sobota, 22 czerwca 2013

Brazylia nie jest koko-spoko

Protestujący nie zamierzają być „fajnobrazylijczykami”, tylko wychodzą na ulice podczas prestiżowej imprezy, mając głęboko w tyle, że „świat patrzy”.

I. Zamieszki w cieniu Pucharu Konfederacji

Informacje o masowych demonstracjach w 80 miastach Brazylii cokolwiek giną przykryte tematem odbywającego się tam równolegle „koko-spoko”, czyli Pucharu Konfederacji - imprezy mającej stanowić próbę generalną przed przyszłorocznymi Mistrzostwami Świata w piłce nożnej. Tymczasem, ostatnio na ulice wyległo w sumie ok 1,2 mln (słownie: milion dwieście tysięcy) demonstrantów protestujących zarówno przeciw polityce rządu, jak i tamtejszej klasie politycznej w ogólności.

Zaczęło się niewinnie – od studenckich protestów przeciw podwyżkom cen biletów komunikacji miejskiej (dla warszawiaków pod rządami HGW pewnie brzmi to znajomo), ale wkrótce dołączyły inne postulaty, zaś protesty szybko uległy radykalizacji i umasowieniu – i to pomimo wycofania się władz z podwyżek. Demonstrujący domagają się m.in. poprawy opieki zdrowotnej, edukacji, skończenia z wszechobecną korupcją i bezkarnością polityków, zaprzestania zawłaszczania państwa przez polityczno-biznesowe sitwy (skąd my to znamy), a także – uwaga – zaprzestania trwonienia publicznych funduszy na przygotowania do Mistrzostw Świata w 2014 roku oraz Olimpiady w 2016.

Cechą charakterystyczną protestów jest zero tolerancji dla jakichkolwiek partii politycznych – zarówno rządzącej Partii Pracujących, jak i ugrupowań opozycyjnych. Politycy usiłujący „podłączyć się” pod demonstrantów są bez pardonu wykopywani (my z podobnym obrazkiem mieliśmy do czynienia przy okazji protestów przeciw ACTA, kiedy to młodzież wywaliła próbującego się lansować Palikota, śpiewając mu na pożegnanie „ssij pałę, ssij...”). Dochodzi do licznych, brutalnych starć z policją i prób demolowania urzędów państwowych - oraz, co ciekawe – przedstawicielstw FIFA.

II. Brazylijczycy przeciw korupcyjnemu „koko-spoko”

Te akcenty „antymundialowe” wśród rozkochanych w piłce nożnej Brazylijczyków są wielce symptomatyczne, oznaczają bowiem, iż został przekroczony próg społecznej tolerancji na obciążenia państwa w związku z przygotowaniami do największej piłkarskiej imprezy świata. Podkreślmy to jeszcze raz: demonstranci domagają się ukrócenia marnowania środków publicznych na przyszłoroczne „koko-spoko” i posuwają się do atakowania autobusów i hotelu (w Salvadorze) z przedstawicielami globalnej mafii piłkarskiej – FIFA.

Społeczna frustracja spowodowana jest rosnącymi kosztami życia, co Brazylijczycy wiążą z gigantycznymi nakładami na remonty i budowę stadionów, oraz związanej z imprezami infrastruktury. Do tej pory na same stadiony poszło 3,5 mld dolarów, a łączne wydatki sięgnąć mają 15 mld dolarów (RPA w 2010 wydała trzykrotnie mniej). Przypuszczalnie zresztą nawet te 15 mld może zostać przekroczone – tu warto zauważyć, iż kolejnym elementem przygotowań bulwersującym Brazylijczyków są wielokrotnie w stosunku do pierwotnych założeń zawyżone koszta budowy obiektów. Jak na dłoni widać, że tzw. „renta korupcyjna” związana z inwestycjami musi być ogromna. Do tego doszły wysiedlenia ludzi z terenów „mundialowych”.

Trzeba również zauważyć, iż model przygotowań do wielkich imprez sportowych powoduje, że władze kraju-organizatora są praktycznie uzależnione od międzynarodowych organizacji sportowych – FIFA, UEFA, MKOL, które de facto dyktują co, gdzie, kiedy i w jakich rozmiarach oraz standardzie ma zostać wybudowane. Stąd agresja wobec działaczy FIFA i postulaty, by pieniądze topione w obecny Puchar Konfederacji, Mundial 2014 i Olimpiadę 2016 przeznaczyć na szkolnictwo, czy służbę zdrowia. Koszta budowy obiektów, do których po imprezie trzeba dopłacać, oraz budowanej w trybie „odświętno-akcyjnym” infrastruktury, państwa-organizatorzy odczuwają później przez lata. Nie bez przyczyny nieoficjalnie mówi się, że gwoździem do trumny finansów Grecji stała się olimpiada w Atenach w 2004 roku.

III. Zakompleksieni „fajnopolacy” kontra wolny naród

Nie da się tu uciec przed porównaniem obecnych wydarzeń w Brazylii z tą euforyczną głupawką, z jaką mieliśmy do czynienia w związku z „koko-euro-spoko” 2012 w Polsce i na Ukrainie. Przypomnijmy sobie: każdą próbę konstruktywnej krytyki poczynań rządu gaszono urzędowym optymizmem władzy i reżimowych mediodajni – jaką to wspaniałą promocję będziemy mieli w świecie, że „Zachód na nas patrzy”, że zdajemy „egzamin”, że to wielki impuls modernizacyjny i ileż to pieniondzów, panie, na tym Euro zarobimy... Na każde wytknięcie rosnących lawinowo kosztów – zarówno „przejezdnych” autostrad jak i do tej pory nie oddanego oficjalnie (!) Stadionu Narodowego – reagowano nagonką na „malkontentów”, sprzężoną z żerowaniem na polskich kompleksach spod znaku „co świat powie na to”.

Pamiętamy? Te żałosne nawoływania, sprowadzające się do tego, byśmy zastawili się, a postawili się; te żenujące apele, byśmy nie zaprezentowali się jako „naród ponuraków”, tylko uśmiechnięci i wyluzowani „fajnopolacy”, żyjący w „fajnej Polsce”, bo to takie europejskie. Te przyprawiające o mdłości doniesienia omdlewających z ekscytacji dziennikarzy, że Platini przyjechał, Platini odwiedził, Platini pochwalił postępy, Platini się zmarszczył, Platini poklepał po pleckach... Wstyd i żenada – wypisz wymaluj, doniesienia z wizyty Jaśnie Pana w podległej guberni.

A teraz zostaliśmy jak te ch..., że tak pojadę Himilsbachem, z nierentownymi stadionami do których trzeba dopłacać miliony, z ledwie co zbudowanymi autostradami których budowę przypłaciły bankructwem dziesiątki, jeśli nie setki podwykonawców – ale nic, byczo jest! Bo „fajnopolacy” pokazali „uśmiechnięte twarze” i przez moment miło o nas pisano za granicą.

Otóż Brazylijczycy – czyli naród, który na dobrą sprawę mógłby mieć więcej niż my postkolonialnych kompleksów – mają gdzieś te infantylne gadki o rzekomym splendorze, jakim jest organizacja mistrzostw, czy olimpiady. Oni widzą przekręty, nieprzytomne pieniądze wyrzucane w błoto i rozdzielane między różne sitwy – i nie zamierzają milczeć. Przedstawiciele międzynarodowych władz piłkarskich nie są dla nich półbogami z innego lepszego świata, tylko bandą skorumpowanych mafiosów, których można pogonić kamieniami. Nie zamierzają być „fajnobrazylijczykami”, tylko wychodzą na ulice podczas prestiżowej imprezy, mając głęboko w tyle, że „świat patrzy”. Ani myślą być „koko-spoko”, gdy państwo ich kosztem urządza absurdalne igrzyska, będące w istocie korupcyjnym festiwalem - gigantycznym transferem gotówki z kieszeni frajerów, do kieszeni tych, którzy mają się kosztem tychże frajerów nachapać. Oni po prostu pokazują, że są wolnymi ludźmi bez kompleksów – i chwała im za to.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

czwartek, 20 czerwca 2013

„Nasze matki, nasi ojcowie” jako test zderzeniowy

Musimy uświadomić sobie, że ten film jest dla Niemców między innymi testem zderzeniowym: na ile mogą sobie z Polską pozwolić.

I. Postkolonialny kulturkampf

Oglądam sobie trzeci odcinek dzieła niemieckiej propagandy historycznej „Nasze matki, nasi ojcowie” emitowany w ramach postkolonialnego kulturkampfu w państwowej Telewizji Polskiej i nachodzi mnie refleksja, że jednego Niemcom nie można odmówić: konsekwencji mianowicie. Już kanclerz Gerhard Schroeder stwierdził, iż „okres niemieckiej pokuty dobiegł końca” i ta linia jest realizowana niezależnie od politycznych konfiguracji w Berlinie. To znaczy, kierunek został zadekretowany znacznie wcześniej – jątrzące plotki powiadają, że zbitka „polskie obozy koncentracyjne” została wprowadzona na łamy prasy przez specsłużby RFN, rekrutujące się często spośród byłych hitlerowców – Schroeder jedynie to oficjalnie zalegalizował. Immanentnym składnikiem owej linii propagandowej jest przemodelowanie wizerunku Niemców ze sprawców we współofiary hitleryzmu i II Wojny Światowej. Wojny, którą wywołali oczywiście jacyś bezosobowi „naziści”, zmuszając spokojnych Teutonów do brania udziału we wszystkich tych okrucieństwach.

Aby ów obrazek zyskał cechy pozoru wiarygodności, należy dodatkowo wtłoczyć do głów masowej publiczności dwa elementy: wojna tak naprawdę zaczęła się dopiero 22 czerwca 1941 roku, wraz z atakiem na ZSRS (i tu mamy – proszę zauważyć – idealną zbieżność z sowiecką, i postsowiecką polityką historyczną), a w zagładzie Żydów brali czynny udział z gruntu antysemiccy Polacy. Natomiast jeżeli jakichś zbrodni dokonywali sami Niemcy, to po pierwsze – wynikało to z logiki wojny, po drugie zaś – czynili to wbrew sobie i z najwyższą niechęcią. O ataku na Polskę przeprowadzonym wspólnie i w porozumieniu z Sowietami na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow, oraz ludobójstwie dokonywanym na Polakach po prostu nie mówimy. Ten element należy wyrugować ze świadomości urabianych odbiorców.

II. Kwintesencja propagandy historycznej

Proszę o wybaczenie, że prawię te oczywistości, ale jakoś muszę odreagować, że oglądam tę kłamliwą szmirę, zamiast przełączyć kanał na Puchar Konfederacji. Ciekaw byłem, czy w medialnych doniesieniach na temat niemieckiego serialu nie było histerii i przesady, jak co niektórzy próbowali wmówić nam przed emisją. No i nie było. Wszystkie wymienione powyżej elementy historycznej propagandy znalazły pełne odbicie. Mamy poczciwych „zwykłych Niemców” wmanipulowanych jakimś okrutnym zrządzeniem historii w ten cały „nazizm” i popędzonych ni z tego, ni z owego na front wschodni. Nie dowiadujemy się, jak to się stało, że nagle III Rzesza miała wspólną granicę z ZSRS. Mamy rozterki moralne przedstawicieli wrażliwego i kulturalnego narodu towarzyszące zbrodniom wojennym, zwieńczone martyrologiczną śmiercią jednego z głównych bohaterów, który ruszył samotnie pod kule sowieckiego cekaemu. No i mamy oczywiście zezwierzęconych antysemitów w szeregach AK oraz wśród miejscowego chłopstwa, przedstawionych w duchu idealnej zgodności z majaczeniami Jana Tomasza Grossa.

A wszystko to, drodzy Państwo, jak nas poinformowano, zostało już sprzedane do 60 krajów całego świata. I nie ma siły, żeby to odkłamać. Nawet jeśli pofilmową debatę będzie reemitować ZDF. Gdy wystukuję te słowa lecą właśnie reklamy, a za chwilę zaproszeni eksperci uraczą nas porcją swych mądrości. Ponoć pojawi się między innymi ta baba z Die Tageszeitung – wiecie, o kogo mi chodzi – to ta ponura Niemra, która wszędzie gdzie zostanie zaproszona poucza nadwiślańskich autochtonów o europejskich standardach, tolerancji i innych takich, z misjonarskim zacięciem godnym samego starego Fryca cywilizującego „Irokezów”. O, już wyguglałem - Gabriele Lesser. Tak, to ona właśnie.

No i co z tym wszystkim zrobić? Procesować się? Produkować własne filmy i dystrybuować w świecie? Dobre sobie. Polskie władze prędzej ugryzą się w tyłek, niż podskoczą swym niemieckim patronom, a filmów nawet jeśli by powstały nikt od nas nie kupi, gdyż nikt nie jest zainteresowany odkłamywaniem historii w interesie Polaków. Dla świata Polak-antysemita jest zwyczajnie wygodny – bo z Niemcami warto robić interesy i generalnie żyć z nimi dobrze, a jeśli wiąże się z tym przyjęcie ich optyki na różne historyczne zaszłości – to czemu nie?

III. TVP jako gadzinówka

No i teraz leci sobie ta dyskusja. Jednak tej baby z Tageszeitung nie ma, za to jakiś niemiecki doktor ględzi o wielowątkowości i wielowymiarowości filmowych wątków i postaci, oraz apeluje, byśmy nie dali się skłócić. I tak to jest, proszę Państwa - „polskie obozy” to zaledwie wpadki redakcyjne, Centrum Wypędzonych ma pojednać wszystkich ze wszystkimi i generalnie wszystko będzie dobrze, jeśli tylko nie będziemy się głupio upierać przy jakichś tam faktach historycznych i zaakceptujemy kres niemieckiej pokuty za II WŚ. Mnie już nawet nie chce się oburzać na bezczelność i butę tego doktora Webera w studiu TVP i tego profesora-konsultanta filmu, którzy wmawiają nam, że pokazano wszystkie „blaski i cienie” AK. Oni mają po prostu taką pracę i konkretne zadania do wypełnienia w ramach aparatu niemieckiej propagandy – podobnie jak stacja ZDF. Nadmienię tylko, że ten profesor-konsultant jest niemieckim Żydem, co prowokuje do ciekawych rozważań na temat zbieżności obecnej żydowskiej i niemieckiej polityki historycznej, ze szczególnym uwzględnieniem podziału win i odpowiedzialności, w czego tle widnieją kwestie konkretnych finansowych uroszczeń Przedsiębiorstwa Holocaust.

Oczywiście, zgodnie z moimi przewidywaniami z poprzedniej notki, do studia nie zaproszono prof. Bogdana Musiała, który miał być konsultantem serialu ze strony polskiej i którego fundamentalne zastrzeżenia ostentacyjnie zignorowano. Nie wspomniano nawet, że taka sytuacja miała miejsce, co również jest symptomatyczne. Mamy prof. Szarotę i Szewacha Weissa, którzy próbują się jakoś przebić z argumentami do zaproszonych Niemców, podobnie jak Piotr Semka, co oczywiście nie odniesie żadnego skutku, jako że cele tej całej debaty są zupełnie inne – ma ona wyłącznie „zalegalizować” pozorami obiektywizmu emisję tej propagandówki w polskiej telewizji.

Czy stało się dobrze, że ten film jednak w TVP pokazano – w czołowym kanale i w primie timie? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy uświadomić sobie, że ten film jest dla Niemców między innymi testem zderzeniowym: na ile mogą sobie z Polską pozwolić. I już sam fakt emisji z dyskusją w charakterze listka figowego pokazuje, że Niemcy mogą sobie pozwolić na o wiele więcej, niż jeszcze niedawno byliśmy skłonni przypuszczać. Ja oczywiście nie wiem, jakie naciski poszły, ale musiały być odpowiednio wysoko umocowane, bo przecież chyba nikt nie sądzi, że Juliusz Braun samodzielnie zadecydował o zamienieniu na trzy kolejne wieczory TVP1 w szkopską gadzinówkę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/postkolonialny-kulturkampf-ii

http://niepoprawni.pl/blog/287/postkolonialny-kulturkampf

sobota, 15 czerwca 2013

Postkolonialny kulturkampf II

W anty-pedagogikę upodlenia, w cały ten postkolonialny kulturkampf, serial „Nasze matki, nasi ojcowie” wpisuje się idealnie. Prawie tak dobrze, jak „Pokłosie” i konfabulacje Grossa.

I. Kulturkampf w TVP

Gdy w kwietniu pisałem notkę „Postkolonialny kulturkampf”, nie wystarczyło mi wyobraźni, by przewidzieć, iż polska państwowa telewizja wyemituje kłamliwy niemiecki chłam - „Nasze matki, nasi ojcowie”. Zaiste, aż tak dalekowzroczny nie byłem - mimo wszystkich opisanych w przywołanym tekście przykładów kulturowej kolaboracji z berlińską „metropolią” przedstawicieli naszych aspirujących do „europejskości” elit. Elit pozostających nader często na berlińskim jurgielcie. Tak więc przez trzy kolejne wieczory w prime timie będziemy mieli za sprawą prezesa Juliusza Brauna do czynienia z tym groteskowym sabatem ukazującym poczciwych Niemców „uwikłanych” w „trudne czasy” i wojnę, „uwiedzionych” przez złego czarnoksiężnika Hitlera, no i dla kontrastu – zezwierzęconych antysemitów z AK, którzy gdyby tylko mogli dorwać się do tych wszystkich Żydów za drutami koncłagrów, to dopiero pokazaliby jak wygląda „ostatecznie rozwiązanie” w polskim stylu.

W charakterze zbiorowego listka figowego wystąpią następnie odpowiednio dobrani eksperci, którzy starannie rozważając wszelkie możliwe i niemożliwe racje orzekną, że serial jest słaby, kiczowaty, niezbyt wiernie oddaje wojenną rzeczywistość oraz istotę mechanizmów służących do infekowania mas zbrodniczymi ideologiami – i że generalnie jest to sentymentalna szmira. A ponieważ jest to chała, kicz i nędza, to w zasadzie o co tyle krzyku, skąd ta cała histeria i o co w ogóle tym protestującym oszołomom chodzi? No i koniec końców dobrze, że TVP odważnie ów film nadała, bo dzięki temu Polacy mogli się przekonać, że to w gruncie rzeczy nic strasznego, ot taka trochę okrutna bajka, a z tymi żydożerczymi akowcami też nie ma co przesadzać, bo przecież wszyscy wiemy, że ci cali partyzanci również mieli swoje za uszami i wcale tacy święci nie byli – po prawdzie to określenie „polnische banditen” dość często po prostu oddawało rzeczywistość...

Że co? Że aż tak nie będzie? Może i nie, ale nauczony doświadczeniem wolę raczej przerysować niż niedoszacować możliwy przebieg wydarzeń.

II. Polityka historyczna szkodzi na integrację

Etapem drugim masowego przerabiania mózgów gawiedzi na pulpę będą tzw. „echa medialne” - czyli omówienie „kontrowersyjnego telewizyjnego wydarzenia” w wiodących mediodajniach mainstreamu. Tu, wyznam, szczególnie liczę na „Gazetę Wyborczą” i niezawodnego Bartosza T. Wielińskiego, który to arcyciekawy dziennikarz charakteryzuje się dwoma zasadniczymi przymiotami: po pierwsze - w żadnej spornej sytuacji na linii Polska-Niemcy nie bierze strony polskiej; po drugie – uporczywie i z konsekwentnym samozaparciem robi za pożytecznego idiotę wmawiając nam histerię, niezrozumienie i wyolbrzymianie błahych incydentów. Tak było w przypadku germanizacji dzieci z mieszanych małżeństw przez Jugendamty (w ujęciu Wielińskiego – marginalna sprawa), „polskich obozów koncentracyjnych” (edytorskie wpadki, skrót myślowy oznaczający „geograficzne położenie”), czy ostatnio, gdy zabierał głos w sprawie niemieckich produkcji historycznych, w tym serialu „Nasze matki, nasi ojcowie”. Tu wspiął się na wyżyny bezkompromisowego pożytecznoidiotyzmu twierdząc, iż nie ma pojęcia po co Niemcy w ogóle produkują takie słabe filmy... ale ponieważ są słabe, to nie ma co dramatyzować.

Tak się jednak składa, że te słabe, ahistoryczne szmiry są w Niemczech oglądane przez miliony i urabiają masową wyobraźnię, zagospodarowując przestrzeń historyczną w społecznej świadomości. No i jeszcze Niemcy potrafią na nich zarobić, sprzedając swe produkcje za granicę i modelując wyobrażenia na temat wojny oraz „zwykłych Niemców” w kilku innych narodach, które na II Wojnie wyszły lepiej niż Polska, więc co im tam. Tak się robi politykę historyczną, której ponoć „nie ma”, która rzekomo jest anachronizmem w zglobalizowanym świecie i zjednoczonej Europie. No i fakt – u nas tej polityki historycznej rzeczywiście ze świecą szukać, bo Niemcy nam powiedzieli, żebyśmy jej nie robili, gdyż to szkodzi na „pogłębianie integracji”.

III. Anty-pedagogika upodlenia

Ale, że przyroda nie znosi próżni, to w miejsce polityki historycznej (dwuletni epizod rządów PiS można tu pominąć, bo takie rzeczy oblicza się na dziesięciolecia konsekwentnej społecznej inżynierii) mamy swoistą anty-politykę historyczną, zwaną również „pedagogiką wstydu”. Żeby sobie postkolonialni Aborygeni nie wyobrażali za wiele i by przypadkiem nie strzeliło im do głów, że są równie dobrzy jak biali ludzie z Berlina i Monachium, bo wtedy mogliby zacząć fikać, zamiast w poczuciu permanentnej niższości i cywilizacyjnego zacofania karnie wypełniać światłe dyrektywy płynące z metropolii.

I w tę anty-pedagogikę kulturowego upodlenia, w ten cały postkolonialny kulturkampf, serial „Nasze matki...” wpisuje się idealnie. Prawie tak dobrze, jak „Pokłosie” i konfabulacje Grossa. Zresztą, nie dam głowy, czy właśnie twórczość Grossa i film Pasikowskiego (plus związane z nimi medialne kampanie nienawiści do własnego narodu) nie zainspirowały naszych Wielkich Braci zza Odry. Może uznali, że skoro proceder wdeptywania Polaków w mentalne błoto rozwija się tak pomyślnie, to nic się nie stanie jeśli pójdą na totalnego bezczela i zrobią film w którym już bez żadnej żenady w rolach najgorszych szwarccharakterów obsadzą Polaków? I pomyśleć, że kiedyś oburzaliśmy się na antypolskie akcenty w „Liście Schindlera” - przy tym, co obecnie się wyrabia, film Spielberga wydaje się wręcz niewinnym żartem... Tyle, że to wcale nie były żarty. To był pierwszy krok, dający światu sygnał, że można.

Wracając na zakończenie do wątku pofilmowej debaty „ekspertów”, którą zaserwują nam na dobicie. W niemieckiej ZDF też była „debata”. I co z tego? Kto to oglądał, kto pamięta? Debata była i się zmyła, film pozostał. Zasłona dymna „obiektywizmu” spełniła swe zadanie. Ba, przed ostatecznym montażem próbowano się nawet konsultować z prof. Bogdanem Musiałem (jak to wyglądało, profesor Musiał opisuje w wywiadzie dla „Sieci”). Niemcy byli bardzo zdziwieni, bo naukowiec z Polski miał dać placet że z serialem wszystko jest gites tenteges i Polacy wcale się nie gniewają, tymczasem prof. Musiał wyskoczył jak jakiś nieprzytomny z licznymi i fundamentalnymi zastrzeżeniami. No co za człowiek, jak rany. Nie wiedział po co go wzięli na konsultanta, czy jak? No to wkrótce się dowiedział. Ani jednej z jego uwag nie uwzględniono w montażu. Ciekawe, czy zaproszą go do TVP. Pewnie raczej nie, bo jeszcze mógłby coś powiedzieć.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/postkolonialny-kulturkampf

środa, 12 czerwca 2013

Dwa płuca polskiego patriotyzmu

Obóz patriotyczno-niepodległościowy powinien oddychać dwoma płucami: zarówno tradycją piłsudczykowską, jak i endecką.

I. Bez „endokomuny”

W dotychczasowych notkach dotyczących Ruchu Narodowego (TU i TU) sformułowałem pogląd, że na polskiej scenie politycznej powinno być miejsce dla znaczącego ugrupowania o profilu narodowym – i to nie gdzieś na marginesie, ale w parlamencie, gdzie funkcjonowałby jako licząca się reprezentacja Polaków podzielających narodowe przekonania.

Do pewnego momentu było to niezwykle trudne, z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze, spuścizna Narodowej Demokracji została propagandowo zohydzona w społecznym odbiorze jak mało który element naszej historycznej tradycji. Po drugie, nad inicjatywami narodowymi przez długie lata unosił się zaduch tzw. „endokomuny” - kolaboracji części postendeckich środowisk z komunistami (PAX, ZP Grunwald), w ramach jakiejś parszywej symbiozy mającej „oswoić” PZPR za pomocą patriotycznej retoryki i uzasadnić „sojusz” z ZSRS demagogicznymi popłuczynami po panslawizmie, za którą to usługę czerwoni okupanci rewanżowali się możliwością funkcjonowania lojalistycznych wobec PRL, „koncesjonowanych narodowców”.

Trzeba było dopiero dojścia do głosu młodych, nieuwikłanych działaczy, by środowiska narodowe zyskały nowe oblicze i mogły liczyć na odniesienie sukcesu, czego pierwszym wyraźnym przejawem było powodzenie ostatnich Marszów Niepodległości gromadzących po kilkadziesiąt tysięcy uczestników. Naturalną koleją rzeczy, następnym etapem stała się integracja rozproszonych inicjatyw w ruch społeczny, z czym mieliśmy niedawno do czynienia na Kongresie Ruchu Narodowego, który odbył się 8 czerwca w Warszawie.

W związku z Kongresem miałem tylko jedną obawę – by nie wypełzły skądś zombies wspomnianej wyżej endokomuny: pogrobowcy PAX-u i Grunwaldu epatujący swą nieprzytomną rusofilią i uwielbieniem dla cara-Putina. Na szczęście, obawa ta okazała się płonna, zaś zmarginalizowanie Bohdana Poręby, który „zaprosił się” na Kongres by tam uwiarygadniać się projektem filmu o Jedwabnem jest dobrą wróżbą na przyszłość. Zresztą, obecność wśród gości takich publicystów jak Ziemkiewicz i Michalkiewicz jest wyraźnym sygnałem, że recydywa panslawizmu i peerelowskich sentymentów Ruchowi Narodowemu raczej nie grozi, zaś akcja „Zablokuj komucha” stanowi kolejne potwierdzenie, że upatrywanie w Ruchu Narodowym promoskiewskiej agentury wpływu nie znajduje potwierdzenia w faktach. Ta amputacja zgangrenowanej Peerelem tkanki dobrze świadczy o Ruchu i jego liderach. Warto tu również odnotować in plus wcześniejsze zerwanie ze środowiskiem „trepów” z Nowego Ekranu.

II. Dwa płuca

Przyznam się, że kibicuję przedsięwzięciu narodowców, i - co niektórym może wydać się dziwne – czynię to jako wyborca PiS, który od lat głosuje w kolejnych wyborach na to właśnie ugrupowanie. Uważam bowiem – i jest to kolejna teza, którą chciałbym tu mocno podkreślić – że „obóz patriotyczno-niepodległościowy” powinien oddychać dwoma płucami: zarówno tradycją piłsudczykowską, jak i endecką. Amputowanie któregokolwiek z tych płuc sprawia, że oddech staje się niepełny, zaś tak nam dziś potrzebna „infrastruktura patriotyzmu” (określenie Ziemkiewicza) – ułomna.

Przy okazji Marszu Niepodległości zetknąłem się z opinią, że obecna sytuacja w Polsce jest taka, że Dmowski i Piłsudski znaleźliby się po tej samej stronie barykady. Z jednej strony mamy bowiem do czynienia z zaawansowanymi usiłowaniami uczynienia z Polski jakiejś strefy neokolonialnej, nieformalnego kondominium, zaś z Polaków – zbiorowiska wykorzenionych klonów bez właściwości; z drugiej zaś – dążenie do szeroko rozumianego upodmiotowienia Polski i Polaków w oparciu o narodową tożsamość, gospodarkę, historię, religię, tradycję i kulturę. W pełni podpisuję się pod tą tezą.

Dlatego też budzi mój sprzeciw pozycjonowanie się Ruchu Narodowego i PiS-u w twardej kontrze wobec siebie nawzajem. Ani bowiem PiS nie siedzi w jednym worku z Obozem Beneficjentów i Utrwalaczy III RP (wypomina się Kaczyńskiemu Magdalenkę, zapominając, że po wyborach '89 roku był on zwolennikiem zdecydowanego odsunięcia komunistów od wpływu na państwo, a Okrągły Stół traktował nie jako „umowę, której należy dotrzymać” lecz jako taktyczny etap na drodze do odzyskania Polski), ani Ruch Narodowy nie jest zagrożeniem dla mitycznej „jedności prawicy”, tylko naturalną emanacją części polskiego społeczeństwa. Nerwowe reakcje działaczy PiS-u (np. wywiad z Krystyną Pawłowicz) i sprzyjających partii mediów (przemilczanie Kongresu okraszone bandyckim numerem Niezależnej.pl z manipulanckim tekstem o obecności Poręby – odpowiedź Roberta Winnickiego TUTAJ), upatrujących w Ruchu Narodowym konkurencji kierowanej jakimiś szemranymi intencjami, są co najmniej nie na miejscu.

Nie tędy droga, tym bardziej, że jeśli RN dostanie się do Sejmu w następnych wyborach, to koalicja PiS – narodowcy będzie jedynym sensownym rozwiązaniem, póki co bowiem nie zanosi się na samodzielne rządy Prawa i Sprawiedliwości, zaś narodowcy – i tu kolejny plus dla nich – oczyścili się z giertychowskich „złogów” równie skutecznie, co z „endokomuny”. Dodam, że jeśli nie chcą być ugrupowaniem wiecznej kontestacji bez wpływu na cokolwiek, kanalizującym jedynie społeczne niezadowolenie, to sojusz z PiS-em jest na chwilę obecną najbardziej racjonalnym wyborem, pozwalającym zafunkcjonować obu „płucom polskiego patriotyzmu” w wymiarze politycznym.

III. Nowocześni endecy

Czy Ruchowi Narodowemu uda się stworzyć nowoczesną endecję? Mam taką nadzieję, albowiem Polska potrzebuje „nowoczesnych endeków” potrafiących znaleźć adekwatny język i metody działania – stosowne do wyzwań współczesności. Nadzieję budzi tu konsekwentna praca u podstaw, jaką środowiska narodowe realizują w lokalnych społecznościach. Mamy bowiem do czynienia z rozpaczliwym deficytem świadomości polskiej racji stanu, interesów narodowych oraz „obowiązków polskich” o których pisał Roman Dmowski w „Myślach nowoczesnego Polaka”.

Ten zanik poczucia istnienia wspólnego dobra charakteryzujący – mówiąc Ziemkiewiczem - „polactwo”, jest bodaj największym narodowym problemem do rozwiązania. Innymi słowy – jest zglajszachtowany peerelem „żywioł” na który obecnie nakłada się dodatkowo pokolenie „fajnopolaków” i „lemingów”, którym 24 lata propagandy mainstreamu III RP wdrukowało w mózgi przekonanie, że Polska to obciach, wiocha i że generalnie im mniej będą Polakami, tym lepiej, bo przez to staja się bardziej „europejscy”. I tenże „żywioł” pogrążony w narodowej abnegacji należy odwojować, tak jak pod koniec XIX wieku odwojowywali go endecy.

Póki co jednak najbardziej powszechną postawą społeczną jest zjawisko, które określam jako „zmęczenie suwerennością” - czyli niechęć do podejmowania jakichkolwiek wyzwań czy zadań, które są związane z szeroko rozumianym niezawisłym bytem narodowym. Zacytuję tu pierwsze słowa „Myśli nowoczesnego Polaka”: „Nierzadko spotykamy się ze zdaniem że nowoczesny Polak powinien jak najmniej być Polakiem. Jedni powiadają że w dzisiejszym wieku praktycznym trzeba myśleć o sobie nie o Polsce, u innych Polska zaś ustępuje miejsca – ludzkości. Tej książki nie piszę ani dla jednych, ani dla drugich.” Jest to diagnoza jak najbardziej aktualna (szerzej pisałem o tym w tekście „Ani dla jednych, ani dla drugich”) - i by ten fatalny stan rzeczy przełamać potrzebujemy właśnie tytułowych „dwóch płuc polskiego patriotyzmu”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/ruch-narodowy-nowoczesni-endecy

http://niepoprawni.pl/blog/287/perspektywy-ruchu-narodowego

http://niepoprawni.pl/blog/287/ani-dla-jednych-ani-dla-drugich

http://niepoprawni.pl/blog/287/iv-rp-o-muerte-czesc-1

sobota, 8 czerwca 2013

Zrobieni w abonament

…a właściwie w iluzję jego niepłacenia: 2,5 miliona osób zostało objętych procedurą windykacyjną za zaległości w uiszczaniu abonamentu RTV.

I. Dwa i pół miliona dłużników

Jakiś czas temu za sprawą senatorów PiS Henryka Ciocha i Grzegorza Biereckiego dowiedzieliśmy się, że w Polsce ok. 2,5 miliona osób zostało objętych procedurą windykacyjną za niepłacenie abonamentu RTV. Abstrahując od zasadności tego para-podatku „od telewizora” i kwestii modelu finansowania mediów państwowych (bo nie publicznych przecież), należy zwrócić uwagę, że obciążeni zaległościami są w dużej mierze (ok. 30%) ludzie starsi, często już w wieku emerytalnym, którzy obowiązek uiszczania abonamentu odziedziczyli w spadku po poprzedniej komunie, obecnie bowiem mało kto kłopocze się zgłaszaniem posiadanych odbiorników. I właśnie m.in. w stosunku do nich podejmowane są teraz czynności egzekucyjne za zaległości.

Wyobraźmy sobie tych emerytów i rencistów, do których nagle przychodzi urzędowa powiastka z groźnymi pieczęciami, która informuje ich, że wiszą ukochanej telewizorni jakieś 1400 – 1800 złotych. I mają to zwrócić wraz z karnymi odsetkami oraz kosztami postępowania. Przypominam, są to ludzie dysponujący np. tysiącem złotych miesięcznie, czyli balansujący na granicy biologicznego przetrwania. To samo tyczy się chociażby bezrobotnych. Zawału można dostać – może zresztą właśnie o to chodzi i mamy do czynienia z kolejnym elementem Programu Pełzającej Eutanazji uskutecznianej wobec bezproduktywnych „darmozjadów”? Big Cyc śpiewał kiedyś: „Państwo żywi i ubiera, nie obciążaj go – umieraj”. Tak, to by się nawet zgadzało.

II. Oślizgłe obiecanki

Skąd się wzięły owe zaległości? Ludzie sami z siebie powzięli nagle na masową skalę decyzję o bojkocie zobowiązań wobec reżimowych szczekaczek? No przecież, że nie. A już na pewno nie emeryci, którzy – wnioskując z obserwacji – na ogół starają się być z opłatami w porządku, nawet jeśli oznacza to przetrwanie do kolejnej emerytury o cienkiej herbatce i suchym chlebie. Swój początek obecna fala zadłużenia bierze w jednej, jedynej ale wszechstronnie nagłośnionej przez reżimowe mediodajnie wypowiedzi premiera Donalda Tuska sprzed pięciu lat (2008 r.). Premier rządu RP wypowiedział wówczas następujące słowa:

„Abonament jest archaicznym sposobem finansowania mediów publicznych, haraczem ściąganym z ludzi. Dlatego rząd będzie zabiegał o poparcie do jego zniesienia.”

Zwróćmy uwagę na perfidię cytowanych zdań. Czy premier tam powiedział, że abonamentu nie trzeba płacić? Ależ skąd. Formalnie rzecz biorąc, Tusk podzielił się jedynie swą opinią, że abonament jest „archaiczny”, oraz że jest „haraczem”. A do tego zapowiedział, że „rząd będzie zabiegał o poparcie do jego zniesienia”. Czyli, mieliśmy do czynienia z typową dla Ober-Matoła oślizgłą formułką, skonstruowaną tak, by nabić sobie sondażowe słupki popularności do niczego się nie zobowiązując. Cóż to bowiem oznacza, że „rząd będzie zabiegał o poparcie”? Literalnie nic.

Ludzie jednak zrozumieli to zupełnie inaczej, o czym świadczy nagłe załamanie się wpływów z abonamentu. Tak się bowiem składa, że większość obywateli nie jest szkolona w socjotechnice i pijarowskich sztuczkach, co sprawia, że wobec takich zagrywek, jak ta opisana powyżej, są rozpaczliwie bezbronni. Nie mają również pojęcia o trybie podejmowania decyzji i procedurze legislacyjnej. Do nich dotarł komunikat, że oto dobry premier zniósł abonament, by ulżyć ich doli - a nie, że jeden z najwyższych dostojników państwowych ot tak sobie tylko zażartował, by zrobić sobie popularkę.

III. Do żywego mięsa

Jakiś czas temu miałem okazję naocznie przekonać się o konsekwencjach niby-obiecanki premiera i konkretnym ludzkim wymiarze tego windykacyjnego nieszczęścia, które dotknęło dwa i pół miliona Polaków. Oto podczas wizyty na poczcie byłem świadkiem, jak do sąsiedniego okienka podeszła roztrzęsiona młoda kobieta z jakimiś świstkami w garści i dosłownie ze łzami w oczach, łamiącym się głosem zaczęła klarować urzędniczce, co następuje:

Do jej ojca przyszło zawiadomienie z rodzaju tych o których mówili senatorowie Cioch i Bierecki. (Nie pamiętam dokładnej kwoty, ale było to grubo ponad tysiąc złotych.) Ojciec od dawna nie wstaje z łóżka, jest po trzech wylewach, ma orzeczoną stuprocentową niezdolność do pracy i utrzymuje się z jakiejś skromnej renciny. Przecież wszyscy słyszeli, że abonamentu nie trzeba już płacić. Sam pan premier mówił tak kilka lat temu w telewizji! Dlaczego więc teraz przyszło do niego wezwanie do zapłaty? Skąd mamy wziąć nagle takie pieniądze?

Teraz, drodzy państwo, pomnóżmy sobie tę sytuację razy 750 tysięcy, tyle bowiem wynosi ów 30-procentowy odsetek emerytów i rencistów z ogólnej liczby dwóch i pół miliona osób z zaległościami w płaceniu abonamentu RTV. Przyznam się ze wstydem, że w pierwszej chwili poczułem coś w rodzaju złośliwej satysfakcji – „uwierzyliście ryżemu miglancowi, to teraz macie, głupole”. Po jakimś czasie jednak naszła mnie refleksja, której przed momentem dałem wyraz – o tej dziecięcej wręcz bezbronności ludzi wobec pijarowskiej ściemy uprawianej na zmasowaną skalę, z użyciem wszelkich środków rażenia pozostających na wyposażeniu zaprzedanych Dyktaturze Matołów mediodajni.

Tak sobie myślę, że gdyby jakimś trafem Tuskowi i jego kamaryli udało się uniknąć odpowiedzialności za wszystkie przekręty, zdrady, zaprzaństwa i zbrodnie jakich się dopuścili, ze Smoleńskiem na czele; gdyby, powiadam, jakimś cudem się z tego wywinęli, to już za samo cyniczne robienie sobie jaj z ludzkiej naiwności dla chwilowego poklasku i sondażowych notowań, za wpędzenie siedmiuset pięćdziesięciu tysięcy starszych i schorowanych ludzi w niezawinione długi – tłukłbym tę zgraję bykowcem do siódmej krwi, do żywego mięsa, aż zdechliby po kolei z czerwoną pianą na ustach.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

wtorek, 4 czerwca 2013

Wipler a sprawa polska

Traktowanie Wiplera jako politycznego sprzedawczyka lub ambicjonera, któremu pycha rzuciła się na mózg, byłoby krzywdzącym uproszczeniem.

Nie ma oczywiście powodów by dramatyzować, ale odejście Przemysława Wiplera z PiS nie jest dobrym sygnałem. I nie mamy tutaj do czynienia z sytuacją czarno-białą: traktowanie Wiplera jako politycznego sprzedawczyka lub ambicjonera, któremu pycha rzuciła się na mózg, byłoby krzywdzącym uproszczeniem. Moim zdaniem, akurat przy okazji tego rozwodu wina leży po obu stronach, co postaram się za chwilę wykazać. Zacznijmy od Wiplera.

I. Republikanin w PiS-ie

Opuszczając środowisko upeerowsko-korwinowskie i wiążąc się z PiSem, Wipler musiał zdawać sobie sprawę, że wchodzi na teren cokolwiek obcy, zwłaszcza jeśli chodzi o sprawy gospodarcze. (Z drugiej strony – Jarosław Kaczyński wciągając Wiplera na listę wyborczą też wiedział jakie z kolei on ma poglądy). Owszem, okazjonalnie PiS potrafił pokazać bardziej liberalne oblicze – choćby w czasach, gdy w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego ministrem finansów była Zyta Gilowska (przetransferowana zresztą z PO), jednak nurt „socjalny” zawsze był w tej partii dominujący, a frakcja „liberałów” po zdradzie PJoNków nie mogła tam liczyć na większe względy. Trudno zatem przypuszczać, by Wipler mógł mieć nadzieję na przeorientowanie Prawa i Sprawiedliwości i uczynienie zeń ugrupowania konserwatywno-liberalnego w miejsce konserwatywno-socjalnego. Sam intelektualny potencjał Fundacji Republikańskiej i "Rzeczy Wspólnych" to o wiele za mało, szczególnie przy braku dostępu do słynnego „ucha Prezesa”.

Na co zatem liczył Wipler? Prawdopodobnie na jakąś formę równouprawnienia w wewnątrzpartyjnym dyskursie (o ile takowy w PiS-ie w ogóle się toczy) i przynajmniej rozpatrzenie jego propozycji. Najwyraźniej takiego poważnego potraktowania zabrakło. Opcja „socjalna” została narzucona jako oficjalny i bezalternatywny głos partii, co w warunkach kryzysu gospodarczego nie dziwi. Abstrahując bowiem od kwestii, która recepta – wolnorynkowa, czy etatystyczna - jest bardziej skuteczna, to głośne formułowanie rozwiązań liberalnych, kojarzących się ludziom z wyrzeczeniami i niepewnością, szło by idealnie pod prąd społecznych oczekiwań. Poza tym zapewne w partii wciąż żywe jest wspomnienie zwycięstwa „Polski socjalnej” w 2005 roku i reklamówki z pluszakami.

Nic zatem dziwnego, że szczery wolnorynkowiec zaczął się w PiS-ie dusić. O ile nie było tu jakichś dodatkowych zakulisowych intryg o których nie wiemy, Wipler mógł zwyczajnie uznać, że niczego w tej partii nie zwojuje i pozostanie w najlepszym razie liberalną paprotką, ledwie tolerowanym ciałem obcym. Jego błąd natomiast polega na braku politycznej cierpliwości – przecież nie wiadomo, czy „socjalny” PiS po objęciu władzy nie włączyłby do praktyki rządzenia pewnych prorynkowych elementów, tak jak było to w czasach Gilowskiej. Odejście Wiplera jest jednak zubożeniem oferty tego ugrupowania. Szkoda.

Oczywiście, mogę się mylić i wkrótce z bohatera niniejszego tekstu może wyleźć pospolity karierowicz, jak z tylu „uchodźców z PiS” przed nim. Wiele będzie tu zależało od jego postępowania w najbliższym czasie. Jeśli pójdzie drogą dotychczasowych byłych pisowców, kupujących sobie czas antenowy „nadawaniem” na Kaczyńskiego, będzie skończony. Fakt, że udzielił wywiadu portalowi gazeta.pl jest niepokojącym sygnałem, podobnie jak wieści o mariażu z Korwin-Mikkem, czy Gowinem. Jednak jako działacz społeczny, organizujący oddolną aktywność obywateli w ramach założonego właśnie stowarzyszenia „Republikanie” może osiągnąć wiele dobrego. Zobaczymy.

II. Anty-Budapeszt

Natomiast jeśli chodzi o drugą stronę, czyli Prawo i Sprawiedliwość, odejście Wiplera należy uznać za porażkę. Ugrupowanie polityczne, które nie jest w stanie zatrzymać w swych szeregach takich ludzi, samo ogranicza swój polityczny potencjał. Póki co bowiem, PiS mówiąc o „Budapeszcie” i Orbanie, postępuje dokładnie odwrotnie, niż czynił Viktor Orban w czasach, kiedy był w opozycji. Przypomnę, że Orban postawił na aktywność zwykłych ludzi. Na Węgrzech powstało ok. 10 tysięcy obywatelskich komitetów wspierających Fidesz, Orban namawiał do zakładania stowarzyszeń, które działając w swych lokalnych środowiskach pozwalały ominąć postkomunistyczny medialny mainstream, który Fideszowi był równie nieprzychylny, co ten nadwiślański – PiS-owi i Jarosławowi Kaczyńskiemu. To właśnie m.in. ta oddolna, wielonurtowa, obywatelska aktywność wyniosła go do sukcesu i konstytucyjnej większości. Polecam tu tekst Grzegorza Górnego.

U nas z przedsmakiem tego typu polityki w wydaniu Prawa i Sprawiedliwości mieliśmy do czynienia przed wyborami w 2011 roku, kiedy to 20 sierpnia, podczas konwencji w Sali Kongresowej podpisano porozumienie z wieloma organizacjami społecznymi, których przedstawiciele znaleźli się na listach wyborczych PiS. Był to dobry początek, rokujący pomyślnie na przyszłość. Wyglądało na to, że do władz PiS-u i Jarosława Kaczyńskiego dociera świadomość, iż jedyną drogą do trwałego sukcesu w wymiarze „budapesztańskim” jest „otorbienie” PiS-u siecią niezależnych wspierających podmiotów, co pozwoliłem sobie nazwać mianem „Zjednoczonego Obozu IV RP”. Tylko taki układ, który mógłby przyjąć chociażby postać szerokiej koalicji wyborczej z różnymi inicjatywami, pozwalałby zagospodarować różne segmenty elektoratu, tak by osiągnąć wymarzoną konstytucyjną większość w przyszłym parlamencie. Potrzeba nam na gwałt infrastruktury patriotyzmu i partnerskich relacji na linii partia – organizacje społeczne, stanowiących swoisty obywatelski pas transmisyjny pozwalający dotrzeć do potencjalnych wyborców, czemu dałem wyraz w notce „Zjednoczony Obóz IV RP – cz. II”.

Tymczasem mamy do czynienia z tendencją dokładnie odwrotną. Partia zasklepia się we własnych szeregach, tnie po skrzydłach, ograniczając sobie możliwości manewru. Wygląda na to, że postanowiono po prostu czekać na koniec PO i przejęcie władzy, która sama wpadnie w ręce. To realne założenie, ale jedynie wtedy, gdy nie liczy się na samodzielną większość, tylko wynik w granicach 30 procent. Póki co bowiem, Platformie spada, ale PiS-owi przyrasta nieznacznie. Pozbywać się w takim momencie Wiplera, który miał potencjał, by przyciągnąć do Prawa i Sprawiedliwości jakąś część wolnorynkowych wyborców, nie mówiąc już że był po prostu znacznie „świeższy” w odbiorze niż większość zasiedziałych partyjnych działaczy, jest zwyczajnie głupotą. No chyba, że ten cały „Budapeszt” to tylko takie gadanie...

III. Siedź i potakuj

Jeszcze coś na zakończenie. Podczas niedawnej kampanii w wyborach uzupełniających do Senatu, prezes Kaczyński mówił jak to należy monitorować wybory, by ustrzec się fałszerstw. No to ja przypominam o fiasku akcji „uczciwe wybory” z 2011 roku. Wtedy też w każdej komisji siedzieć mieli mężowie zaufania raportujący do centrali o przebiegu i wynikach wyborów w poszczególnych obwodach. Skończyło się na niczym – obsadzono jakiś kompletnie pomijalny odsetek komisji, a wolontariusze byli przez lokalne komórki partyjne spławiani pod byle pretekstami.

Ten sposób widzenia rzeczywistości, polegający na upatrywaniu w obywatelskiej aktywności w najlepszym razie „darmowej siły roboczej” na rzecz partii, a znacznie częściej – bólu głowy a nawet konkurencji, powoduje dramatyczne samoograniczenie politycznych możliwości. Tą drogą PiS sam napędza zniechęconych ludzi ruchowi narodowców, czy tzw. „Platformie Oburzonych”. W odejściu Wiplera, młodego stażem członka PiS, upatruję konsekwencję właśnie takiego traktowania – wyższościowego, na zasadzie „siedź i potakuj” - ludzi spoza „struktur”, pragnących zaangażować się w działalność publiczną.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

czwartek, 23 maja 2013

Atrofia suwerenności

Rosyjskie zabiegi mają podstawową cechę wspólną: uległy znaczącemu nasileniu wkrótce po Tragedii Smoleńskiej.

I. Raport z postępów atrofii państwa

Oto garść doniesień tylko z ostatnich dni i tygodni (kolejność przypadkowa): petersburskie memorandum w sprawie budowy „pieremyczki”; będziemy kupować energię elektryczną z Kaliningradu; Jan Krzysztof Bielecki i Aleksander Kwaśniewski lobbowali na rzecz kupna przez Rosjan Azotów Tarnów – jednego z głównych odbiorców gazu ziemnego w Polsce; minister skarbu Mikołaj Budzanowski został odwołany na lekko tylko zakamuflowane życzenie Rosjan – sprzeciwiał się kupnu przez nich Azotów i był zwolennikiem gazu łupkowego, więc pewnie dlatego „ominięto” go przy podpisywaniu memorandum w Petersburgu; 1/5 przestrzeni powietrznej nad terenem Polski będą kontrolować Litwini; wreszcie – FSB na życzenie Putina „zacieśnia współpracę” z polskim kontrwywiadem – i SKW się oczywiście na to godzi...

Coś przeoczyłem? Jeśli nawet, to tylko tego co przytoczyłem powyżej wystarczy na Trybunał Stanu dla Tuska i jego ekipy. Mamy bowiem do czynienia z konsekwentnym zrzekaniem się suwerenności w kluczowych dla bezpieczeństwa państwa kwestiach. To już idzie na bezczela, na rympał, nawet bez zachowania jakichkolwiek pozorów równorzędnych, handlowych relacji między równoprawnymi partnerami. Ruscy żądają – Polska wykonuje, tak to wygląda. Zachodnie firmy, do tej pory zainteresowane poszukiwaniami i eksploatacją łupków, widząc co się dzieje – w jakim tempie Polska osuwa się w rosyjską energetyczną strefę wpływów – pakują manatki i się wynoszą.

II. W uścisku Putina

Część tych spraw była przygotowywana od dawna – np. informacje o imporcie prądu z Kaliningradu przemykały już wcześniej, co starałem się opisać w notkach „Pstryczek-elektryczek I”, „Pstryczek-elektryczek II” oraz „Pstryczek-elektryczek III”. Generalnie, rzecz dotyczy „zrobienia rynku” w Polsce dla energii z powstającej w Obwodzie Kaliningradzkim Bałtyckiej Elektrowni Jądrowej, dla której ekonomiczną racją bytu jest eksport do krajów regionu – głównie do Polski. I Polska była tak uprzejma, że w ostatniej chwili zrezygnowała z budowy elektrowni w Ostrołęce, która zaopatrywałaby przede wszystkim północno-wschodnią część kraju. Zamiast tego będziemy mieli most energetyczny z Kaliningradem. Już zadbają o to różne „Ałganowy” ulokowane tam gdzie trzeba.

O podchodach Akronu i Wiaczesława Kantora pod Azoty, podobnie jak o antyłupkowym lobbingu Gazpromu, również słyszy się od dawna. Wszystkie te zabiegi mają jednak podstawową cechę wspólną: uległy znaczącemu nasileniu wkrótce po Tragedii Smoleńskiej, gdzie wraz z Prezydentem Lechem Kaczyńskim i jego najbliższymi współpracownikami zginął ostatni ośrodek władzy zdolny do hamowania rosyjskiej neoimperialnej ekspansji. Jeśli ktoś wciąż zadaje sobie pytanie „po co Putin miałby zabijać Kaczyńskiego”, to ma odpowiedź – właśnie PO TO. Podobnie, jeżeli ktokolwiek ma wątpliwości w jak mocnym uścisku trzyma Putin Donalda Tuska po Smoleńsku, to również właśnie otrzymuje wyczerpującą odpowiedź. Tak jasną, że bardziej już nie można.

Obecnie obserwujemy bowiem zbliżanie się do finalizacji załatwiania rosyjskich interesów w Polsce. Łupki – „NIET”, gazoport – „NIET”, nowa elektrownia w Polsce - „NIET”, drugi gazociąg – „DA”, Azoty dla Rosji - „DA”, import energii elektrycznej z Kaliningradu - „DA”, urzędnicy niechętni Rosji - „WON!”. Plus, oczywiście, „zacieśniona współpraca” między FSB a Służbą Kontrwywiadu Wojskowego – wisienka na torcie...

Do listy z początku notki włączyłem sprawę nieszczęsnej umowy w wyniku której 1/5 przestrzeni powietrznej nad Polską (w tym Warszawa) w ramach Baltic FAB będzie kontrolowana przez Litwę. Nie wiem, czy jest to wynik żenującej niekompetencji, czy coś więcej, ale warto zauważyć, że na 32 litewskich pracowników kontroli obszaru powietrznego ponad połowę stanowią Rosjanie, że utracimy kontrolę nad obszarem graniczącym z Obwodem Kaliningradzkim i sporą częścią Białorusi i że rosyjscy kontrolerzy pracujący na Litwie będą zawiadywali lotami polskich samolotów wojskowych, w tym myśliwców F-16, które okresowo w ramach NATO patrolują również terytorium Litwy. To zresztą również nie jest nowa sprawa – pisałem o tym w marcu ubiegłego roku.

III. Imperialne żniwa

Te „imperialne żniwa” mają na celu zabezpieczenie rosyjskich interesów niezależnie od politycznych przetasowań w Polsce. Dlatego Rosjanie za wszelką cenę chcą zdążyć przed końcem obecnej kadencji, zanim Tusk ostatecznie wysadzony z siodła trafi tam gdzie trafi – do pierdla, lub pod ochronę brukselskiego immunitetu. A kiedy już dostaną co chcą, bardzo trudno będzie to odkręcić – nawet przy optymistycznym założeniu, że PiS z Jarosławem Kaczyńskim obejmie samodzielne rządy, w co można powątpiewać zważywszy na ruskie serwery obsługujące procedury wyborcze w Polsce. Taka jest różnica między poważnym państwem realizującym konsekwentnie swe interesy a ekipą kukiełek i piłkarzyków.

Zatem, jako się rzekło, Putin przystępuje do zbierania owoców swej polityki wobec Polski z ostatnich kilku lat – zapoczątkowanej wizytą w 2009 roku, podczas której, po słynnej rozmowie na sopockim molo, chyba ostatecznie przekonał się, że może z Tuskiem zrobić dokładnie wszystko, a zintensyfikowanej po 10.04.2010, kiedy to zniknęła ostatnia przeszkoda w postaci Lecha Kaczyńskiego i jego współpracowników. Tylko patrzeć jak na dar dożynkowy Ober-Matoł przyniesie Putinowi w zębach Lotos, tudzież inne interesujące go aktywa. A głównonurtowe mediodajnie po staremu będą ekscytowały się wypowiedziami Krystyny Pawłowicz, lub w najlepszym razie zegarkami ministra Nowaka.

Czy w efekcie tego, co zbiorczo zasygnalizowałem przed chwilą, Polska zniknie z mapy? Ależ nie, będzie na niej widniała jak gdyby nigdy nic. Tylko, że między nakreślonymi na tej mapie granicami nie będziemy mieli w jakiejkolwiek istotnej sprawie nic do powiedzenia.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

sobota, 18 maja 2013

Białe noski zamiast „białych kołnierzyków”

Wszystkie te bankiery i maklery to banda nabuzowanych ćpunów z upudrowanymi od „jechania krechy” kinolami.

I. „Kultura ekscytacji”

Jakiś czas temu natrafiłem na stronach „Rzepy” na pewną ciekawostkę. Oto były doradca brytyjskiego rządu do spraw polityki antynarkotykowej David Nutt (profesor neuropsychofarmakologii w Imperial College London) twierdzi, że kryzys finansowy został wywołany przez bankierów nadużywających kokainy. W kręgach finansowych panować ma tzw. „kultura ekscytacji”, której nieodłącznym elementem są silnie pobudzające narkotyki, sprawiające iż funkcjonujący w takich warunkach pracownicy sektora finansowego, goniąc za maksymalizacją zysków, skłonni są do podejmowania nadmiernego ryzyka.

Innymi słowy, te wszystkie bankiery, maklery tudzież insze „szpece” i magiki od robienia pieniędzy z niczego oraz kreowania i obrotu pochodnymi od pochodnych aktywów – to banda nabuzowanych ćpunów z upudrowanymi od „jechania krechy” kinolami. Kiedyś nazywano takich „białymi kołnierzykami”, dziś przyjdzie ich nazywać „białymi noskami”. Cóż, kiedy czyta się opowieści o przyczynach kryzysu na amerykańskim rynku nieruchomości, który zapoczątkował globalne domino, to trudno odmówić angielskiemu naukowcowi racji. Udzielanie na masową skalę kredytów tak zwanym „ninja” („no income, no job, no assets” - czyli „bez dochodów, bez pracy, bez aktywów”) przy założeniu, że kupiona tą drogą nieruchomość tak czy inaczej zachowa swą wartość, w związku z czym można na tej podstawie spokojnie budować piramidę pochodnych papierów wartościowych w które inwestowały kolejne podmioty na całym świecie – coś takiego mogło narodzić się tylko w odmętach znarkotyzowanego umysłu.

II. Horda „białych nosków”

Zapewne wszyscy słyszeliśmy historie o tym, jak to jakiemuś naćpanemu gówniarzowi wydało się nagle, że potrafi latać, po czym radośnie rzucał się z balkonu. No więc wychodzi na to, że „wysokiej klasy specjaliści” od finansów, po najlepszych uczelniach, robili dokładnie to samo z powierzanymi im funduszami – z pełnym poparciem swych zwierzchników zawiadujących instytucjami „zbyt dużymi, by upaść”. A my się czasami dziwimy, dlaczego giełda jest nieprzewidywalna i czasem reaguje irracjonalnie z byle powodu. A jak ma reagować, skoro kręci tym wszystkim horda narkomanów pogrążonych non-stop w kokainowym cyklu euforyczno-depresyjnym? Równie dobrze można by za tymi komputerami, w tych sterylnych boksach, usadzić stado pawianów. Pewnie nawet taniej by wyszło.

Zwróćmy uwagę, że ci naprani koką akolici „kultury ekscytacji” siedzą wszędzie – w bankach, funduszach inwestycyjnych, firmach ubezpieczeniowych, na giełdach i tak dalej. Bez kontaktu z rzeczywistością. Przerąbali w narkotycznym widzie niewyobrażalne sumy, ale że funkcjonują w ramach struktur „zbyt wielkich, żeby upaść”, to rządy potulnie wyasygnowały kolejne „pierdyliardy” (określenie Krzysztofa Rybińskiego) euro i dolarów pod zastaw dochodów przyszłych pokoleń na ratowanie finansowych molochów. Kumple od jechania krechy, czy jak?

III. „Ekscytujący” Rostowski

A teraz konstatacja dotycząca nas wszystkich tu i teraz. Oto ministrem finansów w rządzie Donalda Tuska jest niejaki Jan Vincent „no PESEL” Rostowski. Prościutko z centrum opisywanej tu „kultury ekscytacji”, czyli finansowego Londynu, zasiedlonego wedle prof. Nutta przez żuli w garniturach, którzy na dobrą sprawę powinni się zajmować zaspokajaniem dworcowych pederastów. Pod jego kierownictwem dług publiczny Polski zwiększył się dwukrotnie - z nieco ponad 500 mld zł w 2007 do ok. biliona w chwili obecnej (a tak naprawdę skali zadłużenia nikt nie jest w stanie dokładnie określić ze względu na „ekscytującą” księgowość prowadzoną przez sztukmistrza z Londynu). Do tego na koniec kwietnia bieżącego roku odnotowano 31,75 mld zł deficytu, co daje prawie 90% (dokładnie – 89,3%) całorocznego planu przewidzianego w ustawie budżetowej. Oto produkt finansowej „kultury ekscytacji” w działaniu.

Zresztą, obserwując różne publiczne wystąpienia pana ministra – z tymi szklistymi oczkami, dziwnie nieobecnym uśmiechem i podejrzaną mową ciała, autentycznie nie jestem w stanie dać głowy za jego trzeźwość. A wspomniawszy na słynne zdjęcie córuni – Mai „fuck me like the whore I am” Rostowskiej nabieram wręcz pewności, że mamy do czynienia z czystą patologią.

Maja Rostowska

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

środa, 15 maja 2013

Badania z cyklu „Diagnoza społeczna” służyły do tej pory prof. Czapińskiemu do uprawiania medialnej propagandy sukcesu.

I. „Wyfajnowani” fajnopolacy

Ojej, Obozowi Beneficjentów i Utrwalaczy III RP chyba naprawdę zaczyna palić się pod siedzeniem, skoro jeden z przedstawicieli jego, z przeproszeniem, „intelektualnego zaplecza”, czyli pan prof. Czapiński pobiegł w te pędy ostrzec Dyktaturę Matołów przed możliwym krachem wyborczym. Tak ma wynikać z ostatnich badań z cyklu „Diagnoza społeczna”. Oto rysuje się scenariusz wedle którego do wyborów w 2015 roku pójdzie niespełna 40% wyborców co miałoby zapewnić zwycięstwo PiS-owi, zaś przy frekwencji niższej o kolejne 4% Prawo i Sprawiedliwość mogłoby rządzić samodzielnie, a nawet uzyskać większość konstytucyjną. Perspektywa ta stała się prawdopodobna na skutek zniechęcenia i demobilizacji elektoratu PO – w tym najtwardszego i bezkrytycznego dotychczas jądra, czyli tzw. lemingów.

W zasadzie zdziwienie może budzić tu jedynie stopień zaskoczenia obozu władzy tymi hiobowymi wieściami. Czy naprawdę sądzili, że po dwóch kadencjach wciąż skuteczny będzie szantaż wyborczy polegający na straszeniu Kaczyńskim i Macierewiczem, szczególnie w warunkach narastającego bezrobocia i pogłębiającego się kryzysu? Czy sądzili, że bez końca można odwracać uwagę ludzi polityką kolejnych medialnych wrzutek? Taka strategia mogła przynosić owoce w latach prosperity, kiedy to w miarę syte społeczeństwo faktycznie chciało świętego spokoju, cieplej wody w kranach i błogiej konsumpcji, ale nie w dobie kryzysu, gdy miraż „zielonej wyspy” ostatecznie się rozwiał, zaś przez mgłę propagandowego odurzenia nieuchronnie przebija się twarda rzeczywistość.

Oczywiście, to nie jest tak, że dotychczasowi wyborcy PO nagle postanowią zagłosować na PiS – nienawiść do „Kaczora” i „pisiorów” została zbyt silnie wdrukowana w ich zwoje. Jednak dotychczasowe „antykaczystowskie” paliwo, którym stymulowano ich emocje nie będzie już wystarczające, by po raz kolejny poprzeć PO. „Fajnopolacy” się po prostu „wyfajnowali”, co można było zaobserwować chociażby na przykładzie fiaska akcji „Orzeł może” - szczególnie, jeśli skonfrontować frekwencję z kolejnymi miesięcznicami smoleńskimi.

II. Krach anty-smoleńskiej narracji

O sprawie Smoleńska wspomniałem nie bez przyczyny, bowiem do tej pory antysmoleńskie zacietrzewienie „sekty Pancernej Brzozy” (by Seawolf) było jednym z podstawowych czynników mobilizacyjnych stosowanych wobec antypisowskiego elektoratu. Ta emocjonalna stymulacja swe apogeum miała podczas zajść pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu i demonstracji „tarasowców”, zwanych też „młodymi z fejsbuka”. Rozpędu starczyło jeszcze na drugie zwycięstwo PO i sukces wyborczy Palikota, a następnie trend zaczął niepostrzeżenie wygasać. Obecnie – m.in. na skutek konsekwentnej pracy Zespołu Parlamentarnego pod kierownictwem Antoniego Macierewicza i ujawniania kolejnych kompromitacji rządu i prokuratury w smoleńskim śledztwie - dominuje nurt „smoleńskiego agnostycyzmu”, co z niepokojem odnotowali Janicki i Władyka w „Polityce”.

Bardziej szczegółowo pisałem o tym w notce „Smoleńsk jako narzędzie zmiany”, więc tu jedynie krótko powtórzę: Budowana i uzasadniana z benedyktyńską cierpliwością hipoteza zamachowa po pierwszym szoku i odruchu odrzucenia zakorzeniła się w społecznym obiegu. Ludzie się do niej przyzwyczaili, oswoili się z nią i zaczęli brać pod uwagę jako jedną z dopuszczalnych możliwości – tym bardziej, że w międzyczasie wychodziły na światło dzienne kolejne blamaże i matactwa rządu Tuska w sprawie wyjaśniania przyczyn Tragedii.”

Obecnie zatem mamy do czynienia z sytuacją, że ponad 50% respondentów badania TNS Polska nie deklaruje wprawdzie wiary w zamach, ale równocześnie twierdzi, że nie wiadomo co tak naprawdę się na Siewiernym wydarzyło – odrzuca zatem raport Millera i „oficjalną wersję wydarzeń”. W przełożeniu na politykę oznacza to, że nie da się używać dłużej antysmoleńskiego zacietrzewienia dla wyborczych celów Dyktatury Matołów, co obiektywnie sprzyja PiS-owi dysponującemu zdyscyplinowanym elektoratem.

III. Propagandysta społeczny

Wróćmy jeszcze do zasygnalizowanych na wstępie oznak paniki – bo trudno inaczej wytłumaczyć motywy, które kazały prof. Czapińskiemu lecieć z alarmem do Platformy, jeszcze przed ustaleniem ostatecznych wyników „Diagnozy społecznej” (jak sam przyznaje, do komputerów wprowadzono dotychczas połowę próby, czyli odpowiedzi ok. 15 tys respondentów). Muszę tu przypomnieć mój tekst z lipca 2012 roku „Propagandyści społeczni” , w którym starałem się opisać na przykładzie profesorskiej trójcy Markowski – Krzemiński – Czapiński, jak pod płaszczykiem nauki politolodzy, socjolodzy i psychologowie społeczni uprawiają propagandę w interesie PO, a szerzej – w interesie Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, której aktualną polityczną ekspozyturą jest obecna Dyktatura Matołów.

Otóż badania z cyklu „Diagnoza społeczna” służyły do tej pory prof. Januszowi Czapińskiemu do uprawiania medialnej propagandy sukcesu, nieodmiennie bowiem wynikało z nich, że „Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej”. Polacy mają więcej pralek, lodówek, telewizorów i generalnie są zadowoleni z życia, choć może niekoniecznie już z ogólnej sytuacji w kraju. Niemniej, dopóki z badań wynikało, że stają się posiadaczami coraz większej ilości dóbr materialnych i chwalą sobie życie osobiste, to resztę negatywnych ocen można było gładko zwalić na karb „polskiego malkontenctwa”, no bo przecież obiektywne dane wskazują, że jest dobrze i coraz lepiej.

Dodatkową podbitką interpretacyjną była dla pana profesora wykoncypowana przez niego „Cebulowa teoria szczęścia”, która – w telegraficznym skrócie – głosi, iż na jakimś poziomie (kolejne warstwy „cebuli”) człowiek niemal zawsze jest szczęśliwy, choćby dlatego, że żyje. To w pozytywnej warstwie interpretacyjnej. W warstwie negatywnej natomiast profesor miał na malkontentów bata w postaci „Teorii niewdzięczności społecznej” - gdzie z kolei twierdzi, że „Społeczeństwa są niewdzięczne ze swej konserwatywnej natury i nigdy nie docenią w pierwszym pokoleniu zmian w regułach życia codziennego, nigdy nie nagrodzą twórców tych zmian.” Prawda, że urocze? Po pierwsze, jesteś człowieku zadowolony z cudów transformacji ustrojowej, nawet, gdy sam nie zdajesz sobie z tego sprawy, a po drugie, jeśli twierdzisz, że nie jesteś szczęśliwy, to dlatego, że nie doceniasz, niewdzięczniku, ogromu zbawiennych reform, które światłe elity III RP ci zafundowały... Nie kijem go, to pałką.

I tak się to toczyło, aż do teraz. Wprawdzie nie wiadomo jeszcze do jakich ponurych szczegółów dokopał się profesor Czapiński w tegorocznej „Diagnozie”, ale muszą być naprawdę powalające, skoro zdecydował się na porzucenie wygodnej maski „bezstronnego autorytetu” i postanowił w tak spektakularny sposób zaalarmować umiłowaną Władzę. Czyżby obecnej „Diagnozy” nie sposób było spożytkować w służbie propagandy sukcesu?

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/propagandysci-spoleczni

http://niepoprawni.pl/blog/287/smolensk-jako-narzedzie-zmiany

 

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl

niedziela, 12 maja 2013

Smoleńsk jako narzędzie zmiany

„Oficjalna wersja wydarzeń” ma to do siebie, że istnieje tylko tak długo, jak reżim który ją wspiera.

I. Zwycięstwo Macierewicza

W okolicach kolejnej smoleńskiej miesięcznicy naszła mnie taka - może mało odkrywcza - refleksja, że Antoni Macierewicz wraz ze swym Zespołem Parlamentarnym tak naprawdę już wygrali. Jedyne wyzwanie przed którym stoją szeroko rozumiane środowiska opozycyjne, to doprowadzenie sprawy do końca tak, by nie zaprzepaścić zwycięstwa. Niemniej, zasadniczy „egzamin” - że nawiążę do nieszczęsnej wypowiedzi Bronisława Komorowskiego – został już zdany.

Zwycięstwo to polega na uprawomocnieniu hipotezy zamachowej w publicznej debacie. Tego już nie da się odwrócić, choćby „Wyborcza” wraz z przyległościami i Maciejem Laskiem na dokładkę nie wiadomo jak się natężali. Zwróćmy uwagę: przecież tezy z raportu Millera powtarzane są w kręgach Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP już tylko i wyłącznie siłą rozpędu. Tak naprawdę liczy się jedno - że, jak ujęła to Katarzyna Kolenda-Zaleska – „prawda już została ustalona, żadne fakty jej nie zmienią”. To oświadczenie jest dla nas fantastyczną wprost wiadomością. Oznacza ono bowiem ni mniej ni więcej, tylko uznanie swej porażki i wycofanie się do okopów „oficjalnej wersji wydarzeń”, zaś „oficjalna wersja wydarzeń” ma to do siebie, że istnieje tylko tak długo, jak reżim który ją wspiera.

II. W butach trepa

W jednym ze swych felietonów nieodżałowany Seawolf wspominał jakiegoś wykładowcę ze szkoły marynarskiej, który przed studentami twierdził, że jego obowiązkiem jako funkcjonariusza państwowego jest głoszenie oficjalnej – czyli sowieckiej – wersji o zbrodni katyńskiej. Niezależnie od wszystkiego, a w szczególności od faktów, on – lojalny funkcjonariusz PRL – zobligowany jest do popierania państwowej, jak byśmy to dziś ujęli, „narracji” i już. No więc dziś te wszystkie Laski, te „Wyborcze”, TVN-y i „Polityki” są w sytuacji właśnie tego uczelnianego trepa. Oni również „muszą popierać”, bo związali się z Dyktaturą Matołów na dobre i na złe. Tyle, że jak uczy nas przykład Katynia, siła propagandy zależna jest od siły reżimu, dlatego obecnie ich jedynym celem pozostało już tylko nie dopuszczenie Kaczyńskiego do władzy. Bowiem wojnę o utrwalenie w społecznej świadomości rosyjsko-Millerowskiej wersji Smoleńska już przegrali.

Poczuciu temu dali wyraz - z podobnie bezradną otwartością jak Kolenda-Zaleska – Janicki i Władyka w „Polityce” swym tekstem o „smoleńskich agnostykach”. Osią tego artykułu jest założenie, że ludzie wcale nie muszą masowo uwierzyć w zamach. Wystarczy, że dopuszczają hipotetycznie, obok innych, również i taką możliwość, szczególnie gdy wedle badań TNS Polska, 52% respondentów deklaruje, że nie wie co tak naprawdę wydarzyło się na Siewiernym. Już samo to, ów brak pewności jak się rzeczy miały, w opinii publicystów „Polityki” wystarczy, by „agnostycy smoleńscy” obiektywnie stali się grupą działającą na korzyść PiS-u. Tworzy to bowiem sytuację, w której PiS i Macierewicz zamiast „muru” trafiają na „przyjazną strefę buforową” podatną na „spiskowe toksyny”.

I jest to wielka zasługa Macierewicza oraz członków i ekspertów Zespołu Parlamentarnego. Budowana i uzasadniana z benedyktyńską cierpliwością hipoteza zamachowa po pierwszym szoku i odruchu odrzucenia zakorzeniła się w społecznym obiegu. Ludzie się do niej przyzwyczaili, oswoili się z nią i zaczęli brać pod uwagę jako jedną z dopuszczalnych możliwości – tym bardziej, że w międzyczasie wychodziły na światło dzienne kolejne blamaże i matactwa rządu Tuska w sprawie wyjaśniania przyczyn Tragedii.

Zresztą, spójrzmy na niedawny „anty-smoleński coming out” mecenasa Rogalskiego. Niezależnie od tego czy był to „kret” podstawiony Jarosławowi Kaczyńskiemu i rodzinom smoleńskim, czy też sfrustrowany ambicjoner mszczący się za uniemożliwienie mu kariery politycznej w PiS-ie, to jeśli „sekta Pancernej Brzozy” może liczyć jedynie na takich „Rogalskich”, to znaczy, że prawie jesteśmy w domu. Że „tamci” - niezależnie od tego ilu jeszcze „Rogalskich” czeka na odpalenie i swoje medialne pięć minut - ostatecznie wyprztykali się z ciężkiej amunicji.

III. Instrument zmiany

No dobrze, ale czemu zatytułowałem tę notkę „Smoleńsk jako narzędzie zmiany”? Ano dlatego, że kwestia Tragedii – jakkolwiek byśmy się nie oburzali na zarzuty o „instrumentalizowanie katastrofy” - takim narzędziem już się stała. Coś, co w opinii różnych mędrków miało być dla PiS-u i szerzej – obozu niepodległościowego – polityczną kulą u nogi uniemożliwiającą odniesienie sukcesu, może w połączeniu z pozostałymi czynnikami (jak np. bezrobocie i pogłębiający się kryzys) wynieść tenże obóz do władzy. I biada tym, którzy po drodze pod wpływem medialnego ciśnienia skrewią, jak onegdaj „PJoNki”. Znikną z horyzontu i nawet kurz po nich nie zostanie.

Uparte obnażanie wielopoziomowych przyczyn Tragedii w sprzężeniu z bezradnością obecnego rządu w załatwianiu najbardziej elementarnych potrzeb obywateli stwarza niepowtarzalną szansę uświadomienia szerokim rzeszom Polaków, że zwyczajnie nie opłaca się mieć państwa byle jakiego, bo to się mści na najróżniejsze sposoby. I prędzej czy później dotyka każdego z nas osobiście, w najbardziej przyziemnych aspektach codziennego życia. Opozycja ma w rękach niepowtarzalny instrument politycznej i społecznej przemiany Polski i Polaków, pozwalający na przekucie klęski w triumf. Ma przed sobą słabnącego przeciwnika okopanego na ostatniej linii obrony. Pozostało nie zaprzepaścić tej szansy – tym bardziej, że w gruncie rzeczy wystarczy tylko drążyć prawdę aż do końca i komunikować ją ludziom. Opłaca się być uczciwym.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

środa, 8 maja 2013

Przewodnik po III RP

… czyli Cezary Gmyz oprowadza nas po neo-peerelowskim „jądrze ciemności”.

I. Podróż do wnętrza systemu

Książka „Zawód: dziennikarz śledczy” to błyskawiczna i świetnie „czytająca się” podróż po patologiach III RP. Albo inaczej: nie tyle po patologiach, bo to sugeruje istnienie jakiegoś zdrowego trzonu, który jedynie tu i ówdzie uległ wynaturzeniu, ile po systemowych dysfunkcjach wbudowanych w ustrój społeczno-polityczny postokrągłostołowej Polski z pełną premedytacją – po to, by zainteresowani mogli czerpać z nich korzyści przez następne dziesięciolecia. Cezary Gmyz odpytywany przez Piotra Goćka oprowadza nas zatem po tym neo-peerelowskim „jądrze ciemności”, odkrywając kolejne obszary żerowisk formacji, którą pozwalam sobie nazywać Obozem Beneficjentów i Utrwalaczy III RP.

Wywiad-rzekę spina klamra, którą jest Tragedia Smoleńska. Lekturę zaczynamy od trotylu na wraku Tupolewa i okoliczności zwolnienia Cezarego Gmyza z „Rzeczpospolitej”, kończymy zaś opisem rozlicznych uchybień w trakcie smoleńskiego śledztwa (ze szczególnym uwzględnieniem roli Tomasza Turowskiego i generalnie polskiej dyplomacji, oraz Prokuratury Wojskowej). Nagromadzenie nieprawidłowości sprawia wręcz wrażenie celowego i systematycznego sabotażu uskutecznianego m.in. z powodu dojmującego strachu przed Rosją. Dość powiedzieć, że Andrzej Seremet przestrzegał Tomasza Wróblewskiego, że jeśli opublikują w „Rzepie” tekst o odkryciu śladów materiałów wybuchowych, to... będzie wojna. Ni mniej, ni więcej – wedle Prokuratora Generalnego jeden „nieodpowiedzialny” tekst w polskiej prasie może sprowokować Rosję do napaści. To pokazuje chyba najdobitniej skalę psychicznego sterroryzowania naszych elit przez reżim Putina. A tego typu kwiatków jest przytoczonych więcej. Wniosek jest jeden: ONI z własnej woli nie dopuszczą do odkrycia czegokolwiek, co mogłoby nie spodobać się Rosji.

II. Oblicza degrengolady

Ale cała ta „tragedia posmoleńska” jak nazwał kiedyś Ziemkiewicz to, co stało się po 10 Kwietnia, jest jedynie końcowym objawem wszechogarniającej degrengolady. W kolejnych częściach dowiadujemy się m.in. o skutkach lustracyjnego zaniechania i zbiorowym oporze wszystkich bez wyjątku wpływowych środowisk przed rozliczeniami. Przy okazji autor – znawca problematyki lustracyjnej – rozprawia się z całą mainstreamową antylustracyjną mitologią, obnażając zakłamanie i złą wolę dyżurnych przeciwników „grzebania w życiorysach”. Był to bez wątpienia jeden z grzechów założycielskich III RP skutkujący na najróżniejsze sposoby do dnia dzisiejszego. Choćby wspomniany wyżej Turowski – esbecki „nielegał” w Watykanie i jego tajemnicza rola w sprawie Smoleńska – przypomnijmy, że nagle, na miesiąc przed tragedią, został skierowany do Moskwy jako główny organizator wizyt dyplomatycznych...

W innym miejscu dowiadujemy się szczegółowo o sprawie willi Kwaśniewskich w Kazimierzu nad Wisłą, formalnie zarejestrowanej na kogo innego – z tego prostego powodu, że była para prezydencka nie byłaby w stanie udokumentować swymi legalnymi dochodami źródeł sfinansowania jej kupna. Akcja CBA została „utrącona” w ostatnim momencie – nadzorujący śledztwo przestraszyli się nazwisk...

Na mnie największe wrażenie wywarła jednak historia o nowelizacji prawa spółek handlowych napisanej pod zamówienie Ryszarda Krauzego – i jak można się domyślać – również innych oligarchów, pragnących uniknąć odpowiedzialności za wyprowadzanie pieniędzy ze swych przedsiębiorstw. Scena z noworocznego balu adwokatury na którym „środowiska biznesowe” wręczają ministrowi sprawiedliwości Krzysztofowi Kwiatkowskiemu pakiet zmian prawnych do realizacji, przebija nawet spoty PiS z kampanii w 2007 roku ze słynnym „Mordo ty moja” na czele. Dodam od razu, że w tej sprawie nie było niewinnych – wszystkie sejmowe ugrupowania w mniejszym bądź większym stopniu współtworzyły „partię Krauzego”, choć głównym rozgrywającym miał być Adam Szejnfeld z PO. W efekcie usunięto z Kodeksu Spółek Handlowych art.585, który mówił, iż kto działa na szkodę własnej spółki jest zagrożony karą pozbawienia wolności do lat pięciu. Nowelizacja weszła w życie bez vacatio legis i w takim trybie, że do ostatniej chwili nie wiedział o tym ani sąd ani prowadząca przeciw Krauzemu sprawę prokuratura. Na tydzień przed rozprawą... Tak się to robi, Panie i Panowie.

Wiele miejsca poświęcono również kwestii lustracji Kościołów różnych wyznań. Od razu powiem, że żadne nie zdało egzaminu (choć jedne „nie zdały mniej” a inne „nie zdały bardziej”). Przy okazji podważona została zasadność obiegowego stwierdzenia, iż konfidentami w Kościele Katolickim było maksymalnie 10% duchowieństwa. Niestety, odsetek TeWusiów był wyższy. W tym kontekście zostało rzucone ciekawe światło na słynne ubiegłoroczne „Orędzie” polskiego Kościoła Katolickiego i rosyjskiej Cerkwi, poprzedzone etapem „dyplomacji ikonowej”. Wielce czynny był tu długoletni konfident SB, arcybiskup Sawa – zwierzchnik Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego oraz – jakże by inaczej – słynny „Orsom” i „Ritter”, czyli dobrze nam znany Tomasz Turowski...

A do tego jeszcze opisy rzeźnickich metod polowania preferowanych przez Bronisława Komorowskiego, a jeszcze „detektywistyka historyczna” dotycząca II Wojny Światowej, a jeszcze smaczki z warsztatu dziennikarstwa śledczego (choćby instruktaż jak rozpoznać i zgubić „ogon” służb), a jeszcze... Tu już zmilczę, bo i tak boję się, że zdradziłem zbyt wiele, psując w ten sposób potencjalnemu czytelnikowi przyjemność lektury.

III. Ozdrowieńczy szok

Podsumowując, ogólną wymowę książki „Zawód: dziennikarz śledczy” można scharakteryzować następująco: obraz współczesnej Polski, jaki się z niej wyłania nie będzie może jakimś szczególnym zaskoczeniem dla czytelnika – nazwijmy go umownie - „prawicowego”, obcującego od lat z pozamainstreamowymi mediami. Niemniej, nawet dla niego parę rzeczy może stanowić niespodziankę, na zasadzie, że może być „aż tak”. Natomiast dla leminga, albo po prostu dla kogoś kto na co dzień sprawami publicznymi się nie interesuje, książka ta może być ozdrowieńczym szokiem (o ile nie odepchnie jej od siebie w odruchu niezgody na zburzenie obrazu świata w którym mimo pewnych tzw „bolączek” generalnie wszystko gra). Sądzę jednak, iż w miarę rozwoju sytuacji pod rządami Dyktatury Matołów, będą rosły szeregi ludzi gotowych przyjąć do wiadomości to, o czym opowiada im Cezary Gmyz. Dlatego pozycję tę warto nie tylko przeczytać samemu, ale pożyczyć, bądź polecić jej kupno znajomym.

No i na koniec jeszcze jedno: Cezary Gmyz to ostatni, bądź jeden z ostatnich Mohikanów dziennikarstwa śledczego z prawdziwego zdarzenia. Grupa ta – i tak niezbyt liczna w III RP – wykruszała się stopniowo, bądź popadając w różne wynaturzenia, bądź odchodząc z zawodu (pamiętacie chociażby Jacka Łęskiego?). I to jest kolejny powód dla którego warto się z tą książką zapoznać, bo kto wie, kiedy następnym razem pojawi się możliwość przeczytania czegoś podobnego.

Gadający Grzyb

„Zawód: dziennikarz śledczy”; z Cezarym Gmyzem rozmawia Piotr Gociek; Wydawnictwo Fronda PL sp. z o.o.; Warszawa 2013.

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

czwartek, 2 maja 2013

Seawolf – piszący sercem

„Kat Trójmiasta” i jego podkomendni żyją i mają się dobrze, a prawy Polak umiera nie doczekawszy wymierzenia sprawiedliwości czerwonym oprawcom.

I. Błyskotliwy

Z Seawolfem nie dane było mi spotkać się osobiście. Wymieniliśmy zaledwie trochę komentarzy na blogach i kilka maili, takich „technicznych” - z moim zaproszeniem na „Niepoprawnych”, gdy objawił się na Salonie24 (pisał na Niepoprawnych od maja 2010 roku aż do końca), z zapytaniem o zgodę na nagrywanie Jego notek dla Niepoprawnego Radia PL (przez długi czas jego teksty były niemal stałym punktem naszych audycji), wreszcie – gdy na długi czas zamilkł – z zapytaniem, co się dzieje. Odpisał mi lekko „no, trochę chorowałem” i zaraz dodał, że wraca, wraca... Nie wrócił. Nawet nie domyślałem się, że może tu chodzić o śmiertelną chorobę. Przypuszczałem, że nabawił się jakiegoś tropikalnego paskudztwa w dalekich krajach i wkrótce znów będzie zapełniał bloga swymi błyskotliwymi felietonami.

W „Alfabecie blogosfery” opisałem Go tak:

S – Seawolf. Facet, który strzela tekstami z prędkością karabinu M-16, tak że „nie nadanżam” z czytaniem jego notek na antenie Niepoprawnego Radia PL. Obiekt westchnień damskiej i zazdrości męskiej części populacji blogerskiego internetu, bo każdy też by tak chciał – mieć kwadryliony odsłon, sadzić codziennie skrzące się od fajerwerków teksty, no i być prawdziwym kapitanem prawdziwego statku. To aż nieprzyzwoite, więc dam w tym miejscu upust małostkowej zawiści: phi, Siłólf, też mi coś... Co z niego za kapitan, skoro nawet nie ma szlachetnie siwiejącej brody i nie pali fajki. A ja mam szpakowatą brodę i palę fajkę - ot, co!

Jakiś czas potem Seawolf wydał własny „Alfabet”, przy którym ja, ze swoją notką mogłem się schować.

II. Bezkompromisowy

Był blogerem bezkompromisowym. Gdy tylko zauważył, że w jakimś miejscu zaczyna robić się nieciekawie, odchodził. Tak było z „Nowym Ekranem”, który to projekt witał na początku z wielką radością, wołając „Łazarzu, poczynaj!”. Tak było również z Salonem24, gdzie od pewnego momentu był zwyczajnie sekowany – i to za to, co było jego największą siłą i atutem: szczerość, dosadność połączoną z warsztatową biegłością i odwagę w piętnowaniu różnych kanalii, ze szczególnym uwzględnieniem anty-smoleńskiej „sekty Pancernej Brzozy”. Mimo, że właśnie jako bloger S24 zdobył tytuł „Blogera Roku 2010” skończyło się tak, że On odszedł, a został Jaś „Flanelka” Osiecki i inni podobni... Tym większa radość i zaszczyt dla Niepoprawnych, że do samego końca był z nami.

O „sekcie Pancernej Brzozy” i „Jasiu Flanelce” wspominam nie bez przyczyny, Seawolfowi bowiem udało się to, co może być udziałem jedynie najlepszych piór i klawiatur: wprowadził do powszechnego obiegu sformułowania obecne do dzisiaj. Prócz wymienionych były to m.in. „jątrzyciele i dzieliciele”, „seryjny samobójca”, „Pan Prezydęt oby żył wiecznie” i wiele innych.

III. Patriota

Był zdeklarowanym antykomunistą. Pisał o sobie: „Oszołom. Jaskiniowy antykomuch”. Jako dziecko widział jak pod oknami jego mieszkania niesiono na drzwiach ciało Zbyszka Godlewskiego – zamordowanego podczas Masakry na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku. Opisał to w przejmującym tekście „Bonaparte i kat trójmiasta”. Życie dodało niedawno tu gorzką puentę w postaci skandalicznego wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie uniewinniającego „krwawego Kociołka” i kwalifikującego mord z 1970 roku jako „pobicie ze skutkiem śmiertelnym”. Pobicie za pomocą czołgów i kul karabinowych... Jak to jest? „Kat Trójmiasta” i jego podkomendni żyją i mają się dobrze, a prawy Polak, szczery patriota i uczciwy człowiek umiera nie doczekawszy wymierzenia sprawiedliwości czerwonym oprawcom.

Będzie mi Go brakowało – zaangażowanego ale bez zapiekłości, ironicznego lecz bez złej woli, człowieka piszącego sercem, nieustępliwego w obliczu Zła, niepodległego duchem i nie godzącego się z losem zgotowanym Polsce przez łże-elity III RP. Za to zresztą różne salonowe mizerne ludziki szczerze Go znienawidziły, co samo w sobie jest najlepszym komplementem i docenieniem zasług. A ja chyba już nie pozbędę się tej myśli z tyłu głowy na wieść o kolejnych łajdactwach/przekrętach/blamażach prywislańskich zaprzańców: „jakby to opisał Seawolf”?

***

Tomasz Mierzwiński „Seawolf” - niepoprawny bloger, felietonista, pisarz, podróżnik, kapitan Żeglugi Wielkiej. Zmarł 01.05.2013. Miał 48 lat. Odszedł na Wieczną Wachtę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/