Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kampania prezydencka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kampania prezydencka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2020

„Kura” wyleciał z kurnika?

Większość elektoratu PiS głosuje na tę partię nie dzięki Kurskiemu, ale POMIMO tej topornej i paździerzowej sieczki serwowanej przez „Kurę” i jego podwładnych.

I. Łańcuch błędów

Zagadka: co się robi w momencie, gdy na dobre rozkręca się kampania wyborcza? Odpowiedź: wywołuje się wojenkę domową we własnym obozie politycznym. Do takich wniosków można dojść obserwując awanturę wokół podpisania przez prezydenta Andrzeja Dudę ustawy abonamentowej i dymisji Jacka Kurskiego. Ostatni raz tak spektakularne i rozgrywane na oczach opinii publicznej frontalne starcie w obozie władzy mieliśmy przy okazji sporu pałac prezydencki – rząd, zakończonego dymisją Antoniego Macierewicza. Tyle, że wtedy PiS nie miał na karku kluczowych wyborów. Teraz buldogi znów wylazły spod dywanu i zaczęły się żreć na oczach wyborców. Ktoś chyba doszedł do wniosku, że jest za dobrze i trzeba sobie pogorszyć notowania. Zwróćmy uwagę - „totalnej opozycji” udało się sprawić rękoma samego PiS, by kwestia rekompensaty dla mediów publicznych, będąca dotąd sporem na linii rząd-opozycja, przekształciła się w wewnętrzny konflikt w szeregach Zjednoczonej Prawicy. Mistrzowie, po prostu mistrzowie...

Mamy tutaj do czynienia z całym łańcuchem błędów. Błędem numer jeden było procedowanie ustawy o rekompensacie dla mediów publicznych w przededniu kampanii prezydenckiej. Nikt nie przewidział konfliktogennego potencjału takiego ruchu? Owszem, TVP i Polskiemu Radiu należy się wyrównanie utraconych wpływów z abonamentu – ale tę sprawę trzeba było załatwić albo zaraz po wyborach parlamentarnych, albo poczekać z nią do zakończenia wyborów prezydenckich. Przez te kilka miesięcy TVP by nie zbankrutowała – w ostateczności mogłaby się poratować linią kredytową w banku. Tymczasem PiS podał opozycji na tacy znakomity temat do „grzania”, na dodatek okraszony bonusem w postaci „palca” posłanki Lichockiej. Wymarzony pretekst do urządzania demagogicznej małpiarni, co opozycja natychmiast wykorzystała, podbijając stawkę nośnym społecznie żądaniem przekazania tych 1,95 mld. zł. „na onkologię” (przy czym do opinii publicznej jakoś nie przebiła się informacja, że „zapomoga” dla mediów publicznych zostanie wypłacona nie jako żywa gotówka, lecz w formie obligacji do spieniężenia w kolejnych transzach).

Błędem numer dwa było podesłanie uchwalonej w takiej atmosferze ustawy rozpoczynającemu kampanię Andrzejowi Dudzie „do wykonu”, nawet bez prób pozorowania jakichkolwiek konsultacji. To ważne, bo taka symboliczna nasiadówka w Pałacu Prezydenckim stanowiłaby komunikat, że ustawa jest efektem szerokiego porozumienia w obozie władzy. Można było nawet urządzić teatrzyk, na zasadzie – rząd/parlament chce dla TVP, dajmy na to, 3 mld. zł., na co Duda odpowiada – nie, to za dużo, dajmy 2 mld. I w ten sposób kwota, jaka miała i tak od początku trafić do państwowych mediów, jawiłaby się jako efekt kompromisu, co pozwoliłoby Andrzejowi Dudzie zaznaczyć swą podmiotowość i zachować twarz. Tymczasem PiS postawił stojącego u progu kampanii prezydenta w wyjątkowo niezręcznej sytuacji, podsyłając mu „zgniłe jajeczko” i traktując go tym samym niczym „Adriana” - „człowieka-długopis” rodem z memów „Soku z Buraka”.

Na powyższe nakłada się dodatkowo „błąd pierworodny” - czyli chroniczna niemożność uchwalenia ustawy medialnej, która załatwiłaby kwestię finansowania i statusu publicznych mediów raz na zawsze, bez konieczności corocznej łataniny ich budżetu subwencjami (bo rekompensaty przyznawano również w poprzednich latach). Była na to cała kadencja, a zajmować się tym miał osobiście szef Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański.


II. „Kurnik” TVP

Żeby nie było, że odpowiedzialnością obarczam jedynie stronę partyjno-rządową. Andrzej Duda również mógł się powstrzymać przed żądaniem dymisji Jacka Kurskiego, a ustawę chociażby skierować do Trybunału Konstytucyjnego, gdzie przeczekałaby sobie spokojnie do końca maja. Ale nie – nagła szansa na uwalenie nielubianego „Kury” okazała się zbyt kusząca. Kto wie, kiedy znów trafiłaby się taka okazja? Bóg mi świadkiem, że nie należę, delikatnie mówiąc, do fanów Jacka Kurskiego i topornego stylu jaki prezentuje zarządzana przez niego TVP – ale moment, podobnie jak z uchwaleniem ustawy abonamentowej, był najgorszy z możliwych.

Generalnie, wokół TVP i Kurskiego zbiegają się linie najróżniejszych podziałów i sprzecznych interesów. Do zaprzysięgłych wrogów Kurskiego należą chociażby wspomniany wyżej Krzysztof Czabański i Joanna Lichocka (członek pięcioosobowej Rady Mediów Narodowych). Przypomnijmy, że ta dwójka już w sierpniu 2016 r. usiłowała przeprowadzić medialny „pucz”, doprowadzając do odwołania Jacka Kurskiego z funkcji prezesa TVP. Trzeba było osobistej interwencji Jarosława Kaczyńskiego, by RMN wycofała się rakiem ze swej decyzji i to w dość kuriozalny sposób: formalnie odwołany Kurski pozostał p.o. prezesa do czasu „konkursu” na stanowisko szefa TVP, który to „konkurs” wygrał – cóż za niespodzianka – tenże Jacek Kurski... Nic więc dziwnego, że od tamtego blamażu stronnictwo Czabańskiego dyszało żądzą zemsty – a że Andrzej Duda dał im sposobność, by „Kurę” utrącić, to skwapliwie z niej skorzystali. Czabański w ekspresowym tempie zarządził korespondencyjne głosowanie – i wszystkich pięciu członków Rady Mediów Narodowych zagłosowało za odwołaniem prezesa TVP. Wytworzył się przy tym egzotyczny sojusz między „pisowcami”, a przedstawicielami opozycji – Juliuszem Braunem i Grzegorzem Podżornym (z ramienia Kukiz'15). Fajnie się bawią, nie ma co...

Komu natomiast potrzebna była „kurska” TVP? Przede wszystkim okołopisowskim ośrodkom medialnym, które z dotychczasowego rozdania czerpały swoje partykularne korzyści – to ich przedstawiciele brylowali na antenie, reklamując przy tym siłą rzeczy swoje media. Wystarczy prześledzić z których redakcji w ostatnim czasie podnosiły się najmocniejsze głosy w obronie aktualnego układu. Z całą pewnością natomiast TVP w swej obecnej formule nie była potrzebna widzom – również elektoratowi PiS (który i bez tego ma sprecyzowane poglądy), a już w szczególności mitycznemu „umiarkowanemu wyborcy”. Większość elektoratu PiS głosuje na tę partię nie dzięki Kurskiemu, ale POMIMO tej topornej i paździerzowej sieczki serwowanej przez „Kurę” i jego podwładnych. Wszystkie badania pokazują, że elektorat PiS (w odróżnieniu od wyborców „totalnych”, nie oglądających niczego poza TVN) jest najbardziej pluralistyczny i otwarty - ogląda nie tylko „Wiadomości”, ale również „Fakty” TVN i „Wydarzenia” Polsatu. Słowem, konfrontuje różne punkty widzenia i nie pozwala robić sobie wody z mózgu. Traktowanie tych ludzi jak „ciemnego ludu”, któremu trzeba wbić partyjny przekaz do głów młotkiem, jest dla nich zwyczajnie obraźliwe. Biorąc to pod uwagę, nie dziwi, że Andrzej Duda wolał się od „kurnika” TVP dystansować (zresztą z wzajemnością).


III. Bądźmy mądrzejsi od politykierów

Zadziwiająca jest przy tym słabość, jaką ma do Kurskiego Jarosław Kaczyński, który najwyraźniej wierzy, że taka medialna kłonica jest niezbędna do mobilizowania „żelaznego elektoratu”. Rzecz zdumiewająca tym bardziej, że jak dotąd jedyną namacalną „zasługą” Kurskiego było... wypromowanie Konfederacji – czyli konkurenta przełamującego monopol PiS po prawej stronie. Jego TVP bojkotowała i oczerniała polityków „Konfy” tak konsekwentnie, że w końcu osiągnęła efekt przeciwny do zamierzonego. Kaczyński dotąd zdawał się pozostawać na to wszystko ślepy - ale nawet Naczelnik musiał jednak poświęcić swego protegowanego w imię zażegnania politycznego kryzysu.

Cały ten konflikt pokazuje, jak wiele złej krwi nagromadziło się w minionych latach w obozie Zjednoczonej Prawicy. Tam literalnie nikt nikomu nie ufa, poszczególne frakcje gryzą się między sobą jak wściekłe psy – i wystarczył stosunkowo niewielki detonator, by wszystko to wylało się na widok publiczny. Jeżeli poszczególnych politykierów i koterii nie powstrzymała przed skoczeniem sobie do oczu nawet perspektywa absolutnie kluczowych wyborów, to znaczy, że jest naprawdę niedobrze – i cała nadzieja, że w maju wyborcy okażą się mądrzejsi od własnych wybrańców.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Lichocka do szafy!

Finansowanie mediów publicznych – do zmiany

Media państwowe, nie „publiczne”

Zrobieni w abonament


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 11 (13-19.03.2020)

niedziela, 23 lutego 2020

Lichocka do szafy

Szczęście w nieszczęściu, że obecny skandal wydarzył się jeszcze przed startem kampanii w której – o zgrozo – Joanna Lichocka była ponoć typowana na rzeczniczkę sztabu wyborczego, a więc na jedną z głównych „twarzy” obozu Andrzeja Dudy. Uff... opatrzność czuwa.


I. Middlefingergate

Miliony przeznaczone na spektakularną konwencję, spoty i billboardy; sztab ludzi formatujących przekaz kampanii i wizerunek kandydata; specjaliści od piaru i wyborczych strategii; tysiące kilometrów do przejechania po całej Polsce, by dotrzeć do każdego powiatu, a niekiedy wręcz poszczególnych gmin i sołectw – i dosłownie na chwilę przed odpaleniem tej machiny wychodzi taka Lichocka cała na biało, by z pełnym samozadowoleniem pokazać w Sejmie „fucka”... Cały wysiłek jak krew w piach. Takie mniej więcej refleksje mogły najść sztab Andrzeja Dudy i kierownictwo PiS po spektakularnym wyczynie posłanko-dziennikarki Joanny Lichockiej, która po wygranym głosowaniu w sprawie 2 mld. zł. dla TVP prostu nie mogła się powstrzymać, by nie pokazać triumfalnie opozycji środkowego palca. Na to nałożyły się później sztubackie (by nie powiedzieć dosadniej) tłumaczenia, jakoby rzeczonym palcem jedynie „poprawiała sobie oko”, a cała afera jest winą niefortunnej stop-klatki. Gorzej – na uwagi internautów, nawet tych sprzyjających PiS-owi poszedł przekaz, że dali się „zmanipulować” wrażej propagandzie. Doprawdy, nie wiem, co gorsze – sam gest, czy późniejsze żenujące próby „odkręcenia” i mydlenia oczu. Krótko mówiąc, wizerunkowa katastrofa na trzy dni przed inauguracyjną konwencją wyborczą.

Tu nie ma mowy o niefortunnym przypadku. Obejrzałem sobie uważnie całą sekwencję ruchów, a nie tylko feralną stop-klatkę i wniosek jest oczywisty – posłanka Lichocka ewidentnie chciała pokazać, co pokazała i zrobiła to z pełną premedytacją, nieudolnie próbując zamaskować swój gest pocieraniem twarzy. Proszę mi wierzyć, wiem co mówię – takie podwórkowe sztuczki widziałem nie raz i mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić jedno: pani Joanna nad dyskretnym pokazywactwem musi jeszcze sporo popracować. Proszę więc nie próbować robić ze mnie balona, że to tylko taki mimowolny lapsus, nie ze mną takie numery. Ale co tam ja – na nagraniu widać, jak wyraźnie spanikowana posłanka usiłowała wcisnąć ten kit samemu Jarosławowi Kaczyńskiemu. Końcowa mina Naczelnika po wysłuchaniu tych bredni mówi sama za siebie.

Według doniesień „Rzeczpospolitej” „w partii wszyscy są na nią wściekli”, zaś wicerzecznik PiS Jarosław Fogiel w rozmowie z RMF FM dodał, iż „bardzo by się cieszył, gdyby do tej sytuacji w Sejmie w ogóle nie doszło”. No, ja myślę. Jeżeli polityk PiS-u (a nie któregoś z koalicjantów ze Zjednoczonej Prawicy) mówi mediom takie rzeczy pod nazwiskiem, a do tego idą kontrolowane „anonimowe” przekazy, to oznacza tylko jedno – że „wściekły” jest sam Komendant, i to zapewne nie tylko na sam gest, lecz również na to, że posłanka próbowała zrobić go w trąbę. Posłanka, dodajmy, do której dotąd Jarosław Kaczyński miał wyraźną słabość, jako do wiernego żołnierza – bezwzględnie lojalnego zarówno na odcinku medialnym, jak i politycznym. Jednak w tym przypadku żołnierz wykazał się nadmiarem własnej nieprzemyślanej inwencji i naraził swą szarżą na porażkę całą armię – musi więc wypaść z łask i pójść w odstawkę.


II. Cynizm „totalnych”

Druga strona medalu, to oczywiście zachowanie „totalnej opozycji”, która usiłowała na różne sposoby sprowokować reakcję. Tylko, na litość boską, Joanna Lichocka nie jest przecież nowicjuszem. Mało to razy „totalsi” urządzali w Sejmie małpiarnię z pohukiwaniami, okrzykami, buczeniem i czym tam jeszcze? Był chyba czas przywyknąć i się uodpornić. Przypomnę, że PiS przedstawiał się dotąd jako partia, która stara się być blisko ludzi, a jednym z kluczowych elementów wiarygodności takiego wizerunku jest wystrzeganie się wszystkiego, co mogłoby zostać odczytane jako buta i arogancja władzy. Samozadowolenie połączone z okazywaniem na każdym kroku wyższości i pogardy miało być w społecznym odbiorze domeną „tamtych” - platformersów, nachapanych „elit”, „kodziarzy”. Słowem, szeroko pojętego „obozu III RP”. Joanna Lichocka swym zachowaniem dokonała skutecznego wyłomu w tej narracji. Tak jak dla PiS-u podarunkiem było chamskie zachowanie kodziarstwa podczas uroczystości w Pucku i można było tylko prosić, by tego typu ekscesów było jak najwięcej, tak wybryk Lichockiej jest darem niebios dla „totalnej opozycji” i będzie eksploatowany w kampanii do imentu – zarówno oficjalnie, jak i w formie potencjalnie jeszcze groźniejszej internetowej „szeptanki”.

Stała się bowiem rzecz najgorsza - „middlefingergate” uległa „memifikacji” i zaczęła żyć własnym życiem w oderwaniu od całego kontekstu. Byłoby zresztą dziwne, gdyby „totalni” nie wykorzystali takiego prezentu i nie spróbowali przykleić mu własnych znaczeń – doprawdy, na aż taką nieudolność opozycji trudno było liczyć. Z miejsca więc ruszono z wersją, jakoby Lichocka pokazała „fucka” nie jakimś tam posłom, którzy mało kogo obchodzą, lecz generalnie „wszystkim Polakom”, a w szczególności – chorym na raka.

No właśnie. Zagrywka z żądaniem przekazania 2 mld. zł. na onkologię poraża swym cynizmem, ale może okazać się społecznie nośna, szczególnie dla ludzi nie wnikających na co dzień w meandry polityki – bo niemal każdy ma w rodzinie czy gronie znajomych kogoś, kto padł ofiarą tego nieszczęścia i zderzył się z realiami służby zdrowia. Pytanie, czy uda się ich przekonać, że opozycja traktuje chorych czysto instrumentalnie, są dla niej jedynie kolejnym mięsem armatnim – tak jak wcześniej lekarze-rezydenci, nauczyciele czy ofiary księży-pedofilów. Obrzydliwość tego postępowania należy bezwzględnie zdemaskować prostymi, zrozumiałymi dla każdego komunikatami – tyle, że może nie bezpośrednio przez sztab wyborczy Andrzeja Dudy, a drogą „okrężną”. W 2015 r. PiS doskonale potrafił wykorzystać potencjał swych zwolenników w internecie – i najwyższa pora wrócić do tej metody, którą od pewnego czasu partia rządząca zwyczajnie odpuściła, nazbyt polegając na topornej propagandzie TVP Kurskiego. A przy okazji – te dwa miliardy przekazane u progu kampanii wyborczej ewidentnie na propagandę właśnie, to kolejny strzał w stopę. Ja wiem, że chodzi również o rekompensatę utraconych wpływów z abonamentu (do czego walnie przyczyniły się rządy PO) – ale kto z przeciętnych wyborców będzie wnikał w takie szczegóły? Nie można było pomyśleć o tym wcześniej, tak by mieć temat „wyczyszczony” na długo przed kampanią?


III. Kampania w szafie

Teraz nadzieja w tym, że PiS-owi uda się jakoś zneutralizować tę skrajnie niewygodną wpadkę – a z drugiej strony, że zwykłemu odbiorcy się ona opatrzy, zaś „najgłupsza opozycja świata” swoim zwyczajem przegrzeje temat. Na razie uczyniono pierwsze niezbędne ruchy – Lichocka nie pojawiła się na konwencji prezydenta Andrzeja Dudy i był to pierwszy znaczący sygnał gaszenia pożaru. W całej sekwencji wydarzeń bowiem Joanna Lichocka dała się poznać jako zacietrzewiona hunwejbinka, przekonana o swej „najmojszej” racji i bez cienia elementarnej autorefleksji. Jest to zresztą szersza przypadłość przedstawicieli dziennikarskiej stajni z której się wywodzi. Nie bez przyczyny Jacek Kurski zagarnął ich szerokim gestem do TVP – pasują do jego ciosanego siekierą przekazu jak ulał. Sama Lichocka ma zresztą na koncie także inną wpadkę, jeszcze z pierwszej kadencji, kiedy to była jedną z inicjatorek podniesienia uposażeń poselskich, co też skończyło się medialną awanturą, a sprawę musiał osobiście odkręcać Jarosław Kaczyński. Szczęście w nieszczęściu, że obecny skandal wydarzył się jeszcze przed startem kampanii w której – o zgrozo – Joanna Lichocka była ponoć typowana na rzeczniczkę sztabu wyborczego, a więc na jedną z głównych „twarzy” obozu Andrzeja Dudy. Uff... opatrzność czuwa.

Teraz czeka ją okres politycznego czyśćca – wieść niesie, że dostała polecenie schowania się na najbliższe trzy miesiące do szafy, co jest jedyną sensowną i oczywistą reakcją. Powinna to jakoś przeboleć – w końcu, na czas poprzednich kampanii lojalnie chował się chociażby Antoni Macierewicz, a nawet sam Jarosław Kaczyński. Tak więc i pani poseł jakoś ten medialny detoks wytrzyma, nieprawdaż?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 8 (21-27.02.2020)

Pod-Grzybki 199

Ruszyła oficjalnie kampania prezydencka i Platforma od razu pokazała, jak wystartować z przytupem i przykuć uwagę mediów. Chodzi oczywiście o słynny plakat wyborczy Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, zrobiony w stylu „grafik płakał, jak retuszował”. Chociaż trzeba oddać, że ostatecznie Kidawa z plakatu nawet jest trochę do siebie podobna – płeć się zgadza. Ale reszta – nie. Nie dziwi więc, że na oficjalną prezentację kandydatka nie przyszła. Widzowie porównując zdjęcie z oryginałem mogliby się nabawić dysonansu poznawczego.


*

W oczy rzuca się również stylówa na gwiazdę kina lat '70, co skrzętnie wychwycili internauci zwracając uwagę na uderzające podobieństwo do Sofii Loren. Hm, ten plakat warto zachować do powtórnego wykorzystania – jak już Kidawa nie zostanie prezydentem, to zawsze będzie mogła reklamować makaron.


*

Chyba, że sztabowcy PO postawili na ukryty podprogowy przekaz. Otóż wg udostępnianych cyklicznie statystyk największego portalu „dla dorosłych”, czyli Red Tube, użytkownicy z Polski najczęściej wybierają kategorię „mamuśki”. Najwyraźniej postanowiono dotrzeć właśnie do tej specyficznej grupy docelowej. Kurczę, to jednak sprytne jest!


*

A tymczasem posłanko-dziennikarka Joanna Lichocka postanowiła sprawić, by Dudzie nie było za łatwo i po wygranym głosowaniu w Sejmie w sprawie 2 mld. zł. dotacji dla TVP pokazała z uśmiechem opozycji „fucka”. Już samo to było dość żenujące – ale prawdziwym szczytem było tłumaczenie, że tylko potarła się środkowym palcem pod okiem. Naprawdę, nie ma znaczenia, że dała się sprowokować wrzaskom platformersów. To aż niewiarygodne, że dziennikarka z solidnym stażem wykazała się taką piarowską amatorszczyzną w zarządzaniu kryzysem. Zamiast wyjść do kamer, powiedzieć coś w stylu „poniosło mnie, przepraszam” i zakończyć temat, dała „totalnym” pożywkę na resztę kampanii – będą to eksploatować do imentu jako przykład arogancji władzy. I wiecie co? Ich zbójeckie prawo wykorzystać taki prezent od losu - jeden obrazek znaczy czasem więcej niż tysiąc słów. Solidny ochrzan od Kaczyńskiego, jaki pani Joanna zainkasowała, był w pełni zasłużony.


*

Echa Oskarów. Kinga Rusin wkręciła się na prywatne, zamknięte dla postronnych „after party” Beyonce i Jay'a-Z., po czym... jako JEDYNA zamieściła szczegółową relację w internecie, opatrując ją selfie z Adele. Jednym słowem, narobiła wiochy, a na krytykę odparła, iż jest to „dziennikarski tekst insajderski”, czym przebiła chyba nawet tłumaczenie Lichockiej. Otóż, pani Kingo, to nie jest „tekst insajderski”, ani w ogóle dziennikarstwo. To jest magiel skrzyżowany z pamiętniczkiem egzaltowanej nastolatki, której udało „otrzeć się” o swoich idoli. Rekordem natomiast był jej komentarz do fotki z Adele – taki mianowicie, że wokalistka „zrzuciła chyba z 30 kg!”. Podobno, gdy Adele się o tym dowiedziała, wpadła w depresję i znów zaczęła żreć.


*

Nadzwyczajna kasta” stroi się w męczeńskie szaty. Powołała mianowicie fundusz dla „represjonowanych sędziów” - a konkretnie jednego sędziego, czyli Pawła Juszczyszyna, któremu pisowscy siepacze obcięli wypłatę o 40 proc. Rodzi to ciekawe implikacje. Wyobraźmy sobie bowiem, że ktoś wpłaca na ten fundusz okrągłą sumkę – a darczyńca przecież nie jest anonimowy, musi na przelewie podać swoje dane. Następnie taki dobrodziej trafia przed oblicze „niezwisłego sądu” - być może nawet jako oskarżony. „Niezwisły sąd” będzie miał wtedy idealną okazję, aby się odwdzięczyć... Tak więc, moja rada dla wszystkich, którzy mają w niedalekiej perspektywie bliskie spotkanie III stopnia z wymiarem sprawiedliwości – potrząśnijcie sakiewkami i wpłaćcie jakieś małe co nieco. A potem koniecznie zadbajcie, by ta informacja dyskretnie trafiła do wiadomości Wysokiego Sądu.


*

Postępowe parlamentarzystki urządziły w Senacie happening polegający na zbiorowym tańcu, protestując... przeciw gwałtom i przemocy wobec kobiet. I to wszystko w same Walentynki. Jakby to powiedzieć... w Walentynki to idzie się do kina – na przykład na „365 dni” wg skandalizującej powieści niejakiej Blanki Lipińskiej, co paniom aktywistkom mogłoby nieco zmienić perspektywę. Tak w ogóle, to mam niezły ubaw obserwując niezborne reakcje kręgów feministycznych na tę szmirę. Najwyraźniej pozostają w ciężkiej rozterce i nie mogą się zdecydować, czy przymuszanie kobiety do tzw. „innej czynności seksualnej” to gwałt, czy też – jak oznajmiła pani Blanka - „fajny seks”?


*

Faszyzm! Prokuratura Rejonowa w Pucku wszczęła postępowanie w sprawie znieważenia Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej (art. 135 §2 KK), po tym jak objazdowy cyrk kodziarzy wznosił pod adresem prezydenta Dudy niewybredne okrzyki w trakcie oficjalnej państwowej uroczystości 100-lecia zaślubin Polski z morzem. Po zajściu, przypomnijmy, kodziarstwo zostało nader ciepło podjęte przez Małgorzatę Kidawę-Błońską, która czystym przypadkiem przechodziła w okolicy z tragarzami. I tu dwie refleksje. Po pierwsze, obóz PO najwyraźniej wciąż pozostaje w traumie roku 2015 i święcie wierzy, że PiS wygrał wówczas jedynie dzięki internetowym trollom i krzykaczom na wiecach Komorowskiego (żeby było zabawniej, owi krzykacze rekrutowali się głównie spośród korwinowskich „kuców”). Przerażona Ewa Kopacz bredziła wówczas o zatrudnieniu „stu hejterów”, objawiając mimowolnie, iż cierpi na wstydliwą przypadłość polegającą na tym, że nie wie co mówi. Dziś w jej ślady idzie Kidawa – i zapewne z podobnym skutkiem.


*

I rzecz druga: pamiętamy, jak skazywano kibiców z artykułu o obrazie konstytucyjnego organu RP za okrzyk „Donald matole, twój rząd obalą kibole”? Posypały się wtedy kary grzywny i aresztu, wskutek czego kibice zmodyfikowali hasło na „TOLA ma DONALDA, a DONALD ma TOLE” (celowo bez „ę”) oraz „Donald, ty organie”. A wyrok grzywny dla „człowieka z krzesłem”, który wniósł rzeczony mebel na więc Komorowskiego, dopuszczając się tym samym „obrazy głowy państwa”? A słowa Komorowskiego o „rozgrzanych sądach”? Ech, co niektórym warto by odświeżyć pamięć...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 8 (21-27.02.2020)

środa, 15 kwietnia 2015

Smoleńskie w(y)rzutki

Odgrzanie na finiszu kampanii smoleńskich emocji ma na celu wystraszenie części Polaków, tak by ostatecznie oddali głos na kandydata partii „świętego spokoju”.

No cóż, jeśli dziś w temacie smoleńska reżimowy agit-prop i jego pasy transmisyjne w rodzaju RMF FM stać jedynie na kolejną „najprawdziwszą”, „aż o 30% dokładniejszą” wersję stenogramów, to znaczy, że tamci definitywnie już gonią w piętkę. Można w zasadzie wzruszyć ramionami i spokojnie oczekiwać na polską premierę książki Jurgena Rotha, wszystko bowiem wskazuje na to, że jej potencjał informacyjny zwyczajnie zdmuchnie wszelkie wrzutki – i to od razu hurtowo. Swoją drogą, sposób reklamowania najnowszego odczytu z rejestratorów jako żywo przypomina kampanię proszku do prania - „teraz aż o 30% więcej!”. I to wszystko po pięciu latach od tragedii. Warto zwrócić uwagę, że dotychczas posługiwano się w analizach kopią skandalicznie niskiej jakości – zgraną na taśmy bez certyfikacji producenckiej i o częstotliwości próbkowania zaledwie 11 kHz, co obcinało znaczną część słyszalnego pasma. Trzeba było dopiero specjalnej wyprawy do Moskwy w lutym 2014, by zgrać jeszcze raz materiał – tym razem już na właściwą taśmę, z częstotliwością 96 kHz, dzięki czemu „odblokowano” brakujące 30% nagrania – oczywiście, przy optymistycznym założeniu, że Rosjanie udostępnili niezmanipulowane kopie.

Najnowsze stenogramy nie wnoszą w zasadzie nic nowego i ich funkcja jest jedna – obsłużyć emocje najbardziej zagorzałych zwolenników „sekty pancernej brzozy”, oraz dać mediom pretekst do kilkudniowego bicia piany w konwencji znanej z poprzednich wrzutek - „jak nie wyląduję, to mnie zabije”, „tak lądują debeściaki” czy rzekomej kłótni generała Błasika z kpt. Protasiukiem. Wszystko po to, by przykryć piątą rocznicę Smoleńska i związane z nią opozycyjne obchody. Mamy zatem odgrzanie wątku „naciskowego” i generalnie, dotychczasowej narracji Millera – Laska, wszystko zaś po to, by najbardziej twardogłowi smoleńscy hejterzy mogli dotrwać do wyborów we względnym komforcie psychicznym, bez konieczności konfrontowania swych antypisowskich obsesji choćby z ustaleniami niemieckiego wywiadu, cytowanymi w ujawnionych już fragmentach książki Rotha. I to akurat zadanie zostało wykonane, wnosząc z działalności internetowych zombies produkujących się na wiodących portalach. Tyle, że powyższa narracja skuteczna jest jedynie wobec już „przekonanych” - ludzi, którzy choćby nie wiadomo co i tak „wiedzą”, że to Lech Kaczyński na polecenie brata postanowił rozwalić samolot. Osób wątpiących w oficjalną wersję nowe stenogramy raczej nie przekonają, nawet jeśli byłyby i o pięćdziesiąt procent dokładniejsze, podobnie jak mało przekonująca w ostatecznym rozrachunku jest działalność pana eksperta Laska, choćby ten miał obstalowane specjalne pomieszczenia służbowe we wszystkich telewizjach, tak by zawsze być pod ręką.

Oczywiście, można tu domyślać się również innej motywacji – odgrzanie na finiszu kampanii smoleńskich emocji ma na celu wystraszenie części Polaków, tak by ostatecznie oddali głos na kandydata partii „świętego spokoju”. No bo jeśli miałoby się okazać, że za Smoleńskiem stoją jednak Ruscy, to „przecież wojny i tak nie wypowiemy”, lepiej więc schować głowę w piasek i na wszelki wypadek nic nie wiedzieć, a ci wariaci od Kaczyńskiego i Macierewicza gotowi jeszcze nas wystawić na konflikt z Putinem. Zatem, walor dyscyplinujący „elektorat strachu” również ma tu swoje znaczenie.

Biorąc pod uwagę powyższe, ciekawi mnie, jaki oddźwięk będzie miała książka Jurgena Rotha „Tajne akta S...”. Główne przekaziory póki co nabrały taktycznie wody w usta – bo też i raport niemieckiego wywiadu o wiele trudniej podważyć i ośmieszyć propagandowo niż „obłąkane spojrzenie” Macierewicza. Rzecz jasna BND rozgrywa tu własną grę za pomocą kontrolowanego wycieku – z jednej strony grozi palcem Putinowi „uważaj bo powiemy”, z drugiej natomiast skraca polityczną smycz warszawskiej administracji zarządzającej – „bądźcie grzeczni, bo was pogrążymy”. Interesujący jest szczególnie wątek w którym Jurgen Roth twierdzi, iż umieszczenie ładunków wybuchowych w Tu-154 M byłoby niemożliwe bez udziału polskich sił. Potwierdzałoby to moją hipotezę wyartykułowaną niedawno w „Polsce Niepodległej”, że do zamachu doszło na skutek dogadania się ludzi rozwiązanych WSI z Rosjanami. WSI chciało osadzić swojego człowieka pod żyrandolem i dać wyraźny, odstraszający sygnał jak kończą ci, którzy podniosą rękę na na „długie ramię Moskwy”, co w naturalny sposób współgrało z interesami Rosjan. W tym układzie prowadzony konsekwentnie przez wojskową bezpiekę Komorowski musiał co najmniej wiedzieć i akceptować zamach. No i tu pojawia się kluczowe pytanie – czy Polacy w swej masie będą skłonni przyjąć do wiadomości ustalenia Rotha, czy jak przy tylu innych okazjach przyjmą postawę „trzech małpek” - nie mówię, nie widzę, nie słyszę? Jeśli zwycięży to drugie podejście, to władza już dziś może ogłosić wyniki wyborów, spokojna, że nikt nie zaprotestuje, a dalsze rządy smoleńskich wyrzutków pozostaną niezagrożone.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w „Warszawskiej Gazecie” nr 15 (10-16.04.2015)

piątek, 27 marca 2015

Czy Dukaczewski dziś również chłodzi szampana?

Ludzie WSI wystrugali sobie prezydenta w charakterze politycznego parasola i zabezpieczenia na przyszłość.

I. Złapał kozak Tatarzyna...

Niby nie powinno się wyskakiwać z tekstami typu „a nie mówiłem”, jednak trudno nie oprzeć się uczuciu pewnej satysfakcji, gdy przewidywania się sprawdzają. Zaledwie nieco ponad pół roku temu opublikowałem w „Polsce Niepodległej” nr 35 (01-07.09.2014) artykuł „Tonący WSI się chwyta”, w którym twierdziłem, że jeśli PiS mądrze rozegra sprawę, to sejmowa komisja badająca rozwiązanie WSI może zacząć działać na jego korzyść – a tu proszę, jakie piękne efekty. Wprawdzie Platforma w odruchu samoobrony ostatecznie nie zdecydowała się powołać komisji śledczej, ale dzięki nadaktywności ruchersów od Palikota mamy Zespół Parlamentarny ds. skutków działalności Komisji Weryfikacyjnej, zajmujący się dokładnie tym samym, a który już na wstępie, w 2013, został przejęty przez posłów opozycji i co jakiś czas dostarcza nam powodów do radości, demaskując rozmaite sprawki ludzi obozu rządzącego. Czyli, wychodzi na to, że Palikot w swej gorliwości wyświadczył zarówno Platformie, jak i służbowym patronom iście niedźwiedzią przysługę. Coś, co miało być propagandowym batem na znienawidzonego Macierewicza, okazało się w rękach Prawa i Sprawiedliwości całkiem poręcznym narzędziem – w sam raz do wykorzystania w gorącym okresie kampanii wyborczej. Swoją drogą, zastanawiam się, czy Bronisław Komorowski przeklina teraz w duchu swojego kumpla Janusza, który nie policzył szabel i nie przewidział, że PiS wykorzystując regulaminowy kruczek będzie w stanie zdominować jego ferajnę. Nie ma co – długoletnia przyjaźń obu panów, cementowana wspólnymi polowaniami w Rosji pod czułą opieką oficerów FSB jest teraz wystawiana na ciężką próbę. Niewykluczone zresztą, że być może m.in. dlatego służby postanowiły zwinąć parasol ochronny nad narwanym Biłgorajczykiem uznając, że jednak z tym kretynem nie sposób dłużej wiązać poważnych nadziei.

A miało być tak pięknie... Przypomnijmy, że jeszcze latem mogliśmy usłyszeć, jak sam Radosław Sikorski pod wpływem wina za 820 zł (nuworyszowska zasada „im droższe, tym lepsze”), dywaguje u „Sowy i przyjaciół”, jak tu by tu „zaj...ć PiS komisją specjalną w sprawie Macierewicza”, niepomny, że w domu wisielca nie należy mówić o sznurze. Wszak warto przypomnieć, że sam Sikorski był szefem MON właśnie wtedy, gdy Macierewicz – formalnie wówczas jego podwładny – za jego wiedzą i zgodą likwidował wojskową bezpiekę, za czym skądinąd głosowała cała Platforma ze znamiennym wyjątkiem Bronisława Komorowskiego. A teraz wychodzi, że to nie żadna spec-komisja Platformy zaj...e PiS, tylko parlamentarny zespół PiS ma niezłe widoki na zaj...e Bronka, umoczonego w konszachty z postpeerelowskimi trepami po czubek głowy.

II. Patron gangsterów z „Pro Civili”

O desperacji lub przeciwnie - zadufaniu Platformy świadczy również chęć pogrążenia Andrzeja Dudy via uderzenie w SKOK-i i Grzegorza Biereckiego. Domyślam się, że sztabowcy Komorowskiego wynajmując sobie dziennikarzy „Wprost” akurat do takiej roboty byli absolutnie przekonani co do szczelności medialnego parasola, zwłaszcza ze strony „zaprzyjaźnionych telewizji”. Przecież, na zdrowy rozum, musieli zdawać sobie sprawę, że PiS z miejsca odwinie się aferą „służbowego” SKOK-u Wołomin, o ciężarze gatunkowym nieporównywalnie większym od finansowej inwencji pana senatora. Tak się bowiem składa, że transfer pieniędzy z Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych (za zgodą fundatorów) można uznać co najwyżej za nieetyczny, podczas gdy w przypadku Wołomina mamy, zgodnie z tradycją miejsca, do czynienia z autentyczną zorganizowaną grupą przestępczą o polityczno-wsiowych konotacjach i kryminalnym przekrętem w najlepszym, bezpieczniackim stylu rodem z lat 90-tych.

Jak wynika z dotychczasowych ustaleń, ze SKOK Wołomin wyprowadzono ok. 1 mld złotych, co zaowocowało upadłością kasy, przy czym Krajowa SKOK jeszcze przed bankructwem alarmowała Komisję Nadzoru Finansowego o podejrzanych działaniach władz wołomińskiej spółki. Wówczas jednak najwyraźniej był rozkaz, by sprawy nie ruszać, tak więc lewizny trwały w najlepsze aż do wiadomego finału. Przewodniczącym rady nadzorczej SKOK Wołomin był kpt. WSI Piotr Polaszczyk, zwany już obecnie „Piotrem P.” - uprzednio oficer obiektowy na WAT oraz członek władz fundacji „Pro Civili”. Prócz tego we władzach zasiadali inni członkowie kierownictwa „Pro Civili” - płk. Marek W., oraz podający się za oficera WSI Krzysztof W. Krótko mówiąc, WSI założyła sobie SKOK, gdzie spokojnie mogła prać pieniądze pochodzące z przestępczej działalności „Pro Civili”. A ta, począwszy od lat 90. była bogata i wielowątkowa – handel bronią, wyprowadzanie pieniędzy z Wojskowej Akademii Technicznej (ok. 400 mln zł) na podstawie fikcyjnych umów, wyłudzenia VAT i kredytów, handel gruntami...

Piotr P., za którym ciągną się sprawy niewyjaśnionych zabójstw (m.in. pracownika PKO BP, z którego to banku wyłudzono 100 mln zł kredytów) bywał częstym gościem w Kancelarii Prezydenta. Do tego warto dodać wątek syna Bronisława Komorowskiego – Tadeusza, zatrudnionego jako prokurent w spółce Maddy Investments powiązanej z Piotrem P. i zamieszanej w sprawę obrotu po zaniżonych cenach terenami po fabryce „Ursus”. Jak widać, związki ze służbami przechodzą z pokolenia na pokolenie. Nic więc dziwnego, że redaktor Piasecki, gdy Jacek Kurski poruszył w rozmowie z nim kwestię posady prezydentowicza, zatchnął się z oburzenia i ekspresowo zakończył rozmowę. Nie ma to jak świadoma dyscyplina aktywu dziennikarskiego. Zastanawiam się tylko, co ów aktyw pocznie z obecną aferą – raczej skoncentruje się na minimalizowaniu strat, bo jednak sprawa jest zbyt gruba, by Komorowski wyszedł z niej całkiem bez szwanku. Będą musieli znaleźć coś poważniejszego niż fundacja Biereckiego i żydowski teść Dudy. Sądzę, że przydałby się teraz talent na miarę Witolda „hieny roku” Krasuckiego i jego „Dramatu w trzech aktach”, w którym udało mu się przykleić Porozumienie Centrum do afery FOZZ. No chyba, że już wszystko stawiają na specjalistów od liczenia głosów...

III. Smoleński cień nad Komorowskim

W każdym razie, obrońcą Pro Civili i WSI pozostawał niezmiennie Bronisław Komorowski - i to na wszystkich funkcjach publicznych, które pełnił, począwszy od momentu spotkania z funkcjonariuszami służb w 1989 roku w rosyjskich budynkach przy Al. Szucha po którym miał stwierdzić: „teraz moja kariera potoczy się szybko”, poprzez wiceministra obrony narodowej, marszałka Sejmu i wreszcie – prezydenta RP, który nie dał zginąć sierotkom z rozwiązanych służb. O stopniu zaangażowania świadczą zarówno desperackie próby uzyskania Aneksu do raportu o rozwiązaniu WSI, co dało początek „aferze marszałkowej”, jak i chociażby przytaczana przez Wojciecha Sumlińskiego sytuacja, w której ówczesny marszałek zerwał wywiad, gdy tylko dziennikarz zaczął pytać go o „Pro Civili”, rzucając: czy pan wie, co pan robi?”. A służby potrafią się odwdzięczyć, wszystko wskazuje bowiem na to, ze ludzie WSI wystrugali sobie prezydenta w charakterze politycznego parasola i zabezpieczenia na przyszłość.

W kontekście owego „strugania” i związków Komorowskiego z towarzyszami z wojskowego bezpieczeństwa podzielę się pewną hipotezą. Otóż z badań niezależnych ekspertów pracujących nad wyjaśnieniem zamachu smoleńskiego wynika, że rządowy Tupolew został rozerwany od wewnątrz. Innymi słowy, musiało dojść do wybuchu bomby na pokładzie. Tak się składa, że przed lotem, prócz słynnego remontu w Samarze, dokonano przeróbek w prezydenckiej salonce – i to tam najprawdopodobniej podłożono ładunek. Kto mógł go umieścić? Moim zdaniem, możliwe jest, że dokonali tego pierwszorzędni fachowcy z rozwiązanego WSI – nie tylko w zemście za likwidację służby, ale również po to, by utorować drogę do Pałacu Prezydenckiego swojemu protegowanemu – Bronisławowi Komorowskiemu, będącemu wówczas marszałkiem Sejmu, czyli drugą osobą w państwie i potencjalnym p/o prezydenta RP. Trzeba się było tylko dogadać z ruskimi „siłowikami” na zasadzie – my ładujemy Kaczyńskiemu bombę w salonce, wy nam udostępniacie terytorium na „katastrofę” i zacieracie ślady oraz przejmujecie „śledztwo” na tak długo jak będzie trzeba. Jeśli wspomnimy do tego tajemnicze rozmowy Arabskiego w Moskwie prowadzone w styczniu i marcu 2010, grę gabinetu Tuska na rozdzielenie wizyt, samobójstwo Grzegorza Michniewicza - szefa kancelarii premiera, przez którego ręce przechodziły również tajne dokumenty, oraz prucie sejfu w BBN przez ludzi Komorowskiego w poszukiwaniu Aneksu, połączone z ekspresowym przejęciem urzędu jeszcze przed potwierdzeniem zgonu Głowy Państwa, to wszystko nagle zaczyna się kleić. Później już tylko wystarczyło sfałszować wyniki II tury wyborów, kiedy to nagle nad ranem okazało się, że wbrew wszystkim wcześniejszym danym zwyciężył Komorowski. Tak, generał Dukaczewski wiedział co mówi, ogłaszając w 2010, że chłodzi szampana w oczekiwaniu na zwycięstwo Komorowskiego... czy chłodzi go również i teraz?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/ton%C4%85cy-wsi-si%C4%99-chwyta#.VRWdY46NAmw

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 11 (23-29.03.2015)