przytaczam, by nie propagować donosicielstwa, na której wygodnie, kilkoma kliknięciami można dokonywać stosownych zgłoszeń, zaś „Otwarta Rzeczpospolita” bierze już na siebie ciężar zawiadomienia organów ścigania. Oto przykład. Szpicel melduje: „Pod filmem pokazującym imigrantów na Węgrzech internauta zamieścił komentarz, który nawołuje do nienawiści i przemocy ze względu na pochodzenie, wzywa do fizycznej eksterminacji uchodźców”. Stowarzyszenie odpisuje: „Stowarzyszenie Otwarta Rzeczpospolita zawiadamia prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa ściganego z urzędu”. I tak ta maszynka się kręci: jak chwalą się przed jednym z organów „Agory” organizatorzy tego delatorskiego procederu – napłynęło już ponad 600 zgłoszeń, z czego 323 uznano za przestępstwa.

Dodatkowo, lewackie organizacje zadbały zawczasu, by stosowne organy odpowiednio „uwrażliwić”, organizując kilka lat temu cykl szkoleń dla prokuratury i policji, podczas których politrucy z „Otwartej Rzeczpospolitej” kładli śledczym do głów potrzebę rewolucyjnej czujności, by żadna reakcyjna świnia nie była pewna dnia ani godziny.

Podsumowując, najpewniej uznano, że polski wstręt do denuncjacji, będący jednym z nielicznych społecznych pozytywów po epoce rozbiorów, okupacji i komuny, jest szkodliwym, burżuazyjnym przesądem, który należy wyplenić, by zapanowała u nas tolerancja jakiej świat nie widział. Jak pisał mistrz Szpotański: „Wszędzie mięsiste węszą nosy, w powietrzu kłębią się donosy”, w innym miejscu zaś: „by człowiek był człowieka bratem, trzeba go wpierw przećwiczyć batem”. Powtórzę więc refleksję z „Pod-Grzybków”: wygląda na to, że prawdziwa tolerancja rozkwitać może jedynie w warunkach państwa policyjnego.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2461-pod-grzybki-21

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr38 (18-24.09.2015)

Mina budżetowa

Wszyscy wsiadamy do „złotego pociągu” - nie bacząc na to, że jest on zaminowany.

W zasadzie, był czas przywyknąć do tego, że kolejne budżety uchwalane są przy, delikatnie rzecz ujmując, nadto optymistycznych założeniach. Wszak chodzi głównie o to, by na papierze wszystko się mniej więcej zgadzało, sejmowa większość i tak „przyklepie” projekt – cokolwiek rząd by w nim nie nawypisywał – a potem się zobaczy. Owo „się zobaczy” skutkuje często koniecznością wstawiania różnych fastryg w czasie trwania roku budżetowego, by finanse państwa nie rozlazły się niczym dziadowskie gacie. O takim właśnie „fastrygowaniu” rozmawiał w 2013 u „Sowy i Przyjaciół” Bartłomiej Sienkiewicz z prezesem NBP Markiem Belką, kiedy to dywagowano o obejściu zakazu wykupu przez NBP obligacji Skarbu Państwa. Belka zaproponował wówczas odkupienie przez NBP obligacji na „rynku wtórnym” - od BGK lub PKO BP, by w ten sposób, tylnymi drzwiami, bank centralny mógł sfinansować deficyt.

Fastrygą najbardziej rozpaczliwą, szytą najgrubszą dratwą, jest nowelizacja budżetu. Jak dotąd, w ostatnich latach ustawę budżetową nowelizowano czterokrotnie: w 2001 roku (dwa razy – w lipcu i listopadzie, odpowiednio o 8,6 i 3,8 mld zł); w 2009 – to już epoka „sztukmistrza z Londynu”, Jana Vincenta Rostowskiego – gdy musiano zwiększyć deficyt budżetowy z 18,2 mld zł do 27,2 mld zł; wreszcie – w 2013, kiedy to w połowie roku zrealizowano cały zaplanowany deficyt i okazało się, że brakuje ok. 24 mld zł. Wówczas deficyt zwiększono o 16 mld i zaplanowano cięcia w wydatkach na ok. 8,5 mld zł. Był to ten sam 2013 rok, w którym Sienkiewicz naradzał się z Belką – na dodatek, by nowelizacja mogła dojść do skutku, trzeba było „zawiesić” 50-proc. próg ostrożnościowy. Nawiasem mówiąc, ów próg realnie przekroczono już 2009, jednak wtedy Rostowskiemu udało się „sfastrygować” relację długu publicznego do PKB za pomocą sztucznego zabiegu księgowego, wypychając Krajowy Fundusz Drogowy wraz z jego zobowiązaniami poza sektor finansów publicznych.

Tak więc, jako się rzekło – był czas przywyknąć, jednak jakoś ta niefrasobliwa „dojutrkowość” każdorazowo mnie irytuje, oznacza ona bowiem spacer po naprawdę cienkiej linie, którego efektem jest lawinowe zadłużanie państwa. Już teraz nasz dług zagraniczny jest na poziomie zbliżonym do greckiego, z tą różnicą, że w odróżnieniu od Greków, w przypadku bankructwa nie bardzo mamy co dać wierzycielom w zastaw. Przyczyny kolejnych „kryzysów budżetowych” każdorazowo są te same – zawyżone prognozy wzrostu gospodarczego oraz wpływów do państwowej kasy. Anegdotyczne stały się już założenia do feralnego budżetu na rok 2013, w których Rostowski „wyliczył” wpływy z mandatów na poziomie 1,5 mld zł. Skończyło się na 86 mln.

Jednak powyższe to nic, w porównaniu z sytuacją, gdy zbliżają się wybory, w których władza walczy o przetrwanie. Właśnie przekonaliśmy się o tym, poznając projekt budżetu na rok 2016 przedstawiony przez rząd Ewy Kopacz. Zaplanowano w nim rekordowy deficyt w wysokości 54,6 mld zł. Poprzedni rekord zresztą również należał do rządu PO – w 2010 roku deficyt wyniósł 44,6 mld zł, z tym, że bieżący rok najprawdopodobniej pobije ów stary wynik – plan zakłada bowiem limit na poziomie 46,1 mld zł. To wręcz wygląda na mistrzostwa w zadłużaniu, w której to dyscyplinie rządząca od ośmiu lat ekipa PO-PSL ściga się sama ze sobą. Według rządu, PKB w 2015 ma wzrosnąć o 3,8 proc. (w tym roku, według NBP, PKB wzrośnie o 3,6 proc.) - i tu od biedy można powiedzieć „zobaczymy”, choć przeczuwam, iż mamy do czynienia z przesadnym optymizmem.

Czymże byłby „budżet wyborczy” bez „kiełbasy wyborczej”, czyli rozdawnictwa? Płace w budżetówce wzrosną o 2 mld zł – co z punktu widzenia rządu jest racjonalne, bo urzędnicy to chyba najwierniejszy, a przy okazji bardzo liczny (szczególnie wraz z rodzinami) elektorat i beneficjent obecnego układu. Jednorazowe dodatki do rent i emerytur (waloryzacji praktycznie nie będzie, bo mamy deflację) wyniosą łącznie 1,4 mld zł. Nowo narodzone dzieci – 1000 zł/mies przez pierwsze 12 miesięcy życia. Zasiłki socjalne – zmodyfikowane zostaną kryteria dochodowe na zasadzie „złotówka za złotówkę” oznaczającej zmniejszenie zasiłku o kwotę przekroczenia progu – łącznie 1 mld zł. Restrukturyzacja górnictwa – 900 mln zł – i te de, i te pe...

Zastanawiające, że jakoś wiodące media tym razem nie pomstują na nieodpowiedzialność, nie żądają podania źródeł finansowania (w końcu, od czego jest deficyt). Nikt również nie zadaje pytań, czy aby ściągalność podatków, która za rządów PO systematycznie maleje, ulegnie nagle jakiejś radykalnej poprawie. Cóż za odmiana w porównaniu z reakcjami na propozycje partii opozycyjnej, kiedy to wszystkim dziennikarzom, niezależnie od tego, czy odróżniają deficyt od długu publicznego, włącza się nagle budżetowy rygoryzm. Wniosek z tego jest taki, że rozdawnictwo rządu PO zostanie najwyraźniej pokryte z tych pieniędzy, których „nie ma” na spełnienie postulatów PiS. Słowem, wszyscy wsiadamy do „złotego pociągu” - nie bacząc na to, że jest on zaminowany.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/kie%C5%82basa-wyborcza-na-kredyt#.VfhY8X1vA-8

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2461-pod-grzybki-21

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 38 (18-24_09_2015)

niedziela, 20 września 2015

Niemiecki dżihad

Niemcy postanowiły potraktować falę uchodźców jako pretekst do zaakcentowania „europejskiego przywództwa” Berlina.

I. Szantaż Berlina

Wygląda na to, że Niemcy postanowiły obecny kryzys imigracyjny uczynić jeszcze jednym narzędziem wzmacniającym ich europejską dominację. Podczas ostatnich wydarzeń instytucje unijne po raz kolejny okazały się kosztowną fikcją – jeśli oczywiście brać na serio ich deklaratywną, zapisaną w traktatach rolę jako europejskich centrów decyzyjnych. Stały się za to całkiem poręcznym przedłużeniem niemieckiej polityki, rozciągającej dzięki nim swe wpływy na resztę kontynentu. Podobnie było w przypadku greckiego krachu – formalnie „trójkę” negocjatorów z Atenami stanowiły MFW, EBC i KE, faktycznie zaś rozmowy z greckim premierem prowadziła kanclerz Merkel z Donaldem Tuskiem w charakterze przyzwoitki. Nawiasem mówiąc, podobną rolę przyzwoitki (a o tym, co jest przyzwoite, decyduje się w Berlinie) wyznaczono Tuskowi i tym razem, sądząc po tym z jaką determinacją podpisuje się pod kolejnymi postulatami Niemiec w kwestii polityki azylowej.

Tymczasem, zarówno Polska, jak i pozostałe kraje naszego regionu, zostały przez Niemcy postawione przed prostackim szantażem: imigranci, albo odcięcie od unijnej kasy. I wszyscy przyjmują to za naturalne, niektórzy nawet, jak prof. Krzemiński, entuzjastyczne ów ton podchwytują. Jakoś nikomu nie przyjdzie do głowy zapytać jakim prawem Merkel i Schulz wypowiadają się w imieniu całej Europy? Gdzie w traktatach zapisana jest konieczność przyjmowania nielegalnych imigrantów – i to „solidarnego”? Gdzie są zapisy warunkujące otrzymanie europejskich funduszy uległością wobec dyktatu Berlina – w jakiejkolwiek sprawie? Widać wyraźnie, że Niemcy ostentacyjnie już lekceważą formalne struktury unijne i używają ich jedynie do nadawania pozorów „wspólnotowości” i legalizmu własnej polityce. Postanowiły potraktować falę uchodźców jako pretekst do zaakcentowania „europejskiego przywództwa” Berlina – my ustalamy standardy, rozdzielamy uchodźców, decydujemy o pieniądzach na ich utrzymanie, więc reszta Europy dla własnego dobra ma być nam posłuszna, bo inaczej puścimy wszystko na żywioł i zapanuje chaos. Rysuje to fantastyczne możliwości polityczne – od tej pory, jeśli Niemcom będzie zależeć na przeforsowaniu czegokolwiek w Unii wystarczy, że zagrożą wycofaniem się ze „wspólnej polityki imigracyjnej”. Kiedyś można by było powiedzieć o „politycznym blitzkriegu”, dziś ze względu na okoliczności bardziej adekwatne będzie raczej określenie „berliński dżihad”.

W kontekście powyższego można się zastanawiać, czy pozornie samobójcza polityka Niemiec polegająca na wpuszczaniu wszystkich jak leci nie jest przypadkiem przemyślaną strategią w którą wpisana jest celowa nieudolność w ochronie europejskich granic. Coś, co bierzemy za lewackie zidiocenie „starej Europy” może być tak naprawdę elementem szerszego planu. W takim ujęciu przestają dziwić gromy ciskane na Orbana, który chroniąc swój kraj, usiłował przecież jednocześnie uszczelnić jakiś wycinek unijnej granicy.

Niemieckim zagończykiem na europejskiej scenie jest, tradycyjnie już, Martin Schulz grożący użyciem siły przeciw państwom, które nie podporządkują się wspólnotowemu solidaryzmowi pod niemieckie dyktando. Ot, wylazła spod europejskiej pozłotki dobrze znana, arogancka, teutońska świnia. Jest to oczywiście balon próbny - skalkulowana na chłodno prowokacja mająca na celu przetestowanie reakcji adresatów, poczyniona z wdziękiem herr Flicka z Gestapo. Możemy równie wdzięcznie odpowiedzieć, że jeśli Niemcy wciąż będą łamać europejską solidarność wobec Rosji i nie wycofają się z projektu Nord Stream 2, to nasze czołgi w ciągu jednego dnia mogą być w Berlinie, a w ciągu następnych kilku dni – w Brukseli. Tak się bowiem składa, że mamy blisko 250 Leopardów różnych typów plus dodatkowo ok. 390 starszych „Twardych” i T72, które nadawałyby się od biedy na drugi rzut natarcia. Niemcy mają zaś raptem niespełna 240 Leopardów, wprawdzie nowszych, lecz cóż z tego – w 1941 niemieckie „panzery” w porównaniu z czołgami sowieckimi były wręcz zabytkami, a mimo to Wehrmacht dojechał na nich aż pod Moskwę. Niemiecka Bundeswehra pozostaje pod kontrolą pacyfistki Ursuli von der Leyen pod której rządami ciężar troski spoczywa na zapewnieniu żłobków niemieckim żołnierkom, sprzęt się sypie (większość samolotów jest „uziemiona”, karabin G-36 po 90 strzałach nie nadaje się do użytku itp.), koszary popadają w ruinę, zatem i morale może być porównywalne z sołdatami Stalina w czerwcu '41, kiedy to na samą wieść o Niemcach masowo się poddawali, lub pierzchali na wszystkie strony. Więc co – może odpowiemy testem na test? Wspólne manewry państw Grupy Wyszehradzkiej w pobliżu niemieckiej granicy mogłyby być niezłym sprawdzianem...

II. Hidżra

Swoją drogą, ciekawe czy stary Osama planując zamach na Amerykę zdawał sobie sprawę z tego do jakich reperkusji to doprowadzi – i że, summa summarum, będą to konsekwencje korzystne dla świata islamskiego. To wszak zapoczątkowana po 11 września „wojna z terroryzmem” doprowadziła do rozwalenia Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Swoje dołożyła również beznadziejnie nieudolna polityka Obamy. Obalono dyktatury będące w tamtejszych warunkach jedynym gwarantem stabilności, na ich gruzach rozpętało się krwawe piekło, powstało Państwo Islamskie, a ludzka fala, umiejętnie motywowana i ukierunkowywana, podążyła w kierunku Europy – na podbój krainy niewiernych. Taki rodzaj podboju ma nawet w islamie swoją nazwę – Hidżra. Jest to inaczej mówiąc inwazja poprzez imigrację i zasiedlanie nowego terytorium, bezkrwawy (na razie) dżihad, a jej tradycja odnosi się do ucieczki Mahometa z Mekki do Medyny w 622 roku.

W tym wszystkim porażające jest ojkofobiczne zacietrzewienie polskojęzycznych mediów. Część z nich uprawia niemiecką propagandę wskutek zależności kapitałowych, część jednak czyni to zupełnie „bezinteresownie”. Kompromitujące i groteskowe jest wyłączenie na stronach internetowych „Wyborczej” możliwości komentowania materiałów dotyczących „uchodźców” - kompromitujące, gdyż obnaża bezmiar faryzejskiej obłudy w kwestii wolności słowa; groteskowe – bo stanowi w moim odczuciu reliktowy odruch, echo dawnej potęgi sekty z ulicy Czerskiej, kiedy to tematy lub poglądy „zamilczane” przez „Wyborczą” automatycznie znikały z przestrzeni publicznej, a wszystkie pozostałe ośrodki medialnego rażenia skwapliwie dostosowywały się do embarga.

Ale nie tylko o to chodzi. Otóż z punktu widzenia nadwiślańskiego lewactwa wspomniana tu „hidżra” jest nadzieją na zmianę oblicza Polski. W napływie imigrantów kulturowa lewica widzi szansę na dekonstrukcję tego, co jest jej najbardziej nienawistne – polskiego narodu rozumianego jako wspólnota monoetniczna i wciąż, mimo procesów sekularyzacyjnych, skłaniająca się w większości ku tradycyjnemu katolicyzmowi. Nie udało się do końca przepoczwarzyć Polaków za pomocą kolb sowieckich karabinów („My sowieckimi kolbami nauczymy ludzi w tym kraju myśleć racjonalnie bez alienacji” ), to może uda się za pomocą muslimów na zasadzie „wszystko jest lepsze od tego endeckiego ciemnogrodu”. Poważnie, oni traktują islamistów jako taktycznych sojuszników i zapewne łudzą się, że będą potrafili jakoś nad nimi zapanować... Oczywiście, po zwycięstwie dżihadu, to właśnie ci postępowi idioci pierwsi pójdą do rozwałki, ale marna to pociecha.

III. Destabilizacja pod niemieckim nadzorem

Przyczółki już są. Działająca u nas Liga Muzułmańska RP powiązana jest z Bractwem Muzułmańskim, meczet na warszawskiej Ochocie finansowany jest m.in. przez kuwejckich wahabitów – nietrudno zatem się domyślić, jakie treści będą tam propagowane. Z pewnością nie będzie to „pokojowa” odmiana islamu, obłaskawiona kulturowo przez stulecia wspólnego pożycia, w rodzaju tej wyznawanej przez polskich Tatarów. Narzucone przez Niemcy kwoty imigracyjne stanowić będą znakomitą pożywkę dla rozwoju islamskiego fundamentalizmu w Polsce, na wzór tego, który już teraz kwitnie w Zachodniej Europie. Można przypuszczać, że destabilizacja społeczna w krajach Europy Środkowo-Wschodniej jest Niemcom na rękę, utrwali bowiem ich dominującą pozycję i ustawi w roli arbitrów pouczających niedorozwinięte dzieci ze „wschodniej Unii” (jak nazywają nowe kraje członkowskie) na okoliczność powinności europejskich, solidarności i tolerancji.

Problem rysuje się poważny, bowiem oczywistym jest, że na dwunastu tysiącach się nie skończy – z każdym rokiem będą przybywali następni, zachęceni obecnym przykładem, a na wszystko nałoży się jeszcze operacja łączenia rodzin, co sprawi, że oficjalne „kwoty” będzie należało pomnożyć co najmniej przez pięć. Dodatkowo należy założyć, że Niemcy dokonają u siebie starannej selekcji, wypychając za granicę element najbardziej niepożądany – w tym radykałów i potencjalnych terrorystów. Możemy zatem spodziewać się zagnieżdżenia u nas islamofaszystowskich komórek. Kolejnym aspektem sprawy jest wymóg stanowiący, że przydzieleni nam „azylanci” nie mogą opuścić granic naszego kraju. Kto ich będzie pilnował? Przecież to fizycznie niewykonalne – no, chyba, że umieści się ich w jakimś „polskim obozie koncentracyjnym” za drutami, lub zgoła „zaczipuje” niczym koty, tak by można było ich namierzyć GPS-em. Może zresztą o to również przy okazji chodzi – najpierw wypróbuje się tę metodę masowej kontroli na imigrantach, potem przyjdzie kolej na resztę...

W każdym razie, niewykonalny warunek stanowić może znakomitą okazję do najrozmaitszych politycznych i ekonomicznych szantaży w przyszłości. Już teraz można przyjąć, że nasi „przydziałowi” imigranci będą starali się wszelkimi sposobami przedostać do Niemiec, lub krajów skandynawskich, bo tylko tamtejszy socjal spełnia ich oczekiwania. Stwarzać to będzie możliwość wywierania na kraje naszego regionu presji, byśmy nie podskakiwali w różnych żywotnych dla nas sprawach – choćby polityki klimatycznej - bo „nie wykazaliśmy się europejską solidarnością”. A niech jeszcze któryś z „naszych” azylantów zdetonuje w Niemczech jakąś bombę...

Teoretycznie, nie jesteśmy całkiem bezbronni, cały ten kryzys można by jakoś dyplomatycznie rozegrać. Powiedzieć: mamy plan przyjęcia jako uchodźców Polaków ze wschodu, szczególnie z toczącej wojnę Ukrainy i na tym się koncentrujemy - w końcu nigdzie nie jest zapisane, że „uchodźcami” mają być wyłącznie Arabowie. Albo: przyjmiemy chrześcijan z Syrii – nikt wszak nie powiedział, że status „uchodźcy” przynależy się jedynie muzułmanom. Lub: zaakceptujemy jednorazową „kwotę” azylantów w zamian za niemiecką zgodę na bazy NATO w Polsce. I tak dalej – możliwości jest wiele, tylko czy rząd Ewy Kopacz zechce z nich skorzystać? Czy może raczej zgodzi się na wszystko licząc choćby na brukselskie apanaże w przyszłości i zostawi imigracyjny pasztet swoim następcom?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 36 (16-22.09.2015)

Pod-Grzybki 20

Platforma ogłosiła na konwencji swój program z którego wynika, że na Polaków spadnie złoty deszcz. „Złoty deszcz” w wykonaniu Doktor Ewy... nie, jednak nie będę ciągnął tego wątku.

*

Martin Schulz, oddelegowany przez Niemcy do roli testera wytrzymałości reszty Europy na to, jak daleko Berlin może posunąć się w swych przywódczych uroszczeniach, oznajmił, że państwa uchylające się od przyjęcia zadekretowanych odgórnie „kwot” imigrantów będą zmuszane siłą do okazywania „europejskiej solidarności”. I tak oto historia zatoczyła koło, a Niemcy ponownie stały się SS-manem Europy.

*

W tychże Niemczech na powrót otwarto obozy koncentracyjne, gdzie przetrzymuje się „uchodźców”, by ci nie rozłazili się na boki. Robi się coraz ciekawiej... Czy IG Farben zwalnia już moce przerobowe?

*

Trwa w najlepsze młotkowanie Polski i innych krajów regionu przez niemieckie media. Na tę okoliczność odezwał się Jan Tomasz Gross, który najprawdopodobniej musiał w międzyczasie podpisać jakąś volkslistę. Znany paszkwilant opublikował na łamach „Die Welt” artykuł, w którym wyzwierzęca się nad polskim dziedzictwem czasów nazistowskich, co skwapliwie przytaczają rodzimi folksdojcze z „Wyborczej”. W podobnym duchu wyjęzycza się korespondent ZDF w Warszawie na portalu stacji. Czyli, tradycyjnie funkcjonuje stara metoda – nadajemy na Polaków do niemieckich mediów, te powtarzają donos własnymi słowami, a my dźgamy palcem wstydu w polskie nienawistne ślepia: „patrzcie, co pisze o nas Europa”. To jest już chyba genetycznie utrwalona, patologiczna mentalność zawodowych donosicieli żyjących z denuncjacji. Dziedzictwo Pawlika Morozowa stało się międzypokoleniowym kodem rozpoznawczym współczesnych duchowych komsomolców. Jak widać, druga i trzecia generacja UB ma się doskonale.

*

Do pałowania przyłączył się amerykański „New York Times” pisząc o panujących w Europie Wschodniej „nacjonalizmie, rasizmie i uprzedzeniach religijnych”. I pomyśleć, że pisze to gazeta z kraju, który bez skrupułów rozpirzył w drebiezgi cały Bliski Wschód i kawał Afryki, a konsekwencje tej radosnej działalności ponosi dziś Europa.

*

„Polska jest w 98 proc. biała i w 94 proc. katolicka” - alarmuje „NYT”. Pocieszam gazetę z kraju naszego Wielkiego Sojusznika: niedawno Radosław Sikorski zdiagnozował u Polaków galopującą „murzyńskość” - czyli, potwierdzają się słowa Mrożka, że „Polacy to też Murzyni, tylko że biali”. W zasadzie, reszta świata powinna ufundować dla nas akcję afirmatywną, analogiczną do tej, z której korzystają amerykańscy czarnoskórzy.

*

Tymczasem, w ramach tolerancjonistycznej tresury, prokuratura wzięła się za tropienie internetowej „mowy nienawiści” skierowanej przeciw imigrantom. W sukurs pośpieszyli zawodowi konfidenci ze stowarzyszenia „Otwarta Rzeczpospolita” tworząc specjalny portal dla donosicieli, na którym można zgłaszać „incydenty”. Najwyraźniej, prawdziwa tolerancja może rozkwitać jedynie w warunkach państwa policyjnego.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 36 (16-22.09.2015)

wtorek, 15 września 2015

Pełzający dżihad

Imigracyjny „socjal” to nic innego, jak próba obłaskawienia łupieżczej hordy okupem, by ta powstrzymała, bądź przynajmniej ograniczyła swe niszczycielskie zapędy.

 

Na greckiej wyspie Lesbos doszło do regularnej bitwy muzułmańskich imigrantów próbujących opanować prom, z siłami policji. Mieszkańcy wyspy żyją w stanie permanentnego oblężenia – przybysze są agresywni, natarczywi, zanieczyszczają okolicę, szerzy się wandalizm, miejscowy burmistrz błaga władze w Atenach o ogłoszenie stanu wyjątkowego... Przyzwyczajajmy się do takich obrazków, bo staną się one niedługo chlebem powszednim – także u nas, choć może nieco później. Póki co, szturm odbywa się w kierunku Niemiec i Austrii, ale przecież na tych dwóch krajach islamizacja kontynentu się nie skończy, szczególnie, jeśli zawali się tamtejszy system opieki socjalnej. Muzułmanie mają bowiem to do siebie, że uważają, iż państwo islamskie jest tam, gdzie są wierni, koniec kropka. Kierując się tą zasadą, konsekwentnie kształtują przestrzeń wokół siebie – począwszy od najbliższego otoczenia, by następnie stopniowo posuwać się coraz dalej i dalej. W wielu ośrodkach dla uchodźców już de facto obowiązuje prawo szariatu, podobnie jak w muzułmańskich dzielnicach zachodnioeuropejskich miast. Nie pozostaje to bez wpływu na oficjalne struktury państwa, czego przykładem może być wyrok belgijskiego sądu, który skazał muzułmanina katującego żonę aż do kalectwa na karę w zawieszeniu, motywując łagodny wyrok tym, że „w jego kulturze takie zachowania są dopuszczalne”.

Nawiasem mówiąc, owa maksyma oznaczająca, iż każdy muzułmanin jest samobieżnym nośnikiem i zalążkiem islamskiej państwowości opartej na szariacie, kiełkuje i u nas. Oto zasłyszana historia z jednego z polskich ośrodków przejściowych, gdzie obok siebie mieszkali m.in. Ukraińcy i Czeczeni. Kilku Czeczeńców widząc Ukrainkę w zbyt krótkiej spódnicy, niemal ją pobiło. Na jej krzyk, że teraz są w „Unii” i „Europie”, a nie w swoim muzułmańskim kraju, odpowiedzieli właśnie w ten sposób – państwo islamskie jest tam, gdzie muzułmanie. I pomyśleć, że Czeczenia, mimo przejęcia walki narodowowyzwoleńczej przez wahabitów, którzy uczynili z niej kolejny front dżihadu, uchodzi mimo wszystko za umiarkowany kraj...

Może zatem warto zacząć się pomału przygotowywać na nieuchronne, tym bardziej, że jakoś nie mówi się u nas o zasiekach na granicy i strzelaniu zza nich do intruzów podchodzących niczym wataha zombies. Nie szanują Europejczyków i trudno im się dziwić – każdy, kto miał nieszczęście widzieć choćby gej-paradę ma pełne prawo nabrać dozgonnej odrazy do zdegenerowanej kultury Zachodu. Przybysze mogli zatem spokojnie uznać, że Allah po to dopuścił do degrengolady europejskich świniożerców, by ci mogli bez oporu oddawać wyznawcom Proroka swoje pieniądze. Tak to bowiem wygląda – ów imigracyjny „socjal” to nic innego, jak próba obłaskawienia łupieżczej hordy okupem, by ta powstrzymała, bądź przynajmniej ograniczyła swe niszczycielskie zapędy. Różnica z minionymi wiekami jest jedynie taka, że kiedyś płaciło się „podarek” sułtanowi, bądź chanowi na Krymie, dziś zaś daninę wypłaca się na miejscu, w europejskich miastach, indywidualnie każdemu z wiernych, który uzna za stosowne tutaj się zagnieździć. Przeczytałem, że prezes Banku Finlandii postanowił przeznaczyć całe swoje miesięczne pobory na „pomoc” imigrantom. To jest właśnie ten rodzaj obłędu, który tu opisuję. Ten facet zapewne nie wrzuciłby złamanego eurocenta do kapelusza ulicznego grajka, ale rozeźlony islamista może mu poderżnąć gardło w jego własnym domu, więc lepiej udobruchać takiego zawczasu i na wszelki wypadek szeroko to rozgłosić.

Czeka nas zatem kolonizacja spod znaku zielonego sztandaru Proroka – i to być może jeszcze za naszego życia. Ja tam już od lat noszę brodę, więc pierwszy etap mimikry mam za sobą, zresztą z punktu widzenia męskiej szowinistycznej świni perspektywy nie rysują się takie najgorsze. W zasadzie, jedyną niedogodnością będzie konieczność spożywania alkoholu pod stołem, żeby Allah nie widział, co muzułmanie mają opanowane od stuleci w przypadku wina daktylowego. Może w ramach treningu wprowadzić nową modę - „under-table party”?

Znacznie gorzej będą mieli ci wszyscy lewaccy pożyteczni idioci bajdurzący o multi-kulti, oni bowiem pierwsi pójdą do odstrzału. Nie zazdroszczę również feministkom, które obecnie łamią sobie głowy nad tak ważkimi zagadnieniami, jak to, czy używanie podczas masturbacji wibratora jest ideologicznie słuszne, albowiem jakby nie patrzeć - jest on atrapą męskiego atrybutu, zatem zaspokajanie się nim stanowi mimowolny hołd wobec samczej dominacji. Siostrzyce zajmują się tego typu problemami na uniwersytetach w ramach pogłębionych studiów genderystycznych, czyli inaczej - sztuk dogłębnie wyzwolonych. No więc niedługo np. taka dogłębnie wyzwolona sztuka-Szczuka, miast wyjęzyczać się w telewizorniach będzie zapychała w burce i z garnkiem na głowie, zbierając od swego męża w majestacie prawa tęgie cięgi ilekroć usiłowałaby zatruwać mu spokój ducha swym pretensjonalnym jazgotem. Choroba, może nie byłoby to takie złe?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2415-pod-grzybki-20

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 37 (11-17.09.2015)

Wielki dłużnik Europy

Zawsze, gdy Niemcy dostają mocarstwowej małpy, wywołują awanturę w której niemal giną, pociągając za sobą resztę Europy.

Jak zostać wierzycielem Europy? Najlepiej stać się wpierw niewypłacalnym dłużnikiem - tak przynajmniej poucza przykład Niemiec. Spójrzmy. Dwie wojny światowe, miliony ofiar, niepoliczalne zniszczenia w majątku trwałym. Obie wojny przegrane, a mimo to, w imię geopolitycznych układanek uznawano, że Niemcy muszą istnieć w formie zwartej. Na dobrą sprawę, cholera wie dlaczego. Równie dobrze można było rozlokować alianckie bazy w poszczególnych landach i dać któryś chłopakom od Andersa na pocieszenie – mielibyśmy dziś polską kolonię w Niemczech. Europa doskonale poradziłaby sobie bez tego co i rusz aspirującego do kontynentalnego przywództwa, wiecznie niespełnionego hegemona. Lecz cóż - najwyraźniej, dziedzictwo modelu bismarckowskiego okazało się zbyt przemożne. Zjednoczono wpierw Niemcy „krwią i żelazem” na prusacką modłę, następnie zaś „uwspólnotowiono” potężną część kontynentu walutą „euro” przyspawaną do niemieckiej gospodarki. I pomyśleć, że zarówno projekt Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, jak i jego kolejne mutacje służyć miały temu, by Niemcy nie odzyskały dominującej pozycji w Europie. Zamysł był następujący – otorbić te post-bismarckowskie i post-hitlerowskie Niemcy siecią państw, tak by powiązania polityczno-gospodarcze skazały je na rolę „wiecznie drugiego” - po USA, ZSRR, a może wręcz po komunistycznych Chinach. Ale świat nieopatrznie pozwolił na zjednoczenie i w ciągu dwudziestu kilku lat Niemcy stały się głównym graczem w Europie, konsekwentnie wysysającym z niej za pomocą „wspólnej waluty” wszelkie siły witalne.

Swoją drogą, nie wiem czy przypominacie sobie Państwo klasyczny horror „Omen”, w którym wieści się narodziny Antychrysta gdy odrodzi się Imperium Rzymskie, co główny bohater, amerykański dyplomata grany przez Gregory'ego Peck'a, interpretuje jako powstanie Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej – w chwili premiery filmu (1976) istniejącej od 18 lat (1958). Niemcy się w ten mniej więcej sposób odbudowują: powstają z piekieł za pomocą zewnętrznego lewarowania - niczym tamten upiorny gnojek z filmu, któremu pomagają wszyscy wokoło - a następnie, gdy przyjdzie ich czas, przystępują do dzieła. Rolę dźwigni mogą stanowić choćby pieniądze amerykańskich Żydów sponsorujących Hitlera i prących do wojny po drugiej stronie Atlantyku, by pobudzić koniunkturę. A potem Damian/Hitler zaczyna swoje... Chociaż, kto wie – może amerykańsko-żydowskim elitom wręcz zależało na wymordowaniu pobratymców z Środkowo-Wschodniej Europy, bo ci w niekontrolowany sposób dostawali się do Stanów i tworzyli niebezpieczny, konkurencyjny potencjał dla zasiedziałego establishmentu? Jak by nie patrzeć, to banksterzy z Wall Street wykaraskali Niemcy z zapaści po Wielkiej Wojnie – ale tylko po to, by zrobiły drugą, wspólnie z bolszewikami kierowanymi władną ręką towarzysza Stalina. Im również dopomógł świat finansjery, lecz to osobna historia. Obecnie rolę owego zewnętrznego wspomagacza pełnią europejskie instytucje. Mamy zatem kolejny paradoks historii: coś, co miało Niemcy obezwładniać, stało się źródłem ich dzisiejszej potęgi.

Niemcy swą kolonialną dominację wykorzystują na różne sposoby. Ostatnio po to, by „podzielić się” ze swymi środkowoeuropejskimi „terytoriami zależnymi” ciężarem muzułmańskiej inwazji na kontynent. I tu powstaje pytanie – czy otwarcie na oścież granic podyktowane jest niemieckim genem samozniszczenia, tym razem o lewackiej proweniencji, czy też może kryje się za tym perfidny plan obniżenia kosztów pracy? My, tutaj sobie w Niemczech i skoligaconej Austrii wyselekcjonujemy przydatnych robotników i zagarniemy ich w ramach dyscyplinowania dotychczasowej siły roboczej, wam zaś pozostawimy „spady” rozdysponowane według ustalonego przez nas brukselskiego strychulca i na odczepnego damy jakieś grosze jednorazowej zapomogi na imigrancką twarz. Terrorystów i resztę nieprzydatnego na rynku pracy barachła wypchniemy do was, a ci, którzy mogą cokolwiek zdziałać popracują naszych fabrykach W każdym razie - zawsze, gdy Niemcy dostają mocarstwowej małpy, wywołują awanturę w której niemal giną, pociągając za sobą resztę Europy.

Niemcy się na tym oczywiście przejadą, podobnie jak na wcześniejszych swych wizjach podboju świata, ale koszty ekonomicznej wojny poniosą wraz z nimi wszyscy wokół. Co najgorsze, nikt nawet nie ośmieli się wyliczyć strat, a nawet jeśli się ośmieli wyliczyć, to nie będzie ich dochodził. I chyba właśnie ten brak finansowego bata nad tyłkiem czyni współczesne Niemcy tak bezczelnymi. A wystarczałoby zacząć egzekwować należne kwoty: Grecja - 278,7 mld euro; Polska – 45,300 mld euro za samą Warszawę. Jest jeszcze kwestia bezpodstawnego, czysto politycznego umorzenia na konferencji w Londynie w 1953 ponad 55% długu wynoszącego wówczas 32,3 mld marek (bo Niemcy wszak nie mogą upaść), co pozwoliło Niemcom na „cud gospodarczy” w kolejnych latach. Teraz to oni pożyczają, dyktują warunki i wyciskają z dłużników ostatnie poty. Doprawdy, czy to państwo-krwiopijca naprawdę musi istnieć?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2415-pod-grzybki-20

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 37 (11-17.09.2015)