niedziela, 11 marca 2018

Powtórka z „emerytur pod palmami”?

Zaczynamy płacić cenę za model pseudo-rozwoju spod znaku „Polska montownią Europy”, opierającego się na konkurowaniu niskimi kosztami pracy.

Wielkimi krokami zbliża się kolejna rewolucja emerytalna, czyli wprowadzenie Pracowniczych Planów Kapitałowych (PPK). Obecnie stosowna ustawa jest na etapie konsultacji, zaś wg planów rządowych od 2019 r. ma stopniowo wchodzić w życie - począwszy od największych pracodawców, a skończywszy na najmniejszych firmach i jednostkach sektora finansów publicznych, mających dołączyć do programu w połowie 2020 r. Ogółem zapisanych do PPK zostanie ponad 11 mln. pracowników, przy czym szacuje się, iż finalnie zostanie na stałe co najmniej 75 proc. zapisanych (8,5 mln. osób). Od momentu rozpoczęcia funkcjonowania programu z wypłaty pracownika będzie pobierane 2 proc. liczone od pensji brutto, z kolei pracodawca dołoży od siebie 1,5 proc. kwoty wynagrodzenia. Do powyższego dojdzie dofinansowanie z Funduszu Pracy – 250 zł. na start i 240 zł. każdego kolejnego roku. Składki będzie można zwiększyć – pracownik o kolejne 2 proc., a pracodawca o 2,5 proc. Planami zostaną objęte automatycznie osoby od 19 do 55 roku życia, pozostałe będą mogły przystąpić dobrowolnie. Środki mają być w pełni prywatne i dziedziczone, zaś zarządzające nimi Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych będą je inwestować w zależności od wieku pracownika – najpierw bardziej ryzykownie, w akcje, następnie coraz bardziej zachowawczo – np. w obligacje. Wg wyliczeń Ministerstwa Finansów zakładających realną stopę zwrotu z inwestycji na poziomie 3,5 proc. i wzrost wynagrodzeń co roku o 2,8 proc., po 40 latach oszczędzania pracownik zarabiający 4,5 tys. zł. brutto będzie miał na swoim koncie 288 tys. zł. Początkowo z programu będzie można się wypisać poprzez złożenie odpowiedniego oświadczenia – lecz tylko na okres dwóch lat. Po tym czasie pracownik znów zostanie automatycznie zapisany – i jeśli ponownie się nie wypisze, zostanie w PPK na stałe. Całkowity koszt obsługi rachunku klienta przez TFI nie może przekroczyć 0,6 proc. zgromadzonych środków.

Brzmi pięknie i faktem jest, że z obecną sytuacją emerytalną należało coś zrobić, po tym, jak wprowadzone w ramach reformy rządu Buzka (pod naciskiem Banku Światowego) OFE okazały się, mówiąc wprost, przekrętem, zarabiającym pieniądze dla wszystkich, tylko nie dla „ubezpieczonego”. Prócz tego, „sprywatyzowanie” pokaźnej części składek doprowadziło do rosnącej dziury finansowej w ZUS, będąc w konsekwencji jednym z głównych motorów napędowych rosnącego długu publicznego. Prof. Leokadia Oręziak ocenia, że w latach 1999-2013 konieczność refundowania ubytków w ZUS odpowiadała za połowę przyrostu długu publicznego w tym okresie (łącznie ok. 330 mld. zł.). Na powyższe nałożyło się galopujące „uśmieciowienie” rynku pracy i niskie zarobki, powodujące, że znaczna część pracowników przez całe lata albo wcale nie odprowadzała składek, albo w minimalnej wysokości. Wymienione czynniki plus odejście od modelu zdefiniowanego świadczenia na rzecz systemu zdefiniowanej składki, powiązane z malejącą stopą zastąpienia doprowadziło do kuriozum w rodzaju „emerytury” w wysokości... 45 groszy. ZUS podaje, iż obecnie 166,6 tys. osób otrzymuje emerytury poniżej minimalnej – i liczba takich bieda-emerytów szybko rośnie. Dzieje się tak z prostego powodu – ludzie, którzy w ramach „elastycznego” rynku pracy przepracowali znaczną część kariery zawodowej na nisko płatnych „śmieciówkach” zwyczajnie nie mieli z czego zebrać odpowiedniego kapitału. Takich osób mamy najwięcej w Unii Europejskiej.

Zaczynamy więc płacić cenę za model pseudo-rozwoju spod znaku „Polska montownią Europy”, opierającego się na konkurowaniu niskimi kosztami pracy – i ten problem będzie narastał w miarę osiągania wieku emerytalnego przez kolejne roczniki, które większość stażu pracy zaliczyły po reformie z 1999 r. A kiedy przyjdzie do osób, które weszły na rynek pracy po 1999 r., czeka nas po prostu fala nędzy. Wymowny jest przykład Chile, które było wzorem dla naszych „reformatorów”. Ponieważ tam podobny model wprowadzono odpowiednio wcześniej (w 1981 r.), to emerytalna tragedia już nastąpiła – prywatne fundusze, którym oddano w zarząd składki, nie są w stanie wypracować nawet minimalnych emerytur i państwo musiało uruchomić specjalny system dopłat, krajem zaś wstrząsają regularnie milionowe protesty „uszczęśliwionych” obywateli.

Lekarstwem na powyższe ma być wspomniana na wstępie reforma Morawieckiego, będąca de facto przymusowym wprowadzeniem III filaru. I tu pojawia się kilka wątpliwości –dlaczego po prostu nie skasować niewydolnego i generującego wielkie koszta systemu opartego na podziale składek? Po drugie, jakie kokosy można odłożyć przy dominancie zarobków 2074,03 zł brutto (1511,61 zł netto)? Po trzecie, przez rynki finansowe na których będą inwestowane składki systematycznie przejeżdża „kosiarka” ścinająca wartość aktywów. Na jakiej podstawie rząd zakłada, że w ciągu najbliższych 40 lat nie nastąpi kilka krachów w rodzaju tego z 2008? Słowem, czy nie czeka nas powtórka z pamiętnych obiecanek „emerytur pod palmami”?

CDN.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 10 (09-15.03.2018)

niedziela, 4 marca 2018

Moratorium, czyli „uspokajactwo” stosowane

Polska nie ma w świecie żadnego wizerunku, który mógłby się „pogorszyć”. Nasz „wizerunek” to „polish death camps”, Jedwabne i przypisana nam rola winowajców. Nie mamy tu nic do stracenia.

I. Grube prowokacje

Wszystko wskazuje na to, że polsko-żydowski konflikt wkroczył właśnie w stadium telenoweli. Najwyraźniej ktoś uznał, że skoro serial dobrze się sprzedaje w mediach, to nie ma sensu kończyć go po kilku pierwszych odcinkach, tylko trzeba eksploatować temat ile wlezie, podgrzewając co jakiś czas atmosferę różnymi prowokacjami – im grubiej szytymi, tym lepiej. Tak było ze słynnym pytaniem skierowanym do premiera Morawieckiego przez Ronena Bergmana (kojarzą Państwo – tego, co to nie może się doliczyć, ile właściwie lat miała podczas wojny jego matka; cudowne dziecko, które już w kołysce otrzymało nagrodę od ministra edukacji). Podobnie rzecz się miała z Ruderman Family Foundation – amerykańsko-żydowską organizacją „charytatywną” o arcyciekawych powiązaniach z putinlandem. Tu z kolei mieliśmy klip na którym różni wynajęci na tę okoliczność szubrawcy syczeli o „polskim holokauście” domagając się od rządu USA zerwania stosunków dyplomatycznych z Warszawą, wzmocniony dodatkowo kampanią billboardową w Izraelu. Za chwilę, gdy macherzy orkiestrujący tę kampanię antypolonizmu dojdą do wniosku, że atmosfera „siada”, będziemy zapewne mieli coś jeszcze innego.

Jeśli chodzi o polską odpowiedź, na wysokości zadania stanęli dotąd jedynie internauci (który to już raz?), doprowadzając do usunięcia spotu Ruderman Family Foundation z serwisu You Tube. Fundacja Filmowa Widnokrąg wypuściła film punktujący kłamstwa żydowskiej organizacji. Świetną robotę wykonał urodzony w Wlk. Brytanii Polak, Stefan Thompson, nagrywając wystąpienie w którym w stonowany, ale do bólu rzeczowy sposób obala antypolskie stereotypy dotyczące naszej roli w II wojnie światowej – co ważne, posługując się perfekcyjną angielszczyzną. Nota bene, w chwili gdy piszę te słowa, film Thompsona, który zdążył zebrać kilkaset tysięcy odsłon, został na You Tube zablokowany z powodu... „treści, które mogą być nieodpowiednie lub obraźliwe dla niektórych grup widzów”. On też jest autorem ulicznej sondy w Berlinie, podczas której młodzi Niemcy popisują się historyczną ignorancją, stwierdzając m.in., że „Polska była po stronie nazistów”.


II. Polityka „uspokajactwa”

Na tym tle, wystąpienia polskich polityków oraz instytucji uderzają swoją niezbornością. Poraża bezwład Polskiej Fundacji Narodowej, powołanej do dbania o wizerunek naszego kraju za granicą. Dość powiedzieć, że strona internetowa PFN nie ma nawet anglojęzycznej wersji, zaś jej oficjalny kanał You Tube zawiera całe osiem filmików, z których żaden nie dotyczy omawianego tu konfliktu – najświeższym dokonaniem jest... montaż z warszawskiego przemówienia Donalda Trumpa. Komentarz internauty: „litości ćwierć miliarda zł i stać was tylko na to?” doskonale oddaje ton reakcji widzów na tę nędzę.

Ale to jeszcze nic. Kolejne strzały samobójcze, to kunktatorskie wypowiedzi różnych osobistości związanych z „dobrą zmianą” odnośnie uchwalonej nowelizacji ustawy o IPN. Marszałek Senatu Stanisław Karczewski publicznie oznajmia, że ustawa przez jakiś czas „nie będzie działać”. Doradczyni prezydenta, Zofia Romaszewska, nazywa nowelizację „idiotyczną” dodając, że wysłała Andrzejowi Dudzie SMS-a w którym zalecała jej zawetowanie. Prof. Zybertowicz wzywa do „poprawienia” przepisów i „audytu legislacyjnego” (to ma być ta słynna MaBeNa?). Nawet prof. Andrzej Nowak, ku mojemu niemiłemu zaskoczeniu, w liście otwartym wraz z prof. Robertem Frostem wyraża „głębokie zaniepokojenie szkodami, jakie wizerunek Polski ponosi w związku z nowelizacją Ustawy o IPN”. Natomiast minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro składa zapewnienia, że spod działania ustawy wyłączeni zostaną nie tylko naukowcy, artyści i ocaleli z holokaustu, ale też... dziennikarze. Wszyscy razem zaś, począwszy od prezydenta, dają do zrozumienia, że ustawę „wyprostuje” Trybunał Konstytucyjny, jakby nie zauważając, że tym samym potwierdzają tezę, iż „nowy” trybunał jest polityczną przybudówką PiS-u i tylko patrzeć, jak z tego prezentu skorzysta Timmermans. Słowem – podszyty strachem chaos i ogólny kociokwik informacyjny.

W tej sytuacji trudno się dziwić, że izraelskie media odebrały powyższe wypowiedzi, jako kapitulację Polski i odtrąbiły, iż ustawa o IPN zostanie „zamrożona” - bo jak inaczej miały zinterpretować przytoczone wyżej sygnały? Tak kończy się amatorska polityka „uspokajactwa”. A już prawdziwym majstersztykiem samozaorania jest wypowiedź wiceministra spraw zagranicznych, Bartosza Cichockiego, stojącego na czele operetkowego zespołu ds. „dialogu historyczno-prawnego z Izraelem”. Stwierdził on mianowicie, że ustawa będzie „obowiązywała”, lecz... prokuratorzy nie będą na jej podstawie stawiać zarzutów (!). Tym samym dowiedzieliśmy się, że można „po uważaniu” nie stosować obowiązującego prawa. W związku z tym warto zapytać – od kiedy to w polskim prawodawstwie istnieje instytucja „zamrażarki” uchwalonych ustaw? I kto decyduje o jej uruchomieniu? Młodszym czytelnikom przypomnę, że już w historii III RP mieliśmy do czynienia z podobnym przypadkiem – chodzi mi o niesławne „moratorium” na orzekanie i wykonywanie kary śmierci. Do 1997 r. mieliśmy bowiem przedziwną sytuację, kiedy to w Kodeksie Karnym figurowała kara śmierci, lecz wskutek jakiegoś niepojętego „konsensusu” sądy odmawiały jej orzekania – i do dziś nie wiadomo, kto owo „moratorium” zarządził. Dziś mamy powtórkę z historii - „moratorium” na ustawę o IPN.


III. Cicha rejterada?

Generalnie, widać jakim błędem było tchórzliwe odesłanie przez prezydenta Dudę nowych przepisów do Trybunału Konstytucyjnego - stworzyło to bowiem okazję do kolejnych nacisków na Polskę i wycofywania się rakiem przez rządzących z własnego projektu. Czyli jak zwykle – najpierw mamy patriotyczne wzmożenie, a następnie cichą rejteradę przestraszonych własną odwagą mężyków stanu w imię „realizmu”, „niezadrażniania” i ogólnie mówiąc, świętego spokoju. Przerabialiśmy to niedawno w przypadku wycofania się przez MSWiA z zamieszczenia wizerunku Cmentarza Orląt Lwowskich i Ostrej Bramy w nowych paszportach – i obecnie scenariusz ten się powtarza, tyle że w o wiele większej skali.

Pora więc sobie coś wyjaśnić. Polska nie ma w świecie żadnego wizerunku, który mógłby się „pogorszyć”. Nasz „wizerunek” to „polish death camps”, Jedwabne i przypisana nam rola winowajców. Nie mamy tu nic do stracenia. Nie ma też powodów, by żydowska „wrażliwość historyczna” pozostawała pod szczególną ochroną. Nas Hitler też mordował – sześć milionów polskich obywateli poszło do piachu. Położenie etnicznych Polaków różniło się od sytuacji Żydów tylko tym, że byliśmy drudzy w kolejce do unicestwienia i gdyby wojna potrwała kilka lat dłużej, nie byłoby czego z nas zbierać.

Po pierwsze zatem – należy wytoczyć proces Ruderman Family Foundation, bo jej spot jest modelowym odzwierciedleniem przestępstwa opisanego w znowelizowanej ustawie. Trzeba wysłać im oczywiście stosowne wezwania, a jeśli nie wezmą udziału w procesie – skazać zaocznie, tak by mieli świadomość, że jeśli kiedykolwiek pojawią się w Polsce, czeka ich odsiadka lub grzywna. I po drugie, co powtarzam jak mantrę – wznowić ekshumację w Jedwabnem. Bez tego nie ruszymy, bo na nasze mozolne przekonywanie, że nie jesteśmy wielbłądami, Żydzi zawsze odpowiedzą jednym słowem: „Jedwabne” - na zasadzie gry w pomidora. Będą tak robili, ponieważ wersja Grossa jest na forum międzynarodowym jedyną obowiązującą - dlatego należy im wybić z ręki ten oręż. Tymczasem nasi mężykowie stanu na samo hasło „Jedwabne” kulą się jakby zobaczyli węża. Nie czas również na dywagowanie o „MaBeNach” - tu trzeba, mówiąc brutalnie, walić na odlew w zakłamane pyski oszczerców, aż im się odechce szkalowania. I, już na koniec – panie ministrze Ziobro, proszę nie mówić, że spod odpowiedzialności zostaną wyłączeni dziennikarze, bo to właśnie dziennikarze zachodnich mediów najczęściej pisali o „polskich obozach”. Jeżeli nie ich, to kogo będzie pan chciał oskarżać – Baracka Obamę?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Hucpa – reaktywacja

Ćwierć miliarda za nic

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 09 (02-08.03.2018)

Czas handlowej apokalipsy

Pierwszy „sądny dzień” już niedługo, w niedzielę 11 marca – i jestem jakoś dziwnie spokojny, że Polska się nie zawali i nikt nie zbankrutuje.

Szanowni państwo, nadchodzi czas apokalipsy – tak przynajmniej można sądzić po różnych fikołkach wykonywanych przez sieci handlowe starające się obejść częściowy zakaz handlu w niedziele. Przypomnijmy, że w tym roku zakaz będzie obejmował dwie niedziele, w 2019 r. będą to trzy niedziele, zaś od 2020 r. - wszystkie niedziele w miesiącu. Stopniowe wprowadzanie ograniczeń jest rozwiązaniem kompromisowym, podobnie jak liczne przewidziane ustawą wyjątki – to jednak nie zadowoliło działających na naszym rynku koncernów handlowych, które zaczęły ostrzegać przed katastrofalnymi skutkami dla gospodarki. Nic nowego, bo z podobnymi kasandrycznymi przepowiedniami spotykaliśmy się każdorazowo, gdy rozpatrywano kolejne propozycje dni wolnych od pracy. Do obniżenia PKB, wzrostu bezrobocia oraz zmniejszenia wpływów podatkowych miały się przyczynić długie weekendy, skrócenie dnia pracy w Wigilię, czy święto Trzech Króli. Nic takiego, jak wiadomo, nie nastąpiło.

No, ale powyższe nie zniechęciło organizacji zrzeszających podmioty handlowe do ponownego sięgnięcia po podobny zestaw argumentów. W 2016 r. Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji alarmowała o ryzyku „pogłębienia deflacji”. Z kolei w 2017 r. mogliśmy przeczytać w oficjalnym stanowisku POHiD tudzież innych organizacji pracodawców, iż „ograniczenie handlu w niedziele wpłynie negatywnie na polską gospodarkę i jej konkurencyjność, budżet państwa, miejsca pracy oraz handel detaliczny, gastronomię, usługi i logistykę. Skutki ustawy najdotkliwiej odczują studenci oraz osoby, którym najtrudniej znaleźć pracę (50+)”. Hmm, chciałbym zobaczyć te osoby w wieku „50+” masowo zatrudniane w dyskontach i supermarketach... Rekord pobiła prezes POHiD Renata Juszkiewicz twierdząc w kwietniu 2017, że zakaz handlu w dwie niedziele jest równie groźny co we wszystkie. To może od razu trzeba było wprowadzić zakaz całościowy? Skoro i tak nie ma różnicy...

Słowem, pandemonium i zgroza, toteż sieci (w trosce o dobro polskiej gospodarki i wpływy budżetowe, ma się rozumieć) z miejsca zaczęły szukać sposobów na ominięcie nowego prawa. I tak portugalska „Biedronka” wystartowała z pomysłem „nocnej zmiany”, mającej się rozpoczynać w kalendarzowy poniedziałek o godz. 00:15 – do czego doszłoby wydłużenie czasu pracy w sobotę do godz. 23:45. Nad wydłużeniem godzin pracy „zastanawia się” również niemiecki Lidl i brytyjskie Tesco, pojawiały się także pomysły w rodzaju ogłoszenia sklepów „piekarniami” (jeden z ustawowych wyjątków), jako że wiele z nich wypieka pieczywo na miejscu. Z kolei działające w centrach handlowych „sieciówki” ogłosiły innowację polegającą na niedzielnej zamianie swych placówek w „showroomy” - czyli rodzaj „muzeów handlowych” w których klienci mogliby obejrzeć i przymierzyć towar, a następnie zamówić go przez internet. Podobnych wykwitów twórczej inwencji przewinęło się zresztą znacznie więcej – tyle dobrego, że koncerny handlowe przynajmniej przestały się ośmieszać roztaczaniem wizji masowych zwolnień, bo każdy kto odstał swoje w ogonku do kasy widzi, że zwyczajnie nie mają kogo zwalniać. Do wyjątków należą duńskie Netto i polskie Dino, które stwierdziły, że z uwagi na dobro pracowników nie mają nic przeciwko ograniczeniom handlu w niedziele.

Wśród przytoczonych koncepcji szczególnie bulwersują nocne zmiany. Pokażcie mi normalnego człowieka, który gna na zakupy w nocy z niedzieli na poniedziałek i tylko czeka, aż wybije północ. Gołym okiem widać, że ze zdroworozsądkowego punktu widzenia rozwiązanie takie nie ma sensu. O co więc może chodzić? Osobiście przypuszczam, że jest to rodzaj perfidnej szykany wobec pracowników – tak, by sami znienawidzili „wolne niedziele” i domagali się powrotu do stanu poprzedniego. Tu potrzebna będzie nowelizacja precyzująca, że w myśl ustawy „niedziela” zaczyna się np. w sobotę o 22:00 i kończy w poniedziałek o 6:00 rano.

Na zakończenie warto jeszcze poruszyć wątek rozlicznych „obrońców wolności” podnoszących swoje „prawo” do niedzielnych zakupów. Otóż to, co dla jednego jest „wolnością”, dla innych jest niewolą i przymusem ekonomicznym. W głosach tych ultra-liberałów, argumentujących, że nikt nikogo nie zmusza do pracy w handlu, a poza tym oni „nie mają czasu” by zrobić zakupy kiedy indziej, silnie zaznaczają się echa prymitywnego, społecznego darwinizmu. A może odwrócić sytuację? Przecież „nikt nikogo nie zmusza”, by tyrał od poniedziałku do niedzieli po 12 godzin na dobę, tak że nie może nawet wyskoczyć do sklepu. Może to wy, szanowni obrońcy wolnego handlu, zmienilibyście pracę – i przy okazji pozwolili odpocząć innym?

W każdym razie, pierwszy „sądny dzień” już niedługo, w niedzielę 11 marca – i jestem jakoś dziwnie spokojny, że Polska się nie zawali i nikt nie zbankrutuje. A co do handlowych potentatów – czekam z niecierpliwością na zapowiadane przez premiera Morawieckiego publikowanie wykazów najgorszych płatników CIT. Ciekawe, jak w tym zestawieniu będą się prezentowały największe działające u nas sieci?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Dajmy odpocząć


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 09 (02-08.03.2018)

sobota, 3 marca 2018

Antysemityzm urojony

Centrum Badań nad Uprzedzeniami UW jest lewacką jaczejką realizującą swą agendę pod pozorem badań naukowych.

I. I Ty zostaniesz „wtórnym antysemitą”

Na marginesie spazmów i drgawek towarzyszących ostatnim napięciom polsko-żydowskim, co przełożyło się m.in. na jęki o recydywie „moczarowszczyzny” i „tradycyjnego polskiego antysemityzmu”, warto pokusić się o analizę ciekawego raportu wyprodukowanego przez Centrum Badań nad Uprzedzeniami przy Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Jak czytelnicy „Polski Niepodległej” może pamiętają, co jakiś czas poświęcam nieco uwagi działalności tej specyficznej instytucji, stanowi ona bowiem typowy przykład ideologizacji nauk społecznych. Najprościej rzecz ujmując, Centrum Badań nad Uprzedzeniami jest lewacką jaczejką realizującą swą agendę pod pozorem badań naukowych – tropi takie zjawiska jak „islamonegatywność” (poważnie, jest takie pojęcie), „mowa nienawiści”, „ksenofobia”, „prawicowy autorytaryzm” oraz, ma się rozumieć, „antysemityzm”. A że z założenia wszystkie wymienione grzechy trzeba w społeczeństwie odnaleźć, bo inaczej całe to Centrum straciłoby rację bytu, toteż badacze odnajdują – za pomocą sondaży najeżonych odpowiednio tendencyjnymi pytaniami. Nie inaczej jest z „antysemityzmem”, którego dotyczy pochodzący z 2017 r. raport pod uroczym tytułem: „Powrót zabobonu: antysemityzm w Polsce na podstawie Polskiego Sondażu Uprzedzeń 3” pod redakcją Dominiki Bulskiej i Michała Winiewskiego. Dokument, jak nadmieniłem, jest interesujący – ale nie dlatego, że mówi nam coś o polskim społeczeństwie. Prawdziwą jego wartością jest możliwość wglądu w stan ducha i umysłu naukowców szyjących swe badania pod z góry ustaloną tezę.

Manipulacja zaczyna się już na poziomie podstawowej terminologii i definicji. Otóż na wstępie badacze zabezpieczają się przed potencjalnie krępującą sytuacją, jeśli okazałoby się, że zjawisko antysemityzmu jest wśród Polaków marginalne. Czynią to za pomocą prostego zabiegu – rozszerzając maksymalnie zasięg pojęcia. Dzielą mianowicie uprzedzenia wobec Żydów na trzy podkategorie: antysemityzm tradycyjny, antysemityzm spiskowy oraz antysemityzm wtórny. „Antysemityzm tradycyjny” wg autorów, to np. wiara w porywanie dzieci na macę, czy obarczanie Żydów odpowiedzialnością za ukrzyżowanie Chrystusa. Z kolei „antysemityzm spiskowy”, jak sama nazwa wskazuje, polegać ma na wierze w żydowski spisek mający na celu osiągnięcie władzy nad poszczególnymi państwami i światem – przy czym Żydzi postrzegani są tu jako jednorodna grupa działająca w porozumieniu.

Ale prawdziwym cymesem jest „antysemityzm wtórny” - ma się on charakteryzować „tendencją do zaprzeczania własnym uprzedzeniom antyżydowskim”, negowaniem wyjątkowości holokaustu, poglądem, że winni antysemityzmowi są często sami Żydzi oraz opinią, że holokaust jest narzędziem wykorzystywanym przez Żydów do osiągania korzyści majątkowych (odszkodowania) i zyskiwania przewagi nad innymi narodami. Innymi słowy – im bardziej wypierasz się „antyżydowskich uprzedzeń”, tym bardziej jesteś antysemitą. A jeżeli jeszcze negujesz jedynie słuszną wizję Zagłady (zwróćmy uwagę – nie chodzi o zaprzeczanie holokaustowi lecz o zadekretowaną, „oficjalną” interpretację tegoż) forsowaną w doktrynie izraelskiego państwa i środowisk żydowskich – wówczas jesteś „wtórnym antysemitą” do kwadratu.


II. Wszyscy jesteśmy żydożercami

Jak łatwo zauważyć, z takim zapleczem pojęciowym wytropienie antysemityzmu to już bułka z masłem. Wystarczy jedynie w sondażu zadać odpowiednio ukierunkowane pytania i gotowe – żaden żydożerca (ani „tradycyjny”, ani „spiskowy”, ani nawet „wtórny”) się nie wywinie. Spójrzmy, jak to wygląda w szczegółach.

W badaniu zadano respondentom szereg pytań w postaci stwierdzeń do których mieli się ustosunkować w skali 1-5, gdzie „1” oznaczało „zdecydowanie się nie zgadzam”, a „5” - „zdecydowanie się zgadzam”. Dodajmy, że swej odpowiedzi nie można było zniuansować, albo uzasadnić – można było co najwyżej odmówić jej udzielenia. Od razu powiem, że jeśli chodzi o mnie, to w takich warunkach odmówiłbym odpowiedzi na wszystkie pytania – bowiem niemal każde z nich implikowało określoną tezę.

I tak, przy badaniu „antysemityzmu tradycyjnego”, pytanie brzmiało:W przeszłości zarzucano Żydom porywanie chrześcijańskich dzieci. Czy uważa Pani/Pan, że takie porwania miały miejsce?”. I cóż tu odpowiedzieć? Jedyną uczciwą reakcją byłoby proste „nie wiem”. Natomiast kolejne pytanie: „Czy na współczesnych Żydach ciąży odpowiedzialność za ukrzyżowanie Chrystusa?” - jest dość perfidne. Z Ewangelii wg Św. Mateusza dowiadujemy się bowiem, iż Żydzi żądając wydania Barabasza i ukrzyżowania Chrystusa, zawołali „Krew Jego na nas i na dzieci nasze!” (Mt. 27:25) – czyli dobrowolnie zaciągnęli na siebie coś w rodzaju międzypokoleniowej klątwy. Do ustalenia pozostaje jedynie, jak długo owo „przekleństwo” ma obowiązywać – czy wygasa po kilku pokoleniach, czy też trwa np. do momentu nawrócenia Żydów, o co przez stulecia modlono się w Wielki Piątek? Ale, jak sądzę, samo wdawanie się w takie dywagacje, świadczy o czarnosecinnym żydożerstwie...

Weźmy teraz „antysemityzm spiskowy”. Tu z kolei mamy takie stwierdzenia/pytania, jak: „Żydzi osiągają cele grupowe dzięki tajnym porozumieniom”; „Żydzi chcą mieć decydujący głos w międzynarodowych instytucjach finansowych”; „Żydzi dążą do panowania nad światem”; „Żydzi czasami po cichu spotykają się, żeby omówić ważne dla nich sprawy”; „Żydzi działają często w sposób niejawny, zakulisowy”; „Żydzi dążą do rozszerzenia swojego wpływu na gospodarkę światową”. I co z tym zrobić, Czytelniku? Zgodzisz się – jesteś „spiskowym antysemitą” i oszołomem. Zaprzeczysz – wystawiasz sobie świadectwo impregnowanego na rzeczywistość idioty lub tchórza. Zauważmy, że co pytanie, to pułapka. Przykładowo, Żydzi nie tyle „chcą mieć” decydujący głos w świecie finansjery, ile po prostu go mają. Zapewne jednak dla autorów badania samo wymienienie takich nazwisk, jak Rothschild, Rockefeller, Soros czy Sachs byłoby świadectwem nieuleczalnej „judeofobii”. Przytoczmy jeszcze bardzo „antysemicką” anegdotę z czasów Konferencji Wersalskiej, opisaną w pamiętnikach Hipolita Korwin-Milewskiego. Otóż do polskiego dyplomaty, hr. Ksawerego Orłowskiego podszedł baron Maurycy Rothschild i powiedział (streszczam sens dłuższej wypowiedzi), iż nieprawdą jest jakoby Żydzi byli jednomyślni, ponieważ on, Rothschild, w wielu sprawach nie zgadza się np. z Lejbą Trockim, jednak w podstawowym punkcie zawsze są zgodni – gdy rzecz idzie o „honor Izraela” (czyli narodu żydowskiego). W związku z tym, dopóki na czele polskiej delegacji stał będzie „ten człowiek” (mowa o Romanie Dmowskim), „to Izrael zastąpi jej drogę ku wszystkim jej celom”. Kliniczny przejaw „spiskowego antysemityzmu”, któremu daje świadectwo... baron Rothschild.

No i wreszcie, mój ulubiony „wtórny antysemityzm”. Oto kolejny zestaw „pytań-pułapek”: „Żydzi rozpowszechniają pogląd, że Polacy są antysemitami”; „Żydzi chcą zdobyć od Polaków odszkodowania za coś, co w rzeczywistości uczynili im Niemcy”; „Denerwuje mnie, gdy dziś wciąż mówi się o zbrodniach popełnionych przez Polaków na Żydach”; „Odnoszę wrażenie, że Żydzi wykorzystują nasze wyrzuty sumienia”. Przecież jest to zestaw niezaprzeczalnych faktów! Szczególnie dziś, w dobie antypolskiej nagonki i nasilenia roszczeń majątkowych widać to z pełną wyrazistością. Tak, w żydowskiej propagandzie jesteśmy antysemitami, przypisuje się nam niemieckie winy i na tej podstawie żąda się od nas odszkodowań; polski rzekomy „współudział” w holokauście jest częścią żydowskiej narracji historycznej – i owszem, w ten sposób usiłuje się nas obezwładnić wyrzutami sumienia. Lecz nie – jeśli zauważysz te oczywistości, jesteś skończony jako „wtórny antysemita”.


III. Antysemityzm urojony

Na zakończenie - proszę darować, że nie przytaczam tu „wyników”. Kto ciekaw, może cały raport znaleźć w internecie. Rzecz w tym, że na podstawie tak zmanipulowanego już w sferze definicji, pytań i założeń „badania” poczynienie jakichkolwiek merytorycznych ustaleń jest zwyczajnie niemożliwe - a w konsekwencji to, co prezentuje się nam jako „wnioski” nadaje się wyłącznie do kosza. Aby uniknąć zaklasyfikowania jako „antysemita” należałoby po prostu kłamać – nie ma innego sposobu na wyjście obronną ręką w konfrontacji z tak spreparowanymi pytaniami. Jednak, jak zauważyłem na wstępie, omawiany sondaż wiele nam mówi o jego autorach – kompletnie zaczadzonych, lewackich fanatykach, dla których antysemityzmem jest dokładnie wszystko, co choćby potencjalnie może postawić Żydów w niekorzystnym świetle. Od wstydliwego piętna antysemityzmu (co z tego, że urojonego) zwalnia jedynie bezkrytyczne uwielbienie dla „narodu wybranego” połączone z rytualnym samobiczowaniem za polskie „winy”.

Wygląda to na pozór groteskowo – ale warto zdawać sobie sprawę, że na takim ideologicznym podglebiu kwitła przez niemal 30 lat „pedagogika wstydu”. I, jak widać, ów proceder jest kontynuowany – przy udziale placówki naukowej czołowego polskiego (!) uniwersytetu...


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

„Polska bastionem... zdrowego rozsądku”

„Miastko, czyli prawica pod lupą”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 05 (28.02-13.03.2018)

Pod-Grzybki 125

Taka sytuacja. W Szwecji odbyła się demonstracja osób LGBTQWERTY. Natomiast – uwaga - kontrmanifestację przeciw gej-paradzie urządziła nie żadna skrajna prawica, lecz... Antifa. Lewacy z Antify doszli mianowicie do wniosku, że przemarsz ostentacyjnych homoseksualistów obraża uczucia religijne mieszkających w Szwecji muzułmanów! W ten oto sposób postępactwo koncertowo zamalowało się do kąta. A teraz zagadka dla naszych lewaków, którzy chcieliby jednocześnie nieskrępowanych gej-parad i przyjmowania islamskich nachodźców: kto tu ma rację?


*

Nadprezydent... nie, wcale nie Jarosław Kaczyński – otóż nadprezydent Zofia Romaszewska, która od czasu, gdy Andrzej Duda za jej namową zawetował ustawy sądowe doszła do wniosku, że młokos ma się jej słuchać – ogłosiła, iż nowelizacja ustawy o IPN jest „idiotyczna” i należy ją poprawić. Dodała przy tym, że wysłała do prezydenta SMS-a z poleceniem zawetowania ustawy. Prezydent jednak, jak wiadomo, posłuchał się pani Zofii tylko połowicznie: podpisał ustawę (taki z niego niegrzeczny urwisek), ale zaraz przestraszył się, że nie dostanie deseru i odesłał ją do Trybunału Konstytucyjnego. Podobno udobruchana pani Zofia upiekła mu szarlotkę.


*

Powyższe nie zmienia faktu, że PAD najwyraźniej czuje się najlepiej, gdy ma nad sobą jakąś panią wychowawczynię, w czym jako żywo przypomina Emmanuela Macrona. A może przy najbliższej okazji to Zofia Romaszewska pojedzie do Paryża, obgada sprawy z panią Macronową i nagle się okaże, że w relacjach polsko-francuskich nastąpi idylla? Będą tylko musiały pilnować, żeby chłopcy się przypadkiem nie pobili. Na przykład o Caracale. Albo o zabawki.


*

Tak mi się skojarzyło - gdy eks-małżonka Lenina, Nadieżda Krupska, próbowała bruździć Stalinowi, ten poradził jej, żeby się uspokoiła, bo w przeciwnym razie znajdzie się „inna wdowa po Leninie”. Podziałało. A nie dałoby rady poszukać jakiejś innej wdowy po Romaszewskim?


*

Donald Trump przesłał nam właśnie sygnał dyscyplinujący w postaci mianowania nowej pani ambasador – niejakiej Georgette Mosbacher, której atutem w kontekście polsko-żydowskiej awantury są odpowiednie korzenie. Aluzju poniał, tym bardziej, że pani Georgetta wygląda jakby urwała się z planu „Dynastii” - jeśli tu zacznie intrygować niczym Alexis, to marny nasz los.


*

Tymczasem środowiska żydowskie nie ustają w podkreślaniu swej historycznej pozycji jako „narodu wybranego”. Generalnie, z ich stanowiska wynika, że w przypadku zagrożenia przedstawiciele innych nacji mają obowiązek poświęcić się dla Żydów – nawet za cenę życia własnego i swojej rodziny – tak, jak pies lub niewolnik ma obowiązek poświęcić się w obronie swego pana. Nachodzi mnie w związku z tym bardzo brzydka, a na pewno nie chrześcijańska refleksja. Na przyszłość lepiej Żydów nie ratować - po pierwsze, nie będą wdzięczni, co najwyżej uznają, że goje spełnili swoją powinność; po drugie - jak już będzie po wszystkim, to i tak zrobią z nas morderców.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 05 (28.02-13.03.2018)

niedziela, 25 lutego 2018

Hucpa - reaktywacja

Motto: „Z ogromną większością Żydów trudno o stosunkach między naszymi narodami dyskutować, bo najwyraźniej są przekonani, że Wielka Zagłada wyłączyła ich raz na zawsze spod wszelkiej krytyki” - prof. Bogusław Wolniewicz


I. Awantura o kwiaty

Już się wydawało, że „shitstorm” rozpętany na tle nowelizacji ustawy o IPN przygasa i będzie się można zająć spokojniejszą tematyką – a tu nic z tego. Wszystko za sprawą wizyty Mateusza Morawieckiego w Niemczech. Premier wziął wprawdzie udział w Konferencji Bezpieczeństwa z udziałem prominentnych przedstawicieli krajów UE i NATO, ale któż by się przejmował tak drugorzędnymi sprawami. Z pewnością nie portal „Agory” dla którego głównym newsem było złożenie kwiatów w Monachium na grobach żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej NSZ. Z miejsca przypomniano rzekomą kolaborację Brygady Świętokrzyskiej z Niemcami i zwalczanie komunistycznej partyzantki.

Przypomnijmy więc dla porządku, że owa „komunistyczna partyzantka” to byli w przytłaczającej większości kolaboranci Moskwy, którzy nie walczyli bynajmniej o wolną Polskę, lecz o narzucenie jej komunizmu w jego najbardziej zbrodniczej, stalinowskiej postaci. Rekrutowała się w znacznej mierze z przestępczego marginesu – były to po prostu zbrojne bandy rabunkowe, które zwerbowała pod swe czerwone sztandary sowiecka agentura w zamian za obietnicę bezkarności. Prócz gwałtów na cywilnej ludności (np. mord w Drzewicy popełniony przez bandę Izraela Ajzenmana), komunistyczna partyzantka zajmowała się zwalczaniem niepodległościowego podziemia, nie cofając się przed donosami do Gestapo. W obliczu nadciągającej Armii Czerwonej i nieuchronnej sowietyzacji kraju, Brygada Świętokrzyska miała jedyne rozsądne wyjście – dogadać się z Niemcami, zawrzeć taktyczny rozejm i przedostać się na Zachód, co też z powodzeniem uczyniła, wyzwalając po drodze obóz koncentracyjny w Holiszowie i kilkaset żydowskich kobiet. Niemcy wprawdzie wiązali z BŚ swoje nadzieje – chcieli wykorzystać tę formację w charakterze dywersantów na froncie wschodnim, lecz z planów tych nic nie wyszło, bo dowódcy NSZ doskonale zdawali sobie sprawę, gdzie przebiega granica zdrady i nigdy jej nie przekroczyli. Ale cóż, zawsze powtarzałem, że dzisiejsi duchowi (a czasem i „genetyczni”) spadkobiercy KPP zwyczajnie nie mogą darować Brygadzie, że udało jej się umknąć z rąk różnych Stefanów Michników - i dziś tę opinię podtrzymuję.


II. Antypolska hucpa

Lecz ujadanie wokół kwiatów na grobach żołnierzy NSZ było tylko przystawką przed daniem głównym – mianowicie, premier Morawiecki w odpowiedzi na pytanie żydowskiego dziennikarza „New York Timesa” o nowelizację ustawy o IPN odpowiedział, że oczywiście nie będzie karane mówienie prawdy o polskich sprawcach, którzy wydawali bądź mordowali Żydów – podobnie jak o sprawcach żydowskich, rosyjskich i ukraińskich. No i rozpętała się kolejna odsłona aż za dobrze nam znanej hucpy. Premier „Bibi” Netanjahu zapowiedział, że sobie z Morawieckim „porozmawia”, media po raz kolejny dostały histerii na tle rzekomego „negowania holokaustu”, Światowy Kongres Żydów zażądał przeprosin, a izraelscy politycy na wyścigi zaczęli się domagać obniżenia rangi relacji dyplomatycznych z Polską, bądź wręcz zerwania stosunków. Przekornie powiem, że to ostatnie zresztą nie byłoby takie złe – przynajmniej Izrael i środowiska żydowskie straciłyby istotny instytucjonalny kanał do wywierania na Polskę presji co do kształtu naszego ustawodawstwa.

Stronie żydowskiej poszło oczywiście o wymienionych przez Morawieckiego „żydowskich sprawców”, których istnienie wszak nie jest tajemnicą co najmniej od czasów „Eichmanna w Jerozolimie” Hannah Arendt (ot, weźmy taki fragment: „Zarówno w Amsterdamie, jak w Warszawie, w Berlinie tak samo jak w Budapeszcie można było mieć pewność, że funkcjonariusze żydowscy sporządzą wykazy imienne wraz z informacjami o majątku, zagwarantują uzyskanie od deportowanych pieniędzy na pokrycie kosztów ich deportacji i eksterminacji, będą aktualizować rejestr opróżnionych mieszkań, zapewnią pomoc własnej policji w chwytaniu i ładowaniu Żydów do pociągów, na koniec zaś - w ostatnim geście dobrej woli - przekażą nietknięte aktywa gminy żydowskiej do ostatecznej konfiskaty”). Czyżby gardłujący dziś Żydzi nie słyszeli o Chaimie Rumkowskim, „dyktatorze” łódzkiego getta i jego zbrodniczych rządach? A może należy ocenzurować książkę Arendt, bo ośmieliła się napisać zbyt wiele? Najwyraźniej, jak to ujął w TVP Info rabin Szalom Ben Stambler dociskany o żydowskich kolaborantów, „to nie przechodzi do żadnej rubryki”.

Do powyższej sytuacji jak rzadko pasuje opis święta Purim przytaczany przez dr Ewę Kurek – otóż podczas tego święta obchodzonego na pamiątkę zgładzenia perskiego dostojnika Hamana, rabin wpierw odczytuje głośno wszystkie wyrządzone Żydom przez Hamana krzywdy, by następnie szeptem opowiedzieć o żydowskim odwecie w wyniku którego wg przekazu biblijnego śmierć poniosło 75 tys. Persów. Przekaz jest jasny: o żydowskich krzywdach należy krzyczeć aż pod niebo, lecz o żydowskich zbrodniach – cicho sza. A już w ogóle nie do pomyślenia jest, by mówili o tym jacyś goje - natomiast Żydzi mogą wprawdzie poruszać „trudne” tematy, lecz jedynie we własnym gronie i najlepiej szeptem. Jak widać, ta zasada wciąż obowiązuje, szczególnie w kontekście holokaustu i roli jaką odegrali w nim żydowscy kolaboranci. Nie bez przyczyny tacy autorzy jak wspomniana Hannah Arendt, nie mówiąc już o Normanie Finkelsteinie, są w społeczności żydowskiej poczytywani za odszczepieńców.


III. Jak wojna, to wojna

Zupełnie inaczej jest u nas – tutaj do niedawna im ktoś głośniej krzyczał o polskiej „współodpowiedzialności” za holokaust, tym większego rozgłosu i splendorów mógł się spodziewać, czego ponurym świadectwem stała się kariera Jana Tomasza Grossa. Również i dziś na wieść o słowach premiera Morawieckiego wiodące media obozu III RP ukształtowane w duchu „pedagogiki wstydu” dostały galopującej biegunki. Biadoleniom o utracie przez Polskę międzynarodowej reputacji nie ma końca. Wychodzi na to, że polskiej reputacji wielce szkodzi odkłamywanie historii i mówienie prawdy, a z drugiej strony - nic tak nie umacnia naszego prestiżu, jak przyznawanie się do niepopełnionych zbrodni. I pomyśleć, że kolejne ekipy rządzące kierowały się tą chorą logiką przez niemal trzydzieści lat... Warto tu przypomnieć o takich „sukcesach” naszej dyplomacji, jak organizowanie w ambasadach pokazów „Idy” i „Pokłosia”. Przy jednej z tego typu okazji – prezentacji „Pokłosia” podczas waszyngtońskiego Festiwalu Filmów Żydowskich w 2014 r. – ówczesny ambasador w USA Ryszard Schnepf raczył się wyjęzyczyć: „Pokłosie to film, który pokazuje jak w uczciwy sposób powinniśmy się zmierzyć z trudnymi i nie zawsze chwalebnymi momentami przeszłości naszego kraju”. To dopiero było podniesienie naszej międzynarodowej renomy! Nic dziwnego, że świat przyzwyczajony do polskiego samobiczowania uznał, że można z nami zrobić wszystko – a teraz przeżywa szok poznawczy.

No, ale skoro ten szok już nastąpił, to można go pogłębić wyprowadzając kolejne ciosy obezwładniające przeciwnika na arenie propagandowej. Nie łudźmy się, nie pomoże nam żadne konsultowanie ustaw ze stroną żydowską i uwzględnianie jej postulatów – co ów pokaz naszej wrażliwości przyniósł, właśnie widzimy. Podobnie rzecz się ma z powołaniem operetkowego zespołu ds. „dialogu prawno-historycznego” - sami stwarzamy w ten sposób okazję do wywierania na nas nacisków. Trzeba pójść drogą bezwzględnego punktowania strony przeciwnej. O konieczności wznowienia ekshumacji w Jedwabnem i przyszpileniu urojeń Grossa, już tu niedawno pisałem. Kolejnym krokiem powinno być upublicznienie na forum międzynarodowym udziału Żydów (często kierowniczego) w komunistycznym aparacie represji wraz z informacją o bestialstwach, jakich dopuszczali się na polskich patriotach i ochronie, jaką część z nich znalazła w Izraelu. Jeśli Żydzi chcą z nami wojny, to powinni ją dostać.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 08 (23.02-01-03.2018)


Ćwierć miliarda za nic

Dymisja władz Polskiej Fundacji Narodowej jest niezbędna, choćby dla higieny. Te ćwierć miliarda złotych z państwowych spółek zasługuje na managerów z prawdziwego zdarzenia.

Jedną z konsekwencji niedawnej awantury na linii Polska – Izrael (i środowiska żydowskie) była fala krytyki, jaka wylała się na zarząd Polskiej Fundacji Narodowej. Krytyki, dodajmy, całkowicie uzasadnionej. W zamierzeniach bowiem Polska Fundacja Narodowa miała być niejako przedłużeniem i kontynuatorem działalności Reduty Dobrego Imienia z którą zresztą łączy ją postać Macieja Świrskiego – założyciela Reduty i członka zarządu PFN. Dzięki pieniądzom ze spółek Skarbu Państwa fundacja miała zyskać odpowiedni rozmach instytucjonalny i zaplecze finansowe, by skutecznie promować wizerunek Polski za granicą. Dotychczasową doraźną „partyzantkę” miała zastąpić profesjonalna i konsekwentna kampania, obalająca dominujące w świecie antypolskie stereotypy i uprzedzenia. Na ten cel 17 państwowych firm wyłożyło do tej pory 250 mln. zł. Tyle, jeśli chodzi o ambitne i szczytne założenia.

W praktyce wyszło jak zawsze. W okresie największego nasilenia antypolskich ataków po uchwaleniu nowelizacji ustawy o IPN, kiedy światowe media wprost zarzucały nam współudział w holokauście (trudno o cięższy przypadek dyfamacji), PFN milczała, wykazując się zadziwiającą biernością. Można zrozumieć, że nie da się z dnia na dzień wyprodukować telewizyjnego spotu prostującego szkalujące nas kłamstwa (inna sprawa, że nawet nie spróbowano) – ale napisanie stosownego artykułu i wykupienie miejsca w europejskich, amerykańskich i izraelskich gazetach tudzież portalach, nie powinno chyba przekraczać możliwości tak zamożnej instytucji? Podobnie jak zorganizowanie fachowej akcji w mediach społecznościowych? W końcu, kiedy uruchamiać te ćwierć miliarda, jeśli nie w takich właśnie, kryzysowych sytuacjach?

Tymczasem, nic z tego. Na stronie PFN pojawił się jedynie 30-sekundowy (!) filmik, będący... wyborem kadrów ze słynnej IPN-owskiej produkcji „Niezwyciężeni”, co nie przeszkodziło fundacji w dumnym ogłoszeniu, iż ten film... „wyprodukowała”. Przepraszam, ale taką „produkcję” polegającą na wyborze scen i doklejeniu kilku tekstów może zrobić na swoim laptopie średnio rozgarnięty nastolatek – na dodatek za darmo. Również jeśli chodzi o samych „Niezwyciężonych”, PFN jedynie „podłączyła się” do sukcesu IPN, podpisując porozumienie dotyczące wspólnej promocji filmu. Krótko mówiąc, organizacja hojnie sponsorowana z publicznych środków okazała się dramatycznie nieprzygotowana do reagowania w najbardziej wymagającym tego momencie.

Natomiast patrząc na dorobek fundacji pod kątem samodzielnych inicjatyw... no cóż, powiedzieć, że jest mizernie, to nic nie powiedzieć. Póki co, PFN chwali się następującymi projektami: wspomaganie utalentowanych sportowców; piknik wojskowy z „namiotem edukacyjnym” skierowanym do stacjonujących w Polsce amerykańskich żołnierzy; mający „promować Polskę” rejs dookoła świata pełnomorskim jachtem regatowym z Mateuszem Kusznierewiczem w charakterze dodatkowej atrakcji; no i wisienka na torcie – śpiewnik pieśni żołnierskich i legionowych. Czyli kolejno: za sportowców powinno odpowiadać ministerstwo sportu; namiot na pikniku z wystawą plenerową mogłaby zorganizować niemal dowolna drużyna harcerska; pełnomorska wycieczka Kusznierewicza i jacht to czyste marnotrawstwo; a od pieśni legionowych (po polsku, bo to wydawnictwo na rynek „wewnętrzny”) roi się w internecie i każdy zainteresowany ma je w zasięgu ręki. Dodajmy do powyższego jeszcze niesławną „kampanię sędziowską” i bożonarodzeniowy klip z politycznie poprawnymi życzeniami „happy holidays” (akurat wtedy, gdy Donald Trump ogłosił, że najwyższy czas znów życzyć sobie „merry Christmas”), by dopełnić obrazu nędzy i rozpaczy. Toż to są, z przeproszeniem, jakieś rzewne jaja...

Krótko mówiąc, wszystko wskazuje na to, że pod pozorem „promowania Polski” mamy do czynienia z klasycznym wiciem sobie ciepłych posadek w charakterze rekompensaty za długie lata opozycyjnego postu i markowaniem aktywności. Swoje dołożył jeszcze wicepremier Gliński w słynnej już rozmowie z Robertem Mazurkiem na antenie RMF FM, kiedy to pokrzykiwał na dziennikarza zadającego mu „bezczelne” pytania. Dociskany o konkrety minister stwierdził, że... czeka na półroczne sprawozdanie. Innymi słowy, jak rozumiem, nad działalnością Polskiej Fundacji Narodowej nie ma żadnego bieżącego nadzoru. Gołym okiem widać chaos, niekompetencję i marnotrawstwo - ale co tam, grunt, że Maciej Świrski zafundował sobie nowe emploi w stylu nobliwego, przedwojennego ziemianina.

W tej sytuacji nie może dziwić, że nad zarządem zbierają się czarne chmury – jak by nie było, PFN miała być jednym ze sztandarowych projektów obecnej władzy w ramach polityki „wstawania z kolan”, tymczasem zamiast dynamicznych akcji o międzynarodowym zasięgu otrzymaliśmy bezwładny i pokraczny biurokratyczny twór, niezdolny do wypełniania nałożonych nań obowiązków. Podsumowując, dymisja obecnych władz fundacji jest niezbędna, choćby dla higieny. Te ćwierć miliarda złotych z państwowych spółek zasługuje na managerów z prawdziwego zdarzenia.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 08 (23.02-01-03.2018)

niedziela, 18 lutego 2018

Lekcja ojkofobii

Obecne gromy ciskane na głowy narodu w stylu rodem z lat '90 są najlepszą gwarancją trwałej marginalizacji „łże-elit” oraz ich politycznych ekspozytur.

I. Przebudzenie narodu

Jednym z niezaprzeczalnych plusów jeśli chodzi o wydarzenia ostatnich tygodni, jest ostateczne już chyba samozaoranie „obozu III RP” w oczach przytłaczającej większości opinii publicznej. Te wszystkie wrzaski o antysemityzmie i „nowym Marcu '68”, mają bowiem jeden wspólny mianownik: podszyte są klasyczną ojkofobią, czyli wyobcowaniem i nienawiścią do własnej wspólnoty, tradycji i kultury. Ostatni raz w przypadku relacji polsko-żydowskich coś podobnego przeżywaliśmy przy okazji „Sąsiadów” Grossa i festiwalu samobiczowania zorkiestrowanego na tle histerii wokół Jedwabnego, zaś w nieco innym kontekście – zaraz po tragedii smoleńskiej, kiedy to rodzime łże-elity ostrzegały przed „demonami polskiego patriotyzmu” i „mrocznymi oparami mesjanizmu”, co w praktyce przełożyło się na zezwierzęcenie pijanej palikociarni oddającej mocz na znicze pod Pałacem Prezydenckim. Tyle, że wtedy jeszcze salonowszczyzna i jej akolici mogli występować z pozycji siły: wydawało się, że przeczołgani pedagogiką wstydu Polacy ulegają postępującemu wynarodowieniu (zwanemu elegancko „europeizacją”), a niedobitki zgodnie ze słowami Donalda Tuska wkrótce „wymrą jak dinozaury”.

Dzisiaj, z szeregu przyczyn, mamy sytuację odmienną – Polacy gremialnie odwrócili się od dotychczasowych, samozwańczych „przewodników stada”, podnieśli się z kolan i odrzucają próby wmanipulowania w poczucie winy za niepopełnione zbrodnie. Nie jesteśmy narodem morderców, „sprawców” - jak ujął to w haniebnym liście Bronisław Komorowski – i nie godzimy się na przypisywanie nam takiej roli. Widoczne na każdym kroku poparcie dla nowelizacji ustawy o IPN penalizującej obarczanie państwa i narodu polskiego zbrodniami popełnionymi przez niemiecką III Rzeszę jest tego widomym dowodem.


II. Bunt przeciw pedagogice wstydu

Taka społeczna postawa musiała spotkać się ze strony wspomnianych „elit” z gniewną reakcją. Śmiem twierdzić, że w potępieńczych elaboratach o jakoby odradzającym się „antysemityzmie” i „atmosferze Marca '68” chodzi nie tyle o samą ustawę, ile właśnie o to powszechne poparcie widoczne chociażby w szerokich przestrzeniach internetu – tego współczesnego zwierciadła nastrojów. Mówiąc wprost - „tamta strona” potraktowała jednoznaczne wsparcie dla zakazu mówienia o „polskich obozach” jako bunt (czy też może ciąg dalszy rebelii) przeciw swojemu symbolicznemu przywództwu. Spójrzmy przez chwilę z ich punktu widzenia na ciąg wydarzeń z ostatnich lat: najpierw zwrot młodzieży w stronę patriotyzmu (tym bardziej bolesny, że jeszcze przed chwilą ta sama młodzież paradowała z krzyżem zrobionym z puszek po piwie), potem wypowiedzenie politycznego posłuszeństwa w wyborach z 2015 r., następnie kompromitacja KOD-u i utrzymujące się poparcie dla obecnej władzy w połączeniu z dołującymi sondażami „totalnej opozycji”, a teraz jawne opowiedzenie się przeciw ostatniemu bastionowi pedagogiki wstydu – czyli narzucanej nam od ponad ćwierćwiecza anty-polityce historycznej mającej zaszczepić tutejszym autochtonom nieusuwalne kompleksy wynikające z rzekomego współudziału w holokauście. Nic dziwnego, że się wściekli – oto wymyka im się z rąk ostatnie narzędzie przemocy symbolicznej pozwalające nie tylko panować nad zbiorowymi emocjami, lecz również pielęgnować poczucie własnej wyższości nad tubylczym „motłochem”.

Zarazem reakcja, której klasycznym przykładem może być opublikowany w „Wyborczej” list „Do przyjaciół Żydów”, gdzie mowa jest – a jakże – o „fali nienawiści” i „budzeniu demonów”, stanowi znakomitą, poglądową lekcję tytułowej ojkofobii. Nie pierwszą zresztą. Przerabialiśmy już „hołotę kupioną za 500+”; najazd „Hunów” na bałtyckie plaże; „nieoświecony plebs”, któremu Kaczyński dał „poczucie dostępu do władzy”; „chamów” wdzierających się na salony; Polaków pokazujących „mordę Edka”; podnoszono konieczność „zdjęcia aureoli z mordy chama”... Znamy wszyscy te sfrustrowane bluzgi Sadurskich, Hartmanów, Łozińskich, Mikołejków i reszty. Teraz doszła jeszcze wściekłość na to, że Polacy przestali się przejmować imputowanym im „antysemityzmem”. Zresztą, gdyby michnikowszczyzna zamiast nieprzytomnej zajadłości poszła po rozum do głowy, to mogłaby przewidzieć, że zacietrzewione walenie tą pałką pod byle pretekstem sprawi finalnie, iż zarzut „antysemityzmu” przestanie cokolwiek znaczyć. Tak kończy się dewaluacja pojęć wskutek ich nadużywania.


III. Bicie się w cudze piersi

Co łączy przytoczone powyżej wykwity białej gorączki? Ano to, że autorzy podkreślają w ten sposób własną odmienność i wyższość cywilizacyjno-kulturową nad resztą społeczeństwa. Mówią wszem i wobec: to nie my, to oni – to ten ciemny, żydożerczy motłoch, proszę nas z nimi nie łączyć. Zwróćmy uwagę, że gdy zabierają się za chłostanie „narodowych grzechów”, każdorazowo używają osoby trzeciej, co przekłada się na typowe „bicie w cudze piersi”. Jeśli już jesteśmy przy kwestii żydowskiej, wedle tej narracji Żydów zawsze mieli mordować jacyś „inni” - jednolita, wieśniacka, katolicka tłuszcza bez twarzy, dysząca najniższymi instynktami. Innymi słowy – jakieś ówczesne „mohery” i „pisiory”. Nie dziwi więc, że są tak skorzy do stosowania odpowiedzialności zbiorowej i rozciągania szmalcownictwa na ogół ówczesnych Polaków. A contrario, sami siebie stawiają tym samym po stronie „dobrych” - mówiąc hasłowo, chcieli by siebie widzieć jako współczesnych „sprawiedliwych wśród narodów świata”. Logika prosta jak konstrukcja cepa – skoro wyznajemy należyte, postępowe poglądy, to wtedy również zdalibyśmy egzamin z moralności i zachowali się jak trzeba. Na marginesie, to zapewne dlatego w historycznym przekazie wyeksponowano postać radykalnej socjalistki Ireny Sendlerowej i przypisano jej zasługi „złego endeka” - Jana Dobraczyńskiego, który podczas okupacji zapisał najpiękniejszą kartę swej biografii, lecz na którego wciąż obowiązuje nieformalny „zapis”.

Ów ton przebija również ze wspomnianego listu „Do przyjaciół Żydów” - jego przesłanie można streścić krótko: my, dzisiejsi „sprawiedliwi” jesteśmy z wami solidarni przeciw pisowskim „szmalcownikom”, następcom morderców z Jedwabnego i „neo-moczarowcom”. Nie mieszajcie nas z nimi. Co ciekawe, tego typu postawę rozpracował jakiś czas temu lewicowy socjolog, prof. Michał Bilewicz z Centrum Badań nad Uprzedzeniami Uniwersytetu Warszawskiego, mówiąc w październiku 2015 r. w wywiadzie dla „Wyborczej” o wynikach badań przeprowadzonych wśród wielkomiejskiej elity: „Kiedy zapytaliśmy ich o to, kim są Polacy, usłyszeliśmy, że to złodzieje, narzekacze, lenie i pijacy. Badania robione na próbach reprezentatywnych na wsi i w małych miastach zupełnie nie pokazywały takiego negatywnego autostereotypu” (...) Wygląda na to, że Polacy w dużych miastach zapytani o to, kim są Polacy, nie myślą o sobie. (...) A Polacy to dla nich, z grubsza mówiąc, elektorat PiS-u. Trudno o lepsze podsumowanie wyobcowania – tyle, że najwyraźniej po stronie „oświeconych” nikt nie ośmielił się wyciągnąć z tego praktycznych wniosków.


IV. Instynktowny antypolonizm

Konsekwencją powyższego jest stan ducha, w którym ojkofobiczny antypolonizm schodzi do poziomu najgłębszych instynktów, skutkujących tym, że w przypadku jakiegokolwiek konfliktu na linii Polska (Polacy) – zagranica (nie-Polacy), „oświecony” ojkofob odruchowo staje przeciw własnemu państwu i narodowi, dowartościowując się tym samym we własnych oczach. To mogą być Niemcy, Bruksela, Żydzi, liberalne elity z USA – każdy, kto naszemu ojkofobowi imponuje. Co więcej, do pewnego momentu publiczne epatowanie takim wyobcowaniem z rodzimego „ciemnogrodu” było całkiem niezłym narzędziem utrzymywania „rządu dusz” wśród aspirujących do „Europy” Polaków. Ale to już przeszłość – wyzbyliśmy się kompleksów, tak wobec zagranicy, jak i jej tutejszych, kolonialnych namiestników. I dlatego właśnie obecne gromy ciskane na głowy narodu w stylu rodem z lat '90 są najlepszą gwarancją trwałej marginalizacji „łże-elit” oraz ich politycznych ekspozytur.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Portret KOD-owca


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 07 (16-22.02.2018)