niedziela, 10 grudnia 2017

Cena demokracji

Za komfort demokracji trzeba płacić - i to nie górnolotnymi frazesami, lecz całkiem przyziemnymi, realnymi pieniędzmi.


Popularne powiedzenie gospodarczych liberałów głosi, że „nie ma darmowych obiadów” - i pełna zgoda, w życiu za wszystko trzeba płacić taką czy inną walutą. Problem zaczyna się w momencie, gdy powiedzenie to wykorzystywane jest w charakterze polemicznej kłonicy przeciw, najogólniej mówiąc, redystrybucji dóbr. Przecież nikt przytomny nie twierdzi, że państwowa służba zdrowia, edukacja, czy rozmaite świadczenia socjalne są „za darmo”. Wiadomo, że trzeba pokrywać je z podatków, a gdy tych nie wystarczy - z zadłużania państwa. Tego ostatniego należy oczywiście w miarę możliwości unikać – z szeregu przyczyn, począwszy od groźby bankructwa, poprzez etyczno-ekonomiczny aspekt obciążania długami kolejnych pokoleń, a skończywszy na kwestii suwerenności, której zagraża uzależnienie finansowe od globalnych spekulantów. Rzecz w tym, by obciążenia na szeroko rozumianą sferę publiczną rozłożyć w sprawiedliwy i efektywny sposób, nie dopuszczając do nawarstwienia się społecznych nierówności.

I w tym momencie przechodzimy do sedna niniejszego felietonu. Otóż twierdzenie, że „nie ma darmowych obiadów” dotyczy także społecznego spokoju i samej demokracji. Tak - za demokrację i komfort prowadzenia interesów w przewidywalnym otoczeniu też trzeba płacić. To tak oczywiste, że aż niewiarygodne, że trzeba to tłumaczyć – jednak owa prosta konstatacja nader często wolnorynkowcom umyka. Ceną społecznej stabilizacji są nie tylko bezpośrednie transfery socjalne, ale też np. stabilne formy zatrudnienia i pewność emerytur. Kiedy tego brakuje, wkrada się niepokój będący pożywką dla tzw. „populistów” - czyli mówiąc po ludzku, polityków wsłuchujących się w zbiorowe lęki i frustracje, by następnie wykorzystać je dla swoich celów. Rozumiano to dobrze na Zachodzie w czasach zimnej wojny, kiedy strach przez komunizmem i społeczną rewoltą zmusił tamtejsze elity (również biznesowe) do wprowadzenia „welfare state”. Gdy komunistyczne zagrożenie stopniowo mijało, wielki biznes coraz głośniej wołał „hulaj dusza” wchodząc w okres globalnej spekulacji, niczym nieograniczonej maksymalizacji zysku, prekaryzacji rynku pracy i absolutyzowania wolności gospodarczej w myśl demagogicznej maksymy, że „przypływ podnosi wszystkie łodzie”.

Efekty znamy. „Przypływ” wcale nie podniósł „wszystkich łodzi”, tylko te największe, mniejsze zatapiając – drobny, rodzinny biznes na całym świecie jest w odwrocie, co przekłada się nie tylko na utratę samodzielnych źródeł utrzymania, lecz również odziera rzesze ludzi z poczucia własnej wartości. Rzekoma wolność doprowadziła do daleko posuniętej oligarchizacji światowej gospodarki. Realne płace stanęły w miejscu, czemu towarzyszy postępujący zanik klasy średniej – ostoi społecznego konsensusu gwarantującego porządek. W USA epoka Eisenhowera z 91 proc. podatkiem od dochodów przekraczających 400 tys. dol. jawi się niczym raj utracony. „Uśmieciowienie” rynku pracy doprowadziło do wytworzenia nowej warstwy społecznej – prekariatu, czyli rzesz ludzi wiecznie niepewnych jutra, często mimo podjęcia pracy kwalifikujących się do pomocy socjalnej („working poor”), co zresztą koncerny cynicznie wykorzystują, przerzucając część kosztów pracy na państwo (taki „Wall Mart” wręcz szkoli pracowników w efektywnym korzystaniu z opieki społecznej). Okazało się, że wbrew innemu sloganowi, bogactwo wcale nie „skapuje w dół”, tylko zatrzymuje się na górze.

Skutkiem powyższego jest rosnące rozwarstwienie i związany z tym gniew, poczucie przegranej i frustracja. To zaś tworzy naturalne podglebie dla różnych niebezpiecznych tendencji. Liberałowie dziwią się, skąd nagle „fala populizmu”, wygrana Trumpa czy popularność różnych radykałów. Ano właśnie stąd – sami na to zapracowaliście nieopanowaną żądzą zysku bez oglądania się na konsekwencje.

Dlatego tak pomstuję w kolejnych felietonach na „śmieciówki”, niskie płace, rozwarstwienie i piętnuję cwaniackie firmy „optymalizujące” zobowiązania podatkowe - słowem, na ten cały ekonomiczny bantustan. Z tych samych przyczyn chwalę program 500+ i uszczelnianie podatków. Dlatego też moim wrogiem numer jeden jest oligarchia pieniądza na czele z banksterskimi spekulantami, wysysająca niczym upiór soki życiowe z całych narodów – a także, chociażby globalne umowy handlowe.

Tu zastrzeżenie – powyższe poglądy zwykło się dezawuować oskarżeniami o socjalizm. Otóż nie, to nie żaden „socjalizm”, tylko społeczny konserwatyzm – stara, dobra chadecja z czasów, kiedy to pojęcie jeszcze cokolwiek znaczyło. Demokracja to inwestycja – żeby wyjąć, trzeba najpierw włożyć. Tak więc, jeśli chcemy funkcjonować w demokratycznym państwie prawa, a nie w targanym niepokojami bantustanie, to zacznijmy od poparcia dla zatrudniania pracowników na normalną umowę o pracę, płacenia im godziwych pieniędzy nawet kosztem nieco niższego zysku i uczciwego odprowadzania podatków. Nie ma darmowych obiadów, a za komfort demokracji trzeba płacić - i to nie górnolotnymi frazesami, lecz całkiem przyziemnymi, realnymi pieniędzmi.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 49 (08-14.12.2017)

niedziela, 3 grudnia 2017

Gorze zdrajcom!

Dziś zdrajcy kabotyńsko układają się na pluszowych krzyżach, konsumując jurgielt z niemieckich i sorosowskich fundacji.


I. Widmo Targowicy

Narodowcy z ONR, Młodzieży Wszechpolskiej i Ruchu Narodowego zorganizowali 26 listopada w Katowicach pikietę-happening podczas której powiesili na atrapach szubienic zdjęcia szóstki eurodeputowanych PO, głosujących za antypolską rezolucją Parlamentu Europejskiego: Michała Boniego, Danuty Hubner, Róży von Thun und Hohenstein, Danuty Jazłowieckiej, Barbary Kudryckiej i Julii Pitery. Ta symboliczna akcja wymierzona w jawnych zdrajców została oczywiście okrzyknięta „nienawistną”, a lewacki publicysta Jakub Majmurek spytał dramatycznie na łamach „Wyborczej”: „Czy obudzimy się, kiedy zaczną wieszać naprawdę?”. Nie dziwię się, że rodzimym targowiczątkom zrobiło się na widok szubienic słabo – oni sami najlepiej wiedzą, ile mają za uszami; wiedzą również, że gorliwe zabieganie w Brukseli i Berlinie o kolejne wrogie wobec Polski kroki jest jednoznacznie potępiane przez społeczną większość. Zdają sobie także sprawę z tego, że kulturowo są tutaj ciałem obcym i jedyną drogą, by powrócili do wpływów i dawnego znaczenia jest obca interwencja – może nie tyle militarna (dziś raczej trudno sobie to wyobrazić), ale w formie permanentnego nacisku i międzynarodowego grillowania obecnego rządu.

Tymczasem, narodowcy dali po prostu adekwatną i zgodną z historycznym kontekstem odpowiedź – dawno bowiem nawiązania do Konfederacji Targowickiej nie były w naszym życiu publicznym tak czytelne. Dotyczy to zarówno szukania pomocy u obcych potęg – z zastrzeżeniem, że dzisiaj Moskwa i Berlin zamieniły się miejscami i obecna caryca Katarzyna rezyduje w Berlinie, a stary Fryc w Moskwie - jak i uzasadniania narodowego zaprzaństwa. Każdy, kto zechciałby wyszukać treść aktu Targowicy, musiałby się zadumać nad jego aktualnością. Gdyby tylko uwspółcześnić język i realia, mielibyśmy propagandę obecnych mediów w skali 1:1. W akcie konfederacji aż roi się od wyrazów troski o państwo, mamy odniesienia do zagrożenia swobód obywatelskich i rysujące się widmo rzekomej tyranii – wypisz wymaluj, nagłówki z „Wyborczej” czy funkcjonujących nad Wisłą niemieckich gazet dla Polaków. Przekaz zagranicznych ośrodków także pokrywa się z tym z okresu rozbiorów – Polacy to ciemny, nietolerancyjny motłoch i dla dobra nich samych oraz Europy powinni zostać wzięci pod kuratelę „oświeconych” władców, dziś uosabianych przez Komisję Europejską. Międzynarodowa histeria rozpętana po Marszu Niepodległości na tle kilku transparentów mówi tu sama za siebie – i ma podobny cel: zohydzenie i pacyfikację polskich narodowych aspiracji idących pod prąd interesów możnych tego świata.


II. Rachunek za zdradę

Pozostając jeszcze przy historycznych analogiach. Polacy „podziękowali” targowiczanom podczas Insurekcji Kościuszkowskiej. 25 kwietnia 1794 r. w Wilnie przed ratuszem miejskim powieszony został hetman wielki litewski Szymon Kossakowski. 9 maja tegoż roku na Rynku Starego Miasta w Warszawie straceni zostali Piotr Ożarowski (hetman wielki koronny), Józef Ankwicz (marszałek Rady Nieustającej), Józef Zabiełło (hetman polny litewski), do tego przed kościołem św. Anny zawisł biskup inflancki Józef Kazimierz Kossakowski po uprzednim zdjęciu święceń kapłańskich. Wymienieni zawiśli po procesach sądowych, lecz 28 czerwca 1794 r. warszawski lud sam wymierzył sprawiedliwość kolejnym sprzedawczykom. Przed kościołem św. Anny zadyndali wówczas na powrozie m.in.: Ignacy Massalski (biskup wileński), Antoni Czetwertyński (kasztelan przemyski), szambelan Stefan Grabowski czy rosyjski szpieg Marceli Piętka.

Dodać trzeba, że targowicka „wierchuszka” w osobach Stanisława Szczęsnego Potockiego, Franciszka Ksawerego Branickiego, Stanisława Rzewuskiego i innych uniknęła śmierci, w porę uciekając przed sprawiedliwością. Wyrok na nich został wykonany „in effigie” - czyli poprzez powieszenie na szubienicy ich portretów. Taka „zastępcza egzekucja” była przyjęta w ówczesnym porządku prawnym, gdy skazany był nieosiągalny dla wymiaru sprawiedliwości. I do tych właśnie konotacji historycznych odwołali się narodowcy podczas wspomnianej na wstępie demonstracji w Katowicach. Dziś nikt przy zdrowych zmysłach nie broni historycznych zdrajców – nawet tych, którzy padli ofiarą samosądu rozgniewanego tłumu. I jestem przekonany, że potomni należycie ocenią również dzisiejszych sprzedawczyków, którzy zarzuty o „współczesną targowicę” zwykli zbywać w poczuciu bezkarności ironicznym śmiechem, na zmianę z teatralnymi atakami histerii.


III. Gorze zdrajcom!

Warto nadmienić, że insurekcyjne procesy były możliwe dzięki zajęciu archiwum rosyjskiej ambasady, gdzie czarno na białym skrupulatnie odnotowano, kto, kiedy, ile i za co przyjął od ościennej potęgi. Teraz wszystko odbywa się „na legalu”. Współczesne jurgielty wypłacane są w postaci grantów, możliwości kariery, stanowisk w fundacjach, suto opłacanych publikacji itp. - co nie czyni zdrady mniej odrażającą. Ludzie ci dali wielokrotnie dowody zaniku elementarnych państwowych instynktów. Wystarczy wspomnieć, kto wspierał ubiegłoroczny „ciamajdan”, kto podżegał do siłowej rozprawy z legalnym rządem i kto słał wiernopoddańcze listy do obcych ośrodków, zachęcając do szczucia na własny kraj. Weźmy dla przykładu publicystę „Wyborczej”, Bartosza T. Wielińskiego, który słynie z tego, że w żadnej spornej sprawie nie staje po stronie Polski. To on w styczniu 2016 r. na łamach niemieckiego dziennika „Sueddeutsche Zeitung” wzywał „Nie milczcie, proszę”, prosząc „europejską rodzinę” o interwencję – trzeźwo przy tym zauważał, że zostanie okrzyknięty „folksdojczem”, lecz poczytywał to sobie za „wyróżnienie”, wyrażając zarazem żal, że niemieccy politycy „obawiają się napominać Polskę głośno”. Uspokajam pana Bartosza – od tego Angela Merkel ma swych politycznych kundli w Brukseli, z Verhofstadtem, Timmermansem, Junckerem i Tuskiem na czele, by wysługiwać się nimi przy tego typu brudnej robocie. Tenże dziennikarz po ostatnim sabacie w Strasburgu nawoływał polityków Platformy, by „podnieśli czoło i robili swoje”, dodając, że trzeba przywyknąć do nazywania zdrajcami, bo dziś to jest „komplement”. Wcześniej z kolei na łamach „New York Timesa” wzywał prezydenta Trumpa, by zbeształ polski rząd w swym warszawskim przemówieniu.

To od takich jak on popłynęły po Marszu Niepodległości sygnały skwapliwie podchwycone przez światowe ośrodki propagandowe głoszące że w Polsce rodzi się „faszyzm”, a ulicami Warszawy przeszło „60 tys. nazistów” i „zwolenników supremacji białej rasy”. Tu przypomnę, że w październiku 2010 r. zupełnie poważnie projekt swoistej „kulturowej segregacji” i „wewnątrzpolskiego apartheidu”, zgłosił salonowy politolog, prof. Radosław Markowski w rozmowie z Agnieszką Kublik. „Nie jest nam potrzebna sztuczna jedność. Trzeba pracować nad tym, żeby się skutecznie instytucjonalnie podzielić. Razem się już nie da” - stwierdził, postulując, że skoro „oświeceni” i „mohery” muszą już dzielić wspólne terytorium, to niech mają swoje oddzielne instytucje i niech osobno płacą na nie podatki. Mamy tu totalne wyobcowanie z poczucia narodowej wspólnoty i ten typ myślenia jest wciąż aktualny – dla „drugiej strony” Polska w której odsunięci są od wpływów nie jest ich Polską i skłonni są usprawiedliwić każde przeniewierstwo i zdradę, o ile ma ona na celu przywrócenie naturalnego w ich osądzie porządku rzeczy. Przekonanie to zresztą podzielają razem z europejskimi lewackimi elitami, z którymi czują powinowactwo bliższe i głębsze, niż z rodzimym „ciemnogrodem”, niczym komunistyczni internacjonaliści ze Związkiem Sowieckim.

Dziś kabotyńsko układają się na pluszowych krzyżach, konsumując jurgielt z niemieckich i sorosowskich fundacji i dostając spektakularnych spazmów, gdy ktoś im pomacha przed nosem widmem targowickiej historii. Powiem tak – gdyby któregoś dnia zrewoltowany tłum wtargnął do tych wszystkich sprzedajnych redakcji i gabinetów, wywlókł na ulice ich rezydentów i udekorował nimi okoliczne latarnie, nawet nie drgnęła by mi powieka. Gorze zdrajcom!


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Zdradzieckie mordy najgorszego sortu


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 48 (01-07.12.2017)

Rynek pracy, czy rynek nędzy?

Wkrótce okaże się, że nasz dynamiczny wzrost PKB „na papierze”, sprowadził się w ostatecznym rozrachunku do wyhodowania nędzy na niespotykaną skalę.


GUS opublikował właśnie najnowsze dane dotyczące struktury wynagrodzeń Polaków (dotyczą października 2016 r. - dane tego typu GUS przedstawia co dwa lata).

Krótko mówiąc – wieje grozą.

Średnia krajowa to wprawdzie 4346,76 zł, lecz mediana to już tylko 3510,67 zł. Oznacza to, że średnie zarobki są zawyżone przez wąską grupę najlepiej zarabiających – a to z kolei potwierdza absurdalne rozwarstwienie dochodów, będące pokłosiem rozlicznych patologii naszej sławetnej transformacji gospodarczej, której „zazdrości nam cały świat”. Dość powiedzieć, że 66,2 proc. pracowników (a więc ok. 2/3) zarabiało mniej lub tyle samo, ile wynosi przeciętne miesięczne wynagrodzenie. Do tego najmniej zarabiające 10 proc. (decyl pierwszy) musiało zadowolić się sumą do 1890,32 zł brutto, z kolei 10 proc. najlepiej zarabiających (decyl dziesiąty) to kwoty powyżej 7200 zł. brutto, zaś 6,3 proc. zarabiało powyżej 8693,52 zł brutto – czyli dwukrotność, lub więcej średniej krajowej. Dominanta (najczęstsze wynagrodzenie) prezentuje się wręcz żałośnie - 2074,03 zł brutto.

Wprawdzie w porównaniu z poprzednimi danymi GUS sprzed dwóch lat, mediana zaczęła rosnąć nieco szybciej, niż średnia krajowa – ale tylko w ujęciu procentowym (6,7 proc. - mediana do 5,8 proc. - średnia). W liczbach bezwzględnych jest odwrotnie – mediana wzrosła o 219,11 zł. przy wzroście średniej krajowej o 239,02 zł. Rozwarstwienie więc realnie się powiększyło. A dominanta? O ile w danych prezentowanych na stronach GUS nie ma jakiegoś przekłamania, to wychodzi, że dominanta wręcz... spadła o niemal 400 zł! W 2014 r. wynosiła 2469,47 zł., przy obecnych 2074,03 zł – oczywiście brutto. To ma być ten osławiony „rynek pracownika”? Czy może obserwujemy „zbawienny” efekt masowej imigracji gastarbeiterów z Ukrainy? Dodać należy, że podane wyniki dotyczą jedynie przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 osób, zatem z radaru znikają najmniejsze firmy, oraz pracownicy wypchnięci na samozatrudnienie - a wg danych NBP takich „mikro-firm” w 2016 r. było ponad 4 mln.

Powyższe potwierdzają dane Komisji Europejskiej odnośnie udziału płac w PKB. Jak podaje „Business Insider” jesteśmy pod tym względem na miejscu piątym od końca z udziałem płac w PKB na poziomie 48 proc. przy unijnej średniej 55,4 proc. Co więcej, charakteryzujemy się niechlubną dynamiką spadku udziału płac w PKB – zajmujemy tu 3 miejsce (za Rumunią i Irlandią). Od 1995 r. udział płac w PKB spadł u nas o 8,9 pkt. proc. - co zgadzałoby się z przytoczonym tu spadkiem dominanty zarobków. Przekłada się to na siłę nabywczą Polaków. Z badania „GfK purchasing power 2017” wynika, że na 42 odnotowane kraje europejskie Polska zajmuje 29 lokatę (bez zmian w porównaniu do ubiegłego roku) z wynikiem 48,1 proc. europejskiej średniej. Nasza przeciętna siła nabywcza to 6,710 euro przy 13,937 euro średniej w Europie. Dodam, że jeśli by wziąć pod uwagę „gołe pensje” w tym w szczególności gusowską medianę (a tym bardziej dominantę), to otrzymamy obraz nędzy i rozpaczy, bo badanie GfK uwzględniało również transfery socjalne.

Dla dopełnienia obrazu warto również wspomnieć o rozwarstwieniu majątkowym Polaków. W raporcie NBP „Zasobność gospodarstw domowych w Polsce” z 2014 r. czytamy: „10 proc. najbardziej zasobnych gospodarstw domowych posiada 37 proc. całkowitego majątku netto, podczas gdy majątek (netto) 20 proc. najmniej zasobnych gospodarstw stanowi jedynie niewielką część (1,0 proc.) całego majątku gospodarstw domowych”.

Generalnie, to jest proszę Państwa dramat i przepis na społeczną katastrofę. Już nie mówię nawet o napięciach, jakie generuje zarysowany tu stan rzeczy, ale w dalszej perspektywie taka patologiczna struktura zarobków może doprowadzić chociażby do bankructwa systemu ubezpieczeń społecznych i fali nędzy. Po pierwsze, niskie płace, zwłaszcza w warunkach „uśmieciowienia” rynku pracy, oznaczają niskie wpływy do ZUS. Po drugie i ważniejsze – te 2/3 pracowników zarabiających poniżej średniej za jakiś czas przejdzie na emerytury – i wolę nawet nie myśleć o groszach, które dostaną (zakładając optymistycznie, że w ogóle jakieś emerytury będą). Oznacza to także, że mamy chorą strukturę PKB, którego owoce są konsumowane przez stosunkowo wąską grupę społeczną, nie wspominając już o firmach maksymalizujących zyski kosztem zatrudnianej taniej siły roboczej (i unikających zarazem opodatkowania). Jeżeli nie zmierzymy się z tym problemem teraz – podnosząc sukcesywnie i w odczuwalny sposób płacę minimalną, stawkę godzinową i eliminując umowy śmieciowe - to wkrótce okaże się, że nasz dynamiczny wzrost PKB „na papierze”, sprowadził się w ostatecznym rozrachunku do wyhodowania nędzy na niespotykaną skalę. Na zakończenie – podczas prezentowania założeń budżetowych na 2018 r. wicepremier Morawiecki powiedział: „społeczeństwo nie umawiało się z państwem w '89 roku, że stworzy system, w którym będzie dużo dla niewielu i bardzo niewiele dla prawie wszystkich”. Trzymam za słowo, bo tak dalej być nie może.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wyższe płace są możliwe

Wyższe płace są konieczne


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 48 (01-07.12.2017)

sobota, 2 grudnia 2017

„Turbosłowianizm” jako operacja socjotechniczna

Pod postacią „Wielkiej Lechii” otrzymujemy w istocie zamaskowany, panslawistyczny eurazjatyzm.


I. Ariozofia z Łubianki

Zgodnie z zapowiedzią z poprzedniego numeru „PN” będę dziś kontynuował wątek mitu „Imperium Lechitów” i „turbosłowianizmu” - tyle, że już nie w kontekście odkłamywania historycznych bredni, ale zupełnie współczesnym. Otóż stawiam tezę, że teoria „Wielkiej Lechii” została nam celowo podrzucona, by „rozprowadzić” i skłócić polskie środowiska patriotyczne, nade wszystko zaś, by poderwać zaufanie do naszej cywilizacyjno-kulturowej spuścizny nierozerwalnie związanej z katolicyzmem. Staję tu po stronie Stanisława Michalkiewicza, który „Wielką Lechię” nazwał dosadnie „ubeckimi rzygowinami” - z zastrzeżeniem, że ja dopatrywałbym się inspiracji nie tyle wśród rodzimych ubeków, ile u ich mistrzów i mocodawców z Łubianki. Mamy zatem operację socjotechniczną, którą możemy obserwować w czasie rzeczywistym, zaś różne poszlaki zebrane razem składają się na charakterystyczny „odcisk palca”.

Podbudowy ideologicznej „turbosłowianizmu”, jak zauważył historyk Roman Żuchowicz w rozmowie z portalem jagiellonski24.pl, należy szukać w niemieckiej „ariozofii”. Ten ezoteryczny, tudzież teozoficzno-volkistowski nurt, stworzony na początku XX w. przez austriackiego okultystę Guido von Lista, głosił wyższość Ariów jako wojowniczej i najbardziej rozwiniętej duchowo rasy nad innymi narodami (oczywiście, w ujęciu Lista potomkami Ariów mieli być Niemcy). W miejsce zdobyczy cywilizacyjnych, jako tworów rzekomo „semickich”, postulował powrót do natury. Co istotne, ariozofia została twórczo zaimplementowana na gruncie rosyjskim, ciesząc się szczególną popularnością w okresie zamętu podczas rozpadu ZSRR - z tym, że oczywiście jej rosyjscy zwolennicy utożsamili Ariów ze Słowianami. W ten oto sposób otrzymaliśmy receptę na „turbosłowianizm”, co postanowili zaadaptować do naszych warunków panowie Szydłowski z Bieszkiem, tworząc antyzachodni mit „Wielkiej Lechii”.

Należy zauważyć, że w realiach rosyjskich taka kompensacja miała walor pozytywny i podtrzymujący morale, na zasadzie - teraz wprawdzie przeżywamy „smutę” i upokorzenie wywołane rozpadem imperium, ale jesteśmy dumnymi „Ariami” i jeszcze wszystkim pokażemy. Jednak w warunkach polskich podobna mitologia ma jednoznacznie destrukcyjny charakter, stanowiąc czytelną próbę odcięcia nas od cywilizacji łacińskiej na rzecz jakoby rdzennie słowiańskiej mistyki i różnych historyczno-duchowych fantazmatów. Nie bez przyczyny opowieść o „Lechitach” przyjęły z entuzjazmem środowiska „rodzimowiercze”, głoszące powrót do „korzeni” i walkę z „watykańską okupacją”, podobnie jak część prorosyjskich (i antysemickich, bo to często idzie w parze) grup narodowych. Dla innych z kolei „Imperium Lechitów” jest kuszącym „cukierkiem”, kompensującym poczucie historycznej krzywdy, przekierowując przy okazji energię i patriotyczne instynkty w koleiny walki o powrót na łono „wielkiej, słowiańskiej rodziny”. Ciekawe tylko, jak by się dogadali z Rosjanami co do tego, kto w tej „rodzinie” ma dzierżyć prymat?


II. „Wielka Lechia” – czyli od panslawizmu do Dugina

Otrzymujemy zatem przystosowaną do współczesności nową odsłonę panslawizmu – carskiej, imperialnej doktryny głoszącej jedność Słowian pod rosyjskim przywództwem. W tej optyce, Polacy przyjmując katolicyzm i kierując się ku Zachodowi pozostawali „zdrajcami”. Jeżeli spojrzeć na „Wielką Lechię” od tej strony, to widzimy, że daje ona nam perspektywę „nawrócenia” - zrzucając jarzmo „watykańskiej okupacji” i odwracając się od Zachodu, który zdradziecko zniszczył nasze „imperium”, otwieramy sobie drogę do powrotu i odbudowy dawnej świetności słowiańszczyzny. Wiem, jak to brzmi, ale takie są właśnie logiczne konsekwencje fundowanej nam lechickiej mitologii, jeśli potraktować ją w kategoriach doktryny politycznej.

Rozwijając powyższe - w naturalny sposób zatem wrogiem numer jeden staje się tu katolicyzm oraz związane z nim zaplecze kulturowe i cywilizacyjne. Wrogiem nie jest natomiast rosyjskie prawosławie, ponieważ poprzez tradycję wprzęgnięcia Cerkwi w machinę władzy dokonała się w nim na przestrzeni dziejów de facto podmiana przedmiotu czci – formalnie mówi się wciąż o Bogu, ale tak naprawdę obiektem kultu staje się „święta Ruś”, mająca objąć swymi skrzydłami całą słowiańszczyznę. A zatem rosyjskie prawosławie ma w istocie charakter pogański, co trafnie odczytał współczesny rosyjski ideolog „eurazjatyzmu”, Aleksander Dugin. A teraz wróćmy do „Wielkiej Lechii”, która rzekomo obejmowała właśnie obszar Eurazji – i wszystko zaczyna do siebie pasować. Dodajmy, że obsesyjnie nienawidzący katolicyzmu Dugin przewiduje łaskawie dla Polaków miejsce w rosyjskiej eurazji, pod warunkiem wyrzeczenia się naszej religii – inaczej będziemy zniszczeni. Podsumowując ten watek, pod postacią „Wielkiej Lechii” otrzymujemy w istocie zamaskowany, panslawistyczny eurazjatyzm.

Jeżeli nawet „Wielka Lechia” nie zainfekuje umysłów większości Polaków (póki co, na szczęście się na to nie zanosi), to może skutecznie, poprzez swoje odwołujące się do „dawnej świetności” kuszące opakowanie wprowadzić zamęt wśród najbardziej patriotycznej części opinii publicznej, co z rosyjskiego punktu widzenia również jest gratką nie do pogardzenia. I ten cel jest realizowany na naszych oczach – wystarczy zajrzeć do internetu, gdzie temperatura sporów przekracza wszelkie rozsądne rejestry. Warto tu przypomnieć „Sztukę Wojny” Sun Tzu, będącą lekturą obowiązkową dla adeptów rosyjskich służb – wśród zasad chińskiego mędrca mamy m.in. takie: „dyskredytujcie wszystko, co dobre w kraju przeciwnika”; „zasiewajcie waśnie i niezgodę między obywatelami wrogiego kraju”; „ośmieszajcie tradycje waszych przeciwników”. „Wielka Lechia” wraz ze swą otoczką spełnia przytoczone przykazania z naddatkiem, siejąc nieufność do naszej tradycji, religii i historii.

Zgodnie z zasadą działalności służb jako „gabinetu luster” w którym sygnał docierający do finalnego odbiorcy stanowi któreś z kolei odbicie kamuflujące rzeczywistego nadawcę, również i tutaj lechicki mit nie przyszedł do nas bezpośrednio z Moskwy – taka ostentacja wzbudziłaby u wielu odruch podejrzliwości. Intoksykacja odbyła się nie wprost, lecz za pośrednictwem różnych „mędrców internetu”, wywołując przez to wrażenie, że jest efektem samodzielnych poszukiwań domorosłych „badaczy”. W efekcie nie sposób dociec, którzy z nich są zadaniowanymi agentami urabiającymi opinię, a którzy naiwnymi entuzjastami – czy np. Paweł Szydłowski z Kanady głosi swoje toksyczne brednie bo takie ma zadanie, czy też został dyskretnie przez kogoś naprowadzony, tak by wydawało mu się, że sam dokonał wiekopomnego odkrycia? Warto też przypomnieć, że książki Janusza Bieszka wydaje „Bellona” - dawne wojskowe wydawnictwo sprywatyzowane z udziałem PRL-owskich trepów wysokiego szczebla.


III. Literacki potencjał Słowiańszczyzny

Na zakończenie pozwolę sobie na odrobinę przekory. Otóż jako miłośnik szeroko rozumianej fantastyki, w tym również fantasy, dostrzegam w micie „Wielkiej Lechii” niemały potencjał literacki – gdyby oczywiście oczyścić go z opisanych wyżej trujących miazmatów. Gdyby wziął się za to odpowiednio zdolny autor, moglibyśmy otrzymać „słowiański epos” może nawet na miarę „Władcy Pierścieni” Tolkiena. Niestety, guru „turbosłowianizmu” porównywalnych talentów nie zdradzają, toteż póki co mamy jedynie toporne, psuedohistoryczne wypociny, do tego fatalnie napisane. Cóż, J.R.R. Tolkien był wybitnym naukowcem, językoznawcą, do tego gorliwym katolikiem – przekopując się żmudnie przez nordycką i celtycką mitologię, z których czerpał garściami przy tworzeniu fikcyjnego świata, jednocześnie filtrował je przez swój katolicyzm. W efekcie, „ochrzcił” w swym dziele pogańskie mity, niczym św. Patryk irlandzkie źródełka, a czytelnicy otrzymali porywającą, uniwersalną opowieść o walce dobra ze złem. Aż się prosi, by ktoś dysponujący odpowiednią wiedzą i warsztatem literackim skonstruował coś w rodzaju „słowiańskiego Śródziemia”.

Jest też pewna analogia – Tolkien uważał, że największym dziejowym nieszczęściem Anglii był podbój wyspy przez Wilhelma Zdobywcę i jego Normanów. Podobny „apokaliptyczny” wątek mamy w przypadku lechickiego imperium – z tym, że tu w roli czarnego charakteru zostali obsadzeni Niemcy i Watykan, co w tym drugim przypadku jest o tyle absurdalne, że Polska (ale też i Węgry) często była sprzymierzeńcem papiestwa w walce z hegemonistycznymi zapędami cesarstwa niemieckiego, a chrzest przyjęliśmy nie na skutek demonicznego spisku, lecz m.in. po to, by wytrącić z niemieckich rąk oręż propagandowy usprawiedliwiający podboje „walką z poganami”. Przełożyć to wszystko na język mitu, metafory – oto wyzwanie godne mistrza! Jest wszakże jeden warunek – Tolkien tworząc własne literackie uniwersum miał świadomość, że nie „odkrywa” zapomnianej historii, tylko tworzy swoistą legendę. I właśnie tego – umiejętności odróżniania faktów od fikcji należałoby życzyć potencjalnemu autorowi, a także... czytelnikom.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wielka Lechia, czyli protokoły mędrców internetu


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 43 (29.11-12.12.2017)

Pod-Grzybki 119

Na początku wrócę jeszcze do słynnej wypowiedzi Ursuli von der Leyen o tym, że trzeba „wspierać zdrowy demokratyczny opór młodego pokolenia Polaków”. Tak się składa, że owo „młode pokolenie” przeszło akurat przez Warszawę w Marszu Niepodległości. Czyżby niemiecka minister właśnie ich miała na myśli? Jestem pewien, że uczestnicy Marszu z niecierpliwością wyglądają pomocy ze strony pani Ursuli.


*

Na marginesie seksualnego „molestingu” uprawianego z zapamiętaniem przez Harveya Weinsteina przemknęła mi przez głowę taka oto refleksja: chyba nikt ostatnio nie narobił Żydom takich „tyłów” jak właśnie ów hollywoodzki potentat. Swoim postępowaniem potwierdził antysemicki stereotyp zdeprawowanego, lubieżnego Żyda. Istny „Żyd Suss” rodem z goebbelsowskiej propagandy – a jeśli dołożymy do tego jeszcze Polańskiego... Aż dziwne, że tamtejsza diaspora nie stara się od niego jakoś demonstracyjnie odciąć – a potem płaczą, że szerzy się „antysemityzm”.


*

A propos molestowania – syryjski „uchodźca” zgwałcił w berlińskim mini-zoo kucyka – i to na oczach dzieci. Nie dziwię się – sądząc po zdjęciach, kucyk był nader powabny, szczególnie w porównaniu z legendarną urodą Niemek. Pytanie: czy ktoś zadbał o psychoterapię dla „ubogaconego kulturowo” konika? Przecież zwierzak od tej pory może nerwowo reagować i kopać, gdy ktoś przypadkiem zajdzie go od tyłu. Albo może ktoś go chociaż „ohasztagował” na Twitterze w ramach akcji #MeToo?


*

Tymczasem u nas im bliżej rekonstrukcji rządu, tym ministrowie wpadają na coraz bardziej rozpaczliwe pomysły – Konstanty Radziwiłł wystartował z groteskową akcją, każąc Polakom brać przykład z królików, bo te żrą zdrowe zielsko i dzięki temu ciągle chce im się teges, więc nie mają problemów demograficznych. A nie lepiej było pokazać rodakom galerię „króliczków” Playboya?


*

Sprawa Cezarego P., zwanego „dilerem gwiazd” nabiera rozpędu. Przypomnijmy, że pan Cezary sprzedawał celebrytom, jak się to prawnie ujmuje, „zakazane substancje psychoaktywne”. Przy okazji plotkarskie media doniosły, że jedną ze stałych klientek dilera była... niejaka „Paulina M.”. Jeżeli jest to ta „Paulina M.” o której myślimy, to faktycznie – kto jak kto, ale ona akurat już od dłuższego czasu wykazywała daleko posuniętą psychoaktywność.


*

Powrócę jeszcze do Marszu Niepodległości. Otóż w internetach jakiś mędrek wyraził ubolewanie, że nie obchodzimy święta niepodległości tak jak Finowie – bo u nich wszyscy świętują razem, zgodnie i radośnie. Takie napomnienia przypominają mi „zawstydzającą” przemowę przedszkolanki: „a fe, Mateuszku, popatrz na Łukaszka, jak się ładnie bawi”. Cóż, najwyraźniej nie jesteśmy Łukaszkami...


*

Po skandalicznej uchwale europarlamentu popartej przez sześcioro deputowanych PO, Janusz Lewandowski oznajmił: „Wydaje mi się, że jesteśmy takimi pomnikami dawnego szacunku dla Polski”. Jakby to ująć... panie Januszu i reszto „pomników” - gdybym był gołębiem, to bym was wszystkich osrał.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 43 (29.11-12.12.2017)

niedziela, 26 listopada 2017

Zdradzieckie mordy najgorszego sortu

Najwyższy czas na listę osób niepożądanych na terytorium Polski. Timmermans i Verhofstadt to na początek absolutne minimum.

I. Twarze zdrajców

Na początek przypomnijmy te nazwiska: Michał Boni, Róża Grafin von Thun und Hohenstein, Danuta Hübner, Danuta Jazłowiecka, Barbara Kudrycka, Julia Pitera. Zapamiętajmy tych zdrajców. To właśnie oni zagłosowali za skandaliczną, antypolską rezolucją Parlamentu Europejskiego. Do tego Janusz Lewandowski, który wprawdzie dla kamuflażu „wstrzymał się” od głosu, lecz wcześniej był jedną z głównych twarzy seansu nienawiści, jakim była poświęcona Polsce „debata” przeprowadzona pod wodzą dwóch belgijskich lewaków – Fransa Timmermansa i Guya Verhofstadta. Wprawdzie słowa Jarosława Kaczyńskiego o „mordach zdradzieckich”, a wcześniej o „gorszym sorcie” padły w innych kontekstach – ale do tego, czego byliśmy świadkami w Strasburgu w wydaniu tej bandy zakłamanych, sprzedajnych kanalii, pasują jak ulał.

Pytanie retoryczne: czy wyobrażają sobie Państwo analogiczny sabat poświęcony sytuacji w Niemczech – w których nie ma miesiąca, by nie podpalono jakiegoś ośrodka dla imigrantów, media od lewa do prawa są tubą władzy, a autentyczni neonaziści z NPD demonstrują na ulicach Berlina – podczas którego eurodeputowani z jakiegokolwiek niemieckiego ugrupowania przyłączyliby się aktywnie do szczucia na własne państwo? Nawet, gdyby u władzy była, dajmy na to, AfD? No właśnie. A nasze zdradzieckie mordy najgorszego sortu wręcz błagały i zabiegały o ten spektakl politycznego grillowania swojego kraju, antyszambrując w przedpokojach euro-mandarynów i płaszcząc się przed każdym możliwym brukselskim urzędasem. Całą swoją postawą wprost deklarowały, że chcą widzieć Polskę jako ujarzmioną prowincję eurokołchozu – a rozgłaszanie wieści o panującym tu rzekomo „faszyzmie” jednoznacznie zdradza chęć do publicznego upokorzenia Polaków jako narodu na forum międzynarodowym.

Nie łudźmy się, to nie jest uderzenie wyłącznie w rząd PiS, jak się nam to przedstawia – to uderzenie w Polskę. Mamy tu dalece posuniętą zbieżność interesów między politykami i środowiskiem „totalnej opozycji” oraz eurokratami. Obu stronom tego brudnego porozumienia zależy na tym, by Polskę wraz z jej aspiracjami brutalnie stłamsić, a naród na powrót mentalnie obezwładnić narzuconym odgórnie wstydem i sankcjami. Takim spacyfikowanym tworem łatwiej zarządzać z Berlina i Brukseli, a i krajowym namiestnikom z obcej łaski wygodniej administrować poskromionym terytorium. Nie ma w języku ludzi cywilizowanych słów, którymi można by opisać tych łajdaków.


II. Brukselski dyktat

Próbkę tego, co działo się na sali plenarnej PE stanowi niedwuznaczny dyktat Fransa Timmermansa, który „nakazał” nam dostosowanie ustaw reformujących sądownictwo do „prawa europejskiego”. Basował mu Janusz Lewandowski, wyciągający niczym hiena cmentarna postać samobójcy Piotra S. - ofiary kłamliwej histerii i propagandy „totalnej opozycji”. Ale wszystkich przebił Guy Verhofstadt wrzeszczący o tysiącach „faszystów, neonazistów i zwolenników supremacji białej rasy na ulicach Warszawy”, „300 km od Auschwitz”. Słowem, mieliśmy istną „Niagarę kłamstw” i „antypolską orgię”, jak prof. Ryszard Legutko określił nagonkę niemieckich mediów, która na sali w Strasburgu znalazła odzwierciedlenie w skali 1:1. Finałem była przyjęta rezolucja, zlecająca komisji LIBE (ds. wolności obywatelskich, sprawiedliwości i spraw wewnętrznych) sporządzenie raportu o Polsce, mającego w zamierzeniu stać się podstawą do sięgnięcia przez Radę UE po art. 7 Traktatu Lizbońskiego otwierający drogę do sankcji.

W rezolucji, prócz zarzutów odnośnie Trybunału Konstytucyjnego i reformy sądownictwa, mamy typowy lewacki koncert życzeń. Polska ma mianowicie zapewnić dostęp do powszechnej i bezpłatnej antykoncepcji; zapewnić prawo do wolności zgromadzeń (ewidentne kłamstwo, prawo do zgromadzeń nie jest w Polsce ograniczane, PE chodzi po prostu o bezkarność dla zadymiarzy); mamy również potępić „faszystowski i ksenofobiczny marsz 11 listopada w Warszawie” (fragment przyjęty na wniosek PO!); jest też o wstrzymaniu wycinki Puszczy Białowieskiej. Swoistym kuriozum była zgłoszona poprawka wzywająca polskie władze do zaprzestania „represji” wobec „antyfaszystów, komunistów i innych demokratów”. Cóż, jak wiadomo są dwa rodzaje faszyzmu: faszyzm i antyfaszyzm, zaś co do komunizmu – skojarzenie tej ideologii z demokracją mogło się wykluć jedynie w zaczadzonych łbach euro-lewaków. No chyba, że rozumieją oni demokrację na modłę Stalina, który zasłynął stwierdzeniem, że „nigdy i nigdzie nie było takiej demokracji, jak nasza”. Patrząc na przebieg antypolskiej debaty, nawet by się to zgadzało – takiej „demokracji” jak w unijnych instytucjach też nie ma nigdzie indziej na świecie.

Aż nie chce się w tym miejscu wspominać, gdzie była Bruksela, gdy za rządów PO robiono „akcję widelec”, pałowano i wsadzano do aresztów setkami uczestników Marszów Niepodległości, skazywano ludzi za „obrazę konstytucyjnego organu” w osobie Donalda Tuska i wytaczano procesy osobom protestującym w siedzibie PKW przeciw fałszerstwom wyborczym.


III. Brudna gra

No dobrze, weźmy teraz głębszy oddech i zastanówmy się o co tak naprawdę w tej całej ponurej hecy chodzi. Przede wszystkim, obalenie rządu PiS za pomocą „ulicy” spełzło na niczym, zatem postanowiono zintensyfikować ostrzał „zagranicy”, licząc zapewne, że europejskie kompleksy tlą się wciąż w Polakach na tyle mocno, że można je podobnymi akcjami odpowiednio rozdmuchać. W Brukseli zapewne zapamiętano sondażowe tąpnięcie PiS po nieudanej kampanii o utrącenie reelekcji Donalda Tuska na fotel przewodniczącego Rady Europejskiej i tamtejsi decydenci liczą na powtórkę. Tyle, że Polacy są już chyba w nieco innym miejscu, niż wówczas. Sądzę wręcz, że takie popisy arogancji, mogą wywołać skutek odwrotny do zamierzonego i przy odpowiednim natężeniu doprowadzić do osłabienia poparcia dla UE w polskim społeczeństwie i narastania zdrowego sceptycyzmu – co samo w sobie jest korzystne, bo jak już wielokrotnie podkreślałem, nieuchronnie nadchodzi moment, kiedy będziemy musieli się z tego interesu po prostu wypisać. O wpływie na krajową popularność PO nawet nie ma co mówić – Polacy widzą, że wygadywano o nich i o Polsce szkalujące brednie, a Platforma była w ów spektakl hipokryzji i obłudy czynnie zaangażowana. Przewiduję zatem dalsze spadki sondażowe „totalnej opozycji”.

No i oczywiście pozostaje stały uczestnik gry, czyli Niemcy wraz z kanclerz Angelą Merkel, które postanowiły przypomnieć nam za pomocą swych brukselskich politycznych wykidajłów pokroju Timmermansa, że trzymają rękę na pulsie i nie zamierzają się pogodzić z emancypacją Polski. Nagła aktywizacja Donalda Tuska również nie jest przypadkiem – przywiędła cesarzowa Europy rzuca na stół wszystkie swoje atuty. Zaryzykuję przy okazji tezę, że w grę wszedł nowy czynnik – polskie żądania reparacyjne. Opisywana awantura może stanowić wyrażoną „nie wprost” odpowiedź Berlina, zwłaszcza w kontekście dzikiego amoku rozpętanego wokół Marszu Niepodległości. „- Chcecie odszkodowań?” - powiada nam mamuśka Angela - „to my uruchomimy naszych euro-folksdojczów i zrobimy z was nazistów. I będziemy przeczołgiwali was tak długo, aż wam się odechce naszych pieniędzy”.

W kontekście powyższego, potrzebny jest stanowczy odpór i dlatego cieszą zapowiedzi pozwów przeciw Verhofstadtowi ze strony Reduty Dobrego Imienia. Ale to nie wystarczy – do akcji powinien wkroczyć rząd i to nie za pomocą wysyłania „sprostowań”, ale wytaczając oszczercom procesy w imieniu polskiego państwa. I tu mam pytanie do min. Glińskiego. W czerwcu 2016 r. pochwalił się Pan nawiązaniem współpracy z międzynarodową korporacją prawniczą „Dentons” w zakresie ochrony dobrego imienia Polski – i to „pro bono”. Pytam więc – gdzie są te procesy? I czy nie pora, by wreszcie uciszyć sądownie szkalujących nas różnych „guyów” i medialnych euro-kundli? A tak poza tym – najwyższy czas na listę osób niepożądanych na terytorium Polski. Timmermans i Verhofstadt to na początek absolutne minimum.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 47 (24-30.11.2017)

Bez futra do Europy

Zwierzęta futerkowe nadal będą cierpieć, tylko gdzie indziej, my zaś jedynie poprawimy sobie samopoczucie. Czysty irracjonalizm.


Na początek zastrzeżenie – ponieważ wszelkie głosy w obronie branży futerkowej zbywane są oskarżeniami o uleganie lobbyingowi, oznajmiam stanowczo, że nie jestem w żaden sposób związany z przemysłem futrzarskim i żaden z producentów nie „zasponsorował” niniejszego felietonu.

Teraz do rzeczy. Branża futerkowa to jedna z nielicznych kwitnących gałęzi krajowej gospodarki, znajdująca się – w odróżnieniu od np. montowni – niemal w całości w polskich rękach i również niemal w całości produkująca na eksport. Futra sprzedawane są za pośrednictwem domów aukcyjnych w Toronto, Kopenhadze, Helsinkach i Seattle – rocznie jest to 10 mln. skór z norek, 250 tys. z lisów i 50 tys. z jenotów, co przekłada się na 4 proc. wartości eksportu produktów pochodzenia zwierzęcego i 7 proc. wartości eksportu leśnictwa, rolnictwa i rybołówstwa. W liczbach bezwzględnych oznacza to udział w PKB rzędu 1,5 mld. zł. rocznie i 600 mln. wpływów do budżetu. Wg danych branżowych w całej Polsce działa 1190 ferm hodowlanych w których zatrudnionych jest 10 tys. osób plus dalsze 40 tys. w firmach kooperujących. Generalnie, jesteśmy trzecim co do wielkości producentem skór na świecie i drugim w Europie, a w hodowle zainwestowano do tej pory ok. 5 mld. zł.

I to wszystko ma zostać przekreślone jednym pociągnięciem pióra w ustawie, której projekt będzie procedowany na najbliższym posiedzeniu Sejmu – a że widnieje pod nim podpis samego prezesa Kaczyńskiego, to najpewniej ustawa przejdzie bez większych zmian. Jej przepisy wprowadzają całkowity zakaz hodowli zwierząt futerkowych, a hodowcy na wygaszenie branży będą mieli 4 lata. Co ciekawe, przewidziano wyjątek dla królików, do których rządzący, sądząc po niedawnej kampanii medialnej, mają jakąś dziwną predylekcję. Inne zapisy zakazują m.in. używania zwierząt w cyrkach i trzymania psów na łańcuchach (w okresie przejściowym łańcuch nie może być krótszy niż 5 metrów).

Przeciwnicy hodowli futerkowych podnoszą niehumanitarne warunki przetrzymywania zwierząt oraz niekorzystny wpływ na środowisko – np. to, że norki amerykańskie uciekają z hodowli, stając się gatunkiem inwazyjnym, ponadto fermy swoimi zapachami zasmradzają okolicę. Powołują się przy tym na raport NIK z 2011 r., kiedy to skontrolowano 23 fermy w Wielkopolsce, odnotowując liczne nieprawidłowości. Rzecz w tym, że w latach 2011-2013 Inspekcja Weterynaryjna przeprowadziła kompleksową kontrolę niemal wszystkich gospodarstw w Polsce, zaś kolejny raport NIK z 2014 r. wykazał znaczną poprawę. Czyli okazuje się, że można zadbać o dobrostan zwierząt bez zarzynania całej branży. Zatem obecnie likwidację przemysłu futerkowego należy traktować w kategoriach czysto ideologicznych.

Otóż nie widzę specjalnej etycznej różnicy między hodowlą zwierząt na futra, a hodowlą na mięso – a mamy wszak fermy drobiu z chowem klatkowym, chlewnie czy „przemysłowe” obory z krowami, które nigdy nie widziały pastwiska. I coś państwu powiem: one też nie najlepiej pachną. Swojego czasu mieszkałem na osiedlu położonym na skraju miasta – kiedy chlewnia znajdująca się w pobliskiej wsi wypuszczała swoje „smrody”, trudno było oddychać. Rolnictwo i generalnie produkcja żywności tak już ma, że czasem nie najlepiej pachnie, co potwierdzić może każdy, kto choć raz wąchał rozrzucany wiosną na polach obornik. Czy zatem mamy zakazać chowu trzody chlewnej? Przy okazji – co ze skórami pozyskiwanymi ze świń, krów, czy ze wspomnianych już królików?

Co do empatii – informuję, że zwierzęta futerkowe nadal będą cierpieć, tylko gdzie indziej i to inne kraje czerpać będą zyski, my zaś jedynie poprawimy sobie samopoczucie, bo będziemy mieli czyste rączki. Czysty irracjonalizm. A co z cierpieniem pół-śniętych karpi sprzedawanych z przenośnych zbiorników? Zbliża się Wigilia i zapewne jak co roku czeka nas kolejna medialna erupcja sezonowego humanitaryzmu. Zakazać świątecznego rybobójstwa! (Ekolodzy zupełnie serio mówią o „holokauście zwierząt”). Kolejny argument – można nosić sztuczne futra. Tak, tyle że sztuczne futra są tak samo „eko” jak torebki foliowe, bo wyprodukowane są z identycznych tworzyw sztucznych. Tak nawiasem, ekoterroryści słyną z akcji polegających na otwieraniu klatek, bądź sprayowaniu zwierząt farbą – w pierwszym przypadku sami przyczyniają się do rozprzestrzeniania inwazyjnych gatunków (zakładając, że hodowlane zwierzęta są w stanie przeżyć na wolności), w drugim zaś – przyśpieszają ich śmierć, bo hodowca takie „zepsute” sztuki jest zmuszony po prostu zabić. Ot, logika.

No i wreszcie teza wygłoszona przez prezesa Kaczyńskiego, że dzięki zakazowi hodowli znajdziemy się bliżej „prawdziwej Europy”. O tak, nikt inny jak właśnie owa „Europa” nie przyczynił się w ostatnim ćwierćwieczu do likwidacji całych gałęzi polskiej gospodarki. Teraz, gdy zmuszeni jesteśmy szukać rozmaitych nisz w których moglibyśmy zaistnieć, okazuje się, że i to nie jest dla nas właściwe. Ale nic to – marsz do Europy! Wprawdzie bez futra, ale za to z dumnie wypiętym gołym zadkiem.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 47 (24-30.11.2017)

niedziela, 19 listopada 2017

Prezydent 2020 – Duda czy Szydło?

Beata Szydło wciągnie Dudę nosem – a że potrafi prowadzić skuteczną kampanię, przekonaliśmy się w 2015 r.


I. Koniec telenoweli

Proszę Państwa, dogadali się. Ledwie zdążyłem w poprzednim numerze „Warszawskiej Gazety” skrytykować prezydenta Dudę za sabotowanie reformy sądownictwa, przeciąganie rozmów i obarczyć polityczną odpowiedzialnością za sędziowski rokosz, którego najświeższym przejawem było utrącenie przez KRS 265 asesorów – a tu jeszcze tego samego dnia, w piątek 10 listopada, gruchnęła nowina, że oto mamy porozumienie między PiS a Pałacem Prezydenckim. Dla porządku przypomnijmy, że wypracowane po długich korowodach (od momentu weta – 3 i pół miesiąca) wspólne stanowisko zakłada dwa etapy wyboru członków Krajowej Rady Sądownictwa. Najpierw Sejm będzie starał się wybrać ich większością 3/5 głosów, przy zachowaniu swoistego „parytetu”, tzn. jeden klub parlamentarny będzie mógł zgłosić maksymalnie 9 kandydatów. Wynika z tego, że spośród 15 sędziów-członków KRS dziewięciu zostanie wyłonionych przez PiS, zaś pozostałych sześciu przez opozycję. Ponieważ o większość 3/5 w obecnej konfiguracji politycznej będzie trudno, zatem najprawdopodobniej dojdzie do uruchomienia drugiego kroku, polegającego na tym, że wybór zostanie dokonany większością bezwzględną (liczba głosów „za” musi być większa od sumy głosów „przeciw” i wstrzymujących się). Wygląda więc na to, że PiS będzie miało w KRS bezpieczną przewagę. Projekt ustawy trafić ma pod obrady Sejmu już na najbliższym posiedzeniu, 22 listopada.

Co się stało, że prezydent Duda w końcu poszedł na kompromis? Gdybym był megalomanem, uznałbym, że najwyraźniej przeczytał ostatnią „Warszawską Gazetę” i doszedł do wniosku, że faktycznie, pora przestać kluczyć i czas na męską decyzję – o co apelowałem w swoim artykule. Możliwe też, że skumulowały się różne sygnały, wskazujące na rosnące zniecierpliwienie prawicowego elektoratu – szczególnie po ostatniej awanturze wokół asesorów. Prezydent i jego otoczenie mogli dojść do wniosku, że dalsze przewlekanie rozmów przyniesie więcej wizerunkowych szkód niż pożytku, a zakulisowe wojenki staną się dla wyborców kompletnie niezrozumiałe – i w efekcie to prezydent, a nie np. Ziobro straci twarz i wiarygodność. Pojawiły się również spekulacje, że Andrzej Duda w zamian za zgodę zażądał czyichś głów przy okazji rekonstrukcji rządu, bądź też nominowania na ministerialne stanowiska sprzyjających mu ludzi. No i wreszcie, pozostaje „opcja atomowa” - mianowicie, Andrzej Duda mógł usłyszeć, że jeżeli nie przyjmie proponowanego rozwiązania (które wszak pozwala mu wyjść z politycznego klinczu z twarzą), to może pożegnać się z drugą kadencją prezydencką, bo PiS wystawi innego kandydata. Oczywiście zawsze pozostaje ewentualność, że prezydent doznał nagłego przypływu propaństwowych instynktów.


II. Niesmak pozostał

Tyle że... ja tak po ludzku temu człowiekowi już zwyczajnie nie ufam. Od momentu weta nagromadziło się zbyt wiele znaków zapytania. Przed feralnym 24 lipca prędzej spodziewałbym się trzęsienia ziemi, niż tego, że mój prezydent i prezes partii na którą oddałem swój głos będą miesiącami dogadywać się w tak newralgicznej sprawie, jak oczyszczenie wymiaru sprawiedliwości. A jednak, tak właśnie się stało. Andrzej Duda po pierwsze, ewidentnie ugiął się przed ulicznymi demonstracjami oraz naciskiem prawniczego establishmentu – postanawiając przy okazji wejść w rolę „centrysty”, wyważonego i odpowiedzialnego niczym, nie przymierzając, Tadeusz Mazowiecki, w którego ugrupowaniu terminował za młodu. Najwyraźniej liczył, że kokietując drugą stronę, ugra jakieś punkty i zetrze przyklejoną mu łatkę „Adriana”, dodatkowo kreując się na patrona „nadzwyczajnej kasty”. Nie bez przyczyny zaczęto mówić, że w Pałacu Prezydenckim straszy duch Unii Wolności. Przez ponad trzy miesiące wyraźnie też rozglądał się za alternatywnym poparciem politycznym (może Kukiz, może Gowin – z czym swoje nadzieje wiązali nieuleczalni zwolennicy jakiejś wydumanej „lepszej prawicy” w rodzaju Rafała Ziemkiewicza). Dodatkowo, fatalnie wyglądała czasowa koincydencja (czy tylko koincydencja?) związana z 45-minutową rozmową telefoniczną z kanclerz Angelą Merkel do której doszło 20 lipca – z komunikatu rzecznika niemieckiego rządu Steffena Seiberta dowiedzieliśmy się, ze jednym z głównych tematów była kwestia praworządności w Polsce, co Kancelaria Prezydenta przemilczała. Dodajmy jeszcze kompletnie niepoważne motywowanie weta opinią pani Zofii Romaszewskiej. A w tle tego wszystkiego personalno-ambicjonalny spór z ministrem Ziobrą. Słowem, porozumienie porozumieniem – ale niesmak pozostał.

Przykro to pisać, ale Andrzej Duda dał się poznać jako miękki lawirant i do tego ambicjoner – a to jest najgorsze połączenie. Owszem, bez ambicji niczego w polityce się nie osiągnie, lecz potrzeba czegoś jeszcze – twardego kręgosłupa. Orban czy Kaczyński to również politycy z ambicjami, ale porównywać ich z Dudą, to jakby porównywać hartowaną stal i plastelinę. A skoro o tym mowa, to jest jeszcze jeden polityk obdarzony żelaznym kośćcem – mianowicie Beata Szydło. I sądzę, że to właśnie ona powinna zostać przez PiS wystawiona do wyborów prezydenckich w 2020 roku.


III. Beata Szydło na prezydenta!

Nie chciałbym za bardzo wchodzić w buty Jarosława Kaczyńskiego, ale na jego miejscu poważnie bym się zastanawiał, czy można Andrzejowi Dudzie zaufać po raz drugi. Raz już wierzgnął, wystawiając na szwank kluczową reformę i nikt nie zagwarantuje, że podobna sytuacja się nie powtórzy – zwłaszcza w drugiej kadencji, gdy będzie się już rozglądał za jakimś miękkim lądowaniem, a partia nie będzie miała na niego „bata”. Wtedy dopiero może stać się prawdziwym „hamulcowym”. Tymczasem Beata Szydło jako premier, działając pod niesłychanym ostrzałem medialnym, dała dowody niezwykłej odporności i lojalności. Nie działały na nią drwiny, że jest „marionetką Kaczyńskiego” (na Dudę kpiny z „Adriana” podziałały) – wykazała spokój, opanowanie, a gdy trzeba potrafiła walnąć pięścią w stół tak, że cały świat usłyszał (np. sejmowe wystąpienie o imigrantach). Krótko mówiąc, to naprawdę „twarda baba” w najlepszym rozumieniu tego określenia.

Reelekcja Andrzeja Dudy pozostawia szeroki margines niepewności, tymczasem premier Szydło swoją lojalność wobec obozu „dobrej zmiany” wykazała ponad wszelką wątpliwość. Na półmetku kadencji cieszy się wysokim poparciem i zaufaniem – i nic nie wskazuje, by miała te atuty stracić. Nawet jeśli Andrzej Duda postanowi samodzielnie stanąć w wyborcze szranki, to bez wsparcia partyjnego aparatu i pieniędzy jest skazany na pożarcie – pamiętajmy, że to właśnie Beata Szydło robiła mu kampanię. Kto miałby ją Dudzie zrobić w 2020 roku - „Czerepach” Łapiński? Wolne żarty. W ogniu wyborczej walki sondażowe słupki stopnieją Dudzie niczym Komorowskiemu. Dysponująca partyjnym poparciem i związanymi z tym możliwościami Beata Szydło wciągnie go nosem – a że potrafi prowadzić skuteczną kampanię, przekonaliśmy się w 2015 r.

Miejsce Beaty Szydło po wyborach parlamentarnych w 2019 r. może w naturalny sposób zająć chociażby „technokrata” Morawiecki, dziś wicepremier i „superszef” od gospodarki. Ona sama natomiast po udanej pierwszej kadencji w roli premiera nie będzie jeszcze „zużyta” rządzeniem, za to będzie rozpoznawalna i pozytywnie kojarzona przez wyborców – nie tylko prawicowych. Ze swym stonowanym, wiarygodnym wizerunkiem „kobiety rozsądku” może śmiało schylić się po centrowy elektorat w który obecnie celuje Duda. Jest tylko jeden warunek – nie można Beaty Szydło „zrekonstruować”, bo wówczas zniknie z radarów opinii publicznej i do 2020 r. ludzie o niej zapomną. Musi dotrwać do końca kadencji jako popularna premier rządu i z tej pozycji ruszyć po prezydenturę. W zarysowanym tu wariancie, Andrzej Duda już dziś może zacząć myśleć o sobie jako o byłym prezydencie i bardzo młodym emerycie. No chyba, że się ogarnie i zacznie do końca kadencji dawać bardzo mocne dowody lojalności. Tylko, czy po tym wszystkim przekona prezesa Kaczyńskiego, a nade wszystko – swoich wyborców?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

I co teraz, panie Prezydencie?

Pół-reforma Dudy

Między wojną, a hańbą

Merkel i Duda, czyli caryca Katarzyna i król Stasio

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 46 (17-23.11.2017)