niedziela, 3 lutego 2019

#JaCięNieMogę!

Wyborcza” kompletnie się ośmieszyła, a na miejscu Kaczyńskiego wysłałbym na Czerską duży bukiet kwiatów w podzięce za ocieplenie wizerunku.

I. Przychodzi Birgfellner do Kaczyńskiego

Na początek rytualne zastrzeżenie – ze względu na cykl wydawniczy tygodnika tekst piszę we wtorek wieczorem, tak więc nie wiem co jeszcze trzyma w zanadrzu „Wyborcza”. Jeżeli jednak założyć, że na początek odpaliła najmocniejsze działo, to trzeba powiedzieć, że zapowiadana sensacja skończyła się wielkim niewypałem, co podkreślają również dziennikarze, których trudno posądzać o kibicowanie PiS-owi. Taki Jan Wróbel, trzymany w agorowym radiowęźle TOK FM w charakterze konserwatywnej paprotki stwierdził wręcz, że gdyby w Polsce byli tacy „oszuści” jak Kaczyński, to byśmy żyli w Szwajcarii – co jest niezłym podsumowaniem całej dętej „afery”. Przypomnijmy, że materiał „GW” zapowiadany był jako wielka sensacja, która stanie się końcem PiS-u, a wicenaczelny Jarosław Kurski zalecał czytelnikom, by pobiegli do kiosków z samego rana lub wykupili elektroniczną prenumeratę. Cóż, kto się skusił, musi teraz pluć sobie w brodę – bowiem w opublikowanych materiałach, jeśli spojrzeć na nie chłodnym okiem zwyczajnie nic nie ma. Jednym słowem, humbug.

Co tak naprawdę się wydarzyło? Zrekonstruujmy sobie to w punktach: 1. Legalnie działająca spółka Srebrna chciała wybudować na należącej do niej działce dwa bliźniacze wieżowce; 2. By zrealizować inwestycję wartą ok. 300 mln. euro (jakieś 1,3 mld. zł.) zwróciła się o kredyt do banku Pekao SA; 3. Inwestycja nie dochodzi do skutku przez motywowany politycznie opór władz Warszawy; 4. Dodatkowo, kwestia budowy zostaje podniesiona w kampanii samorządowej przez Jana Śpiewaka, kandydata na prezydenta stolicy, więc dla dobra partii należy wstrzymać przedsięwzięcie; 5. Podwykonawca – austriacki przedsiębiorca Gerald Birgfellner, prywatnie zięć Jana Marii Tomaszewskiego (ciotecznego brata Jarosława Kaczyńskiego) – domaga się zapłaty i zwrotu kosztów z tytułu przygotowanych już analiz i projektów; 6. Kaczyński nie uchyla się, żąda jednak konkretnych faktur i rachunków, które byłyby podstawą do wypłacenia pieniędzy; 7. Birgfellner wymaganych dokumentów nie przedstawia, wskutek czego Kaczyński doradza mu udanie się do sądu – wyrok sądowy na korzyść Birgfellnera stanowiłby bowiem podstawę prawną do zapłaty; 8. Birgfellner (najprawdopodobniej czując, że jego pozycja negocjacyjna jest słaba) zamiast tego nagrywa swoje rozmowy z Kaczyńskim (łącznie ponoć grubo ponad trzydzieści godzin) i idzie z nimi do mec. Romana Giertycha; 9. Roman Giertych „nadaje” sprawę „Gazecie Wyborczej”; 10. W przeddzień publikacji pierwszych nagrań Birgfellner z Giertychem składają zawiadomienie o popełnieniu przez Kaczyńskiego przestępstwa „oszustwa wielkich rozmiarów”. Kropka.


II. Humbug

Widzą tu państwo gdzieś aferę? Złamanie prawa? No właśnie – bo nic takiego nie ma. Wie to również, ma się rozumieć, „Wyborcza” (w końcu nie siedzą tam idioci), dlatego też, zdając sobie sprawę ze słabości swojego „kapiszona”, usiłuje wszystko odpowiednio podkręcić i obudować narracyjnie, tak by niezorientowany odbiorca odniósł wrażenie, że generalnie „coś tu śmierdzi”. Spójrzmy zatem na zarzuty „GW”: 1. Kaczyński łamie ustawę o partiach politycznych, która zabrania prowadzenia przez partie działalności gospodarczej; 2. Kaczyński traktuje państwowy bank jak „skarbonkę”; 3. Kaczyński chciał oszukać podwykonawcę, który na zlecenie Srebrnej przygotowywał inwestycję do realizacji; 4. PiS poprzez spółkę Srebrna uwłaszczył się na majątku RSW „Prasa-Książka-Ruch”; 5. Kaczyński jest rekinem deweloperskiego biznesu, który tylko udaje skromnego, starszego pana.

Wszystko to naciągnięte jak gumka w majtkach. Po pierwsze, to nie PiS jako partia polityczna prowadzi działalność gospodarczą, lecz spółka Srebrna należąca do Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego. Owszem, powiązana jest personalnie i środowiskowo z partią rządzącą – lecz wszystko odbywa się zgodnie z prawem. Nade wszystko zaś nie ma śladu po jakimkolwiek finansowaniu przez Srebrną partyjnej działalności PiS (np. kampanii wyborczych), bądź osobiście Kaczyńskiego. Jarosław Kaczyński zasiada w radzie nadzorczej Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego i w takim charakterze – jako przedstawiciel większościowego udziałowca – negocjował z Birgfellnerem.

Po drugie, bank Pekao SA nie podarował Srebrnej żadnych pieniędzy, co sugerują między wierszami autorzy „kapiszona”. W grę wchodził jedynie kredyt, który zostałby udzielony na przyjętych dla takich przedsięwzięć zasadach (z odpowiednim zabezpieczeniem, badaniem zdolności kredytowej, analizą inwestycji itp.) - i ten kredyt Srebrna musiałaby oczywiście spłacić wraz z odsetkami. Krótko mówiąc – bank na operacji by zarobił, bo trudno przypuszczać, by biurowiec w centrum Warszawy okazał się nieopłacalny.

Po trzecie, Jarosław Kaczyński na nagraniach wyraźnie mówi, że chce Birgfellnerowi zapłacić, potrzebuje jednak rachunków. Sugeruje nawet oddanie sprawy do sądu, gdzie jest gotów potwierdzić roszczenia. Musi tak zrobić, bo wypłacenie pieniędzy bez należytej podstawy mogłoby zostać zakwalifikowane jako niegospodarność i działanie na szkodę spółki. Tu warto dodać, że Kaczyński jest doktorem prawa i trudno żeby nie wiedział, jaka odpowiedzialność wiąże się z prowadzeniem podmiotów gospodarczych.

Po czwarte – tak, Porozumienie Centrum poprzez Fundację Prasową „Solidarność” partycypowało w podziale majątku RSW „Prasa-Książka-Ruch” przeprowadzanego na mocy stosownej ustawy przez Komisję Likwidacyjną. Rzecz w tym, że korzyści z tego podziału odniosły wszystkie działające wówczas siły polityczne, w tym postkomuniści z SdRP i liberałowie z KL-D (dodajmy, że jednym z członków Komisji Likwidacyjnej był Donald Tusk). Taka zresztą była intencja – pluralizacja polityczna rynku medialnego. Tymczasem, poprzez przemilczenia usiłuje się stworzyć wrażenie, ze PC było beneficjentem jedynym. Co różni PC i PiS od reszty? Ano to, że nie roztrwonili tego majątku.

No i wreszcie, po piąte - Jarosław Kaczyński jako rekin biznesu. Tutaj wypadałoby się zdecydować, kim jest Kaczyński – oderwanym od rzeczywistości nieudacznikiem, który hoduje koty i nie ma konta w banku, czy twardym zawodnikiem, ogarniającym zawiłości deweloperskiego biznesu? W rozmowie dał się przede wszystkim poznać jako kompetentny negocjator i odpowiedzialny prawnik dbający o dochowanie wszelkich niezbędnych formalności, tak by nie dopuścić do narażenia na szwank interesów spółki w której imieniu występuje. Zaś co do „miliardów” kręcących się w tle – cóż, taki z Kaczyńskiego „oligarcha”, że kilka lat temu musiał pożyczyć 200 tys. zł. na zapewnienie opieki chorej matce.


III. #JaCięNieMogę

W tej całej hucpie są jednak dwa faktycznie niepokojące wątki. Pierwszy, to sam fakt, że Jarosław Kaczyński dał się nagrać. Zadziwiające, że kolejne afery taśmowe nie skłoniły go do zainstalowania aparatury antypodsłuchowej. Najwyraźniej padł ofiarą nadmiernego zaufania do rodziny. Drugi, to Gerald Birgfellner i jego roszczenia. Dlaczego po prostu nie pokazał faktur, względnie nie poszedł do sądu? Przeczuwał, że przegrałby sprawę? Na pierwszy rzut oka sytuacja wygląda tak, jakby austriacki przedsiębiorca chciał „wydoić” Srebrną, a gdy mu się nie udało, z zemsty pobiegł do Giertycha i rozpętał polityczną awanturę. No i jaka w tym jest rola kuzyna? Pierwszy naiwny?

A poza tym – co to za afera? Żadnych spotkań na cmentarzach, stacjach benzynowych czy przy śmietniku, żadnych przewałów na „prętach stalowych”, piramidach finansowych czy lipnych liniach lotniczych, żadnego kupowania ustaw, żadnych drogich restauracji i „ośmiorniczek”. Ot, spokojne spotkanie biznesowe w biurze przy wodzie mineralnej, pełna kultura – zero bluzgów, a najostrzejszym sformułowaniem jest słynne już „ja cię nie mogę”, jakim Kaczyński skomentował „modnie” podarte spodnie tłumaczki, co błyskawicznie doczekało się twitterowego hasztaga. Podsumowując, „Wyborcza” kompletnie się ośmieszyła, a na miejscu Kaczyńskiego wysłałbym na Czerską duży bukiet kwiatów w podzięce za ocieplenie wizerunku.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 05 (01-07.02.2019)

Luzowanie ilościowe dla ludzi

Skoro banki centralne mogą kreować pieniądze „ex nihilo”, by ratować nimi sektor finansowy – to co stoi na przeszkodzie, by na takiej samej zasadzie skierować je bezpośrednio do ludzi?

Czym się różni neoliberalizm od liberalizmu klasycznego? Przywołując znany dowcip – tym samym, czym krzesło elektryczne od krzesła zwykłego. Neoliberalizm to nic innego, jak totalitarna władza oligarchii pieniądza zachowująca pozory wolności gospodarczej. W praktyce oznacza to, że świat polityki siedzi w kieszeni bandy krwiopijców infiltrujących newralgiczne instytucje na zasadzie „drzwi obrotowych”. W klasycznym liberalizmie prowadzenie działalności gospodarczej związane jest z ponoszeniem odpowiedzialności – jeśli jakaś firma wskutek błędnych decyzji, nadmiernego i źle skalkulowanego ryzyka popadnie w tarapaty, to bankrutuje i zwalnia miejsce dla innych. W neoliberalizmie zaś powyższa zasada dotyczy tylko małych graczy. Giganci sektora finansowego przyspawani są rozlicznymi mackami do państwa – i w efekcie okazuje się, że są „zbyt wielcy, by upaść”.

Weźmy ostatni kryzys finansowy. Banki, fundusze inwestycyjne i cała reszta hordy spekulantów w zasadzie nie poniosła żadnej odpowiedzialności za swą nieopanowaną chciwość. Przeciwnie – FED, rządy poszczególnych krajów oraz międzynarodowe instytucje typu Europejski Bank Centralny na wyprzódki rzuciły się ratować bankrutów, zasypując sektor finansowy górami pieniędzy w ramach luzowania ilościowego (czyli zmasowanego wykupu obligacji i innych papierów wartościowych za pomocą wykreowanego przez banki centralne „świeżego” pieniądza). Wpompowano w ten sposób w system finansowy nieprzytomne miliardy dolarów i euro, licząc na rozruszanie gospodarki. I rozruszała się – ale w dużej mierze „wirtualnie”. Okazało się, że pieniądze w stosunkowo znikomym stopniu przeniknęły do gospodarki realnej i ludzkich portfeli. Napędziły za to rynki finansowe, pompując kolejne bańki spekulacyjne – zyskali więc ci, którzy doprowadzili do kryzysu z 2008 r. i w poczuciu pełnej bezkarności szykują nam kolejny. Krótko mówiąc, luzowanie ilościowe nie zadziałało, albo raczej – zadziałało, ale niezgodnie z założeniami. Pieniądze nie trafiły tam, gdzie miały trafić – bo po co inwestować w „realu”, skoro można spekulować na giełdzie?

Dlatego w 2015 r. pojawiła się inicjatywa „Quantitative Easing for People”, czyli „Luzowania ilościowego dla ludzi”. Poszczególni zwolennicy tego rozwiązania różnią się w szczegółach, lecz generalna intencja jest jasna: pieniądze, zamiast futrować finansjerę, powinny trafić do realnej gospodarki i obywateli – przykładowo, profesor ekonomii z Uniwersytetu Oksfordzkiego, John Muellbauer twierdził, iż EBC powinien wysłać do każdego dorosłego obywatela czek na 500 euro, co przypomina słynną koncepcję Miltona Friedmana „zrzucania pieniędzy z helikoptera”. Z kolei Jeremy Corbyn, lider brytyjskiej Partii Pracy, zaproponował „People's Quantitative Easing”, w myśl którego Bank Anglii miałby kreować pieniądze inwestowane następnie w takie branże, jak budownictwo mieszkaniowe czy transport publiczny. Podobne rozwiązanie proponował przed ostatnimi wyborami we Włoszech prof. Paolo Savona, typowany na ministra finansów. Ten zagorzały przeciwnik strefy euro chciał wprowadzić walutę równoległą („bon rządowy”), w której rząd regulowałby swoje zobowiązania i pobierał należności, wpuszczając tym samym do gospodarki dodatkowy pieniądz.

Zasadniczo, „Quantitative Easing for People” sprowadzono do pięciu założeń: 1. Luzowanie ilościowe się nie sprawdziło; 2. Jest obarczone ryzykiem i szkodliwe; 3. Potrzeba rozwiązania nie nakręcającego baniek spekulacyjnych oraz wzrostu zadłużenia prywatnego i publicznego; 4. Pieniądze zamiast do sektora finansowego powinny trafić do realnej gospodarki poprzez inwestycje lub przekazywane bezpośrednio ludziom; 5. EBC powinien jak najszybciej wprowadzić powyższe postulaty w życie.

Warto zauważyć, że coś w tym stylu przeprowadził rząd Islandii, kierując w różnych formach pomoc bezpośrednio do poszkodowanych kryzysem bankowym obywateli. A więc można. I tutaj dochodzimy do omawianych wcześniej w tym miejscu koncepcji pieniądza suwerennego i nowoczesnej teorii monetarnej. Skoro banki centralne mogą kreować pieniądze ex nihilo, by ratować nimi sektor finansowy – to co stoi na przeszkodzie, by na takiej samej zasadzie skierować je bezpośrednio do ludzi? Można by to uczynić chociażby w formie bezwarunkowego dochodu podstawowego (który propagatorzy „Quantitative Easing for People” nazywają „dywidendą społeczną”). Na marginesie, taka „dywidenda” i tak stanie się wkrótce niezbędna, kiedy w wiek emerytalny zaczną wchodzić roczniki obecnego prekariatu, które większość życia przepracowały na nisko płatnych „śmieciówkach”.

„Luzowanie ilościowe dla ludzi” ma jeszcze jeden walor – omijając pośrednictwo sektora finansowego pokazałoby banksterom, że nie są bezkarni, co być może wpłynęłoby mitygująco na obecne spekulacyjne szaleństwo. Byłby to sygnał: następnym razem pomoc trafi do kogo innego, więc lepiej się opamiętajcie. A jeśli się nie opamiętają, wtedy cóż... może się okazać, że wcale jednak nie są aż tak wielcy, by nie móc upaść.


Gadający Grzyb

Na podobny temat:

Ekonomia „króla Albanii”

Nowoczesna teoria pieniądza

BDP, czyli dywidenda obywatelska


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 05 (01-07.02.2019)

Barnevernet – porywacze dzieci

Warto pamiętać do czego może doprowadzić rozdęte państwo opiekuńcze – zwłaszcza, gdy jak w Norwegii, podszyte jest ideologicznym, lewackim szaleństwem.

I. Konsul non grata

Norweskie MSZ podjęło decyzję o wydaleniu polskiego konsula Sławomira Kowalskiego. Czym polski dyplomata naraził się norweskim władzom? Szpiegostwem? Obrazą majestatu króla Haralda V? Nie, nasz konsul musi pakować walizki z powodu wypełniania swoich obowiązków służbowych – czyli nadgorliwych w ocenie Norwegów interwencji w sprawach polskich obywateli, a konkretnie polskich dzieci odbieranych rodzicom przez tamtejszy Barnevernet. Barnevernet to urząd zajmujący się „ochroną” nieletnich – teoretycznie ma podejmować interwencje np. w przypadkach przemocy domowej czy rażących uchybień w wypełnianiu powinności rodzicielskich (dziecko chodzi głodne, zaniedbane, nie uczęszcza do szkoły itp.). W praktyce, jego aktywność jako żywo przypomina osławione niemieckie Jugendamty. Dzieci często odbierane są rodzicom pod byle pretekstem – na czym cierpią szczególnie rodziny imigranckie, które ze względu na barierę językową i nieznajomość norweskich procedur są bezbronne w konfrontacji z aparatem państwowym.

I właśnie w tego typu sytuacjach interweniował (łącznie w ok. 150 sprawach) konsul Kowalski - za co zresztą został wyróżniony przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych tytułem „Konsula Roku 2016”. Teraz natomiast „uhonorowało” go MSZ Norwegii. Przy czym, dodajmy, sytuacja jest rozwojowa, bowiem min. Czaputowicz odrzucił wezwanie norweskiego rządu: „MSZ stoi na stanowisku, że zarzuty strony norweskiej wobec pracy konsula Kowalskiego są nieuzasadnione. Resort spraw zagranicznych dobrze ocenia pracę konsula w Norwegii, w szczególności jeśli chodzi o jego działania na rzecz obrony interesów polskich rodzin”. Warto to odnotować, gdyż jest to rzadki przypadek asertywności polskich władz w relacjach z innymi krajami. W chwili gdy piszę te słowa nie wiadomo jeszcze jaki będzie finał dyplomatycznego skandalu – kadencja Sławomira Kowalskiego upływa z końcem czerwca i trzeba mieć nadzieję, że jego następca będzie równie bezkompromisowy i stanowczy.

Co jednak konkretnie zarzucają konsulowi Norwegowie? Sęk w tym, że na dobrą sprawę nie wiadomo. Rzeczniczka norweskiego MSZ mówi jedynie o „niezgodnej z rolą dyplomaty działalności konsula w kilku sprawach konsularnych, w tym jego niewłaściwego zachowania wobec funkcjonariuszy publicznych”. Może to oznaczać wszystko i nic. Nieoficjalnie wiadomo o nagraniu z ubiegłego roku, kiedy to norweska policja nie wpuściła Kowalskiego do siedziby Barnevernet, naruszając jego immunitet dyplomatyczny i uniemożliwiając mu tym samym wykonywanie obowiązków – w rezultacie miało dojść do przepychanek. Wszystko więc wskazuje na odwet strony norweskiej, zniecierpliwionej niewygodną (i nagłaśnianą medialnie) aktywnością polskiego przedstawiciela.


II. Porywacze dzieci

Trzeba podkreślić, iż sposób funkcjonowania Barnevernetu stanowi ucieleśnienie najgorszych koszmarów o „państwie opiekuńczym”, wtrącającym się notorycznie w życie obywateli i czującym się w prawie narzucać im sposób życia oraz standardy wychowawcze – a także surowo karzącym w przypadku stwierdzenia odstępstw. Dość powiedzieć, że obecnie w tamtejszych placówkach wychowawczych przebywa kilkanaście tysięcy dzieci – sporo, jak kraj liczący sobie 5 mln. mieszkańców. Co więcej, zdarza się, że dzieci są oddawane „dobrowolnie” przez sterroryzowanych rodziców w obawie, że w przypadku sprzeciwu, mogliby stracić prawa rodzicielskie na zawsze. Ze szczególną surowością traktowane są rodziny obcokrajowców. Decyzję podejmuje uznaniowo urzędnik, który następnie w asyście policji zabiera dzieci – nawet pod nieobecność rodziców, czasem wprost ze szkoły. Jest to tzw. tryb nadzwyczajny, uruchamiany m.in. w celu udaremnienia ucieczki rodziców z dziećmi za granicę (co zresztą się zdarza i trudno się dziwić). Jak tłumaczy w wypowiedzi dla agencji AIP dr Tymoteusz Zych z instytutu „Ordo Iuris” wspierającego polskie rodziny w sporach z norweską machiną urzędniczą: „zdecydowana większość konfliktów na linii Barnevernet - rodzice wynika z założeń norweskiego systemu opieki polegającego na zasadzie pierwszeństwa państwa przed rodziną w decydowaniu, co dla dziecka jest najlepsze i w jaki sposób ma być wychowywane”.

Szerokim echem odbił się w 2015 r. przypadek rumuńsko-norweskiej rodziny Bodnariu. Formalnie państwo Bodnariu zostali oskarżeni o stosowanie „klapsów” (co jest interpretowane jako przemoc), jednak dziwnym trafem Barnevernet zainterweniował po tym, jak jedna z córek zaśpiewała w szkole chrześcijańską piosenkę (rodzice są gorliwymi członkami kościoła zielonoświątkowców), o czym doniósł dyrektor szkoły. Rodziców oskarżono o „radykalne chrześcijaństwo i ideologiczną indoktrynację”, po czym odebrano im piątkę dzieci. Tu trzeba dodać, że w zgodnej opinii osób poszkodowanych przez Barnevernet, jego urzędnicy słyną z nieustępliwości w wynajdywaniu „haków” na rodziny, które im podpadły. Najpierw ze szkoły zabrano dwójkę rodzeństwa, następnie urzędnicy wraz z policją odebrali kolejnych dwóch synów z domu, by w końcu następnego dnia przyjść również po najmłodsze, zaledwie trzymiesięczne dziecko – rzekomo zagrożone z powodu ciężkiego stanu psychicznego matki. W sprawie Bodnariu interweniował rumuński rząd i ponad 100 prawników z całego świata – ostatecznie sprawa zakończyła się „polubownie” i dzieci zwrócono, stało się tak jednak pod niewątpliwym naciskiem światowej opinii publicznej.

Kolejny przykład, tym razem dotyczący rodziny czeskiej. W 2011 r. Barnevernet odebrał dwójkę synów Evie Michalakovej na podstawie fałszywego oskarżenia o molestowanie seksualne i zaniedbywanie. Matka stopniowo traciła kolejne prawa rodzicielskie, w końcu synów skierowano do adopcji. Sprawa wywołała dyplomatyczne napięcie na linii Czechy-Norwegia, a prezydent Milosz Zeman nie przebierał w słowach, mówiąc: „To jest uprowadzenie, czyli gangsterka”. Ostatecznie sprawa trafiła do Strasburga.

Inny przypadek opisuje na swoich stronach instytut „Ordo Iuris”. Polska rodzina straciła na niemal rok kilkunastoletnią córkę wskutek fałszywego donosu – co więcej, norweskie władze odmawiały wydania dziewczyny nawet, gdy wykazano nieprawdziwość zarzutów. Nastolatka trafiła do rodziny zastępczej. Wskutek przeżytej traumy dokonywała m.in. samookaleczeń – lecz tu już Barnevernet nie interweniował (to tyle, jeśli chodzi o „dobro dziecka”). Szczęśliwie, rodzice wykazali się refleksem i natychmiast wywieźli drugie z rodzeństwa do Polski – kilka dni później bowiem urzędnicy wraz z policją przyszli i po nie. Dziewczyna wróciła do rodziny dopiero wskutek interwencji konsula Kowalskiego.

Przypomnijmy jeszcze stosunkowo niedawną sprawę Silje Garmo – tym razem, dla odmiany, rdzennej Norweżki. Jej z kolei Barnevernet zarzucił... nadużywanie paracetamolu i „chroniczne zmęczenie”. Ostrzeżona przez znajomych o zamiarze odebrania jej dziecka, uciekła w maju 2017 r. wraz z czteromiesięczną córką Eirą do Polski, gdzie zwróciła się o azyl. Ostatecznie, po długich korowodach i odwołaniach, MSZ przyznało Silje i Eirze Garmo azyl w grudniu 2018 r. (również przy zaangażowaniu „Ordo Iuris”). Nic nie wskazuje na to, by paracetamol i „zmęczenie” zagrażały życiu i bezpieczeństwu małej Eiry.

I szczerze mówiąc, właśnie tutaj dopatrywałbym się kolejnej przyczyny decyzji norweskiego rządu w sprawie konsula Sławomira Kowalskiego. Norwegia, szczycąca się poziomem przestrzegania praw człowieka, musiała odebrać azyl dla swej obywatelki jako policzek (jest to bodaj pierwsza taka sytuacja po II wojnie światowej). Znaleziono zatem pretekst w postaci scysji z policjantami.


III. Biznes opiekuńczy

Barnevernet od jakiegoś czasu jest na cenzurowanym w instytucjach międzynarodowych. W 2018 r. Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy przyjęło krytyczny raport dotyczący jego funkcjonowania. Z kolei Europejski Trybunał Praw Człowieka stwierdził, iż norweski system pieczy zastępczej narusza art.8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka dotyczący międzynarodowych gwarancji życia rodzinnego. Na porządku dziennym jest odbieranie dzieci pod zarzutem „nieporadności rodzicielskiej”, izolacja od biologicznych rodziców oraz inne urzędnicze szykany.

Nie jest tajemnicą, że placówki opiekuńcze i rodziny zastępcze to również dobry biznes – dwie trzecie tego typu instytucji znajduje się w rękach prywatnych, a głównym graczem na „rynku” jest szwedzka firma Aleris kontrolowana przez rodzinę Wallenbergów. Również dla indywidualnych rodzin zastępczych opieka jest całkiem intratnym źródłem utrzymania. Aktywność takich osób jak konsul Sławomir Kowalski psuje po prostu interesy. Warto przypomnieć, że do niedawna także w Polsce sądy uzurpowały sobie prawo do arbitralnego rozstrzygania o „dobru dziecka”, co skutkowało np. odebraniem dzieci, bo urzędnik socjalny zauważył w kuchni muszki owocówki. To się na szczęście zmieniło po zmianie władzy, lecz warto pamiętać do czego może doprowadzić rozdęte państwo opiekuńcze – zwłaszcza, gdy jak w Norwegii, podszyte jest ideologicznym, lewackim szaleństwem.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

TUSLA – Jugendamt po irlandzku


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 03 (30.01-12.02.2019)

Pod-Grzybki 146

Dominikanin o. Ludwik Wiśniewski podczas wiecu wyborczego w gdańskiej Bazylice Mariackiej, który zwołano pod pretekstem pochówku zamordowanego Pawła Adamowicza, palnął przemówienie, jakiego nie powstydziliby się najostrzejsi zagończycy „totalnej opozycji”. Odnotowuję ten incydent, bo dzięki niemu teraz już wiadomo, jak wyglądałby Stefan Niesiołowski w habicie.


*

Tyle, że szanownemu Niesio... to jest, o. Wiśniewskiemu coś się przy okazji pomerdało. Powiedział mianowicie: „Człowiek posługujący się językiem nienawiści, człowiek budujący swoją karierę na kłamstwie nie może pełnić wysokich funkcji w naszym kraju i będziemy odtąd tego przestrzegać”. Chorobcia, wszystko niby słusznie – ale na samym starcie torpedować kampanię prezydencką Tuska?


*

Tak nawiasem – tysiące gdańszczan po śmierci Pawła Adamowicza zapaliło na ulicy znicze. Pytanie: czy widział ktoś jakichś nienawistnych pisowców, którzy by im w tym przeszkadzali? Szczali, bluzgali i wrzeszczeli do starszych kobiet „pokaż cycki”? Ktoś? Coś?


*

Lecz co tam ojczulek Wiśniewski. Hanna Gronkiewicz-Waltz poprosiła o ochronę, bo „miała nieprzyjemny incydent”. Cóż, rozumiem konfuzję, niemniej nieprzyjemne incydenty się zdarzają, zwłaszcza w pewnym wieku, gdy przestają trzymać zwieracze - ale żeby zaraz rządowa ochrona? Nie wystarczą pampersy?


*

Zapomniałbym. Po finale WOŚP zatrzymano jakiś pierdylion internetowych hejterów i postawiono zarzuty szefowi firmy ochroniarskiej. Nie zadano pytań jednemu człowiekowi. I nikt nie odważy się ich zadać. ON ma immunitet od przepisów o imprezach masowych.


*

Żądza zemsty niszczy demokrację równie skutecznie jak nienawiść” - załkała „Wyborcza.pl”. I jest to o tyle dobre, że dokładnie w tym samym czasie na sabacie Fundacji Batorego poświęconym praworządności sędzia Irena Kamińska (ta od „nadzwyczajnej kasty ludzi”) wypaliła, że chodzi jej właśnie o zemstę, a zawtórowała jej prof. Monika Płatek. Ciekawe, czy ktoś od Michnika powie obu paniom, żeby się nie wygłupiały, bo „niszczą demokrację”? Czy jednak samopoczucie sędzi Kamińskiej jest od demokracji ważniejsze, a każda ręka podniesiona na „kastę” musi zostać odcięta?


*

Na marginesie ubolewań nad szerzącą się „nienawiścią”. Socjolog Marcin Palade przeprowadził na Twitterze sondę z pytaniem: „czy Jarosław i Jacek Kurski powinni zniknąć z przestrzeni publicznej”? Odpowiedzi (9 tys. osób): 91 proc. - TAK, 9 proc. - NIE. I to, moim zdaniem, jest właściwy trop jeśli chodzi o obniżenie temperatury debaty publicznej. Gołym okiem widać, że obaj bracia Kurscy okupując przeciwne strony barykady zajmują się tym samym: prostacką propagandą, manipulowaniem, jątrzeniem i szczuciem. A zatem, obaj Kurscy - WON! Swoją drogą, najlepszym początkiem deeskalacji plemiennej wojny domowej byłoby, gdyby jakimś cudem Kaczyński dogadał się z Michnikiem, że każdy z nich zwalnia swojego Kurskiego.


*

Jednak nie. To głupi pomysł. Zamienią się miejscami i nikt nie zauważy różnicy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 03 (30.01-12.02.2019)

niedziela, 27 stycznia 2019

„Mowa nienawiści” - knebel na prawicę

Mowa nienawiści” to lewacki konstrukt ideologiczny służący wyrugowaniu z przestrzeni publicznej prawicowych i konserwatywnych poglądów.

I. Tolerancjonizm w natarciu

Pierwszą ofiarą każdej wojny jest prawda – głosi popularna maksyma. W naszych obecnych realiach natomiast pierwszą ofiarą rozpętanej po zabójstwie Pawła Adamowicza wojny politycznej może paść jeden z niezbędnych warunków głoszenia prawdy, jakim jest wolność słowa. Wszystko pod pozorem zainicjowanej właśnie walki z „mową nienawiści” (określenie to nie bez przyczyny należy brać w cudzysłów, bądź poprzedzać sformułowaniem „tak zwana...” - o czym szerzej za chwilę). Czym jest owa „mowa nienawiści” (ang. „hate speech”)? Jest to wymyślony przez zachodnie lewactwo konstrukt ideologiczny służący wyrugowaniu z przestrzeni publicznej prawicowych i konserwatywnych poglądów. Innymi słowy, jest to forma cenzury, knebel na prawicę. W tym ujęciu tzw. mową nienawiści staje się każda opinia, a nawet przywołanie oczywistych faktów, niemiłych lewicowo-liberalnemu establishmentowi. Dla ścisłości - „mowa nienawiści” nie oznacza takich czynów jak np. zniesławienie, podżeganie do przestępstwa czy groźby karalne, które już dzisiaj są penalizowane odpowiednimi przepisami prawa karnego. To pojęcie o wiele szersze, a jego podstawową cechą jest dalece posunięta uznaniowość co do tego, jakie wypowiedzi i zachowania zostaną zakwalifikowane jako „nienawistne”. „Mowa nienawiści” stanowi zatem część składową ideologii tolerancjonizmu (czyli afirmacji wszelkich odmienności od tradycyjnych norm kulturowych) i szerzej – marksizmu kulturowego oraz politycznej poprawności, mającej na celu zafałszowanie podstawowych pojęć cywilizacyjnych, a co za tym idzie – przewartościowanie zbiorowej świadomości poprzez kontrolę myśli i języka (bo nie będziemy w stanie „pomyśleć” niczego, czego nie potrafimy prawidłowo nazwać).

W Polsce batalia przeciw „mowie nienawiści” dopiero raczkuje i w porównaniu z krajami Zachodu cieszymy się jeszcze stosunkowo dużym zakresem wolności słowa. Póki co, nie szaleje u nas masowy terror „political correctness”, w którym osoba głosząca nieprawomyślne poglądy skazuje się co najmniej na ostracyzm i swoistą „śmierć cywilną” - a nierzadko na odpowiedzialność karną. Również organy ścigania na ogół wykazują wstrzemięźliwość co do karania za słowa. Wolno jeszcze głosić, że rodzina to związek kobiety i mężczyzny, homoseksualizm jest dewiacją, aborcja morderstwem, islamizm zagrożeniem dla Europy, a wartości chrześcijańskie są podstawą naszej cywilizacji – w większości krajów zachodniej Europy za podobne „herezje” można nawet stanąć przed sądem. To jednak może się zmienić za sprawą histerii rozpętanej po tragicznej śmierci prezydenta Gdańska. Temu służyć ma rozpowszechniana od pierwszych chwil po morderstwie narracja, jakoby Pawła Adamowicza nie zabił konkretny człowiek pragnący się zemścić za odsiadkę w więzieniu, lecz wszechogarniająca nienawiść, której źródłem (i to jedynym) ma być rzekomo prawica, a konkretnie PiS i Jarosław Kaczyński.


II. Szkolne pranie mózgów

Na reakcję sił postępu nie trzeba było długo czekać. Prezydenci kilku miast (Warszawa, Wrocław, Kraków, Łódź, Toruń, Bydgoszcz, Poznań, Białystok) zapowiedzieli, że w miejscowych szkołach odbędą się specjalne lekcje poświęcone „mowie nienawiści” z użyciem m.in. materiałów przygotowanych przez sorosowską Fundację Batorego czy skolonizowaną ideologicznie przez lewicę Radę Europy. Są to np. raport Fundacji Batorego i Centrum Badań nad Uprzedzeniami „Mowa nienawiści, mowa pogardy”, a także podręcznik Kampanii Rady Europy Bez Nienawiści „Zakładki. Przeciwdziałanie mowie nienawiści w sieci poprzez edukację o prawach człowieka”. Czego się z nich dowiadujemy? Wg raportu Fundacji Batorego ofiarami „mowy nienawiści” padają „osoby nieheteronormatywne”, uchodźcy i muzułmanie oraz feministki. Kropka. Z kolei w podręczniku Rady Europy główny nacisk położony jest na „ksenofobię”, „rasizm” i „dyskryminację” - oczywiście w odniesieniu do imigrantów i mniejszości etnicznych. Również kropka.

Już tylko na tym krótkim przykładzie widać, że mamy tu do czynienia ze skrajnie zaburzoną i motywowaną ideologicznie optyką, wedle której obiektami nienawiści są jedynie ściśle wyselekcjonowane grupy – migranci, muzułmanie, homoseksualiści czy feministki (zwróćmy uwagę - nawet nie kobiety jako takie, lecz jedynie ich wąska „reprezentacja”). Rzecz jasna, ani słowa nie poświęcono nienawistnemu językowi skrajnej lewicy czy przedstawicieli środowisk muzułmańskich. To ma zniknąć z pola widzenia i wrażliwości odbiorców – otrzymujemy zatem pod pozorem „edukacji” ładunek indoktrynacji i pranie mózgów. Dobrze więc się stało, że zareagował instytut „Ordo Iuris”, podnosząc, że to rodzice powinni decydować o przeprowadzaniu takich zajęć i uczestnictwie w nich swoich dzieci. „Ordo Iuris” opublikowało na swych stronach wzór „Oświadczenia Rodzicielskiego” dzięki któremu będzie można zwolnić swoje dziecko z niepożądanych i potencjalnie demoralizujących zajęć – za co, nawiasem, tygodnik „Polityka” nazwał członków instytutu „fundamentalistami”.

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że ofiarami słownej agresji w Polsce padają przede wszystkim niezamożni mieszkańcy prowincji - „Janusze”, „Grażyny”, „hołota pobierająca 500+”, do tego rodziny wielodzietne określane jako „patologia, która się mnoży i żyje za nasze pieniądze”. Wystarczy zerknąć do internetu czy przypomnieć niesławny artykuł „Newsweeka” o „najeździe Hunów” zanieczyszczających bałtyckie plaże. Ludzi tych łączy jedno: stereotypowo uznawani są za gorszych – słabiej wykształconych, zacofanych, nieporadnych życiowo, prymitywnych, a na domiar złego głosujących na PiS. Podobnie fala zmasowanego hejtu dotyka Kościół przedstawiany jako instytucja pazerna i skorumpowana oraz księży, którym przyklejono łatkę zdemoralizowanych pedofili. Ale to pozostaje poza obszarem zainteresowania badaczy „mowy nienawiści”.


III. Zionąc miłością

Kampania przeciw „mowie nienawiści” ma jasno określony cel polityczny. Chodzi o zagonienie prawicy do kąta, tak by nie śmiała się odezwać – co w oczywisty sposób wpłynąć ma na przebieg zbliżających się kampanii wyborczych. A jeżeli jakikolwiek polityk bądź inna osoba publiczna odważy się zaprotestować, będzie piętnowana jako nienawistnik, który ma na rękach krew Pawła Adamowicza. Jak napisałem tydzień temu – w ciągu zaledwie doby od morderstwa ukształtował się przekaz jaki będzie towarzyszył tegorocznym wyborom. Stąd te chóralne jęki potępiające „nienawiść” - owo zbiorowe bicie się w cudze piersi, te diapazony hipokryzji podszyte szantażem moralnym. Schemat jest oczywisty – z jednej strony „my”, czyli siły dobra, broniące zgodnie ze słowami Donalda Tuska „Gdańska, Polski i Europy przed nienawiścią” utożsamianą z PiS, z drugiej zaś „oni” - dysząca nienawiścią prawica. Mamy tu zatem powtórkę z pamiętnej „polityki miłości” okresu rządów PO. Ten sam ton towarzyszył przemówieniu (bo trudno nazwać to homilią) o. Ludwika Wiśniewskiego podczas politycznego spektaklu, jaki zrobiono z pogrzebu prezydenta Adamowicza w gdańskiej Bazylice Mariackiej. Ta narracja, aby odnieść skutek, musi być wszechogarniająca, ma przytłaczać, tak by nikomu nie przyszło do głowy przypominać nie tylko „zionących miłością” wypowiedzi polityków i zwolenników „totalnej opozycji”, ale też chociażby okładek springerowskiego „Newsweeka” z Jarosławem Kaczyńskim na tle płomieni i podpisem „Dzień świra”, albo Macierewiczem ucharakteryzowanym na taliba. Nienawiść ma być przypisana jednej stronie.

Nie można się temu poddawać. Tym bardziej, że zaczęły się już podchody pod przyjęcie specjalnej ustawy przeciw „mowie nienawiści”, którą szybko ochrzczono „lex Adamowicz”. Ale rzecz nie tylko w doraźnej polityce – inicjatorom kampanii chodzi również o trwałe wyłączenie spod krytyki lewicowej agendy ideologicznej oraz wykluczenie z publicznego dyskursu tradycyjnych wartości. Wszystko po to, aby zapanowała miłość – ma się rozumieć, pod czujną opieką samozwańczej „policji myśli” bezlitośnie tępiącej „nienawistników”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polityczna nekrofilia „totalnej opozycji”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 04 (25-31.01.2019)

Davos, czyli piknik na wulkanie

Finansowe elity debatujące pod ochroną służb porządkowych w szwajcarskim kurorcie mają o czym myśleć, jeśli nie chcą, by pewnego dnia świat wybuchł im prosto w twarze.

We wtorek 22 stycznia rozpoczęło się kolejne Światowe Forum Ekonomiczne w Davos. Tematyka dość przewidywalna – zbliżający się kolejny kryzys finansowy, wojna handlowa USA – Chiny, zmiany klimatyczne, Brexit, ale też rosnące rozwarstwienie ekonomiczne. I to ostatnie jest naprawdę ciekawe, bowiem do światowych elit od jakiegoś czasu dociera, że narastanie nierówności - zarówno globalnych, jak i w obrębie poszczególnych społeczeństw - na dłuższą metę zagraża wszystkim, również tym na szczycie globalnego łańcucha pokarmowego. Na razie swoje zatroskanie możni tego świata wyrażają wprawdzie jedynie werbalnie, bez przełożenia na konkretne działania, ale nie da się ukryć, że obowiązujący do niedawna urzędowy optymizm, wedle którego odpowiedzią na wszelkie bolączki miała być globalizacja, staje się nieodwracalnie melodią przeszłości. Przypomnijmy, że dotychczasowa recepta brzmiała mniej więcej tak: globalizacja przyczynia się do dystrybucji bogactwa w myśl zasady „przypływ podnosi wszystkie łodzie”; warunkiem pomyślnego rozwoju są niskie podatki, wycofanie się państwa z czynnej roli w gospodarce i możliwie niewielki sektor publiczny; efektem powyższego będzie wzrost gospodarczy mierzony takimi wskaźnikami jak stopa inwestycji czy fetyszyzowany PKB, co przełoży się na ogólną pomyślność, bowiem „bogactwo ścieka w dół”, więc każdemu coś z tego rozwoju skapnie.

Poniewczasie okazuje się, że nic z tych rzeczy. Przypływ podnosi jedynie te największe łodzie (czyli ponadnarodowe koncerny dyktujące słabszym krajom swoje warunki), mniejsze zatapiając; natomiast bogactwo wcale nie skapuje, tylko odwrotnie – jest zasysane z dołu do góry, zaś owoce wzrostu PKB konsumuje nieliczna grupa uprzywilejowanych. Klaus Schwab (założyciel World Economic Forum) tłumaczy to obrazowo: „globalizacja produkuje zwycięzców i przegranych”. Dlatego też tegoroczne forum ma położyć nacisk na zrównoważony model rozwoju. Całkiem możliwe, że jak zwykle skończy się na gadaniu, bo siły zainteresowane utrzymaniem obecnego stanu rzeczy są potężne, lecz warto odnotować, że zarysowane tu problemy przestały być domeną marginalnych ekonomistów wyśmiewanych przez neoliberalny mainstream, wchodząc na stałe do głównonurtowego dyskursu.

Przy okazji szczytu międzynarodowa organizacja humanitarna „Oxfam” przygotowała raport potwierdzający (po raz kolejny zresztą) narastanie nierówności. I tak, w 2018 r. 26 najbogatszych ludzi na świecie dysponowało majątkiem wartym tyle, co majątek biedniejszej połowy ludzkości (3,8 mld globalnej populacji). Stan posiadania miliarderów w ciągu ubiegłego roku zwiększył się o 12 proc. (średnio 2,5 mld. dolarów dziennie), zaś biedniejszej połowy – spadł o 11 proc. (średnio 500 mln. dol. dziennie). Podaje się w tym kontekście przykład właściciela „Amazona” i najbogatszego człowieka świata, Jeffa Bezosa, którego majątek urósł do 112 mld. dolarów. Coś na ten temat mogliby powiedzieć polscy pracownicy „Amazona”, którzy jakoś nie odczuli wzrostu zamożności swojego szefa – to tyle, jeśli chodzi o mityczne „skapywanie bogactwa”. Ta sama organizacja rok temu wskazywała, że 1 procent najbogatszych zgarnął 82 proc. zysku wygenerowanego w 2017 r. „Oxfam” w ubiegłych latach podnosił w tym kontekście patologiczną rolę rajów podatkowych, do których wielkie korporacje wyprowadzają zyski z krajów, gdzie realnie prowadzą działalność. Przykładowo, 20 największych europejskich banków wykazuje 26 proc. swych dochodów właśnie w rajach. Efektem jest paradoksalna sytuacja, w której zależne spółki-wydmuszki są bardziej „produktywne”, niż oddziały banków działające na głównych rynkach, gdzie notują stosunkowo niewielkie zyski, bądź wykazują nawet straty. Ta sama prawidłowość tyczy się wiodących korporacji w innych branżach.

Skutki powyższych patologii są rozliczne – m.in. niedoinwestowana sfera usług publicznych czy przerzucanie ciężarów podatkowych na obywateli nie mających możliwości stosowania agresywnej optymalizacji. Prowadzi to chociażby do regresywnego systemu podatkowego – ubożsi odprowadzają do budżetu relatywnie większą część swoich zarobków (głównie w podatkach pośrednich) i to na ich barki spada główny koszt utrzymywania państwa. Stąd takie zjawiska jak pauperyzacja, zanik klasy średniej (czemu dodatkowo sprzyja „uelastycznienie” rynku pracy) i postępująca prekaryzacja. Rodzi to zrozumiałą społeczną wściekłość – jak kiedyś zwracałem uwagę, słabo opłacany i przygnieciony podatkami pracownik to biedny konsument i sfrustrowany obywatel. A stąd tylko krok do rewolty, czego ostatnio doświadcza Francja pod postacią ruchu „żółtych kamizelek” - czyli zwykłych ludzi, którzy (właśnie z wymienionych tu powodów) powiedzieli „dość” i wyszli na ulice.

A więc, co zwycięży? Doraźna chciwość, czy perspektywiczne spojrzenie? Finansowe elity debatujące pod ochroną służb porządkowych w szwajcarskim kurorcie mają (a przynajmniej powinny mieć) o czym myśleć, jeśli nie chcą, by pewnego dnia świat wybuchł im prosto w twarze.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Podatek od ucieczki do raju

Żółte kamizelki, czyli „francuska wiosna”

Wszyscy płacimy za „optymalizację”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 04 (25-31.01.2019)

niedziela, 20 stycznia 2019

Polityczna nekrofilia „totalnej opozycji”

Oto na naszych oczach, w ciągu zaledwie doby, ukształtował się przekaz, który zdominuje tegoroczne kampanie wyborcze.

I. Taniec nad trumną

Zdawałoby się, że po takim wydarzeniu jak gdańska tragedia, można oczekiwać od uczestników sceny politycznej choćby chwilowego wyciszenia i zachowania minimum przyzwoitości – tak, jak od niepamiętnych czasów w naszym kręgu kulturowym zwykło się reagować w obliczu majestatu śmierci. Ze śp. prezydentem Pawłem Adamowiczem można było się nie zgadzać, ba – nawet zwalczać go politycznie (sam niejednokrotnie go krytykowałem), ale to wszystko w momencie bestialskiego mordu zostaje unieważnione, a w każdym razie powinno zejść na bardzo daleki plan. Bezsensowna, okrutna śmierć zadana mu przez – wszystko na to wskazuje – zaburzonego bandytę, jest ostatnim powodem do eskalowania potępieńczych swarów.

I przez moment wydawało się, że tak faktycznie będzie. Ze strony przedstawicieli rządu napłynęły kondolencje, wyrazy współczucia i zapewnienia o modlitwie, a prezydent Andrzej Duda zapowiedział na dzień pogrzebu ogłoszenie żałoby narodowej. W wielu miastach odbyły się marsze milczenia w proteście przeciw nienawiści. Ale najwyraźniej nie mogło się na tym skończyć. Ktoś uznał, że śmierć prezydenta Gdańska jest zbyt dobrym paliwem dla podsycenia plemiennej wojny, by ją ot, tak „zmarnować”. Sygnał do ataku dał wicenaczelny „Gazety Wyborczej”, Jarosław Kurski – i to jeszcze wtedy, gdy Paweł Adamowicz walczył w szpitalu o życie. W wyjątkowo obrzydliwym komentarzu wprost zasugerował, że winę za atak ponosi PiS, który „zasiał ziarno nienawiści”, a zbrodnia ma charakter stricte polityczny, bowiem doszło do „wyrachowanej i zaplanowanej próby zabójstwa polityka wybranego w powszechnych wyborach”, wiążąc przy okazji tragedię z uczestnictwem Adamowicza w protestach „w obronie konstytucji” i przeciwko reformie wymiaru sprawiedliwości. Wedle tej narracji wybór ofiary przez zamachowca nie był przypadkowy i wynikał z opozycyjnego zaangażowania polityka.

Tropem tym poszedł na tych samych łamach Marek Beylin w tekście pod wymownym tytułem „Jaki los może spotkać kanalie i mordy zdradzieckie”, wskazując jako inspiratora zbrodni Jarosława Kaczyńskiego, a także... Młodzież Wszechpolską z powodu happeningów z wieszaniem portretów eurodeputowanych PO, którzy zagłosowali za antypolską rezolucja Parlamentu Europejskiego czy wystawieniem Adamowiczowi „świadectwa zgonu politycznego”, kończąc obłudnym: „Oczywiście PiS nie odpowiada bezpośrednio za zamach na Adamowicza. Ponosi jednak odpowiedzialność za klimat, który sprzyja takim zbrodniczym czynom”. Swój felieton miał przy tym czelność rozpocząć przypomnieniem mordu na Marku Rosiaku z 2010 r. Dalej, mamy równie skandaliczne wypociny Krzysztofa Lufta pt. „Kamerą, mikrofonem, nożem”: „Chcieli go tylko zabić politycznie, ale przyczynili się do jego fizycznego unicestwienia” z puentą: „nie mówcie, że nie ma żadnego związku pomiędzy jednym a drugim. Bo jest...”. No i wreszcie „pożegnanie” ze strony samego naczelnego „GW” Adama Michnika, wedle którego Paweł Adamowicz „oddał życie” za „Polskę samorządną, tolerancyjną, pluralistyczną i wielobarwną”. Wisienką na torcie hipokryzji był apel portalu „Gazeta.pl” o walkę z „mową nienawiści”, która miała jakoby doprowadzić do tragedii.


II. Dwie różne zbrodnie

Przypomnijmy jednak dla porządku, co faktycznie się wydarzyło. Podczas lokalnego finału WOŚP na scenę z prezydentem Gdańska wdarł się niejaki Stefan W. - 27-letni kryminalista, skazany na 5,5 roku więzienia za cztery napady na banki. Jeszcze podczas odbywania kary została u niego zdiagnozowana choroba psychiczna (schizofrenia) i przez część pobytu za kratkami był poddawany leczeniu. Tenże Stefan W. zdobył lub podrobił plakietkę „Media”, dzięki której mógł się przedostać w pobliże prezydenta Adamowicza i zadać mu ciosy nożem. Z okrzyków wydawanych przez sprawcę wynikało, że winą za swoje uwięzienie i rzekome „tortury” (być może jako „tortury” zakwalifikował właśnie przymusowe leczenie w zakładzie karnym) obarcza PO, za rządów której został skazany. O słabej orientacji politycznej Stefana W. świadczy chociażby to, że najwyraźniej nie wiedział, iż Paweł Adamowicz od dłuższego czasu nie był już członkiem Platformy, która zresztą w wyborach samorządowych wystawiła przeciw niemu własnego kandydata – Jarosława Wałęsę. W każdym razie, Stefan W. zakończył odbywanie kary w grudniu 2018 (o czym służby więzienne poinformowały lokalną policję ze względu na chorobę psychiczną przestępcy) i od tamtej pory szukał okazji do zemsty – niestety, skutecznie. Osobną kwestią jest sprawa organizacji i zabezpieczenia gdańskiego finału WOŚP, który nie został zgłoszony jako impreza masowa, a medialne identyfikatory były wydawane „od ręki” i anonimowo.

Krótko mówiąc, literalnie nic nie wskazuje na jakąkolwiek ściśle polityczną motywację, poza subiektywnym poczuciem krzywdy chorego umysłowo mordercy. W szczególności zaś brak jest choćby najmniejszych poszlak sugerujących, że kierował się jakimikolwiek wypowiedziami polityków obozu rządzącego bądź sprzyjających rządowi mediów.

Zupełnie inaczej sprawa się miała z zabójstwem działacza PiS, Marka Rosiaka, do którego doszło w Łodzi 19 października 2010 r. Były członek PO Ryszard Cyba jednoznacznie, otwartym tekstem, tuż po morderstwie stwierdził, iż jego pierwotnym celem miał być Jarosław Kaczyński, a do zamachu nie doszło wyłącznie dlatego, że „miał za małą broń”, przez co nie był w stanie oddać skutecznego strzału do dobrze chronionego lidera PiS. Pracownicy łódzkiego biura europosła Janusza Wojciechowskiego stali się więc ofiarami zastępczymi. Ponadto na salę sądową Cyba przyniósł manifest, z którego wynikało, że został zainspirowany tzw. „wrzutkami smoleńskimi” kolportowanymi przez obóz PO i jej media, wg których odpowiedzialność za tragedię smoleńską mieli ponosić bracia Kaczyńscy. Tu zatem zarówno polityczna motywacja, jak i jej źródła nie pozostawiają cienia wątpliwości – ponadto Ryszard Cyba został uznany za w pełni poczytalnego podczas dokonywania zamachu, co poskutkowało karą dożywocia. Nie dajmy sobie więc wmówić, że oba morderstwa cokolwiek łączy.


III. Przekaz kampanii

Wracając do przytoczonych na wstępie artykułów „GW” - wystarczy zerknąć na komentarze „pod kreską” na internetowych stronach „Gazety.pl”, by się przekonać, że przypisanie winy PiS wyjątkowo podpasowało wyznawcom „totalnej opozycji” - a także niektórym politykom. Bogdan Borusewicz raczył stwierdzić, że do „mordu politycznego” doprowadziła „atmosfera szczucia i nagonki”, w podobnym duchu wypowiedział się Jakub Bierzyński - doradca Roberta Biedronia (wcześniej Ryszarda Petru), szef domu mediowego OMD i aktywista „totalnych”. Twitterowe bluzgi Andrzeja Celińskiego nie nadają się do cytowania. Z kolei warszawski „marsz milczenia” bynajmniej nie przebiegł w ciszy i skupieniu, tylko w atmosferze wiecu – było polityczne wystąpienie aktywisty KOD i odczytanie wiersza Tuwima „Pogrzeb prezydenta Narutowicza”. Swoistym dopełnieniem stały się słowa Donalda Tuska wygłoszone w Gdańsku: „obronimy nasz Gdańsk, naszą Polskę i naszą Europę przed nienawiścią i pogardą”, nawiązujące do słynnej „Modlitwy o wschodzie słońca”.

Dlaczego tak obszernie omawiam te wykwity politycznego zacietrzewienia? Z prostej przyczyny – oto na naszych oczach, w ciągu zaledwie doby, ukształtował się przekaz, który zdominuje tegoroczne kampanie wyborcze. Wypowiedź Tuska jest tu wyjątkowo czytelnym sygnałem – śmierć Pawła Adamowicza ma być detonatorem społecznej bomby, która wysadzi w powietrze obecny rząd. Bo przecież chyba nikt nie sądzi, że Tusk obiecał bronić Polski i Europy przed niepoczytalnymi kryminalistami? Intencja jest jasna: zbrodnię należy „przyszyć” PiS-owi i sprawić, by w powszechnym odbiorze to partia rządząca i osobiście Jarosław Kaczyński zostali wmanipulowani w swoiste „sprawstwo kierownicze” jako inspiratorzy politycznego morderstwa. Paweł Adamowicz ma natomiast zostać zakwalifikowany jako męczennik i ofiara reżimu. A że wbrew faktom? Tym gorzej dla faktów.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ryszard Cyba i system kłamstwa


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 03 (18-24.01.2019)

Ekonomia „króla Albanii”

Nie ma niczego, co mogłoby powstrzymać rząd federalny przed wykreowaniem takiej ilości pieniądza, jakiej potrzebuje, by komuś zapłacić” - Allen Greenspan.

Kiedy niemal równo rok temu przedstawiałem na tych łamach podstawowe założenia Nowoczesnej Teorii Pieniądza (GF nr 04/2018) w najdzikszych snach nie podejrzewałem, że temat wedrze się przebojem do publicznej agendy w tak... hmm, powiedzmy, że niecodziennych okolicznościach. Jak zapewne państwo wiedzą, przyczyną zamieszania stał się internetowy manifest Pawła Mikołajuwa, znanego szerzej jako Popek i „król Albanii”. Ów raper i zawodnik MMA pod koniec ubiegłego roku ogłosił powołanie partii „Młoda Polska”, co wówczas można było odebrać jako oryginalny happening. Jednak niedawno Popek w kolejnym wystąpieniu nagranym przed Ministerstwem Finansów oznajmił, że podstawą programową jego ugrupowania będzie Modern Money Theory (MMT), czyli właśnie Nowoczesna Teoria Pieniądza (względnie – Nowoczesna Teoria Monetarna). Na dodatek udało mu się pozyskać do współpracy głównego przedstawiciela tego nurtu, czyli Warrena Moslera. Tu już robi się poważniej, bowiem monetarne koncepcje Moslera od lat zdobywają konsekwentnie przyczółki na amerykańskich uniwersytetach i z niszowej ciekawostki stają się pełnoprawnym elementem ekonomicznej debaty. Więcej – tzw. luzowanie ilościowe praktykowane przez FED jako odpowiedź na globalny kryzys z roku 2008 nawiązuje w znacznym stopniu właśnie do MMT, a zatem przynajmniej część założeń Nowoczesnej Teorii Pieniądza znalazła praktyczne zastosowanie.

Przypomnę pokrótce o co chodzi. Otóż Modern Money Theory wywodzi się z tzw. chartalizmu głoszącego, że pieniądz jest wytworem państwa, a jego powszechność wynika z obowiązku uiszczania w nim podatków. Nie ma wartości sam w sobie – jest jedynie jej miernikiem sankcjonowanym przez państwo, które jest zarazem jedynym jego źródłem. Dodam, że takie stanowisko bliskie jest idei pieniądza suwerennego, wg której to państwo winno być wyłącznym emitentem waluty, zaś banki komercyjne co najwyżej jej dystrybutorem. Jak wiemy, dziś dominuje inny model, w którym to banki udzielając kredytu tworzą pieniądz „z niczego” dzięki systemowi rezerwy cząstkowej, czego rezultatem jest stan w którym większość znajdujących się w obiegu pieniędzy jest efektem bankowej kreacji. Zwolennicy MMT i pieniądza suwerennego twierdzą zaś, że przywilej kreacji „ex nihilo” winien przysługiwać jedynie państwu.

Idźmy dalej. Konsekwencją takiego podejścia jest postawienie na głowie tradycyjnego poglądu, wedle którego budżet państwa żeby zaspokoić potrzeby musi wpierw pozyskać pieniądze w formie podatków lub emitując obligacje, czyli zadłużając się. Pada tu często porównanie do gospodarstwa domowego – nie można wydawać więcej niż się zarabia i pożyczać więcej, niż jest się w stanie oddać. Tymczasem, nic z tych rzeczy – państwo może bowiem (w przeciwieństwie do zwykłych ludzi) „drukować” pieniądze (czy po prostu dopisywać je sobie do rachunku) potencjalnie bez ograniczeń i w ten sposób finansować sektor publiczny bądź stymulować gospodarkę. Warren Mosler używa tu obrazowego porównania z operatorem tablicy podczas meczu koszykówki, któremu nie mogą skończyć się cyfry – podobnie bankowi centralnemu nie mogą skończyć się pieniądze. Wtóruje mu Allen Greenspan, mówiąc iż „nie ma niczego, co mogłoby powstrzymać rząd federalny przed wykreowaniem takiej ilości pieniądza, jakiej potrzebuje, by komuś zapłacić”.

Jak łatwo jednak zauważyć, nad MMT wisi widmo nadmiernej inflacji. I tu do głosu dochodzą dwa instrumenty – podatki i obligacje. W Nowoczesnej Teorii Monetarnej podatki nie służą bowiem do napełniania budżetu państwa – ten, rząd może sobie „zapełnić” kreując pieniądz. W MMT podatki to po prostu instrument kontroli ilości pieniądza w obiegu – jego nadmiar jest za ich pomocą ściągany z gospodarki i w momencie uiszczenia zobowiązania ulega „zniszczeniu”. Podobnie rzecz się ma z obligacjami – skłaniając obywateli do oszczędzania w obligacjach, rząd również „kasuje” nadmiarowy pieniądz. Co ważne, państwo w takim ujęciu nie może zbankrutować – pod warunkiem, że zadłuża się we własnej walucie. A zatem, wszystko zależy tu od zdrowego rozsądku. Na marginesie, warto zauważyć, że gigantyczne „luzowanie ilościowe” nie doprowadziło do nadmiernej inflacji.

No dobrze, powiedzą sceptycy – ale oddać władzę nad pieniądzem nieodpowiedzialnym politykom? Cóż, ujmę to tak – w tej chwili analogiczną władzę ma sektor finansowy, który już pokazał co potrafi doprowadzając do krachu w 2008 r. Czy aby na pewno politycy byliby mniej odpowiedzialni niż banda spekulantów pompująca kolejne „bańki”? Na dodatek, w przypadku katastrofy przynajmniej byłoby wiadomo, kogo należy postawić pod ścianą – szefa banku centralnego, premiera, ministra finansów... Poza tym, w system można wmontować bezpieczniki, powierzając stosowne kompetencje autonomicznym podmiotom – w Polsce np. NBP czy Radzie Polityki Pieniężnej, która również i dziś pełni rolę regulatora, ustalając stopy procentowe. Tak więc, mimo zasygnalizowanych tu niebezpieczeństw, nie skreślałbym lekką ręką MMT jako ekonomicznej „herezji”.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Nowoczesna Teoria Pieniądza


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 02 (14-21.01.2019)