środa, 9 listopada 2011

UE – Rosja, czyli sojusz ponad naszymi głowami


Dzień uruchomienia Gazociągu Północnego był ostatnim dniem mrzonek o europejskiej solidarności energetycznej.


I. Feta w Lubminie

Odkręcono kurek, strzeliło szampanskoje i popłynął gaz. Dzień 8 listopada 2011 w Lubminie, gdzie w stacji odbiorczej z wielką fetą uruchomiono magistralę Nord Stream, był ostatnim dniem mrzonek o europejskiej solidarności energetycznej. Warto zwrócić uwagę na słowa wypowiedziane przy tej okazji przez Dymitrija Miedwiediewa: „Po raz pierwszy gaz ziemny z Rosji popłynie bezpośrednio do UE. Powtórzę: „Bezpośrednio do UE”. Te słowa nie są przypadkowe. Sankcjonują one oficjalnie na forum międzynarodowym rosyjską optykę, wedle której „prawdziwa” Unia Europejska zaczyna się od niemieckiej granicy, zaś byłe demoludy, w tym Polska, są strefą buforową – miejscem spotykania się wpływów Rosji i Niemiec. Mówiąc wprost – kondominium, lub też obrotową „bliską zagranicą”. Jak podkreślił p/o cara, Rosja i UE mają przed sobą „świetlaną przyszłość”. Cóż, zważywszy, że do końca przyszłego roku ma zostać uruchomiona druga nitka gazociągu, nie można co do tego mieć wątpliwości. A kiedy powstanie South Stream, to „przyszłość” rozświetli się ostatecznie błękitnym płomieniem, zaś wolumen dostaw zgodnie ze słowami Miedwiediewa osiągnie 200 mld m3.

Celebrując tę podniosłą chwilę dodajmy, iż w trakcie realizacji projekt Gazociągu Północnego z bilateralnej inwestycji niemiecko-rosyjskiej stał się jakoś tak niepostrzeżenie sprawą unijną, co podkreślił odpowiedni dobór zgromadzonych w Lubminie gości: oprócz kanclerz Merkel i prezydenta Miedwiediewa a także szefów Nord Streamu, byli obecni premierzy Francji, Holandii oraz eurokomisarz d/s energii Guenther Oettinger. Ten ostatni wspomniał nawet coś o potrzebie dywersyfikacji i polskim gazie łupkowym, ale zaraz gorliwie zapewnił, że „gaz ziemny pozostanie podstawą dla rynku gazu w przyszłości”. Ponieważ 500 zaproszonych gości trzeba było czymś zabawić, kanclerz Angela Merkel dała próbkę iście teutońskiego poczucia humoru mówiąc, że podczas realizacji projektu „uwzględniono uzasadnione interesy wszystkich krajów, leżących nad Bałtykiem".

Zwróćmy uwagę na tę subtelność: „uzasadnione interesy”. Najwyraźniej, kwestia drożności toru podejściowego do portów Szczecin-Świnoujście z budowanym tam gazoportem, „uzasadnionym interesem” nie była, zresztą, bądźmy szczerzy – nie naciskaliśmy, bo po co psuć atmosferę. Poza tym, pani kanclerz obiecała, że jakby co, to kurek się zakręci, gazociąg rozmontuje, przesunie albo zakopie głębiej, potem zmontuje znowu, co tam – powiemy tylko słowo i będzie załatwione. Serio - naprawdę obiecała tak ministrowi do spraw Twittera, Radkowi Sikorskiemu, a może nawet i samemu Tuskowi, z którym „liczą się w Europie”, a oni uwierzyli, radośnie pokiwali głowami i pospieszyli powiadomić rodaków, którzy też uwierzyli, o ile ktokolwiek zrozumiał o co chodzi i kogokolwiek to obeszło.

O uwzględnianiu uzasadnionych interesów może też mówić nam co nieco fakt, że dla przedstawicieli polskiej prezydencji z Tuskiem, co to ponoć rządzi teraz Europą, miejsca na imprezie litościwie nie przewidziano, my zaś ze swej strony po raz kolejny skorzystaliśmy z okazji, żeby siedzieć cicho.

II. Rosja u bram WTO

Całkiem słusznie. Po co się odzywać i sprawiać wrażenie, że nie pozostajemy w głównym nurcie europejskiej polityki. Poza tym, ludziska dobrze się bawią obserwując samo-dożynanie się watah połączone z inauguracją nowego sezonu „Cyrku na Wiejskiej”, więc nie ma sensu odrywać ich od igrzysk. Do tego nastroju ochoczo dostosowały się mediodajnie. Na przykład, taki Tomasz Wróblewski przywlókł do „Rzepy” ze sobą z „Dziennika Gazety Prawnej” Andrzeja Talagę. Co robi Andrzej Talaga? Andrzej Talaga się cieszy. Powodem radości jest wycofanie przez Gruzję sprzeciwu wobec przyjęcia Rosji do Światowej Organizacji Handlu (WTO).

Talaga uważa, że WTO stanie się dla Rosji i Putina „kagańcem”, bo w WTO obowiązują reguły i karne procedury za ich nieprzestrzeganie, w związku z czym łatwiej będzie punktować i rozliczać Rosję za nieprzestrzeganie „cywilizowanych zasad”. Ponadto Rosji ponoć nie stać na odbudowę imperium, więc nie mają racji ci, którzy oskarżają Rosję o neoimperializm – to tylko zwykły biznes, tyle że Rosja do tej pory „nie przebierała w środkach”. Jak wstąpi do WTO, to przebierać zacznie.

Poważnie - tak prawi znany dziennikarz „robiący” w tematyce międzynarodowej. Ja oczywiście nie jestem zaskoczony, bo tego typu argumentację powtarzają od dawna rozliczni przyjaciele Kremla na Zachodzie zdominowanym przez pokolenie ‘68, a od jakiegoś czasu również „płynące w głównym nurcie” polskie władze, szczególnie od chwili kiedy polskie państwo zdało egzamin. Pan Talaga również pragnie płynąć w głównym nurcie i stać się Europejczykiem, więc niczym szkolny prymusik pisze utrzymane w odpowiednim duchu wypracowanie.

A teraz pomyślmy. Rosja od 18 lat stara się o przyjęcie do WTO, do której nie wiedzieć czemu jej nie wpuszczano. Pewnie nikt nie chciał jej nakładać kagańca. Dziwne – Putin prosi „nałóżcie mi kaganiec, bo bardzo chcę podlegać procedurom karnym, gdy złamię cywilizowane zasady”, a tamci – nie i nie. Otóż, wolny handel wcale nie „okiełzna Rosji”, jak twierdzą rozmaici zwolennicy „cywilizowania” przez „otwarcie”. Wolny rynek to jedno z narzędzi, z którego Rosja korzysta kiedy jej wygodnie, by zaraz bezpardonowo używać pod byle pretekstem bata w postaci kurka z surowcami czy embarga.

Gospodarka dla Rosji jest funkcją politycznej ekspansji, zaś surowce – najcięższym orężem z pozamilitarnego geostrategicznego arsenału, mającego służyć wyłącznie jednemu – odbudowie imperium. Putin pisał (lub też raczej – plagiatował) na ten temat utajniony obecnie doktorat, zaś wszystkie jego posunięcia podporządkowane są jednemu – odbudowie posowieckiej strefy wpływów i przywiązaniu Zachodu do Rosji, przed czym zresztą ten ostatni się nie broni, czego dowodem są słowa kanclerz Merkel z lubmińskiej imprezy: „Będziemy ze sobą związani przez dziesięciolecia”. Można się zatem spodziewać, że żadne WTO nie będzie umierało za państwa rosyjskiej „bliskiej zagranicy”, gdy ta postanowi wstrzymać dostawy, lub zablokuje import produktów spożywczych. Zwłaszcza jeśli przekonująco wyjaśni „partnerom”, że to nie są żadne restrykcje, tylko awaria gazociągu, lub poważne naruszenie rosyjskich przepisów sanitarnych przez nieuczciwych kontrahentów. Zresztą, odsyłam do lektury książki „Nowa Zimna Wojna” Edwarda Lucasa, którą zawsze polecam przy takich okazjach.

WTO będzie dyscyplinować Rosję? Wolne żarty. Przeciwnie – to Światowa Organizacja Handlu stanie się dla rosyjskiego ekspansjonizmu kolejnym polem do zagospodarowania.

III. Ekspansja

A że jest co zagospodarowywać właśnie się przekonujemy, gdy pogrążona w kryzysie Unia coraz chętniej i korniej zerka w stronę rosyjskich 580 mld dolarów (to oficjalna rezerwa walutowa Rosji, do której wg agencji Stratfor należy doliczyć jeszcze jakieś 600 mld – polecam to uwadze pana Talagi, który twierdzi, że Rosja „nie ma potencjału”). Rosja zaś nie zasypia gruszek w popiele, tylko przymierza się do wykupywania zachodnich przedsiębiorstw z różnych sektorów – w tym banków (m.in. Kredyt Bank i Bank Millenium), oraz próbuje torpedować unijne regulacje energetyczne – zwłaszcza obowiązek oddania w zarząd sieci przesyłowych niezależnym operatorom (temu ma służyć wykupywanie aktywów zachodnich firm energetycznych). W międzyczasie prowadzi intensywny „ekologiczny” lobbing przeciw gazowi łupkowemu, co nie spotyka się z żadną reakcją z polskiej strony.

Europa potrzebuje rosyjskiego gazu i rosyjskich pieniędzy. Rosja potrzebuje mocnego wejścia w europejski obieg gospodarczy, by zagwarantować sobie jeszcze trwalszą i silniejszą pozycje polityczną niż ma obecnie i nie wypaść z konkurencji z Chinami. Kryzys stwarza wyjątkowo dogodne warunki do realizacji tych zamierzeń. (Polecam tu dwa artykuły: Mariusza Majewskiego na „Rebelyi” i Artura Bazaka na „wPolityce.pl”.)

Napisałbym coś na zakończenie o tym, że w obliczu poniechania wszelkich pozorów europejskiego solidaryzmu i jawnego już rozbicia UE wedle rosyjskiego życzenia na „prawdziwą” i „nieprawdziwą”, należałoby przywrócić do łask „politykę jagiellońską” i przystąpić do budowania politycznego sojuszu państw naszego regionu... Że tylko tak możemy się ocalić przed ostatecznym osunięciem się do statusu obrotowej „bliskiej zagranicy”. Napisałbym, tylko po co? Wszak myślenie takimi kategoriami jest naszym mężykom stanu oraz ich wyborcom jak najgłębiej obce.

Gadający Grzyb

wtorek, 8 listopada 2011

Marsz Wolnych Polaków


Elementem uprawianej wobec Polaków antygodnościowej socjotechniki jest zohydzenie Święta Niepodległości – tak, by kojarzyło się przede wszystkim z ulicznymi zadymami.


I. Cierń w oku

Dzień 11 Listopada był cierniem w oku „Wyborczej” co najmniej od czasu, gdy ś.p. Prezydent Lech Kaczyński postanowił Świętu Niepodległości, wcześniej obchodzonemu jakby mimochodem, nadać odpowiednią rangę. Była to naturalna kontynuacja drogi zapoczątkowanej przez Muzeum Powstania Warszawskiego – polityki historycznej mającej przywrócić Polakom poczucie narodowej dumy ze swej historii i ojczyzny. Tego społeczni pedagodzy sprawujący nad ludnością tubylczą zarząd dusz i umysłów z ramienia obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP zdzierżyć nie mogli. Fachowcy od podrywania godnościowych podstaw patriotyzmu zaczęli dawać odpór.

Pamiętam jak dziś, gdy trzy lata temu w „Wyborczej” ukazał się wyjątkowo wredny artykuł prof. Andrzeja Romanowskiego „Nie lubię 11 Listopada”, w którym autor na kilku stronach pastwił się nad „tournee” Lecha Kaczyńskiego, albowiem bardzo nie podobało mu się, że Prezydent z okazji okrągłej, 90-tej rocznicy odzyskania niepodległości, objeżdża Polskę z cyklem okolicznościowych spotkań-prelekcji. Profesor Romanowski tekst zakończył uroczym zdankiem: „Święto Niepodległości z prezydentem Lechem Kaczyńskim to na pewno nie jest moje święto.”

Rychło okazało się, że to w ogóle nie jest święto profesora i jego kolegów, obojętnie - z Lechem Kaczyńskim, czy bez.

Był wszakże jeden pozytyw: tekst Romanowskiego wnerwił mnie na tyle, że postanowiłem rozpocząć blogowanie i spłodziłem debiutancki tekst „Patriotyzm wczesnego średniowiecza” od którego zaczęła się moja obecność na Niepoprawnych :).

II. Antygodnościowa socjotechnika

No, ale to były niewinne intelektualne igraszki w porównaniu z dniem dzisiejszym, w międzyczasie bowiem dojrzało i doszło do głosu pokolenie pryszczatych hunwejbinów Nowej Lewicy spod znaku „Krytyki Politycznej”, którym ze zmiennym szczęściem usiłują „mentorzyć” geronci z „Wyborczej” pokroju Seweryna Blumsztajna. Z drugiej strony jednak, sierakowszczyzna próbuje coraz śmielej kolonizować ideologicznie „Wyborczą”, ta zaś na to przyzwala i wypożycza swój propagandowy potencjał bo ma doświadczenie w podchwytywaniu mądrości etapu i wyczuwaniu ducha epoki. Czyni to tym chętniej, że ma w tym swój cel – stara się użyć sfanatyzowanych pryszczatych neomarksistów w charakterze narzędzia antygodnościowej socjotechniki, której elementem jest zohydzenie w odbiorze społecznym Święta Niepodległości, tak by kojarzyło się przede wszystkim z ulicznymi zadymami. Mogliśmy tego doświadczyć rok temu, podczas rozróby towarzyszącej Marszowi Niepodległości. W tym roku zobaczymy to samo w wersji do kwadratu.

Pryszczaci niech sobie wierzą, że zwalczają „faszystów” i wykuwają Nowy Wspaniały Świat, jak Gramsci przykazał. Starcy z Czerskiej natomiast bronią zdobyczy obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, którego są nieodłączną częścią. Do tego zaś potrzeba nie tyle przemodelowania społeczeństwa w duchu neomarksistowskiej Nowej Lewicy, ile utrzymania postkolonialnego motłochu w permanentnym poczuciu wstydu i niższości, by nafaszerowani kompleksami priwislańscy autochtoni pozostawali łatwą do sterowania masą z zaburzonym poczuciem tożsamości.

Tak więc, choć cele starców i pryszczatych są ciut odmienne i obie grupy starają się wzajemnie wykorzystać, to łączy ich wspólny wróg, którym jest te 20-30 procent Wolnych Polaków, którzy wciąż czują się narodem i zaczynają się samoorganizować wokół wspólnych, tradycyjnych wartości. A jak uczy historia, którą potomkowie weteranów KPP znają z rodzinnych przekazów, bądź wręcz sami w jej tworzeniu brali udział, w sprzyjających okolicznościach zdeterminowana mniejszość może zagospodarować społeczne otoczenie i przejąć stery.

Aby do tego nie dopuścić, przedsięwzięli szereg środków zapobiegawczych, m.in. biorąc na czerwony celownik Marsz Niepodległości.

III. Spadkobiercy stalinizmu

Skoro ustaliliśmy już generalia, warto się teraz przyjrzeć kilku szczegółom, są one bowiem tyleż charakterystyczne, co pouczające. Otóż propaganda rozpętana przez „Wyborczą” jako żywo przypomina stalinowskie wzorce – zupełnie jakby dała znać o sobie jakaś pamięć genetyczna. Jak wiemy, a można o tym poczytać choćby u Godziemby, należy przede wszystkim zdehumanizować przeciwnika i zmienić znaczenie pojęć – stąd to nieustanne gardłowanie o „faszystach” zamiennie z „nazistami”, z pominięciem drobnostki - że to nie to samo. I absolutnie nie ma znaczenia, że jako żywo nikt na marsz żadnych brunatnych socjalistów nie zapraszał, albowiem pałki „faszyzmu” używa się tu w znaczeniu stalinowskim: „faszystą” jest ten, kogo my napiętnujemy jako faszystę. Za Stalina nawet zachodni socjaldemokraci robili za „socjalfaszystów”, zatem dzisiejsi wyrobnicy propagandowego frontu są jedynie epigonami semantycznych dokonań Wielkiego Językoznawcy.

Kolejną metodą jest potęgowanie poczucia zagrożenia, by usprawiedliwić w ten sposób własną przemoc. Tu mamy prawdziwy popis manipulacji: lewacy z Porozumienia 11 Listopada postanowili zaprosić do Warszawy bojówkarzy z Antify, bo im samym by rozbić Marsz Niepodległości sił nie dostaje, następnie zaś „Wyborcza” rozpętuje histerię wokół domniemanych prawicowych „radykałów” z różnych krajów Europy, którzy rzekomo mają się stawić na pochodzie. Jako „podkładkę” wykorzystuje list opublikowany na portalu Niepoprawni.pl skierowany do oficjalnych instytucji i polityków, zawiadamiający o spodziewanym najeździe Antify, który według „informatorów” miał zostać rozesłany (przez kogo?) „do wielu radykalnych organizacji z Europy”.

Oczywiście, warunkiem niezbędnym dla skuteczności tego łgarstwa jest zignorowanie wystosowanego przez Redakcję Niepoprawnych sprostowania, które nawiasem mówiąc, zostało pominięte milczeniem również przez media sprzyjające Marszowi i deklarujące poparcie, co dla mnie jest ździebko niezrozumiałe.

W ten sposób zamazuje się za jednym zamachem kilka kwestii bardzo niewygodnych dla pryszczatych „antyfaszystów” i pozostającej z nimi w taktycznym sojuszu Czerskiej: po pierwsze - że mają zamiar bezprawnie zablokować legalny pochód; po drugie - że noszą się z zamiarem użycia przemocy wobec uczestników Marszu i prawdopodobnie również sił porządkowych; po trzecie wreszcie – że na Marszu żadnych neo-hitlerowców nie będzie, bo nikt ich nie zapraszał.

IV. Dyktatura Matołów kontra Wolni Polacy

W tym wszystkim ciekawi mnie jeszcze jak zachowają się siły porządkowe – policja i straż miejska, które schemat przyzwalającej bierności dla poczynań zadymiarzy przetrenowały podczas ubiegłorocznych zajść pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Póki co, Dyktatura Matołów pozostaje w stanie powyborczego przekonania o wszechmocy, zatem niewykluczone, że zapragnie rękami lewackich bandytów dorżnąć kolejną watahę. Możliwe jest również że policja, zamiast separować od siebie obie grupy, z premedytacją dopuści do zamieszek i wkroczy tłukąc wszystkich po równo, gdy zadyma nabierze właściwej dynamiki. Właściwej, czyli takiej, która odpowiednio zaprezentuje się przed kamerami przybyłych na miejsce mediodajni, przebierających mikrofonami by sprzedać tele-gawiedzi odpowiednio krwiste obrazki podrasowane słuszniackim komentarzem o faszystowskich burdach urządzanych przez „prawdziwych Polaków” w sercu Stolicy. Zresztą, co ja tam będę Kolendy czy innych takich uczył. Sami wiedzą.

Jeśli trafnie odczytuję intencje Dyktatury Matołów, to kurs na zohydzenie społeczeństwu wszystkiego co może się kojarzyć z inicjatywami Wolnych Polaków poskutkuje właśnie którymś z powyższych scenariuszy, pięknie wpisujących się w uskuteczniany od czterech lat model pełzającej represjonizacji. Pozaoficjalne obchody najważniejszego święta państwowego, urządzane w duchu niekoniecznie miłym władzy, mają zostać odarte z godności, tak by zbitka 11 Listopada = burdy i obciach wdrukowała się w zwoje odbiorców i zagnieździła w nich na dobre.

No bo, patrząc racjonalnie: udało się ze Smoleńskiem, udało się Krzyżem – to dlaczego nie miałoby się udać i tym razem?

Gadający Grzyb

niedziela, 6 listopada 2011

Krasnodębski jak Łysiak



Profesorowi Krasnodębskiemu gratuluję, bo znalazł się w dobrym towarzystwie – i to z identycznych powodów.


I. Signum temporis

Zwolnienie prof. Krasnodębskiego z pracy na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego dość dobrze pokazuje moment dziejowy w którym obecnie się znajdujemy. Formalnie (bo w takich przypadkach przyczyna formalna zawsze jest inna od rzeczywistej) chodziło o niemożność pogodzenia obowiązków wykładowcy Uniwersytetu w Bremie z pracą na UKSW (od profesora zażądano zaporowego pensum 4 wykładów tygodniowo). W praktyce jest to kolejna reperkusja Katastrofy Smoleńskiej i szerzej - „katastrofy posmoleńskiej”, po której obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP poczuł się zwolniony z ostatnich hamulców.

Pod Smoleńskiem zginął poprzedni rektor UKSW, ks. prof. Ryszard Rumianek, któremu dwie posady prof. Krasnodębskiego nie „kolidowały”. Jego następcy, księdzu prof. Henrykowi Skorowskiemu, „kolidować” zaczęły. Cóż, nowemu rektorowi przyszło pełnić funkcję w zmienionych realiach i niewykluczone, że w innych warunkach profesora Krasnodębskiego by nie usunął. Niestety, obecne czasy ponownie wymuszają wzmożoną czujność, tudzież wyczulenie na obowiązującą w danym momencie mądrość etapu i ksiądz profesor się dostosował. Nie każdy ma zadatki na kardynała Wyszyńskiego i ja to rozumiem, tym bardziej, że uczelnia pewnie chciałaby otrzymywać jakieś granty i dotacje.

To nie zarzut, tylko proste stwierdzenie obiektywnych uwarunkowań. I tak należy docenić, że po 10.04.2010 profesora Krasnodębskiego trzymano na uczelni jeszcze jeden, pełen rok akademicki i dyrektor Instytutu Socjologii, ks. dr hab. Tadeusz Bąk, dopiero teraz przestał „widzieć” go wśród swoich pracowników. Wprawdzie ów mąż uczony odczytał znak czasu dość późno, ale na szczęście, nie za późno.

II. Kadrowi III RP

Sam profesor Krasnodębski przypuszcza, że z jego zwolnieniem mógł mieć wspólnego to i owo artykuł profesor Magdaleny Środy dla „Gazety Wyborczej”, w którym to tekście owa pobożna niewiasta ubolewała nad upadkiem KUL-u oraz „dawnego ATK”, w których to przybytkach panoszy się atmosfera „narodowego katolicyzmu”, zaś odpowiedzialne za to indywidua, w tym Krasnodębskiego, poleciała z rewolucyjną bezkompromisowością po nazwiskach, by nie było żadnych niedomówień.

Wszystko to być może, zważywszy, że „Wyborcza” piórami swych kadrowców nie takich już zwalniała, pracowicie meblując wedle swych upodobań składy personalne redakcji, uczelni czy ministerialnych gabinetów (a złe języki szepczą również o biskupich kuriach). Ten gazetopodobny dział kadr i zasobów ludzkich III RP zdążył w ciągu dwóch dziesięcioleci opracować swój unikalny schemat przygotowania artyleryjskiego, tępiącego niczym oprysk pestycydów różnych antysystemowych szkodników jak kraj długi i szeroki.

Ja jednak zwróciłbym uwagę, że na inauguracji roku akademickiego mury uczelni zaszczycił swą wizytą pan prezydent, o którym przez szacunek dla urzędu postanowiłem jakiś czas temu pisać jak najrzadziej. Otóż dostojny gość palnął jedną ze swych niezapomnianych mów, które niechybnie przejdą do historii na równi z anegdotami o Karolu Radziwille „Panie Kochanku”. Było tam coś o „rokach akademickich” i „Stefanie Karolu Wyszyńskim”, zaś owe gejzery erudycji potrafił należycie docenić siedzący z tyłu ksiądz rektor, czego nie omieszkał potwierdzić odpowiednio ekspresyjną mimiką fizjonomii.

Jak sądzę, właśnie wtedy, a najdalej podczas tzw. części nieoficjalnej, stało się zrozumiałe samo przez się, iż w tak znamienitym i wykwintnym towarzystwie zwyczajnie nie ma miejsca dla takich prostaków jak Krasnodębski, który na dodatek ma fatalny zwyczaj nie korzystania z okazji żeby siedzieć cicho. Jeszcze by z jego inspiracji powstał jakiś socjologiczny odpowiednik magisterki Zyzaka, w której jeden czy drugi nieodpowiedzialny młodzian wysnułby „diagnozę społeczną” sprzeczną ze stanem wiedzy profesora Czapińskiego, lub coś w tym guście... Byłby to zgrzyt niedopuszczalny w eleganckim towarzystwie.

III. Krasnodębski jak Łysiak

Nic więc dziwnego, że wkrótce po prezydenckiej wizytacji, Jego Magnificencja wziął profesora na stronę i stwierdził, że muszą sobie porozmawiać na temat jego (Krasnodębskiego, znaczy) „jednostronnej publicystyki”. Krasnodębski, nomen omen, „zdębiał”, gdyż w Niemczech ponoć coś takiego jest niewyobrażalne, ale wiadomo – gdy w grę wchodzi „jednostronne” podważanie pryncypiów III RP, to nagle okazuje się, że żadne Teutony nie będą uczyły nas standardów. Nie wiem, czy ksiądz rektor przedstawiał profesorowi jako wzór wyważoną i zniuansowaną publicystykę pobożnej profesor Środy, niemniej faktem jest, iż owa postulowana dysputa przybrała miesiąc później lakoniczną postać wypowiedzenia z przyczyn „dydaktyczno-organizacyjnych”.

Cóż, przychodzi mi na myśl historia relegowania „z przyczyn ekonomicznych” w 1992 roku z Politechniki Warszawskiej Waldemara Łysiaka, wkrótce po opublikowaniu przez tegoż „jednostronnej” niczym publicystyka Krasnodębskiego powieści „Najlepszy”. Łysiakowi zresztą zbierało się od dawna m.in. z powodu tępienia korupcyjnych praktyk na uczelni. Krasnodębski też sobie zdążył nagrabić, tropiąc plagiaty masowo dokonywane przez studentów UKSW, kopiujących swe prace metodą „ctrl-c, ctrl-v” z internetu. Wygląda zatem, że cofnęliśmy się do początku lat 90-tych. Zdaje się, że na wstępie pisałem coś o momencie dziejowym, prawda?

A profesorowi Krasnodębskiemu gratuluję, bo znalazł się w dobrym towarzystwie – i to z identycznych powodów.

Gadający Grzyb

Linki:

http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/prof._krasnodebski_usuniety_z_uksw_16628

http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/fedyszak:_niebezpieczne_popieranie_pis_16638

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20111105&typ=po&id=po21.txt

środa, 2 listopada 2011

Droga donikąd

Nie oszukujmy się – PiS w obecnej formule będzie zdobywał 25-30 procent i żaden „Budapeszt” się nie wydarzy. Chyba, że...


I. Wielofrakcyjność – warunkiem partii masowej

Kiedy piszę te słowa nie wiem jeszcze, czy Komitet Polityczny PiS „zawiesi członkostwo” Ziobrze i jego stronnikom, czy też będzie grał na zwłokę. Tak czy inaczej, obserwujemy koniec obecności Ziobry w tej partii, co potwierdza nurtującą PiS chorobę. Bo że nie dzieje się dobrze widzi każde dziecko i żadne pokrzykiwanie o jedności i „zdradzie” ziobrystów tego nie zmieni. Jeśli partia nie jest w stanie utrzymać w swoich szeregach takich ludzi jak Zbigniew Ziobro, to kogo jest w stanie utrzymać poza grupą kombatantów coraz bardziej rozsmakowanych w swej wieczystej opozycyjności i stadem BMW?

I proszę mi nie mówić o rozbuchanych ambicjach Ziobry. Ambicje są wpisane w politykę. Polityk bez ambicji powinien czym prędzej zmienić zawód – z korzyścią dla siebie i dla nas. Natomiast sprawnie działająca partia powinna być w stanie te ambicje zagospodarować. Tak do pewnego momentu funkcjonowało Prawo i Sprawiedliwość – od Marka Jurka po obecne PJoNki.

Wielofrakcyjność jest warunkiem istnienia partii masowej, czyli ugrupowania zdolnego do wygrania wyborów i przejęcia władzy. Dzieje się tak dlatego, że każde ze skrzydeł zagospodarowuje nieco inny segment elektoratu, co sprawia, że więcej wyborców może się z partią utożsamić. Poza tym, pozostawanie w jednej strukturze tworzy pewną wartość dodaną – ludzie premiują bowiem jedność.

I tu dochodzimy do kluczowej roli przywódcy takiego ugrupowania.

Prezes powinien być wodzem-arbitrem między frakcjami, dbającym o zachowanie równowagi wpływów, a nie przywódcą jednej z nich, bo to droga do rozmaitych frond i rozłamów, gdyż ci będący poza „frakcją prezesa” będą się czuli wiecznie zagrożeni i marginalizowani. Tymczasem Kaczyński popełnił błąd odsuwając Ziobrę i starając się „ujednofrakcyjnić” PiS na siłę w myśl zasady – jest tylko jedno skrzydło, prezesowskie i każdy kto poza nim, ten wyrzutek i zdrajca. To prosta droga do pozbycia się z partii wartościowych ludzi, którzy wprawdzie poza partią znaczą niewiele (przykład PJN się kłania), ale pozostając w partii mogli zrobić wiele dobrego (mnie osobiście „spinek” i „kluzikotów” nie żal, ale już np. Pawła Kowala - tak).

II. Rozłam – nie!

Drogą do zwycięstwa nie jest również „kontrolowany rozłam”. Hipotetyczna partia Ziobry nikogo nowego nie zaktywizuje. Odbierze PiS-owi parę procent, które pójdą na zmarnowanie, bo „rozłamowcy” nie przekroczą progu wyborczego, tak jak nie przekroczyło PJN.

I tu mam żal do Ziobry. Jego tournee po mediach mogło mieć tylko jeden skutek – właśnie taki, jaki obecnie obserwujemy. Najwyraźniej nie wyciągnął wniosków z lekcji PJN i uwierzył, że jego osobista popularność w obozie wyborców PiS może stać się odskocznią do samodzielnej działalności. Błąd. Wyborcy cenią Ziobrę jako część składową PiS-u, poza PiS-em facet zmarnuje się i rozmieni na drobne swój potencjał. Liczy na media? Przecież mediodajnie nie będą pompowały koalicjanta dla Kaczyńskiego! Podpromują trochę, owszem, jak niegdyś PJN czy Dorna, ale gdy przyjdzie do poważnych spraw, do wyborów – zapomnijmy, będą lansować Palikota, lub kogoś w tym stylu, by zagospodarował i skanalizował w kontrolowany sposób spodziewane niezadowolenie społeczne.

Inna sprawa, że i tak nie najlepsza ręka Kaczyńskiego do ludzi zdaje się z czasem jeszcze pogarszać. Kto jest w stanie wymienić wartościowych współpracowników, indywidualności zdolne przyciągać wyborców, pozostające w bezpośrednim otoczeniu prezesa? Powtórzę, bo chciałbym, żeby czytelnikowi się utrwaliło: zamiast budować masowe ugrupowanie z różnymi skrzydłami, frakcjami, dla których byłby wodzem-moderatorem dbającym o równowagę wpływów, Jarosław Kaczyński postanowił sam stanąć na czele własnej frakcji i wysiudać pozostałe. Stąd frustracja Ziobry, a przed nim – wielu innych.

W chwili obecnej PiS staje się ugrupowaniem zasiedziałych działaczy, którzy owszem, mogą tworzyć różne koterie i systemy partyjnych „podwieszeń”, ale to wszystko dzieje się w coraz bardziej zaskorupiałym środowisku, bez dopływu świeżej krwi, co nie pozwala nabrać partii drugiego oddechu. Nie oszukujmy się – PiS w obecnej formule będzie zdobywał 25-30 procent i żaden „Budapeszt” się nie wydarzy.

III. Aktywizacja – tak!

Dlatego tak istotne staje się obudowywanie PiS-u rozmaitymi ruchami społecznymi, co postulowałem zarówno przed wyborami, jak i po nich, pisząc o zjednoczonym obozie IV RP. Na tym Ziobro mógł wiele ugrać, ale przez swą niecierpliwość szansę chyba zmarnował. Powinien był zacisnąć zęby, zakasać rękawy i rozpocząć orkę w terenie. Coś w tym stylu robił podczas kampanii, promując swoich kandydatów, tylko że czas na budowanie własnej pozycji jest między wyborami, sama kampania zaś powinna być momentem, gdy ta wcześniejsza praca zaprocentuje.

W obecnej sytuacji najlepsze co mógł zrobić Ziobro ze swoimi „szablami”, to znieść partyjne połajanki i następnie wyjść do środowisk sympatyzujących z PiS-em: jeździć po Polsce i promować lokalne, oddolne ruchy obywatelskie, pomagać w zakładaniu stowarzyszeń, animować miejscowe inicjatywy – słowem, robić wszystko to, czego nie robią lokalne struktury PiS-u, od których społecznicy często odbijają się jak od ściany. Właśnie teraz jest na to pora – do kolejnych wyborów mógłby się stać naturalnym przywódcą dla wzmocnionych w ten sposób struktur tych wszystkich „Solidarnych 2010”, „Klubów Gazety Polskiej” i pozostałych inicjatyw, których listę można znaleźć choćby wśród sygnatariuszy przedwyborczej deklaracji podpisanej na konwencji Prawa i Sprawiedliwości.

Jeśliby dobrze się sprawił (myślę tu też o stronnikach Ziobry, których jednak jakichś tam w partii ma), to za jakiś czas stałby się liderem wielonurtowego ruchu społecznego. Przed kolejnymi wyborami „aparat” i Jarosław Kaczyński zwyczajnie nie mogliby tych społecznych rekrutów zlekceważyć i chcąc nie chcąc, musieliby posunąć się na listach (a jak to „zawodowych działaczy” boli można było się przekonać ostatnio), wpuszczając ożywczy powiew – przyprowadzonych przez Ziobrę najlepszych ludzi spoza „aparatu”. Świeże wojsko nie do pogardzenia, zwłaszcza w tych okręgach, gdzie PiS dotychczas przegrywał.

Ale tego wszystkiego Zbigniew Ziobro mógł dokonać jedynie pozostając w PiS-ie. Jako samotny biały żagiel nie ma szans, nawet jeśli teraz będzie się napinał „jednocząc” pozapisowski polityczny plankton. To zresztą już widać, bo póki co szamocze się między Jurkiem, ojcem Rydzykiem, a... PJN.

IV. Zjednoczony Obóz IV RP czy droga donikąd?

Będę to powtarzał do znudzenia (jak choćby w tekstach: „Zjednoczony obóz IVRP” i „Zjednoczony obóz IVRP - cz.II”), ale dla PiS jedyną szansą na wygraną jest pójście do kolejnych wyborów w możliwie szerokiej koalicji z organizacjami społecznymi. Tylko taki Zjednoczony Obóz IV RP, składający się prócz partii z różnych „struktur sieciowych” jest w stanie osiągnąć wygraną gwarantującą samodzielne rządy (a i to pod warunkiem sprzyjających wiatrów).

Póki co jednak obserwujemy kierunek odwrotny – zasklepianie się partii i selekcję negatywną potęgowaną przez „obróbkę skrawaniem”-marginalizowanie i wypychanie poza partię takich ludzi jak „ziobryści”. Do tego dochodzi - w najlepszym razie - instrumentalne traktowanie niezależnych inicjatyw (a często, zwłaszcza w terenie, wręcz traktowanie różnych społecznych zapaleńców jako konkurencji zakłócającej wygodne status quo).

Takie podejście to droga donikąd. No chyba, że prawdą jest, iż pisowscy weterani usadowili się wygodnie w opozycji i nie pali się im do rządzenia, prezesa zaś utwierdzają w przekonaniu, że przyszła zmiana społecznych nastrojów sama z siebie wyniesie PiS do władzy. Jeśli tak jest i jeśli, co gorsza, Kaczyński w to wierzy, to kolejne „Budapeszty” będą zgarniać nam sprzed nosa różne „konstrukty służb” wykreowane do zagospodarowywania i kanalizowania społecznych frustracji.

Gadający Grzyb

sobota, 29 października 2011

Krajobraz po przejęciu – domknięcie



Dyktatura matołów, przekazując w putinowskim stylu Presspublikę proreżimowemu biznesmenowi, definitywnie zakończyła okres względnej medialnej pieriedyszki.


I. Ostatnie watahy IV RP

Bądźmy szczerzy, te kilka lat „Rzeczpospolitej” Lisickiego i parę miesięcy „Uważam Rze” - głównonurtowych pism niezależnych od rządzącej nami dyktatury matołów - było dla konserwatywnego przekazu w przestrzeni publicznej prezentem od losu, który nie miał prawa zaistnieć. Podobnie jak nie miało prawa się wydarzyć zwycięstwo PiS w 2005 roku i prezydentura Lecha Kaczyńskiego. Wszystko to zawdzięczamy czystemu zbiegowi okoliczności - oto dwie frakcje obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP w pewnym momencie pożarły się między sobą o wpływy i zamiast jak zwykle załatwić swoje porachunki po cichu, jedna ze stron postanowiła spór upublicznić. Jestem przekonany, że „agorowcy” do dziś gorzko żałują swej pokerowej zagrywki w wyniku której buldogi wylazły na chwilę spod dywanu i gryząc się o kość pokazały zdumionej gawiedzi fragmencik realiów „demokratycznego państwa prawa”. Efektem było „wzmożenie moralne” i dwulecie urządzania przedsionka IV RP, co na odcinku medialnym poskutkowało chwilowym (i mocno częściowym) przejęciem państwowych mediodajni, w tym – Presspubliki, które to podmioty na chwilę zaczęły jako-tako przypominać normalne media, a „Rzeczpospolita” nawet takim normalnym medium się stała.

Po 2007 roku „porzundek” na rynku mediów elektronicznych przywracano z rewolucyjną bezwzględnością, obracając TVP i Polskie Radio na powrót w mediodajnie. Z Presspubliką poszło trudniej, z uwagi na większościowego udziałowca, którym był brytyjski fundusz Mecom. Zresztą, do pewnego momentu dyktatura matołów chyba nawet nie za bardzo naciskała na przejęcie „Rzeczpospolitej”, być może uznając, że przyda się w ogólnym pejzażu taki pluralistyczny listek figowy, flankujący z umiarkowanych pozycji radykałów od Sakiewicza.

II. Dyktatura matołów kończy pieriedyszkę

Wszystko się zmieniło w momencie startu „Uważam Rze” i objęcia przez nowy tygodnik w ekspresowym tempie pozycji lidera na rynku tygodników opinii. Tego dyktatura matołów, szczególnie w warunkach zaistniałych po obnażającej fasadowość państwa Katastrofie Smoleńskiej zdzierżyć już nie mogła. Wytłumaczono więc brytolom z Mecomu, jakie są obiektywne uwarunkowania prowadzenia biznesu w kartoflanej republice, dlaczego powinni się kontentować działalnością na rynku mediów lokalnych i czemu należy odstąpić swój okręt flagowy wskazanemu przez „waadzę” biznesmenowi.

Tak więc, paradoksalnie, właśnie sukces „Uważam Rze” stał się gwoździem do trumny niezależności ostatnich mainstreamowych gazet. Dyktatura matołów przekazując w putinowskim stylu firmę proreżimowemu biznesmenowi, obwieściła tym samym definitywny kres względnej medialnej pieriedyszki.

O tym, że komunikat został właściwie odczytany, przemyślany, zrozumiany i przyswojony, świadczy zachowanie niemieckiego koncernu Neue Passauer Presse (Polskapresse), który błyskawicznie wywalił ze stanowiska redaktora naczelnego krakowskiego „Dziennika Polskiego” Piotra Legutkę – za to, że ten ośmielił się poprzeć protesty przeciw zmianom w redakcjach Presspubliki.

Tu uwaga – nie zgadzam się z głosami blogerów twierdzących, że swymi protestami środowisko dziennikarskie i ekipa „Rzepy”-”URz” ułatwiły zadanie Hajdarowiczowi, który musiał przez to pokazać kto tu rządzi. Był to raczej głos symbolicznego sprzeciwu wobec zmian, które zostały już dawno postanowione. Hajdarowicz bowiem wie doskonale na jakim świecie żyje, oraz kto, w jakich okolicznościach i dlaczego powierzył mu ten kolejny, medialny odcinek. (Więcej w tekstach „Krajobraz po przejęciu” i „Krajobraz po przejęciu – post scriptum”).

III. Plus-minus

Do „Rzeczpospolitej” i polityki redakcyjnej Pawła Lisickiego zdarzało mi się tu i ówdzie zgłaszać zastrzeżenia. Momentami drażniła mnie praktykowana przez niektórych dziennikarzy publicystyczna maniera szukania za wszelką cenę „drugiej strony”, czy udostępnianie łamów osobnikom pokroju Kuczyńskiego.

Takie wyważanie i „pluralizacja” wizerunku na siłę, skutkowały utratą wyrazistości i, jak sądzę, ograniczeniem niejako na własne życzenie liczby kupujących gazetę. Pluralizm nie polega bowiem na tym, by w tej samej gazecie umieszczać teksty od Kuczyńskiego po Wildsteina, gdyż w ten sposób zmusza się poniekąd czytelnika do sponsorowania honorarium Kuczyńskiemu. Chodzi o to, by na rynku istniały obok siebie różne tytuły, a czytelnik miał realny wybór. Nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek kupił „Rzepę” dla tekstu Kuczyńskiego, że tak symbolicznie już pozostanę przy akurat tym nazwisku, skoro może kupić sobie „Wyborczą”, gdzie tego typu publicystów ma skolko ugodno. Tym bardziej, że redakcja „Wyborczej” dba o to, by ich czytelnik sponsorować Wildsteina nie musiał.

Tych wad pozbawione było „Uważam Rze”, oferujące czytelnikowi spójniejszy przekaz i treści których nie oferowały inne tzw. „cytowalne” media - stąd bezprecedensowy sukces tego tygodnika.

W ostatecznym rozrachunku dorobek Lisickiego należy jednak ocenić mocno na plus, o czym się wkrótce przekonamy, gdy zaprowadzanie nowej linii redakcyjnej w obu pismach ruszy na całego.

IV. Wróblewski pod nadzorem politruka

W swym lipcowym tekście „Krajobraz po przejęciu” naszkicowałem dwie drogi, którymi może podążyć „Rzeczpospolita” po przejęciu. Pierwsza, to powrót do „doktryny Fikusa”, który ponoć mawiał, że od polityki jest „Wyborcza”, a „Rzeczpospolita” ma być dziennikiem obsługującym tematykę prawno-gospodarczą. Druga opcja, to recydywa agresywnie salonowej gaudenowszczyzny, której symbolem stało się wyrzucenie na lekko tylko zawoalowane życzenie „Wyborczej” Bronisława Wildsteina po opublikowaniu przez tegoż jawnych zasobów osobowych z archiwum IPN, znanych później jako „lista Wildsteina”.

Osobiście typowałem wtedy na nowego naczelnego Macieja Łętowskiego, który przez swą działalność we władzach Presspubliki dał się poznać z odpowiedniej strony, ale Tomasz Wróblewski również obozowi beneficjentów i utrwalaczy III RP krzywdy nie zrobi. Z jego wstępniaka można wyinterpretować, że nowa „Rzepa” będzie gdzieś pomiędzy - na pewno zrezygnuje z kursu polemicznego wobec flotylli dowodzonej przez „Wyborczą”, wycofa się także z tak gryzących Salon wątków patriotycznych, narodowych, wspólnotowych i tradycjonalistycznych (to podkreślanie indywidualizmu).

Krytyka dyktatury matołów sprowadzona zostanie głównie do komentowania posunięć rządu z pozycji ekonomicznej racjonalności, co jest dość bezpieczne, bo dopóki państwo nie zbankrutuje, to gospodarcze diagnozy nie rozpalają emocji i dla większości są śmiertelną nudą. Poza tym, jestem dziwnie spokojny, że zawsze prócz tekstu zawierającego rozsądną, wyważoną i do bólu konstruktywną krytykę PO, znajdzie się „dla równowagi” artykuł o należycie antypisowskiej wymowie, skupiający się na wyliczaniu dlaczego PiS jest tak beznadziejną opozycją i dlaczego w związku z tym Kaczyński musi odejść.

Nad poprawnością linii czuwać będzie delegowany zawczasu politruk – Artur Rumianek, były naczelny „Przekroju”, którego Hajdarowicz oddelegował już w sierpniu na stanowisko pełnomocnika d/s programowych spółki Gremi Media.

V. „Rzepa” jak „Dziennik”, „Uważam Rze” jak „Przekrój”

Podsumowując – mdła, uładzona wata, w sam raz dla koncesjonowanej opozycji niezbędnej do zachowania pozorów pluralizmu opinii. Można się spodziewać, że „Rzeczpospolita” za jakiś czas podzieli los „Dziennika” z czasów duetu Krasowski-Michalski, czyli straci jakąkolwiek moc opiniotwórczą, zadołuje sprzedażowo, aż wreszcie z czymś tam się połączy (pewnie z Parkietem) w ramach „reorganizacji” tudzież cięcia kosztów i będzie sobie wegetować gdzieś na obrzeżach medialnej rzeczywistości.

A „Uważam Rze”? Prócz tego, że nie będzie już „inaczej pisane”, tylko pisane jak najbardziej właściwie, również straci czytelników i wyłoży się biznesowo wskutek rozdzielenia redakcji z „Rzepą” co oznacza z miejsca skokowy wzrost kosztów. Trzeba będzie stworzyć od nowa osobny zespół redakcyjny, zaplecze, biura, obsługę – słowem, wszystko to, co od strony redakcyjno-organizacyjnej było ze względu na oszczędności łączone do tej pory z „Rzeczpospolitą”. „URz” będzie miało szczęście, jeśli skończy w niszy jak „Przekrój”, lecz jak dla mnie, zapowiedziane zmiany organizacyjne to prosta droga do uśmiercenia tytułu w białych rękawiczkach.

To tyle – jeśli chcecie poczytać o innych, równie ciekawych aspektach przejęcia Presspubliki, to opisuję je w analizach: „Krajobraz po przejęciu” i „Krajobraz po przejęciu – post scriptum”. Miłej lektury.

Gadający Grzyb

środa, 26 października 2011

Z życia umysłowego dzikich


I jak tu nie przyznać racji prof. Zybertowiczowi, gdy mówi o społeczeństwie postkolonialnym? Ja bym tylko dodał, że dojrzeliśmy właśnie do powtórnej kolonizacji.

I. „Tylko bez polityki proszę!”

Podczas jednego ze spotkań pod namiotem Solidarnych 2010 prof. Zybertowicz przyrównał znaczną część tubylczego społeczeństwa do niektórych ludów prymitywnych, które nie widzą związku przyczynowo-skutkowego między seksem a pojawianiem się dzieci. Uczynił to omawiając scenkę z warszawskiego Dworca Centralnego podczas pamiętnego paraliżu kolei zafundowanego przez ministra Grabarczyka w szczycie świąteczno-noworocznym za pomocą zmian w rozkładzie jazdy. Mamy oto zdezorientowany, wściekły tłum przelewający się peronami i nagle ktoś rzuca: „głosowaliście na Tuska, więc teraz macie”. Na to jakiś MWzWM, jakby dźgnięty ostrogą, odpowiada podniesionym tonem: „tylko bez polityki proszę!”. Morał? Ten inteligencik cacany najwyraźniej z całej mocy postanowił nie dostrzegać związku między wrzuceniem do urny kartki wyborczej a funkcjonowaniem infrastruktury za którą odpowiada wszak bardzo konkretny minister z konkretnego rządu będącego emanacją konkretnej partii politycznej.

Kilka miesięcy temu pisałem już notkę zahaczającą o ten psychologiczno-socjologiczny fenomen widzenia wszystkiego osobno, ale że od tego czasu nic się nie zmieniło, warto sobie odświeżyć ten ogląd „strasznych tubylców” z Lechistanu, gdyż mechanizm rządzący umysłami naszych rodaków nie przestaje mnie zadziwiać.

II. Jest źle ale dobrze

Oto, jak pokazuje comiesięczne badanie OBOP-u (przeprowadzone 13-16 października 2011), 51% Polaków uważa, że sprawy w kraju idą w złym kierunku, a 59% twierdzi, że gospodarka znajduje się w kryzysie (w tym 17% uważa, że kryzys jest głęboki). W tymże badaniu 35% uważa, że sprawy w Polsce idą w dobrą stronę, podobnie 35% sądzi, że gospodarka się rozwija (w tym 2% ocenia, że rozwija się „dynamicznie” - sądzę, że to pracownicy firm windykacyjnych, bo oni mają żniwa zważywszy na postępującą niewypłacalność Polaków zadłużonych na jakieś 700 mld zł).

Interesujący jest trend nastrojów, wskazujący, że liczba pesymistów maleje: w porównaniu z wrześniem odsetek osób źle oceniających kierunek spraw zmalał o 4%, a w porównaniu z lipcem – aż o 10% (wtedy było 61% ocen negatywnych co do kierunku spraw w kraju)! Co ciekawe – nie zmienia się znacząco odsetek respondentów twierdzących, że gospodarka znajduje się w kryzysie – w lipcu twierdziło tak 60%, w październiku zaś 59%.

Co wynika z tego galimatiasu? Polacy generalnie trzeźwo oceniają stan gospodarki, jednak z jakichś zupełnie irracjonalnych powodów 10% z nich zaczęło uważać, że będzie lepiej, a przynajmniej „sprawy” nie ulegną pogorszeniu. Czyżby kampania wyborcza z tuskobusem i „Polską w budowie” dała aż takie efekty?

Żeby było jeszcze ciekawiej, 37% badanych twierdzi, że warunki życia w ciągu najbliższych trzech lat nie zmienią się, a 22% twierdzi że sytuacja materialna wręcz się polepszy (przeciwnego zdania jest 35%)! 37+22=59. Trochę to dziwne, bo 59% to ci, którzy uważają, że w Polsce mamy kryzys. Zarazem 49% to ci od uważania, że sprawy idą w dobrą stronę (35%) lub nie mają zdania na ten temat (14%). Czyli jakiś odsetek jednocześnie uważa, że jest kryzys, ale sprawy idą w dobrym kierunku, zaś ich sytuacja materialna mimo kryzysu się nie pogorszy, bądź nawet ulegnie poprawie.

No i hit: w stosunku do września w tym samym badaniu, jak podałem wyżej, zmalał wprawdzie o 4% odsetek źle oceniających „kierunek spraw”, ale jednocześnie zwiększył się o 3% odsetek osób negatywnie oceniających stan gospodarki (!). Oznacza to, że według nich gospodarka dołuje, ale sprawy idą w dobrym kierunku...

Czy w tej sytuacji może dziwić ów leming z Centralnego nie widzący związku między polityką a stanem infrastruktury kolejowej?

III. Straszni tubylcy

No dobrze, jedźmy dalej. Nadal ten sam październikowy, już powyborczy sondaż OBOP-u. Oto 42% ma dobre zdanie o pracy rządu, a 49% źle ocenia pracę gabinetu Tuska. Jednocześnie 51% badanych twierdzi, że Tusk dobrze wypełnia obowiązki premiera (negatywne oceny – 40% respondentów). Dorzućmy do tego jeszcze preferencje partyjne: PO - 42%, PiS - 24%, Ruch Palikota - 11%, SLD - 8%, PSL – 6%. Zwróćmy uwagę: PO z PSL otrzymują łącznie 48% głosów, czyli o 6% więcej, niż tworzony przez te partie rząd, a notowania premiera w ogóle odstają od czegokolwiek. No i jak się to ma do wyników wyborów, które odbyły się ledwie kilka dni przed badaniem OBOP-u (PO - 39,18%, PiS - 29,89%, Ruch Palikota - 10,02%, PSL - 8,36%, SLD – 8,24%)?

Wynika z tego, że nasi rodacy nie widzą związku między parlamentarną większością, a wyłonionym przez tę większość rządem, ba – jakoś nie przebija się do ich świadomości zależność między pracą rządu, a oceną premiera! Jeśli dołożymy kurioza z poprzedniej części, gdzie pokazałem ocenę stanu gospodarki i kierunku „spraw” w kraju, to wyjdzie nam, że ci sami respondenci jednocześnie wskazywali, że:

- głosują na PO;

- źle oceniają pracę rządu tworzonego przez PO;

- dobrze oceniają premiera z PO;

- uważają, że sprawy w Polsce idą w dobrym kierunku;

- ale zarazem w Polsce jest kryzys;

- w ciągu trzech lat nie zmienią się ich warunki materialne.

Trochę uskrajniam oczywiście, ale taki z grubsza wyłania się obraz: totalnie zagubionych autochtonów z dzikiego interioru w sercu Europy, dla których nic z niczego nie wynika i którym nic z niczym nie zazębia się w jakiekolwiek związki przyczynowo-skutkowe. I jak tu nie przyznać racji prof. Zybertowiczowi gdy mówi o społeczeństwie postkolonialnym? Ja bym powtórzył tu konstatację z lipcowej notki „Straszni tubylcy w Lechistanie AD 2011”, że dojrzeliśmy właśnie do powtórnej kolonizacji.

Jak to podsumować? Chyba tak, że generalnie rzecz biorąc powiodła się wielka operacja pijarowska przeprowadzona na tubylczych mózgownicach, mająca wtłoczyć do głów przekonanie, że rząd nie odpowiada za „kierunek spraw” w kraju, „kierunek spraw” nie ma związku z gospodarką, zaś premier Donald Tusk nie odpowiada generalnie za nic – w tym za jakość pracy rządu na którego czele stoi.

Utwierdza mnie w tym przekonaniu przytoczona przez Budynia78 anegdota:

Kilka miesięcy temu w sklepowej kolejce byłem świadkiem solidarnego narzekania na rosnące ceny, które skończyło się, gdy jedna pani zaczęła winić za drożyznę rząd. Wówczas druga uznała za punkt honoru obronę władzy - "Czy pani myśli, że to rząd odpowiada za kryzys? Za ceny?". Zapytana, po cholerę nam rząd, który za nic nie odpowiada szybko wyszła ze sklepu.

Jak pięknie koresponduje to z okrzykiem: „Tylko bez polityki proszę!” - nieprawdaż?

I jeszcze na zakończenie: bardzo żałuję, że OBOP w swych comiesięcznych badaniach asekurancko nie zadaje respondentom jednego, podstawowego pytania: „Kto według Pani/Pana odpowiada za sytuację w kraju?”. Przypuszczam, że padłyby szalenie interesujące odpowiedzi.

Gadający Grzyb

sobota, 22 października 2011

Patriotic Games


Promocja;) W tekście link do LEGALNEGO downloadu DARMOWEJ (freeware) gry strategicznej o powstaniu węgierskim z 1848 roku!

(Tylko przeczytać mi najpierw, przed ściąganiem...)

I. Gry komputerowe jako nośnik propagandy

Włączę się dziś w szeroki nurt prawicowego narzekania na słabość patriotycznego przekazu w popkulturze. Konkretnie, chodzi mi o najdynamiczniejszy odcinek tejże, jakim są gry komputerowe. Z tym dynamizmem bynajmniej nie przesadzam – największe produkcje w branży dorównują budżetem hollywoodzkim hiciorom, a zważywszy, że skok ilościowy i jakościowy tego przemysłu dokonał się w stosunkowo krótkim czasie, to śmiało można zaryzykować twierdzenie, iż jest to najbardziej perspektywiczna forma przekazu. Tym bardziej, że prócz wszystkich zmysłów, rozgrywka angażuje gracza również na poziomie emocjonalnym. To zaś sprawia, że gry są wymarzonym nośnikiem różnorakich treści adresowanych zwłaszcza do młodszej i starszej młodzieży, która nie czyta, film obejrzy albo i nie, natomiast do ulubionej gry gotowa jest wracać, niczym starsze pokolenie do ukochanych książek. Gry komputerowe wymuszają ponadto prosty i czytelny „mesydż” – marzenie propagandysty. Kto się skrzywi, winien pamiętać, że społeczeństwa ulegają galopującej infantylizacji – kolejny punkt dla gier.

Nie ukrywam, że lubię sobie czasem potracić czas w taki właśnie sposób i - choć jestem graczem mocno „casualowym” - bardzo mi brakuje pozycji, o które mam zamiar postulować w niniejszej notce. Spójrzmy na klasykę FPS (strzelanek w pierwszej osobie) osadzonych w drugowojennych realiach: Medal of Honour czy Call of Duty – toż to jedna wielka propaganda. Wcielasz się brachu w amerykańskiego czy angielskiego (a nawet ruskiego, psiakrew!) wojaka i lądujesz w Normandii, dokonujesz dywersji za liniami wroga, odpierasz ofensywę w Ardenach, łazisz po kanałach Stalingradu, zdobywasz Berlin – i wszędzie naparzasz do Szkopów, kładąc ich całymi setkami, jak nie lepiej (nie liczyłem ;)). Przy okazji dowiadujesz się, że był ten cały D-Day, Ardeny, Stalingrad i cała reszta, widzisz jak wyglądała broń z epoki i tak dalej, bo autorzy dbają o realizm, a także słyszysz że „naziści” gadają po szkopsku, a nie po polsku. Grając, mimowolnie nasiąkasz atmosferą i przesłaniem o ciężkiej służbie dla ojczyzny. Dowiadujesz się również, że na wojnie łatwo zginąć – zwłaszcza gdy zaczyna walić szwabska artyleria, lub namierzają cię snajperzy.

II. Ich „The Saboteur”, nasz „Mortyr”

U nas tego praktycznie nie ma, choć mogłoby być, bo nasze studia są coraz lepsze i od jakiegoś czasu dość regularnie wypuszczają tytuły na światowym poziomie, które znajdują odbiorców za granicą. Tyle, że w tych polskich grach dominuje eskapizm – jakiś Dziki Zachód („Call of Juarez”), jakieś klimaty kłejko- i dumo- podobne, jakieś zombiaki („Dead Island”)... Dobre to wszystko, sprawnie zrobione (nie grałem, ale posiłkuję się tzw. gameplayami, które lubię czasami pooglądać), lecz generalnie sprawia wrażenie, jakby twórcy po pierwsze - chcieli na siłę udowodnić, że też potrafią robić gry „jak na Zachodzie”, po drugie - bali się, że polska tematyka się nie sprzeda.

No dobrze, przepraszam – jest trzecia część „Mortyra”. Właśnie zacząłem sobie w nią pykać, tyle, że jest to gra z segmentu „kioskowego” - niskobudżetowych gier za dwie dychy i to niestety widać. I tak jestem pełen podziwu dla twórców, którzy chyba wycisnęli w ramach skąpego budżeciku wszystko co się dało, ale i tak jedzie taniochą (grafika, różne niedoróbki). No i ten tytuł... – niewtajemniczonym wyjaśniam, że Mortyr... to ma być nazwisko polskiego cichociemnego(!), który wspólnie z partyzantami kopie Szwabom tyłki (no dobra, doczytałem, że nazwisko bohatera to spadek po poprzednich częściach, ale i tak mogli je zmienić, zachowując tytuł). Z odpowiednim budżetem i promocją byłby hit, a tak...

Tym bardziej, że na Zachodzie mają swojego „Mortyra III” - rzecz nazywa się „The Saboteur” (nie jest to FPS, ale chodzi mi o tematykę) i traktuje... o francuskim ruchu oporu w Paryżu. No żesz kuźwa – czy chodzi o tych paru pajaców kiwających się nad winem i bajerujących laski „na konspirę”? Dobrze chociaż, że głównym bohaterem jest zadziorny Irlandczyk a nie Francuz, co jakoś ratuje wiarygodność tego przedsięwzięcia. Tak czy inaczej „The Saboteur” to gra „wypaśna” i propaguje ten cały zafajdany resistance jak świat długi i szeroki.

III. Nędza

O innych typach gier aż szkoda pisać. Skoro tak lubimy kopiować zachodnie wzorce, to przypominam o istnieniu świetnej taktycznej serii „Commandos”, gdzie dowodzimy grupą sabotażystów wyprawiających na tyłach wroga różne fajne draki. Toż to wymarzony temat na grę z polskimi cichociemnymi w głównych rolach, albo Żołnierzami Wyklętymi dającymi wycisk komuchom – i niekoniecznie muszą wabić się, kuźwa, Mortyr.

Albo weźmy stare dobre strategie turowe – tu o dziwo, popisał się IPN na którego stronach można zagrać w internetową wersję edukacyjnej gry „303”. Jak to zobaczyłem, to odpadłem – przecież to klon wiecznie żywej serii „General” („Panzer General”, „Allied General” itd.) dla której zainstalowałem sobie Virtual PC z Win98, bo na nowszych wersjach Windy te gry już nie chodzą. Tylko, że to zaledwie taki on-line’owy drobiażdżek. Aż się prosi, by zrobić pełnowymiarową grę z „polskimi” kampaniami II WŚ – Tobruk, Bitwa o Anglię, Monte Cassino, Falaise, wyzwolenie Holandii, Market-Garden, „Ostra Brama”, Powstanie Warszawskie...

A skoro już jesteśmy przy Powstaniu. Ta-dam! Powstaje gra „Uprising ‘44” - ma to być coś w rodzaju RTS-a. Tyle, że patrząc po prezentacji „technicznego dema”, zapowiada się kaszana. No, nie zdzierżę... Do licha, istnieje nawet darmowa całkiem przyzwoita turówka o powstaniu węgierskim z 1848 roku (DO POBRANIA STĄD – LEGAL!) (LUB STĄD) - a my co?!

A gry ekonomiczne? Czyżbyśmy nie potrafili zrobić polskich odpowiedników serii „Anno”, czy różnych city-builderów (choćby coś w stylu „Cezara”)? Osobiście czekam z utęsknieniem na strategię ekonomiczną osadzoną w Polsce Kazimierza Wielkiego albo w księstwie słynących z gospodarności Henryków śląskich... A polski „tycoon”? Gra tocząca się w XIX-wiecznej „Ziemi Obiecanej” - Łodzi... mmm...

Tymczasem, nasi producenci tłuką „Juarezy” i „Wiedźminy” - żal ściska.

IV. Patriotic Games

Żeby nie przedłużać. Marzy mi się studio wyspecjalizowane w grach o tematyce polskiej. Niech się nazywa nawet z angielska, skoro w branży taka moda – "Patriotic Games" może być? Angielszczyzna pomagałaby w sprzedaży za granicą, bo oprócz polityki historycznej na krajowym podwórku, gry te pełniłyby funkcję propagandową na użytek zachodnich głąbów, co to „wiedzą” o polskich nazistach i że z tymi „nazistami” walczyli tylko Żydzi w getcie warszawskim. Do jasnej, Szwaby kilka lat temu wypuścili grę w której II WŚ wywołali Polacy (Codename: Panzers)! Jedynie w polskiej wersji ten wątek się nie pojawia (tacy uprzejmi), natomiast w wersjach przeznaczonych na wszystkie inne rynki świata – jest! Do ilu rąk trafiła ta gra?

Reasumując - gry komputerowe są wielkim, niewykorzystanym arsenałem propagandowego rażenia. Na dodatek, można na nich zarobić – to ogromny, lukratywny przemysł, a tematyka historyczna w odpowiednim opakowaniu świetnie się sprzedaje (weźmy serię „Total War”). Wreszcie – jesteśmy dla zachodnich odbiorców egzotyczni i to nasz atut, szansa na zaprezentowanie nowych, wciągających fabuł, których oni u siebie nie mają. Podstawowy warunek: przyszłe gry hipotetycznego studia "Patriotic Games" muszą być pozycjami z górnej półki – żadne tam „Mortyry” z kiosków i koszy w supermarketach. Klientela się znajdzie – tak w Polsce, jak i za granicą.

Ale, jak znam życie, to prędzej „Agora” sypnie kasą na grę o polskim motłochu mordującym Żydów w Jedwabnem, albo o „partyzantach” z bandy Bielskich...

Gadający Grzyb

czwartek, 20 października 2011

Krajobraz powyborczy


- czyli porządki w krainie dyktatury matołów.


I. Porządki wewnętrzne – mafijne porachunki

Szybko spełnił się powyborczy koszmar Grzegorza Schetyny, który, nie chwaląc się, przewidziałem, pisząc jeszcze przed wyborami, że „umocniony Tusk byłby dla niego śmiertelnym politycznym zagrożeniem” - ale to tak na marginesie, bo nie trzeba było żadnego geniusza, żeby przewidzieć, iż zwycięski ober-Matoł czym prędzej przystąpi do wykańczania niedorżniętej konkurencji. Z punktu widzenia Schetyny najlepszym rozwiązaniem była zatem umiarkowana porażka Platformy, która podważyłaby pozycję Tuska i otworzyła Żelaznemu Grzegorzowi możliwość zagospodarowania niezadowolenia partyjnego aparatu. Nad porażką czuwać miał zaufany Schetyny - Jacek Protasiewicz, który poprowadził kampanię Platformy w swym unikalnym, partackim stylu, rodem z kampanii prezydenckiej Tuska w 2005 roku.

Niestety, tym razem pieczę nad biegiem wydarzeń roztoczył również zbiorowo obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP, którego obecna dyktatura matołów jest powolną ekspozyturą i w kluczowym momencie po prostu zaczął prowadzić kampanię równolegle z Platformą, każąc na ten czas porzucić reżimowym mediodajniom resztki pozorów i przyzwoitości, który to zabieg – niezależnie od błędów PiS-u – uwieńczony został sukcesem. Groza lat 2005 – 2007 była zbyt dojmująca, by puścić sprawy na żywioł.

Tak więc, Schetyna zamiast przygotowywać się do zwoływania rozczarowanych porażką matołów i sposobić do podjazdowej wojenki z ober-Matołem, musi drżeć by Tusk nie zapakował go w betonowe buciki jak Olechowskiego, Piskorskiego, Gilowską, czy Rokitę. „Spółdzielcy” od Grabarczyka wykończyli się uprzejmie sami, zresztą, nie jestem pewien, czy Tusk nie wsadził celowo Grabarczyka na minę w postaci „wybuchowego” resortu infrastruktury, by ten się skompromitował i pociągnął za sobą całą frakcję. Teraz został do wykończenia już tylko Schetyna, którego jednak nie skreślałbym – jeśli przetrwa w ramach PO, to powróci, takie typy jak on charakteryzuje bowiem cierpliwość gada. Na miejscu Tuska zatem oglądałbym się za siebie lub dokończył egzekucję, gdyż nie od dziś wiadomo, że „Bóg wybacza – Schetyna nigdy”.

Czuję się po trosze jakbym opisywał mafijne porachunki, ale w sumie zważywszy na materiał ludzki, tych współczesnych neo-Szmaciaków współtworzących dyktaturę matołów, trudno spodziewać się czegokolwiek innego.

II. Operacja „Palikot” - porządki opozycyjne

W każdym razie, jak wspomniałem, groza lat 2005-2007 sprawiła, że obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP pomny na nocne duszności i mokre prześcieradła, postanowił wzmocnić dodatkowo dyktaturę matołów przy pomocy koncesjonowanej opozycji, czyli manewru tradycyjnie stosowanego w postsowieckiej kulturze polityczno-socjotechnicznej. Był Żyrinowski przy Jelcynie, był Lepper przy Millerze, będzie Palikot przy Tusku, co firmuje swą fizjonomią Jerzy Urban dając tym samym czytelny sygnał, gdzie post-esbecja ma kierować swe aktualne sympatie, wysiłki, tudzież troskliwą opiekę. Jeśli doliczyć do tego konszachty Palikota z Michnikiem, to i parasol medialny będzie zapewniony. Urban – Michnik – Palikot, niczym trzej muszkieterowie dyktatury matołów będą czuwali nad spokojem obozu władzy, flankując PO od strony strupieszałego SLD i podrzucając co jakiś czas w stronę PiS-u prowokacje w rodzaju sejmowego krzyża, skutkujące gromkimi awanturami.

Niestety, w przypadku PiS-u każdorazowo sprawdza się recepta sformułowana bodaj przez Ostachowicza w odniesieniu do śp prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Przypomnę, że w recepcie tej chodziło o to, że Kaczyński ma być małpą w klatce. Jeśli małpa robi się zbyt spokojna trzeba klatkę kopnąć, by małpa zaczęła się możliwie głośno i spektakularnie awanturować, strasząc wyborców. Prowokacja z krzyżem wskazuje, że tym razem za zbiorową „małpę” będzie robił PiS, a kopać klatkę będzie po staremu Palikot, tyle że tym razem jego reżyserowane wyskoki nie będą szły na konto Platformy. Do tej pory to władza „zużywała” - tym razem zużyć ma pozostawanie w „niekonstruktywnej” opozycji i jest to pewne novum do którego posłużyć ma operacja „Palikot”.

III. Bunt koncesjonowany – uporządkowany Budapeszt

Wszystko oczywiście po to, by pozbawić PiS potencjału „budapesztańskiego” na okoliczność spodziewanych niepokojów społecznych, gdy po kolejnych latach „budowania Polski” państwo przegnije już ze szczętem i zawali się pod ciężarem kryzysu. Do tego jednak może być mało Palikota i prokurowanego „zużycia opozycyjnością”. Należy zatem zadbać, by bunt przebiegał jak należy, w sposób uporządkowany – i tu jakimś nieśmiałym zaczątkiem, balonikiem próbnym mogła być niedawna demonstracyjka „oburzonych” - młodzieży z właściwego ideowo Wielokulturowego Liceum im. Jacka Kuronia z czesnym ponad 800 zł/m-c. Widzę tu zarazem tą śmieszną, gazetowyborczą chęć, by wszystko – nawet „bunt” - było u nas „jak na Zachodzie”, tym postępowym, ma się rozumieć.

Chcecie się buntować, kontestować, to my wam pokażemy jak – prawią mentorzy z „Wyborczej”. Albowiem, trzeba wam wiedzieć, droga młodzieży, że antysystemowość może być nawet ożywcza, jeśli jest praktykowana wedle jedynie słusznych, lewackich wzorców wypracowanych przez pokolenie ‘68 i pod czujnym okiem starszych i mądrzejszych, co to na marksizmie mózg i zęby zjedli, teraz zaś za pomocą sztucznych szczęk od najlepszych ortodontów konsumują w spokoju ducha owoce swych młodzieńczych uniesień. Zróbcie, jak radzimy, to też będziecie konsumowali. Macie nienawidzić kapitalizmu i żądać więcej socjalu oraz wyrównywania szans, którym to wyrównywaniem chętnie się zajmiemy – wszak żyjemy z tego wyrównywania od lat, więc znamy się na rzeczy. Nade wszystko jednak macie nienawidzić Kościoła, opresyjnego społeczeństwa, rodziny i całej tej moherowszczyzny z jej patriotycznymi zaśniedziałymi „wartościami”, która rozpanoszyła się w kraju i swym tradycjonalizmem hamuje modernizację.

Poza tym – dodają szeptem mentorzy - śmieją się z nas w Europie.

No i o to z grubsza chodzi – zastąpić antysystemowość niesłuszną, konserwatywną i destrukcyjną, godzącą w pryncypia założycielskie i dobrostan obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, antysystemowością koncesjonowaną, która postulaty sanacji państwa zastąpi antyglobalistycznym bełkotem o „pekariacie” spod znaku „Krytyki Politycznej” i młodszego pokolenia redaktorów „Wyborczej” - a wszystko pod czułą opieką Agorowych weteranów.

Kiedy nadejdzie Budapeszt, będą przygotowani, by społeczne frustracje odpowiednio skanalizować i ukierunkować, tak by nic konkretnego z nich nie wynikało – jak w Londynie, Rzymie czy Atenach.

Oczywiście, do powodzenia tego eksperymentu trzeba czasu. Ciekawe, co będzie pierwsze – ich czy nasz Budapeszt.

Gadający Grzyb

sobota, 15 października 2011

Zjednoczony obóz IV RP – cz. II


...czyli - czekając na Budapeszt. PiS powinien pójść do następnych wyborów w szerokiej koalicji z autonomicznymi organizacjami społecznymi.


I. „Infrastruktura patriotyzmu”

Jarosław Kaczyński podczas wieczoru wyborczego podsumował swe wystąpienie słowami: „przyjdzie taki dzień, kiedy będziemy mieli w Warszawie Budapeszt”. Niewykluczone, tyle że Budapeszt sam się nie zrobi. Nie wystarczy bierne oczekiwanie na społeczny przełom – trzeba mu dopomóc, inaczej „Budapeszt” ktoś sprzątnie nam sprzed nosa. Tymczasem odnoszę wrażenie, że PiS liczy na władzę, która sama przyjdzie dzięki kryzysowemu odwróceniu „tryndu" społecznego. Błąd. Równie dobrze potencjał społecznego niezadowolenia może przejąć jakaś sprytnie wykreowana na tę okoliczność „wydmuszka" - trybun ludowy ze służbowego rozdzielnika stworzony właśnie po to, by owo niezadowolenie zagospodarować. Był Lepper, jest Palikot – jaki problem by podrzucić w kluczowym momencie sfrustrowanym i ogłupionym wyborcom kogoś, kto podbierze kolejne segmenty elektoratu?

Najgorszym błędem w każdej walce jest niedocenianie przeciwnika. „Tamci” - z obozu beneficjentów i utrwalaczy IIIRP wraz ze swą ekspozyturą, jaką jest obecna dyktatura matołów, nie są przecież durniami – wiedzą co się szykuje, wiedzą również na co liczy Kaczyński. Chyba nikt nie jest tak naiwny, by sądzić, że nie będą się starali zabezpieczyć i przygotować na skanalizowanie spodziewanych niepokojów, gdy obecna „mała stabilizacja” na krechę zawali się pod ciężarem długu publicznego.

Dlatego należy się przygotować już dziś na godzinę próby, która zresztą nadejdzie prawdopodobnie grubo przed końcem obecnej kadencji. Rafał Ziemkiewicz w swym felietonie w „GP” użył pojęcia „infrastruktura patriotyzmu”. Pozwolę je sobie pożyczyć, gdyż doskonale oddaje to, czego opcji patriotyczno-niepodległościowej potrzeba, by nie skichać się po raz kolejny. Taką patriotyczną infrastrukturą – cierpliwie i konsekwentnie budowaną (o czym u nas pisze m.in. Kuki powołując się na Grzegorza Górnego) – dysponował bowiem na Węgrzech Fidesz i Wiktor Orban. Dzięki niej potrafił zagospodarować spowodowaną kryzysem zmianę nastrojów społecznych i wygrać w imponującym stylu.

Zaczątki tej infrastruktury mamy. Dobrym początkiem było podpisanie podczas sierpniowej konwencji wyborczej wspólnej deklaracji z organizacjami społecznymi. Nadzieje i zagrożenia postarałem się wówczas odmalować w tekście „Zjednoczony obóz IV RP”, którego kontynuacją jest niniejsza notka.

II. Przegląd stanu posiadania

Warto w tym miejscu porównać potencjał społeczny dwóch głównych antagonistów: PiS-u i Platformy Obywatelskiej. Porównanie to wypada dla PO miażdżąco: o ile Prawo i Sprawiedliwość może pochwalić się oparciem w powstałych samorzutnie organizacjach - będących na ogól pokłosiem posmoleńskiego wzmożenia obywatelskiego i „ruchu niezgody” na wielowymiarowe staczanie się Polski - o tyle Platforma by stworzyć wrażenie szerokiego poparcia musi uciekać się do wyciągania polityków z konkurencyjnych ugrupowań w zamian za miejsca na listach.

Kto tu zatem jest naprawdę ugrupowaniem obywatelskim? Nie sposób (zachowując odpowiednie proporcje) uciec tu od analogii z czasów PRL-u z początku lat 80-tych, kiedy to dysponująca pełnią władzy oraz aparatem przymusu i represji PZPR reprezentowała de facto samą siebie - bandę czerwonych karierowiczów legitymizujących w zamian za osobiste korzyści sowiecką dominację, zaś większość Polaków miała swego reprezentanta w opluwanej, zwalczanej siłowo i propagandowo „Solidarności”.

Polska Zjednoczona Platforma Obywatelska może zatem liczyć na aparat państwa w rodzaju „rozgrzanych sądów”, służby, ewentualne „cuda przy urnach” i broń masowego ogłupienia – pozostające w rękach obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP wiodące mediodajnie, które nie tyle popierają PO, ile blokują możliwość powrotu „obozu IV RP” do władzy. PiS może zaś liczyć na działalność oddolną, w lokalnych społecznościach, prowadzoną przez sprzyjające mu środowiska patriotyczne.

Zatem, mimo że ostatnie starcie zakończyło się porażką, to przyszłość, pod warunkiem zachowania obecnego, prospołecznego kursu, będzie należała do IV RP. Warunek: trzeba to pielęgnować i rozwijać – obecnie dysponujemy bowiem zaledwie tzw „dobrym początkiem”.

III. Obywatelski „pas transmisyjny”

Wiktor Orban, na którego lubią się powoływać działacze PiS z prezesem na czele, podczas lat opozycyjnej odstawki potrafił stworzyć w terenie sieć lokalnych organizacji, która w odpowiednim momencie zafunkcjonowała. Dzięki nim potrafił np. komunikować się z wyborcami ponad głowami oficjalnych, dominujących przekaziorów pozostających w rękach tamtejszej postkomuny (to dla tych, którzy w kółko narzekają na media i usprawiedliwiają w ten sposób kolejne porażki – Orban miał tak samo). Takiego zjednoczonego obozu IV RP współtworzącego postulowany przeze mnie wielokrotnie Drugi Obieg 2.0 nam trzeba i on powstaje – tyle że potrzebuje aktywnego wsparcia i współpracy ze strony struktur PiS-u, z tym zaś bywa różnie, o czym można było się przekonać podczas ostatnich wyborów. To w teren powinny pójść partyjne fundusze, kadry, środki, logistyka, a nie na centralę i paru topornych działaczy szwendających się po różnych TVN-ach.

Na sojusz z organizacjami obywatelskimi należy chuchać i dmuchać, ale partyjny „aparat" jak to „aparat" - ruchów obywatelskich nie lubi, bo zamiast sprzymierzeńca widzi w nich często konkurencję. A już gdy te organizacje próbują sprawować nad Partią jakąś obywatelską kontrolę by, mówiąc Chłodnym Żółwiem, „krówki nie właziły w szkodę” - no to jest obraza majestatu na całego, o czym przekonała się blogerka Iranda, która nie została mężem zaufania, bo niegdyś skrytykowała lokalną panią poseł. O takich kwiatkach, jak spławienie reżysera Piotra Zarębskiego i jego inicjatywy powołania telewizji aż się nie chce pisać.

Z takim podejściem należy skończyć. PiS może mieć niezastąpiony instrument służący „polityzacji mas”, będący znakomitym pasem transmisyjnym docierającym bezpośrednio do ludzi z pominięciem wrogich mediodajni. „Aparat” jednak winien wystrzegać się arogancji i traktować ludzi podmiotowo, a nie jak wygodne narzędzia, które raz bierze się do ręki, innym razem zaś odstawia do kąta.

W ten sposób infrastruktury patriotyzmu się nie stworzy.

IV. Gabinet fachowców

Osobną kwestią jest, by ten obywatelski „pas transmisyjny” miał co transmitować. Kłania się tu wykorzystane zaplecza intelektualnego z którego może skorzystać Prawo i Sprawiedliwość. Jest Instytut Sobieskiego, Fundacja Republikańska - są specjaliści, którzy powinni zastąpić w roli „twarzy” zgranych i nieudolnych działaczy. Jest potencjał ujawniony choćby na kongresie Polska Wielki Projekt zdolny stworzyć kompleksowy program sanacji państwa we wszystkich dziedzinach. Część z tych osób można było odnaleźć na listach podczas ostatnich wyborów, jednak po pierwsze – za mało, po drugie – byli za słabo wyeksponowani. Tymczasem ludzie ci powinni stworzyć może nie tyle „gabinet cieni”, ile „gabinet fachowców” - specjalistów reprezentujących stanowisko PiS w poszczególnych dziedzinach.

Warto przypomnieć rodzimym „orbanowcom” co to „czekają na Budapeszt”, że Wiktor Orban zebrał zaplecze fachowców, którzy stworzyli konkretną ofertę programową. Krótko mówiąc - było z czym wyjść do ludzi. Nie muszę chyba dodawać, że po ewentualnym zwycięstwie program ten należy wdrażać, zaś jego autorzy powinni być wiodącymi postaciami w „swoich” resortach.

V. Zjednoczony obóz IV RP o muerte!

No i wreszcie kwestia podejścia do wyborów. Otóż moim zdaniem PiS powinien pójść do następnych wyborów nie jako pojedynczy podmiot – monopartia, ale w możliwie szerokiej koalicji z autonomicznymi organizacjami społecznymi: Solidarnymi 2010, Stowarzyszeniem Polska Jest Najważniejsza, Ruchem Społecznym im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, Komitetem Katyńskim – wymieniam przykładowo, jest tych podmiotów więcej. W ten sposób PiS z Jarosławem Kaczyńskim na czele, pozostając naturalnym przywódcą i główną siłą tego porozumienia, zdejmie z siebie odium politycznej alienacji, partii „niekoalicyjnej” - pokaże się jako reprezentant masowego ruchu społecznego: Zjednoczonego obozu IV RP.

Wyborcy w Polsce premiują współpracę i porozumienie. Poza tym, takie odnowienie oblicza daje pewien powiew świeżości, również lubiany przez elektorat i wybije argumenty tym, którzy twierdzą, że PiS się „zużył” jako opozycja. Ja wiem, że partia najchętniej pogłaskałaby tych wszystkich społeczników po główkach, powiedziała dobre słowo, ale podzielić się dobrymi miejscami na listach - och nie, to za bardzo boli... Ujmę to tak: PiS już teraz coraz częściej postrzegany jest jako część zastygłego systemu – z czasem ten wizerunek będzie się pogłębiał, a Prawo i Sprawiedliwość stopniowo będzie osuwało się na wyborczy margines, zakładając nawet optymistycznie, że nie dojdzie do rozłamów w stylu PJN. Lepiej się posunąć i dopuścić do głosu przedstawicieli „infrastruktury patriotyzmu” bez której i tak nie wygra się wyborów, by w ostatecznym rozrachunku zebrać całą „orbanowską” pulę, co jest wszak deklarowanym celem.

Jeśli PiS nie zdecyduje się na ten śmiały ruch, to wciąż będziemy marzyli o swym Budapeszcie w głębokim poczuciu własnej racji i zrzędzili na zgnojone, postkolonialne społeczeństwo. Tymczasem premię za nowość, antyestablishmentowość – i w konsekwencji „głos ludu” - będą zgarniać jakieś Palikoty, tudzież inne konstrukty wykreowane do kanalizowania społecznych frustracji.

Gadający Grzyb

 

Niektóre teksty nawiązujące do tej tematyki:

http://niepoprawni.pl/blog/287/zjednoczony-oboz-iv-rp

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/pis-mediodajnie

http://niepoprawni.pl/blog/287/bledy-kampanii

http://niepoprawni.pl/blog/287/o-naprawie-rzeczypospolitej

 

środa, 12 października 2011

Błędy kampanii


Prawo i Sprawiedliwość przegrało z Platformą, która poprowadziła swą najnędzniejszą kampanię w historii.

 


I. Fiasko

W lipcu zadawałem pytanie (i nie tylko ja): „Czy Jarosław Kaczyński chce wygrać wybory?”. Przyznam, że do końca kampanii nie miałem w tej sprawie jasności. Zaryzykuję jednak tezę, że Kaczyński na wygraną nie liczył, a już na pewno nie na tak miażdżącą, która umożliwiłaby samodzielne rządy. Liczył natomiast na znaczące wzmocnienie PiS jako głównej siły opozycyjnej i osłabienie Platformy. Idealnym z czysto politycznego punktu widzenia rozwiązaniem byłoby jedno-dwu procentowe zwycięstwo nad PO, po którym pod patronatem Bronisława Komorowskiego zostaje zmontowana anty-pisowska koalicja „obrońców demokracji” - Platformy i pozostałych ugrupowań reprezentujących obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP. Następnie, za dwa-trzy lata, w wymuszonych krachem państwa przedterminowych wyborach, przystępujemy z tych umocnionych pozycji do ofensywy i przejęcia władzy w orbanowskim stylu.

Jeśli taki był plan, to nie wypalił. PiS ledwie obronił stan posiadania z 2007 roku. Platforma tak naprawdę się wzmocniła i to w bezprecedensowym rozmiarze, jeśli do wyniku PO doliczyć wynik operacji „Palikot”.

Co się stało?

Wszystko się we mnie przewraca na samą myśl o roztrząsaniu kampanii wyborczej, ale cóż, trzeba, cofając się również do pisanych na gorąco przedwyborczych analiz. Nie po to, by epatować swoim „a nie mówiłem?”, tylko po to, by ktoś decyzyjny w PiS-ie raczył przeczytać, poskrobać się po łepetynie, czy po czym tam się drapią i wyciągnąć wnioski.

II. Hetman Poręba

Błędem numer jeden było postawienie na czele sztabu Tomasza Poręby. Niestety, moje obawy co do tego osobnika potwierdziły się, a parę następnych ma szanse potwierdzić się w najbliższym czasie. Poręba zaczął od ataku na Ziobrę i Kurskiego (cytuję za swym tekstem „Czy Jarosław Kaczyński chce wygrać wybory?”): „w wywiadzie dla „Plusa-Minusa” płakał wręcz Mazurkowi w mankiet, że /jeszcze dwie, trzy takie wrzutki z boku i mamy pozamiatane/. Innym mediodajniom szlochał w podobnym stylu.” W tejże notce stwierdziłem ponadto m.in., że „Poręba jest zainteresowany swą nową funkcją o tyle, o ile ta pomoże go wypromować i pognębić wrogą frakcję w partii” (tj. Ziobrę i Kurskiego), poza tym „najzwyczajniej w świecie próbuje zawczasu usprawiedliwić porażkę i wskazać potencjalnych winnych!”, puentując temat szefa kampanii następująco: „Pan Poręba Tomasz, będąc „hetmanem” wyborczego starcia, nie wierzy w zwycięstwo”.

Jeśli faktycznie dojdzie do partyjnego linczu na odsuniętych od kampanii Ziobrze i Kurskim za „brak gry zespołowej” i zwalenia na nich winy za porażkę, będzie to gorzkim podsumowaniem powyższego – do czego zresztą Poręba przygotowywał się już na starcie kampanii.

III. Centrystyczny miraż

Kolejnym błędem był „centrystyczny miraż” - ocieplanie wizerunku, łagodzenie przekazu, schowanie w dalekie tło tematyki smoleńskiej. Była to, w przeciwieństwie do szamoczącej się Platformy, owszem, kampania spójna i konsekwentna, tyle że... robiona kompletnie „obok”. I tu również unosi się duch „hetmana” Poręby, który „między Brukselą a Strasburgiem nasiąkł europoprawniactwem, w którym to poprawniactwie nie mieści się, no - po prostu się nie mieści żadne ostrzejsze sformułowanie, żadna kontrowersja.” ( „Czy Jarosław Kaczyński chce wygrać wybory?”).

Kogo ten przekaz przekonał, przyciągnął? PiS ględził, że Polska jest rozkopana, a ludziom nie żyje się lepiej i że w związku z tym „Polacy zasługują na więcej”. Krótko mówiąc, kampania upłynęła na chrzanieniu, że Tuskowa „ciepła woda w kranie” jest nie dość ciepła i my ją podgrzejemy. Ekscytujące.

Tymczasem przekaz powinien być twardy i zdecydowany – jak na opozycję przystało. Należało okazać cojones i skoncentrować się na szeroko rozumianej katastrofie po-smoleńskiej – rozkładzie struktur państwa, postępującej zamordyzacji życia publicznego i zapaści znaczenia Polski na arenie międzynarodowej. Nie trzeba do tego dywagacji, czy mieliśmy do czynienia z zamachem czy nie – wystarczyło dzień w dzień wbijać Polakom do głów, że skutki katastrofy są takie, jakby to był zamach. Na pewno wynik nie byłby gorszy od obecnego, bo na PiS i tak zagłosowali ci, którzy mieli zagłosować, a była szansa potrząsnąć paroma procentami elektoratu więcej. Tak zaś, niezdecydowane wyborcze bagno po „letniej” kampanii PiS-u zagłosowało asekuracyjnie na PO, lub podsuniętego im Palikota.

Na zakończenie tego wątku: w Okręgu nr 10 (Piotrków Trybunalski), „jedynką” na liście był Antoni Macierewicz - „twarz” smoleńskiej tematyki w PiS-ie, oczywiście schowany przez sztab na czas kampanii do tylnego szeregu. W tym okręgu PiS zdobył 39,62% poparcia (PO – 25,61%), zaś Antoni Macierewicz znokautował rywali zdobywając 41 871 głosów (druga była Elżbieta Radziszewska z PO, która zdobyła ponad dwukrotnie mniej głosów: 19 269).

Można było? Można.

IV. Rozbrojenie

Paradoksalnie, ta „wyważona” kampania rozbroiła PiS i uczyniła partię na własne życzenie bezbronną w obliczu przypuszczonego w ostatnim tygodniu ataku - „Merkelgate”. PiS na ten atak zupełnie nie zareagował – koślawe i rozproszone tłumaczenia to żadna reakcja. Gdyby PiS wraz z Kaczyńskim był w przedwyborczym „gazie” i operował od początku zdecydowaną retoryką, gdyby jednym z głównych elementów kampanii był sojusz rosyjsko-niemiecki, Nord Stream, Świnoujście i działania przeciw polskim łupkom, to jakieś tam jedno zdanie o kanclerz Niemiec nie wywarłoby na nikim większego wrażenia. Tymczasem, ta bomba, którą zdetonowano jako Plan „B”, zamiast słynnej spreparowanej „rozmowy” ale z użyciem tych samych środków, trafiła na odsłoniętego przeciwnika, który już nie potrafił jej odbić ani rozbroić.

Czułem w kościach, że nie będzie dobrze, a gdy przeczytałem, jak „umiarkowani konserwatyści” z „Rzepy” do spółki z salonowymi politologami nasładzają się „spokojnym Kaczyńskim” i kampanią a la Kluzik-Rostkowska z 2010 roku, moje obawy nasiliły się, czemu dałem wyraz w notce „Kampania powtórzonych błędów?” . Ale tamci nie przyznają się, że mylili się tak samo, jak w przypadku kampanii prezydenckiej. Napiszą, że wszystko byłoby cacy, gdyby Kaczyński wziął udział w debacie z Tuskiem, nie napisał książki i nie zapytał cyngla z TVN-u dla jakiej telewizji pracuje.

Będę się upierał, że znowu stracono cnotę nie zarobiwszy rubla. Przypomnę, że w 2010 roku przegrano z osobnikiem na poziomie umysłowym Karola Radziwiłła „Panie Kochanku”, którego na zdrowy rozum każdy konkurent powinien zdystansować o kilka długości. Przed chwilą zaś Prawo i Sprawiedliwość przegrało z Platformą, która poprowadziła swą najnędzniejszą kampanię w historii, w której to kampanii sypały się jedno po drugim wszystkie założenia i której prowadzenie wzięły w końcu na siebie niemal całkowicie reżimowe mediodajnie.

V. Merkelgate, mediodajnie i Drugi Obieg 2.0

Nigdy nie pojmę, po kiego diabła Jarosław Kaczyński wybrał się do programu Lisa, by odbyć zastępczą debatę. Bo Lis w ostatecznym rozrachunku wygrał. Co z tego, że Kaczyński rozjechał go w programie – to nieistotne, pyrrusowe zwycięstwo. Lis wykonał zadanie detonując „Merkelgate”, czym wszystkie media żyły już do końca kampanii. Po dwóch dniach zwycięstwo Kaczyńskiego nad medialnym cynglem dyktatury matołów było już tylko wspomnieniem. Bez obecności Kaczyńskiego w momencie odpalenia ładunku, miałby on zdecydowanie mniejszą siłę rażenia. Spodziewał się, że upoluje Lisa merytoryką, że ten nie ma żadnych brudnych sztuczek w rękawie?

Zresztą, dotykamy tu szerszego problemu, jakim są relacje PiS-u z mediami. W tekście „PiS a mediodajnie” wykazałem na przykładzie dwóch półrocznych bojkotów – TVN-u i programu Olejnik w „Zetce”, że obecność lub nieobecność polityków Prawa i Sprawiedliwości w reżimowych mediodajniach nie ma żadnego przełożenia na społeczne poparcie dla tej partii. Taka specyfika – zarówno PiS jak i mediów. Co więcej – bojkot na dłuższą metę jest szkodliwy właśnie dla żywiących się politycznym „mięchem” przekaziorów, które w ten sposób utrzymują słupki oglądalności i słuchalności.

Na dodatek aby mediodajnie „skutecznie spełniały swą rolę, potrzebują ciągłego uwiarygodniania się w oczach społeczeństwa. Takiej permanentnej legitymizacji dostarczają właśnie politycy głównej siły opozycyjnej przychodząc do studia, gdzie - chcąc nie chcąc - pełnią rolę pożytecznych idiotów.” („PiS a mediodajnie”)

Podsumowując tę część: należy stosować konsekwentny bojkot stronniczych mediów, delegitymizując je tym samym przed opinią publiczną. Nie uwiarygadniać swą obecnością, nie zamazywać podziału. Zamiast pielgrzymować po wrogich studiach i redakcjach należy skupić się na rozwoju własnego Drugiego Obiegu 2.0. Docierać bezpośrednio do ludzi z pominięciem tradycyjnych kanałów dystrybucji przekazu. Taka jest logika tego systemu: musi być szczelnie domknięty, albo pada. Każda szczelina powoduje prędzej czy później jego rozsadzenie.” („PiS a mediodajnie”)

Ten drugi obieg już funkcjonuje i śmiem twierdzić, że to właśnie ten rój rozproszonych inicjatyw – od mediów spod znaku „Gazety Polskiej” oraz sieci jej klubów, poprzez „konsorcjum” ojca Rydzyka, po stowarzyszenia, portale internetowe, blogosferę z jej różnymi inicjatywami – właśnie ten Drugi Obieg 2.0, a nie partyjny „aparat” i mdła kampania zmobilizował te blisko 30% twardego elektoratu i uchronił PiS od wyborczej kompromitacji.

Jako post scriptum warto zapoznać się z listem reżysera Piotra Zarębskiego, gdzie mowa o konieczności powołania telewizji oraz o tym, jak parę lat temu namawiał do tej inicjatywy Adama Lipińskiego i jak został spuszczony po drucie. Nic dodać, nic ująć.

VI. Marazm strukturalny

I ostatni temat, kto wie czy nie najboleśniejszy – współpraca z sympatykami w terenie. Cieszyłem się jak głupi, gdy PiS podpisywało 20 sierpnia na konwencji wspólną deklarację z organizacjami społecznymi. Radości tej dałem wyraz w tekście „Zjednoczony obóz IV RP”. Sytuacja wychodziła na przeciw moim oczekiwaniom „otorbiania” partii przez stowarzyszenia wyłonione po 10.04.2010 i współtworzące swoisty „ruch niezgody” na kierunek w jakim podąża polskie państwo. Zawczasu zgłosiłem jednak kilka zastrzeżeń, które z czasem zdają się nabierać mocy.

Przede wszystkim, wśród innych przestróg, napisałem że „ciężar utrzymania związku spoczywa przede wszystkim na Prawie i Sprawiedliwości, jako silniejszym partnerze w tym mariażu. Powtórzę – lekceważenie, traktowanie per noga, arogancja /zawodowych działaczy/, niedotrzymanie zobowiązań – to wszystko byłoby błędem nie do wybaczenia.” (cyt. za „Zjednoczony obóz IV RP”).

Jak to wyglądało w praktyce, mogliśmy się przekonać na przykładzie akcji „Uczciwe wybory” w ramach której mężowie zaufania mieli trafić do wszystkich komisji obwodowych w kraju. Tymczasem mnożą się doniesienia o „nieobsadzonych” komisjach i spławianiu przez lokalnych działaczy PiS chętnych wolontariuszy pod byle pretekstem. Dobrym przykładem jest tu historia opisana przez Irandę (TU i TU) wraz z komentarzami potwierdzającymi jej doświadczenia. Spójrzmy teraz na stronę „Uczciwe Wybory” i zobaczmy z jakiego procenta komisji dostarczono wyniki.

Nie sposób nie odnieść wrażenia, że dla zastygłych w marazmie struktur PiS dobrze jest jak jest – wytworzyli swoje własne zatęchłe układy partyjno-korporacyjne i każdą zewnętrzną inicjatywę traktują jako konkurencję, jeśli nie zagrożenie. Ziemkiewicz napisał kiedyś, że dla lokalnej komórki PiS-u nowo powołany na „ich” terenie Klub Gazety Polskiej z miejsca staje się wrogiem. Nawet jeśli w wielu przypadkach tak nie jest, to w równie wielu – owszem.

Ten wygodny bezwład, połączony z zazdrośnie strzeżonym na „swoim” obszarze „monopolem na prawicę” i sabotowanie inicjatyw, jak w przypadku wspomnianych mężów zaufania, oraz - co tu kryć - często selekcja negatywna, albo wręcz blokada w przyjmowaniu do partii „świeżej krwi” (bo po co, jeszcze nas wygryzą), to kolejna przyczyna wyborczej porażki. Dla wielu w PiS-ie wystarcza, że – jak ujął to onegdaj Adam Lipiński – prawicowi wyborcy i tak na nas zagłosują, bo nie mają nikogo innego, więc po co naruszać istniejący stan rzeczy. Liczy się partyjny „matrix” i przepychanki między koteriami – na co nam jakieś zewnętrzne inicjatywy nad którymi nie będziemy mieli „bata” partyjnej kontroli.

Jeżeli to instrumentalne podejście do ludzi, którym „chce się chcieć” się nie zmieni, to nie zdziwcie się Panie i Panowie politycy, gdy wśród różnych obywatelskich inicjatyw będzie postępowało zniechęcenie, a w następnych wyborach ci, których dziś spławiliście, gremialnie oleją wasze syrenie nawoływania. Bardzo jestem ciekaw, ile procent uzyskacie z tym waszym Porębą i garstką topornych działaczy szwendających się po TVN-ach.

Gadający Grzyb

Przywoływane w tekście notki przedwyborcze:

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/czy-jaroslaw-kaczynski-chce-wygrac-wybory

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/zjednoczony-oboz-iv-rp

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/kampania-powtorzonych-bledow

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/pis-mediodajnie

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/sprochniale-filary-%E2%80%93-kampania-po-w-rozsypce