piątek, 4 stycznia 2019

Brexit – lekcja na 2019 rok

Nie po to nasi przodkowie bili się o niepodległość, byśmy teraz mieli to zaprzepaścić i dobrowolnie oddać się w niewole lewackich euromandarynów na niemieckiej smyczy.

I. Krótka historia brexitu

Śmiem twierdzić, że zawirowania związane z brexitem oraz to, jaki ostatecznie kształt przybierze, będzie jedną z najważniejszych lekcji jaką przyniesie 2019 rok dla naszych politycznych elit. W tej chwili bowiem wciąż nie wiemy na jakich zasadach Wielka Brytania pożegna się z Unią Europejską, więcej – nie mamy nawet stuprocentowej pewności, czy do brexitu w ogóle dojdzie. Ale po kolei.

Główna lekcja do odrobienia jest taka, że nie można igrać ze społecznymi nastrojami – zwłaszcza, jeśli nie jest się przygotowanym na każdą ewentualność. Błąd ten ewidentnie popełnił David Cameron i szerzej – eurosceptyczna część brytyjskiej sceny politycznej. Przypomnijmy, że Cameron nie był zwolennikiem rozwodu z Brukselą. Obietnicę referendum w sprawie brexitu potraktował czysto instrumentalnie, jako element kampanii wyborczej – zakładał bowiem, że Partia Konserwatywna będzie musiała rządzić w koalicji z Liberalnymi Demokratami i z niewygodnego referendum uda się wywinąć zwalając winę na koalicjanta. I tu los spłatał mu pierwszego figla – Torysi wygrali samodzielną większością, do czego kampanijna obietnica mogła się w znaczącym stopniu przyczynić. Krótko mówiąc, Cameron przedobrzył i nie chcąc stracić twarzy, musiał rozpisać plebiscyt – tym bardziej, że znajdował się pod ostrzałem mediów i zadeklarowanych eurosceptyków w rodzaju Nigela Farage'a.

Podczas kampanii przedreferendalnej do zmasowanego szturmu ruszyły największe tabloidy, grając na nastrojach izolacjonistycznych i antyimigranckich, w czym walny udział miała masowa migracja na Wyspy pracowników z Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, przedstawianych jako pasożyty zaniżające płace i żerujące na systemie opieki socjalnej (migrantów muzułmańskich raczej nie odważano się zaczepiać). Efektem była późniejsza fala przemocy wobec mieszkających na Wyspach Polaków. Cameron najwyraźniej nie docenił potencjału tego typu resentymentów, podobnie jak tego, że sama UE wśród wyspiarzy jest postrzegana (zresztą trafnie) jako narzędzie dominacji Niemiec – tych samych, których Brytyjczycy pokonali w dwóch kolejnych wojnach, a które dziś szarogęszą się w Europie, kolonizując ją gospodarczo i dyktując innym swoje warunki. W tym kontekście nie dziwi, że prounijna agitacja w wydaniu prominentnych eurokratów z Donaldem Tuskiem na czele przyniosła efekt przeciwny do zamierzonego, podobnie jak pogróżki Baracka Obamy, że w przypadku brexitu Wielka Brytania znajdzie się na szarym końcu państw zabiegających o ekskluzywne relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Tego typu głosy odbierano jako bezceremonialną próbę zewnętrznej ingerencji w suwerenny wybór narodu.

Efekt znamy – 23 czerwca 2016 r. za brexitem opowiedziało się niemal 52 proc. głosujących przy 72 procentowej frekwencji. Bulwarówka „The Sun” uczciła wynik głosowania pierwszą stroną przedstawiającą wschód słońca i nagłówkiem „Dzień Niepodległości”.


II. Nauczka dla „secesjonistów”

Był to szok – nie tylko dla unijnych eurokratów i liberalnych elit Zjednoczonego Królestwa, lecz również dla świata tamtejszej polityki, z premierem Cameronem i znaczną częścią konserwatystów włącznie. Okazało się szybko, że brytyjscy politycy zwyczajnie nie przewidzieli takiego obrotu spraw i nie mają przygotowanych żadnych planów wedle których mogliby poprowadzić negocjacje rozwodowe z Brukselą. To zadziwiające, biorąc pod uwagę, że zwykło się uważać Brytyjczyków za zdroworozsądkowych i wyrachowanych aż do cynizmu graczy, zawsze planujących na kilka ruchów do przodu. W tym przypadku jednak tak nie było. Nawet najgłośniejszy przeciwnik Unii Europejskiej – ówczesny szef Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, Nigel Farage – jakby stracił rezon i ogłosił, że wycofuje się z czynnej polityki. David Cameron natomiast podał się do dymisji.

Ciężar negocjacji przyjęła na siebie następczyni Camerona – Theresa May, uruchamiając Artykuł 50 Traktatu Lizbońskiego. Wszystko odbywało się w biegu, w atmosferze improwizacji – począwszy od kwestii handlowych, a skończywszy na statusie obywateli państw UE na Wyspach i Brytyjczyków na kontynencie. Efektem jest obecny impas – porozumienie niby jest dogadane, ale nie wiadomo czy wejdzie w życie.

Z drugiej strony, euromandaryni po początkowym paroksyzmie niekontrolowanej wściekłości w stylu „jak oni śmieli”, popisach frustracji i straszenia katastroficznymi konsekwencjami, tudzież demonstrowaniu obrazy („a niech sobie idą”), przyjęli taktykę polegającą na maksymalnym utrudnianiu procedury opuszczenia struktur UE. Intencja była jasna: żmudne negocjacje mają być nauczką – nie tyle nawet dla Wielkiej Brytanii, ile dla potencjalnych naśladowców. Pozostałe państwa członkowskie mają się przekonać, że „exit” to droga przez mękę, a Bruksela zrobi wszystko, by „secesja” obyła się na najbardziej niekorzystnych warunkach jak tylko się da, mącąc przy okazji wewnątrz kraju opuszczającego wspólnotę. Temu służyć mają nawoływania do ponownego referendum w myśl starej, sprawdzonej zasady „głosowania aż do skutku” (co przerobiła np. Irlandia przy okazji ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego), czy wykorzystywanie w charakterze V kolumny brytyjskich euroentuzjastów, starających się do ostatniej chwili storpedować brexit. Ostatnio zaś dołączył Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej jawnie prowokacyjnym orzeczeniem, wedle którego kraj opuszczający Unię może w każdej chwili jednostronnie wycofać swój wniosek – co byłoby dla Wlk. Brytanii upokarzającą klęską. Warto nadmienić, że swoją rolę odgrywa przyśpieszenie federacyjnych tendencji, czemu otwarcie dała wyraz kanclerz Merkel ogłaszając, że państwa narodowe powinny być gotowe na przekazanie swej suwerenności.

Skutek jest taki, że z wynegocjowanego porozumienia nikt nie jest w Wlk. Brytanii zadowolony – Theresa May może robić jedynie dobrą minę do złej gry, lecz wciąż nie jest w stanie zebrać w parlamencie większości dla zatwierdzenia umowy. Część posłów (nawet w szeregach konserwatystów) jest za pozostaniem w UE, część natomiast uważa, że zasady brexitu są na tyle niekorzystne, że lepiej już wyjść „na twardo”, bez żadnej umowy (co może nastąpić 29 marca 2019). Kością niezgody jest tzw. irlandzki bezpiecznik zakładający, że jeżeli nie uda się wynegocjować w okresie przejściowym nowej umowy handlowej, Wlk. Brytania pozostanie w unii celnej z UE. Póki co, Theresa May przełożyła głosowanie w Izbie Gmin na 14 stycznia. Dodatkowo w tle majaczy groźba, że w przypadku „twardego” brexitu, Szkocja zażąda referendum w sprawie niepodległości (Szkoci głosowali w większości za pozostaniem w UE). Obecnie brytyjski rząd mobilizuje 3,5 tys. żołnierzy na wypadek wybuchu społecznych niepokojów.


III. Plan polexitu

Jaka nauka płynie z tego dla Polski? Przede wszystkim taka, że rządzący już teraz powinni opracować plan ewentualnościowy na wypadek konieczności polexitu – o co zresztą już od dawna apeluję. Być może nigdy nie trzeba będzie go uruchamiać, ale „mapę drogową” naszego wyjścia z UE należy mieć bezwzględnie, by uniknąć błędów popełnionych przez Brytyjczyków. Ideałem byłoby osiągnięcie statusu Norwegii – członka strefy Schengen i Europejskiego Obszaru Gospodarczego.

Po drugie, zamiast wbijać ludziom do głów, że dla UE „nie ma alternatywy”, należy jasno komunikować, że nasze członkostwo to kwestia interesu – gdy przestanie się opłacać lub gdy UE podąży w kierunku grożącym utratą suwerenności, trzeba będzie ją opuścić. Jeżeli w wyborach do europarlamentu sukces odniosą ugrupowania tożsamościowe i antyfederacyjne, wówczas otworzy się droga do zreformowania Unii w duchu „Europy ojczyzn” - wspólnoty niepodległych krajów połączonych wspólnym rynkiem. Jeżeli jednak zwyciężą siły forsujące niebezpieczną utopię „superpaństwa” - wtedy trzeba będzie ten eurokołchoz opuścić. Nie po to nasi przodkowie bili się o niepodległość, byśmy teraz mieli to zaprzepaścić i dobrowolnie oddać się w niewolę lewackich euromandarynów na niemieckiej smyczy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 52 (28.12.2018-03.01.2019)

Niemcy całe na biało

To Niemcy, a nie Polska są największymi emitentami CO2 w Europie – zarówno generalnie, jak i w przeliczeniu na jednego mieszkańca.

Szczyt COP24 w Katowicach zakończył się tzw. urzędowym sukcesem – czyli, mówiąc po ludzku, spełzł na niczym. Wysokie strony zgodziły się co do tego, że w kwestii globalnego ocieplenia należy „walczyć”, „dążyć”, „przeciwdziałać” i „wyznaczać cele”, co w przełożeniu z polskiego na nasze oznacza że żadnego zbicia wzrostu temperatury do 2°, ani tym bardziej do 1,5°C do 2030 r. nie będzie. Od razu dodam na pocieszenie, że nie będzie również żadnego globalnego kataklizmu. Po prostu, zgodnie z zasygnalizowaną tu wcześniej zasadą „ruchomego horyzontu apokalipsy”, w miarę zbliżania się do granicznej daty będą produkowane kolejne kasandryczne wizje, bowiem biznes spod znaku „Global Warming Industry” musi się kręcić. Dotyczy to nie tylko posad zawodowych aktywistów i naukowców przedstawiających kolejne komputerowe scenariusze zagłady w zamian za sute granty i dotacje, lecz również (a może przede wszystkim) eko-biznesu, którego racją istnienia jest sztuczne nakręcanie popytu na tzw. zielone technologie. Technologie te, jak wiadomo, mają to do siebie, że są koszmarnie drogie i w normalnych rynkowych realiach nie miałyby racji bytu, ponadto sama ich ekologiczność stoi pod znakiem zapytania, co tydzień temu zilustrowaliśmy sobie na przykładach baterii litowo-jonowych używanych w pojazdach elektrycznych oraz biopaliw. Cały nacisk położony jest zatem z jednej strony na dotowanie „zielonej” energii, tak by z pozoru wydawała się tańsza, z drugiej zaś – na sztuczne zawyżanie kosztów pozyskiwania energii ze źródeł tradycyjnych, chociażby poprzez narzucanie limitów emisji CO2. Powyższemu zaś towarzyszy przerzucanie „brudnych” etapów cyklu produkcyjnego z krajów rozwiniętych do państw trzeciego świata – bo czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

I tu dochodzimy do histerii na punkcie „dekarbonizacji”, towarzyszącej tegorocznemu szczytowi klimatycznemu. Jak wiadomo, główną ofiarą szalejącej „karbonofobii” padła Polska i nasz węgiel. Dla odmiany – za wzór stawiano europejskiego lidera „walki z klimatem”, czyli Niemcy, które na COP24 przyjechały całe na biało, bo właśnie zamykają swoją ostatnią kopalnię węgla kamiennego. Cóż, Niemcy swoje wydobycie dotowały co najmniej od lat 70-tych XX w., co miało racjonalne uzasadnienie. Najpierw, w latach powojennych, wydobycie węgla było jednym z kół zamachowych odbudowy niemieckiej gospodarki, później zaś, w warunkach wciąż trwającej zimnej wojny, utrzymywanie wydobycia strategicznego surowca było niezbędne ze względów bezpieczeństwa, nawet jeśli trzeba było do niego dopłacać. Sytuacja zmieniła się dopiero gdy przestała grozić zbrojna konfrontacja - i Niemcy zaczęły swoje wydobycie stopniowo wygaszać. Łącznie do tej pory wpakowały w dotowanie górnictwa węgla kamiennego równowartość ok. 300 mld. euro, z czego w ostatnich 20 latach – 40 mld. euro. Teraz dla odmiany dotują wiatraki i inne zielone technologie – i dlatego tak zależy im na ich eksporcie, by nakłady wreszcie zaczęły się zwracać, zaś jednym z głównych odbiorców ma być Polska, ale to osobna historia.

Problem w tym, że równolegle Niemcy przystąpiły do likwidacji swojej energetyki jądrowej, a to sprawia, że elektrownie węglowe jeszcze co najmniej przez 20 lat pozostaną jednym z głównych dostarczycieli energii. Obecnie odpowiadają one za ok. 1/3 miksu energetycznego, w efekcie czego Niemcy są gigantycznym importerem węgla kamiennego. Rocznie sprowadzają grubo ponad 50 mln. ton surowca, głównie z Rosji i krajów byłego ZSRR – ale też z USA, Australii, RPA... Ponadto, wbrew pozorom, Niemcy bynajmniej nie wycofały się całkiem z wydobycia – przeniosły je po prostu w inne rejony świata. Koncern HMS Bergbau AG posiada 7 kopalń w Indonezji i 3 w RPA, a od jakiegoś czasu do swojego portfela zamierza dodać kopalnię w Polsce – w Orzeszu, gdzie ma wydobywać ok. 3 mln. ton rocznie. Mamy zatem kolejną odsłonę „zielonej hipokryzji”. To trochę tak, jakbyśmy ku uciesze ekologów mieli pozamykać nasze kopalnie – lecz tylko po to, by zainwestować w wydobycie np. na Ukrainie.

Ale to dalece nie koniec. Niemcy są bowiem największym światowym potentatem w wydobyciu węgla brunatnego. Tylko w 2016 r. wydobyły 164 mln. ton tego surowca, a w 2017 – 171 mln. ton – i nie tylko nie zamierzają przestać, lecz wciąż rozbudowują ten sektor i tworzą nowe elektrownie. Ostatnio ofiarą tej ekspansji padł prastary las Hambach, który poszedł pod siekiery na potrzeby odkrywkowej kopalni węgla brunatnego i elektrowni w Neurath należącej do koncernu RWE. Proszę to sobie porównać z histerią na punkcie naszego Bełchatowa czy wycinki Puszczy Białowieskiej. Dodajmy, że to Niemcy, a nie Polska są największymi emitentami CO2 w Europie – zarówno generalnie, jak i w przeliczeniu na jednego mieszkańca.

Niemcy zachowują się racjonalnie – OZE bywają kapryśne, a co węgiel, to węgiel. Podobnie jak racjonalne dla nich jest wykoszenie polskiej konkurencji i uczynienie nas swoim klientem. I o to w tej całej nagonce chodzi, a nie o żadne „zmiany klimatyczne”.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ekologizm jako narzędzie globalnej oligarchii pieniądza

Wrobieni w CO2

COP24, czyli eko-trolling

Global Warming Industry

Szczyt hipokryzji


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 50-51-01 (21.12.2018-10.01.2019)

Szczupak w stawie karpi

Partia rządząca potrzebuje radykalnego dyscyplinatora i recenzenta z prawej strony, by nie gnuśniała w samozadowoleniu i poczuciu zatęchłego komforciku.

I. Ożywczy ferment

Wygląda na to, że w ostatnich tygodniach na prawicy rozpoczął się nareszcie jakiś ożywczy ferment. Najpierw 27 listopada w warszawskim Sądzie Okręgowym eurodeputowany Mirosław Piotrowski złożył wniosek o rejestrację partii Ruch Prawdziwa Europa – Europa Christi. Nieco później, 6 grudnia, Ruch Narodowy i partia Wolność (Janusz Korwin-Mikke) ogłosiły powołanie koalicji wyborczej do Parlamentu Europejskiego. Widać zatem wyraźnie, że mówiąc klasykiem „coś się dzieje”. Po raz pierwszy od bardzo dawna na prawo od PiS zaczęła się tworzyć polityczna przestrzeń – niewielka, ale jednak. Jest to przede wszystkim „zasługą” partii rządzącej, która po okresie rewolucyjnego wzmożenia z czasów gabinetu Beaty Szydło, zaczęła pod rządami premiera Mateusza Morawieckiego konsekwentnie przechodzić na pozycje technokratyczno-wizerunkowe, czego dobitnym potwierdzeniem było zarówno wyjazdowe posiedzenia klubu PiS w Jachrance, jak i konwencja z soboty 15 grudnia. Otwartym tekstem ogłoszono tam zamykanie frontów i wygaszenie rewolucji, w zamian kładąc nacisk na wzrost gospodarczy, podniesienie zamożności Polaków, europeizację i modernizację. Do tego podkreślano moralną wyższość nad poprzednikami z PO (niby racja, ale przypominanie tego po 3 latach własnych rządów w stylu „oni byli gorsi” sprawia dość rozpaczliwe wrażenie) i zwrócono uwagę na kwestię komunikacji społecznej – czyli, mówiąc wprost, politycy PiS dostali zakaz wypisywania głupot w internecie. Wiele wskazuje na to, że pierwszą ofiarą tej nowej strategii wizerunkowej padła poseł Krystyna Pawłowicz, znana powszechnie z bezkompromisowości i ciętego języka. Właśnie po sobotniej konwencji ogłosiła bowiem rozbrat z polityką – musiała poczuć (lub ktoś dał jej to odczuć), że dla jej stylu aktywności publicznej nie ma już w PiS-ie miejsca, a że nie chciała być „przechrztą” lub rozłamowcem, więc postanowiła zawiesić rękawice na kołku. Szacunek, mało którego polityka byłoby na to stać.

Słowem, PiS ogłosił początek epoki „ciepłej wody w kranie”. Mamy stać się „zieloną wyspą” i „drugą Irlandią”, a Morawiecki – lepszą, patriotyczną wersją Donalda Tuska, tak jak do tej pory był „wrażliwą społecznie” wersją Balcerowicza. Poszukiwanie mitycznego „centrum” mającego zapewnić drugą kadencję samodzielnych rządów rozpoczęło się więc na całego. Owa iluzja „centrowego wyborcy” pod kątem którego należy łagodzić przekaz i szlifować różne kanty to temat na osobny tekst - tu tylko przypomnę, że w 2015 r. PiS nie wygrało dzięki centrystom (ci mieli do dyspozycji Petru i Platformę), a gdyby umiarkowany elektorat faktycznie był taką potęgą, to rządziłby dziś Gowin z PiS-em jako przystawką. Jak wiemy, jest odwrotnie.


II. Życie poza PiS-em

Niemniej, owo przesunięcie akcentów sprawiło, że zwyczajnie nie sposób dłużej skutecznie pilnować prawej flanki. Do tej pory jednym z pisowskich aksjomatów było sprawianie wrażenia, że poza PiS-em nie ma życia na prawicy i po tej stronie nie może wyrosnąć nic istotnego. Teraz pojawiły się wszelkie dane po temu, by ów stan rzeczy uległ zmianie – wszystko pozostaje w rękach prawicowego „planktonu”. Dość nerwowe reakcje przedstawicieli obozu „dobrej zmiany” na inicjatywę europosła Piotrowskiego, mocno związanego z ośrodkiem toruńskim (jego ugrupowanie jeszcze nie zdążyło zaistnieć, a już dorobiło się miana „partii ojca Tadeusza Rydzyka”), pokazują, że również w PiS-ie istnieje świadomość potencjału drzemiącego pod prawą ścianą sceny politycznej. Przy okazji, PiS zachowuje się tutaj jak pies ogrodnika – z jednej strony z absolutną premedytacją porzuca najbardziej radykalny elektorat, z drugiej zaś usiłuje nie dopuścić do tego, by ktoś inny go zagospodarował. Usłyszeliśmy więc starą śpiewkę, że nowe ugrupowania to dzielenie prawicy i torowanie drogi powrotowi do władzy „totalnej opozycji”. W podobnym duchu wypowiedział się w opiniotwórczym Klubie Ronina Józef Orzeł – że drobne partyjki niczego same nie osiągną, a uszczkną PiS-owi kluczowe kilka procent (w domyśle – właśnie po to się aktywizują przed wyborami). Wniosek z tego, że polityczna konkurencja powinna się samorozwiązać, by nie psuć Zjednoczonej Prawicy monopolu i komfortu rządzenia. Pora rozbroić ten fałszywy mit.

Otóż jako były zwolennik Korwina (potem mi przeszło) z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że wyznawca „Krula” prędzej odrąbie sobie rękę, niż zagłosuje na „socjalistów” z PiS. Zresztą, dla libertariańskich wyborców każdy oprócz Korwin-Mikkego to lewak i socjalista. Krótko mówiąc – to zupełnie odrębny elektorat, momentami rządzący się wręcz logiką sekty, z nieomylnym guru wolnego rynku na czele. Podobnie rzecz się ma z narodowcami – oni z kolei obsługują najbardziej zdeterminowanych przeciwników Unii Europejskiej, zwolenników Polexitu, dla których „PiS-PO to jedno zło”. Jak po tych wyborców miałby sięgnąć PiS, deklarujący na wyprzódki swą prounijność – doprawdy nie wiem. Prócz tego mamy również twardych prolajferów, dla których PiS byłby wiarygodny tylko wówczas, gdyby zaostrzył prawo aborcyjne – ten segment PiS właśnie definitywnie „olał”, najwyraźniej godząc się ze stratą i uznając, że zrekompensuje ją sobie z naddatkiem umiarkowanymi wyborcami. Zakaz molestowania Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji eugenicznej jest postawieniem kropki nad „i”. To są z kolei potencjalni wyborcy m.in. Marka Jurka i jego Prawicy RP, a niedługo także partii Mirosława Piotrowskiego. Do tego mamy jeszcze różne większe i mniejsze grupki prawicowych antysystemowców w rodzaju „Pobudki” Grzegorza Brauna – i to również nie są fani partii Jarosława Kaczyńskiego.

Cała ta mozaika może w moim odczuciu liczyć (przy dobrych wiatrach) na okolice pięciu procent i przekroczenie progu wyborczego – ale, podkreślmy jeszcze raz, to nie będzie 5 proc. „odebrane” PiS-owi, tylko pozbierane z rozproszonego planktonu politycznego na prawo od PiS. Warunek jest jeden – muszą się ze sobą dogadać i pójść do wyborów jedną listą, inaczej nic z tego nie będzie. Porozumienie narodowców i korwinistów jest tu pozytywnym sygnałem, choć łączy ich w zasadzie jedynie wspólny front antyunijny – mamy więc polityczne małżeństwo z rozsądku, w dobrym rozumieniu tego pojęcia. Podobnie należy ocenić przyjazne wypowiedzi kierowane pod adresem Mirosława Piotrowskiego – zarówno Ruch Narodowy, jak i Korwin-Mikke nie ukrywają, że widzą w nim przyszłego sojusznika. Swoją drogą, „odpuszczenie” sobie Radia Maryja (pewnie tu też PiS dostrzegł dla siebie jakieś wizerunkowe obciążenie) to klasyczny strzał w stopę – ale cóż, sami tego chcieli.


III. Szczupak i karpie

Na koniec winien jestem wyjaśnienie – dlaczego jako wyborca Prawa i Sprawiedliwości patrzę przychylnym okiem na nowe inicjatywy? Po pierwsze – jak wyjaśniłem powyżej, one PiS-owi nie szkodzą, zbierają jedynie głosy, których PiS nie jest w stanie (lub nie chce) zagospodarować. Po drugie, politycznie i światopoglądowo jestem gdzieś pomiędzy PiS-em a narodowcami i uważam, że Polska potrzebuje dwóch płuc polskiego patriotyzmu – zarówno tego wywodzącego się z tradycji piłsudczykowskiej, jak i endeckiej, do czego zresztą bezskutecznie nawoływałem na długo przed 2015r. Po trzecie wreszcie, partia rządząca potrzebuje radykalnego dyscyplinatora i recenzenta z prawej strony (a może i koalicjanta) – by nie rozleniwiła się i nie gnuśniała w samozadowoleniu oraz poczuciu zatęchłego komforciku. Potrzebny jest szczupak w stawie z coraz bardziej nieruchawymi, tłustymi karpiami. Do pewnego momentu wiązałem takie nadzieje z ruchem Kukiza – ale niestety, niestabilny emocjonalnie lider nie wyzbył się narowów estradowej primadonny i wydaje mu się, że można rządzić ugrupowaniem politycznym jak rockową kapelą. Dlatego, jeżeli na tych łamach zdarza mi się krytykować PiS, to właśnie z tej pozycji – wyborcy, który dostrzega u „swojej” partii niepokojące symptomy i bije na alarm. Bezkrytycznych popleczników i interesownych lizusów PiS ma na pęczki w innych redakcjach.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 51 (21-27.12.2018)

Ekologizm jako narzędzie globalnej oligarchii pieniądza

Na COP24 organizacje ekologiczne grzmiały, że należy odejść od spalania węgla do 2030 r. - czyżby właśnie w tych okolicach czasowych planowano inaugurację nowej waluty?

I. CO2 i nowy pieniądz światowy

Znany chiński ekonomista Song Hongbing w drugim tomie swojego cyklu „Wojna o pieniądz” („Świat władzy pieniądza”) postawił tezę, że ogólnoświatowa histeria na punkcie dwutlenku węgla i presja na ograniczenie jego emisji ma sprawić, że to właśnie CO2 stanie się jednym z komponentów przyszłej globalnej waluty. Po prostu, podchodząc zdroworozsądkowo do zagadnienia – szczególnie, jeśli weźmie się pod uwagę, jakie potęgi (w tym finansowe) są zaangażowane w „promowanie” CO2 i jaki nacisk polityczno-propagandowy towarzyszy kolejnym konferencjom klimatycznym – nie sposób znaleźć innego, racjonalnego wyjaśnienia. Mechanizm stojący za nowym, ogólnoświatowym pieniądzem byłby podobny do niegdysiejszych środków płatniczych opartych na parytecie złota (które zresztą ma stać się kolejną częścią składową przyszłej waluty). Ponieważ jednak sama podaż złota nie wystarczy do obsługi rozwijającej się gospodarki, więc potrzebny jest jako uzupełnienie element bardziej elastyczny, którego ilość można by kreować w zależności od bieżącego zapotrzebowania i prognoz ekonomicznych. I do tego celu dwutlenek węgla nadaje się idealnie. Aby jednak CO2 odegrał przewidzianą dla niego rolę, musi spełnić kilka warunków. Po pierwsze, należy nadać mu wartość – i temu ma właśnie służyć ograniczanie jego emisji, w ten sposób bowiem staje się poszukiwanym, rzadkim dobrem – niczym kruszec. Po drugie, jego produkcję należy uczynić przedmiotem ścisłej reglamentacji – i po to właśnie wprowadzono kwoty CO2. Po trzecie wreszcie – oba poprzednie punkty należy wprowadzić w globalnej skali, bez żadnych wyjątków. Wystarczy bowiem jedno wyłamujące się państwo, by cały projekt diabli wzięli. Mówiąc całkiem dosłownie, taki buntownik, nie stosując się do narzuconych limitów emisyjnych, odgrywałby rolę globalnego „fałszerza” pieniądza, podrywając zaufanie i obniżając jego wartość. Tutaj zatem niezbędny jest system międzynarodowych sankcji – kary finansowe, embarga, blokady inwestycyjne i polityczny ostracyzm.

Dlaczego ten nowy system finansowy jest potrzebny? Wg Songa (Song – to nazwisko, Hongbing - imię) związane jest to z nadchodzącym bankructwem systemu dolarowego, bowiem dziś to głównie dolar pełni rolę światowej waluty rozliczeniowej. Autor przewiduje krach na 2051 r. - wtedy, biorąc pod uwagę narastanie zadłużenia amerykańskiej gospodarki, odsetki przekroczą łączną wartość dochodu Amerykanów. Jednak, aby przejście na nową walutę odbyło się bez zakłóceń, powinna ona zostać wprowadzona odpowiednio wcześniej – tu przypomnijmy sobie historię euro, które „wirtualnie” funkcjonowało na długo przed wprowadzeniem go do „realnego” obiegu. USA dzięki temu zabiegowi porzuciłyby zbankrutowanego dolara, uwalniając się od długów i płynnie przesiadłyby się na nowy środek płatniczy, zachowując pozycję światowego hegemona i mając wpływ na globalny „bank emisyjny” tak, jak mają obecnie na Bank Światowy czy MFW. Oczywiście, bankiem tym zarządzaliby ci sami, co zawsze – globalna oligarchia finansowa (tak jak dziś np. FED-em), oficjalnie formując Rząd Światowy. W tym nowym porządku, rzecz jasna, krajowe waluty nie wytrzymałyby konkurencji i naporu spekulacyjnego, zatem poszczególne państwa chcąc nie chcąc przeszłyby na nowy pieniądz, pozbawiając się tym samym resztek realnej suwerenności – podobnie jak teraz podrzędne gospodarki strefy euro, tylko do n-tej potęgi.


II. Global Warming Industry

Chiński analityk start nowego pieniądza przewiduje na 2024 rok – ale akurat do tej daty nie przywiązywałbym większej wagi, równie dobrze może się wszystko nieco opóźnić. Rzecz jednak w tym, że patrząc pod kątem zarysowanej tu hipotezy, wszystko wydaje się potwierdzać. Liczące się państwa jak tylko mogą, powiększają swoje rezerwy złota (składnik nr1 przyszłego pieniądza) lub sprowadzają swe zasoby kruszcu zza granicy. Prócz posiadających największe rezerwy Stanów Zjednoczonych dotyczy to m.in. takich krajów jak Rosja, Chiny, Niemcy, Turcja. Również Polska w ostatnim czasie stara się w miarę możności powiększać swe zasoby.

Jednak najciekawsze jest to, co dzieje się z CO2. Od tego roku bowiem kwoty dwutlenku węgla zostały poddane urynkowieniu - tym samym „wypłukiwanie złota z powietrza” w postaci handlu emisjami weszło w nową fazę. Od 1 stycznia 2018 r. uprawnienia emisyjne stały się instrumentem finansowym, a co za tym idzie, fundusze inwestycyjne rzuciły się do skupowania i spekulacji. Efekt? Cena pozwoleń podskoczyła o 150 proc. - co polska gospodarka boleśnie odczuje już od przyszłego roku w postaci drastycznych podwyżek cen energii. W ten oto sposób osiągnięto cel w postaci uczynienia CO2 wartościowym, rzadkim „kruszcem”, nadającym się na „parytet” dla przyszłej waluty.

Teraz już chyba lepiej rozumiemy, skąd ten nieprzytomny zdawałoby się pęd krajów rozwiniętych do przechodzenia na „zielone” technologie i eksportowanie „brudnych” ogniw produkcji na peryferia, np. do krajów Trzeciego Świata. W nowej rzeczywistości bowiem wygranymi będą ci, którzy „oczyszczą” swą gospodarkę, zachowując rezerwy emisyjne na „eksport”, a przegranymi i wiecznymi, ubezwłasnowolnionymi dłużnikami – kraje zmuszone do ciągłego kupowania limitów CO2. To dlatego Niemcy stawiają na potęgę wiatraki, a Macron ogłasza program „transformacji ekologicznej”. I dlatego też tak bardzo znienawidzony jest Donald Trump, który odchodząc od tzw. Porozumienia Paryskiego postawił cały projekt pod znakiem zapytania.

I na tym, z grubsza rzecz ujmując, zasadza się światowa panika na punkcie „globalnego ocieplenia” kładąca główny nacisk na „dekarbonizację” i dwutlenek węgla (dodajmy, że ludzka aktywność odpowiada zaledwie za 4 proc. jego całkowitej emisji). Warto z tej perspektywy spojrzeć na tegoroczny szczyt klimatyczny COP24 w Katowicach, na którym organizacje ekologiczne grzmiały, że należy bezwarunkowo odejść od spalania węgla do 2030 r. - rzekomo, by ograniczyć wzrost temperatury do 1,5ºC. Czyżby właśnie w tych okolicach czasowych planowano inaugurację nowej waluty?

Przed Polską, niestety, rysują się kiepskie perspektywy – głównie za sprawą zaakceptowanego przez rząd Tuska unijnego pakietu klimatycznego zakładającego redukcję emisji CO2 o 20 proc. do 2020 r. Gdyby za stan bazowy przyjąć rok 1988, jak zakładał protokół z Kioto, wówczas bylibyśmy wśród wygranych – bowiem zamiast wymaganych 6 proc., obniżyliśmy (głównie za sprawą upadku PRL-owskiego przemysłu) już do 2005 r. emisję CO2 aż o 31,9 proc. - co dawało nam ogromną nadwyżkę. Niestety, UE narzuciła nam jako rok wyjścia właśnie 2005, co sprawiło, że zostaliśmy z niczym i cała poprzednia redukcja dwutlenku węgla poszła na marne. I o to zapewne właśnie chodziło, byśmy stanęli na z góry przegranej pozycji, stając się wiecznym klientem Global Warming Industry – że sparafrazuję tytuł książki Normana Finkelsteina. Zwróćmy uwagę, że mamy tu podobne sprzężenie propagandy i pasożytniczego biznesu - i kręcą się przy tym podobnego typu ludzie.


III. Droga do zniewolenia

No dobrze, ale nawet zakładając, że kraje rozwinięte dokonają pomyślnej „transformacji ekologicznej” przestawiając się na bezemisyjną gospodarkę, to cena takiego przedsięwzięcia będzie gigantyczna. Kto ją pokryje? Ci co zawsze – zwykli obywatele, o czym właśnie przekonują się Francuzi, na których rząd przerzuca koszty odchodzenia od samochodów spalinowych, co stało się przyczyną buntu „żółtych kamizelek”. Zyski natomiast mają trafić do 1 procenta najbogatszych – „warstwy przywódczej” stojącej na czele globalnych koncernów. Idealnym narzędziem tresury jest tu straszak globalnego ocieplenia głoszonego przez skorumpowane lub zastraszone śmiercią zawodową elity naukowe i eko-aktywistów rekrutujących się z cynicznych pieczeniarzy oraz zindoktrynowanych durniów. Dzieje się tak, gdyż warunkiem niezbędnym do przeprowadzenia omawianego tu planu jest wzięcie ludzkości w twarde karby, to zaś wymaga eliminacji klasy średniej – jedynej wewnątrzsterownej warstwy społecznej, mogącej stanowić w swej masie źródło oporu przeciw „nowemu, wspaniałemu światu”. Dlatego należy ją zlikwidować - spauperyzować i przygiąć do ziemi podstawowymi kosztami życia i podatkami; zmienić w bezwolną, sprekaryzowaną, wiecznie niepewną jutra masę, uzależnioną od łaski swych nowych właścicieli. Stąd podmywanie chrześcijańskiej cywilizacji - czyli sił duchowych; ogłupianie masową rozrywką i dewiacjami - czyli osłabianie sił intelektualnych; a wreszcie - pozbawianie własności, czyli niszczenie materialnych podstaw egzystencji. To wszystko już się odbywa na naszych oczach - i być może dokona jeszcze za naszego życia.

Na szczęście, w ludziach coś się budzi – rosną w siłę ruchy antysystemowe, czego najnowszym przejawem jest bunt „żółtych kamizelek”. Czy z ich rewolty coś wyniknie, czy rozpłyną się w niebycie jak ruch „Occupy Wall Street”? Dziś trudno orzec – ale warto pamiętać, że to tego typu nastroje wyniosły w Ameryce do władzy Trumpa.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wrobieni w CO2

COP24, czyli eko-trolling

Global Warming Industry

Szczyt hipokryzji


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 24-01 (19.12.2018-15.01.2019

Pod-Grzybki 144

Ekologiści w popłochu! Na katowickim szczycie klimatycznym COP24 gości przywitała... górnicza orkiestra dęta. Trzeba przyznać, że organizatorom udał się ten trolling wyśmienicie. Szkoda tylko, że nie zaśpiewała jeszcze Roksana Węgiel...


*

Trollingu ciąg dalszy. Kolejnych spazmów eko-aktywiści dostali na widok polskiej wystawy, gdzie mogli obejrzeć m.in. czarne mydło wyprodukowane z węgla. I tu ich akurat rozumiem. Pewnie pomyśleli, że polscy naziści robią mydło z Murzynów.


*

Swetru założył nową partię (wkrótce przebije Korwina) - niestety, sam nie pamięta jaką („Teraz”? „Zaraz”? „Potem”? „Mañana ”? - jak to leciało?). Na moje oko, wymaga pilnego leczenia i to u bardzo specyficznego specjalisty. Takiego od nazw(isk). Zilustruję to przykładem. Otóż różnica między lekarzem „zwykłym”, a lekarzem-psychiatrą jest taka, że „zwykły” lekarz podchodzi do łóżka pacjenta i dziarsko zagaduje: „no, jak tam się dzisiaj czujemy?” - natomiast lekarz-psychiatra podchodzi do podopiecznego i łagodnym tonem zadaje pytanie: „jak się dzisiaj NAZYWAMY?”. Odpowiedź do którego z tej dwójki powinien udać się Swetru, pozostawiam domyślności Czytelników.


*

A w tak zwanym międzyczasie Schetyna pożarł Nowoczesną. Takie prawo natury - większy pożera mniejszego, a wszak Schetyna to prawdziwy aligator. Wystarczy na niego spojrzeć, zwłaszcza gdy się uśmiecha - strach podejść, bo rękę odgryzie. Tak właśnie polują krokodyle: czyhają długi czas w bezruchu na ofiarę, po czym następuje nagły i morderczy atak. Podobnie Schetyna - poczekał cierpliwie, aż Nowoczesna podejdzie do niego na krytyczną odległość i zaatakował. Efekty widzimy: jatka, po prostu jatka... czyli taka „Kolacja Obywatelska”.


*

Wiadomości kulturalne. „Upadła Madonna z wielkim cycem” van Klompa – pamiętny obraz namalowany na potrzeby sitcomu „Allo, Allo” - poszedł właśnie na aukcji za 15 tys. funtów. No to teraz już ostatecznie wyjaśniło się, na co potrzebne było te 20 tys. zł wręczone polskim psycho-fanom serialu spod Wodzisławia przez „anonimowego darczyńcę”. Chcieli licytować obraz! Niestety, nie starczyło (chlip, chlip) – funt w tej chwili to ok. 4,7 zł. Ależ sknery w tym tefałenie – nie mogliście sypnąć trochę więcej?


*

Tymczasem we Francji zbuntowały się „żółte kamizelki” - zaczęło się od cen paliwa, a tak naprawdę poszło o całokształt rządów Macrona. „Kamizelkom” warto kibicować, nie sposób jednak nie zadać pytania: co wy w tym Makaronie widzieliście, że pobiegliście na niego głosować? Przecież na pierwszy rzut oka było widać, że ten fircykowaty wypierdek to banksterska marionetka. Co was tak w nim ujęło? Że taki ładny i ma fajną babcię?


*

Generalnie, Francuzi zachowują się niczym zawiedziona kochanka, którą padła ofiarą oszusta matrymonialnego. Wybranek trochę ją oszukał, trochę zdradził, nieco sponiewierał – i porzucił z dzieckiem. Teraz zostały im już tylko bezsilne złorzeczenia, więc łażą i pomstują: ty szujo! ty bydlaku! ty świnio!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 24-01 (19.12.2018-15.01.2019)

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Żółte kamizelki, czyli „francuska wiosna”

Podwyżka „eko-akcyzy” na olej napędowy była jedynie katalizatorem społecznego wybuchu, iskrą rzuconą na prochy narastających od dawna zbiorowych frustracji.

I. Francuska wiosna?

1723 zatrzymane osoby (w tym 1082 w Paryżu) i 118 rannych, a także trudne jeszcze do oszacowania straty finansowe – to bilans kolejnej soboty (8 grudnia) z protestami ruchu „żółtych kamizelek” we Francji. Wg francuskiego MSW łącznie w demonstracjach wzięło udział ok. 136 tys. obywateli – czyli liczba porównywalna z tą sprzed tygodnia, co oznacza, że uliczna rewolta póki co nie słabnie. Wszystko to powoduje, że nawet do mainstreamowych mediów powoli przebija się świadomość, że nie jest to bynajmniej wyłącznie sprzeciw wobec podwyżki cen paliw. Do tej pory słyszeliśmy głównie lekceważącą narrację w stylu: no tak, typowy francuski protest „roszczeniowy”, jakich w tym kraju odbywa się co najmniej kilka w ciągu roku – w domyśle, Francuzom poprzewracało się w głowach od dobrobytu. Tym razem jednak - co na początku zlekceważyli zarówno komentatorzy, jak i władze – ludzi nie wyprowadziły na ulice wielkie centrale związkowe, nie jest to też typowa rozróba „inżynierów i lekarzy” ubogacających kulturowo paryskie przedmieścia (choć i oni częściowo podłączyli się pod protesty, węsząc okazję do demolki). W przypadku „żółtych kamizelek” mamy do czynienia z czymś z gruntu odmiennym jakościowo – wkurzeni obywatele skrzyknęli się oddolnie, m.in. za pośrednictwem internetu, co zaowocowało masowym ruchem społecznym.

Jeżeli już szukać tu jakichś analogii, to bardziej do specyfiki tzw. arabskiej wiosny, tym bardziej, że w Tunezji i Egipcie także zaczęło się od eskalacji niezadowolenia z powodu marnych perspektyw życiowych – wysokich cen, niskich zarobków, bezrobocia itd. Zgadzają się nawet takie szczegóły, jak pora roku (rewolucje w płn. Afryce również wybuchły na przełomie jesieni i zimy) oraz to, że rozruchy miały miejsce w reżimach autorytarnych. Tu warto pamiętać, że nominalnie „demokratyczna” Francja jest od czasu islamistycznych zamachów w listopadzie 2015 r. krajem permanentnego stanu wyjątkowego. Wprawdzie formalnie stan wyjątkowy zniesiono z początkiem listopada 2017 r. - lecz tylko dlatego, że gros rozwiązań „nadzwyczajnych” (szczególnie dotyczących uprawnień służb) przeniesiono specjalną ustawą do „codziennego” porządku prawnego. No i wreszcie, w obu przypadkach do postulatów socjalno-bytowych szybko dołączyły żądania polityczne. Ciekawy staje się też potencjał „transgraniczny” - w sobotę 8 grudnia doszło do starć belgijskich „żółtych kamizelek” z policją w Brukseli, gdzie demonstranci domagali się dymisji premiera Charlesa Michela i próbowali się wedrzeć do rządowych budynków oraz Parlamentu Europejskiego (bilans – 74 aresztowanych, 12 rannych policjantów i kilka spalonych samochodów). Nawiasem, mniej więcej w tym samym czasie rząd Michela utracił parlamentarną większość wskutek wycofania się z koalicji Nowego Sojuszu Flamandzkiego sprzeciwiającego się podpisaniu przez Belgię ONZ-owskiego paktu migracyjnego. Robi się ciekawie...


II. Bunt przeciw elitom

Powyższe sprawia, że media lewicowo-liberalne zabierają się do omawiania wydarzeń we Francji jak pies do jeża – relacjonują „zajścia” i „incydenty”, jak ognia unikając szerszej interpretacji. Początkowa wersja o rozpieszczonych kierowcach, którzy nie chcą płacić więcej za paliwo nie wytrzymała konfrontacji z rzeczywistością, podobnie jak próby przypisania protestów „populistom” i „skrajnej prawicy”. Dziś, gdyby zapytać przeciętnego leminga, kto ma rację – Macron, czy „żółte kamizelki”, to zawiesi mu się system wskutek iskrzących na stykach sprzeczności. Z jednej strony bowiem jest „słuszny” prezydent, forsujący „proekologiczne” rozwiązania i optujący za europejskim super-państwem, z drugiej zaś mamy równie słuszny „gniew ludu”, łączący (przynajmniej chwilowo) ponad politycznymi podziałami zarówno zwolenników Marine Le Pen, jak i skrajną lewicę spod znaku Antify czy socjalisty i niedawnego kandydata na prezydenta Jean-Luc Melenchona. Ostatnio więc liberalne elity próbują nowego wytrychu – za protestami mianowicie ma stać pragnący zdestabilizować Europę Putin i jego armia internetowych trolli. Dziwnym trafem, gdy podczas rewolucji w krajach arabskich wskazywano na analogiczną rolę francuskich (był to okres, gdy Sarkozy roił o „Unii Śródziemnomorskiej” pod przewodnictwem Paryża) i amerykańskich służb, to takie głosy z miejsca zakrzykiwano medialnym jazgotem. Owszem, putinowskie trolle mogły skorzystać z okazji do podgrzewania atmosfery (francuskie służby zabrały się nawet do prześwietlania ok. 200 kont na Twitterze mających jakoby rozsiewać fake newsy) – ale to wątek marginalny. Z pewnością zaś przyczyna rewolty nie leży w moskiewskiej prowokacji – podobnie jak podwyżka „eko-akcyzy” na olej napędowy była jedynie katalizatorem społecznego wybuchu, iskrą rzuconą na prochy narastających od dawna zbiorowych frustracji.

W istocie bowiem ruch „żółtych kamizelek” jest klasycznym buntem przeciw nachapanym elitom, które oderwały się od społeczeństwa. Trzonem protestu nie są tutaj zawodowi politycy czy aktywiści, lecz zwykli obywatele, przytłoczeni rosnącymi kosztami życia i brakiem perspektyw, na których barki spycha się większość kosztów funkcjonowania państwa, dając coraz mniej w zamian. Wpisuje się to w ogólnoświatowy trend ubożenia klasy średniej na który składa się m.in. stagnacja realnych płac i malejąca siła nabywcza, prekaryzacja rynku pracy, rosnące obciążenia fiskalne i ceny, postępujący zanik małych i średnich przedsiębiorstw – co skutkuje chociażby zjawiskiem „pracujących biednych”. Tylko w ciągu ostatniego roku cena paliwa we Francji wzrosła o 23 proc., co najboleśniej dotyka mieszkańców prowincji, skazanych na poruszanie się własnymi samochodami. I tym ludziom prezydent nagle oznajmia, że mają płacić jeszcze więcej, bo są „nieekologiczni”, a rząd dopłaci im, by przesiedli się do samochodów elektrycznych i hybrydowych, które nawet mimo „zapomogi” są niedostępne cenowo dla kieszeni przeciętnego obywatela. Goryczy dopełnia fakt, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat francuskie władze promowały właśnie samochody dieslowskie, jako oszczędniejsze i mniej paliwożerne, wskutek czego stanowią one 62 proc. pojazdów we Francji. Natomiast teraz obywatele słyszą: „nie stać was na diesla? jeździjcie hybrydami” - co jako żywo przypomina słynne „nie mają chleba? niech jedzą ciastka”.


III. Égalité!

Nic dziwnego, że motywowaną ekologicznie zapowiedź podniesienia akcyzy potraktowano jako przejaw oderwania paryskich elit od rzeczywistości. Ale przyczyn jest więcej. Ludzie odczuwają na własnej skórze finansową bezkarność globalnych korporacji, skutecznie ukrywających dochody w rajach podatkowych – bo powstałą dziurę łata się z kieszeni tych, którzy nie mogą pozwolić sobie na „optymalizację”. Z kolei chociażby lokowanie kapitału przez międzynarodowy biznes w nieruchomościach powoduje wzrost czynszów i „wypychanie” dotychczasowych mieszkańców na coraz dalsze przedmieścia. Z przewijających się w mediach wypowiedzi protestujących przebija poczucie, że wielkie korporacje zblatowane z rządem załatwiają swoje interesy ich kosztem, politycy (i generalnie, elity) żyją w złotych klatkach, a podział dochodu narodowego oraz obciążeń publicznych jest skrajnie nierównomierny. „Żółte kamizelki” zgłosiły 45 postulatów – jak to w takich przypadkach bywa, jest to swoisty „koncert życzeń”, jednak można z nich wyłuskać racjonalne jądro sprowadzające się do zwiększenia wpływu obywateli na władzę i stanowienie prawa, racjonalizacji świadczeń społecznych (co ewidentnie godzi w „zasiłkowych” migrantów), doinwestowania prowincji, ochrony krajowego rolnictwa czy ograniczenia rozmaitych przywilejów władzy oraz poszczególnych grup zawodowych, a także wymuszenia większej solidarności podatkowej.

Póki co, władza zastosowała podwójną taktykę: z jednej strony brutalną pacyfikację protestów, z drugiej – przeczekanie obliczone na zmęczenie materiału. Ciekawe, czy się nie przeliczy – w końcu, Francuzi na rewolucjach znają się jak mało kto.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 50 (14-20.12.2018)

Global Warming Industry

Walka z emisją CO2 sprowadza się do eksportu najbrudniejszych etapów produkcji na drugi koniec świata, by potem chwalić się „czystą” i „niskoemisyjną” gospodarką.

Trwające we Francji protesty „żółtych kamizelek” wyjątkowo dobrze „rymują się” z tegorocznym szczytem klimatycznym COP24 w Katowicach. Oba wydarzenia bowiem doskonale obrazują skalę hipokryzji wokół kwestii globalnego ocieplenia i wyrosłe na tejże różnorakie biznesy składające się na „Global Warming Industry” - że sparafrazuję tytuł znanej książki Normana Finkelsteina. Zacznijmy od Francji. Otóż w ubiegłym roku tamtejszy rząd ogłosił, że do 2040 r. wprowadzony zostanie całkowity zakaz sprzedaży samochodów spalinowych – cała Francja ma się przesiąść na pojazdy elektryczne i hybrydy. Częścią tej strategii są podwyżki podatku TICPE – czyli akcyzy od produktów energetycznych, głównie pochodnych ropy (od 2014 również węgla) - w tym ta ostatnia, która wywołała masowe protesty. Sęk w tym, że od lat 50. minionego wieku francuski rząd wspierał „diesle” (w tym Emmanuel Macron, jako minister za prezydentury Hollande'a), wskutek czego przytłaczająca większość samochodów we Francji jeździ dziś na oleju napędowym.

Oczywiście, odejście od ropy tłumaczone jest potrzebą redukcji CO2 i smogu, a że ceny hybryd i elektryków są dla większości konsumentów zaporowe, więc postanowiono zastosować metodę kija i marchewki – uderzenie po kieszeni wzrostem cen paliwa połączone z oferowaniem dopłat do „ekologicznych” samochodów. Tyle, że mimo dopłat, obywateli na zakup „elektryka” tak czy inaczej nie stać (często nie stać ich na nowego „ropniaka”, więc o czym tu mowa), a podwyżki na stacjach codziennie czyszczą im portfele. Tajemnicą poliszynela jest, że koncerny motoryzacyjne, które zainwestowały w nowe technologie, nigdy nie odbiją sobie kosztów, jeżeli ludzi nie zmusi się do kupna ich produktów – stąd histeria wokół „emisji” i nacisk na rządowe dopłaty (pouczający jest tu przykład Elona Muska, który dostał ataku wściekłości, gdy duński rząd zrezygnował z dotowania zakupu aut elektrycznych, a sprzedaż poleciała na łeb) przy jednoczesnym milczeniu na temat strat środowiskowych związanych chociażby z produkcją baterii litowo-jonowych. Wg raportu Szwedzkiego Instytutu Środowiska każda kilowatogodzina pojemności takiego akumulatora „kosztuje” w procesie produkcyjnym od 150 do 200 kg wyemitowanego CO2 – do czego należy doliczyć jak najbardziej „kopalniane” pozyskiwanie litu z solnisk (plus wydobycie kobaltu i niklu) i całą resztę cyklu produkcyjnego. Przypomina to jako żywo słynną sprawę wymiany żarówek tradycyjnych na „energooszczędne” (za to wielokrotnie droższe) pod wpływem lobbyingu producentów. Pytanie za milion – ile energii dzięki temu „zaoszczędzono”?

Inny przykład, to biopaliwa, które również są jednym z powodów francuskich protestów. W teorii biokomponenty miały ograniczyć wydobycie paliw kopalnych, przyczyniając się do ochrony środowiska. W praktyce natomiast pod uprawy roślin oleistych, głównie palm olejowych, likwiduje się całe połacie lasów tropikalnych, nieodwracalnie dewastując naturalne środowisko. Taki los spotyka w tej chwili ogromne obszary Indonezji i Malezji, gdzie grunty pod nowe plantacje pozyskuje się metodą masowego wypalania lasów – i w przeciwieństwie do teorii antropogenicznych przyczyn globalnego ocieplenia, jest to widoczne gołym okiem. Plantacje palm olejowych to 27 mln ha, a ich areał wciąż jest powiększany, zaś rabunkowa gospodarka skutkuje m.in. zaburzeniem gospodarki wodnej oraz zatruciem wód i gleb (niekontrolowane używanie środków chemicznych, w tym pestycydów) o wymieraniu zagrożonych gatunków nie wspominając.

Jednak francuski parlament, m.in. pod naciskiem koncernu Total, przygotowuje ustawę zezwalającą na import tego świństwa. Czyli z jednej strony „walczymy z ociepleniem” i uderzamy podwyżkami akcyzy w najmniej zamożnych, by nie smrodzili dieslami, z drugiej zaś - „sponsorujemy” import surowca przyczyniającego się do zniszczeń i emisji CO2 w innej części świata. Dodać należy, że bezpośrednio godzi to we francuskich farmerów uprawiających rzepak – inny biokomponent paliw – którego Francja jest obecnie największym producentem w Europie, dlatego w protestach „żółtych kamizelek” masowo biorą udział również rolnicy. Jak rozumiem, dla Totala francuski olej rzepakowy był zbyt drogi, więc użył swoich wpływów, by rządzący poszli mu na rękę. I teraz kolejna zagadka – czy paliwo z olejem rzepakowym byłoby droższe czy niekoniecznie, gdyby nie podwyższać „ekologicznej” akcyzy?

I tak jest niemal ze wszystkim, jeśli tylko nieco się poskrobie - „walka z emisją CO2” (abstrahując już od jej generalnej sensowności) sprowadza się do robienia świętoszkowatych min i eksportu najbrudniejszych etapów produkcji na drugi koniec świata, by potem chwalić się „czystą” i „niskoemisyjną” gospodarką. Kosztów tej ekologicznej ciuciubabki nie ponoszą jednak najwięksi truciciele, czyli globalne koncerny – one mają swoich polityków i swoje raje podatkowe. Ponoszą je zwykli ludzie – zarówno ci w Indonezji, jak i w Europie.

Z nagonką na polski węgiel jest podobnie – ale o tym już za tydzień.

CDN.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

COP24, czyli eko-trolling

Wrobieni w CO2

Zielony szwindel nie przeszedł w Hamburgu

Szczyt hipokryzji


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 49 (14-20.12.2018)

wtorek, 11 grudnia 2018

Koniec rewolucji?

Na polskiej scenie politycznej brakuje liczącego się ugrupowania na prawo od PiS, które odgrywałoby rolę szczupaka w stadzie karpi, mobilizując do działania.

I. Taktyczne ustępstwo?

Pragnę zwrócić uwagę wysokiej izby, że wycofywanie się ze słusznych reform w obszarze wymiaru sprawiedliwości, pod naciskiem instytucji unijnych wykorzystanych do walki politycznej, wyznacza granice naszej suwerenności w bardzo nieciekawym miejscu” - te słowa posłanki Anny Siarkowskiej wygłoszone z sejmowej trybuny podczas dyskusji nad „denowelizacją” ustawy o Sądzie Najwyższym mogą służyć za podsumowanie fiaska „rewolucyjnego” etapu rządów Zjednoczonej Prawicy. Nie dziwi więc, że Jarosław Kaczyński schodzącej z mównicy pani poseł znacząco pogroził palcem. Oczywiście, przywrócenie emerytowanych sędziów z (eks)prezes Gersdorf na czele przedstawione zostało jako taktyczny manewr, „krok do tyłu” mający umożliwić „dwa kroki wprzód” czy wręcz majstersztyk neutralizujący Brukselę oraz narrację totalnej opozycji o „polexicie” i wygaszający jeden z gorących frontów przed przyszłorocznymi wyborami. I można by nawet od biedy takie tłumaczenie przyjąć, gdyby owo rzekome „taktyczne ustępstwo” nie wpisywało się w szerszą tendencję.

W zasadzie, należałoby zacząć od weta prezydenta Dudy z lipca 2017 wobec ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa. To wtedy po raz pierwszy z pełną jaskrawością okazało się, że drużyna „dobrej zmiany” nie jest bynajmniej jednorodna i w pełni zdeterminowana by pogrzebać „republikę okrągłego stołu”, że pod dywanem buzują partykularne ambicje, walka o władzę i wpływy, wreszcie – że dalece nie wszyscy dorośli charakterologicznie do twardej walki o polskie interesy. Symbolem chwiejnej postawy stał się nasz „Hamlet belwederski”, podejmujący decyzję o wecie pod wpływem telefonicznej rozmowy z Angelą Merkel, ulicznych protestów i nacisków prawniczego establishmentu - o groteskowym zasłanianiu się opinią Zofii Romaszewskiej nie wspominając. Skutki tego fatalnego kroku były dwojakie – raz, że reforma sądownictwa odwlekła się w czasie (dziś już byłoby dawno „pozamiatane”); dwa – okazało się, że można obóz PiS rozgrywać od środka i skutecznie grillować.

Kolejnym błędem była rekonstrukcja rządu z przełomu 2017 i 2018 roku. Tłumaczenie było takie, że Mateusz Morawiecki będzie lepiej odbierany w Brukseli, międzynarodowych kręgach gospodarczych i generalnie na światowych salonach. Rychło okazało się, że były to złudzenia. Komisja Europejska nie cofnęła się ani o krok, podobnie Berlin, jasno dający do zrozumienia za pośrednictwem swych mediów, że oczekuje od nas wyłącznie bezwarunkowej kapitulacji. Po prostu, jedyna Polska, jaka interesuje Europę, to Polska kolonialna, podporządkowana politycznie i gospodarczo „centrali” i zainteresowane ośrodki nie spoczną, dopóki nie przywrócą pożądanego z ich punktu widzenia stanu rzeczy - tym bardziej, że na miejscu mogą liczyć na V kolumnę targowiczan i folksdojczów. Tego nie da się odwrócić wizerunkowymi sztuczkami.


II. Wygaszanie rewolucji

Potem poszło już z górki. Zaczęliśmy wysyłać światu kolejne sygnały, że wystarczy na nas zdrowo huknąć, postraszyć „kryzysem relacji”, „pogorszeniem stosunków”, jakimiś bliżej nieokreślonymi „konsekwencjami” i „sankcjami”, byśmy podkulili ogon pod siebie równie skwapliwie, jak wcześniej zarzekaliśmy się, że nikt nie będzie mieszał się w nasze wewnętrzne sprawy. Efektem były kolejne większe i mniejsze rejterady – a to w sprawie nowych wzorów paszportów z których wycofano Ostrą Bramę i Cmentarz Orląt Lwowskich pod naciskiem naszych „strategicznych sojuszników” z Litwy i Ukrainy; to cofnięcie art. 55a ustawy o IPN dogadywane w placówkach Mossadu; zamrożenie kwestii reparacji wojennych od Niemiec; wycofanie się rakiem z postulatu repolonizacji mediów; wreszcie – niedawna „denowelizacja” ustawy o Sądzie Najwyższym. W tym kontekście absolutnie nie dziwią ostatnie wyskoki ambasador Mosbacher – skoro na szczytach władzy mógł się tyle czasu ostentacyjnie panoszyć nasz „przyjaciel” sierżant Jonny Daniels... Jak mawiał Kisiel – to nie kryzys, to rezultat. Nawet kwestia relokacji migrantów na poziomie unijnym umarła śmiercią naturalną głównie ze względu na zmianę ogólnoeuropejskich nastrojów i wzrost popularności ugrupowań antysystemowych. Za to już sami, z własnej woli, po cichu zezwoliliśmy pod naciskiem lobby biznesowego na masowe sprowadzanie migrantów ekonomicznych – i to bynajmniej nie tylko z Ukrainy.

Wszystko to składa się na obraz końca rewolucji, która nawet, poza retorycznymi szarżami, nie zdążyła się na dobre rozpocząć. I tu pytanie: na co liczy PiS? Że „totalni” i zagranica dadzą mu spokój? Otóż nie, nie dadzą. Wracając jeszcze do sprawy reformy sądownictwa, od której zaczęliśmy. Na pozór ustępstwo jest niewielkie: wracają starzy sędziowie, ale jest przecież nowa KRS, do tego Izba Dyscyplinarna oraz Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Tyle, że to nie kończy sprawy, a Bruksela nie odpuści. Wiadomo już, że Komisja Europejska nie zamierza wycofać się z procedury „kontroli praworządności”. Co więcej, idę o zakład, że im bliżej wyborów, tym grillowanie rządu będzie narastać w akompaniamencie wrzasków o „polexicie” – przedsmak mieliśmy w tym roku przed wyborami samorządowymi. O to, by nie zabrakło pretekstów zadba miejscowa „nadzwyczajna kasta” - już teraz NSA wysłał do TSUE dwa pytania prejudycjalne, tym razem godzące w obecną Krajową Radę Sądownictwa. Nie łudźmy się - ten spektakl będzie trwał dopóki cała reforma nie zostanie spacyfikowana.

Rząd PiS jest dla Brukseli ciałem obcym, błędem w matrixie – a ostatnie ustępstwo sprawiło jedynie, że wszystkie „guye” i timmermansy zwietrzyły krew, podobnie jak antypolskie ośrodki ulokowane na krajowym podwórku. Nie spoczną, dopóki ów „błąd” nie zostanie „naprawiony”, a w Polsce nie wrócą do władzy ci, co trzeba. A my, godząc się na dowolną, rozszerzającą wykładnię „wartości europejskich”, sami wkładamy im w ręce narzędzia. Jak to możliwe, że nawet nie próbowaliśmy powołać się na opinię Służby Prawnej Rady UE z 27 maja 2014 podważającej umocowanie traktatowe procedury kontroli praworządności? Dlaczego w postępowaniu przed TSUE nie podnieśliśmy tzw. protokołu brytyjskiego do którego przystąpiliśmy przed ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego, i który – przypomnę – miał nas uchronić przed uroszczeniami unijnego trybunału? Czy nikt nie widzi, że godząc się na uznanie polskich sędziów sędziami „unijnymi” otwieramy na oścież wrota do kolejnych, coraz dalej idących ingerencji w nasze wewnętrzne sprawy? Na dodatek, nasze ustępstwa przypadają na czas, gdy rośnie nacisk na likwidację państw narodowych, co niedawno otwartym tekstem ogłosiła Angela Merkel, mówiąc, że „państwa narodowe powinny być gotowe do przekazania suwerenności”.


III. Po co nam PiS?

Poza wszystkim, PiS popełnia ogromny błąd polityczny na arenie krajowej. Przypomnę, że dopóki rząd stawiał się twardo Brukseli to słupki poparcia rosły, a „totalni” z PO i Nowoczesnej dołowali, jako sprzedawczycy donoszący na własny kraj. Co gorsza, PiS dał się zaszantażować opozycyjną narracją o „polexicie” i na wyprzódki rzucił się udowadniać, że nie jest wielbłądem. Tymczasem Polacy, owszem, są prounijni – ale tylko wtedy, gdy Polska jest w Unii krajem podmiotowym i ma coś do powiedzenia, co przed dwoma laty musiała z troską przyznać nawet sorosowska Fundacja Batorego w raporcie „Polacy wobec UE: koniec konsensusu”.

Słyszymy, że teraz czas na wygaszanie konfliktów, bo w przyszłym roku mamy podwójne wybory – tak, tyle że z kolei w 2020 będą wybory prezydenckie i znów nie będzie dobrej pory na konfliktogenne reformy, a jeszcze później... obóz „dobrej zmiany” będzie już tak zużyty (i zdeprawowany) władzą, że zwyczajnie nie będzie mu się chciało czegokolwiek ruszać. A pretekst do zaniechań zawsze się znajdzie. Widać, jak bardzo brakuje na polskiej scenie politycznej liczącego się ugrupowania na prawo od PiS, które odgrywałoby rolę szczupaka w stadzie karpi, mobilizując do działania. Bo bez radykalnych zmian, z „wygaszoną” rewolucją, po co nam PiS? Żeby mógł sobie porządzić?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Repolonizacji mediów nie będzie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 49 (07-12.12.2018)