Mamy
jasno zarysowaną strategię – prowokować, stać się ofiarą
przemocy, przypisać „patronat” nad eskalacją agresji
PiS-owi i dzięki temu wygrać.
I. LGBT –
nowe mięso armatnie
Wszystko
wskazuje na to, że ruch LGBT stał się nowym pomysłem na polityczną i
społeczną destabilizację Polski.
Nie powiodło się z KOD-em i ich radykalną wersją w postaci „UBywateli
RP”, nie wyszedł ciamajdan, „czarne marsze”
skompromitowały się za sprawą rozwrzeszczanych feministek epatujących
różnymi wariacjami kobiecych narządów płciowych, rokosz sędziowskiej
kasty po chwilowym wzmożeniu i manifestacjach w obronie „wolnych
sądów” również się wypalił, oparty na opozycyjnych
samorządowcach ruch społeczny mający w planach skupić się wokół Tuska
skichał się, zanim wystartował – zatem w kolejnej odsłonie
postawiono na homopropagandę. To
właśnie im – gejowskim aktywistom - przekazano pałeczkę w tej
destrukcyjnej sztafecie i rzucono na pierwszą linię frontu,
wyznaczając jasne zadanie: podpalić Polskę.
Nie bądźmy naiwni - te wszystkie hasła o tolerancji,
równouprawnieniu, „miłości która nie wyklucza”, a nawet
ideologiczne postulaty w rodzaju małżeństw jednopłciowych, adopcji
dzieci przez pary homoseksualne czy szkolnej seksualizacji nieletnich
nie są tu celem samym w sobie. Są
jedynie pozorem, narzędziem służącym do osiągnięcia czegoś zupełnie
innego – odsunięcia PiS od władzy.
Homoaktywiści stali się po prostu kolejnym mięsem armatnim wysłanym
na odcinek walki z rządem. Inna sprawa, że owładniętych atawistyczną
nienawiścią do prawicy oraz wszystkiego co kojarzy się z tradycją,
religią i konserwatywnymi wartościami działaczy nie trzeba było długo
zachęcać. Nie wykluczam nawet, że wielu z nich naprawdę się wydaje,
iż walczą o głoszone na transparentach postulaty – podobnie,
jak wielu zmanipulowanym kobietom, a nawet etatowym feministkom
wydawało się, że PiS faktycznie chce się „dobrać do ich macic”,
zaś co bardziej oczadziali kodziarze sądzili, że walczą w obronie
konstytucji i praworządności. Podobnie było z wielkomiejską
młodzieżą, która dwa lata temu uwierzyła, że paląc świeczki
Małgorzacie Gersdorf i jej klice staje w obronie „niezawisłego”
sądownictwa. Wszystkie
te dotychczasowe protesty łączy jedno: miały w swej istocie służyć
restauracji starego porządku, a wszelkie deklarowane na danym etapie
górnolotne idee były jedynie przynętą dla naiwnych, parawanem
mających osłonić powrót do władzy, wpływów i pieniędzy beneficjentów
Republiki Okrągłego Stołu – żeby było tak, jak było.
Nie
inaczej jest i tym razem. W tym roku jesteśmy świadkami
bezprzykładnej mobilizacji nie tylko środowisk LGBT, lecz wszelkiej
maści zaprzyjaźnionego z nimi skrajnego lewactwa z cichym (a chwilami
głośnym) poparciem Platformy i reszty „totalnej opozycji”.
Świadczy o tym chociażby intensyfikacja parad gejowskich. Do tej pory
organizowano tego rodzaju przemarsze w Warszawie i kilku innych
„postępowych” miastach typu Gdańsk czy Poznań. W tym roku
nastąpiła eskalacja – ambicją stało się „zaliczenie”
wszystkich miast wojewódzkich plus prowokacyjny spęd pod Jasną Górą.
Wszystko
według precyzyjnego scenariusza – tam, gdzie możemy liczyć na
przychylność „jedziemy po bandzie” (profanacje
Najświętszego Sakramentu w Gdańsku i Mszy Św. w Warszawie), natomiast
w bardziej konserwatywnych miejscach idziemy „grzeczniej”
udając pozytywnych, uśmiechniętych ludzi pragnących jedynie
zrozumienia, miłości i akceptacji.
Ale jednocześnie jesteśmy nieustępliwi – gdy spotkamy się z
odmową, idziemy do sądu, który oczywiście stanie po naszej stronie
uchylając zakaz miejscowych władz.
Zarazem,
cała ta heca jest bardzo umiejętnie rozciągnięta w czasie, tak by
„paliwa” wystarczyło do jesieni. Jesteśmy świadkami
swoistego, gejowskiego objazdowego cyrku.
W kolejnych miastach, na kolejnych imprezach, widzimy wciąż te same
twarze jeżdżących z manifestacji na manifestację etatowych
demonstrantów, mających sprawiać wrażenie, że w każdym miejscu Polski
tysiące homoseksualistów cierpi opresję. To sprytny manewr, bo gdyby
nagle aktywiści LGBT mieli zrobić równolegle swoje marsze w
kilkunastu miastach, okazałoby się, że poza Warszawą mogą liczyć na
śladową frekwencję – a tak, można pokazać do kamer
kilkutysięczne, lub przynajmniej kilkusetosobowe grupy.
Powtórzę
– ta aktywizacja jest bez precedensu, czegoś podobnego nie
widzieliśmy chociażby za rządów „liberałów” z PO, na
których teoretycznie łatwiej było wymusić realizację homo-postulatów.
Teraz
natomiast mamy... nie, wbrew pozorom wcale nie gej-parady, tylko
regularne demonstracje „totalnej opozycji” ubrane w szaty
„walki o prawa osób LGBT”.
Autentyczni „geje” są na nich w mniejszości, choć to ich
naturalnie wystawia się na afisz w charakterze organizatorów
firmujących kolejne „eventy”. W rzeczywistości, trzon
kolejnych „Marszy Równości” stanowi stary, dobrze nam
znany aktyw – niedobitki KOD-u i „Obywateli RP” ze
słynną „Rudą”, pamiętani m.in. z blokad miesięcznic
smoleńskich oraz partyjny aparat „Razem”, „Zielonych”
i lokalnych działaczy PO incognito – a do tego trochę
zmanipulowanej młodzieży w wieku licealnym, której wmówiono, że
walczy o równouprawnienie i sprzeciwia się „faszyzmowi”.
II. Anatomia
prowokacji
Cel
jest jasny – za pomocą umiejętnie eskalowanych prowokacji
rozgrzać społeczne emocje.
Piszę ten artykuł już po zajściach w Białymstoku, gdzie wszystko
mogliśmy ujrzeć jak na dłoni. Tu muszę się przyznać do pewnej
naiwności – wcześniej sądziłem, że wulgarne ekscesy polegające
na profanowaniu drogich Polakom i katolikom symboli i świętości były
wyłącznie inicjatywą poszczególnych narwańców, którzy myśleli, że
zrobią sobie „bekę” z „katoli”. Tymczasem,
coraz więcej wskazuje na to, że popaprańcy pokroju Szymona Niemca czy
tych wariatów z Gdańska od profanacji procesji Bożego Ciała, mogli
wprawdzie dawać upust autentycznym, targającym nimi klerofobicznym
emocjom – ale
już ci, którzy wystawili ich na widok i zarządzają całym tym
interesem działali z pełną premedytacją. Tak to funkcjonuje –
wysuwa się do kamer kilku pożytecznych w danym momencie, pokręconych
obsesjonatów, by za ich pomocą uszyć na zimno prowokację.
Przerabialiśmy to zresztą na własnej skórze, tylko z innej strony –
dość wspomnieć podesłanych w 2010 r. na Krakowskie Przedmieście
prowokatorów w rodzaju Andrzeja Hadacza czy „Joanny spod
Krzyża”, którzy swoimi szaleństwami skutecznie kompromitowali
obecnych tam ludzi. W
przypadku gej-parad mamy nieco inny wariant tej samej sztuczki –
epatowanie agresywnymi zboczeńcami, tak by wywołać reakcję drugiej
strony.
Cel udało się osiągnąć w Białymstoku.
Przyjrzyjmy
się ciągowi wydarzeń. Najpierw etap podgotowki:
antykatolickie prowokacje w „przyjaznym” otoczeniu
(Gdańsk, Warszawa), w międzyczasie „tęczowa” profanacja
wizerunku Matki Boskiej i „nalot” na Jasną Górę oraz
dudniąca ze wszystkich głównych przekaziorów coraz bardziej nachalna
homopropaganda połączona z festiwalem pogardy wobec rzekomych
„homofobów”. A potem, gdy emocje oburzonych i obrażanych
ludzi sięgnęły zenitu, wyjazd na gościnne występy do Białegostoku,
stolicy tradycjonalistycznego Podlasia, znanego z aktywności
środowisk narodowych i kibicowskich oraz konserwatyzmu mieszkańców. A
że „lokalsi” złożyli petycję przeciw Marszowi Równości z
ponad 27 tys. podpisów? Że zapowiedziano protesty, blokady i
alternatywne imprezy na trasie marszu i w jego bezpośrednich
okolicach? Tym
lepiej, znaczy, że mamy zapewnioną odpowiednio gorącą i spektakularną
konfrontację - kamery (zwłaszcza „zaprzyjaźnione”,
„nasze”) to uwielbiają. Wszystko przebiega zgodnie z
planem, można przystąpić do sfinalizowania scenariusza prowokacji.
Zwróćmy
uwagę - na białostockiej paradzie nie było profanowania symboli
religijnych, nie było ostentacyjnej defilady przegiętych i wulgarnych
„ciot”. Tutaj
„format” imprezy był z tych „grzecznych”,
taktyka została dobrana pod kątem okoliczności i celu.
Była grupka „zawodowych” gejów ze stowarzyszenia „Tęczowy
Białystok” (formalnego organizatora), byli „objazdowi
demonstranci” z KOD-u, Razem i Zielonych, paru gejowskich
celebrytów w rodzaju pisarza Jacka Dehnela oraz – jako bonus –
sporo idealistycznie nastawionych białostockich licealistów. Wszyscy
programowo kolorowi, z tęczowymi akcesoriami, uśmiechnięci,
podrygujący do przebojów ABBY. I
tak to miało wyglądać – z jednej strony pokojowy przemarsz, z
drugiej – oszalała, wyjąca tłuszcza, rzucająca się z pięściami
i tłukąca się z policją torującą drogę pozytywnemu Marszowi Równości,
którego uczestnicy wesoło machają do zgromadzonych za kordonem
nienawistników.
Tatuś ustawiający przed szpalerem sił prewencji dziecięcy wózek z
ssącym smoczek „bombelkiem” był z ich punktu widzenia już
tylko super-gratisem, wisienką na torcie.
A
potem idą w świat dramatyczne relacje i obrazy – wrzaski, pały,
gazy, helikopter, armatka wodna, pobici, zatrzymani... Co z tego, że
później okazuje się, iż rzekomo skopany przez kiboli chłopak zaraz po
imprezie nagrywa bez śladu obrażeń filmik na You Tube i jakoś nie
kwapi się do zgłoszenia pobicia na policji, a nagranie z zajścia
puszczone w slow
motion
pokazuje, że wszystkie groźnie wyglądające ciosy były markowane?
Chłopaczyna na internetowym nagraniu zaś bredzi, że „czuje się
pobity psychicznie”? Co z tego, że zakrwawiona kobieta –
rzekoma ofiara „nazioli” - okazuje się być uczestniczką
kontrdemonstracji skutecznie „spacyfikowaną” przez
policję? Do ilu odbiorców to dotrze? Zamiast
tego, przez najbliższy rok w mediach przy każdej okazji i bez okazji
królować będą te same kadry, przebijając swym autentyzmem i siłą
przekazu „urodziny Hitlera”. Zadanie wykonane, misja
udała się w stu procentach.
III. Walka o
status ofiary
O
co chodziło? Otóż środowiska LGBT oraz stojący za nimi polityczni
macherzy poczuli, że tracą swój najważniejszy atut – status
ofiary.
Wizerunek uciskanej i represjonowanej mniejszości stawał się w
społecznym odbiorze nie do pogodzenia z coraz wyraźniejszym obrazem
rozwydrzonego, aroganckiego i agresywnego pedała, usiłującego prawem
kaduka narzucić w przestrzeni publicznej swą ideologiczno-obyczajową
agendę. Rozbestwionego dewianta, profanującego religijne i narodowe
świętości, odgrażającego się, że wejdzie ze swym przekazem do szkół z
błogosławieństwem lokalnych władz i mającego w jawnej pogardzie
opinię „heteronormatywnej” większości. Podobnie z inną
„mniejszością” - feministkami, epatującymi otoczenie
coraz bardziej wulgarnymi happeningami i przerabiającymi powstańczą
kotwicę Polski Walczącej na cycki. Tak samo, nie sposób pogodzić
narracji o spychanej na margines i prześladowanej grupie z realiami
funkcjonowania wpływowych i ustosunkowanych (w każdym znaczeniu tego
słowa) homoaktywistów, spijających w swych organizacjach śmietankę
krajowych i zagranicznych grantów, cieszących się jawnym poparciem
włodarzy największych miast, wiodących ośrodków medialnych oraz –
jak pokazała warszawska gej-parada – wielkiego,
międzynarodowego biznesu, który też ma tu swój kawałek tortu do
ugrania.
Ofiarami
za to, w powszechnym przekonaniu, coraz częściej zaczęli się stawać
zwykli, szarzy ludzie, którzy nieopatrznie stanęli na drodze walca
homopropagandy – ciągany po sądach drukarz z Łodzi, zwolniony
pracownik IKEI... To z nimi może utożsamić się przeciętny Polak, to
widząc ich przykład może pomyśleć – skrytykuję gejów, wychylę
się, to może spotkać mnie to samo. Polacy
zaczęli sobie uświadamiać, że żyją w coraz bardziej duszących oparach
„tęczowej” kryptocenzury, bombardowani na dodatek
groźbami prawnych reperkusji za „homofobię” i „mowę
nienawiści”.
Homolobby zaczęło stopniowo być postrzegane jako stosujący przemoc
symboliczną niebezpieczni agresorzy, którym należy się przeciwstawić.
Tę śmiertelnie dla nich niebezpieczną tendencję należało za wszelką
cenę odwrócić. Zajścia w Białymstoku nadają się do tego idealnie.
Tak
działa, niestety, mechanizm społecznej sympatii – ludzie
bardziej skłonni są współczuć temu, kto sprawniej wykreuje się na
ofiarę agresji. Na przykład, zahukanej gromadce osaczonej przez
wielokrotnie liczniejszy, wrogi tłum. Metoda
w gruncie rzeczy jest prostacka: prowokować ile wlezie, a gdy ktoś
nie wytrzyma i walnie prowokatora w sagan – uderzyć w płacz i
jechać na naturalnym odruchu empatii otoczenia.
Dlatego na przyszłość nie wolno im dawać pretekstu do drapowania się
w szaty męczenników. Przykładowo, gdyby kontrdemonstranci zrobili na
ulicy tzw. sitting i zastosowali inne metody biernego oporu
(chociażby prześmiewcze transparenty, które zawsze doprowadzają
lewactwo do wściekłości), to oni wówczas staliby się ofiarami
homoseksualnej inwazji na ich rodzinne miasto – tak, jak w 2015
r. Anna Kołakowska blokująca z narodowcami gejowski przemarsz w
Gdańsku. Usiłując czynnie zaatakować manifestację, pomogli jej
inicjatorom się uwiarygodnić i osiągnąć tym samym zamierzony cel.
IV. Strategia
wyborcza – podpalić Polskę!
Podsumowując,
aktywiści LGBT oraz ich zleceniodawcy upiekli kilka pieczeni na
jednym ogniu. Po pierwsze, odświeżyli w powszechnej pamięci stereotyp
narodowca i kibola jako tępego zadymiarza,
nieco zatarty dzięki ostatnim, spokojnym Marszom Niepodległości. To
też ich uwierało – bo jak tu w kółko gardłować o „faszyzmie”,
skoro rzekomi „faszyści” sobie raz na jakiś czas
spokojnie demonstrują, a ich polityczni przedstawiciele prezentują
się przed kamerami w kulturalnych garniturach, udzielając składnych i
sensownych (na ogół) wypowiedzi? Po
drugie – znów udało się im skutecznie wejść w buty
prześladowanych ofiar.
Tu pozostają dwie kwestie – jak długo w tych butach wytrzymają
i na ile krótką pamięć mają Polacy. Czy maglowani obrazami z
Białegostoku zapomną o dotychczasowych „dokonaniach”
tęczowego lobby? Po
trzecie – udało się im skutecznie napuścić narodowców na PiS.
Gazowani i pałowani protestujący (słychać to na filmach) całkiem
logicznie utożsamili policję z obecną władzą, pomstując, że ta staje
przeciw zwykłym obywatelom w obronie zboczeńców. Ton ten podchwyciły
narodowe media. Po
czwarte wreszcie i najważniejsze – dostarczyli lewactwu i
totalnej opozycji wyborczego paliwa, którego wystarczy do jesieni,
tym bardziej, że planowane są kolejne „marsze przeciw
nienawiści” i ma się rozumieć, homoparady.
To
wokół emocji wywołanych białostockim marszem będzie się od tej pory
kręciła kampania (a nie wokół żałosnego programu Schetyny i KO) –
i jest to potencjalnie niebezpieczne, o ile PiS nie zdoła jakoś
spacyfikować tego przekazu i narzucić własnego. Platforma już wyczuła
krew, obwiniając o zajścia marszałka województwa podlaskiego z PiS,
który zorganizował Piknik Rodzinny w pobliżu trasy przemarszu.
Uaktywnił się Tusk, rzucając na Twitterze przekaz na kampanię:
„Kibole,
antysemici, homofobia – nic nowego. Tragedią jest władza, która
jest ich patronem”.
No i wreszcie, zupełnie jawnie karty odkrył Janusz Palikot: „Robić
Marsze Równości non stop. I dać się pobić. Stać i czekać, aż cię
zjedzą biciem. Zero reakcji. Milczenie. Być pobitym w milczeniu. To
da zwycięstwo.”.
Mamy
zatem jasno zarysowaną strategię – prowokować, stać się ofiarą
przemocy, przypisać „patronat” nad eskalacją agresji
PiS-owi i dzięki temu wygrać.
I nie ma znaczenia, że dla narodowców PiS jest bandą zdrajców i
amerykańsko-żydowskich pachołków, a dla PiS-u narodowcy to „ruska
agentura”. Ważne jest to, co uda się aparatowi propagandy
wdrukować w masową świadomość. Chodzi o to, by przestraszyć ludzi
wizją ciągłych zamieszek, destabilizacji i wbić do głów skojarzenie:
PiS = przemoc. I nad tym będą pracowały sztaby macherów, posyłając
na ulice kolejnych miast szeregi swych lewackich i gejowskich
hunwejbinów. Będą mieli sprzymierzeńców nie tylko w tradycyjnych
mediach obozu III RP, lecz również (a może przede wszystkim) w
internetowych gigantach, takich jak Facebook i Google, otwarcie
wspierające i sponsorujące ideologię LGBT przy jednoczesnym
bezwzględnym sekowaniu konserwatywnego przekazu. Czy
zatem uda się im podpalić Polskę? Wiele zależy tu od nas samych –
czy będziemy zdolni do roztropnego powiedzenia „non possumus”,
skutecznego przypominania co i kto stoi za rzekomymi „ofiarami”
oraz do czego to towarzystwo jest zdolne i jakie są jego prawdziwe
intencje.
Gadający
Grzyb
Na
podobny temat:
Cele i
strategia ruchów LGBT
„Tęczowi”
w Białymstoku nie przeszli
Ofensywa
homozamordyzmu
Homo-sponsoring
„Karta
LGBT+”, czyli akcja werbunkowa
Mowa
nienawiści – knebel na prawicę
Notek
w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Artykuł
opublikowany w miesięczniku „Polska
Niepodległa” nr 09 (Sierpień 2019)