niedziela, 8 października 2017

Katalonia, a sprawa śląska

Wystarczy, że rząd w Warszawie powtórzy błąd władz hiszpańskich i pozwoli „ślązakowcom” wejść do szkół, muzeów, instytucji kultury, byśmy w przeciągu jednego-dwóch pokoleń obudzili się z podobnym problemem, jaki ma Hiszpania.


I. Ugłaskiwanie separatystów

Jerzy Gorzelik, lider Ruchu Autonomii Śląska, raczył skomentować zajścia podczas katalońskiego referendum słowami: „wydarzenia w Katalonii to także lekcja dla Śląska i Polski: brak dialogu i zatwardziałość politycznego centrum prowadzi do napięć i eskalacji konfliktu”. Częściowo się z panem Gorzelikiem zgodzę: owszem, katalońskie referendum to jest lekcja – tyle, że nie dotycząca konsekwencji „zatwardziałości” i „braku dialogu”, lecz przeciwnie – dalekosiężnych skutków nadmiernej pobłażliwości i ustępliwości wobec destrukcyjnych separatyzmów. Władze w Madrycie wyhodowały sobie bowiem problem w dużej mierze na własne życzenie, stosując taktykę niedrażnienia katalońskich nacjonalistów, kolejnych koncesji na ich rzecz i poszerzania autonomii. W pewnym momencie musiały wręcz wkroczyć do gry Kortezy przykrawając zbyt daleko idący statut katalońskiej autonomii ogłoszony w 2006 r. Dla katalońskich separatystów jednak osiągnięcia w rodzaju urzędowego języka katalońskiego, przekazanie szkolnictwa w ręce lokalnych władz, uznanie za osobny naród, czy autonomia skarbowa były jedynie kolejnymi krokami na drodze do ogłoszenia secesji. Natomiast istnienie przedstawicielstw katalońskich przy Unii Europejskiej i we Francji wpisuje się w praktykę tworzenia faktów dokonanych – podobnie jak niedawne burzliwe referendum.

Na gorącą atmosferę złożyła się zarówno agresywna kampania propagandowa secesjonistów, jak i długotrwała obróbka edukacyjna sprawiająca, że katalońskie szkoły opuszczało coraz więcej zwolenników odłączenia się od Hiszpanii. A że lokalną specyfiką jest, że partie secesjonistyczne wywodzą się ze skrajnej lewicy, to otrzymujemy połączenie ideologii lewackich z lokalnym szowinizmem – ostatnio w postaci kampanii w której mieszkańcy Barcelony protestowali przeciw nadmiernej liczbie turystów, by na jednym oddechu domagać się... przyjmowania większej ilości migrantów. Nachodźcy zresztą podziękowali im w swoim stylu, rozjeżdżając samochodami przechodniów na ulicach.

W każdym razie, kiedy przy okazji referendum prawicowy rząd w Madrycie zdecydował się na siłowe rozwiązanie, było już za późno – i co gorsza, na pół gwizdka. Trzeba było albo zawiesić katalońską autonomię i wprowadzić wojsko ogłaszając stan wyjątkowy, albo pozwolić by referendalna farsa się odbyła, po czym stwierdzić jej nieważność. Tu trzeba dodać, że ostatnie wydarzenia są pokłosiem przyjętej w 2015 r. „deklaracji inicjacji procesu niepodległościowego Katalonii”, którą hiszpański trybunał konstytucyjny uznał za nieważną, przestrzegając, iż konsekwencją może być właśnie zawieszenie autonomii. Do tego, zgodnie z hiszpańską konstytucją, referendum powinno się odbyć w całej Hiszpanii - jednostronnej secesji, nawet popartej lokalnym głosowaniem, hiszpańska konstytucja nie przewiduje. Co ciekawe, jakoś z tej okazji nie było słychać z Brukseli głosów zatroskanych o stan hiszpańskiej praworządności...

Podsumowując, mamy tu z jednej strony ekstremę, której pozwolono objąć rząd dusz i ciąg sprokurowanych na zimno politycznych prowokacji - z drugiej zaś miękkie i niezdecydowane władze centralne, które na dodatek na koniec strzeliły sobie w kolano, pozwalając, by obrazki z brutalnych (i w sumie nieskutecznych) policyjnych interwencji napędziły separatystom sympatyków na świecie.


II. Tworzenie „narodu śląskiego”

Teraz powróćmy do Jerzego Gorzelika i Ruchu Autonomii Śląska. Ktoś może powiedzieć, że porównanie jest na wyrost i na Śląsku sytuacja podobna do katalońskiej jest niemożliwa. Dziś nie, ale jutro? Proszę zwrócić uwagę, że „ślązakowcy” stosują podobną retorykę, co Katalończycy – że pieniądze wypracowane na Śląsku powinny tam pozostać, a Polska dostając Śląsk „zepsuła zegarek” (to nawiązanie do wypowiedzi brytyjskiego premiera Davida Lloyda George'a, że „przyłączyć Górny Śląsk do Polski to tak, jakby dać małpie zegarek”). Katalończycy przypominają represje z czasów dyktatury Franco – RAŚ-owcy podobnie, usiłując przedstawić powojenne komunistyczne obozy pracy jako prześladowanie Ślązaków przez Polskę i posuwając się nawet do używania haniebnej zbitki „polskie obozy koncentracyjne”.

Jest, przynajmniej póki co, pewna fundamentalna różnica: język kataloński faktycznie istnieje i można mówić o czymś na kształt katalońskiej narodowości. Jednak RAŚ-owcy i tu nie odpuszczają, konsekwentnie lobbując za uznaniem odrębnej „narodowości śląskiej” i „śląskiego języka”. Na ile jest to niebezpieczne, przekonaliśmy się przy okazji „rozbudzenia narodowego” w XIX w., gdy na terenach Ukrainy i Białorusi zaczęło się tworzenie na bazie miejscowych gwar i dialektów literackiego języka ukraińskiego i białoruskiego – śmiem przypuszczać, że z błogosławieństwem zaborców, pragnących osłabić polską dominację kulturową na tamtych ziemiach i skonfliktować ze sobą lokalne społeczności wedle zasady „dziel i rządź”. W efekcie, po odzyskaniu niepodległości z miejsca zaczęły szarpać Polskę narodowościowe waśnie. Z podobnymi zabiegami mamy do czynienia obecnie – na śląską „godkę” dokonuje się przekładów Biblii, modlitw i różnych pozycji literackich. To nie jest hobbystyczna działalność zapaleńców, tylko przemyślana strategia mająca udowodnić i usankcjonować w przestrzeni publicznej istnienie rzekomego odrębnego od polszczyzny „języka” śląskiego. Temu samemu służy przyjęcie „ślonskiej godki” w charakterze jednego z języków dostępnych na Facebooku. Przekładu dokonał Martin Grabowski oraz m.in. Andrzej Zenker i Pejter Długosz. Martin Grabowski w 2013 r. opublikował w „Dzienniku Zachodnim” artykuł w którym postulował powołanie „partii regionalnej”, która odebrałaby głosy ugrupowaniom ogólnopolskim, otwarcie przy tym wskazując na inspirację szkockimi i katalońskimi ugrupowaniami tego typu. Andrzej Zenker to z kolei członek chorzowskiego RAŚ, natomiast Pejter (Piotr) Długosz jest prezesem zdelegalizowanego sądownie Stowarzyszenia Osób Narodowości Śląskiej. A zatem również tłumaczenie Facebooka na „śląski” jest posunięciem politycznym – jednym z wielu małych kroków mających na celu udowodnienie śląskiej odrębności narodowościowej.

Podobny cel ma kodyfikacja śląskiej mowy, unifikująca „śląską ortografię” (tzw. „ortografię ślabikorzowo”) i wprowadzająca specjalne znaki diakrytyczne – inicjatorzy nie ukrywają, że wiatru w skrzydła dodał im wynik spisu powszechnego w którym 800 tys. osób zadeklarowało „narodowość śląską”. Po kodyfikacji kolejnym krokiem będzie staranie, by uznać język śląski za oficjalny język regionalny. Na tym pomyśle suchej nitki nie zostawił prof. Miodek i Rada Języka Polskiego wskazując, że w gwarze śląskiej nie ma niczego, co odróżniałoby ją od literackiej polszczyzny bardziej niż inne gwary, ale mimo to znaleźli się chętni do specjalnej komisji kodyfikacyjnej pod przewodnictwem prof. Jolanty Tambor z Uniwersytetu Śląskiego. Tu dodajmy, że nie ma jednej śląskiej „godki” – funkcjonuje wiele jej miejscowych odmian, zatem „kodyfikacja” to w istocie tworzenie nowego, sztucznego języka na bazie lokalnych gwar – wypisz, wymaluj, tak samo jak w XIX w. stworzono język ukraiński. Równie dobrze można by stworzyć na podobnej zasadzie język „mazowiecki”, czy „wielkopolski”.


III. Hiszpańska lekcja

Poświęcam tu tyle uwagi kwestiom językowym, bo w ten sposób tworzone jest kulturowe podglebie do propagowania poczucia etnicznej odrębności. Wystarczy, że rząd w Warszawie powtórzy błąd władz hiszpańskich i pozwoli „ślązakowcom” wejść do szkół, muzeów, instytucji kultury, byśmy w przeciągu jednego-dwóch pokoleń obudzili się z podobnym problemem, jaki ma Hiszpania. Tak nawiasem – niemieccy politycy (m.in. Martin Schulz) już się zaoferowali jako „mediatorzy” (formalnie poprzez organy unijne) w sporze hiszpańsko-katalońskim. Czyli Berlin za pomocą Brukseli chce rozstrzygać konflikt między władzami państwa trzeciego, a jego zbuntowaną prowincją. Pytanie retoryczne – uśmiecha nam się taka „mediacja” na linii Śląsk-Warszawa? No właśnie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 40 (06-12.10.2017)

Dajmy odpocząć

Nie pomstujmy na te dwie wolne niedziele. Dajmy po prostu ludziom odpocząć, a sami pójdźmy na spacer.


Wszystko wskazuje na to, że zakaz handlu w niedzielę doczeka się wreszcie częściowego wprowadzenia w życie - od 11 października sejmowa podkomisja ds. rynku pracy procedować ma odnośny projekt „Solidarności”. Wiadomo jednak, że maksymalistyczne postulaty związkowców zostaną znacząco złagodzone. Niejako „na próbę” ograniczenia obowiązywać będą w drugą i czwartą niedzielę miesiąca – i sądzę, że jest to rozsądny kompromis. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, nowe regulacje wejdą w życie od początku 2018 r. Szczerze mówiąc, sam jestem ciekaw społecznych reakcji - z różnych sondaży bowiem wynika, że opinie rozłożone są mniej więcej po równo. Warto też przypomnieć, że na Węgrzech rząd Orbana wycofał się po pewnym czasie z podobnych restrykcji (z tym, że tam wprowadzono od razu wersję najbardziej radykalną, obejmującą wszystkie niedziele) pod naciskiem niezadowolenia obywateli. Zatem na planowane rozwiązania warto też spojrzeć w kategoriach społecznego eksperymentu – na ile jesteśmy uzależnieni od „zakupowego” modelu wypoczynku? Czy centra handlowe i supermarkety nieodwracalnie przeorały nasze preferencje odnośnie spędzania wolnego czasu? No i wreszcie – czy zostały w nas jakieś resztki empatii wobec pracowników supermarketów, chociażby na tyle, by pogodzić się z dwiema niedzielami, podczas których będziemy skazani na ewentualne zakupy w małych sklepikach?

Od razu powiem, że nie trafiają do mnie argumenty sieci handlowych wyliczających o ile spadnie im rentowność i jak bardzo w związku z tym ucierpi gospodarka, ilu ludzi będą musiały zwolnić (względnie – obciąć wynagrodzenia) itp. Powód jest prosty: tak było za każdym razem, gdy wprowadzano nowe dni wolne od pracy (ostatnia większa batalia przetoczyła się przy okazji dnia wolnego w święto Trzech Króli) i jakoś gospodarka się od tego nie zawaliła. Generalnie sądzę, że rząd powinien traktować wielkie sieci i ich organizacje jako partnerów dopiero wtedy, gdy zaczną w Polsce uczciwie płacić podatki zamiast stosować agresywną optymalizację. Zatem apele w rodzaju tego zamieszczonego na stronie Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji („ograniczenie handlu w niedziele wpłynie negatywnie na polską gospodarkę i jej konkurencyjność, budżet państwa, miejsca pracy oraz handel detaliczny, gastronomię, usługi i logistykę”) można z miejsca wyrzucić do kosza. Z podobnych przyczyn jestem zwolennikiem projektu ministerstwa finansów, by publikować dane o największych podatnikach CIT z wysokością efektywnej stopy podatkowej na czele. Mam wrażenie, że w ten sposób powstanie nielicha „ściana hańby”, będąca sama w sobie zachętą do bojkotów konsumenckich.

Jeżeli chodzi o prorokowane redukcje pracowników, są to również strachy na Lachy. Każdy klient supermarketów widzi jak wygląda sytuacja: sklepy „robią” na minimalnym obłożeniu personelem, dziewczyny biegają z wywieszonymi językami między kasami (góra dwie czynne), a wykładaniem towaru na półkach, zaś na szybie wisi miesiącami kartka z ofertą pracy – kogo oni mają zwalniać? Kwestia zmniejszonych obrotów – poza tym, co sądzę o lamentach tych „dobroczyńców” polskiej gospodarki, warto pamiętać o szale zakupowym jaki ogarnia naszych rodaków przed jakimkolwiek dniem świątecznym. Kolejki, pełne wózki, towar brany na zgrzewki jakby jutro miał być koniec świata. Obroty są? Są - i to dwudniowe, jeśli nie większe.

Szczytem hipokryzji była propozycja przedstawicieli branży handlowej, by zamiast ograniczeń w handlu wprowadzić do kodeksu pracy obowiązkowe dwie wolne niedziele w miesiącu dla pracownika. Po prostu wiem, jak to w praktyce wygląda – kodeks pracy i przestrzeganie godzin pracy to fikcja, zatem podobny zapis spowodowałby tylko nieco więcej żonglerki papierami, żeby na użytek ewentualnej kontroli wszystko się zgadzało.

Na koniec jeszcze kilka słów do publicystów pomstujących na ograniczenie niedzielnego handlu, zwłaszcza tych uciekających w demagogię typu „dlaczego tylko pracownicy handlu? a co z kelnerami?” oraz „nikt nikogo nie zmusza do pracy w supermarkecie, widziały gały co brały”. Jest to, mówiąc wprost, racjonalizowanie własnego wygodnictwa często podszyte skrywaną pogardą dla „roboli” i brakiem empatii spod znaku tak sprawnie nam zaimplementowanego darwinizmu społecznego – jakoby każdy mógł potencjalnie sam wyciągnąć się z bagna za włosy, a skoro mu się nie udaje, to wyłącznie jego wina. Pierwszy z przytaczanych „argumentów” oznacza tyle, że skoro nie możemy zrobić dobrze wszystkim, to nie róbmy dobrze nikomu – oczywisty absurd. Drugi argument abstrahuje od realiów – osławiony „rynek pracownika” mamy bowiem jedynie w niektórych regionach Polski i niektórych branżach. Wciąż, mimo pewnej poprawy, daje znać o sobie przymus ekonomiczny, a w „rynek pracownika” uwierzę, gdy zobaczę znaczący wzrost udziału płac w PKB. Ostatnie dane z 2014 r. mówią o 46 proc. sytuujących Polskę w ogonie Europy. A zatem, nie pomstujmy na te dwie wolne niedziele. Dajmy po prostu ludziom odpocząć, a sami pójdźmy na spacer.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 40 (06-12.10.2017)

piątek, 6 października 2017

Zmierzch cesarzowej Europy

Patrząc z polskiej perspektywy, wynik wyborów w Niemczech jest niemal idealny.

I. „Populiści” trzymają się mocno

Ha – iluż to liberalnych mędrków po zwycięstwie francuskiego Makarona (kojarzą Państwo - tego, co ożenił się z własną babcią) wieściło nastanie „epoki postpopulizmu”, co miało oznaczać, że „populiści” są w odwrocie, ich fala opada, a Europa wraca w utarte koleiny normalności. Przez ową „normalność” lewicowo-liberalny mainstream rozumie rzecz jasna sytuację, kiedy ludzie po chwilowej gorączce znów posłusznie głosują na tych, których im się wskaże. Kiedy bowiem ludzie głosują jak chcą, momentalnie staje się to wielkim „zagrożeniem dla demokracji”. Wyśmiewałem te wynikające z chciejstwa fantazje w lipcowym tekście „Symetryzm i postpopulizm – nowe zaklęcia liberałów” („PN” nr 27/2017) - i, nie chwaląc się, wyszło na moje. „Populizm” bowiem, co podkreślałem wówczas, wcale się nie cofnął – mainstream, by wygrać z jednym czy drugim „radykałem” musi obecnie mobilizować wszystkie siły, co obserwowaliśmy kolejno w Austrii, Holandii i Francji. Jeszcze niedawno taka sytuacja byłaby nie do pomyślenia. Co więcej, dotychczasowe elity zmuszone są sięgać po „podróbki” - czyli postaci z trzeciego szeregu, by uzyskać efekt świeżości, bo wyborcom na widok dobrze im znanych polityków robi się niedobrze (casus Austrii i Francji). Ba - by liczyć na wyborczy sukces, głównonurtowi politycy podkradają postulaty „radykałom” - jak było to podczas ostatnich wyborów w Holandii. Mając to na uwadze, prognozowałem kilkunastoprocentowy wynik Alternatywy dla Niemiec (AfD) w jesiennych wyborach do Bundestagu, co jak na niemieckie warunki oznaczałoby trzęsienie ziemi. Powyższe diagnozy właśnie znalazły potwierdzenie, świadczące nie tyle o końcu wyśnionej przez liberalnych komentatorów „epoki postpopulizmu”, ile o tym, że owa epoka nigdy nie nastała.

W wyborach do Bundestagu z 24 września 2017 AfD uzyskała 12,6 proc. głosów, stając się trzecią siłą niemieckiego parlamentu. Dla wielu obserwatorów, nawet w samych Niemczech (co dziwi o tyle, że przecież to oni powinni najlepiej wyczuwać nastroje w swoim kraju) było to szokiem. Kolejnym szokiem był wynik dwóch największych ugrupowań, które zanotowały kolejno 33 proc. (CDU/CSU) oraz 20,5 proc. (SPD). W porównaniu z poprzednimi wyborami CDU/CSU straciła zatem 8,5 proc., zaś SPD – 5,2 proc. Warto podkreślić, że dla partii Angeli Merkel jest to najgorszy rezultat od 1949 r., natomiast dla SPD – w ogóle w powojennej historii. Zatem, paradoksalnie „wielka koalicja” odniosła zwycięstwo... ocierające się o klęskę. Błyskawicznie zareagowali socjaldemokraci, wymuszając na swym liderze Martinie Schulzu deklarację o wycofaniu się z koalicji z chadekami (sam Schulz ponoć zerwaniu koalicji był niechętny, bo marzył mu się fotel wicekanclerza – najwyraźniej w Brukseli zdążył się przyzwyczaić do eksponowanych stanowisk).

Kilka słów o szefie SPD. Gdy wracał z Brukseli po zakończeniu kadencji jako przewodniczący Parlamentu Europejskiego, był witany niemal jak zbawca na białym koniu. Miał tchnąć w swoją partię nowego ducha i stać się jej wyborczą lokomotywą. Początkowo faktycznie dał się zauważyć „efekt Schulza”, a SPD na początku roku zaczęła nawet doganiać CDU w sondażach. Jednak im dalej, tym było gorzej - „efekt Schulza” okazał się efemerydą. Okazało się, że Martin Schulz nie ma wyborcom nic nowego do zaproponowania i bardzo szybko dał się poznać z dobrze nam znanej strony – jako tępogłowy doktryner, mający na wszystko jedną receptę: „więcej tego samego”. Jednak coś, co znajdowało poklask wśród odrealnionych euro-mandarynów, w konfrontacji z demokratyczną weryfikacją poniosło spektakularną porażkę i dziś nie jest nawet pewne, czy Schulz utrzyma fotel lidera własnej partii. Nie muszę chyba dodawać, że dla Polski jest to znakomita wiadomość.


II. Wybudzenie z matrixu

Generalnie, niemieckie wybory pokazały jakim matrixem jest tamtejsze życie publiczne – od polityki po świat mediów. Zadam proste pytanie: czy są Państwo w stanie wskazać jakiekolwiek opozycyjne medium w Niemczech? Ale takie opozycyjne na serio, a nie ograniczające się do „konstruktywnej krytyki” trzeciorzędnych dupereli? Na przykład podważające sens polityki imigracyjnej kanclerz Merkel? No właśnie. I tak wyglądała kampania wyborcza – również w czołowych niemieckich mediach, które jasno pokazały, że są po prostu częścią systemu władzy. Dywagowano na temat subtelnych różnic między przodkiem a tyłkiem, tak by broń Boże nie zahaczyć o kwestie naprawdę palące z inwazją nachodźców na czele. Odzwierciedleniem tego była nudna jak flaki z olejem debata Merkel – Schulz przeprowadzona wedle schematu: ja, ja, gut, gut. Renty, opłaty autostradowe, pomstowanie na Trumpa, kosmetyczne różnice w podejściu do imigracji. Schulz zerwałby negocjacje akcesyjne z Turcją - Merkel na to, że trzeba być bardziej powściągliwym – i tak aż do końca, często wręcz wśród wzajemnych przytakiwań. By podczas kampanii nie było zbędnych dysonansów zadbała również telewizja ZDF w ostatniej chwili odwołując udział rzeczniczki ofiar zamachu w Berlinie (Astrid Passin) w debacie z Angelą Merkel. Tak się to turlało w obezwładniających oparach politycznej poprawności aż do 24 września.

A w tym czasie AfD rosła w siłę, zbierając głosy rozczarowanych. Kanclerz Merkel nie dały do myślenia pomidory, którymi obrzucono ją na wiecu w Heidelbergu (może dlatego, że były tylko dwa), gwizdy i okrzyki w Wolgast czy Torgau – co jako żywo przypomina impregnację na rzeczywistość Bronisława Komorowskiego w 2015 r. Wreszcie, przed samymi wyborami Służba Naukowa Bundestagu opublikowała opinię z której jednoznacznie wynika, że podejmując „na gębę”, z pominięciem jakichkolwiek procedur, decyzję o wpuszczeniu do Niemiec imigrantów „mutter Angela” złamała prawo. Ponadto Angela Merkel, chcąc poszerzyć bazę wyborczą, dała zielone światło dla legalizacji homomałżeństw – był to błąd, bowiem ostentacyjnie odchodząc od chadeckich wartości kulturowych, by podlizać się lewactwu, zraziła do siebie konserwatywnych wyborców, a lewacy i tak mieli na kogo głosować (chociażby Die Linke czy Zieloni).

Za to odklejenie się od rzeczywistości, społecznych nastrojów, lekceważenie wyborców i pomijanie kluczowych tematów, przyszło zapłacić cenę. Bańka w której zamknięte były niemieckie elity polityczne i opiniotwórcze została przekłuta. Wynik wyborczy pokazuje, że na CDU/CSU i SPD zagłosowały w zasadzie tylko twarde elektoraty, zaś reszta głosów rozproszyła się pomiędzy mniejsze ugrupowania (FDP – 10,7, Die Linke – 9,2, Zieloni – 8,9 proc.), czego największym beneficjentem stała się AfD – z analiz wynika, że Alternatywa dla Niemiec urwała CDU około miliona głosów, a CSU w Bawarii straciła aż 10,5 proc. Innymi słowy, tradycyjne ugrupowania utraciły zdolność przyciągania wyborców.


III. Jamajski przekładaniec

Patrząc z polskiej perspektywy, wynik wyborów w Niemczech jest niemal idealny. O blamażu polakożercy Martina Schulza już była mowa – kanclerzem pozostanie Angela Merkel, co dla nas jest relatywnie lepszą opcją. Jednak „cesarzowa Europy” wyszła z wyborczej konfrontacji z rzeczywistością mocno poobijana i osłabiona – to już nie będzie ta wszechwładna polityczna dominatorka i „matka narodu” z jaką mieliśmy do czynienia w ostatnich latach i wszystko wskazuje, że zaczyna się właśnie jej ostatnia kadencja na stanowisku kanclerza. Teraz czeka ją trudne, być może kilkumiesięczne klecenie „jamajskiej koalicji” (od partyjnych kolorów: CDU – czarny, FDP – żółty, Zieloni – zielony), co zważywszy na fundamentalne różnice pomiędzy liberałami z FDP, a eko-socjalistami z Zielonych jest zadaniem karkołomnym. W najbliższym czasie zatem Niemcy będą zajęte głównie sobą, co powinno dać nam nieco oddechu, bo kanclerz zwyczajnie nie będzie miała głowy, by poświęcać Polsce i „totalnej opozycji” tyle uwagi co do tej pory. Poza tym, nawet w przypadku konfrontacji na linii Polska – „Europa” (a więc Niemcy) jej pozycja będzie o wiele słabsza niż dotychczas, a co za tym idzie – również jej brukselskich i nadwiślańskich fagasów.

W Bundestagu natomiast czeka niemieckie elity polityczne permanentny czyściec, jaki zafunduje im AfD, chociażby wnosząc do oficjalnej debaty różne tematy „tabu”, których nie sposób będzie już przemilczeć. Oczywiście, Alternatywa dla Niemiec będzie poddana izolacji – taktyka mainstreamu zapewne sprowadzi się do przeczekania w nadziei, że „populiści” z czasem wytracą impet i zużyją się politycznie. Będą również próby odebrania im paliwa poprzez „zagospodarowanie” niektórych postulatów, na co naciska CSU, którą czekają wybory w Bawarii. AfD to rzecz jasna żadni nasi przyjaciele, do tego rusofile na miarę SPD, ale jako radykalna opozycja wzburzą nieco zastygłe niemieckie bajorko i zwiążą część sił tamtejszego establishmentu na froncie wewnętrznym – co również gra na naszą korzyść. Wszystko wskazuje więc na to, że ostatnia kadencja Angeli Merkel będzie zarazem najtrudniejszą z dotychczasowych. Właśnie rozpoczął się zmierzch „cesarzowej Europy”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Media w Niemczech – na służbie władzy

Symetryzm i postpopulizm – nowe zaklęcia liberałów


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 39 (04-17.10.2017)

Pod-Grzybki 115

Za Odrą płacz i zgrzytanie zębów. CDU i SPD zaliczyły spektakularny zjazd, a na dodatek trzecią siłą Bundestagu została AfD. Z tej okazji „Lisweek” uraczył nas okładką z Angelą Merkel wpatrującą się z rozpaczą w dal, opatrzoną tytułem: „nasz ostatni sojusznik”. O tak, redaktorze Lis – to z pewnością WASZ ostatni sojusznik, dziękujemy za szczerość i prosimy o więcej.


*

W Niemczech zawiązuje się „koalicja jamajska”, bo Schulz się zbiesił i mutter Angela będzie musiała zadać się z liberałami z FDP i lewakami od Zielonych. „Jamajska” dlatego, że partyjne kolory CDU, FPD i Zielonych układają się w czarno-zielono-żółte barwy tej sympatycznej wyspy. Spoko - włączą sobie Boba Marleya, podadzą w obieg skręta, zapuszczą dredy i wszystko się ułoży w harmonijny jamajski przekładaniec. Może nawet pozwolą frywolnej mamuśce Angeli od czasu do czasu być na wierzchu.


*

Oby tylko ten jamajski przekładaniec nie zamienił się w kanapkę, bo wtedy ani chybi Angela Merkel musiałaby robić za wkładkę mięsną.


*

Tymczasem u nas prezydent Duda zgłosił projekty „reform” sądownictwa w takiej formie, że zabetonują układ w KRS przynajmniej do końca tej kadencji. Słowem, Andrzej Duda pokazał, że mentalnie wciąż pozostał w Unii Wolności i „krakówku”. Nie wiem, może bał się, że jego profesorowie przestaną go poznawać na ulicy, a Kornhauserowie zapraszać na obiad? I to jest problem z tymi krakowskimi chłopcami z dobrych domów, na których daje się nabierać prezes Kaczyński (Ziobro też już raz zdradził). Pozują na twardych, bezkompromisowych gości, a na koniec tak czy owak wyłazi z takiego filister i heca kończy się jak buncik Zbyszka z „Moralności pani Dulskiej”.


*

Prezes SN Małgorzata Gersdorf odkąd w lipcu spotkała się z Dudą, łazi po mieście jak oczadziała i zaniosło ją na ślubowanie sędziego TK Justyna Piskorskiego, które odbierał właśnie Andrzej Duda. Rzecznik SN tłumaczył później, że z przepracowania sędzia Gersdorf nie wie co robi. A gdzie tam - jest tylko jeden powód dla którego kobieta, nawet w jesieni wieku, zachowuje się w ten sposób. Pani Małgorzata po prostu chciała raz jeszcze, choćby z daleka, zobaczyć swego Andrzeja. No co? To teraz modne - francuski Makaron mógł się ożenić z własną babcią, a my mamy zostać w ogonie postępowej Europy?


*

Wypisy z genderyzmu. Wiedzą Państwo co to jest „cadengender”? A „feagender”? Otóż „cadengender” oznacza tożsamość płciową zmieniającą się pod wpływem... muzyki, a „feagender” - tożsamość płciową zmieniającą się w zależności od pór roku. Poważnie, wyczytałem to na stronach „Kretyniki Politycznej” - a oni akurat na tym się znają. A zatem: słuchasz jesienią Beethovena – jesteś mężczyzną, słuchasz wiosną Mozarta – jesteś kobietą. Słuchasz jesienią Mozarta – jesteś trans, słuchasz wiosną Beethovena – jesteś męską lesbijką. Słuchasz obu latem – jesteś „transwestytą z transseksualnej Transylwanii”, jak śpiewał bohater „Rocky Horror Picture Show”. Prawda, jakie to proste?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 39 (04-17.10.2017)

niedziela, 1 października 2017

Pół-reforma Dudy

Zaprezentowane projekty czynią prezydenta niejako arbitrem na linii parlament-sądownictwo i kimś w rodzaju „patrona trzeciej władzy”.



I. Patron trzeciej władzy
W przedstawionych przez Andrzeja Dudę założeniach do ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa wyraźnie widać podstawową tendencję: o ile zawetowane ustawy PiS znacząco zwiększały zakres uprawnień ministra sprawiedliwości, o tyle zaprezentowane właśnie projekty poszerzają w ogromnym stopniu prerogatywy prezydenta, czyniąc go niejako arbitrem na linii parlament-sądownictwo i kimś w rodzaju „patrona trzeciej władzy”.
Jeśli chodzi o projekt ustawy o Sądzie Najwyższym, nie jest najgorzej. Sędziowie mają przechodzić w stan spoczynku w wieku 65 lat – z możliwością dwukrotnego zwrócenia się do prezydenta o przedłużenie orzekania na okres 3 lat. Maksymalnie mogliby zatem odwlec przeniesienie w stan spoczynku o 6 lat, do ukończenia 71 roku życia – dziś wiek „emerytalny” wynosi 70 lat z opcją przedłużenia o 2 lata za zgodą I Prezesa SN. W obecnej sytuacji oznacza to wygaszenie kadencji ok. 40 proc. sędziów SN – 29 już ukończyło 65 lat, zaś kolejnych dwoje (w tym prezes Małgorzata Gersdorf) wejdzie w wiek emerytalny w tym roku. Jednolity wiek emerytalny dla obu płci jest ewidentną odpowiedzią na zarzuty Timmermansa, który uznał zróżnicowanie pod tym względem za „dyskryminację”. Pozostaje pytanie, jak w tym kontekście przedstawia się kwestia kadencji prof. Małgorzaty Gersdorf (piastować ma swą funkcję do 2020 r.) - czy w przypadku uchwalenia ustawy w obecnym kształcie prezydent Duda nie skorzysta ze swych uprawnień, by przedłużyć jej okres orzekania... W każdym razie, mamy tu projekt znacząco łagodniejszy od wcześniejszych rozwiązań, wg których kadencja sędziów SN wygasała natychmiast, za wyjątkiem wskazanych przez ministra sprawiedliwości.
Kolejny punkt, to powołanie Izby Dyscyplinarnej SN, co jest zgodne z wcześniejszymi zamiarami PiS – tu kontrowersji nie ma, potrzebę powołania takiego organu widzi chyba każdy poza samymi sędziami. Dodatkowo dobrym pomysłem jest udział czynnika społecznego, czyli ławników zgłaszanych przez obywateli lub organizacje społeczne, a wybieranych przez Senat na czteroletnią kadencję. Wątpliwości budzi jedynie możliwość ustalania liczby ławników przez Kolegium Sądu Najwyższego – znając niechęć sędziów do kontroli społecznej i pogardę środowiska prawniczego dla „amatorów” spoza branży, można się spodziewać prób ograniczania liczby ławników i dobierania sobie tych najbardziej „posłusznych”.
No i wreszcie postulat powołania Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych rozpatrującej skargi nadzwyczajne – czyli rodzaj specjalnej instytucji odwoławczej od prawomocnych orzeczeń sądów w przypadku, gdy te w ocenie skarżącego w sposób rażący naruszyły prawo. Tu jednak wymagani będą pośrednicy, czyli m.in. Prokurator Generalny, Rzecznik Praw Obywatelskich oraz inne urzędy w zakresie swych właściwości, lub grupa 30 posłów bądź 20 senatorów – najprawdopodobniej zatem wspomniane instytucje będą pełniły funkcje „sita” selekcjonującego wstępnie skargi. W Izbie Kontroli Nadzwyczajnej również zasiadać będą ławnicy.
Podsumowując ten element reformy – z grubsza jest pozytywnie, choć z pewnością nie tak radykalnie, jak proponował zawetowany projekt ministerstwa sprawiedliwości.

II. Obrońca „nadzwyczajnej kasty”
Na tym jednak plusy się kończą, bowiem projekt ustawy o KRS trudno ocenić inaczej, niż jako sabotaż – a to właśnie KRS jest organem decydującym o doborze sędziowskich kadr, natomiast z kolei kadry – że zacytuję klasyka - „decydują o wszystkim”. Przede wszystkim, prezydencki projekt podtrzymuje zaporową większość wyboru członków KRS przez Sejm – 3/5 głosów. Takiej większości PiS nie ma i mieć nie będzie, a na współpracę któregokolwiek z ugrupowań opozycyjnych trudno liczyć. Co więcej, inicjatywa prezydenta zakłada, że w przypadku niemożności wyboru przez Sejm, członków KRS wskaże spośród kandydatów prezydent – rzecz w tym, że takie rozwiązanie wymaga zmiany konstytucji. Nawet zakładając, że PiS zgodziłoby się na propozycję prezydenta, zwyczajnie nie uzbiera niezbędnej do nowelizacji ustawy zasadniczej większości 2/3 głosów. Co więcej, prezydent zagroził, że w przypadku dokonania przez Sejm znaczących zmian w projekcie znów zawetuje ustawę. Czyli mamy ewidentną obstrukcję – pod pozorem chęci reformy zaproponowane rozwiązania są w praktyce nie do przeforsowania. A więc trzon sędziowskiego establishmentu pozostanie nienaruszony. W tej sytuacji „prodemokratyczny” pomysł zgłaszania kandydatów przez grupy 2 tys. obywateli jest pustą błyskotką.
I tu mamy dwa aspekty wspomnianego wyżej pozycjonowania się Andrzeja Dudy w roli arbitra i patrona władzy sądowniczej – formalny i nieformalny. Formalny polega na poszerzeniu prerogatyw prezydenta w postaci wskazywania nominatów do Krajowej Rady Sądownictwa (gdyby jakimś cudem udało się przepchnąć odnośne regulacje prawne). Aspekt nieformalny zaś sprowadza się do prezydenckiego parasola ochronnego nad sędziowską korporacją polegającego na symulowaniu chęci zmian, a w istocie - obronie status quo. W ten sposób ocalony zostanie najtwardszy rdzeń układu – i mam wrażenie, że właśnie o to chodziło. Duda wyraźnie puszcza tu oko do zasiedziałego prawniczego mainstreamu – jestem po waszej stronie. Ponieważ jednak musiał się pokazać jako zwolennik zmian, więc wykonał gambit – poświęcił (w ograniczonym zakresie) Sąd Najwyższy, by uratować kluczową pozycję, jaką jest KRS. Znamienne są powściągliwe reakcje „totalnie opozycyjnych” mediów z „Wyborczą” na czele, tudzież nagle pojednawczy ton Fransa Timmermansa – oni już wiedzą, że przyczółki zostały obronione.

III. Gra o reelekcję
Na powyższe nakłada się starcie ze Zbigniewem Ziobrą, dążącym do niepodzielnej dominacji nad wymiarem sprawiedliwości. Tu trzeba przypomnieć, że Duda był niegdyś protegowanym Ziobry, który „zdradził” swego protektora zostając w PiS po secesji Solidarnej Polski. Dziś role się odwróciły – Ziobro jest twarzą próby zaordynowania radykalnej kuracji przeczyszczającej środowisku sędziowskiemu (z błogosławieństwem prezesa Kaczyńskiego), a Duda wszedł w rolę rozbijacza jednolitego dotąd frontu i hamulcowego zmian. Oczywiście, Ziobro przy okazji stara się wzmocnić swą pozycję polityczną i zakres władzy – dążąc wręcz do ręcznego sterowania sądami na wzór prokuratury. Duda natomiast za wszelką cenę nie chce do tego dopuścić, samemu zgłaszając roszczenia do wpływu na wymiar sprawiedliwości – nawet za cenę zablokowania kluczowej reformy i potencjalnie destrukcyjnej wojny domowej w obozie „dobrej zmiany”. Do pełnego obrazu należy jeszcze dodać konflikt z Antonim Macierewiczem i Witoldem Waszczykowskim – czyli próbę „rozepchnięcia się” w ramach konstytucyjnych prerogatyw w obszarach sił zbrojnych i polityki zagranicznej. Słowem, Andrzej Duda, emancypując się z partyjnego gorsetu i wybijając się na niezależność rozsadza dotychczasową strukturę władzy. Dodatkowo, w tle wciąż majaczy 45-minutowa rozmowa z 18 lipca z kanclerz Angelą Merkel, której głównym tematem wg komunikatu rzecznika niemieckiego rządu była kwestia praworządności w Polsce.
Najwyraźniej prezydent uznał, że odium „marionetki” i poplecznika pisowskich „radykałów” stanowi zagrożenie dla jego reelekcji. Postanowił zatem zerwać partyjne wędzidła i rozpocząć własną grę – tyle, że będzie potrzebował w niej sojuszników. I właśnie zaczął ich sobie kaptować – na początek wśród „nadzwyczajnej kasty ludzi”, kreując się na odpowiedzialnego i umiarkowanego reformatora, dufny w sondażowe wskaźniki popularności i licząc przy tym na to, że PiS nie mając wyjścia poprze jego kandydaturę w 2020 r. Może się przeliczyć, bo jeżeli Jarosław Kaczyński uzna, że Duda zdradził „dobrą zmianę”, to prezydent zostanie bez zaplecza, struktur i pieniędzy – a właśnie tym, a nie ulotnymi słupkami zaufania i poparciem skompromitowanych w oczach społeczeństwa elit wygrywa się wybory. Jak by nie patrzeć, teraz zarówno „totalna opozycja”, jak i zagranica wiedzą, że słabym punktem obozu rządzącego jest pałac prezydencki.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 39 (29.09-05.10.2017)

Jednolity obszar inwestycyjny – lekarstwo na patologie?

Specjalne Strefy Ekonomiczne stały się siedliskiem rozlicznych patologii, których apogeum związane było z „uelastycznieniem” rynku pracy.



Tydzień temu pisałem w tym miejscu o projekcie stopniowego wygaszania umów o ochronie i popieraniu inwestycji (BIT), łączących nas z krajami UE – dziś natomiast skupię się na innej chorobie naszego życia gospodarczego, czyli Specjalnych Strefach Ekonomicznych (SSE), które z BIT-ami łączy pewien podstawowy aspekt, mianowicie, faworyzowanie zagranicznego kapitału kosztem przedsiębiorstw krajowych. Jak wiemy, podczas niedawnego Forum Ekonomicznego w Krynicy wicepremier Morawiecki błysnął fajerwerkiem, ogłaszając rozciągnięcie regulacji dotyczących SSE na obszar całej Polski. Konkretnie, dotychczasowe strefy mają zostać zastąpione jednolitym obszarem inwestycyjnym, co oznacza, że przywileje zastrzeżone dotąd dla podmiotów działających w SSE zaczną funkcjonować w skali ogólnokrajowej – pod warunkiem spełnienia odpowiednich kryteriów ilościowych (nakłady inwestycyjne w zależności od stopy bezrobocia w danym powiecie oraz wielkości przedsiębiorstwa) i jakościowych (szereg wymagań związanych z założeniami Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju). W związku z powyższym, obecna ustawa o Specjalnych Strefach Ekonomicznych obowiązująca do 2026 r. nie zostanie przedłużona, a zamiast niej funkcjonować będzie wprowadzany równolegle od 2018 r. jednolity obszar inwestycyjny. Jak zapowiada Ministerstwo Rozwoju, SSE do 2026 r. będą działać tylko dla już wydanych decyzji, zaś przyszłe inwestycje mają podlegać nowym regulacjom. W ocenie Mateusza Morawieckiego dzięki proponowanym rozwiązaniom do 2027 r. nakłady inwestycyjne mają wzrosnąć do 117,2 mld. zł. i powstać ma 158,3 tys. miejsc pracy.
Brzmi to obiecująco, bo dotychczasowa praktyka działania SSE od dawna wołała o pomstę do nieba. Przypomnijmy, że strefy zostały wprowadzone ustawą z 1994 r. i pierwotnie stanowić miały rozwiązanie przejściowe (przewidziane na 20 lat), pomagające uporać się z szalejącym wówczas bezrobociem. Jednak, jak to bywa z prowizorkami, strefy okazały się zadziwiająco trwałe, zaś ramy czasowe przedłużano im dwukrotnie – w 2008 (do 2020) i 2013 (do 2026 r.) - w czym trudno nie dopatrzeć się lobbyingu zainteresowanych podmiotów. W międzyczasie zaś SSE stały się siedliskiem rozlicznych patologii, których apogeum związane było z „uelastycznieniem” rynku pracy.
Po pierwsze, podmioty inwestujące w SSE dzięki rozbudowanym przywilejom, takim jak długoletnie zwolnienie z CIT, pomoc publiczna pod różnymi postaciami (zwolnienie z podatku od nieruchomości, uzbrojone działki, granty inwestycyjne, środki unijne, dotacje z urzędów pracy, wsparcie administracyjne, opieka poinwestycyjna itp.) już na starcie były w uprzywilejowanej sytuacji względem przedsiębiorstw zlokalizowanych poza strefami, które nie mogły liczyć na podobne preferencje. Po drugie, z czasem to potencjalny inwestor dyktował odpowiadającą mu lokalizację – w efekcie zaczęło się tworzenie „podstref” i filii poza macierzystą lokalizacją danej strefy, często w wielu województwach. Dość powiedzieć, że obecnie 14 SSE działa w 179 miastach i 287 gminach – niekoniecznie tam, gdzie teoretycznie byłyby najbardziej potrzebne chociażby ze względu na wysokie bezrobocie. No i wreszcie, „zasługą” SSE jest walne przyczynienie się do „uśmieciowienia” polskiego rynku pracy. Powszechną praktyką jest w nich nie tyle zatrudnianie, co „wynajmowanie” siły roboczej od agencji pracy tymczasowej na umowę cywilnoprawną, za najniższą stawkę, co sprawia, że pracownik pracujący de facto na etacie, w pełnym wymiarze godzin, formalnie nie podlega kodeksowi pracy, nie ma prawa do chorobowego (zwolnienie lekarskie oznacza w praktyce wyrzucenie z pracy) do urlopu itp. Słowem, SSE stały się współczesnymi obozami pracy z półdarmowymi niewolnikami do wynajęcia, co skutkowało rozprzestrzenieniem się zjawiska „working poor”. Obecnie presja na utrzymanie jak najniższych kosztów zatrudnienia doprowadziła do kolejnego absurdu – otóż na sfinansowane w ogromnej mierze przez polskiego podatnika miejsca pracy przyjmuje się masowo gastarbeiterów z Ukrainy. Polskie państwo nie ma z tego literalnie nic.
Co więcej, wg wyliczeń Fundacji Kaleckiego (stan na 2013 r.) w SSE polski kapitał stanowił jedynie 19 proc., zwolnienia podatkowe w przeliczeniu na jedno miejsce pracy tylko w latach 2010-2012 wyniosły 139 tys. zł. (taki jest pokryty przez nas koszt stworzenia jednego miejsca pracy w SSE), zaś w latach 1998-2012 ulgi wyniosły ogółem 12 mld. zł. Krótko mówiąc, futrujemy zagraniczny kapitał kosztem rodzimych przedsiębiorców.
Piszę o tym z prostego powodu – rzecz bowiem w tym, by wraz z jednolitym obszarem inwestycyjnym powyższe plagi nie rozlały się na cały kraj. Min. Morawiecki zastrzega wprawdzie, że szczególnie premiowana będzie jakość nowo tworzonych miejsc pracy, wsparcie dla małych przedsiębiorstw, transfer know-how, współpraca z ośrodkami naukowymi itp. - i oby tak było, bo w przeciwnym razie może się okazać, że wskutek „rozwojowej” reformy wpadliśmy z deszczu pod rynnę.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 39 (29.09-05.10.2017)

niedziela, 24 września 2017

Czy Roman Dmowski był w Wersalu?

Najwyraźniej Marsz Niepodległości i jego organizatorzy postrzegani są w otoczeniu prezydenta jako rodzaj kłopotliwego wizerunkowo balastu.

I. 100-lecie niepodległości bez narodowców

Ktoś na postawione w tytule pytanie mógłby się popukać w głowę – przecież wiadomo, że to właśnie Roman Dmowski był w 1919 r. Delegatem Pełnomocnym Polski na konferencję paryską kończącą I wojnę światową. To jego pięciogodzinne przemówienie na tejże konferencji (tłumaczone przez niego samego symultanicznie na angielski i francuski) walnie przyczyniło się do poważnego potraktowania przez zwycięskie mocarstwa polskich postulatów. Wreszcie, to jego podpis (oraz Ignacego Paderewskiego) widnieje pod Traktatem Wersalskim przywracającym Polskę na mapę Europy. Zresztą, wielowymiarowych zasług narodowej demokracji dla szeroko rozumianej „sprawy polskiej” (obejmujących nie tylko działalność stricte polityczną, ale też społeczną, kulturalną, oświatową) nikt przy zdrowych zmysłach dziś nie kwestionuje, zaś endecka spuścizna odzyskuje po latach rugowania z narodowej świadomości należne jej miejsce. Niby zatem wszystko jest jasne... ale najwyraźniej nie dla wszystkich.

Oto niedawno, na podstawie okolicznościowej ustawy, powołano przy prezydencie Andrzeju Dudzie specjalny Komitet Narodowych Obchodów Setnej Rocznicy Odzyskania Niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej, mający na celu „upamiętnienie i uroczyste uczczenie wydarzeń oraz osób związanych z odzyskaniem i utrwaleniem przez Rzeczpospolitą Polską niepodległości” (cyt. za oficjalnym komunikatem ze strony prezydent.pl). Cel szczytny i słuszny, a pierwsze posiedzenie gremium odbyło się w poniedziałek 11 września. Sęk w tym, że gdy patrzymy na listę zaproszonych osób, zieje w niej wyraźna luka. Nie znajdziemy na niej bowiem ani jednego przedstawiciela współczesnych środowisk narodowych, nawiązujących do dziedzictwa Romana Dmowskiego. Nie wiem, kto personalnie jest odpowiedzialny za taki, a nie inny dobór członków Komitetu – domyślam się, że prezydent nie układał listy osobiście, zdając się na swoich współpracowników. Jednak na koniec chyba Andrzej Duda otrzymał zestaw nazwisk do wglądu i finalnej akceptacji – i nic nie rzuciło mu się w oczy?


II. Niewygodny Marsz Niepodległości

Podkreślmy to jeszcze raz – urzędnicy Kancelarii Prezydenta nie uznali za stosowne zwrócić się ani do Ruchu Narodowego, ani Młodzieży Wszechpolskiej, ani Obozu Narodowo-Radykalnego. Nade wszystko jednak nie zaproszono przedstawicieli Stowarzyszenia Marsz Niepodległości w skład którego wchodzą przedstawiciele organizacji narodowych.

Przypomnijmy, że Marsz Niepodległości organizowany co roku 11 listopada jest największą cykliczną manifestacją patriotyczną w Polsce, gromadzącą dziesiątki, a później nawet setki tysięcy uczestników. Przez lata rządów PO i medialnej dominacji salonowszczyzny był opluwany przez lewactwo jako demonstracja „faszystów”, stosowano wobec niego prowokacje w rodzaju słynnego spalenia „ruskiej budki” przez podwładnych ministra Sienkiewicza, wywoływano sztuczne zadymy mające skompromitować jego uczestników w oczach społeczeństwa (najlepszy dowód na prawdziwość tej tezy – w 2016 r. po oddaniu władzy przez PO, marsz odbył się bez żadnych ekscesów, nie sponiewierano nawet wypastowanego na czarno Jacka Hugo-Badera z „Gazety Wyborczej”). Wobec uczestników demonstracji stosowano policyjne represje i szykany polegające m.in. na wyłapywaniu „na sztukę” przypadkowych demonstrantów, po to, by media mogły alarmować o setkach zatrzymanych „chuliganów”. Zatrzymanych potem cichcem zwalniano (o czym media już nie donosiły), a wobec opornych, którzy nie chcieli podpisać się pod wyssanymi z palca protokołami stosowano często kilkumiesięczne areszty tymczasowe. Służby prawne Marszu miały pełne ręce roboty broniąc później ofiary reżimu Tuska i Kopacz przed sądami – na ogół z powodzeniem, choć znamy też przypadek sędzi Iwony Konopki, która skazała przechodnia skopanego po głowie przez policyjnego tajniaka w 2011 r.

Wszystko to nie odstraszało ludzi rok po roku coraz tłumniej biorących udział w kolejnych edycjach Marszu Niepodległości. Co więcej, mimo że wydarzenie jest organizowane przez środowiska narodowe, sam Marsz ma wyjątkowo „ekumeniczny” charakter. Demonstrować może każdy poczuwający się do polskości i patriotyzmu, niezależnie od sympatii historyczno-ideowych, politycznych, czy społecznej pozycji. Miejsce jest i dla „endeka” i dla „piłsudczyka”, dla zwolennika PiS i dla „kukizowca”, dla kibica z blokowiska i dla profesora.

Nie sposób przecenić roli i zasług Marszu Niepodległości dla budzenia patriotycznego ducha, dumy i woli oporu wobec antynarodowej ofensywy lewactwa. Ponadto, jest fantastycznym przykładem oddolnej samoorganizacji, która Świętu Niepodległości nadała należny, ogólnospołeczny wymiar. Czy PiS i prezydent Duda osobiście uważają, że nie mają tym tysiącom patriotów niczego do zawdzięczenia? Że ci ludzie nie głosowali w wyborach prezydenckich i parlamentarnych na „dobrą zmianę”? Czy brak zaproszenia dla przedstawicieli Marszu nie pachnie podejściem „murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść”? Jeszcze w 2016 r. przedstawiciel prezydenta odczytywał specjalny list skierowany do uczestników. Jak będzie 11 listopada 2018? Wrócimy do groteskowej „tradycji” Komorowskiego – z jednej strony Marsz Niepodległości, a z drugiej pochód prezydencki ze starannie wyselekcjonowanymi urzędnikami i gośćmi dobranymi „z klucza”?

To, co również boli, gdy patrzy się na skład prezydenckiego komitetu, to niemal całkowite pominięcie kombatantów. Owszem, znalazło się miejsce dla prof. Leszka Żukowskiego ze Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej (mimo, że prof. Żukowski nie szczędził obozowi rządzącemu słów krytyki – ostatnio podczas obchodów 73 rocznicy Powstania Warszawskiego) – ale nie zaproszono nikogo ze Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych – drugiej po AK sile polskiego podziemia. Zdumiewające, tym bardziej, że prezydent Duda objął w tym roku swym patronatem obchody 75-lecia powstania NSZ. Ale ktoś z Kancelarii zadbał o to, by i ten aspekt narodowej historii starannie „wygumkować”.


III. Race kontra kotyliony

Kogo zatem zaproszono? Oto kilka „kwiatków”. Z ramienia PO – Hannę Gronkiewicz-Waltz, doszczętnie skompromitowaną „carycę Warszawy”. Jest Rafał Bartek reprezentujący mniejszość niemiecką na Śląsku Opolskim (!). Z ramienia samorządowców znajdziemy prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza słynącego z czołobitności względem Niemców. Jest nawet Władysław Kosiniak-Kamysz jako reprezentant „Ludowych Zespołów Sportowych” i Waldemar Pawlak wydelegowany przez Związek Ochotniczych Straży Pożarnych. Mamy przedstawicieli (niczego nie ujmując) Związku Głuchych, Związku Niewidomych, artystów fotografików, pisarzy, architektów, muzealników, Henrykę Bochniarz z Konfederacji Lewiatan... Słowem, znalazło się miejsce dla niemal wszystkich organizacji, związków zawodowych i twórczych – tylko nie dla narodowców. Wśród ponad osiemdziesięciu członków Komitetu dla nich miejsca nie przewidziano. Oni nie mieli i nie mają zasług tak dla historycznej, jak i obecnej Rzeczypospolitej. Stąd moje tytułowe pytanie – czy Roman Dmowski był w Wersalu? Czy w ogóle ktoś taki istniał? Jak Pan sądzi, panie Prezydencie?

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że zadziałała tu swoista poprawność polityczna, a urzędnicy Kancelarii Prezydenta zwyczajnie się przestraszyli, że „Wyborcza” z przyległościami i generalnie lewactwo rozpęta awanturę z powodu zaproszenia „faszystów”. Najwyraźniej Marsz Niepodległości i jego organizatorzy postrzegani są w otoczeniu prezydenta jako rodzaj kłopotliwego wizerunkowo balastu. 11 listopada 2018 szykuje się więc następująco: z jednej strony urzędowe „oficjałki” i akademie „ku czci” - z drugiej spontaniczna, masowa demonstracja. Z jednej - „plebejskie” race i okrzyki, z drugiej – napuszone mowy i eleganckie kotyliony w klapach i na sukniach lepszego towarzystwa. Tu salony, tam – ulica. I w tym wszystkim zastanawia mnie na koniec jedno: czy prezydent i jego otoczenie nie widzą, jak gładko weszli w buty poprzednika?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 38 (22-28.09.2017)

Koniec bantustanu?

Inwestorzy będą musieli przyzwyczaić się do myśli, że nie jesteśmy już europejskim bantustanem wyznaczonym do roli jednego z obszarów kolonialnej eksploatacji.

No, może tak dobrze jak w tytułowym pytaniu jeszcze nie będzie, ale zaczynamy pomału wykonywać kroki zmierzające do poprawy statusu Polski w globalnym łańcuszku ekonomicznych zależności. Krytykowałem na tych łamach wicepremiera Morawieckiego m.in. za księżycowy „plan” czy za „strategiczną inwestycję” Mercedesa w Jaworze, którą sami sfinansujemy – więc dla odmiany teraz go pochwalę. Otóż Polska wreszcie na serio zabiera się za wypowiadanie umów typu BIT's (Bilateral Investment Treaties). Owe umowy o wzajemnym popieraniu inwestycji łączące nas z 60. państwami oznaczają ni mniej ni więcej, tylko uprzywilejowany status zagranicznych firm inwestujących w danym kraju i są patologiczną, neokolonialną praktyką dość rozpowszechnioną we współczesnym świecie. Pierwotnie chodziło o zabezpieczenie podmiotów gospodarczych działających w krajach niestabilnych, bądź mających problemy z korupcją czy niezależnością sądownictwa. BIT'sy okazały się jednak na tyle wygodne dla ponadnarodowych korporacji, że wkrótce zrobiły światową karierę, stając się nieodłączną częścią międzynarodowej wymiany gospodarczej. W Polsce apogeum zawierania tego typu umów przypadał na okres transformacji, kiedy to wszelkimi sposobami próbowaliśmy ściągnąć do siebie zagraniczne inwestycje.

Podstawową kontrowersją dotyczącą BIT jest mechanizm ISDS (Investor-to-State Dispute Settlement) pozwalający zagranicznej firmie pozwać rząd państwa w którym funkcjonuje przed międzynarodowy arbitraż – przy czym na ogół przedmiot pozwu, jak i jego wysokość nie są obwarowane żadnymi ograniczeniami. Jednym z ulubionych powodów takich procesów jest tzw. wywłaszczenie z zysków. Koncern uznaje np. że zmiany w prawie pozbawiają go części zakładanych korzyści – więc pozywa państwo-gospodarza (za podniesienie płacy minimalnej, za obostrzenia związane z ochroną środowiska, za regulacje dotyczące praw pracowniczych – słowem, za cokolwiek), przy czym postępowanie przed trybunałem arbitrażowym jest nader kosztowne, zagrożone odszkodowaniem liczonym często w setkach milionów dolarów, proces toczy się za zamkniętymi drzwiami, zaś od wyroku nie ma odwołania. Skutkuje to, szczególnie w przypadku uboższych państw, tzw. chilling effect (efektem zamrożenia) – rząd w obawie przed procesem rezygnuje często z wprowadzenia rozwiązań korzystnych dla obywateli, lecz mogących się odbić na zyskach zagranicznych potentatów. Przykładowo, w 2008 r. Polska musiała zapłacić 20 mln. dolarów koncernowi Cargill za wprowadzenie przepisów ograniczających produkcję izoglukozy, ponieważ kwoty produkcyjne były poniżej możliwości wytwórczych wrocławskiej fabryki koncernu. Warto też przypomnieć, że pozwami na bazie BIT groziły nam banki w przypadku ustawowego przewalutowania tzw. kredytów frankowych. Obecnie Polska ma 11 takich procesów na łączną kwotę 10 mld zł.

Jak łatwo zauważyć, taki system w praktyce wyjmuje obcy kapitał spod miejscowej jurysdykcji – co z kolei przekłada się na uprzywilejowaną pozycję podmiotów zagranicznych względem przedsiębiorców krajowych i uderza w fundament konkurencji, jakim jest równość rynkowych graczy wobec prawa. Zauważmy też, że „inwestor” przed arbitrażem nie może przegrać, co najwyżej nie wygra, natomiast państwo – odwrotnie, może liczyć jedynie na oddalenie pozwu. Potrzebę rewizji BIT'sów rząd sygnalizował już w lutym 2016 r., teraz przechodzi od słów do czynów – na pierwszy ogień pójdą umowy łączące nas z krajami UE, mamy tu bowiem podkładkę w postaci zaleceń Komisji Europejskiej, która podważa zgodność BIT's z prawem UE. Za obopólną zgodą rozwiązane zostaną umowy z Danią, Czechami, Estonią, Łotwą i Rumunią, natomiast jednostronnie wypowiemy umowę Portugalii, która nie zgadza się na jej wygaszenie. Wcześniej z własnej inicjatywy BIT wypowiedziały Włochy, generalnie rezygnujące z tego typu umów z państwami UE, a także Indie również odchodzące od BIT'sów.

Łatwo jednak nie będzie, bowiem państwa najbardziej zainteresowane naszym rynkiem nie chcą pozbawiać swoich firm tak poręcznego narzędzia nacisku – mówimy tu chociażby o Niemczech, Francji, czy Holandii. Trzeba też nadmienić, że w przypadku jednostronnego wypowiedzenia umowy nadal przez pewien czas (np. 10-20 lat) obowiązywać będą tzw. „sunset clauses”, czyli przepisy przejściowe wciąż pozwalające na ochronę inwestycji. Rozpoczęcie tego procesu jest jednak koniecznością, jeśli chcemy odzyskać elementarną swobodę manewru w relacjach z międzynarodowym kapitałem i np. efektywnie ściągać z niego podatki – zwłaszcza w odniesieniu do państw z którymi mamy rażąco negatywny bilans inwestycyjny. Miejmy też nadzieję, że stopniowo przyjdzie pora na wypowiadanie BIT'sów z krajami spoza UE. Polska nie przestanie przez to być atrakcyjnym rynkiem, ci którzy mają zainwestować i tak to zrobią, tyle że w cywilizowany sposób – po prostu będą musieli przyzwyczaić się do myśli, że nie jesteśmy już europejskim bantustanem wyznaczonym w globalnej rozgrywce do roli jednego z obszarów kolonialnej eksploatacji.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Koniec z BIT's? Nareszcie!

ISDS, czyli korpo-dyktat


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 38 (22-28.09.2017)